-
nowość
-
promocja
Piętno - ebook
Piętno - ebook
Trofeum tego łowcy to nie zwierzyna leśna…
Trzy dekady temu górską wioską wstrząsnęła szokująca zbrodnia. Ojciec i dwoje dzieci zostali zamordowani we własnym domu, a matka zniknęła bez śladu. Tragedia ta – nazywana przez miejscowych rzezią w Storlien – wciąż pozostaje niewyjaśniona. Reporterka Vera Bergström postanawia zbadać tę sprawę. Tropy prowadzą od myśliwskich domków na odludziu, przez zagrożone przedmieścia, do policyjnego rejestru DNA. Vera zaczyna domyślać się przerażającej prawdy o tym, co wydarzyło się pamiętnej nocy 1995 roku. Morderca zmienił jedynie teren łowów, jednak nadal pozostaje na wolności. W tym samym czasie, po przejściu burzy śnieżnej, w pobliskich górach dochodzi do makabrycznego odkrycia…
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68758-54-2 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedy popołudnie spowijało Storlien płaszczem ciemności i chłodu, Arvida zawsze nawiedzała ta sama myśl. Czterdzieści lat krążyła mu po głowie, choć nigdy nie wypowiedział jej na głos. _Teraz to już nie my strzeżemy granicy, tylko ona pilnuje nas_.
Stali w kamizelkach odblaskowych pośrodku drogi E14, groteskowo oświetleni reflektorami, podczas gdy zamieć biła w nich z całych sił. Arvid błądził wzrokiem w skrywającym wszystko mroku, po dwóch pasach jezdni pnących się łukiem ku górze, by zaraz potem gwałtownie opaść w kierunku Norwegii. Sękate, karłowate brzozy i rozległe, surowe przestrzenie. W obliczu nadchodzącej nocy na przydrożnych parkingach kierowcy tirów szukali schronienia blisko siebie. Naprzeciwko, po drugiej stronie torów kolejowych, u podnóża bezleśnej góry, przycupnęła wioska.
Dobrze znał posterunek celny, ale o tej porze mrok spowijał też jego umysł. Nie mieli pewności, czy ktoś nie obserwuje ich z ukrycia, tylko czekając na właściwy moment, by przedostać się na drugą stronę. Garstka celników nie dawała rady upilnować czterystukilometrowej granicy, nic więc dziwnego, że człowiek czuł się czasem bezsilny.
– Chodzi o to, żeby pokazać, że tu jesteśmy – stwierdził Peter, gdy Arvid narzekał w kuchni na absurdalność tej misji.
Koledzy uśmiechali się do niego z pobłażaniem i współczuciem.
Arvid doskonale wiedział, co o nim myślą. Pewnego wieczoru, gdy niespodziewanie wrócił po portfel, który zostawił w szufladzie biurka, przypadkowo podsłuchał rozmowę Kerstin i Petera znajdujących się na piętrze:
– Arvid jest oderwany od rzeczywistości, żyje w swoim świecie. Kto wie, co z nim będzie po przejściu na emeryturę. Już i tak pracuje dłużej, niż powinien.
Arvid nie wziął portfela i pojechał do domu ze ściśniętym gardłem. Strasznie zabolały go te słowa, które padły z ust jego najbliższych współpracowników. Od prawie trzydziestu lat mieszkańcy wioski szeptali za jego plecami. Że postradał zmysły, gdy znalazł zwłoki zięcia i wnucząt. Że jego córka Marit musiała zabić całą rodzinę i uciec, skoro nigdy jej nie odnaleziono. Jaką trzeba być matką, żeby zrobić coś takiego? Tylko potwór jest zdolny do takich rzeczy.
Najgorsze były chwile zwątpienia, które nachodziły go w samotności. Może to ci najokrutniejsi mają rację, a on się myli?
Zazwyczaj praca była dla niego kołem ratunkowym, lecz tego wieczoru czuł się wyjątkowo zmęczony i rozbity. Jakby stał na wiszącym moście, a czas pędził pod nim niczym rwąca rzeka. Ledwie czuł się częścią własnego życia.
Zbliżały się urodziny Marit. W poniedziałek skończyłaby czterdzieści dziewięć lat.
A może skończy?
Ciała jego córki nigdy nie odnaleziono. Jak opłakiwać kogoś, kogo nie można pochować?
Zaciągnął suwak kurtki aż pod samą brodę, ponieważ wiał ostry, przenikliwy wiatr i trzeba się było szczelnie chronić od stóp do głów. Od czasu, gdy urząd celny zaostrzył kontrole przy granicy z Norwegią, częściej pracowali na zewnątrz i sprawdzali znacznie więcej pojazdów. Czas zająć się kryminalistami, którzy mają tu otwartą furtkę do kraju. Już w pierwszych tygodniach namierzyli narkotyki, alkohol oraz broń, jakby spod ziemi wypłynęła brudna, ciepła rzeka przestępczości.
Niektórzy wściekali się na nowe przepisy, nazywając je biurokratycznym piekłem. Właściciele domów letniskowych i pracownicy fizyczni, którzy dotąd bezproblemowo przekraczali niestrzeżoną granicę z drogim sprzętem i skuterami, teraz musieli płacić cło.
Bardziej zdecydowane podejście – oto co teraz obowiązywało. Arvid coraz częściej myślał o nielogiczności granic państwowych. Dawniej nie było linii podziału pomiędzy Norwegią a Szwecją, mech i jałowiec się nią nie przejmowały. W przyrodzie wszystko tworzy jedną całość, a jednak ludzie zdecydowali inaczej.
Zapowiadała się długa zima. Pomimo monotonii Arvid i tak wolał być w środku, w ciepłej czerwonej budce i odprawiać towary, niż pracować na zewnątrz. Kierowcy ciężarówek zachowywali się profesjonalnie, wiedzieli, czy mają ładunek do oclenia, i od razu wybierali czerwony pas, po czym wypełniali papiery, a on przystawiał pieczątkę. Potem spokojnie siadał przy oknie, pił kawę i obserwował. Od dwudziestu ośmiu lat obserwował, lecz auto, którego wypatrywał, nigdy się nie pojawiło.
Na mrozie, w bliskim kontakcie z ciemnymi stronami ludzkiej natury, bardziej odczuwał swoją wewnętrzną udrękę. W zeszłym tygodniu próbował zatrzymać zdesperowaną Norweżkę, która uciekając, o mało nie przejechała go Teslą. Musiał uskoczyć na bok. Gdy jego kumple w końcu ją zatrzymali, znaleźli w bagażniku pół kilograma białego proszku – amfetaminę ukrytą w buteleczkach po dziecięcym szamponie. W pamięci utkwiły mu jasnoróżowe etykiety. Ten niewinny kolor miał w sobie coś tragicznego. Psychiczny ból puchł w nim coraz bardziej, był niczym kula smutku, tęsknoty i rozpaczy, której nie potrafił z siebie wyrzucić. Nie mógł ani nie chciał skupić się na przyszłości, bo wtedy umarłaby pamięć o niej, a później zniknęłyby również wspomnienia o Franku, Feliksie i Julii.
Jednak wkrótce wszystko się skończy. Najpierw życie zawodowe, potem życie samo w sobie. Sześćdziesiąt dziewięć lat. Czas nieubłaganie ucieka.
Kątem oka zobaczył, jak Kerstin podnosi lornetkę, a od strony Norwegii nadjeżdża auto.
– W końcu jakiś samochód, ta noc wlecze się jak flaki z olejem… – wymamrotał Peter pod nosem, przewracając oczami. Kilkudniowy zarost, który uparcie nosił, sprawiał, że wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego. Nie chciało mu się golić czy nie miał cierpliwości do zapuszczenia brody?
Kerstin dała im znać, żeby się przemieścili do miejsca kontroli. Arvidowi od razu przyspieszył puls i poczuł ucisk kamizelki odblaskowej. Przesunął palcami po gazie pieprzowym, a następnie dotknął pałki znajdującej się przy nodze.
Po chwili wjechało stare czarne Volvo, model 245. Kiedyś najpopularniejszy samochód w Szwecji. W czasach, gdy był szczęśliwy. Kiedy wszyscy, których kochał, wciąż żyli.
Kerstin uniosła rękę z ognistopomarańczową flarą sygnalizacyjną i zatrzymała pojazd. Złoty emblemat na jej służbowej czapce zalśnił w świetle reflektorów.
Kierowca się zatrzymał i opuścił szybę. Mężczyzna w średnim wieku, koszula z krótkim rękawem, brzuch opierający się na kierownicy. Miał już przygotowane prawo jazdy. Obok niego siedziała kobieta, a z tyłu dwoje dzieci, dziewczynka i chłopiec. Wyglądali, jakby wracali z ciepłych krajów. Policzki i włosy muśnięte słońcem.
Byli na urlopie – pomyślał Arvid. Chodzili boso po piasku, jedli dania z grilla w gwarnych restauracjach. Szukali odrobiny ciepła w coraz chłodniejszym świecie. Może kobieta kupiła sobie w jakiejś wąskiej uliczce srebrne kolczyki, które teraz migotały w jej uszach.
Zwyczajna rodzina. Tylko czy na pewno?
– Dzień dobry – powiedział Arvid, pochylając się, by spojrzeć kierowcy w oczy, nie zaglądając do auta.
Zawsze miał z tyłu głowy, że może zostać zaatakowany. Gdzie się podziali ci wszyscy nieszkodliwi piwosze? Ten gatunek musiał tymczasem wyginąć. Zamiast nich w społeczeństwie roiło się od nieobliczalnych osób z problemami psychicznymi, uzależnionych od przeróżnych substancji.
– Macie coś do oclenia?
– Nic mi o tym nie wiadomo… nie.
Mężczyzna rozejrzał się po wnętrzu auta, jakby miała tam gdzieś leżeć sterta skradzionych rzeczy.
– Co oni robią, tato? Czy my jesteśmy złodziejami?
Głos dziewczynki dobiegł z tylnego siedzenia, zdjęła słuchawki i odłożyła iPada na rozkładany stolik przed sobą.
Ojciec się zaśmiał.
– Nie, Stello. Wszystko w porządku.
Arvid świadomie przybrał przyjazny wyraz twarzy. Mała przypominała mu Marit, kiedy ta była w jej wieku. Zresztą, wszystkie dziewczynki, niezależnie od etapu życia, przypominały mu Marit. Często myślał o delikatnych włoskach na jej dziecięcym karku i płakał w samotności nocami, kiedy cisza stawała się nie do zniesienia. Dawniej miał jeszcze Karin, z którą mógł porozmawiać, ale teraz i żony już nie było. Po kolacji zazwyczaj włączał jakiś film, by dom wypełnił się życiem. Czasem przysypiał na kanapie i budził go głos, który wydawał mu się znajomy. Przez kilka ulotnych sekund wierzył, że to ktoś bliski, zanim dotarło do niego, że to tylko aktor. I za każdym razem bolało tak samo.
Arvid otworzył bagażnik i zajrzał do środka. Walizki, kilka toreb ze strefy bezcłowej, głównie słodycze. Latarka omiotła wnętrze samochodu, dywaniki, kieszenie w drzwiach i inne zakamarki.
Wpuścili rodzinę, która właśnie wróciła z Gran Canarii. Mieli bezpośredni lot do Trondheim, a teraz musieli się jeszcze dostać do domu, do Östersundu. Pewnie już się stęsknili za zwyczajnym życiem i rutyną.
– No dobra – rzucił Peter. – Skoczę do toalety.
Kerstin zaczęła się rozgrzewać przez pocieranie ramion, patrząc w ciemne niebo.
– Ech, kto by nie chciał teraz uciec do ciepłych krajów. Podobno czeka nas załamanie pogody – powiedziała, krzywiąc się. – Jak się czujesz, będąc już na ostatniej prostej?
– Sam nie wiem – bąknął Arvid.
Nie chciał okazywać słabości. Koledzy z pracy i tak wykazywali przesadne zainteresowanie jego przyszłością.
– Wyobraź sobie, budzisz się za tydzień, nastawiasz wodę na kawę i… jeśli zechcesz, możesz wrócić do łóżka. Wiesz co? Marzy mi się emerytura, ale nie mów tego Peterowi – oznajmiła Kerstin i się zaśmiała.
Jej długi blond warkocz schował się pod kołnierzem kurtki. W tych pozornie krótkich włosach przypominała młodą Jamie Lee Curtis z _Rybki zwanej Wandą_. Przeczytał kiedyś w jakimś magazynie, którego nazwy już nie pamiętał, że aktorka miała trzydzieści lat, czyli tyle co Kerstin teraz, gdy tę komedię grano w kinach. To było arcydzieło. Widział ten film wielokrotnie i za każdym razem bawił go tak samo. Mimowolnie się uśmiechnął. Właściwie to lubił Kerstin i Petera. Może jednak nie chcieli mu zaszkodzić, tylko po prostu troszczyli się o niego.
– No tak – odezwał się w końcu. – Ale człowiek powinien mieć jakieś zajęcie.
– Krzyżówki, wycieczki z emerytami, długie spacery… nie będziesz się nudził.
W tej chwili Arvid odruchowo się wyprostował, poprawiając mundur.
– Myślałem raczej o kontynuowaniu badania swojego drzewa genealogicznego.
Ponieważ odebrano mu przyszłość, zajął się przeszłością, odkrywając swoje korzenie, co dawało mu poczucie ciągłości i wieczności. Genealogia trzymała go przy życiu, lecz nawet ona zaczynała tracić sens. Znał nazwiska, daty narodzin i śmierci, ale nie znał ludzi. Potrzebował kogoś żywego, choćby jednej osoby. Dziś rano długo siedział na łóżku z koszulą na kolanach, zanim w końcu zdecydował się ją włożyć. Bo czy to w ogóle miało jakieś znaczenie? Co za różnica, czy się jeszcze kiedyś ubierze, czy też nie, skoro i tak nic się nie zmieni?
– Genealogia? Naprawdę się tym zajmujesz?
– Tak, od jakiegoś czasu. W końcu człowiek trafia na kogoś… ja…
Urwał, gdy tylko zobaczył jej minę i rozbiegany wzrok. Cholera. Nie powinien był tego mówić. Zabrzmiał jak jakiś desperat. Szaleniec Arvid Näslund.
Na szczęście nie musiał się tym długo martwić, bo właśnie w tym momencie na wzniesieniu błysnęły światła i szybko nadjechał kolejny samochód.
– Komuś się najwyraźniej spieszy – zauważyła Kerstin i pomachała do Petera, który wyszedł na ganek.
Arvid zmrużył oczy. Samochód jechał z dużą prędkością, pewnie ze sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Nieświadomy czy działa z premedytacją? Pojazd podskoczył na przejściu dla pieszych i gwałtownie wyhamował. Kerstin podeszła do auta od strony kierowcy. Basy dudniły tak, że aż drżały szyby.
Arvid przeszedł za samochód. Serce zaczęło mu walić, gdy dostrzegł, że to czarne Volvo kombi. Na tylnej szybie miało naklejkę z jakimś hasłem reklamowym napisanym niebieską czcionką. Jedno słowo biło po go oczach, jakby założył okulary 3D.
„Bezpieczny”_._ To samo słowo co wtedy. Świadek nie zapamiętał całego zdania, tylko te dziesięć liter tworzących wyraz.
„Bezpieczny”_._
– W tym konkretnym kontekście to słowo zadziałało jak cios w brzuch – stwierdził potem terapeuta, umieszczając okulary do czytania na czole.
Pojechał na tę bezsensowną terapię tylko dwa razy. Łącznie sto dwadzieścia kilometrów do Åre i z powrotem, by posiedzieć na ergonomicznym fotelu zaprojektowanym przez Brunona Mathssona. Stwierdził, że to bez sensu, bo smutek i tak go zniszczy.
Ale teraz to się działo naprawdę. To był ten moment. Wszystko się zgadzało. Myśli wybuchały w jego głowie, nie do końca sformułowane, gdy próbował zawołać kolegów.
– On… To jest… wiem… morderca… porywacz…
Nikt go nie słyszał albo nikt nie słuchał.
Jak przez mgłę obserwował Kerstin i Petera działających zgodnie z procedurą. Mówili głośniej niż zwykle. Kierowca ubrany w bluzę z kapturem wyjaśnił im, szczerząc zęby, że może ściszyć hip-hop, ale nawiew musi chodzić, bo szyby parują. Arvid wychwycił, że facet ma na imię Dennis. Chciał zobaczyć jego twarz, marzył, by spojrzeć mu w oczy, ale daszek czapki zasłaniał rysy aż po nos, a on nie mógł czekać.
To był ten moment.
Arvid zadziałał błyskawicznie. Rzucił się do samochodu, otworzył drzwi i tak mocno pchnął mężczyznę, że ten upadł bokiem na fotel pasażera, a głową uderzył o klamkę. Facet krzyknął i spadła mu czapka, odsłaniając ulizane włosy wyglądające jak wysiedziana trawa. Arvid rzucił się na niego, przygniatając go swoimi stu pięcioma kilogramami. Wymierzył mu cios. Za plecami słyszał krzyki kolegów, ale nic sobie z nich nie robił.
– Przetrzymujesz gdzieś Marit? Nie myśl sobie, że się ciebie boję, zasrany śmieciu! Śniłem o tym prawie trzydzieści lat. Gdzie ona jest? – wycedził przez zęby.
Mężczyzna dyszał, patrząc na niego z przerażeniem. Jego oczy nie przypominały tych z wyobrażeń Arvida. Tamte miały kolor sadzy. Te były młodsze, jaśniejsze. Arvid chwycił mężczyznę za gardło i poczuł pod palcami jego puls.
– Gdzie ona jest?! – wrzasnął, plując.
– Arvid! To nie on! Słyszysz?! Wystarczy! Przestań!
Krzyki Petera i Kerstin były jak szum wody w uszach, ale poczuł, jak ich mocne ręce odciągają go do tyłu. Puścił gardło tego faceta i osunął się w śnieg za autem. Kerstin przykucnęła obok niego.
Z kabiny samochodu dobiegał kaszel.
– Dennis, prawda? Tak się przedstawiłeś? Możemy to wyjaśnić – powiedział Peter do mężczyzny. – Niech no to zobaczę… Chodź, widzę, że krwawisz. Damy ci plaster, herbatę, zaraz…
– Wyjaśnić?! Herbatę?! – wrzasnął Dennis, pociągając nosem. – Doniosę na was.
Oszołomiony Arvid próbował zrozumieć, o czym oni rozmawiają. Z tonu Petera wynikało, że to on zrobił coś złego. Nie Dennis. A przecież to ten człowiek był podejrzany o popełnienie przestępstwa, powinni go zatrzymać, wezwać policję. Chciał zaprotestować, lecz poczuł dłoń Kerstin na swoim ramieniu.
– Arvid, to nie on. Auto wygląda podobnie jak to, które widziano tamtej nocy, przyznaję. Ale popatrz. Ten chłopak… jeszcze nawet nie było go na świecie, gdy…
Arvid zamrugał, zdezorientowany.
– Ale przecież to nawet to samo słowo. W nazwie firmy…
Kerstin chwyciła jego twarz w dłonie i delikatnie obróciła ją w stronę naklejki na tylnej szybie.
– Spójrz. Tam nie jest napisane „bezpieczny”, tylko „bezpiecznik”. Rozumiesz?
Rozumiał, ale jego umysł się zaciął. Jedyną rzeczą, o której mógł myśleć, były te minuty, gdy Frank, Julia i Felix zdali sobie sprawę, że umrą. Kiedy ich ciała jeszcze były ciepłe, a w żyłach pulsowała im krew. Ten obraz nie dawał mu spokoju ani na chwilę, nawiedzał go w nocy, powodując kołatanie serca i duszności. I pytanie: czy Marit zniknęła wcześniej… czy dopiero po ich śmierci?VERA
Luty 2023
– No dobrze, zgadniecie, co tym razem wymyślili ci geniusze z chmury? – rzucił redaktor naczelny Nils „Strömmen” Strömqvist, znany również jako „Szatan”. – Mogę tylko zdradzić, że chodzi o dużą akcję. Vero, co obstawiasz?
Strömmen założył dłonie za kark i skrzyżował drewniaki pod białym stołem konferencyjnym, który już o dziewiątej rano był usiany okruchami oraz brązowymi śladami po kubkach z kawą po porannym zebraniu redakcji. Uśmiechnął się chytrze, patrząc na zaproszone trio, czyli mnie, reportera działu ogólnego Påla Jönssona oraz redaktorkę działu rodzinnego Britt Gustafsson. Tworzyliśmy osobliwą zbieraninę, trzeba przyznać, ale według Strömmena byliśmy jedynymi osobami, które jeszcze pamiętają czasy świetności gazety. Innymi słowy, starymi wygami. I nie miało znaczenia, że Jönsson miał tylko czterdzieści pięć lat, bo przepracował tu już dwadzieścia osiem. Britt nazywała go „naszym cudownym dzieckiem”.
Mówiąc o „geniuszach z chmury”, Strömmen miał na myśli zarząd koncernu. Ludzi, którzy rzadko stąpali po redakcyjnej wykładzinie i nie jechali trzystu kilometrów w zamieci na zwykły wtorkowy wywiad, ale zawsze wiedzieli najlepiej, czego pragną czytelnicy. Nie przestawało mnie zadziwiać, jak z takiej odległości można robić wykresy, tabelki, analizować słupki i… dochodzić do jakichś wniosków. Jakich, to już inna sprawa.
– Zgaduję, że chodzi o koty – powiedział Jönsson, poprawiając rękawy brązowej marynarki ze sztruksu.
– Koty? Przecież to już było – odparła Britt sucho. – Nie pamiętasz? Czytelnicy przysyłali zdjęcia swoich pupili. Boże Narodzenie dwa tysiące piętnasty rok, o ile dobrze kojarzę. Cykl nazywał się _Lussekatter¹_ i ukazywał się w moim dziale. Ale ty go pewnie nie czytasz.
– A właśnie, że czytam, i to z przyjemnością. Zwłaszcza nekrologi, bo poprawiają mi nastrój.
– Oj, przestań.
Britt uśmiechnęła się do niego i z taką samą stanowczością, z jaką zrelacjonowała dzisiejszą rubrykę szachową² i wyniki rozgrywek w bule³, sięgnęła po babeczkę z masą marcepanową leżącą obok ciastek z marcepanową polewą i czubkami zanurzanymi w czekoladzie. W redakcji jak zwykle serwowano domowe wypieki prosto z Coopa⁴.
Strömmen spojrzał na mnie pytająco. Zaszczyciłam centralną redakcję „Jämtlandsposten” swoją obecnością tylko dla niego i pod warunkiem, że ominie mnie poranne zebranie całego zespołu. Większość osób, które kiedyś znałam, została zwolniona, przeszła na emeryturę albo zmarła, a nowemu pokoleniu cyfrowych wyjadaczy nie miałam nic do powiedzenia.
– Może pornografia krajobrazowa? – zaproponowałam.
– To by było coś – zarechotał Jönsson.
Termin „pornografia krajobrazowa” nie miał, oczywiście, nic wspólnego z seksem, chodziło jedynie o wyidealizowane, zachwycające zdjęcia gór, jezior, lasów, zachodów słońca i zorzy polarnej. Mieszkańcy Jämtlandu uwielbiali takie obrazki.
– Nix, nope, nie, nie i jeszcze raz nie – rzucił Strömmen, wstając. – Niech to szlag, jesteście tacy tępi, że aż muszę sobie dolać tej podłej kawy. Mała podpowiedź: chodzi o temat od dawna powszechny w popkulturze, a w mediach aż roi się od podcastów…
Z trudem podniósł się z krzesła, jak zwykle narzekając na przeklęte zwyrodnienie stawów, po czym pokuśtykał w stronę ekspresu do kawy. Zostawił okulary na stole, obok kalendarza z zakreślonym piątkiem i dopiskiem „sól drogowa!”. Przełknęłam ślinę. Ostatni dinozaur Strömmen miał nosa do tematów, pisał prostym, przystępnym językiem, docierając do licznego grona odbiorców. Niezmordowanie raz w tygodniu publikował swoją kolumnę, ale świat się zmienił, a tradycyjni dziennikarze, którzy kiedyś mieli ogromny wpływ na opinię publiczną, stracili swoją pozycję. Nowoczesne media, zmiany społeczne i cyfryzacja sprawiły, że era wielkich publicystów dobiegła końca. W tym roku przestaliśmy drukować plakaty z nagłówkami gazet, bo i tak nikt ich już nie wieszał.
Jönsson podrapał się po głowie. Była połowa lutego, a suche powietrze wysuszało nie tylko skórę na czaszce. Całą sobą tęskniłam za wilgocią i ciepłem.
– Nie mam dziś siły na zgadywanki – jęknął Jönsson. – Redaktor drukowanego wydania czeka na trzy tysiące znaków o gromadzeniu drewna opałowego w gminie Strömsund.
– Ze spacjami? – spytała Britt.
– Tak.
Wpatrywałam się w pusty korytarz. Poza trzaskiem ziaren kawy i bulgotaniem przelewającego się płynu w ekspresie panowała tu całkowita cisza. Wyciszające wykładziny, rolety przeciwsłoneczne i zamknięte drzwi. Na ekranach wyświetlane były serwisy informacyjne z wyłączonym dźwiękiem. Wszyscy już się przekonali, że open space bardziej przeszkadza w pracy, niż w niej pomaga. Ożywione dyskusje przeniosły się do newsroomu i internetu.
– _True crime_ – powiedziałam, gdy Strömmen stanął w drzwiach z gazetą pod pachą i parującą kawą w dłoni.
– Bingo! – zawołał, wskazując na mnie jak kaznodzieja, który właśnie ujrzał oświeconego. Z hukiem rzucił gazetę na stół i zaczął ją nerwowo kartkować, śliniąc palec wskazujący oraz kciuk i zostawiając na niej mokre ślady przesiąknięte snusem. Wyraźnie szukał jakiegoś konkretnego artykułu. Językiem zaczął poprawiać snus pod górną wargą. Klasyczny objaw dziennikarskiego podekscytowania. – No dobrze, a która zbrodnia odbiła się największym echem w naszym regionie?
Uniosłam brwi. Włoski na przedramionach stanęły mi dęba.
– Mord z użyciem siekiery w Storlien.
– Zgadza się. „Rzeź w Storlien”.
Minęło dwadzieścia osiem lat od tamtego koszmarnego poranka, gdy w jednym z domów znaleziono brutalnie zamordowanego ojca i dwójkę jego dzieci. Matka zniknęła bez śladu. Znałam na pamięć ich imiona: Frank i Marit, ich syn Felix oraz córka Julia. Minęło dwadzieścia osiem lat, a dla mieszkańców to była wciąż nieprzepracowana trauma.
Strömmen w końcu znalazł to, czego szukał.
– No proszę, mam to.
Wszyscy pochyliliśmy się nad pożółkłymi stronami, które szybko przeleciałam wzrokiem. Wytłuszczone czarne nagłówki, fotografie zatroskanych twarzy.
„Nic tu już nie jest takie jak przedtem” – powiedział starszy mężczyzna, którego dziennikarz najwyraźniej zatrzymał na skuterze gdzieś przy E14. Siedział obok drogowskazu z napisem „Witamy w Storlien” i z błękitno-żółtą koroną królewską, ponieważ rodzina królewska miała w tej wiosce dom w górach, w którym często spędzała Wielkanoc. Tablica wciąż tam stoi, choć farba już dawno wyblakła. „Mieszkańcy patrzą na siebie podejrzliwie. Nieufność rośnie z każdym dniem. Wątpię, by ktoś jeszcze spał przy otwartych drzwiach” _–_ dodał mężczyzna.
„Wszyscy znali tę rodzinę, to byli lubiani i porządni ludzie. Po prostu nie mieści mi się to w głowie – powiedziała kobieta w średnim wieku w bezpretensjonalnym stroju. – Ale dziwne, że nie znaleziono matki”.
Jej komentarz dobitnie pokazał, jak jedno niewinne słowo może wszystko zmienić. Porządna, lubiana rodzina, _ale_… Ruszyła lawina podejrzeń.
Wypowiedział się także policjant: „Śledztwo jest rozwojowe”.
Pomylił się.
– To była bez wątpienia najgłośniejsza i najstraszniejsza zbrodnia w naszym regionie. Wśród mieszkańców funkcjonuje określenie „rzeź w Storlien” – przypomniał Strömmen. – Sprawa do dzisiaj nie została rozwiązana. Dla nas to dobrze, bo będziemy się zajmować tylko takimi. Unikniecie boksowania się z policją w terenie, przynajmniej na początku.
Koncern medialny chciał zainwestować czas i środki w serię reportaży pod tytułem _Nowe spojrzenie na_ z_brodnie, które wstrząsnęły Szwecją…_, w ramach której każda lokalna redakcja mogła wstawić nazwę najgłośniejszej niewyjaśnionej zbrodni w ich regionie i miejsca, w którym się wydarzyła. W sumie miało to dać około pięćdziesięciu osobnych reportaży, którymi gazety mogły się między sobą wymieniać. Rok publikacji gotowy od ręki, prawdziwe rozwiązanie typu „win-win” dla dziennikarzy i czytelników. Już jutro w gazecie i na stronie internetowej miało się ukazać ogłoszenie z apelem do mieszkańców o wszelkie informacje dotyczące „rzezi w Storlien”.
– Jestem bardzo ciekawa, jak do tego projektu ma się mój zakres obowiązków. Znam je na pamięć. Tak tylko mówię, żebyś wiedział – oświadczyła Britt.
– Cierpliwości, zaraz do tego dojdę – odpowiedział Strömmen.
– Ale chwila. Co konkretnie dla nas oznacza to „nowe spojrzenie”? To ma być coś więcej niż zwykły artykuł w stylu _Mord z użyciem siekiery w Storlien w dziewięćdziesiątym piątym_? – zainteresował się Jönsson.
– Cieszę się, że o to pytasz, Pål. – Strömmen zrobił pauzę, by wymienić snus. – Chcemy, żebyście ruszyli w teren w poszukiwaniu nowych informacji, świadków, tropów. Czas na nową perspektywę, co oznacza, że musimy zacząć od początku. Ponieważ śledztwo nie doprowadziło do postawienia komukolwiek zarzutów, akta oczywiście są tajne. Możemy złożyć do działu prawnego wniosek o ich odtajnienie, chociaż nie liczyłbym na cud. Na szczęście są też inne sposoby dotarcia do tych informacji. – Tu uśmiechnął się szeroko, nie precyzując, o jakie sposoby mu chodzi. – Nakłaniajcie byłych funkcjonariuszy do zwierzeń, znajdujcie odpowiednich rozmówców, kopcie w archiwach, spróbujcie zrozumieć tło społeczne tamtego czasu. I oczywiście zawsze jestem do waszej dyspozycji, jeśli będziecie chcieli coś przegadać, cokolwiek.
Zaczęłam odczuwać znajome mrowienie skóry. Ścisnęłam pusty kubek po kawie.
– To naprawdę świetny pomysł – wyrwało mi się.
– Vero, wiedziałem, że ci się spodoba. To zadanie wręcz stworzone dla ciebie. Zajmiesz się w terenie sprawą „rzezi w Storlien”, a Jönsson wesprze cię w redakcji, głównie telefonicznie i w archiwach.
Jönsson zasalutował, za to Britt zmarszczyła brwi.
– Ale czy powinniśmy to w ogóle ruszać? Gdybym była bliską ofiar, odebrałabym to jako coś obrzydliwego.
Strömmen klasnął w dłonie.
– I właśnie w tym momencie ty wchodzisz do gry! Chcę, żebyś przygotowała teksty poruszające bardziej egzystencjalne aspekty przestępczości, ogólnie, bez konkretów. Dlaczego niektórzy przekraczają granice i odbierają innym życie? Jak bliscy ofiar radzą sobie z traumą i układają swoje życie na nowo? Pogadaj z psychologami, socjologami, kimkolwiek. Potraktuj to też jako materiał do działu rodzinnego. W ten sposób unikniemy zarzutów o tanią sensację, a może nawet będzie to miało dla czytelników efekt terapeutyczny.
– Sprytnie – mruknęła Britt, sięgając po ciastko. Okruchy obsypały jej tunikę, pod którą piersi sterczały niczym dwa wały obronne.
Na kilka sekund zapadła cisza. Za oknem wychodzącym na Stjärntorget⁵ sypał śnieg. Mokre płatki ospale opadały na kamienie z nazwiskami Beppe Wolgersa, Kim Anderzon, Viveki Seldahl, Rolfa Lassgårda, Ann Margret i Allana Edwalla, wszyscy oni zostali upamiętnieni, niezależnie od tego, czy żyli, czy już nie. Temperatura ledwo spadła poniżej zera, a IMGW już ostrzegał przed pierwszym poważnym atakiem zimy w zachodniej części Jämtlandu w tym roku. Nadciągała śnieżyca i spodziewano się trudnych warunków na drogach, z dużą ilością śniegu i bardzo śliską nawierzchnią_. Zachowaj ostrożność i spokój_ – nawoływało radio drogowe. Luty nie był łaskawy dla zakochanych.
– Arvid Näslund wciąż mieszka w tym samym domu i nadal pracuje na przejściu granicznym w Storlien – poinformowałam, czując, że łatwiej mi się myśli, jak po alkoholu.
Znałam tę sprawę. „Rzeź w Storlien” poruszyła mnie bardziej niż jakiekolwiek inne zabójstwo w Szwecji. Nie tylko dlatego, że wydarzyła się w moich rodzinnych stronach, ale również przez swoją bezgraniczną brutalność. Z jednej strony nieznany sprawca, ten ludzki śmieć, mnie fascynował, z drugiej czułam do niego odrazę. Kilka razy, gdy „rzeź w Storlien” była omawiana w popularnym podcaście kryminalnym, słuchałam o niej w wielkim skupieniu, mając nadzieję, że dziennikarze ujawnią coś nowego, lecz ci zawsze traktowali temat powierzchownie. Pomyślałam, że teraz wreszcie będę miała możliwość dogłębnie zbadać tę sprawę i znaleźć brakujące elementy układanki.
Czułam rosnącą frustrację z powodu tego, że zamiast brać się do roboty, muszę siedzieć w sali konferencyjnej.
– Arvid? – powtórzyła Britt.
– Ojciec Marit, jedyny żyjący członek tej rodziny. To on znalazł ciała. Nigdy nie zgodził się na rozmowę z mediami, jego żona, Karin, gdy jeszcze żyła, też nie.
Krótko po tragedii wypowiedzieli się za to rodzice Franka, w artykule, w którym między wierszami zasugerowali, że to Marit, ich synowa, mogła dopuścić się zbrodni, co wywołało trwały konflikt pomiędzy obiema parami rodziców i zapewne dlatego żadne z nich już nigdy więcej nie udzieliło wywiadu.
Strömmen westchnął.
– Wiem. Jesper Orsa Olsson, emerytowany redaktor z Järpen, miał twardy orzech do zgryzienia. Z czasem rodzice poumierali, pamiętam, że Orsa mówił, że rodzice Franka mieli go w późnym wieku i dorastał jako jedynak. Musimy nakłonić Arvida do rozmowy. Zacznij z nim delikatnie, Vero, to trudny człowiek.
– Raczej człowiek, któremu życie dało w kość. Całe lata musiał znosić plotki, że to jego córka zabiła męża i dzieci. Wiele osób w Storlien wciąż tak uważa. To brzemię, które trudno unieść ojcu i dziadkowi – oznajmiłam.
– Jejku, biedaczysko. – Britt pokręciła głową. – A jeśli to prawda?
– Tego nie wie nikt. Na miejscu zbrodni zabezpieczono też ślady DNA osoby, której tożsamości nigdy nie ustalono. Co to oznacza? Że Marit, jeśli rzeczywiście była sprawczynią, nie działała sama? Dlaczego miałaby to zrobić? Myślę, że wszyscy zasługują na poznanie motywu, ponieważ ta sprawa to trauma dla całej okolicy.
Frustrujące było to, że Arvid wciąż kurczowo trzymał wszystkie stare zdjęcia córki, zięcia i wnuków. Do tej pory media otrzymały zgodę na publikację zaledwie jednej fotografii tej rodziny, w którą teraz wszyscy się wpatrywaliśmy. Mój wzrok najpierw padł na dzieci. Julia w nieprzemakalnych spodniach, z plastikowym, niebieskim wiaderkiem w ręce, Felix z grubą gałęzią. Ich rodzice wyglądali zaskakująco młodo, młodziej, niż wskazywałyby ich dwadzieścia jeden i dwadzieścia pięć lat. Sami tak naprawdę byli jeszcze dziećmi i mieli przed sobą całe życie. Tata Frank uśmiechał się całą twarzą, jego oczy skrzyły radością, a kąciki ust niemal sięgały uszu. Nie sposób było go nie lubić. Marit wyróżniała się długimi ciemnymi włosami i oczami przypominającymi oczy wiewiórki. W artykule Orsy kasjerka z Konsumu nazwała ją „lokalną pięknością”. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy o tym czytałam, głośno prychnęłam, ale ludzie potrzebują opowieści romantyzujących ofiary, by łatwiej poradzić sobie z traumą.
Sceneria na zdjęciu sugerowała wycieczkę do lasu, choć dokładne miejsce nigdy nie zostało ustalone. Nie wiadomo też, kto je zrobił, ale przez lata w samej „Jämtlandsposten” wykorzystano je co najmniej dwadzieścia pięć razy, i to praktycznie przy okazji każdej rocznicy, gdy z obowiązku przypominaliśmy, że policja wciąż błądzi po omacku i nie ma żadnego nowego tropu.
Przeszły mnie ciarki. Czy kiedykolwiek poznamy prawdę o tym, co się stało?
– Przez te wszystkie lata wśród śledczych panowała całkowita zmowa milczenia wokół tej sprawy – stwierdziłam.
– Racja. Najwyższa pora to zmienić – odparł Strömmen. – Kiedy ostatnio rozmawialiśmy z facetem, który jako jedyny złożył zeznania?
– Z Carlem Hulténem? Dawno, co najmniej piętnaście lat temu, i to tylko przez telefon – odparłam.
– W takim razie trzeba z nim znowu pogadać, ale tym razem żadnych telefonicznych pogaduszek. Czytelnicy chcą czuć obecność, atmosferę. Hultén był stąd?
– Nie, ale miał dom letniskowy w Visjövalen, niedaleko miejsca, gdzie na stałe mieszkali Edwallowie. Miejmy nadzieję, że wciąż go ma i jeszcze żyje.
W Visjövalen, w rejonie domów letniskowych wyrastających z bagna wzdłuż szlaków skuterowych i tras narciarstwa biegowego, pięć kilometrów na wschód od Storlien, tylko Edwallowie mieli całoroczny dom. Większość turystów przyjeżdżała dopiero po pierwszych opadach śniegu, dlatego jesienią w Visjövalen cisza aż dzwoniła w uszach. Pewnego popołudnia, kilka lat po „rzezi w Storlien”, z ciekawości zjechałam z E14 i ruszyłam wąską szutrówką prowadzącą do drewnianego brązowego domu, który od czasu tragedii stał pusty. Wysiadłam, wciągnęłam w nozdrza powietrze pachnące wilgotną ziemią i miałam nieodparte wrażenie, że coś pełza wśród drzew targanych wiatrem, ukryte w jesiennej mgle. Jakby czaiło się tam zło. Jeszcze długo potem, przed snem, ta myśl do mnie wracała.
Jeśli się nie myliłam, numer Carla Hulténa wciąż był zapisany w moim telefonie. Hultén lubił pojawiać się w gazecie i na początku zgadzał się prawie na każdy wywiad. Przejrzałam listę kontaktów, ale go nie znalazłam. Po chwili przypomniało mi się, że zapisałam go pod nazwą „świadek Storlien”. Napisałam mu krótkiego SMS-a.
Przed oczami przeleciały mi te wszystkie lata. Tej zimy, gdy doszło do „rzezi”, mieszkałam przy Prästgatan i pracowałam w Östersundzie, tęskniąc za domem w Ånn. Zmęczona nieustannym udowadnianiem swojej wartości, zrozumiałam, że muszę przestać się patyczkować. Rok później Orsa przeszedł na emeryturę, a ja wreszcie zajęłam jego miejsce w redakcji, tyle że on już wcześniej dokładnie zgłębił sprawę „rzezi w Storlien”, a naczelny ani nie mógł, ani nie chciał przeznaczyć środków na ponowne dziennikarskie śledztwo. Ślady zresztą ostygły w rekordowym tempie, a mnie pozostało tylko powielać to, co ujawnił już w swoich wywiadach Orsa. Okropnie mnie to uwierało, a Strömmen jakby czytał w moich myślach:
– Pamiętaj, że ludzie z czasem zmieniają nastawienie i podejście. Wcale nie jest wykluczone, że dzisiaj uda ci się zdobyć nowe informacje.
– Tak się zastanawiam: czy nie zadzieramy nosa, trąbiąc o tym, że rzucimy nowe światło na to śledztwo? – zapytał Jönsson.
– Obiecujemy jedynie, że spróbujemy, i to będzie jasno napisane we wstępie. Mamy oczywiście cichą nadzieję, że uda nam się ustalić coś, co pomoże policji pchnąć sprawę do przodu, może nie od razu, ale w przyszłości. Nieważne, jak to ogłosimy, liczy się to, żeby zaangażować czytelników i żeby odważyli się mówić, musimy wejść z nimi w dialog – wyjaśnił Strömmen.
– Sam to wymyśliłeś? – spytała Britt przesłodzonym tonem, grzebiąc w kieszeniach tuniki, z której wyciągnęła paczkę eukaliptusowych pastylek.
– Skądże. Nie słyszałaś? To cytat z naszego redakcyjnego stratega. Jak on się nazywał…
– Göran.
– No właśnie, Göran.
Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Świrusy. Czasami brakowało mi ich towarzystwa, gdy siedziałam sama w redakcji w Järpen, lecz tylko czasami. Bo choć samotność często dawała mi się we znaki, to jednak bardziej ceniłam swoją niezależność. Wyprostowałam się. Pośladki zdrętwiałe od siedzenia i głód nikotynowy dawały o sobie znać. Dość gadania. W tym momencie zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił się Thomas Martinsson. Serce mi zadrżało i szybko wyłączyłam dźwięk. Pewnie właśnie odśnieżał drogi.
– No to co, bierzemy się do roboty? – rzuciłam miękko i zaczęłam zbierać swoje rzeczy.
Strömmen uśmiechnął się tak szeroko, że zobaczyłam snus spływający mu po zębach. Uwielbiał burczenie starych reporterskich kiszek.
– Pewnie! Jedziemy z tym koksem. To nie przedszkole.FRANK
20 września 1995
Frank nie spuszczał psa z oczu. Wyżeł niemiecki krótkowłosy biegał luzem, raz w jedną, raz w drugą stronę, pod wiatr, podążając za zapachem, przeczesując teren, lecz Frank cały czas kontrolował psa i nie miało znaczenia, że ufał, iż Troy panuje nad swoimi instynktami.
Przemierzali gęste brzozowe zarośla i mokradła wciągające stopy przy każdym kroku. W końcu dotarli na bezdrzewny, skalisty płaskowyż, na którym wiatr szalał bez przeszkód. Słońce powoli wschodziło nad horyzontem, rozpalając otwartą przestrzeń ogniem. Oczom Franka ukazało się czerwone, bezkresne morze brusznicy.
Był daleko od swojej rodziny.
Za daleko. Coraz częściej nachodziła go ta myśl.
Na pewno miało to związek z chorobą Feliksa, która całkowicie zmieniła ich życie. Szokująca diagnoza, ponad dwa i pół roku leczenia. Frank przez cały ten czas czuł na karku oddech śmierci, która czaiła się między drzewami za każdym razem, gdy wracali do domu ze szpitala w Östersundzie. Trudno mu było uwierzyć, że syn został uznany za zdrowego, tak jak nie mógł pojąć tego, że dzisiaj Marit wzięła go do miasta, na spotkanie z innymi dziećmi, małymi wojownikami, których poznali w szpitalnej sali zabaw dla przewlekle chorych maluchów. Kilka razy musiał sobie przypominać, że nie są w szpitalu, tylko w bawialni „Dżungla”. Matki zdecydowały, że spotkają się właśnie tam, żeby dzieciaki mogły się wyszaleć, co dla wielu malców wcale nie było takie oczywiste. Ciekawe, czy ludzie potrafią to zrozumieć.
Było chwilę po siódmej rano, a Frank planował wrócić do domu najpóźniej o czternastej. Pies miał tylko trochę potrenować przed zaplanowanym na ten tydzień polowaniem na cietrzewie. Na szczęście jego teść Arvid mógł zostać z Julią. Jako jedyny z czworga dziadków pracował w Storlien, na posterunku celnym, więc spotykali się z nim znacznie częściej niż z pozostałymi. Matka Marit codziennie dojeżdżała pięćdziesiąt kilometrów do rzeźni w norweskim Meråker, a jego rodzice pokonywali w sumie sto kilometrów między Storlien a Duved, gdzie ojciec uczył prac technicznych, a matka była asystentką w mieszkaniu wspomaganym. Drogi na zachód i wschód były wąskie, a zimy często surowe.
Rano Frank i Arvid zamienili parę słów w drzwiach, więc teść wiedział, że w lodówce jest spaghetti bolognese do odgrzania na obiad. Na przekąskę były ciastka i owoce, Julia uwielbiała herbatniki w połączeniu z pokrojonymi jabłkami.
Nagle zobaczył, że Troy stanął jak wryty, a pod jego lśniącą brązową sierścią napiął się każdy mięsień. Pies wyraźnie dawał mu znać, że złapał trop. Frank podszedł bliżej, szybko uniósł strzelbę i krzyknął: „Tak!”. Pies rzucił się w pogoń za skulonym cietrzewiem, który wzbił się w powietrze.
Frank oddał strzał.
W tej samej chwili ptak runął na ziemię, jego okrągłe ciało drżało jeszcze przez chwilę, zanim zastygło w bezruchu.
– Dobra robota, tak, brawo – pochwalił wiernego towarzysza i go pogłaskał. – Proszę bardzo, możesz po niego iść!
Kiedy Troy wrócił z cietrzewiem w pysku, Frank zauważył, że pióra ptaka, ciemnobrązowe z jasnymi plamkami, zaczęły przechodzić w śnieżną biel. Teraz było też na nich mnóstwo krwi, ponieważ oddał celny strzał, i do tego z bliska.
Rozejrzał się po okolicy i poniżej wypatrzył osłoniętą od wiatru skałę porośniętą suchym chrobotkiem reniferowym, na której rozłożył karimatę. Miał stąd widok na duże jezioro po norweskiej stronie, turkusową plamę pośród żółto-zielonych terenów rozciągających się ku górom i niebu, podczas gdy sam siedział w ukryciu. Zdjął plecak i wyjął prowiant, kiełbasę dla psa i kanapkę z żółtym serem dla siebie. Wodę dla nich obu, której nabrał do butelek w górskim potoku po drodze, i już nie mógł się doczekać, by się napić.
Przez chwilę odpoczywali. Pot na jego plecach ostygł. Od czasu do czasu przez wiatr przebijało się bulgotanie cietrzewi, ale im się nie spieszyło. Dzisiejsze polowanie nie miało na celu zdobycia mięsa, było jedynie formą doskonalenia umiejętności. Frank zamknął oczy i wciągnął w płuca intensywny zapach wrzosu oraz bażyny, po czym odpłynął myślami.
Kiedy właśnie zamierzał wstać, kawałek dalej usłyszał wystrzał z broni śrutowej, a potem kolejny i jeszcze jeden.
Co do diabła?!
Rozległy się pojedyncze słowa w obcym języku, chyba po niemiecku.
Frank szybko poderwał się na równe nogi i na płaskowyżu dostrzegł dwóch mężczyzn w kamuflażu, niskich, krępych, z podniesionymi i gotowymi do strzału strzelbami na śrut. Oddali dwa szybkie strzały, jeden po drugim. Za nimi szedł seter angielski. Kilka razy prawie znalazł się na linii ognia, zupełnie niewyszkolony do polowania na cietrzewie. To mogło się źle skończyć.
– Halo! – zawołał Frank. – _Hello_!
Jeden z mężczyzn odwrócił głowę w jego stronę, uniósł rękę, ale nie odpowiedział na powitanie i zaczął się zbliżać.
– _Do you have hunting licence_?! – krzyknął Frank.
Zamiast podejść bliżej, jeden z nich zawołał coś do drugiego i obaj zaczęli się oddalać.
Kłusownicy. Nie pozwoli im uciec.
Ruszył za nimi, a gdy mężczyźni to zauważyli, zaczęli uciekać. W tym momencie podjął decyzję, by ich ścigać, głównie ze względu na setera. Nie lubił, gdy zwierzęta były źle traktowane lub narażane na niebezpieczeństwo. Jeden z mężczyzn przeładował broń i wystrzelił serię ostrzegawczą, która minęła Franka o kilka metrów i trafiła w karłowatą brzozę.
Padł na ziemię i ukrył się za kamieniem. Kim są ci ludzie? Zamierzają go zastrzelić? Zaciśnięta pięść zdradzała jego gniew. Jeśli chcieli oporu, to go dostaną. Jeśli w czymś był dobry, to właśnie w polowaniu i strzelaniu. Śrutówka stanowiła naturalne przedłużenie jego ciała.
Gdy odważył się znów spojrzeć w górę, zobaczył, że mężczyźni uciekają w dół doliny. Stamtąd nie mogli go już dostrzec. Odczekał chwilę, po czym pobiegł za nimi, a Troy wiernie podążał u jego boku.
Chrzęst suchych gałęzi pod stopami, sapanie psa.
Nagle zapadła się pod nim ziemia.
Frank runął w mrok, a kamienie poraniły mu ramię. Z gardła wyrwał mu się niekontrolowany krzyk, gdy zaparło mu dech w piersiach.
Coś twardego wbiło mu się w brzuch i prawie zwymiotował z bólu. Nóż Mora przytroczony do paska skierował się na zewnątrz, ku górze, po czym zaklinował się między ścianami szczeliny skalnej. Długi trzonek wykonany z poroża łosia wbił mu się w ciało tuż przy pępku, a jednocześnie twarda skała naciskała na niego z drugiej strony.
Był przebity własną bronią, a zarazem to ona powstrzymywała go przed dalszym spadaniem.
Wąska przestrzeń na wysokości klatki piersiowej zaczynała się pod nim rozszerzać, a grawitacja ciągnęła go w dół, gdzie panowała ciemność i słychać było szum strumienia. Krew spływała mu po ręce. A może to jakieś insekty? Nie, nie o tej porze roku. Musiał zedrzeć sobie skórę podczas upadku, bo czuł pulsujący ból.
Jak wspinacz znalazł kilka półek skalnych, na których mógł oprzeć stopy, nogi mu drżały, lecz wiedział, że zdoła się utrzymać. Miał siłę, ale nie potrafił się uwolnić z tego więzienia stworzonego przez naturę.
W końcu dotarło do niego, że coś, co przytrafiało się tylko innym, teraz stało się i jego udziałem.
Ile to razy wyciągał rannych ludzi z przepaści i jaskiń? Najczęściej przyjaciel poszkodowanego docierał do najbliższego schroniska i wzywał pomoc przez telefon. Jego nieobecności nikt długo nie zauważy, a nie poinformował Arvida ani Marit, dokąd się wybiera, mimo że jedno z najważniejszych górskich przykazań mówi: zawsze informuj o swoich planach.
Felix i Julia. Miał przed oczami ich twarze. Zimno przenikało go do szpiku kości. _Nie mogę umrzeć w ten sposób –_ pomyślał. Nie z powodu kilku kłusowników i na pewno nie teraz. Ojciec nie zostawia swoich dzieci, zwłaszcza gdy jedno z nich dopiero co dostało drugą szansę na życie. Tego okrucieństwa nie mógł przyjąć do wiadomości.
Tylko kto go tu znajdzie? W szczelinie, pośród nieprzetartych szlaków? Po chwili usłyszał, jak Troy krąży wokół otworu i piszczy. Nie był sam. Ktoś zauważy psa.
_Zachowaj spokój i czekaj, to teraz jedyne, co możesz zrobić. Jeśli zaczniesz panikować, już będzie po tobie._Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. _Lussekatter_ (szw. dosłownie koty Łucji) – tradycyjne szwedzkie bułeczki drożdżowe z dodatkiem szafranu, wypiekane na trzynastego grudnia, Dzień św. Łucji. Mają charakterystyczny kształt litery „S”, przypominający zwiniętego kota lub jego ogon, stąd skojarzenie z tymi zwierzętami (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
2. _Dagens schackruta_ (szw.) – codzienna rubryka szachowa w szwedzkiej prasie, zawierająca zadanie do rozwiązania, diagram partii lub analizę szachową. Tego typu sekcje były popularne w gazetach drukowanych, szczególnie w drugiej połowie XX wieku, i stanowiły intelektualną rozrywkę dla czytelników.
3. W wielu szwedzkich lokalnych gazetach, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i na wsiach, pojawiają się krótkie relacje z wydarzeń sportowych dla seniorów lub klubów rekreacyjnych, np. wyniki cotygodniowych rozgrywek w bule.
4. Coop – szwedzka sieć supermarketów.
5. Plac Stjärntorget jest miejscem upamiętniającym znane osoby (tak jak np. Aleja Gwiazd w Hollywood). Wmurowano na nim kamienie z ich nazwiskami.
6. To wyspa i jednocześnie dzielnica Östersundu położona na zachód od centrum.
7. Dzielnica Sztokholmu.
8. _Komvux_ (szw.) – skrót od _Kommunal vuxenutbildning_, czyli gminna edukacja dla dorosłych w Szwecji. To instytucja oferująca kursy i programy edukacyjne na poziomie szkoły średniej dla dorosłych, którzy chcą uzupełnić wykształcenie, zdobyć nowe kwalifikacje lub zmienić ścieżkę zawodową.