Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Platforma - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 września 2026
58,00 zł
5800 pkt
punktów Virtualo

Platforma - ebook

Na pustynnej planecie poznaje się dwóch chłopców. Ta przyjaźń na zawsze odmieni losy ludzkiego społeczeństwa.

Na smaganym wiatrem Ponurze seria morderstw naprowadza pisarkę na trop historii o niewiarygodnych konsekwencjach.

Pewien człowiek cudem uchodzi z życiem z okrutnego ataku, ale pozostaje z chorobliwą fascynacją śmiercią. To czyni go idealnym kandydatem do niebezpiecznej pracy na platformie.

Witamy w Układzie. Porzucono tu pojęcie Boga, a jego miejsce zajęła nowa wiara: PozaŻycie – platforma społecznościowa dająca subskrybentom szansę na zmartwychwstanie dzięki głosom innych użytkowników.

Tyle istnień splecionych ze sobą na zawsze, a pośrodku tego wszystkiego jedna konstrukcja. Platforma.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-74-5
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. ALEF

1.

Alef

Witamy w Poza­Ży­ciu.

Wybra­łeś obiekt: (ogra­ni­czony dostęp)

Nazwi­sko obiektu: Alef Sel­sior

Stan obiektu: nie­okre­ślony. Stan fizyczny: _rigor vitae._ Poważne urazy: brak. Poważne cho­roby: brak. Stan świa­do­mo­ści: hiper­som­nia.

Uwaga spe­cjalna: Obiekt nie jest dostępny do gło­so­wa­nia. To Życie jest nie­sfi­na­li­zo­wane i dostępne wyłącz­nie w celach naukowo-badaw­czych. Nie jest obec­nie dostępne przez funk­cjo­nal­ność loso­wego wyszu­ki­wa­nia.

Pro­szę wybrać kry­te­ria prze­glądu:

_Całe życie | Zda­rze­nia klu­czowe?_

Dzię­kuję za wybór Zda­rzeń klu­czo­wych.

_Kolej­ność: chro­no­lo­giczna | przy­pad­kowa?_

Dzię­kuję za wybór kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej.

_Z wnio­skami | Bez wnio­sków?_

Dzię­kuję za wybór _Z wnio­skami_.

Pro­szę potwier­dzić kry­te­ria.

Dzię­kuję za wybór: Alef Sel­sior, życie, zda­rze­nia klu­czowe w kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej z wnio­skami.

ZKL 1: Arkestra

Nazy­wam się Alef Sel­sior. Jestem jedy­na­kiem.

Uro­dzi­łem się i wycho­wa­łem we wsi w zamknię­tej spo­łecz­no­ści pla­nety Gehenna. Nasza wieś nazy­wała się Jer­Sa­lem. Mój ojciec, Saul, był sta­ty­sty­kiem i pro­wa­dził drobną binarną dzia­łal­ność dorad­czą. Matka, Marita, śpie­wała w kościel­nym chó­rze i pie­kła ciastka.

Z tru­dem przy­po­mi­nam sobie moje życie sprzed przy­lotu Pel­lon­horca i jego matki. Może cho­dzi o wiek – przy­je­chał, kiedy mia­łem osiem lat – myślę jed­nak, że głów­nie dla­tego, że spadł na nas jak wiro­bu­rza¹, zmie­nia­jąc wszystko i rzu­ca­jąc głę­boki cień na wszystko, co przed nim.

Jedną rze­czą, którą pamię­tam z cza­sów przed Pel­lon­hor­kiem, jest to, jak na Gehennę przy­była arke­stra. Wspo­mi­na­łem to zda­rze­nie tyle razy, że czuję się młody i stary, jed­no­cze­śnie mądry i naiwny – cho­ciaż po namy­śle widzę, że wła­ści­wie zawsze się tak czu­łem.

Żeby usły­szeć arke­strę, poje­cha­li­śmy do miej­skiej kate­dry; była to cało­dzienna podróż. Nie licząc usy­pia­nek, Gehenna nie miała za wiele muzyki, poza hym­nami i kolę­dami, a od Pie­śni, którą nazy­wano tu por­no­wer­sum, cał­ko­wi­cie się odcięła. Muzyka arke­stry była więc czymś nowym. Oczy­wi­ście pod­czas pobytu na Gehen­nie zezwo­lono jej grać tylko bożą muzykę. Hymny i kolędy.

Do mia­sta poje­cha­li­śmy busem. Byłem tak pod­eks­cy­to­wany, że pod­czas startu nie mogłem się sku­pić na modli­twach, mam­ro­ta­łem je bez­myśl­nie. Przez to poczu­łem się odpo­wie­dzialny, kiedy tra­fi­li­śmy na tur­bu­len­cję; pamię­tam także, że ksiądz w kap­sule patrzył na mnie oskar­ży­ciel­sko. Wie­dzia­łem, że jeśli się roz­bi­jemy, to będzie moja wina, on jed­nak nic nie powie­dział, a ja resztę podróży spę­dzi­łem na despe­rac­kich modli­twach.

W mie­ście pole­cie­li­śmy wzdłuż rzeki loto­cy­klem. Ni­gdy wcze­śniej nie byłem w loto­cy­klu ani nad rzeką, lecz pamię­tam tylko, jak się modli­łem, żeby kabina wytrzy­mała napór gazo­wych wirów i żeby­śmy nie zato­nęli w bło­cie i nie tra­fili do pie­kła pod spodem.

Kate­dra była ogrom­nym sta­dio­nem. Gdzie indziej w Ukła­dzie takie obiekty słu­żyły do sportu. Widzia­łem ją na naszej domo­wej ekra­nii, a także oczy­wi­ście w kościele, ale kiedy usia­dłem na try­bu­nach pomię­dzy dzie­siąt­kami tysięcy wier­nych, poczu­łem się jak wnie­bo­wzięty. Nasz kośció­łek z Jer­Sa­lem mógłby sta­nąć na ogrom­nej pły­cie w dole pod nami i miałby naokoło taką połać trawy, że nie dał­bym rady dorzu­cić do niego piłką. Wielki sta­dion był otwarty, a niebo toczyło się nad nami, chmury roz­wi­jały swe potworne kształty, dia­beł kusił nas, byśmy wyobra­żali sobie naj­gor­sze. Nie pod­no­si­łem wzroku, tak mnie uczono. Widzia­łem miej­sca, z któ­rych zde­mon­to­wano stosy, nor­mal­nie pousta­wiane wokół owal­nego boiska – można je było poznać po krę­gach spa­lo­nej ziemi. Kiedy cze­ka­li­śmy na arke­strę, na ekra­nii wokół płyty poka­zy­wano histo­ryczne spo­wie­dzi. Przy­zna­wano się w nich do apo­sta­zji, bał­wo­chwal­stwa, here­zji, spo­ra­dycz­nie do pospo­li­tych prze­stępstw.

Myślę teraz o tam­tym dniu i nie mogę w to uwie­rzyć. Dziwne to. Całe moje dzie­ciń­stwo – przed Pel­lon­hor­kiem – wydaje mi się cza­sem nie­win­no­ści. Gehenna mie­niła się nie­winną pla­netą, a jej kapłani rygo­ry­stycz­nie tej nie­win­no­ści bro­nili.

Lecz co to takiego nie­win­ność? Czy można patrzeć otwar­tymi oczyma na świat i na­dal ją zacho­wać? Można zamknąć oczy na życie i mie­nić się nie­win­nym?

Czy ja tak mogę, po wszyst­kim, co widzia­łem i co zro­bi­łem? I kto może mnie osą­dzić? Nie może osą­dzać nikt, kto nie może zro­zu­mieć.

Atmos­fera w kate­drze była cudowna. Nie­zwy­kłe poczu­cie wspól­noty. Sie­dzia­łem pomię­dzy rodzi­cami na wyso­kiej try­bu­nie, trzy­ma­jąc ich za ręce. Matka miała rumianą twarz. Ojcu błysz­czały oczy. Gapi­łem się na płytę jak ocza­ro­wany. Dziw­nie było widzieć na tej tra­wie coś innego niż grupy potę­pio­nych. Powie­trze prze­ci­nały muzyczne nuty, gdy muzycy przy­go­to­wy­wali instru­menty. Nawet teraz pamię­tam ide­alną przy­pad­ko­wość tych dźwię­ków, cał­ko­wity brak porządku w nutach i akor­dach. Tę wol­ność.

Pul­pit kapłana na dru­gim końcu płyty był tak daleko od naszych miejsc, że strzy­kało nas w szy­jach, kiedy je wycią­ga­li­śmy, by lepiej go widzieć na wyso­kiej ekra­nii. Dzi­siej­szym kazno­dzieją był ojciec Szeol. Sta­nął tam i roz­po­starł ręce.

Ojciec Szeol był legen­darny, był stary, miał pra­wie pięć­dzie­siąt lat, ale wciąż pełen pie­kiel­nego ognia. Jego głos nie zgry­wał się z poru­sze­niami ust na ekra­nii, jakby prze­ma­wiał do nas z nieba.

– Witaj­cie – zagrzmiał.

Ryk­nę­li­śmy w odpo­wie­dzi; przez sta­dion prze­szła fala rado­ści.

– Witamy także Arke­strę Ama­de­usza.

Wypo­wie­dział to imię sta­ran­nie. Na Gehen­nie imiona miały wielką wagę i długo deba­to­wano nad podo­bień­stwem Ama­de­usz-Asmo­de­usz, zanim wydano arke­strze zgodę na lądo­wa­nie. Człon­ko­wie arke­stry prze­rwali przy­go­to­wa­nia, żeby skło­nić się wier­nym i odpo­wie­dzieć na powi­ta­nie.

– Zebra­li­śmy się tu po to, by współ­od­czu­wać piękno bojaźni bożej – obwie­ścił. – Jeste­śmy tu, by sobie przy­po­mnieć o poku­sie w górze, karze w dole, cier­pie­niu tu i teraz oraz nagro­dzie poza tym życiem. My, miesz­kańcy Gehenny, witamy Arke­strę Ama­de­usza i przy­po­mi­namy jej o bojaźni bożej.

Kilku człon­ków arke­stry wró­ciło do przy­go­to­wy­wa­nia instru­men­tów. Lecz zamarli, gdy ekra­nia wokół opu­sto­szała i przy­brała pie­kielną czerń.

Ojciec Szeol kon­ty­nu­ował:

– Dzi­siaj Gehenna wita nie tylko Arke­strę Ama­de­usza, ale także oczy Gór­nych Świa­tów.

Po reak­cji ludzi wokół widzia­łem, że to nie­spo­dzie­wane. Póź­niej oglą­da­łem zapisy tego zda­rze­nia, te, które ist­nieją. Ojciec Szeol wygląda na małego, a głos ma cie­niutki. I za każ­dym razem, gdy powta­rza nazwę arke­stry, brzmi coraz podob­niej do Asmo­de­usza. Asmo­de­usz to jedno z imion dia­bła.

Dla­czego ojciec Szeol i jego Mini­ste­rium mie­liby pozwo­lić Gór­nym Świa­tom (jak okre­śla­li­śmy resztę Układu) gapić się na nas? Górne Światy to agen­tura dia­bła, a my oto pozwa­lamy, by Gehenna była widoczna w por­no­wer­sum. Co za grzech się tu popeł­nia i przez kogo?

Szmery roze­szły się po całej kate­drze. Wszy­scy pomy­śleli to samo: Dla­czego w naj­boż­sze z bożych miejsc wpusz­cza się por­no­wer­sum?

Pie­kielna czerń ekra­nii powoli się roz­ja­śniła, poja­wiły się nowe sceny. Nie były to jed­nak typowe spo­wie­dzi, lecz retry­bu­cje.

Dziw­niej i dziw­niej. Nie stan­dar­dowe pale­nie poje­dyn­czych grzesz­ni­ków na sto­sie, lecz masowa egze­ku­cja ludzi ska­za­nych na cze­luść. Na ekra­nii poja­wił się tłum roz­trzę­sio­nych męż­czyzn, kobiet i dzieci, sto­ją­cych na pły­cie nad cze­lu­ściami, cze­ka­ją­cych, aż roze­wrą im się pod sto­pami.

Pomy­śla­łem, jakie to musi być odstrę­cza­jące dla arke­stry – sie­dzieć na zbu­do­wa­nej w tym miej­scu estra­dzie. Lecz obrazy na ekra­nii nie poka­zy­wały samego otwar­cia się cze­lu­ści, teraz więc rozu­miem, że muzycy nie mieli szans na zro­zu­mie­nie ich sensu i tego, co będzie dalej. Wie­dzieli o Gehen­nie tylko tyle, że mają oka­zję zagrać przed ogromną, cał­kiem nową publicz­no­ścią na jed­nej z dwóch zamknię­tych pla­net – drugą była obse­syj­nie skryta (aż po strze­że­nie wła­snej nazwy) nie­wy­mowna pla­neta – i jed­no­cze­śnie przed całym Ukła­dem.

Na pul­pi­cie kazno­dziei widać było mały pro­sto­kąt – oło­wianą skrzy­neczkę ze zło­tymi orna­men­tami na brze­gach. Ojciec Szeol sta­nął za nią wypro­sto­wany i zro­bił krótką pauzę. Wszy­scy wie­dzieli, co jest w środku. Otwie­rana była raz do roku i dzi­siaj nie był ten dzień.

Skło­nił głowę, na chwilę zło­żył dło­nie do modli­twy, potem roz­po­starł palce i nasu­nął na dło­nie parę cięż­kich, czar­nych ręka­wic, prze­su­wa­jąc powy­żej łokci dłu­gie rękawy oło­wia­nej kol­czugi, a potem nachy­lił się i poło­żył ręce na wypu­kłym wieku skrzynki. Wziął głę­boki oddech i zamknął oczy.

Jed­nym gład­kim rytu­al­nym ruchem otwo­rzył skrzynkę, się­gnął do środka, cof­nął dłoń i pozwo­lił wieku opaść.

Wiwa­to­wa­li­śmy, gdy uniósł księgę wysoko. Cała kate­dra dygo­tała od eks­ta­tycz­nego entu­zja­zmu. To była boska Bublia, a ojciec Szeol trzy­mał jej Auto­ry­zo­waną Wer­sję. Pło­nęła w jego ręka­wi­cach, pro­mie­niu­jąc nabożną czcią. Ojciec Szeol stał ską­pany w jej ostrym bla­sku, a kiedy ryk ucichł, parę dłu­gich, ogłu­sza­ją­cych sekund póź­niej wszy­scy w kate­drze sku­lili się na sie­dze­niach i wstrzy­mali oddech. Jedy­nie do arke­stry nie dotarło zna­cze­nie tego, co widzą.

Sły­sza­łem, że ludzie szep­czą, odli­czają sekundy tak jak ja, choć mnie licze­nie przy­cho­dziło rów­nie natu­ral­nie jak oddy­cha­nie.

_Trzy, cztery…_

Nawet ja wie­dzia­łem, że blask boskiej Bublii jest śmier­cio­no­śny.

– Na Gehen­nie my wie­rzymy!!! – ryk­nął ojciec Szeol.

Arke­stra pra­wie zamarła. Teraz i oni wyczuli, że dzieje się tu coś szcze­gól­nego. Widzieli ostry blask Bublii odbity na policz­kach wyso­kiego kapłana.

_Sie­dem, osiem, dzie­więć…_

Lecz ojciec Szeol wciąż trzy­mał księgę w górze. Wpa­try­wały się w nią oczy całej por­nos­fery, a on wygła­szał ogni­ste kaza­nie. Poka­zy­wał Gór­nym Świa­tom nie­po­wstrzy­maną potęgę naszej wiary.

Opu­ścił księgę, wszy­scy ode­tchnę­li­śmy. Ale zanim zamknął ją w oło­wia­nej skrzynce, nagle uniósł ją do ust i poca­ło­wał gołymi war­gami. Dopiero po chwili ją zamknął. Przy­tknął do ust palec i posłał arke­strze bez­gło­śnego całusa. Z ust unio­sła się strużka dymu. Już pokry­wały się pęche­rzami.

Co to ma zna­czyć? Na Gehen­nie wszystko miało zna­cze­nie i wszystko nale­żało inter­pre­to­wać. Ale teraz nie było czasu, bo arke­stra zaczęła grać.

Od razu zapo­mnia­łem o ojcu Sze­olu. Wydało mi się, że jestem w nie­bie. Ogar­nęły mnie falo­wa­nie, pul­sa­cja, szy­bo­wa­nie tej muzyki. Melo­die, które ginęły i poja­wiały się na nowo, ich sub­telne waria­cje, ich… nie umiem tego opi­sać. Sły­sza­łem wcze­śniej wszystko, co grali, tysiące razy, w każdą zło­dzielę, odkąd się­gam pamię­cią. Tu jed­nak było coś wię­cej. Wspa­niałe i straszne zara­zem. Sie­dzia­łem tam i usi­ło­wa­łem zatrzy­mać to w umy­śle, tę pro­stotę i skom­pli­ko­wa­nie, w końcu jed­nak pod­da­łem się, zamkną­łem oczy i dałem jej się ponieść.

Gdy tak trwała, prze­peł­nia­jąc mnie czymś, czego dotąd nie zna­łem, stwier­dzi­łem, że zer­kam na niebo. Nie myśląc o tym, co robię, wpa­trzy­łem się w chmury i zoba­czy­łem w nich wiel­kie, wspa­niałe zwie­rzęta sunące sobie maje­sta­tycz­nie, prze­świe­tlone odle­głym świa­tłem.

Muzyka mnie wypeł­niała, a ja się gapi­łem, nie wiem jak długo, dopóki nie wybiło mnie z tego mocne ude­rze­nie w głowę, od tyłu. Byłem oszo­ło­miony przez dobre kilka sekund. Odwró­ci­łem się, zdu­miony i ura­żony. Wzrok odzy­skał ostrość, gdy czło­wiek, który mnie ude­rzył, wysy­czał:

– Dia­bel­ski pod­pa­try­wacz! Oczy w dół!

Zupeł­nie jakby ten cios prze­sta­wił mi w gło­wie jakiś prze­łącz­nik – muzyka brzmiała teraz pła­sko. Wciąż słu­cha­łem, lecz ina­czej. Nie wydaje mi się, żeby kto­kol­wiek mnie wcze­śniej ude­rzył. Rodzice – na pewno nie. Ale też nic nie powie­dzieli czło­wie­kowi, który to zro­bił. Patrzyli po sobie przez moment, lecz nic wię­cej nie zro­bili.

Dziwne. Myśla­łem, że przy­wo­łuję wspo­mnie­nie pro­stego życia przed przy­by­ciem Pel­lon­horca, z cza­sów bez bólu i zamętu, a jed­nak czuję się zbul­wer­so­wany.

Muzyka skoń­czyła się. Kiedy cze­ka­li­śmy, aż ojciec Szeol dokoń­czy cere­mo­nię, matka zapy­tała, czy mi się podo­bało, a ja odpo­wie­dzia­łem, że tak. Mój głos brzmiał ina­czej. Spoj­rze­li­śmy po sobie. Z per­spek­tywy czasu widzę, że matka zauwa­żyła, że coś się we mnie zmie­niło.

Za to ojciec nie zauwa­żył nic. Uśmiech­nął się do nas i powie­dział:

– Świetne! – A kiedy ojciec Szeol wró­cił za swój pul­pit, dodał: – Inte­re­su­jące. Sek­cja smycz­kowa sta­no­wiła sie­dem­na­ście i osiem dzie­sią­tych arke­stry.

Zawsze rzu­cał takie wła­śnie uwagi. Tak po pro­stu dzia­łał jego umysł. Kiedy wymy­kało mu się coś takiego, matka zer­kała na mnie i prze­wra­cała oczyma. Miała na myśli to, że on nie jest taki jak my – chyba wtedy pierw­szy raz naprawdę to zro­zu­mia­łem. Innym razem, zda­rzało się, to my z ojcem zer­ka­li­śmy po sobie, myśląc o matce, że nie jest taka jak my.

Odpo­wie­dzia­łem ojcu w poprawny spo­sób:

– A zauwa­ży­łeś, że sek­cja smycz­kowa odpo­wia­dała za trzy­dzie­ści osiem koma dwa­dzie­ścia pięć pro­cent zagra­nych nut?

Ojciec zamru­gał i powie­dział z łagod­nym zdzi­wie­niem:

– Tak.

A potem jego uwaga, tak jak wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, sku­piła się na ojcu Sze­olu.

– Ten dzień wszy­scy dobrze zapa­mię­tamy. Gehenna pozo­sta­nie silną latar­nią wiary, nie­zbru­kaną tru­ją­cym spoj­rze­niem Gór­nych Świa­tów.

Było jasne, że arke­stra się tego nie spo­dzie­wała. Cho­wali instru­menty do fute­ra­łów, gada­jąc mię­dzy sobą, ale teraz się zawa­hali.

– Arke­stra Asmo­de­usza – tym razem bar­dzo wyraź­nie nie powie­dział „Ama­de­usza” – udzie­liła nam dzi­siaj lek­cji. Lek­cji, któ­rej Górne Światy nie powinny zapo­mi­nać.

Ojciec Szeol uniósł coś wysoko. Tym razem to nie była Bublia; ekra­nia zro­biły zbli­że­nie na czarną kulę w gar­ści. Trzy­mał Spust.

Wierni jęk­nęli. Matka się zatch­nęła. Muzycy zamarli, czu­jąc, że dzieje się coś, czego w ogóle nie rozu­mieją.

W myślach liczy­łem sobie pro­centy róż­nych spo­so­bów, na które oka­zy­wali panikę, zaokrą­gla­jąc do cał­ko­wi­tych war­to­ści. Osiem­na­ście pro­cent krzy­czało, trzy­dzie­ści jeden ści­skało się nawza­jem, dwa­na­ście padało na zie­mię. Nikt się nie modlił. Zero pro­cent.

Kiedy to teraz ana­li­zuję, jak ta muzyka uwol­niła mój umysł, by mógł myśleć, wyobra­żać sobie, a potem jak logika pozwo­liła mi uciec przed tą wyobraź­nią, wyco­fać się w świat liczb – to wszystko był wgląd w umysł mojego ojca. Lecz nagle poczu­łem także zaczątki myśle­nia jak u matki, a przy­naj­mniej wcze­sną tego zapo­wiedź.

Z tego się nie ucie­szy­łem.

Trzy­ma­jąc Spust wysoko, ojciec Szeol zszedł ze swego pul­pitu w stronę cze­lu­ści i sta­nął na ich kra­wę­dzi. Zasta­na­wia­łem się, czy cze­luść pod arke­strą jest wystar­cza­jąco sze­roka. Widzia­łem takie potę­pie­nia na domo­wej ekra­nii, spo­kojną rezy­gna­cję skru­szo­nych grzesz­ni­ków, mam­ro­czą­cych modli­twy, gdy zie­mia roz­stę­puje im się pod nogami. Zawsze stali w gru­pach po dwu­dzie­stu pię­ciu, naj­więk­sze cze­lu­ści miały pięć metrów śred­nicy. Ojciec Szeol stał przed nimi na pew­nej ziemi, gdy pocią­gał za Spust. Ich odej­ście miało w sobie god­ność.

Tu god­no­ści pra­wie nie było.

Ojciec Szeol uśmiech­nął się do muzy­ków. Ewi­dent­nie nie mieli poję­cia, co się dzieje. Panika przy­ga­sła, choć około czter­dzie­stu pro­cent wciąż lamen­to­wało. Dał znak, ekra­nia zro­biła zbli­że­nie jego twa­rzy. Spa­lone Bublią usta nie kon­tro­lo­wały słów, tak że z tru­dem go rozu­mie­li­śmy.

– Oto jest lek­cja. – Ledwo był w sta­nie wymó­wić sze­lesz­czące gło­ski. Dzią­sła miał całe we krwi. Splu­nął nią. – Nie­chaj wszy­scy zoba­czą. – Na Spu­ście wylą­do­wał kleks krwa­wej śliny. – Nie­chaj wszy­scy doj­rzą. – Prze­rwał i otarł Spust o czer­woną szatę. – Nie­chaj dowie­dzą się wszyst­kie światy!

Uniósł Spust wysoko, z kciu­kiem w pogo­to­wiu na czar­nej kuli. Spo­mię­dzy człon­ków arke­stry wybie­gła skrzy­paczka i rzu­ciła się na niego z wrza­skiem, jej instru­ment wydał dyso­nan­sowy dźwięk, który sko­ja­rzył mi się z wcze­śniej­szym stro­je­niem, lecz ojciec Szeol ode­pchnął ją. Skrzypce poko­zioł­ko­wały po poma­rań­czo­wej tra­wie.

– Wszy­scy jeste­śmy grzesz­ni­kami. Wszy­scy w górze, w dole i pomię­dzy. Jedyna wol­ność jest poza.

Kciuk zadrgał mu na Spu­ście, odrzu­cił rękę w tył i cisnął kulę wysoko w powie­trze. A rzu­ciw­szy, ruszył naprzód i dołą­czył do arke­stry nad cze­lu­ścią.

Teraz krzy­czeli już wszy­scy człon­ko­wie arke­stry i ten dźwięk był gło­śniej­szy niż wcze­śniej ich muzyka. Dla więk­szo­ści zgro­ma­dzo­nych, jestem o tym prze­ko­nany, zagłu­szał nawet jej wspo­mnie­nie, jak zapewne pla­no­wał ojciec Szeol.

Cze­luść, otwie­ra­jąc się z jękiem, wcią­gnęła powie­trze znad kate­dry, które potem oddała opuch­nię­tym od żaru wirem. Były pło­mie­nie i huk, stru­mień cie­pła i świa­tła oszo­ło­mił mnie, zakrę­ciło mi się w gło­wie, choć nagle cze­luść zamknęła się i zapa­dła cisza.

Na pły­cie obok cze­lu­ści pozo­stały tylko poła­mane skrzypce i Spust. Ojciec Szeol rów­nież znik­nął. Sam sie­bie zło­żył w ofie­rze.

Wierni krzy­czeli, pohu­ki­wali, darli się przez sie­dem­na­ście minut, gdy otwie­rały się wyj­ścia, a nad murawą roz­ko­ły­sały się wiel­kie kadziel­nice, cią­gnące za sobą smugi słod­kich aro­ma­tów. Z kate­dry wypro­wa­dzały nas hymny: _Niebo przy­ćmiewa pie­kielne gromy_ oraz _W bojaźni ku Tobie, Panie, idziemy_.

Matka przez całą drogę powrotną nie ode­zwała się sło­wem. Ojciec coś mru­czał do sie­bie. Ja uda­wa­łem, że jestem pute­rem, i zada­wa­łem sobie coraz trud­niej­sze obli­cze­nia.

Jak w ogóle do tego dopusz­czono? Czy Górne Światy nie zda­wały sobie sprawy z moż­li­wych skut­ków posła­nia arke­stry na Gehennę?

Teraz, z per­spek­tywy czasu, jest to dla mnie oczy­wi­ste. Arke­stra była ofiarą, to jasne, ale zło­żoną nie tylko przez ojca Sze­ola.

Cały Układ – z wyjąt­kiem Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety – był rygo­ry­stycz­nie bez­bożny. Nie­wy­mowna pla­neta cał­kiem ode­rwała się od Układu, strze­gąc swo­jej pry­wat­no­ści do tego stop­nia, że moni­to­ro­wała i usu­wała wszyst­kie nawią­za­nia do sie­bie, nato­miast Gehenna była usank­cjo­no­waną aber­ra­cją. Gehen­nie zapro­sze­nie arke­stry paso­wało – ojciec Szeol pomy­ślał, że da Gór­nym Świa­tom lek­cję, lecz Górne Światy dokład­nie wie­działy, czego się po nim spo­dzie­wać. I Arke­strę Ama­de­usza posłały mu na ofiarę. Była to dla nich ide­alna oka­zja, by zade­mon­stro­wać, jakim obłę­dem jest w ich oczach boska wiara.

W rezul­ta­cie oka­zało się to lek­cją z ludz­kiej men­tal­no­ści. W świec­kim Ukła­dzie ist­nie­nie Gehenny było nie­zbędne.

Lecz w codzien­nym życiu Gehenna nie była miej­scem udręki. Mała osada, w któ­rej miesz­ka­li­śmy, była spo­kojna. Prak­tycz­nie nie było prze­stęp­czo­ści. Do kopalń eli­mi­nium mie­li­śmy daleko. Wie­dzia­łem o nich tylko, że zsyła się tam do pracy grzesz­ni­ków z Gór­nych Świa­tów.

Był jed­nak poda­tek. Na Gehen­nie, tak jak wszę­dzie indziej w Ukła­dzie, obcią­że­nia podat­kowe były skom­pli­ko­wane. Każda pla­neta miała wła­sną ordy­na­cję Infra­tax, a Admi­ni­stra­cja Układu narzu­cała na to jesz­cze kilka ordy­na­cji Ultra­tax.

Gehenna była w całym Ukła­dzie jedy­nym rajem zwol­nio­nym z czę­ści podatku – uza­sad­niano to, for­mal­nie, bra­kiem kom­pe­ten­cji umy­sło­wych. Jeśli miesz­ka­łeś tutaj, prze­strze­ga­łeś bożego pisma, odrzu­ca­łeś por­nos­ferę i inne zna­miona świec­kiego zamętu, przy­czy­nia­łeś się do eks­portu eli­mi­nium, któ­rego złoża były tylko na Gehen­nie, to Ultra­taxu pła­ci­łeś bar­dzo nie­wiele.

Więk­szość ludzi do wyli­cza­nia podat­ków zatrud­niała spe­cja­li­stów, ale nie mój ojciec. Uwiel­biał skom­pli­ko­wa­nie podatku, tak jak uwiel­biał pute­rię, jej sys­temy, pro­cesy, obiet­nicę nie­omyl­no­ści. Nawet na Gehen­nie to było coś nie­ty­po­wego. Kochał sys­tem podat­kowy i Bublię, tak samo, bez wąt­pli­wo­ści, uwiel­biał, że prze­ni­kają wszyst­kie aspekty ludz­kiej egzy­sten­cji, zupeł­nie nie oglą­da­jąc się na zdrowy roz­są­dek. Kiedy sie­dział z przy­ja­ciółmi i napra­wiał ich pute­rię, tłu­ma­czył jed­no­cze­śnie, jak są opo­dat­ko­wani. Dora­dzał im, jak unik­nąć podatku, wyko­rzy­stu­jąc tę czy tamtą ulgę, a potem – jak unik­nąć gniewu Boga, czy­niąc ten czy tam­ten akt miło­sier­dzia.

Z per­spek­tywy czasu dzi­wię się, jak ktoś tak logiczny jak on mógł wie­rzyć w boże pismo. Czemu ja nie byłem w sta­nie? Kiedy pierw­szy raz dotarło do mnie, jakie to dziwne? Czy spra­wił to ten cios w głowę w kate­drze? Może mina matki, kiedy zro­zu­miała, że dostrze­głem, że nie umiała mnie obro­nić? Czy to była nie­ubła­gana fala jej genów? Ona w ogóle kie­dy­kol­wiek wie­rzyła? Czy może po pro­stu trzy­mała swoją nie­wiarę w tajem­nicy?2. TALLEN

2.

Tal­len

Ponur to pla­neta gra­niczna, a Przy­czó­łek, mia­steczko, gdzie miesz­kam, to naj­bar­dziej wysu­nięty poste­ru­nek. Oczy­wi­ście jeśli nie liczyć plat­form. W Przy­czółku ludzie gar­bią się i spusz­czają głowy, robią, co potrzeba, a potem jadą odpo­cząć poza pla­netę. Mówią, że wariuje się od mono­to­nii, ale mamy tu prze­cież trzy pory roku, więc to nie od mono­to­nii wszy­scy tu wariują. Więk­szość ludzi myśli, że to przez wiatr. Pory roku są tak bogate w wyda­rze­nia, jak można by się spo­dzie­wać po pla­ne­cie, która prze­szła wybu­chową ter­ra­for­ma­cję z metanu na azoto-tlen w nie­całe trzy­sta lat.

Naj­dłuż­sza pora roku jest pomię­dzy zimą i latem, kiedy od morza w stronę gór dmie ostry wiatr, nio­sący za sobą grzmoty i skłę­bione srebrno-czarne chmury. W innym miej­scu nazy­wa­łoby się to wio­sną. Tutaj zwie się napływ i to jest naprawdę nie­zły widok. Kiedy zmruży się oczy, można w tych zwa­łach chmur dostrzec różne kształty. Cza­sem przy­po­mi­nają zwie­rzęta, jakie widziało się na zdję­ciach, cza­sem sny, twa­rze, mapy innych świa­tów – a cza­sem są podobne do plat­formy i wtedy, choć­byś był nie wiem jak bez­bożny, bła­gasz, żeby to, co zosta­nie z tej chmury, nie spa­dło ci na łeb. W Przy­czółku tylko raz widziano spa­da­jącą plat­formę, dawno temu, nie za moich cza­sów, ale kiedy wzmaga się wiatr, cią­gle się o tym gada, popi­ja­jąc krza­kówkę w Czer­wo­nym Barze. Plat­formy prze­waż­nie są porząd­nie zako­twi­czone i, jak mówią spece, pół­za­nu­rzone – i na tyle daleko w morzu, że nawet jeśli je wyrwie, mało praw­do­po­dobne, aby spa­dły aku­rat tutaj.

W Przy­czółku wszystko kręci się wokół plat­form. Nie ma tu pra­wie nic poza stocz­niami, które je budują, i fir­mami pro­du­ku­ją­cymi dla nich osprzęt.

No nie, to nie do końca prawda – są oczy­wi­ście jesz­cze sarki, jak wie­dzą wszy­scy w całym Ukła­dzie, ale wrzu­cają je do morza daleko od Przy­czółku. Gdzie indziej są ważne, tutaj nie obcho­dzą nikogo, chyba że zda­rzy się, że któ­ryś prze­mknie się przez osłonę i osią­dzie na brzegu. A, prawda, jest jesz­cze Szyb, ale nie jestem na tyle sza­lony, żeby spę­dzać w nim czas.

Pod­czas napływu Przy­czó­łek się zamyka i w środku nic nie sły­chać, a poza osłonę się nie wycho­dzi, aż do lata – wtedy to zupeł­nie co innego. Wiatr się uspo­kaja, a morze przy brzegu jest przy­jem­niej­sze, faluje sobie przy pla­żach. Ja robię sobie prze­rwę wła­śnie latem. Pogoda jest sto­sun­kowo łagodna i ta wątła nadzieja, którą to budzi, jest nie do znie­sie­nia – dla­tego pakuję się i jadę wysoko w śniegi Col­der. To parę dni drogi wol­no­stat­kiem. Po dro­dze nie mogę spać, cały czas patrzę, jak Przy­czó­łek nik­nie mi z oczu, albo gapię się w gwiazdy. Kie­dyś spo­ty­ka­łem się w Col­der z jedną kobietą, ale zwią­zała się z kimś i już jej nie widuję. Teraz biorę sobie domek wysoko na bia­łych wzgó­rzach i cho­dzę na samotne wędrówki. Do Przy­czółka wra­cam na zimę. Jesieni na Ponu­rze prak­tycz­nie nie ma. A zima polega na tym, że wiatr się odwraca i leci w morze z ładun­kiem wydar­tych z gór kamieni. Ter­ra­for­ma­cja Ponura nie do końca się udała, ale to nie­ważne – jak mówi­łem, mia­steczko żyje tylko dla plat­form, a one liczą się tylko, dopóki jest co wydo­by­wać z jądra. Myślę, że jądro zosta­nie wyczer­pane, zanim Ponur z powro­tem zrobi się do dupy.

Ale wtedy już dawno mnie nie będzie, więc co tam.

Tal­len spoj­rzał na to, co napi­sał, zamknął na moment oczy, potem wes­tchnął i po raz trzeci spraw­dził opis, szu­ka­jąc haczy­ków.

OSTAT­NIE PRZY­PO­MNIE­NIE. BEZ­PŁATNA OFERTA POWI­TALNA SER­WISU JEST WAŻNA TYLKO PRZEZ DWA­NA­ŚCIE GODZIN. ZOSTAŁA CI JEDNA GODZINA, BY Z NIEJ SKO­RZY­STAĆ. ZARE­JE­STRUJ SWÓJ PRO­FIL JUŻ TERAZ. TAKA OFERTA SIĘ NIE POWTÓ­RZY.

Od mie­siąca wysy­łali mu coraz to lep­sze i lep­sze pro­mo­cje, a on je igno­ro­wał, ale cał­ko­wi­cie za darmo – to się nie zda­rzało.

Nie­na­wi­dził czuć się zma­ni­pu­lo­wany, choć dobrze wie­dział, że wszy­scy są. Nie dało się brać udziału w Pie­śni, nie zatra­ca­jąc po dro­dze czę­ści swej duszy. Lecz tym razem nie­mal nie dało się odmó­wić, nawet jeśli nie miał ochoty na niczyje towa­rzy­stwo. Nor­mal­nie Serca kosz­to­wały, i to sporo.

Poczuł krótką falę typo­wej melan­cho­lii i ska­so­wał wszystko z ekranu. Gwiezd­ne­Serca ni­gdy jesz­cze mu się na nic nie przy­dały.

Potem jed­nak wes­tchnął i przy­wró­cił więk­szość tek­stu, koń­cząc go po domku na bia­łych wzgó­rzach. Zamknął oczy i wspo­mniał żegna­jącą się z nim Lenę, jej rękę uno­szącą się do ekra­nii i jego wła­sną, głu­pio doty­ka­jącą szkla­nego inter­fejsu.

Po Lenie przy­siągł sobie, że wię­cej Serc nie tknie, a jed­nak pro­szę – znów go przy­cią­gnęło. Wie­dzieli, co myśli. Znali go na wylot.

I świet­nie. Kiedy zaczną go nali­czać, a nie­długo zaczną, anu­luje sub­skryp­cję. To też muszą o nim wie­dzieć.

Tam­ten zwią­zek i tak nie miał przy­szło­ści. Oboje o tym wie­dzieli. To nie wina pro­gramu. On dla nikogo nie wypro­wa­dziłby się z Przy­czółka, ona ni­gdy nie zamiesz­ka­łaby ni­gdzie indziej niż w Col­der i to zamy­kało sprawę.

Wia­do­mość do nikogo świe­ciła na ekra­nie. Przy­wró­cił całość, aż po „więc co tam”. Co tam, pomy­ślał i zatwier­dził edy­cję.

Ekran natych­miast się roz­ja­rzył.

Witamy ponow­nie w ser­wi­sie . to Para­Ser­wis Poza­Ży­cia.

Poni­żej porady dla sub­skry­ben­tów. Są bez­płatne.

Nie wspo­mnia­łeś o swo­jej pracy. Opi­su­jąc dobrze wyna­gra­dzane i sza­no­wane spo­łecz­nie zaję­cie, sta­ty­stycz­nie zwięk­szasz szanse na odpo­wiedź.

Uży­łeś słów lub zwro­tów, które mogą być odpy­cha­jące dla nie­któ­rych sub­skry­ben­tów ser­wisu . Nie­które z nich to: „mono­to­nia”, „bez­bożny”, „nie do znie­sie­nia”, „nie mogę spać”, „piją”, „spo­ty­ka­łem się kie­dyś”, „zwią­zała się z kimś”, „wyczer­pane”, „wydarte”, „do dupy”, „co tam”.

Słowa lub zwroty, które mogą się oka­zać sku­tecz­niej­sze: „miłość”, „towa­rzy­stwo”, „cie­pło”, „czuły”, „poczu­cie humoru”, „zabawny”, „mają­tek” (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie), „zdrowy” (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie), „doma­tor”, „przy­stojny” (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie).

Czy chcesz zmie­nić swój pro­fil ?

Tal­len wybrał „Nie”.

Twój pro­fil został roze­słany do wszyst­kich sub­skry­ben­tów na okres stu bez­płat­nych godzin. Po upły­wie tego czasu twoje konto będzie miało nali­czane saldo w wyso­ko­ści pięt­na­stu dolo­rów za każdy mie­siąc (zgod­nie z lokal­nym kalen­da­rzem).

Zosta­niesz powia­do­miony o wszyst­kich reak­cjach.

Spró­bo­wał zamknąć ekran, ten jed­nak nie chciał mu jesz­cze na to pozwo­lić.

Przed wyj­ściem z Poza­Ży­cia pro­szę dokoń­czyć roz­po­częty Ciąg Moż­li­wo­ści. W prze­ciw­nym razie bie­żąca sesja nie zosta­nie zapi­sana, a aktu­alna pro­mo­cja będzie unie­waż­niona.

Dzię­ku­jemy za zgodę.

Wielu sub­skry­ben­tów ser­wisu łączy dostęp do ser­wisu z dostę­pem do głów­nej bazy oraz Auten­ty­ków i innych płat­nych Para­Ser­wi­sów. Czy chcesz sko­rzy­stać z tej moż­li­wo­ści? Teraz/póź­niej?

Póź­niej.

Nie otwie­ra­łeś głów­nej bazy Poza­Ży­cia od dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu godzin i czter­na­stu minut. Masz obec­nie zapas osiem­na­stu nie­od­da­nych gło­sów, z któ­rych pięć wyga­śnie w ciągu dzie­wię­ciu godzin i czter­na­stu minut. Zagło­su­jesz teraz/póź­niej?

Póź­niej.

Dzię­kuję. Ciąg Moż­li­wo­ści został zakoń­czony. Możesz teraz zamknąć…

Zamknął. Zosta­wił ekran samemu sobie, i czu­jąc nie­po­kój i dziwne poczu­cie winy, że utwo­rzył ten ZewSerca, nacią­gnął kurtkę i wyszedł na ulicę.

Już żało­wał. Co on wła­ści­wie robi? Kiedy tak pró­buje pisać czy mówić o sobie, zawsze za dużo myśli. Jak w ogóle do tego doszło… Kobieta, którą spo­tkał poprzed­niej nocy w czer­wo­nym barze, pisarka, powie­działa, że Przy­czó­łek jest pełen wrza­sku i wście­kło­ści², tonem, jakby to okre­śle­nie gdzieś wcze­śniej sły­szała. Utkwiło mu to w gło­wie, razem ze spo­so­bem, w jaki to wypo­wie­działa. Miała w sobie coś nie­zwy­kłego, jakąś aurę życia, cie­ka­wo­ści. Miał ochotę dalej z nią gadać. Myślał, że może i ona jest nim zain­te­re­so­wana, ale odwró­ciła się od niego, gdy tylko wszedł wielki Pak­siarz, i to był koniec. Razer, tak się nazy­wała. Może jesz­cze ją kie­dyś zoba­czy. Kiedy wycho­dził z baru, Razer i Pak­siarz sie­dzieli tam dalej i ostro pili. Więk­szość ludzi, nawet nie­kry­mi­nal­nych, czuje się przy funk­cjo­na­riu­szach prawa ner­wowo. Lecz nie Razer.

Nie, nie trzeba było dać się wcią­gnąć w kolejny ZewSerca. Wystar­czało popa­trzeć na te porady dla sub­skry­ben­tów. Co on ma w ogóle do zaofe­ro­wa­nia? Lena miała rację i tamta kobieta przed nią i wszyst­kie inne. I jesz­cze mieszka w tym obłą­ka­nym miej­scu. Kto by tu żył z wła­snej woli?

Szedł, mija­jąc budynki, czu­jąc nagle nad­zwy­czajną jasność umy­słu. W nocy Przy­czó­łek był prak­tycz­nie pozba­wiony cieni. Już dni były dziwne, ale przy­zwy­cza­je­nie się do tego, jak to mia­steczko wygląda w nocy, zajęło mu rok. Pod dziw­nym pobla­skiem osłony powie­trze nie dawało poczu­cia głębi ani odle­gło­ści, wszystko wyda­wało się ani dale­kie, ani bli­skie, tylko po pro­stu małe lub duże. Mózg musiał nauczyć się nowej wzro­ko­wej oceny. Budynki nie były pro­ble­mem, ale już z klam­kami było ciężko i para­laksa była waż­niej­sza niż ogni­sko­wa­nie wzroku. Poru­sza­nie się po Przy­czółku po zacho­dzie słońca było jak spa­cer po dzie­cię­cej ani­mo­wa­nej ksią­żeczce.

I jesz­cze ta osłona. Pod­czas napływu chro­niąca osie­dle tar­cza była grzmią­cym splo­tem magne­ty­zmu i elek­trycz­no­ści. Tal­len uwa­żał, że to tro­chę pic na wodę. Wie­rzył jed­nak w jej ist­nie­nie, w prze­ci­wień­stwie do dzie­siątki lub wię­cej pija­ków i świ­rów, któ­rym co roku strze­lało do głowy, by przez nią prze­biec – i pory­wało ich jak tę dziew­czynkę w ani­mo­wa­nej ksią­żeczce o Oz, którą matka czy­tała mu w dzie­ciń­stwie. Tylko że ich już nikt ni­gdy na oczy nie widział.

W dzień osłona była pra­wie nie­wi­doczna, cza­sami dawała się doj­rzeć jako chwi­lowe nie­po­ko­jące smu­że­nie. Można było twardo sta­nąć na ziemi i sku­pić wzrok na ścia­nie, na ziemi, na czymś kon­kret­nym. Nic nie dałoby rady temu wia­trowi, ale miękka, stop­nio­wana osłona potra­fiła sobie z nim pora­dzić. Na zewnętrz­nym skraju pra­wie jej nie było, zale­d­wie reje­stro­wała wiatr. Parę metrów głę­biej ustę­po­wała cio­som, ale zaczy­nała je stę­piać i roz­pra­szać, a po kolej­nych paru metrach wytłu­miała atak i pro­du­ko­wała z niego dość ener­gii, by zasi­lić i osie­dle, i samą osłonę. Prze­cho­wana nad­wyżka ener­gii wystar­czała Przy­czół­kowi na resztę roku. Wiatr Ponura był nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem ener­gii i kata­strof.

Szedł dalej, nie mogąc wyzbyć się dziw­nego wra­że­nia, że przez te ulice ktoś za nim idzie. To wła­śnie był absurd tego miej­sca. Nic tu się kupy nie trzy­mało.

Było już chłodno, po pół­nocy, a osłona buczała. Tal­len jak zawsze zszedł na plażę, nad samą wodę, chlu­po­cącą mu u stóp. Fale z sykiem prze­są­czały się przed kamie­nie pod butami. Lubił te kamyki w nocy, kiedy jaskrawe umyte morzem barwy łagod­niały do przy­ga­szo­nych fio­le­tów i szkar­ła­tów.

Dziś jed­nak spo­kój morza nie roz­wiał nie­wy­raź­nego poczu­cia osa­mot­nie­nia. To był błąd, wycho­dzić teraz. Nocne spa­cery to zły nawyk. Trzeba było wziąć kap­sułkę i zaznać przy­naj­mniej odro­biny che­micz­nego spo­koju.

Prze­stę­pu­jąc deli­kat­nie z nogi na nogę, żeby nie zapa­dać się w kamyki, zasta­na­wiał się, dokąd pro­wa­dzi jego życie. Tutaj wię­cej było pra­wie nie­ży­wych niż żywych. Mówiło się, że do Przy­czółku tra­fiasz, gdy zmę­czyło cię życie, a kiedy jesteś gotowy na śmierć, idziesz na plat­formy. W tutej­szych barach cią­gle się o tych spra­wach końca gadało. Pro­blem pole­gał na tym, że i Tal­len sam z sie­bie zaczy­nał mieć takie myśli.

Znów przy­po­mniała mu się ta kobieta z baru. Razer. A ona co tu robiła? Więk­szość ludzi po pierw­szym drinku od razu ci mówi, co ich do baru spro­wa­dziło. Ale nie ona. Ona miała w sobie życie.

Się­gnął ręką i zamie­szał pal­cem spo­kojną wodę, patrząc, jak falki roz­cho­dzą się, dołą­czają do skłę­bio­nego morza za osłoną i zni­kają. Jesz­cze dalej widział, że osłona wyci­ska z wia­tru wyła­do­wa­nia koro­nowe, czer­wone, nie­bie­skie, opa­li­zu­jąco fio­le­towe odłamki kolo­rów twarde jak skała i zni­kające w oka­mgnie­niu. Dalej nie było już nic widać. Kosmos miał swoje gwiazdy, morze nie miało nic. No, nic poza sar­kami i plat­for­mami.

Może poczuje się lepiej, kiedy za parę dni wróci do pracy. Czas wolny w Przy­czółku nie nadaje się do niczego.

Pozwo­lił myślom dry­fo­wać, zasta­na­wia­jąc się, jak to jest na tych plat­for­mach. Obłęd i samot­ność, domy­ślał się, maszyny dud­nią dzień i noc, do tego wiatr i morze. Zamknął oczy, pró­bo­wał wyobra­zić sobie huk świ­drów i furię żywio­łów nie­stru­dze­nie pró­bu­ją­cych cię wyrwać.

A potem zapo­mniał o plat­for­mach i prze­chy­lił głowę, nasłu­chu­jąc. Coś było nie tak. Jakiś dźwięk, potem jesz­cze raz, gło­śniej­szy. Wypro­sto­wał się i ruszył szyb­kim tem­pem do domu.

Za ple­cami zde­cy­do­wa­nie zabrzmiały kroki. Tal­len obej­rzał się pośpiesz­nie, potknął się i puścił nie­pew­nym bie­giem.5. RAZER

5.

Razer

Razer drze­mała i śniła. Opusz­cze­nie Ziemi było jed­nym wiel­kim cha­osem. Zaczęło się w despe­ra­cji, skoń­czyło nie­mal w roz­pa­czy. Miała poczu­cie, że nikt na Ziemi nawet nie wie­rzył, że uda się zna­leźć miej­sce, gdzie można prze­żyć, że zasoby wpom­po­wane w ter­ra­for­ma­cję i trans­port to po pro­stu wykręt, aby dać ludziom jakiś cel w tych ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach. Ci, któ­rzy wyla­ty­wali, nie spo­dzie­wali się dotrzeć do celu, a ci, któ­rzy dotarli, musieli natych­miast sku­pić się w stu pro­cen­tach na prze­trwa­niu. Tak oto orga­ni­zo­wał się Układ – w spo­sób cał­ko­wi­cie nie­struk­tu­ralny, każda pla­neta skon­cen­tro­wana na wła­snych pro­ble­mach. Każda z nich przez mniej wię­cej pierw­sze sto lat patrzyła tylko na sie­bie, tak jak do tej pory robią Gehenna i nie­wy­mowna. Gehenna zwró­ciła się ku jed­nej wie­rze, nie­wy­mowna ku innej; nie­wy­mowna wyco­fała się także we wście­kle bro­nioną izo­la­cję, taką, że wła­ści­wie mogłaby wcale nie ist­nieć. Każda nie­wy­ja­śniona kata­strofa budziła falę plo­tek i podej­rzeń, że nie­wy­mowna maczała w niej palce.

Przez dzie­siątki lat Układ nie miał żad­nej struk­tury poza tym, co nie­zbędne, by utrzy­mać han­del, a ziem­ski Inter­net tym­cza­sem roz­wi­nął się w Pieśń. Pano­wały bez­pra­wie i korup­cja. Układ był roz­cią­gnięty jak ni­gdy nie była Zie­mia.

Roz­bo­lała ją głowa. Usia­dła na brzegu łóżka, napiła się wody, wyobra­ża­jąc sobie, o ile gorzej czuje się Bale.

Holo­man, mówiąc, gesty­ku­lo­wał z oży­wie­niem. Nikt w Ukła­dzie, z wyjąt­kiem tych, co zawsze dwóch pla­net, nie mógł nie znać tej twa­rzy.

Pośród tego cha­osu, pra­wie sto lat temu, do życia gwał­tow­nie wdarło się Poza­Ży­cie, już nie­mal w pełni ufor­mo­wane, a w ciągu kilku lat nie­mal cał­ko­wi­cie odmie­niło Układ. Ude­rzyło ją, że kalen­darz powi­nien to odzwier­cie­dlać, że lata powinno się liczyć jako „Przed Poza­Ży­ciem” lub…

A może nie. Jesz­cze wody. I kaffy.

Nie­mniej, wciąż żyło się tutaj ciężko. Pano­wał bez­względny prag­ma­tyzm. Choć Zie­mia­nin mógłby zdu­mieć się nie­któ­rymi aspek­tami obec­nej tech­niki, stwier­dziłby, że inne, będące w codzien­nym użytku, na Ziemi wyszły z niego długo przed jej koń­cem. W Ukła­dzie bar­dziej ceniło się nie­za­wod­ność niż inno­wa­cję.

Holo­man prze­szedł do Auten­ty­ków, Gwiezd­nych­Serc i paru innych Paso­Żyć.

Nie­które ele­menty ziem­skiego życia wyga­sły. Główną ofiarą końca Ziemi była boże­ria, nie licząc Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety. Ale na nich boże­ria wciąż się spraw­dzała – no, w każ­dym razie na Gehen­nie, bo o tej dru­giej nikt nie miał poję­cia.

Potem zaś, dokład­nie kiedy Układ zaczął się dez­in­te­gro­wać, nękany cho­ro­bami, roz­pa­czą i wewnętrz­nymi kon­flik­tami, jak mówił teraz Holo­man, wyna­le­ziono neu­ryd. Było to wyni­kiem nie­uda­nego eks­pe­ry­mentu z komór­kami plu­ri­po­ten­cjal­nymi, dla któ­rych jakiś ano­ni­mowy tech­nik zna­lazł nie­mal cudowne zasto­so­wa­nie.

A z neu­rydu powstało Poza­Ży­cie.

Holo­man odgar­nął z czoła krnąbrny lok.

– Za chwilę gło­so­wa­nie! Ale naj­pierw słowo o dzi­siej­szej tech­nice medycz­nej. Postęp w gene­tycz­nej tera­pii rege­ne­ra­cyj­nej płu­co­serca ozna­cza, że Poza­Ży­cie może zaofe­ro­wać dru­gie życie mak­sy­mal­nie tysiącu gene­tycz­nie odpo­wied­nich śpią­cych sub­skry­ben­tów, któ­rzy zapa­dli na meta-priona N23XN.

Razer wciąż zasta­na­wiała się, jak Zie­mia­nin patrzyłby na Układ. Jej życie mie­rzyło się stuk­nię­ciami w kla­wi­sze i kaffą, a te nie zmie­niły się zanadto, odkąd ludz­kość prze­nio­sła się do Układu. Były inne prio­ry­tety.

A czy­tać ludzie wciąż chcieli. Było to tanie, szyb­sze od słu­cha­nia i odporne na akcenty. Urzę­dowe języki Układu nawet teraz pozo­stały bli­skie języ­kom sta­rej Ziemi. A kaffa – każdy chciał zacho­wać przy­tom­ność z cie­płym napo­jem w dło­niach.

Dokoń­czyła zimną fili­żankę, zabrała ją do kuchni, obmyła pal­cem pod kra­nem. Ile tych kaff wypiła przez lata? Ile histo­rii opo­wie­działa?

Kiedy wró­ciła do ekra­nii, wyświe­tlała symu­lo­wany widok morza, czarne jak kleksy plat­formy zako­twi­czone w wirach piany, sar­ko­fagi poły­sku­jące wokół nich jak cekiny.

Z pełną siłą dotarło do niej, że fizycz­nie jest wła­śnie tutaj, na pla­ne­cie sar­ków. Nie­wiele tu pie­nię­dzy, zero przy­jem­no­ści, ani chwili relaksu, a jed­nak to Ponur stał się naj­waż­niej­szym miej­scem w Ukła­dzie.

Głos Holo­mana mówił jej:

– Wśród nich są dzi­siejsi szczę­śliwcy. Spójrzmy na jed­nego. Nazywa się Lar­ren Gam­liel.

Zabrzmiała melo­dia tytu­łowa Poza­Ży­cia, na ekra­nie prze­wa­lały się fale ponu­ro­wego oce­anu. Razer sku­piła się bar­dziej. Wresz­cie to. To są te życia. To jest suro­wiec Poza­Ży­cia.

Usiane sar­kami morze lśniło, gdy symu­la­cja jed­nego ciem­nego sar­ko­fagu wznio­sła się w powie­trze i uchy­liła nie­znacz­nie, wypusz­cza­jąc słowa:

STRESZ­CZE­NIE ŻYCIA

LAR­REN GAM­LIEL

UWAGA: wspo­mnie­nia pew­nych prze­żyć mogą być trau­ma­tyczne. Wyjąt­kowo trau­ma­tyczne prze­ży­cia ozna­czone są w stresz­cze­niu dźwię­kiem {grgr­grgr} albo ***, jeśli wybie­rze­cie odczyt tek­stowy.

Razer wybrała głos, padła z powro­tem na łóżko i zamknęła oczy. Głos był niski i tro­chę beł­ko­tliwy. Wyobra­ziła sobie kro­sto­watą twarz i chude ramiona. Lar­ren zaczął mówić o szkie­le­cie swo­jego życia.

Nazy­wam się Lar­ren Gam­liel. Lar. Uro­dzi­łem się w miej­scu, któ­rego nie pamię­tam, nie byłem tam wystar­cza­jąco długo. Rodzi­ców nie pamię­tam w ogóle. Wycho­wa­łem się w dry­fdomu, pamię­tam głów­nie gwiazdy, wyglą­da­łem ze swo­jego małego okienka i widzia­łem gwiazdy, liczne jak wszy w łóżku.

Mia­łem w tym dry­fdomu przy­ja­ciela, nazy­wał się Bude, krę­cone rude włosy, wyż­szy ode mnie, cią­gle mru­gał. Gra­li­śmy w szu­ka­nego, mie­li­śmy dzie­więć lat, pamię­tam, a on scho­wał się na całe rano. Nie zna­la­złem go, znu­dziło mi się, przy­szła pora śród­po­siłku. Posze­dłem na śród­po­si­łek, były klopsy. Zja­dłem jego por­cję. Spóź­nił się. Wła­ści­wie w ogóle nie przy­szedł.

Więc po śród­po­siłku włą­czyli alarmy. W skró­cie, zna­leźli go w ślu­zie, w próżni, tak sobie tam latał. {grgr­grgr} Wyglą­dał, jakby go ktoś wyssał. Jak te suszone rybki. Miał zeza.

I to mniej wię­cej tyle z mojego dzie­ciń­stwa. Za wiele o nim nie myślę.

Skoń­czy­łem pięt­na­ście lat, musia­łem opu­ścić dry­fdom, zje­cha­łem na pla­netę. {grgr­grgr} Nie pamię­tam, na którą, i tak za długo na niej nie byłem.

{grgr­grgr} Na żad­nej zbyt długo nie byłem.

Naj­bar­dziej podo­bały mi się loty na kolejną pla­netę. Tam, na tych pro­mach, czu­łem się naj­le­piej. Pew­nie było jak w domu. Raz pra­co­wa­łem jako ste­ward, ale długo nie wytrzy­ma­łem. Gapi­łem się w gwiazdy, cią­gle ktoś miał o to pre­ten­sje.

Na pla­ne­tach gene­ral­nie mia­łem pro­blemy, co pod­su­mo­wuje całe moje życie, jak myślę. {grgr­grgr} Kra­dłem, włó­czy­łem się. Jak to Pax mówi, „smutne”. Ni­gdy nie mia­łem nic wła­snego, nikogo innego też długo nie utrzy­ma­łem.

Ale też spe­cjal­nie się nad sobą nie uża­la­łem. Nie za bar­dzo. Naj­szczę­śliw­szy byłem chyba w wię­zie­niach; dry­fo­wa­łem sobie z nimi w kosmo­sie, jak­bym znowu był dziec­kiem, w małej celi oto­czo­nej przez gwiazdy. Ostat­nim razem mówi­łem im, żeby mnie nie wypusz­czali. Może jakby posłu­chali, byłoby tej histo­rii tro­chę wię­cej. {grgr­grgr} Zabi­cie tej kobiety – to była pomyłka. Albo wypa­dek. Justix tłu­ma­czył, jaka jest róż­nica, ale ni­gdy to do mnie nie dotarło. Wiem tylko, że nie chcia­łem i że żało­wa­łem tego. Nie ja byłem odpo­wie­dzialny. Nar­ko­tyki były.

Dziwne, może wy to dla mnie roz­pra­cu­je­cie, bo ja za nic nie dam rady. Czemu wszy­scy mówili, że z Budem to nie była moja wina, a ja cią­gle nie mogę prze­stać się o to obwi­niać, przez całe życie, a teraz wszy­scy mówią, że ta kobieta to moja wina, a ja wiem, że nie? Może­cie mi powie­dzieć, dla­czego tak jest?

W każ­dym razie swoje za nią odsie­dzia­łem. Wysze­dłem, dwa dni i pod­ła­pa­łem tę cho­robę. To ma być spra­wie­dli­wość?

Wiem, że potem nic nie ma, ale chciał­bym kie­dyś poznać rodzi­ców, przy­naj­mniej mamę. I znowu zoba­czyć Budego. Może on tam też gdzieś jest. Ta cho­roba, co mnie zżarła, może nie jest wieczna.

Bo na razie dobrego życia nie zazna­łem.

KONIEC STRESZ­CZE­NIA

Spau­zo­wała ekran.

Dziwne, pomy­ślała. Zna tego czło­wieka? Nazwi­sko oczy­wi­ście było inne, wszyst­kie nazwi­ska w bazie były zano­ni­mi­zo­wane, a jego głos oczy­wi­ście robiła pute­ria, ale kie­dyś spi­sy­wała histo­rię czło­wieka, gdzie wcze­sne życie wyglą­dało pra­wie tak samo – dzie­ciń­stwo w dry­fdomu, śmierć w ślu­zie po zaba­wie w szu­ka­nego – i wyko­rzy­stała ją do Auten­tyka. Jed­nego z jej pierw­szych, lata temu.

Może to był on, cho­ciaż to byłby nie­zły zbieg oko­licz­no­ści.

Nie. Bar­dziej praw­do­po­dobne, że to pospo­lity rodzaj śmierci wśród dzie­cia­ków. Ale i tak dziwne.

Wzno­wiła ekran. W rogu migało powia­do­mie­nie z wia­do­mo­ści, ona jed­nak wró­ciła do gło­so­wa­nia.

POZA­ŻY­CIE. WYBÓR.

PRO­SZĘ DOTKNĄĆ LUB PRZE­RWAĆ W DOWOL­NYM MOMEN­CIE.

Otwo­rzyć całe życie Lar­rena Gam­liela?

Zagło­so­wać na życie Lar­rena Gam­liela?

Pro­szę dotknąć lub prze­rwać, aby otrzy­mać wię­cej infor­ma­cji.

Zasta­na­wiała się, czy otwo­rzyć całe życie, ale znała sie­bie na tyle dobrze, by wie­dzieć, że prze­pad­nie jej cały dzień. Pomy­ślała jesz­cze chwilę i zagło­so­wała na „tak”. Męczyło ją, że wciąż nie mogła sobie przy­po­mnieć nazwi­ska tego źró­dła Auten­tyka. Widziała za to jego twarz, wyso­kie czoło, głę­boko osa­dzone piwne oczy, wiecz­nie zmru­żone. Inży­nier, zdaje się. I nie kry­min, ale nie­wiele mu bra­ko­wało.

Holo­man znowu gadał:

– Wszy­scy inni kan­dy­daci są dostępni na waszej stro­nie _Zagło­suj Teraz._ Przez kolejne tygo­dnie będę prze­glą­dać ich wszyst­kich. Ale decy­zja zawsze należy do was. W Poza­Ży­ciu może­cie obej­rzeć wię­cej scen albo powtó­rzyć sobie te same.

Ekran zbladł do barwy popiołu, gdy głos Holo­mana wzmógł się echem:

– I pamię­taj­cie: Poza­Ży­cie zaczyna się od uro­dze­nia.

Razer wyłą­czyła ekran, ale miga­jące powia­do­mie­nie wciąż tkwiło na swoim miej­scu. Powie­działa mu: „Póź­niej”, i odcze­kała, aż migo­ta­nie przy­ga­śnie i spo­wolni do pra­wie pod­pro­go­wego poziomu. Nie mogła spać. Otwo­rzyła Auten­tyki i zalo­go­wała się.

– Cześć, Cynth – powie­działa.

POWI­TA­NIE ZARE­JE­STRO­WANE, KESTREL DUST. PRO­GRAM OCZE­KUJE. PRO­SZĘ ROZ­PO­CZY­NAĆ.

Zie­wa­jąc, zaczęła wysy­łać dzi­siej­sze notatki i zawar­tość mne­mo­te­cha. Dziw­nie było sobie wyobra­żać wła­sne prze­ży­cia zapi­sane na module pamięci, bez żad­nej świa­do­mo­ści czy szansy na odczy­ta­nie ich samo­dziel­nie. Choć w sumie, poza ogromną róż­nicą skali, nie­wiele się to róż­niło od neu­rydu. No i jesz­cze tym, że mne­mo­tech był pute­rią.

TEN PRO­GRAM ZAUWAŻA, ŻE KESTREL DUST OTWIE­RAŁA DZI­SIEJ­SZĄ OPCJĘ GŁO­SO­WA­NIA. CZY KESTREL DUST ZAGŁO­SUJE NA LAR­RENA GAM­LIELA?

– Ej, co to ma być? Poga­wę­dek pró­bu­jesz?

TEN PRO­GRAM AKTU­AL­NIE KOPIUJE ZAPISY TWO­JEGO MNE­MO­TE­CHA, PRO­CES JEST NIE­MAL ZAKOŃ­CZONY. GADU­GADU POTWIER­DZA, ŻE POŁĄ­CZE­NIE DZIAŁA OBU­STRON­NIE, ALE TEN PRO­GRAM MOŻE ZACHO­WAĆ CISZĘ, JEŚLI KESTREL DUST PRE­FE­RUJE.

– Nie, nie pre­fe­ruję ciszy. Nie dzi­siaj. Możesz się dla mnie nazy­wać Cynth? Albo nawet „ja”? Choć raz użyć pierw­szej osoby?

MOŻESZ DOWOL­NIE NAZWAĆ TEN PRO­GRAM, KESTREL DUST. ZGOD­NIE Z POPRZED­NIMI GADU­GADU.

Razer zasta­no­wiła się, czy pro­gram jest w sta­nie roz­po­znać, że jest tro­chę napita. Tak, pew­nie tak.

– Przy­naj­mniej mów mi Razer?

ZAPISY TWO­JEGO KON­TRAKTU POZWA­LAJĄ CI DOWOL­NIE WYBRAĆ, JAK O SOBIE MYŚLISZ.

Spró­bo­wała upo­rząd­ko­wać myśli.

– Cynth, Kestrel Dust nie może gło­so­wać. Tu cię mam, co?

TEN PRO­GRAM ROZU­MIE ZNA­CZE­NIE IMION. TEN PRO­GRAM DOCE­NIA POCZU­CIE HUMORU KESTREL DUST I ROZU­MIE JEJ POTRZEBĘ PRÓ­BO­WA­NIA ŻAR­TÓW. TEN PRO­GRAM KOMU­NI­KUJE SIĘ ZWIĘŹLE DLA PRE­CY­ZJI I OSZCZĘD­NO­ŚCI. RAZER I KESTREL DUST SĄ DLA CELÓW KON­TRAK­TO­WYCH POKRY­WA­JĄ­CYMI SIĘ TER­MI­NAMI. KESTREL DUST WYKA­ZAŁA, ŻE MA TEGO PRAW­NIE WERY­FI­KO­WALNĄ ŚWIA­DO­MOŚĆ.

– „Praw­nie wery­fi­ko­walną” to nikt mnie jesz­cze nie nazwał. Eks­hi­bi­cjo­nistką – tak.

TEN PRO­GRAM ROZU­MIE, ŻE KESTREL DUST CZER­PIE PRZY­JEM­NOŚĆ Z TRAK­TO­WA­NIA TEGO PRO­GRAMU, JAKBY BYŁ LUDZ­KIM ROZ­MÓWCĄ POZBA­WIO­NYM SAMO­ŚWIA­DO­MO­ŚCI I HUMORU. DANE SKO­PIO­WANE, MNE­MO­TECH WYKA­SO­WANY I ZRE­SE­TO­WANY. PRO­CE­DURA ZAKOŃ­CZONA. GADU­GADU ZAKOŃ­CZONE. ZLE­CE­NIE WYKO­NANE.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Autor nie­zwy­kle czę­sto zastę­puje stan­dar­dowe słowa dość dzi­wacz­nymi neo­lo­gi­zmami, mają­cymi sygna­li­zo­wać znaczną ewo­lu­cję języka po wypro­wadzce z Ziemi (przyp. tłum.).

2. _Mak­bet,_ ten i póź­niej­szy cytat wg prze­kładu Sta­ni­sława Barań­czaka (przyp. tłum.).

3. Naj­bar­dziej znane nie­roz­wią­zane dotych­czas pro­blemy mate­ma­tyczne (przyp. tłum.).

4. Odwró­ce­nie łaciń­skiego cytatu „Pośrodku życia w śmierci jeste­śmy” (Media vita in morte sumus), pocho­dzą­cego z cho­rału gre­go­riań­skiego (przyp. tłum.).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij