Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Piętno - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
2996 pkt
punktów Virtualo

Piętno - ebook

Trofeum tego łowcy to nie zwierzyna leśna…

Trzy dekady temu górską wioską wstrząsnęła szokująca zbrodnia. Ojciec i dwoje dzieci zostali zamordowani we własnym domu, a matka zniknęła bez śladu. Tragedia ta – nazywana przez miejscowych rzezią w Storlien – wciąż pozostaje niewyjaśniona. Reporterka Vera Bergström postanawia zbadać tę sprawę. Tropy prowadzą od myśliwskich domków na odludziu, przez zagrożone przedmieścia, do policyjnego rejestru DNA. Vera zaczyna domyślać się przerażającej prawdy o tym, co wydarzyło się pamiętnej nocy 1995 roku. Morderca zmienił jedynie teren łowów, jednak nadal pozostaje na wolności. W tym samym czasie, po przejściu burzy śnieżnej, w pobliskich górach dochodzi do makabrycznego odkrycia…

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68758-54-2
Rozmiar pliku: 3,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Kiedy popo­łu­dnie spo­wi­jało Stor­lien płasz­czem ciem­no­ści i chłodu, Arvida zawsze nawie­dzała ta sama myśl. Czter­dzie­ści lat krą­żyła mu po gło­wie, choć ni­gdy nie wypo­wie­dział jej na głos. _Teraz to już nie my strze­żemy gra­nicy, tylko ona pil­nuje nas_.

Stali w kami­zel­kach odbla­sko­wych pośrodku drogi E14, gro­te­skowo oświe­tleni reflek­to­rami, pod­czas gdy zamieć biła w nich z całych sił. Arvid błą­dził wzro­kiem w skry­wa­ją­cym wszystko mroku, po dwóch pasach jezdni pną­cych się łukiem ku górze, by zaraz potem gwał­tow­nie opaść w kie­runku Nor­we­gii. Sękate, kar­ło­wate brzozy i roz­le­głe, surowe prze­strze­nie. W obli­czu nad­cho­dzą­cej nocy na przy­droż­nych par­kin­gach kie­rowcy tirów szu­kali schro­nie­nia bli­sko sie­bie. Naprze­ciwko, po dru­giej stro­nie torów kole­jo­wych, u pod­nóża bez­le­śnej góry, przy­cup­nęła wio­ska.

Dobrze znał poste­ru­nek celny, ale o tej porze mrok spo­wi­jał też jego umysł. Nie mieli pew­no­ści, czy ktoś nie obser­wuje ich z ukry­cia, tylko cze­ka­jąc na wła­ściwy moment, by prze­do­stać się na drugą stronę. Garstka cel­ni­ków nie dawała rady upil­no­wać czte­ry­stu­ki­lo­me­tro­wej gra­nicy, nic więc dziw­nego, że czło­wiek czuł się cza­sem bez­silny.

– Cho­dzi o to, żeby poka­zać, że tu jeste­śmy – stwier­dził Peter, gdy Arvid narze­kał w kuchni na absur­dal­ność tej misji.

Kole­dzy uśmie­chali się do niego z pobła­ża­niem i współ­czu­ciem.

Arvid dosko­nale wie­dział, co o nim myślą. Pew­nego wie­czoru, gdy nie­spo­dzie­wa­nie wró­cił po port­fel, który zosta­wił w szu­fla­dzie biurka, przy­pad­kowo pod­słu­chał roz­mowę Ker­stin i Petera znaj­du­ją­cych się na pię­trze:

– Arvid jest ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści, żyje w swoim świe­cie. Kto wie, co z nim będzie po przej­ściu na eme­ry­turę. Już i tak pra­cuje dłu­żej, niż powi­nien.

Arvid nie wziął port­fela i poje­chał do domu ze ści­śnię­tym gar­dłem. Strasz­nie zabo­lały go te słowa, które padły z ust jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków. Od pra­wie trzy­dzie­stu lat miesz­kańcy wio­ski szep­tali za jego ple­cami. Że postra­dał zmy­sły, gdy zna­lazł zwłoki zię­cia i wnu­cząt. Że jego córka Marit musiała zabić całą rodzinę i uciec, skoro ni­gdy jej nie odna­le­ziono. Jaką trzeba być matką, żeby zro­bić coś takiego? Tylko potwór jest zdolny do takich rze­czy.

Naj­gor­sze były chwile zwąt­pie­nia, które nacho­dziły go w samot­no­ści. Może to ci naj­okrut­niejsi mają rację, a on się myli?

Zazwy­czaj praca była dla niego kołem ratun­ko­wym, lecz tego wie­czoru czuł się wyjąt­kowo zmę­czony i roz­bity. Jakby stał na wiszą­cym moście, a czas pędził pod nim niczym rwąca rzeka. Led­wie czuł się czę­ścią wła­snego życia.

Zbli­żały się uro­dziny Marit. W ponie­dzia­łek skoń­czy­łaby czter­dzie­ści dzie­więć lat.

A może skoń­czy?

Ciała jego córki ni­gdy nie odna­le­ziono. Jak opła­ki­wać kogoś, kogo nie można pocho­wać?

Zacią­gnął suwak kurtki aż pod samą brodę, ponie­waż wiał ostry, prze­ni­kliwy wiatr i trzeba się było szczel­nie chro­nić od stóp do głów. Od czasu, gdy urząd celny zaostrzył kon­trole przy gra­nicy z Nor­we­gią, czę­ściej pra­co­wali na zewnątrz i spraw­dzali znacz­nie wię­cej pojaz­dów. Czas zająć się kry­mi­na­li­stami, któ­rzy mają tu otwartą furtkę do kraju. Już w pierw­szych tygo­dniach namie­rzyli nar­ko­tyki, alko­hol oraz broń, jakby spod ziemi wypły­nęła brudna, cie­pła rzeka prze­stęp­czo­ści.

Nie­któ­rzy wście­kali się na nowe prze­pisy, nazy­wa­jąc je biu­ro­kra­tycz­nym pie­kłem. Wła­ści­ciele domów let­ni­sko­wych i pra­cow­nicy fizyczni, któ­rzy dotąd bez­pro­ble­mowo prze­kra­czali nie­strze­żoną gra­nicę z dro­gim sprzę­tem i sku­te­rami, teraz musieli pła­cić cło.

Bar­dziej zde­cy­do­wane podej­ście – oto co teraz obo­wią­zy­wało. Arvid coraz czę­ściej myślał o nie­lo­gicz­no­ści gra­nic pań­stwo­wych. Daw­niej nie było linii podziału pomię­dzy Nor­we­gią a Szwe­cją, mech i jało­wiec się nią nie przej­mo­wały. W przy­ro­dzie wszystko two­rzy jedną całość, a jed­nak ludzie zde­cy­do­wali ina­czej.

Zapo­wia­dała się długa zima. Pomimo mono­to­nii Arvid i tak wolał być w środku, w cie­płej czer­wo­nej budce i odpra­wiać towary, niż pra­co­wać na zewnątrz. Kie­rowcy cię­ża­ró­wek zacho­wy­wali się pro­fe­sjo­nal­nie, wie­dzieli, czy mają ładu­nek do ocle­nia, i od razu wybie­rali czer­wony pas, po czym wypeł­niali papiery, a on przy­sta­wiał pie­czątkę. Potem spo­koj­nie sia­dał przy oknie, pił kawę i obser­wo­wał. Od dwu­dzie­stu ośmiu lat obser­wo­wał, lecz auto, któ­rego wypa­try­wał, ni­gdy się nie poja­wiło.

Na mro­zie, w bli­skim kon­tak­cie z ciem­nymi stro­nami ludz­kiej natury, bar­dziej odczu­wał swoją wewnętrzną udrękę. W zeszłym tygo­dniu pró­bo­wał zatrzy­mać zde­spe­ro­waną Nor­weżkę, która ucie­ka­jąc, o mało nie prze­je­chała go Teslą. Musiał usko­czyć na bok. Gdy jego kum­ple w końcu ją zatrzy­mali, zna­leźli w bagaż­niku pół kilo­grama bia­łego proszku – amfe­ta­minę ukrytą w bute­lecz­kach po dzie­cię­cym szam­po­nie. W pamięci utkwiły mu jasno­ró­żowe ety­kiety. Ten nie­winny kolor miał w sobie coś tra­gicz­nego. Psy­chiczny ból puchł w nim coraz bar­dziej, był niczym kula smutku, tęsk­noty i roz­pa­czy, któ­rej nie potra­fił z sie­bie wyrzu­cić. Nie mógł ani nie chciał sku­pić się na przy­szło­ści, bo wtedy umar­łaby pamięć o niej, a póź­niej znik­nę­łyby rów­nież wspo­mnie­nia o Franku, Felik­sie i Julii.

Jed­nak wkrótce wszystko się skoń­czy. Naj­pierw życie zawo­dowe, potem życie samo w sobie. Sześć­dzie­siąt dzie­więć lat. Czas nie­ubła­ga­nie ucieka.

Kątem oka zoba­czył, jak Ker­stin pod­nosi lor­netkę, a od strony Nor­we­gii nad­jeż­dża auto.

– W końcu jakiś samo­chód, ta noc wle­cze się jak flaki z ole­jem… – wymam­ro­tał Peter pod nosem, prze­wra­ca­jąc oczami. Kil­ku­dniowy zarost, który upar­cie nosił, spra­wiał, że wyglą­dał na jesz­cze bar­dziej zmę­czo­nego. Nie chciało mu się golić czy nie miał cier­pli­wo­ści do zapusz­cze­nia brody?

Ker­stin dała im znać, żeby się prze­mie­ścili do miej­sca kon­troli. Arvi­dowi od razu przy­spie­szył puls i poczuł ucisk kami­zelki odbla­sko­wej. Prze­su­nął pal­cami po gazie pie­przo­wym, a następ­nie dotknął pałki znaj­du­ją­cej się przy nodze.

Po chwili wje­chało stare czarne Volvo, model 245. Kie­dyś naj­po­pu­lar­niej­szy samo­chód w Szwe­cji. W cza­sach, gdy był szczę­śliwy. Kiedy wszy­scy, któ­rych kochał, wciąż żyli.

Ker­stin unio­sła rękę z ogni­sto­po­ma­rań­czową flarą sygna­li­za­cyjną i zatrzy­mała pojazd. Złoty emble­mat na jej służ­bo­wej czapce zalśnił w świe­tle reflek­to­rów.

Kie­rowca się zatrzy­mał i opu­ścił szybę. Męż­czy­zna w śred­nim wieku, koszula z krót­kim ręka­wem, brzuch opie­ra­jący się na kie­row­nicy. Miał już przy­go­to­wane prawo jazdy. Obok niego sie­działa kobieta, a z tyłu dwoje dzieci, dziew­czynka i chło­piec. Wyglą­dali, jakby wra­cali z cie­płych kra­jów. Policzki i włosy muśnięte słoń­cem.

Byli na urlo­pie – pomy­ślał Arvid. Cho­dzili boso po pia­sku, jedli dania z grilla w gwar­nych restau­ra­cjach. Szu­kali odro­biny cie­pła w coraz chłod­niej­szym świe­cie. Może kobieta kupiła sobie w jakiejś wąskiej uliczce srebrne kol­czyki, które teraz migo­tały w jej uszach.

Zwy­czajna rodzina. Tylko czy na pewno?

– Dzień dobry – powie­dział Arvid, pochy­la­jąc się, by spoj­rzeć kie­rowcy w oczy, nie zaglą­da­jąc do auta.

Zawsze miał z tyłu głowy, że może zostać zaata­ko­wany. Gdzie się podziali ci wszy­scy nie­szko­dliwi piwo­sze? Ten gatu­nek musiał tym­cza­sem wygi­nąć. Zamiast nich w spo­łe­czeń­stwie roiło się od nie­obli­czal­nych osób z pro­ble­mami psy­chicz­nymi, uza­leż­nio­nych od prze­róż­nych sub­stan­cji.

– Macie coś do ocle­nia?

– Nic mi o tym nie wia­domo… nie.

Męż­czy­zna rozej­rzał się po wnę­trzu auta, jakby miała tam gdzieś leżeć sterta skra­dzio­nych rze­czy.

– Co oni robią, tato? Czy my jeste­śmy zło­dzie­jami?

Głos dziew­czynki dobiegł z tyl­nego sie­dze­nia, zdjęła słu­chawki i odło­żyła iPada na roz­kła­dany sto­lik przed sobą.

Ojciec się zaśmiał.

– Nie, Stello. Wszystko w porządku.

Arvid świa­do­mie przy­brał przy­ja­zny wyraz twa­rzy. Mała przy­po­mi­nała mu Marit, kiedy ta była w jej wieku. Zresztą, wszyst­kie dziew­czynki, nie­za­leż­nie od etapu życia, przy­po­mi­nały mu Marit. Czę­sto myślał o deli­kat­nych wło­skach na jej dzie­cię­cym karku i pła­kał w samot­no­ści nocami, kiedy cisza sta­wała się nie do znie­sie­nia. Daw­niej miał jesz­cze Karin, z którą mógł poroz­ma­wiać, ale teraz i żony już nie było. Po kola­cji zazwy­czaj włą­czał jakiś film, by dom wypeł­nił się życiem. Cza­sem przy­sy­piał na kana­pie i budził go głos, który wyda­wał mu się zna­jomy. Przez kilka ulot­nych sekund wie­rzył, że to ktoś bli­ski, zanim dotarło do niego, że to tylko aktor. I za każ­dym razem bolało tak samo.

Arvid otwo­rzył bagaż­nik i zaj­rzał do środka. Walizki, kilka toreb ze strefy bez­cło­wej, głów­nie sło­dy­cze. Latarka omio­tła wnę­trze samo­chodu, dywa­niki, kie­sze­nie w drzwiach i inne zaka­marki.

Wpu­ścili rodzinę, która wła­śnie wró­ciła z Gran Cana­rii. Mieli bez­po­średni lot do Tron­dheim, a teraz musieli się jesz­cze dostać do domu, do Östersundu. Pew­nie już się stę­sk­nili za zwy­czaj­nym życiem i rutyną.

– No dobra – rzu­cił Peter. – Sko­czę do toa­lety.

Ker­stin zaczęła się roz­grze­wać przez pocie­ra­nie ramion, patrząc w ciemne niebo.

– Ech, kto by nie chciał teraz uciec do cie­płych kra­jów. Podobno czeka nas zała­ma­nie pogody – powie­działa, krzy­wiąc się. – Jak się czu­jesz, będąc już na ostat­niej pro­stej?

– Sam nie wiem – bąk­nął Arvid.

Nie chciał oka­zy­wać sła­bo­ści. Kole­dzy z pracy i tak wyka­zy­wali prze­sadne zain­te­re­so­wa­nie jego przy­szło­ścią.

– Wyobraź sobie, budzisz się za tydzień, nasta­wiasz wodę na kawę i… jeśli zechcesz, możesz wró­cić do łóżka. Wiesz co? Marzy mi się eme­ry­tura, ale nie mów tego Pete­rowi – oznaj­miła Ker­stin i się zaśmiała.

Jej długi blond war­kocz scho­wał się pod koł­nie­rzem kurtki. W tych pozor­nie krót­kich wło­sach przy­po­mi­nała młodą Jamie Lee Cur­tis z _Rybki zwa­nej Wandą_. Prze­czy­tał kie­dyś w jakimś maga­zy­nie, któ­rego nazwy już nie pamię­tał, że aktorka miała trzy­dzie­ści lat, czyli tyle co Ker­stin teraz, gdy tę kome­dię grano w kinach. To było arcy­dzieło. Widział ten film wie­lo­krot­nie i za każ­dym razem bawił go tak samo. Mimo­wol­nie się uśmiech­nął. Wła­ści­wie to lubił Ker­stin i Petera. Może jed­nak nie chcieli mu zaszko­dzić, tylko po pro­stu trosz­czyli się o niego.

– No tak – ode­zwał się w końcu. – Ale czło­wiek powi­nien mieć jakieś zaję­cie.

– Krzy­żówki, wycieczki z eme­ry­tami, dłu­gie spa­cery… nie będziesz się nudził.

W tej chwili Arvid odru­chowo się wypro­sto­wał, popra­wia­jąc mun­dur.

– Myśla­łem raczej o kon­ty­nu­owa­niu bada­nia swo­jego drzewa gene­alo­gicz­nego.

Ponie­waż ode­brano mu przy­szłość, zajął się prze­szło­ścią, odkry­wa­jąc swoje korze­nie, co dawało mu poczu­cie cią­gło­ści i wiecz­no­ści. Gene­alo­gia trzy­mała go przy życiu, lecz nawet ona zaczy­nała tra­cić sens. Znał nazwi­ska, daty naro­dzin i śmierci, ale nie znał ludzi. Potrze­bo­wał kogoś żywego, choćby jed­nej osoby. Dziś rano długo sie­dział na łóżku z koszulą na kola­nach, zanim w końcu zde­cy­do­wał się ją wło­żyć. Bo czy to w ogóle miało jakieś zna­cze­nie? Co za róż­nica, czy się jesz­cze kie­dyś ubie­rze, czy też nie, skoro i tak nic się nie zmieni?

– Gene­alo­gia? Naprawdę się tym zaj­mu­jesz?

– Tak, od jakie­goś czasu. W końcu czło­wiek tra­fia na kogoś… ja…

Urwał, gdy tylko zoba­czył jej minę i roz­bie­gany wzrok. Cho­lera. Nie powi­nien był tego mówić. Zabrzmiał jak jakiś despe­rat. Sza­le­niec Arvid Näslund.

Na szczę­ście nie musiał się tym długo mar­twić, bo wła­śnie w tym momen­cie na wznie­sie­niu bły­snęły świa­tła i szybko nad­je­chał kolejny samo­chód.

– Komuś się naj­wy­raź­niej spie­szy – zauwa­żyła Ker­stin i poma­chała do Petera, który wyszedł na ganek.

Arvid zmru­żył oczy. Samo­chód jechał z dużą pręd­ko­ścią, pew­nie ze sto dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na godzinę. Nie­świa­domy czy działa z pre­me­dy­ta­cją? Pojazd pod­sko­czył na przej­ściu dla pie­szych i gwał­tow­nie wyha­mo­wał. Ker­stin pode­szła do auta od strony kie­rowcy. Basy dud­niły tak, że aż drżały szyby.

Arvid prze­szedł za samo­chód. Serce zaczęło mu walić, gdy dostrzegł, że to czarne Volvo kombi. Na tyl­nej szy­bie miało naklejkę z jakimś hasłem rekla­mo­wym napi­sa­nym nie­bie­ską czcionką. Jedno słowo biło po go oczach, jakby zało­żył oku­lary 3D.

„Bez­pieczny”_._ To samo słowo co wtedy. Świa­dek nie zapa­mię­tał całego zda­nia, tylko te dzie­sięć liter two­rzą­cych wyraz.

„Bez­pieczny”_._

– W tym kon­kret­nym kon­tek­ście to słowo zadzia­łało jak cios w brzuch – stwier­dził potem tera­peuta, umiesz­cza­jąc oku­lary do czy­ta­nia na czole.

Poje­chał na tę bez­sen­sowną tera­pię tylko dwa razy. Łącz­nie sto dwa­dzie­ścia kilo­me­trów do Åre i z powro­tem, by posie­dzieć na ergo­no­micz­nym fotelu zapro­jek­to­wa­nym przez Bru­nona Maths­sona. Stwier­dził, że to bez sensu, bo smu­tek i tak go znisz­czy.

Ale teraz to się działo naprawdę. To był ten moment. Wszystko się zga­dzało. Myśli wybu­chały w jego gło­wie, nie do końca sfor­mu­ło­wane, gdy pró­bo­wał zawo­łać kole­gów.

– On… To jest… wiem… mor­derca… pory­wacz…

Nikt go nie sły­szał albo nikt nie słu­chał.

Jak przez mgłę obser­wo­wał Ker­stin i Petera dzia­ła­ją­cych zgod­nie z pro­ce­durą. Mówili gło­śniej niż zwy­kle. Kie­rowca ubrany w bluzę z kap­tu­rem wyja­śnił im, szcze­rząc zęby, że może ści­szyć hip-hop, ale nawiew musi cho­dzić, bo szyby parują. Arvid wychwy­cił, że facet ma na imię Den­nis. Chciał zoba­czyć jego twarz, marzył, by spoj­rzeć mu w oczy, ale daszek czapki zasła­niał rysy aż po nos, a on nie mógł cze­kać.

To był ten moment.

Arvid zadzia­łał bły­ska­wicz­nie. Rzu­cił się do samo­chodu, otwo­rzył drzwi i tak mocno pchnął męż­czy­znę, że ten upadł bokiem na fotel pasa­żera, a głową ude­rzył o klamkę. Facet krzyk­nął i spa­dła mu czapka, odsła­nia­jąc uli­zane włosy wyglą­da­jące jak wysie­dziana trawa. Arvid rzu­cił się na niego, przy­gnia­ta­jąc go swo­imi stu pię­cioma kilo­gra­mami. Wymie­rzył mu cios. Za ple­cami sły­szał krzyki kole­gów, ale nic sobie z nich nie robił.

– Prze­trzy­mu­jesz gdzieś Marit? Nie myśl sobie, że się cie­bie boję, zasrany śmie­ciu! Śni­łem o tym pra­wie trzy­dzie­ści lat. Gdzie ona jest? – wyce­dził przez zęby.

Męż­czy­zna dyszał, patrząc na niego z prze­ra­że­niem. Jego oczy nie przy­po­mi­nały tych z wyobra­żeń Arvida. Tamte miały kolor sadzy. Te były młod­sze, jaśniej­sze. Arvid chwy­cił męż­czy­znę za gar­dło i poczuł pod pal­cami jego puls.

– Gdzie ona jest?! – wrza­snął, plu­jąc.

– Arvid! To nie on! Sły­szysz?! Wystar­czy! Prze­stań!

Krzyki Petera i Ker­stin były jak szum wody w uszach, ale poczuł, jak ich mocne ręce odcią­gają go do tyłu. Puścił gar­dło tego faceta i osu­nął się w śnieg za autem. Ker­stin przy­kuc­nęła obok niego.

Z kabiny samo­chodu dobie­gał kaszel.

– Den­nis, prawda? Tak się przed­sta­wi­łeś? Możemy to wyja­śnić – powie­dział Peter do męż­czy­zny. – Niech no to zoba­czę… Chodź, widzę, że krwa­wisz. Damy ci pla­ster, her­batę, zaraz…

– Wyja­śnić?! Her­batę?! – wrza­snął Den­nis, pocią­ga­jąc nosem. – Doniosę na was.

Oszo­ło­miony Arvid pró­bo­wał zro­zu­mieć, o czym oni roz­ma­wiają. Z tonu Petera wyni­kało, że to on zro­bił coś złego. Nie Den­nis. A prze­cież to ten czło­wiek był podej­rzany o popeł­nie­nie prze­stęp­stwa, powinni go zatrzy­mać, wezwać poli­cję. Chciał zapro­te­sto­wać, lecz poczuł dłoń Ker­stin na swoim ramie­niu.

– Arvid, to nie on. Auto wygląda podob­nie jak to, które widziano tam­tej nocy, przy­znaję. Ale popatrz. Ten chło­pak… jesz­cze nawet nie było go na świe­cie, gdy…

Arvid zamru­gał, zdez­o­rien­to­wany.

– Ale prze­cież to nawet to samo słowo. W nazwie firmy…

Ker­stin chwy­ciła jego twarz w dło­nie i deli­kat­nie obró­ciła ją w stronę naklejki na tyl­nej szy­bie.

– Spójrz. Tam nie jest napi­sane „bez­pieczny”, tylko „bez­piecz­nik”. Rozu­miesz?

Rozu­miał, ale jego umysł się zaciął. Jedyną rze­czą, o któ­rej mógł myśleć, były te minuty, gdy Frank, Julia i Felix zdali sobie sprawę, że umrą. Kiedy ich ciała jesz­cze były cie­płe, a w żyłach pul­so­wała im krew. Ten obraz nie dawał mu spo­koju ani na chwilę, nawie­dzał go w nocy, powo­du­jąc koła­ta­nie serca i dusz­no­ści. I pyta­nie: czy Marit znik­nęła wcze­śniej… czy dopiero po ich śmierci?VERA

Luty 2023

– No dobrze, zgad­nie­cie, co tym razem wymy­ślili ci geniu­sze z chmury? – rzu­cił redak­tor naczelny Nils „Strömmen” Strömqvist, znany rów­nież jako „Sza­tan”. – Mogę tylko zdra­dzić, że cho­dzi o dużą akcję. Vero, co obsta­wiasz?

Strömmen zało­żył dło­nie za kark i skrzy­żo­wał drew­niaki pod bia­łym sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym, który już o dzie­wią­tej rano był usiany okru­chami oraz brą­zo­wymi śla­dami po kub­kach z kawą po poran­nym zebra­niu redak­cji. Uśmiech­nął się chy­trze, patrząc na zapro­szone trio, czyli mnie, repor­tera działu ogól­nego Påla Jönssona oraz redak­torkę działu rodzin­nego Britt Gusta­fs­son. Two­rzy­li­śmy oso­bliwą zbie­ra­ninę, trzeba przy­znać, ale według Strömmena byli­śmy jedy­nymi oso­bami, które jesz­cze pamię­tają czasy świet­no­ści gazety. Innymi słowy, sta­rymi wygami. I nie miało zna­cze­nia, że Jönsson miał tylko czter­dzie­ści pięć lat, bo prze­pra­co­wał tu już dwa­dzie­ścia osiem. Britt nazy­wała go „naszym cudow­nym dziec­kiem”.

Mówiąc o „geniu­szach z chmury”, Strömmen miał na myśli zarząd kon­cernu. Ludzi, któ­rzy rzadko stą­pali po redak­cyj­nej wykła­dzi­nie i nie jechali trzy­stu kilo­me­trów w zamieci na zwy­kły wtor­kowy wywiad, ale zawsze wie­dzieli naj­le­piej, czego pra­gną czy­tel­nicy. Nie prze­sta­wało mnie zadzi­wiać, jak z takiej odle­gło­ści można robić wykresy, tabelki, ana­li­zo­wać słupki i… docho­dzić do jakichś wnio­sków. Jakich, to już inna sprawa.

– Zga­duję, że cho­dzi o koty – powie­dział Jönsson, popra­wia­jąc rękawy brą­zo­wej mary­narki ze sztruksu.

– Koty? Prze­cież to już było – odparła Britt sucho. – Nie pamię­tasz? Czy­tel­nicy przy­sy­łali zdję­cia swo­ich pupili. Boże Naro­dze­nie dwa tysiące pięt­na­sty rok, o ile dobrze koja­rzę. Cykl nazy­wał się _Lus­se­kat­ter¹_ i uka­zy­wał się w moim dziale. Ale ty go pew­nie nie czy­tasz.

– A wła­śnie, że czy­tam, i to z przy­jem­no­ścią. Zwłasz­cza nekro­logi, bo popra­wiają mi nastrój.

– Oj, prze­stań.

Britt uśmiech­nęła się do niego i z taką samą sta­now­czo­ścią, z jaką zre­la­cjo­no­wała dzi­siej­szą rubrykę sza­chową² i wyniki roz­gry­wek w bule³, się­gnęła po babeczkę z masą mar­ce­pa­nową leżącą obok cia­stek z mar­ce­pa­nową polewą i czub­kami zanu­rza­nymi w cze­ko­la­dzie. W redak­cji jak zwy­kle ser­wo­wano domowe wypieki pro­sto z Coopa⁴.

Strömmen spoj­rzał na mnie pyta­jąco. Zaszczy­ci­łam cen­tralną redak­cję „Jämtlandsposten” swoją obec­no­ścią tylko dla niego i pod warun­kiem, że omi­nie mnie poranne zebra­nie całego zespołu. Więk­szość osób, które kie­dyś zna­łam, została zwol­niona, prze­szła na eme­ry­turę albo zmarła, a nowemu poko­le­niu cyfro­wych wyja­da­czy nie mia­łam nic do powie­dze­nia.

– Może por­no­gra­fia kra­jo­bra­zowa? – zapro­po­no­wa­łam.

– To by było coś – zare­cho­tał Jönsson.

Ter­min „por­no­gra­fia kra­jo­bra­zowa” nie miał, oczy­wi­ście, nic wspól­nego z sek­sem, cho­dziło jedy­nie o wyide­ali­zo­wane, zachwy­ca­jące zdję­cia gór, jezior, lasów, zacho­dów słońca i zorzy polar­nej. Miesz­kańcy Jämtlandu uwiel­biali takie obrazki.

– Nix, nope, nie, nie i jesz­cze raz nie – rzu­cił Strömmen, wsta­jąc. – Niech to szlag, jeste­ście tacy tępi, że aż muszę sobie dolać tej pod­łej kawy. Mała pod­po­wiedź: cho­dzi o temat od dawna powszechny w popkul­tu­rze, a w mediach aż roi się od pod­ca­stów…

Z tru­dem pod­niósł się z krze­sła, jak zwy­kle narze­ka­jąc na prze­klęte zwy­rod­nie­nie sta­wów, po czym pokuś­ty­kał w stronę eks­presu do kawy. Zosta­wił oku­lary na stole, obok kalen­da­rza z zakre­ślo­nym piąt­kiem i dopi­skiem „sól dro­gowa!”. Prze­łknę­łam ślinę. Ostatni dino­zaur Strömmen miał nosa do tema­tów, pisał pro­stym, przy­stęp­nym języ­kiem, docie­ra­jąc do licz­nego grona odbior­ców. Nie­zmor­do­wa­nie raz w tygo­dniu publi­ko­wał swoją kolumnę, ale świat się zmie­nił, a tra­dy­cyjni dzien­ni­ka­rze, któ­rzy kie­dyś mieli ogromny wpływ na opi­nię publiczną, stra­cili swoją pozy­cję. Nowo­cze­sne media, zmiany spo­łeczne i cyfry­za­cja spra­wiły, że era wiel­kich publi­cy­stów dobie­gła końca. W tym roku prze­sta­li­śmy dru­ko­wać pla­katy z nagłów­kami gazet, bo i tak nikt ich już nie wie­szał.

Jönsson podra­pał się po gło­wie. Była połowa lutego, a suche powie­trze wysu­szało nie tylko skórę na czaszce. Całą sobą tęsk­ni­łam za wil­go­cią i cie­płem.

– Nie mam dziś siły na zga­dy­wanki – jęk­nął Jönsson. – Redak­tor dru­ko­wa­nego wyda­nia czeka na trzy tysiące zna­ków o gro­ma­dze­niu drewna opa­ło­wego w gmi­nie Strömsund.

– Ze spa­cjami? – spy­tała Britt.

– Tak.

Wpa­try­wa­łam się w pusty kory­tarz. Poza trza­skiem zia­ren kawy i bul­go­ta­niem prze­le­wa­ją­cego się płynu w eks­pre­sie pano­wała tu cał­ko­wita cisza. Wyci­sza­jące wykła­dziny, rolety prze­ciw­sło­neczne i zamknięte drzwi. Na ekra­nach wyświe­tlane były ser­wisy infor­ma­cyjne z wyłą­czo­nym dźwię­kiem. Wszy­scy już się prze­ko­nali, że open space bar­dziej prze­szka­dza w pracy, niż w niej pomaga. Oży­wione dys­ku­sje prze­nio­sły się do new­sro­omu i inter­netu.

– _True crime_ – powie­dzia­łam, gdy Strömmen sta­nął w drzwiach z gazetą pod pachą i paru­jącą kawą w dłoni.

– Bingo! – zawo­łał, wska­zu­jąc na mnie jak kazno­dzieja, który wła­śnie ujrzał oświe­co­nego. Z hukiem rzu­cił gazetę na stół i zaczął ją ner­wowo kart­ko­wać, śli­niąc palec wska­zu­jący oraz kciuk i zosta­wia­jąc na niej mokre ślady prze­siąk­nięte snu­sem. Wyraź­nie szu­kał jakie­goś kon­kret­nego arty­kułu. Języ­kiem zaczął popra­wiać snus pod górną wargą. Kla­syczny objaw dzien­ni­kar­skiego pod­eks­cy­to­wa­nia. – No dobrze, a która zbrod­nia odbiła się naj­więk­szym echem w naszym regio­nie?

Unio­słam brwi. Wło­ski na przed­ra­mio­nach sta­nęły mi dęba.

– Mord z uży­ciem sie­kiery w Stor­lien.

– Zga­dza się. „Rzeź w Stor­lien”.

Minęło dwa­dzie­ścia osiem lat od tam­tego kosz­mar­nego poranka, gdy w jed­nym z domów zna­le­ziono bru­tal­nie zamor­do­wa­nego ojca i dwójkę jego dzieci. Matka znik­nęła bez śladu. Zna­łam na pamięć ich imiona: Frank i Marit, ich syn Felix oraz córka Julia. Minęło dwa­dzie­ścia osiem lat, a dla miesz­kań­ców to była wciąż nie­prze­pra­co­wana trauma.

Strömmen w końcu zna­lazł to, czego szu­kał.

– No pro­szę, mam to.

Wszy­scy pochy­li­li­śmy się nad pożół­kłymi stro­nami, które szybko prze­le­cia­łam wzro­kiem. Wytłusz­czone czarne nagłówki, foto­gra­fie zatro­ska­nych twa­rzy.

„Nic tu już nie jest takie jak przed­tem” – powie­dział star­szy męż­czy­zna, któ­rego dzien­ni­karz naj­wy­raź­niej zatrzy­mał na sku­te­rze gdzieś przy E14. Sie­dział obok dro­go­wskazu z napi­sem „Witamy w Stor­lien” i z błę­kitno-żółtą koroną kró­lew­ską, ponie­waż rodzina kró­lew­ska miała w tej wio­sce dom w górach, w któ­rym czę­sto spę­dzała Wiel­ka­noc. Tablica wciąż tam stoi, choć farba już dawno wybla­kła. „Miesz­kańcy patrzą na sie­bie podejrz­li­wie. Nie­uf­ność rośnie z każ­dym dniem. Wąt­pię, by ktoś jesz­cze spał przy otwar­tych drzwiach” _–_ dodał męż­czy­zna.

„Wszy­scy znali tę rodzinę, to byli lubiani i porządni ludzie. Po pro­stu nie mie­ści mi się to w gło­wie – powie­działa kobieta w śred­nim wieku w bez­pre­ten­sjo­nal­nym stroju. – Ale dziwne, że nie zna­le­ziono matki”.

Jej komen­tarz dobit­nie poka­zał, jak jedno nie­winne słowo może wszystko zmie­nić. Porządna, lubiana rodzina, _ale_… Ruszyła lawina podej­rzeń.

Wypo­wie­dział się także poli­cjant: „Śledz­two jest roz­wo­jowe”.

Pomy­lił się.

– To była bez wąt­pie­nia naj­gło­śniej­sza i naj­strasz­niej­sza zbrod­nia w naszym regio­nie. Wśród miesz­kań­ców funk­cjo­nuje okre­śle­nie „rzeź w Stor­lien” – przy­po­mniał Strömmen. – Sprawa do dzi­siaj nie została roz­wią­zana. Dla nas to dobrze, bo będziemy się zaj­mo­wać tylko takimi. Unik­nie­cie bok­so­wa­nia się z poli­cją w tere­nie, przy­naj­mniej na początku.

Kon­cern medialny chciał zain­we­sto­wać czas i środki w serię repor­taży pod tytu­łem _Nowe spoj­rze­nie na_ z_brod­nie, które wstrzą­snęły Szwe­cją…_, w ramach któ­rej każda lokalna redak­cja mogła wsta­wić nazwę naj­gło­śniej­szej nie­wy­ja­śnio­nej zbrodni w ich regio­nie i miej­sca, w któ­rym się wyda­rzyła. W sumie miało to dać około pięć­dzie­się­ciu osob­nych repor­taży, któ­rymi gazety mogły się mię­dzy sobą wymie­niać. Rok publi­ka­cji gotowy od ręki, praw­dziwe roz­wią­za­nie typu „win-win” dla dzien­ni­ka­rzy i czy­tel­ni­ków. Już jutro w gaze­cie i na stro­nie inter­ne­to­wej miało się uka­zać ogło­sze­nie z ape­lem do miesz­kań­ców o wszel­kie infor­ma­cje doty­czące „rzezi w Stor­lien”.

– Jestem bar­dzo cie­kawa, jak do tego pro­jektu ma się mój zakres obo­wiąz­ków. Znam je na pamięć. Tak tylko mówię, żebyś wie­dział – oświad­czyła Britt.

– Cier­pli­wo­ści, zaraz do tego dojdę – odpo­wie­dział Strömmen.

– Ale chwila. Co kon­kret­nie dla nas ozna­cza to „nowe spoj­rze­nie”? To ma być coś wię­cej niż zwy­kły arty­kuł w stylu _Mord z uży­ciem sie­kiery w Stor­lien w dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym_? – zain­te­re­so­wał się Jönsson.

– Cie­szę się, że o to pytasz, Pål. – Strömmen zro­bił pauzę, by wymie­nić snus. – Chcemy, żeby­ście ruszyli w teren w poszu­ki­wa­niu nowych infor­ma­cji, świad­ków, tro­pów. Czas na nową per­spek­tywę, co ozna­cza, że musimy zacząć od początku. Ponie­waż śledz­two nie dopro­wa­dziło do posta­wie­nia komu­kol­wiek zarzu­tów, akta oczy­wi­ście są tajne. Możemy zło­żyć do działu praw­nego wnio­sek o ich odtaj­nie­nie, cho­ciaż nie liczył­bym na cud. Na szczę­ście są też inne spo­soby dotar­cia do tych infor­ma­cji. – Tu uśmiech­nął się sze­roko, nie pre­cy­zu­jąc, o jakie spo­soby mu cho­dzi. – Nakła­niaj­cie byłych funk­cjo­na­riu­szy do zwie­rzeń, znaj­duj­cie odpo­wied­nich roz­mów­ców, kop­cie w archi­wach, spró­buj­cie zro­zu­mieć tło spo­łeczne tam­tego czasu. I oczy­wi­ście zawsze jestem do waszej dys­po­zy­cji, jeśli będzie­cie chcieli coś prze­ga­dać, cokol­wiek.

Zaczę­łam odczu­wać zna­jome mro­wie­nie skóry. Ści­snę­łam pusty kubek po kawie.

– To naprawdę świetny pomysł – wyrwało mi się.

– Vero, wie­dzia­łem, że ci się spodoba. To zada­nie wręcz stwo­rzone dla cie­bie. Zaj­miesz się w tere­nie sprawą „rzezi w Stor­lien”, a Jönsson wes­prze cię w redak­cji, głów­nie tele­fo­nicz­nie i w archi­wach.

Jönsson zasa­lu­to­wał, za to Britt zmarsz­czyła brwi.

– Ale czy powin­ni­śmy to w ogóle ruszać? Gdy­bym była bli­ską ofiar, ode­bra­ła­bym to jako coś obrzy­dli­wego.

Strömmen kla­snął w dło­nie.

– I wła­śnie w tym momen­cie ty wcho­dzisz do gry! Chcę, żebyś przy­go­to­wała tek­sty poru­sza­jące bar­dziej egzy­sten­cjalne aspekty prze­stęp­czo­ści, ogól­nie, bez kon­kre­tów. Dla­czego nie­któ­rzy prze­kra­czają gra­nice i odbie­rają innym życie? Jak bli­scy ofiar radzą sobie z traumą i ukła­dają swoje życie na nowo? Poga­daj z psy­cho­lo­gami, socjo­lo­gami, kim­kol­wiek. Potrak­tuj to też jako mate­riał do działu rodzin­nego. W ten spo­sób unik­niemy zarzu­tów o tanią sen­sa­cję, a może nawet będzie to miało dla czy­tel­ni­ków efekt tera­peu­tyczny.

– Spryt­nie – mruk­nęła Britt, się­ga­jąc po ciastko. Okru­chy obsy­pały jej tunikę, pod którą piersi ster­czały niczym dwa wały obronne.

Na kilka sekund zapa­dła cisza. Za oknem wycho­dzą­cym na Stjärntorget⁵ sypał śnieg. Mokre płatki ospale opa­dały na kamie­nie z nazwi­skami Beppe Wol­gersa, Kim Ande­rzon, Viveki Sel­dahl, Rolfa Lassgårda, Ann Mar­gret i Allana Edwalla, wszy­scy oni zostali upa­mięt­nieni, nie­za­leż­nie od tego, czy żyli, czy już nie. Tem­pe­ra­tura ledwo spa­dła poni­żej zera, a IMGW już ostrze­gał przed pierw­szym poważ­nym ata­kiem zimy w zachod­niej czę­ści Jämtlandu w tym roku. Nad­cią­gała śnie­życa i spo­dzie­wano się trud­nych warun­ków na dro­gach, z dużą ilo­ścią śniegu i bar­dzo śli­ską nawierzch­nią_. Zacho­waj ostroż­ność i spo­kój_ – nawo­ły­wało radio dro­gowe. Luty nie był łaskawy dla zako­cha­nych.

– Arvid Näslund wciąż mieszka w tym samym domu i na­dal pra­cuje na przej­ściu gra­nicz­nym w Stor­lien – poin­for­mo­wa­łam, czu­jąc, że łatwiej mi się myśli, jak po alko­holu.

Zna­łam tę sprawę. „Rzeź w Stor­lien” poru­szyła mnie bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne zabój­stwo w Szwe­cji. Nie tylko dla­tego, że wyda­rzyła się w moich rodzin­nych stro­nach, ale rów­nież przez swoją bez­gra­niczną bru­tal­ność. Z jed­nej strony nie­znany sprawca, ten ludzki śmieć, mnie fascy­no­wał, z dru­giej czu­łam do niego odrazę. Kilka razy, gdy „rzeź w Stor­lien” była oma­wiana w popu­lar­nym pod­ca­ście kry­mi­nal­nym, słu­cha­łam o niej w wiel­kim sku­pie­niu, mając nadzieję, że dzien­ni­ka­rze ujaw­nią coś nowego, lecz ci zawsze trak­to­wali temat powierz­chow­nie. Pomy­śla­łam, że teraz wresz­cie będę miała moż­li­wość dogłęb­nie zba­dać tę sprawę i zna­leźć bra­ku­jące ele­menty ukła­danki.

Czu­łam rosnącą fru­stra­cję z powodu tego, że zamiast brać się do roboty, muszę sie­dzieć w sali kon­fe­ren­cyj­nej.

– Arvid? – powtó­rzyła Britt.

– Ojciec Marit, jedyny żyjący czło­nek tej rodziny. To on zna­lazł ciała. Ni­gdy nie zgo­dził się na roz­mowę z mediami, jego żona, Karin, gdy jesz­cze żyła, też nie.

Krótko po tra­ge­dii wypo­wie­dzieli się za to rodzice Franka, w arty­kule, w któ­rym mię­dzy wier­szami zasu­ge­ro­wali, że to Marit, ich synowa, mogła dopu­ścić się zbrodni, co wywo­łało trwały kon­flikt pomię­dzy obiema parami rodzi­ców i zapewne dla­tego żadne z nich już ni­gdy wię­cej nie udzie­liło wywiadu.

Strömmen wes­tchnął.

– Wiem. Jesper Orsa Ols­son, eme­ry­to­wany redak­tor z Järpen, miał twardy orzech do zgry­zie­nia. Z cza­sem rodzice poumie­rali, pamię­tam, że Orsa mówił, że rodzice Franka mieli go w póź­nym wieku i dora­stał jako jedy­nak. Musimy nakło­nić Arvida do roz­mowy. Zacznij z nim deli­kat­nie, Vero, to trudny czło­wiek.

– Raczej czło­wiek, któ­remu życie dało w kość. Całe lata musiał zno­sić plotki, że to jego córka zabiła męża i dzieci. Wiele osób w Stor­lien wciąż tak uważa. To brze­mię, które trudno unieść ojcu i dziad­kowi – oznaj­mi­łam.

– Jejku, bie­da­czy­sko. – Britt pokrę­ciła głową. – A jeśli to prawda?

– Tego nie wie nikt. Na miej­scu zbrodni zabez­pie­czono też ślady DNA osoby, któ­rej toż­sa­mo­ści ni­gdy nie usta­lono. Co to ozna­cza? Że Marit, jeśli rze­czy­wi­ście była spraw­czy­nią, nie dzia­łała sama? Dla­czego mia­łaby to zro­bić? Myślę, że wszy­scy zasłu­gują na pozna­nie motywu, ponie­waż ta sprawa to trauma dla całej oko­licy.

Fru­stru­jące było to, że Arvid wciąż kur­czowo trzy­mał wszyst­kie stare zdję­cia córki, zię­cia i wnu­ków. Do tej pory media otrzy­mały zgodę na publi­ka­cję zale­d­wie jed­nej foto­gra­fii tej rodziny, w którą teraz wszy­scy się wpa­try­wa­li­śmy. Mój wzrok naj­pierw padł na dzieci. Julia w nie­prze­ma­kal­nych spodniach, z pla­sti­ko­wym, nie­bie­skim wia­der­kiem w ręce, Felix z grubą gałę­zią. Ich rodzice wyglą­dali zaska­ku­jąco młodo, mło­dziej, niż wska­zy­wa­łyby ich dwa­dzie­ścia jeden i dwa­dzie­ścia pięć lat. Sami tak naprawdę byli jesz­cze dziećmi i mieli przed sobą całe życie. Tata Frank uśmie­chał się całą twa­rzą, jego oczy skrzyły rado­ścią, a kąciki ust nie­mal się­gały uszu. Nie spo­sób było go nie lubić. Marit wyróż­niała się dłu­gimi ciem­nymi wło­sami i oczami przy­po­mi­na­ją­cymi oczy wie­wiórki. W arty­kule Orsy kasjerka z Kon­sumu nazwała ją „lokalną pięk­no­ścią”. Pamię­tam, że gdy po raz pierw­szy o tym czy­ta­łam, gło­śno prych­nę­łam, ale ludzie potrze­bują opo­wie­ści roman­ty­zu­ją­cych ofiary, by łatwiej pora­dzić sobie z traumą.

Sce­ne­ria na zdję­ciu suge­ro­wała wycieczkę do lasu, choć dokładne miej­sce ni­gdy nie zostało usta­lone. Nie wia­domo też, kto je zro­bił, ale przez lata w samej „Jämtlandsposten” wyko­rzy­stano je co naj­mniej dwa­dzie­ścia pięć razy, i to prak­tycz­nie przy oka­zji każ­dej rocz­nicy, gdy z obo­wiązku przy­po­mi­na­li­śmy, że poli­cja wciąż błą­dzi po omacku i nie ma żad­nego nowego tropu.

Prze­szły mnie ciarki. Czy kie­dy­kol­wiek poznamy prawdę o tym, co się stało?

– Przez te wszyst­kie lata wśród śled­czych pano­wała cał­ko­wita zmowa mil­cze­nia wokół tej sprawy – stwier­dzi­łam.

– Racja. Naj­wyż­sza pora to zmie­nić – odparł Strömmen. – Kiedy ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy z face­tem, który jako jedyny zło­żył zezna­nia?

– Z Car­lem Hulténem? Dawno, co naj­mniej pięt­na­ście lat temu, i to tylko przez tele­fon – odpar­łam.

– W takim razie trzeba z nim znowu poga­dać, ale tym razem żad­nych tele­fo­nicz­nych poga­du­szek. Czy­tel­nicy chcą czuć obec­ność, atmos­ferę. Hultén był stąd?

– Nie, ale miał dom let­ni­skowy w Visjövalen, nie­da­leko miej­sca, gdzie na stałe miesz­kali Edwal­lo­wie. Miejmy nadzieję, że wciąż go ma i jesz­cze żyje.

W Visjövalen, w rejo­nie domów let­ni­sko­wych wyra­sta­ją­cych z bagna wzdłuż szla­ków sku­te­ro­wych i tras nar­ciar­stwa bie­go­wego, pięć kilo­me­trów na wschód od Stor­lien, tylko Edwal­lo­wie mieli cało­roczny dom. Więk­szość tury­stów przy­jeż­dżała dopiero po pierw­szych opa­dach śniegu, dla­tego jesie­nią w Visjövalen cisza aż dzwo­niła w uszach. Pew­nego popo­łu­dnia, kilka lat po „rzezi w Stor­lien”, z cie­ka­wo­ści zje­cha­łam z E14 i ruszy­łam wąską szu­trówką pro­wa­dzącą do drew­nia­nego brą­zo­wego domu, który od czasu tra­ge­dii stał pusty. Wysia­dłam, wcią­gnę­łam w noz­drza powie­trze pach­nące wil­gotną zie­mią i mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że coś pełza wśród drzew tar­ga­nych wia­trem, ukryte w jesien­nej mgle. Jakby cza­iło się tam zło. Jesz­cze długo potem, przed snem, ta myśl do mnie wra­cała.

Jeśli się nie myli­łam, numer Carla Hulténa wciąż był zapi­sany w moim tele­fo­nie. Hultén lubił poja­wiać się w gaze­cie i na początku zga­dzał się pra­wie na każdy wywiad. Przej­rza­łam listę kon­tak­tów, ale go nie zna­la­złam. Po chwili przy­po­mniało mi się, że zapi­sa­łam go pod nazwą „świa­dek Stor­lien”. Napi­sa­łam mu krót­kiego SMS-a.

Przed oczami prze­le­ciały mi te wszyst­kie lata. Tej zimy, gdy doszło do „rzezi”, miesz­ka­łam przy Prästgatan i pra­co­wa­łam w Östersundzie, tęsk­niąc za domem w Ånn. Zmę­czona nie­ustan­nym udo­wad­nia­niem swo­jej war­to­ści, zro­zu­mia­łam, że muszę prze­stać się patycz­ko­wać. Rok póź­niej Orsa prze­szedł na eme­ry­turę, a ja wresz­cie zaję­łam jego miej­sce w redak­cji, tyle że on już wcze­śniej dokład­nie zgłę­bił sprawę „rzezi w Stor­lien”, a naczelny ani nie mógł, ani nie chciał prze­zna­czyć środ­ków na ponowne dzien­ni­kar­skie śledz­two. Ślady zresztą osty­gły w rekor­do­wym tem­pie, a mnie pozo­stało tylko powie­lać to, co ujaw­nił już w swo­ich wywia­dach Orsa. Okrop­nie mnie to uwie­rało, a Strömmen jakby czy­tał w moich myślach:

– Pamię­taj, że ludzie z cza­sem zmie­niają nasta­wie­nie i podej­ście. Wcale nie jest wyklu­czone, że dzi­siaj uda ci się zdo­być nowe infor­ma­cje.

– Tak się zasta­na­wiam: czy nie zadzie­ramy nosa, trą­biąc o tym, że rzu­cimy nowe świa­tło na to śledz­two? – zapy­tał Jönsson.

– Obie­cu­jemy jedy­nie, że spró­bu­jemy, i to będzie jasno napi­sane we wstę­pie. Mamy oczy­wi­ście cichą nadzieję, że uda nam się usta­lić coś, co pomoże poli­cji pchnąć sprawę do przodu, może nie od razu, ale w przy­szło­ści. Nie­ważne, jak to ogło­simy, liczy się to, żeby zaan­ga­żo­wać czy­tel­ni­ków i żeby odwa­żyli się mówić, musimy wejść z nimi w dia­log – wyja­śnił Strömmen.

– Sam to wymy­śli­łeś? – spy­tała Britt prze­sło­dzo­nym tonem, grze­biąc w kie­sze­niach tuniki, z któ­rej wycią­gnęła paczkę euka­lip­tu­so­wych pasty­lek.

– Skądże. Nie sły­sza­łaś? To cytat z naszego redak­cyj­nego stra­tega. Jak on się nazy­wał…

– Göran.

– No wła­śnie, Göran.

Nie mogłam się powstrzy­mać od śmie­chu. Świ­rusy. Cza­sami bra­ko­wało mi ich towa­rzy­stwa, gdy sie­dzia­łam sama w redak­cji w Järpen, lecz tylko cza­sami. Bo choć samot­ność czę­sto dawała mi się we znaki, to jed­nak bar­dziej ceni­łam swoją nie­za­leż­ność. Wypro­sto­wa­łam się. Pośladki zdrę­twiałe od sie­dze­nia i głód niko­ty­nowy dawały o sobie znać. Dość gada­nia. W tym momen­cie zadzwo­nił mój tele­fon. Na wyświe­tla­czu poja­wił się Tho­mas Mar­tins­son. Serce mi zadrżało i szybko wyłą­czy­łam dźwięk. Pew­nie wła­śnie odśnie­żał drogi.

– No to co, bie­rzemy się do roboty? – rzu­ci­łam miękko i zaczę­łam zbie­rać swoje rze­czy.

Strömmen uśmiech­nął się tak sze­roko, że zoba­czy­łam snus spły­wa­jący mu po zębach. Uwiel­biał bur­cze­nie sta­rych repor­ter­skich kiszek.

– Pew­nie! Jedziemy z tym kok­sem. To nie przed­szkole.FRANK

20 września 1995

Frank nie spusz­czał psa z oczu. Wyżeł nie­miecki krót­ko­włosy bie­gał luzem, raz w jedną, raz w drugą stronę, pod wiatr, podą­ża­jąc za zapa­chem, prze­cze­su­jąc teren, lecz Frank cały czas kon­tro­lo­wał psa i nie miało zna­cze­nia, że ufał, iż Troy panuje nad swo­imi instynk­tami.

Prze­mie­rzali gęste brzo­zowe zaro­śla i mokra­dła wcią­ga­jące stopy przy każ­dym kroku. W końcu dotarli na bez­drzewny, ska­li­sty pła­sko­wyż, na któ­rym wiatr sza­lał bez prze­szkód. Słońce powoli wscho­dziło nad hory­zon­tem, roz­pa­la­jąc otwartą prze­strzeń ogniem. Oczom Franka uka­zało się czer­wone, bez­kre­sne morze brusz­nicy.

Był daleko od swo­jej rodziny.

Za daleko. Coraz czę­ściej nacho­dziła go ta myśl.

Na pewno miało to zwią­zek z cho­robą Feliksa, która cał­ko­wi­cie zmie­niła ich życie. Szo­ku­jąca dia­gnoza, ponad dwa i pół roku lecze­nia. Frank przez cały ten czas czuł na karku oddech śmierci, która cza­iła się mię­dzy drze­wami za każ­dym razem, gdy wra­cali do domu ze szpi­tala w Östersundzie. Trudno mu było uwie­rzyć, że syn został uznany za zdro­wego, tak jak nie mógł pojąć tego, że dzi­siaj Marit wzięła go do mia­sta, na spo­tka­nie z innymi dziećmi, małymi wojow­ni­kami, któ­rych poznali w szpi­tal­nej sali zabaw dla prze­wle­kle cho­rych malu­chów. Kilka razy musiał sobie przy­po­mi­nać, że nie są w szpi­talu, tylko w bawialni „Dżun­gla”. Matki zde­cy­do­wały, że spo­tkają się wła­śnie tam, żeby dzie­ciaki mogły się wysza­leć, co dla wielu mal­ców wcale nie było takie oczy­wi­ste. Cie­kawe, czy ludzie potra­fią to zro­zu­mieć.

Było chwilę po siód­mej rano, a Frank pla­no­wał wró­cić do domu naj­póź­niej o czter­na­stej. Pies miał tylko tro­chę potre­no­wać przed zapla­no­wa­nym na ten tydzień polo­wa­niem na cie­trze­wie. Na szczę­ście jego teść Arvid mógł zostać z Julią. Jako jedyny z czworga dziad­ków pra­co­wał w Stor­lien, na poste­runku cel­nym, więc spo­ty­kali się z nim znacz­nie czę­ściej niż z pozo­sta­łymi. Matka Marit codzien­nie dojeż­dżała pięć­dzie­siąt kilo­me­trów do rzeźni w nor­we­skim Meråker, a jego rodzice poko­ny­wali w sumie sto kilo­me­trów mię­dzy Stor­lien a Duved, gdzie ojciec uczył prac tech­nicz­nych, a matka była asy­stentką w miesz­ka­niu wspo­ma­ga­nym. Drogi na zachód i wschód były wąskie, a zimy czę­sto surowe.

Rano Frank i Arvid zamie­nili parę słów w drzwiach, więc teść wie­dział, że w lodówce jest spa­ghetti bolo­gnese do odgrza­nia na obiad. Na prze­ką­skę były ciastka i owoce, Julia uwiel­biała her­bat­niki w połą­cze­niu z pokro­jo­nymi jabł­kami.

Nagle zoba­czył, że Troy sta­nął jak wryty, a pod jego lśniącą brą­zową sier­ścią napiął się każdy mię­sień. Pies wyraź­nie dawał mu znać, że zła­pał trop. Frank pod­szedł bli­żej, szybko uniósł strzelbę i krzyk­nął: „Tak!”. Pies rzu­cił się w pogoń za sku­lo­nym cie­trze­wiem, który wzbił się w powie­trze.

Frank oddał strzał.

W tej samej chwili ptak runął na zie­mię, jego okrą­głe ciało drżało jesz­cze przez chwilę, zanim zasty­gło w bez­ru­chu.

– Dobra robota, tak, brawo – pochwa­lił wier­nego towa­rzy­sza i go pogła­skał. – Pro­szę bar­dzo, możesz po niego iść!

Kiedy Troy wró­cił z cie­trze­wiem w pysku, Frank zauwa­żył, że pióra ptaka, ciem­no­brą­zowe z jasnymi plam­kami, zaczęły prze­cho­dzić w śnieżną biel. Teraz było też na nich mnó­stwo krwi, ponie­waż oddał celny strzał, i do tego z bli­ska.

Rozej­rzał się po oko­licy i poni­żej wypa­trzył osło­niętą od wia­tru skałę poro­śniętą suchym chro­bot­kiem reni­fe­ro­wym, na któ­rej roz­ło­żył kari­matę. Miał stąd widok na duże jezioro po nor­we­skiej stro­nie, tur­ku­sową plamę pośród żółto-zie­lo­nych tere­nów roz­cią­ga­ją­cych się ku górom i niebu, pod­czas gdy sam sie­dział w ukry­ciu. Zdjął ple­cak i wyjął pro­wiant, kieł­basę dla psa i kanapkę z żół­tym serem dla sie­bie. Wodę dla nich obu, któ­rej nabrał do bute­lek w gór­skim potoku po dro­dze, i już nie mógł się docze­kać, by się napić.

Przez chwilę odpo­czy­wali. Pot na jego ple­cach ostygł. Od czasu do czasu przez wiatr prze­bi­jało się bul­go­ta­nie cie­trzewi, ale im się nie spie­szyło. Dzi­siej­sze polo­wa­nie nie miało na celu zdo­by­cia mięsa, było jedy­nie formą dosko­na­le­nia umie­jęt­no­ści. Frank zamknął oczy i wcią­gnął w płuca inten­sywny zapach wrzosu oraz bażyny, po czym odpły­nął myślami.

Kiedy wła­śnie zamie­rzał wstać, kawa­łek dalej usły­szał wystrzał z broni śru­to­wej, a potem kolejny i jesz­cze jeden.

Co do dia­bła?!

Roz­le­gły się poje­dyn­cze słowa w obcym języku, chyba po nie­miecku.

Frank szybko pode­rwał się na równe nogi i na pła­sko­wyżu dostrzegł dwóch męż­czyzn w kamu­flażu, niskich, krę­pych, z pod­nie­sio­nymi i goto­wymi do strzału strzel­bami na śrut. Oddali dwa szyb­kie strzały, jeden po dru­gim. Za nimi szedł seter angiel­ski. Kilka razy pra­wie zna­lazł się na linii ognia, zupeł­nie nie­wy­szko­lony do polo­wa­nia na cie­trze­wie. To mogło się źle skoń­czyć.

– Halo! – zawo­łał Frank. – _Hello_!

Jeden z męż­czyzn odwró­cił głowę w jego stronę, uniósł rękę, ale nie odpo­wie­dział na powi­ta­nie i zaczął się zbli­żać.

– _Do you have hun­ting licence_?! – krzyk­nął Frank.

Zamiast podejść bli­żej, jeden z nich zawo­łał coś do dru­giego i obaj zaczęli się odda­lać.

Kłu­sow­nicy. Nie pozwoli im uciec.

Ruszył za nimi, a gdy męż­czyźni to zauwa­żyli, zaczęli ucie­kać. W tym momen­cie pod­jął decy­zję, by ich ści­gać, głów­nie ze względu na setera. Nie lubił, gdy zwie­rzęta były źle trak­to­wane lub nara­żane na nie­bez­pie­czeń­stwo. Jeden z męż­czyzn prze­ła­do­wał broń i wystrze­lił serię ostrze­gaw­czą, która minęła Franka o kilka metrów i tra­fiła w kar­ło­watą brzozę.

Padł na zie­mię i ukrył się za kamie­niem. Kim są ci ludzie? Zamie­rzają go zastrze­lić? Zaci­śnięta pięść zdra­dzała jego gniew. Jeśli chcieli oporu, to go dostaną. Jeśli w czymś był dobry, to wła­śnie w polo­wa­niu i strze­la­niu. Śru­tówka sta­no­wiła natu­ralne prze­dłu­że­nie jego ciała.

Gdy odwa­żył się znów spoj­rzeć w górę, zoba­czył, że męż­czyźni ucie­kają w dół doliny. Stam­tąd nie mogli go już dostrzec. Odcze­kał chwilę, po czym pobiegł za nimi, a Troy wier­nie podą­żał u jego boku.

Chrzęst suchych gałęzi pod sto­pami, sapa­nie psa.

Nagle zapa­dła się pod nim zie­mia.

Frank runął w mrok, a kamie­nie pora­niły mu ramię. Z gar­dła wyrwał mu się nie­kon­tro­lo­wany krzyk, gdy zaparło mu dech w pier­siach.

Coś twar­dego wbiło mu się w brzuch i pra­wie zwy­mio­to­wał z bólu. Nóż Mora przy­tro­czony do paska skie­ro­wał się na zewnątrz, ku górze, po czym zakli­no­wał się mię­dzy ścia­nami szcze­liny skal­nej. Długi trzo­nek wyko­nany z poroża łosia wbił mu się w ciało tuż przy pępku, a jed­no­cze­śnie twarda skała naci­skała na niego z dru­giej strony.

Był prze­bity wła­sną bro­nią, a zara­zem to ona powstrzy­my­wała go przed dal­szym spa­da­niem.

Wąska prze­strzeń na wyso­ko­ści klatki pier­sio­wej zaczy­nała się pod nim roz­sze­rzać, a gra­wi­ta­cja cią­gnęła go w dół, gdzie pano­wała ciem­ność i sły­chać było szum stru­mie­nia. Krew spły­wała mu po ręce. A może to jakieś insekty? Nie, nie o tej porze roku. Musiał zedrzeć sobie skórę pod­czas upadku, bo czuł pul­su­jący ból.

Jak wspi­nacz zna­lazł kilka pó­łek skal­nych, na któ­rych mógł oprzeć stopy, nogi mu drżały, lecz wie­dział, że zdoła się utrzy­mać. Miał siłę, ale nie potra­fił się uwol­nić z tego wię­zie­nia stwo­rzo­nego przez naturę.

W końcu dotarło do niego, że coś, co przy­tra­fiało się tylko innym, teraz stało się i jego udzia­łem.

Ile to razy wycią­gał ran­nych ludzi z prze­pa­ści i jaskiń? Naj­czę­ściej przy­ja­ciel poszko­do­wa­nego docie­rał do naj­bliż­szego schro­ni­ska i wzy­wał pomoc przez tele­fon. Jego nie­obec­no­ści nikt długo nie zauważy, a nie poin­for­mo­wał Arvida ani Marit, dokąd się wybiera, mimo że jedno z naj­waż­niej­szych gór­skich przy­ka­zań mówi: zawsze infor­muj o swo­ich pla­nach.

Felix i Julia. Miał przed oczami ich twa­rze. Zimno prze­ni­kało go do szpiku kości. _Nie mogę umrzeć w ten spo­sób –_ pomy­ślał. Nie z powodu kilku kłu­sow­ni­ków i na pewno nie teraz. Ojciec nie zosta­wia swo­ich dzieci, zwłasz­cza gdy jedno z nich dopiero co dostało drugą szansę na życie. Tego okru­cień­stwa nie mógł przy­jąć do wia­do­mo­ści.

Tylko kto go tu znaj­dzie? W szcze­li­nie, pośród nie­prze­tar­tych szla­ków? Po chwili usły­szał, jak Troy krąży wokół otworu i pisz­czy. Nie był sam. Ktoś zauważy psa.

_Zacho­waj spo­kój i cze­kaj, to teraz jedyne, co możesz zro­bić. Jeśli zaczniesz pani­ko­wać, już będzie po tobie._Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. _Lus­se­kat­ter_ (szw. dosłow­nie koty Łucji) – tra­dy­cyjne szwedz­kie bułeczki droż­dżowe z dodat­kiem sza­franu, wypie­kane na trzy­na­stego grud­nia, Dzień św. Łucji. Mają cha­rak­te­ry­styczny kształt litery „S”, przy­po­mi­na­jący zwi­nię­tego kota lub jego ogon, stąd sko­ja­rze­nie z tymi zwie­rzę­tami (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki).

2. _Dagens schac­kruta_ (szw.) – codzienna rubryka sza­chowa w szwedz­kiej pra­sie, zawie­ra­jąca zada­nie do roz­wią­za­nia, dia­gram par­tii lub ana­lizę sza­chową. Tego typu sek­cje były popu­larne w gaze­tach dru­ko­wa­nych, szcze­gól­nie w dru­giej poło­wie XX wieku, i sta­no­wiły inte­lek­tu­alną roz­rywkę dla czy­tel­ni­ków.

3. W wielu szwedz­kich lokal­nych gaze­tach, zwłasz­cza w mniej­szych miej­sco­wo­ściach i na wsiach, poja­wiają się krót­kie rela­cje z wyda­rzeń spor­to­wych dla senio­rów lub klu­bów rekre­acyj­nych, np. wyniki coty­go­dnio­wych roz­gry­wek w bule.

4. Coop – szwedzka sieć super­mar­ke­tów.

5. Plac Stjärntorget jest miej­scem upa­mięt­nia­ją­cym znane osoby (tak jak np. Aleja Gwiazd w Hol­ly­wood). Wmu­ro­wano na nim kamie­nie z ich nazwi­skami.

6. To wyspa i jed­no­cze­śnie dziel­nica Östersundu poło­żona na zachód od cen­trum.

7. Dziel­nica Sztok­holmu.

8. _Komvux_ (szw.) – skrót od _Kom­mu­nal vuxe­nut­bild­ning_, czyli gminna edu­ka­cja dla doro­słych w Szwe­cji. To insty­tu­cja ofe­ru­jąca kursy i pro­gramy edu­ka­cyjne na pozio­mie szkoły śred­niej dla doro­słych, któ­rzy chcą uzu­peł­nić wykształ­ce­nie, zdo­być nowe kwa­li­fi­ka­cje lub zmie­nić ścieżkę zawo­dową.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij