Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Plan uwodzenia - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 lutego 2026
19,99
1999 pkt
punktów Virtualo

Plan uwodzenia - ebook

Honor i jej trzy siostry po śmierci ojczyma, hrabiego Backington, znalazły się na łasce przyrodniego brata, dziedzica tytułu, i jego narzeczonej Moniki. Monica chce, by zaraz po ślubie wyniosły się na daleką prowincję i żyły z głodowej pensji.

Honor nie zamierza się poddać. Udaje się do domu hazardu, by znaleźć George’a Eastona, słynnego w pewnych kręgach uwodziciela i hazardzistę. Prosi go, aby uwiódł Monicę i w ten sposób doprowadził do zerwania zaręczyn. Aby plan się powiódł, potrzebna jest pomoc Honor…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2736-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kłopoty zaczęły się wiosną tysiąc osiemset dwunastego roku w jaskini hazardu położonej na południe od Tamizy w obskurnej, rojącej się od złodziei dzielnicy Southwark.

To doprawdy niepojęte, jakim cudem stary budynek, wzniesiony jeszcze przez wikingów, stał się jednym z najmodniejszych lokali dla dżentelmenów z towarzystwa. Wnętrze o nisko zawieszonym suficie uderzało przepychem, ciężkie draperie z czerwonego aksamitu i kosztowne drewno robiły wrażenie. Każdej nocy wysoko urodzeni panowie ściągali tu ze swych statecznych rezydencji w Mayfair, przyjeżdżali do tego siedliska złodziei w uzbrojonych po zęby karetach, żeby przegrywać do siebie nawzajem bajońskie sumy. A kiedy któryś z dżentelmenów stracił już pieniądze przeznaczone na grę, mógł się pocieszać w towarzystwie francuskich kokotek w jednym z licznych prywatnych gabinecików.

W pewną przeraźliwie zimną noc na miesiąc przed rozpoczęciem wiosennego sezonu – kiedy to dżentelmeni nieuchronnie zostaną zmuszeni do wyrzeczenia się hazardu na rzecz balów w eleganckich salach Mayfair – pięć debiutantek zdołało nakłonić grupkę młodych sportsmenów, by pozwolili im rzucić okiem na tę jaskinię hazardu.

To był głupi i niebezpieczny postępek, bo narazili na szwank bezcenną reputację panien, a tym samym ich szanse na korzystne małżeństwo. Ale młodzieńcy, butni i żywiołowi, bez trudu dali się uprosić młodym damom. Nie przejmowali się ani obowiązującym w szulerni kategorycznym zakazem wstępu dla kobiet, ani rozmaitymi nieszczęściami i przestępstwami, których ofiarami mogły paść młode damy. Dla nich to była przygoda, która wnosiła trochę życia w zimową monotonię.

I właśnie tam, w jaskini hazardu w Southwark, George Easton zawarł znajomość z jedną z owych debiutantek: panną Honor Cabot.

Nie zwrócił uwagi na zamieszanie, które powstało, gdy w drzwiach stanęli młodzieńcy ze swymi skarbami – zarumienieni z podniecenia własną odwagą i pękający z dumy, że udało się im namówić odźwiernego, aby je wpuścił. George był tak skoncentrowany na pozbawieniu trzydziestu funtów pana Charlesa Rutherforda, nałogowego hazardzisty, z którym rozgrywał partię commerce, że nie zauważył tego, co się działo.

– Co, u licha? – zawołał Rutherford i George dopiero w tym momencie dostrzegł młode dziewczyny, które zbiły się w stadko na środku sali, zupełnie jak ptaszki trzepoczące skrzydłami i stroszące piórka. Spod kapturów wyglądały śliczne, roześmiane twarzyczki i błyszczące oczy, rozglądające się po tłumie mężczyzn, którzy oglądali je jak piękne konie na padoku.

– A niech to wszyscy diabli! – wymamrotał George i odłożył karty.

– Co one tu robią, do licha? – Rutherford zerwał się na równe nogi. Nieszczęsna dziwka, która siedziała na jego kolanach, o mało nie spadła na podłogę. – To skandal! – ryknął. – Te dziewczęta muszą natychmiast zostać stąd wyprowadzone!

Trzej młodzieńcy, sprawcy awantury, popatrzyli po sobie. Najmniejszy z nich zawadiacko zadarł głowę.

– One mają takie samo prawo tutaj być jak pan, sir.

Jedno spojrzenie na twarz Rutherforda pozwoliło George’owi zorientować się, że groził mu atak apopleksji, więc odezwał się niedbałym tonem:

– W takim razie pozwólcie im usiąść i zagrać. W przeciwnym razie będą tylko rozpraszać obecnych tu dżentelmenów.

– Zagrać? – Rutherford wybałuszył oczy tak, że o mało nie wyszły mu z orbit. – One nie potrafią grać!

– Ja potrafię – rozległ się kobiecy głos.

George wychylił się zza Rutherforda, żeby zobaczyć, która z nich ośmieliła się odezwać.

Jedna z młodych dam nieśmiało wysunęła się naprzód. George’a zaskoczył intensywny błękit jej oczu okolonych ciemnymi rzęsami i atramentowa czerń włosów wokół twarzy o skórze białej jak mleko. Trudno się spodziewać tutaj takiej piękności.

– Panna Cabot? – zapytał Rutherford z niedowierzaniem. – Co pani, u licha, tutaj robi?

Dygnęła, jakby stała na środku sali balowej, i złożyła przed sobą ręce w rękawiczkach.

– Przyszłyśmy tu z koleżankami, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda miejsce, w którym znikają wszyscy dżentelmeni niemal każdego wieczoru.

W tłumie rozległy się tłumione chichoty.

– Panno Cabot… to nie jest miejsce dla przyzwoitej młodej damy – powiedział Rutherford, wyraźnie poruszony, jakby czuł się odpowiedzialny za ten brak etykiety.

– Pan wybaczy, sir, ale nie pojmuję, jak miejsce odpowiednie dla przyzwoitego mężczyzny może być nieodpowiednie dla przyzwoitej młodej damy.

George nie zdołał powstrzymać się od śmiechu.

– Może dlatego, że nie istnieje coś takiego jak przyzwoity mężczyzna.

Niesamowicie błękitne oczy po raz drugi spoczęły na twarzy George’a i nagle poczuł jakieś dziwne trzepotanie w piersi. Dziewczyna przeniosła spojrzenie na karty.

– Commerce? – zapytała.

– Tak. – George był pod wrażeniem, że rozpoznała grę. – Do licha, jeśli ma pani ochotę zagrać, panienko, to proszę to zrobić.

W tym momencie cała krew odpłynęła z twarzy Rutherforda i George z lekkim rozbawieniem skonstatował, że jego partner do gry był bliski omdlenia.

– Nie. – Rutherford pokręcił głową i zatrzymał dziewczynę ruchem ręki. – Proszę o wybaczenie, panno Cabot, ale ja nie mogę nakłaniać pani do popełnienia tego szaleństwa. Proszę natychmiast wracać do domu.

Panna Cabot była wyraźnie zawiedziona.

– W takim razie ja to zrobię – oświadczył George i nogą odsunął krzesło przy swoim stoliku. – Kogo mam przyjemność nakłaniać do złego? – zapytał.

– Pannę Cabot – odpowiedziała dziewczyna. – Z Beckington House.

Córka hrabiego Beckington? Czyżby powiedziała to, żeby zrobić na mnie wrażenie? – zastanowił się i wzruszył ramionami.

– George Easton. Z Easton House.

Dziewczęta za jej plecami zachichotały, ale panna Cabot nie poszła za ich przykładem.

– Miło mi, panie Easton – powiedziała ze ślicznym uśmiechem.

George podejrzewał, że wcześnie nauczyła się tak uśmiechać, aby dostawać wszystko, na co miała ochotę. Doszedł do wniosku, że była piekielnie atrakcyjna.

– Tutaj nie gramy w gry salonowe, panienko. Ma pani pieniądze?

– Mam – odparła i pokazała mu sakiewkę.

– Lepiej niech ją pani schowa – poradził. – Pod jedwabnym szalem albo do cholewki wyglansowanych bucików, bo w tych murach roi się od złodziei.

– My przynajmniej mamy sakiewki, Easton, nie utopiliśmy całego majątku w statkach – ktoś zawołał.

Kilku dżentelmenów roześmiało się, ale George zignorował tę uwagę. Zdobył fortunę dzięki inteligencji i ciężkiej pracy i niektórzy mu tego zazdrościli.

Wskazał pannie Cabot krzesło.

– Wydaje się pani zbyt młoda, by rozumieć zasady takiej gry jak commerce.

– Doprawdy? – Uniosła brew i z wdziękiem usiadła na krześle, które odsunął dla niej jeden z panów. – A ile trzeba mieć lat, pana zdaniem, żeby dorosnąć do gier losowych?

Zbite w gromadkę panienki za jej plecami szeptały coś gorączkowo, ale panna Cabot spokojnie mierzyła wzrokiem George’a, czekając na odpowiedź. Uświadomił sobie, że nie była w najmniejszym stopniu onieśmielona, ani przez niego, ani przez sytuację, w jakiej się znalazła.

– Nie zamierzam pytać pani o wiek – zapewnił szarmancko. – Dla mnie wygląda pani jak dziecko. Ale czy jest pani gotowa stracić wszystkie pieniądze, które ma pani ze sobą?

Roześmiała się dźwięcznie.

– Nie zamierzam ich stracić.

Dżentelmeni ponownie parsknęli śmiechem. Rutherford wodził zaszokowanym wzrokiem od panny Cabot do George’a, a potem powoli i niechętnie usiadł na swoim miejscu.

– Mam rozdawać? – zapytał George, unosząc do góry talię kart.

– Proszę – odparła panna Cabot i starannie ułożyła rękawiczki obok stosiku swoich kilku monet. Kiedy George tasował karty, ona rozglądała się po sali. – Da pan wiarę, że jeszcze nigdy nie byłam na południe od Tamizy? Całe życie spędziłam w Londynie i w jego pobliżu, ale nigdy nie postawiłam stopy na południe od rzeki?

– Wyobrażam sobie – mruknął i rozdał karty. – Pani zaczyna, panno Cabot.

Przyjrzała się swoim kartom i położyła szylinga na środku stołu.

– Z szylingiem niewiele pani zwojuje w tej grze – stwierdził George.

– Akceptuje pan tę stawkę?

– Tak. – Wzruszył ramionami.

Uśmiech był jej jedyną odpowiedzią.

Rutherford poszedł za jej przykładem, a kobieta, która okupowała jego kolana prawie przez cały wieczór, wróciła na swojej miejsce i rzuciła pannie Cabot wyzywające spojrzenie.

– Och – szepnęła panna Cabot i odwróciła wzrok.

– Jest pani zaszokowana? – zapytał rozbawiony George.

– Odrobinę – przyznała panna Cabot i odważyła się znowu rzucić okiem na młodą prostytutkę.

George tymczasem spojrzał na karty – para królów. To będzie łatwe zwycięstwo, pomyślał i dorzucił się do puli.

Służący z półmiskiem przeszedł obok nich, zmierzając do stolika, który zakończył rozgrywkę. Panna Cabot pobiegła za nim wzrokiem.

– Panno Cabot – odezwał się George. – Pani kolej.

– Och. – Przyjrzała się swoim kartom, wyjęła kolejnego szylinga i położyła go na środku stołu.

– Panowie, stawka wzrosła do dwóch szylingów. Będziemy mieli szczęście, jeśli uda nam się zakończyć przed świtem.

Panna Cabot uśmiechnęła się, w jej błękitnych oczach zalśniło rozbawienie. George musiał napomnieć samego siebie, żeby nie dać się rozproszyć.

Przy następnym rozdaniu Rutherford zapomniał o swej początkowej niechęci do gry z debiutantką. W kolejnym panna Cabot postawiła dwa szylingi.

– Proszę uważać. Chyba nie chce pani przegrać wszystkich pieniędzy już w pierwszej grze – ostrzegł jeden z młodzieńców i zachichotał nerwowo.

– Nie sądzę, żeby przegrana w pierwszej grze była bardziej bolesna niż w szóstej, panie Eckersly – odparła pogodnie.

George wygrał w tym rozdaniu, ale panna Cabot nie wyglądała na zniechęconą.

– To ciekawsza gra od wista.

– Pod warunkiem że się wygrywa – odezwał się ktoś z tłumu.

– I że gra się pieniędzmi ojca – dodała żartobliwie panna Cabot ku uciesze niewielkiej, ale stale rosnącej grupki gapiów oraz stadka barwnych ptaszyn, które przyszły tu wraz z nią.

W ten sam sposób przebiegała także dalsza gra, panna Cabot stawiała szylinga i od czasu do czasu rzucała w tłum jakiś żarcik. To nie była gra o wysokie stawki, w jakich lubował się George, ale panna Cabot podobała mu się bardzo. Zupełnie nie pasowała do jego wyobrażeń o debiutantce. Była inteligentna i dowcipna, cieszyła się swymi drobnymi zwycięstwami i rozmawiała na temat swoich kart z każdym, kto stanął za jej plecami.

Po godzinie zawartość sakiewki panny Cabot skurczyła się do dwudziestu funtów. Zaczęła rozdawać karty.

– Czy możemy podnieść stawkę? – zapytała wesoło.

– Ja jestem za, jeśli może pani sobie na to pozwolić – odparł George.

Rzuciła mu szelmowskie spojrzenie.

– Stawiam dwadzieścia funtów – oznajmiła i zaczęła rozdawać.

– Ale to wszystko, co pani ma – zauważył George.

– Przyjmuje pan mój zakład? – powiedziała i podniosła na niego oczy.

Niech Bóg ma go swojej opiece! Dziewczyna wyraźnie go prowokowała! George uśmiechnął się. Nie zwykł odmawiać damom, szczególnie tak intrygującym.

– Ustępuję – powiedział i z gracją skłonił głowę. – Przyjmuję pani zakład.

Wieść o tym, że Easton przyjął wyzwanie panny Cabot, szybko rozeszła się po sali i w ciągu paru minut jeszcze większa grupa bywalców jaskini hazardu skupiła się wokół nich, żeby być świadkiem tego, jak debiutantka przegrywa wszystko w rozgrywce z nieślubnym synem zmarłego księcia Gloucester.

Rutherford, który nie potrafił znieść myśli, że debiutantka mogłaby być mu winna pieniądze, wycofał się z rozgrywki. Zostali tylko George i panna Cabot. Dziewczyna wyglądała na nieporuszoną. Jakie to typowe dla ludzi z Mayfair, pomyślał George. Nie przejmowała się tym, ile pieniędzy ojca przegra – dla niej zakłady i pieniądze brały się z powietrza.

Kiedy podniosła stawkę do stu funtów, George spasował. Podziwiał ducha tej dziewczyny, ale nie miał sumienia wygrywać tak wysokiej kwoty od debiutantki.

– Czy ojczulek na pewno zgodzi się zasilić pani sakiewkę taką sumą, panno Cabot? – zapytał.

Otaczający ich mężczyźni nagrodzili to pytanie gromkim śmiechem.

– To chyba zbyt osobiste pytanie, panie Easton. Może to ja powinnam zapytać, czy aby na pewno pan ma w kieszeni sto funtów w razie przegranej?

Pyskata ta mała! George wyobrażał sobie, jaki zachwyt wzbudziły jej słowa wśród obecnych dżentelmenów. Rzucił na stół garść banknotów i puścił do niej oko.

– Bardzo proszę.

George wyłożył sekwencję trzech kart, z których najstarsza była dziesiątka. Mogła go pobić jedynie triconem lub trójką.

– Jestem pod wrażeniem! – stwierdziła panna Cabot.

– Od dawna grywam w tę grę.

– Wierzę. – Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego; w tym momencie George pojął, że został pokonany. Jej uśmiech był zbyt frywolny, zbyt triumfalny.

Kiedy wyłożyła swoje karty, wokół stolika rozległy się westchnienia, a potem wybuchł aplauz. Panna Cabot pobiła go triconem, trzema dziesiątkami. George popatrzył na karty, a potem spojrzał jej w oczy.

– Mogę? – zapytała i obu rękami zaczęła wpychać do sakiewki monety i banknoty ze stołu. Zabrała wszystko aż do ostatniego grosika, do swej małej, wykwintnej torebeczki. Podziękowała George’owi i Rutherfordowi za to, że pozwolili jej poznać atmosferę jaskini hazardu, narzuciła pelerynę, wciągnęła rękawiczki i dołączyła do gromadki dziewcząt.

George odprowadził ją wzrokiem, bębniąc palcami o blat stołu. On, doświadczony hazardzista, uległ debiutantce!

I w tym momencie zaczęły się jego kłopoty z Honor Cabot.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij