Platforma - ebook
Na pustynnej planecie poznaje się dwóch chłopców. Ta przyjaźń na zawsze odmieni losy ludzkiego społeczeństwa.
Na smaganym wiatrem Ponurze seria morderstw naprowadza pisarkę na trop historii o niewiarygodnych konsekwencjach.
Pewien człowiek cudem uchodzi z życiem z okrutnego ataku, ale pozostaje z chorobliwą fascynacją śmiercią. To czyni go idealnym kandydatem do niebezpiecznej pracy na platformie.
Witamy w Układzie. Porzucono tu pojęcie Boga, a jego miejsce zajęła nowa wiara: PozaŻycie – platforma społecznościowa dająca subskrybentom szansę na zmartwychwstanie dzięki głosom innych użytkowników.
Tyle istnień splecionych ze sobą na zawsze, a pośrodku tego wszystkiego jedna konstrukcja. Platforma.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-74-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1.
Alef
Witamy w PozaŻyciu.
Wybrałeś obiekt: (ograniczony dostęp)
Nazwisko obiektu: Alef Selsior
Stan obiektu: nieokreślony. Stan fizyczny: _rigor vitae._ Poważne urazy: brak. Poważne choroby: brak. Stan świadomości: hipersomnia.
Uwaga specjalna: Obiekt nie jest dostępny do głosowania. To Życie jest niesfinalizowane i dostępne wyłącznie w celach naukowo-badawczych. Nie jest obecnie dostępne przez funkcjonalność losowego wyszukiwania.
Proszę wybrać kryteria przeglądu:
_Całe życie | Zdarzenia kluczowe?_
Dziękuję za wybór Zdarzeń kluczowych.
_Kolejność: chronologiczna | przypadkowa?_
Dziękuję za wybór kolejności chronologicznej.
_Z wnioskami | Bez wniosków?_
Dziękuję za wybór _Z wnioskami_.
Proszę potwierdzić kryteria.
Dziękuję za wybór: Alef Selsior, życie, zdarzenia kluczowe w kolejności chronologicznej z wnioskami.
ZKL 1: Arkestra
Nazywam się Alef Selsior. Jestem jedynakiem.
Urodziłem się i wychowałem we wsi w zamkniętej społeczności planety Gehenna. Nasza wieś nazywała się JerSalem. Mój ojciec, Saul, był statystykiem i prowadził drobną binarną działalność doradczą. Matka, Marita, śpiewała w kościelnym chórze i piekła ciastka.
Z trudem przypominam sobie moje życie sprzed przylotu Pellonhorca i jego matki. Może chodzi o wiek – przyjechał, kiedy miałem osiem lat – myślę jednak, że głównie dlatego, że spadł na nas jak wiroburza¹, zmieniając wszystko i rzucając głęboki cień na wszystko, co przed nim.
Jedną rzeczą, którą pamiętam z czasów przed Pellonhorkiem, jest to, jak na Gehennę przybyła arkestra. Wspominałem to zdarzenie tyle razy, że czuję się młody i stary, jednocześnie mądry i naiwny – chociaż po namyśle widzę, że właściwie zawsze się tak czułem.
Żeby usłyszeć arkestrę, pojechaliśmy do miejskiej katedry; była to całodzienna podróż. Nie licząc usypianek, Gehenna nie miała za wiele muzyki, poza hymnami i kolędami, a od Pieśni, którą nazywano tu pornowersum, całkowicie się odcięła. Muzyka arkestry była więc czymś nowym. Oczywiście podczas pobytu na Gehennie zezwolono jej grać tylko bożą muzykę. Hymny i kolędy.
Do miasta pojechaliśmy busem. Byłem tak podekscytowany, że podczas startu nie mogłem się skupić na modlitwach, mamrotałem je bezmyślnie. Przez to poczułem się odpowiedzialny, kiedy trafiliśmy na turbulencję; pamiętam także, że ksiądz w kapsule patrzył na mnie oskarżycielsko. Wiedziałem, że jeśli się rozbijemy, to będzie moja wina, on jednak nic nie powiedział, a ja resztę podróży spędziłem na desperackich modlitwach.
W mieście polecieliśmy wzdłuż rzeki lotocyklem. Nigdy wcześniej nie byłem w lotocyklu ani nad rzeką, lecz pamiętam tylko, jak się modliłem, żeby kabina wytrzymała napór gazowych wirów i żebyśmy nie zatonęli w błocie i nie trafili do piekła pod spodem.
Katedra była ogromnym stadionem. Gdzie indziej w Układzie takie obiekty służyły do sportu. Widziałem ją na naszej domowej ekranii, a także oczywiście w kościele, ale kiedy usiadłem na trybunach pomiędzy dziesiątkami tysięcy wiernych, poczułem się jak wniebowzięty. Nasz kościółek z JerSalem mógłby stanąć na ogromnej płycie w dole pod nami i miałby naokoło taką połać trawy, że nie dałbym rady dorzucić do niego piłką. Wielki stadion był otwarty, a niebo toczyło się nad nami, chmury rozwijały swe potworne kształty, diabeł kusił nas, byśmy wyobrażali sobie najgorsze. Nie podnosiłem wzroku, tak mnie uczono. Widziałem miejsca, z których zdemontowano stosy, normalnie poustawiane wokół owalnego boiska – można je było poznać po kręgach spalonej ziemi. Kiedy czekaliśmy na arkestrę, na ekranii wokół płyty pokazywano historyczne spowiedzi. Przyznawano się w nich do apostazji, bałwochwalstwa, herezji, sporadycznie do pospolitych przestępstw.
Myślę teraz o tamtym dniu i nie mogę w to uwierzyć. Dziwne to. Całe moje dzieciństwo – przed Pellonhorkiem – wydaje mi się czasem niewinności. Gehenna mieniła się niewinną planetą, a jej kapłani rygorystycznie tej niewinności bronili.
Lecz co to takiego niewinność? Czy można patrzeć otwartymi oczyma na świat i nadal ją zachować? Można zamknąć oczy na życie i mienić się niewinnym?
Czy ja tak mogę, po wszystkim, co widziałem i co zrobiłem? I kto może mnie osądzić? Nie może osądzać nikt, kto nie może zrozumieć.
Atmosfera w katedrze była cudowna. Niezwykłe poczucie wspólnoty. Siedziałem pomiędzy rodzicami na wysokiej trybunie, trzymając ich za ręce. Matka miała rumianą twarz. Ojcu błyszczały oczy. Gapiłem się na płytę jak oczarowany. Dziwnie było widzieć na tej trawie coś innego niż grupy potępionych. Powietrze przecinały muzyczne nuty, gdy muzycy przygotowywali instrumenty. Nawet teraz pamiętam idealną przypadkowość tych dźwięków, całkowity brak porządku w nutach i akordach. Tę wolność.
Pulpit kapłana na drugim końcu płyty był tak daleko od naszych miejsc, że strzykało nas w szyjach, kiedy je wyciągaliśmy, by lepiej go widzieć na wysokiej ekranii. Dzisiejszym kaznodzieją był ojciec Szeol. Stanął tam i rozpostarł ręce.
Ojciec Szeol był legendarny, był stary, miał prawie pięćdziesiąt lat, ale wciąż pełen piekielnego ognia. Jego głos nie zgrywał się z poruszeniami ust na ekranii, jakby przemawiał do nas z nieba.
– Witajcie – zagrzmiał.
Ryknęliśmy w odpowiedzi; przez stadion przeszła fala radości.
– Witamy także Arkestrę Amadeusza.
Wypowiedział to imię starannie. Na Gehennie imiona miały wielką wagę i długo debatowano nad podobieństwem Amadeusz-Asmodeusz, zanim wydano arkestrze zgodę na lądowanie. Członkowie arkestry przerwali przygotowania, żeby skłonić się wiernym i odpowiedzieć na powitanie.
– Zebraliśmy się tu po to, by współodczuwać piękno bojaźni bożej – obwieścił. – Jesteśmy tu, by sobie przypomnieć o pokusie w górze, karze w dole, cierpieniu tu i teraz oraz nagrodzie poza tym życiem. My, mieszkańcy Gehenny, witamy Arkestrę Amadeusza i przypominamy jej o bojaźni bożej.
Kilku członków arkestry wróciło do przygotowywania instrumentów. Lecz zamarli, gdy ekrania wokół opustoszała i przybrała piekielną czerń.
Ojciec Szeol kontynuował:
– Dzisiaj Gehenna wita nie tylko Arkestrę Amadeusza, ale także oczy Górnych Światów.
Po reakcji ludzi wokół widziałem, że to niespodziewane. Później oglądałem zapisy tego zdarzenia, te, które istnieją. Ojciec Szeol wygląda na małego, a głos ma cieniutki. I za każdym razem, gdy powtarza nazwę arkestry, brzmi coraz podobniej do Asmodeusza. Asmodeusz to jedno z imion diabła.
Dlaczego ojciec Szeol i jego Ministerium mieliby pozwolić Górnym Światom (jak określaliśmy resztę Układu) gapić się na nas? Górne Światy to agentura diabła, a my oto pozwalamy, by Gehenna była widoczna w pornowersum. Co za grzech się tu popełnia i przez kogo?
Szmery rozeszły się po całej katedrze. Wszyscy pomyśleli to samo: Dlaczego w najboższe z bożych miejsc wpuszcza się pornowersum?
Piekielna czerń ekranii powoli się rozjaśniła, pojawiły się nowe sceny. Nie były to jednak typowe spowiedzi, lecz retrybucje.
Dziwniej i dziwniej. Nie standardowe palenie pojedynczych grzeszników na stosie, lecz masowa egzekucja ludzi skazanych na czeluść. Na ekranii pojawił się tłum roztrzęsionych mężczyzn, kobiet i dzieci, stojących na płycie nad czeluściami, czekających, aż rozewrą im się pod stopami.
Pomyślałem, jakie to musi być odstręczające dla arkestry – siedzieć na zbudowanej w tym miejscu estradzie. Lecz obrazy na ekranii nie pokazywały samego otwarcia się czeluści, teraz więc rozumiem, że muzycy nie mieli szans na zrozumienie ich sensu i tego, co będzie dalej. Wiedzieli o Gehennie tylko tyle, że mają okazję zagrać przed ogromną, całkiem nową publicznością na jednej z dwóch zamkniętych planet – drugą była obsesyjnie skryta (aż po strzeżenie własnej nazwy) niewymowna planeta – i jednocześnie przed całym Układem.
Na pulpicie kaznodziei widać było mały prostokąt – ołowianą skrzyneczkę ze złotymi ornamentami na brzegach. Ojciec Szeol stanął za nią wyprostowany i zrobił krótką pauzę. Wszyscy wiedzieli, co jest w środku. Otwierana była raz do roku i dzisiaj nie był ten dzień.
Skłonił głowę, na chwilę złożył dłonie do modlitwy, potem rozpostarł palce i nasunął na dłonie parę ciężkich, czarnych rękawic, przesuwając powyżej łokci długie rękawy ołowianej kolczugi, a potem nachylił się i położył ręce na wypukłym wieku skrzynki. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy.
Jednym gładkim rytualnym ruchem otworzył skrzynkę, sięgnął do środka, cofnął dłoń i pozwolił wieku opaść.
Wiwatowaliśmy, gdy uniósł księgę wysoko. Cała katedra dygotała od ekstatycznego entuzjazmu. To była boska Bublia, a ojciec Szeol trzymał jej Autoryzowaną Wersję. Płonęła w jego rękawicach, promieniując nabożną czcią. Ojciec Szeol stał skąpany w jej ostrym blasku, a kiedy ryk ucichł, parę długich, ogłuszających sekund później wszyscy w katedrze skulili się na siedzeniach i wstrzymali oddech. Jedynie do arkestry nie dotarło znaczenie tego, co widzą.
Słyszałem, że ludzie szepczą, odliczają sekundy tak jak ja, choć mnie liczenie przychodziło równie naturalnie jak oddychanie.
_Trzy, cztery…_
Nawet ja wiedziałem, że blask boskiej Bublii jest śmiercionośny.
– Na Gehennie my wierzymy!!! – ryknął ojciec Szeol.
Arkestra prawie zamarła. Teraz i oni wyczuli, że dzieje się tu coś szczególnego. Widzieli ostry blask Bublii odbity na policzkach wysokiego kapłana.
_Siedem, osiem, dziewięć…_
Lecz ojciec Szeol wciąż trzymał księgę w górze. Wpatrywały się w nią oczy całej pornosfery, a on wygłaszał ogniste kazanie. Pokazywał Górnym Światom niepowstrzymaną potęgę naszej wiary.
Opuścił księgę, wszyscy odetchnęliśmy. Ale zanim zamknął ją w ołowianej skrzynce, nagle uniósł ją do ust i pocałował gołymi wargami. Dopiero po chwili ją zamknął. Przytknął do ust palec i posłał arkestrze bezgłośnego całusa. Z ust uniosła się strużka dymu. Już pokrywały się pęcherzami.
Co to ma znaczyć? Na Gehennie wszystko miało znaczenie i wszystko należało interpretować. Ale teraz nie było czasu, bo arkestra zaczęła grać.
Od razu zapomniałem o ojcu Szeolu. Wydało mi się, że jestem w niebie. Ogarnęły mnie falowanie, pulsacja, szybowanie tej muzyki. Melodie, które ginęły i pojawiały się na nowo, ich subtelne wariacje, ich… nie umiem tego opisać. Słyszałem wcześniej wszystko, co grali, tysiące razy, w każdą złodzielę, odkąd sięgam pamięcią. Tu jednak było coś więcej. Wspaniałe i straszne zarazem. Siedziałem tam i usiłowałem zatrzymać to w umyśle, tę prostotę i skomplikowanie, w końcu jednak poddałem się, zamknąłem oczy i dałem jej się ponieść.
Gdy tak trwała, przepełniając mnie czymś, czego dotąd nie znałem, stwierdziłem, że zerkam na niebo. Nie myśląc o tym, co robię, wpatrzyłem się w chmury i zobaczyłem w nich wielkie, wspaniałe zwierzęta sunące sobie majestatycznie, prześwietlone odległym światłem.
Muzyka mnie wypełniała, a ja się gapiłem, nie wiem jak długo, dopóki nie wybiło mnie z tego mocne uderzenie w głowę, od tyłu. Byłem oszołomiony przez dobre kilka sekund. Odwróciłem się, zdumiony i urażony. Wzrok odzyskał ostrość, gdy człowiek, który mnie uderzył, wysyczał:
– Diabelski podpatrywacz! Oczy w dół!
Zupełnie jakby ten cios przestawił mi w głowie jakiś przełącznik – muzyka brzmiała teraz płasko. Wciąż słuchałem, lecz inaczej. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mnie wcześniej uderzył. Rodzice – na pewno nie. Ale też nic nie powiedzieli człowiekowi, który to zrobił. Patrzyli po sobie przez moment, lecz nic więcej nie zrobili.
Dziwne. Myślałem, że przywołuję wspomnienie prostego życia przed przybyciem Pellonhorca, z czasów bez bólu i zamętu, a jednak czuję się zbulwersowany.
Muzyka skończyła się. Kiedy czekaliśmy, aż ojciec Szeol dokończy ceremonię, matka zapytała, czy mi się podobało, a ja odpowiedziałem, że tak. Mój głos brzmiał inaczej. Spojrzeliśmy po sobie. Z perspektywy czasu widzę, że matka zauważyła, że coś się we mnie zmieniło.
Za to ojciec nie zauważył nic. Uśmiechnął się do nas i powiedział:
– Świetne! – A kiedy ojciec Szeol wrócił za swój pulpit, dodał: – Interesujące. Sekcja smyczkowa stanowiła siedemnaście i osiem dziesiątych arkestry.
Zawsze rzucał takie właśnie uwagi. Tak po prostu działał jego umysł. Kiedy wymykało mu się coś takiego, matka zerkała na mnie i przewracała oczyma. Miała na myśli to, że on nie jest taki jak my – chyba wtedy pierwszy raz naprawdę to zrozumiałem. Innym razem, zdarzało się, to my z ojcem zerkaliśmy po sobie, myśląc o matce, że nie jest taka jak my.
Odpowiedziałem ojcu w poprawny sposób:
– A zauważyłeś, że sekcja smyczkowa odpowiadała za trzydzieści osiem koma dwadzieścia pięć procent zagranych nut?
Ojciec zamrugał i powiedział z łagodnym zdziwieniem:
– Tak.
A potem jego uwaga, tak jak wszystkich zgromadzonych, skupiła się na ojcu Szeolu.
– Ten dzień wszyscy dobrze zapamiętamy. Gehenna pozostanie silną latarnią wiary, niezbrukaną trującym spojrzeniem Górnych Światów.
Było jasne, że arkestra się tego nie spodziewała. Chowali instrumenty do futerałów, gadając między sobą, ale teraz się zawahali.
– Arkestra Asmodeusza – tym razem bardzo wyraźnie nie powiedział „Amadeusza” – udzieliła nam dzisiaj lekcji. Lekcji, której Górne Światy nie powinny zapominać.
Ojciec Szeol uniósł coś wysoko. Tym razem to nie była Bublia; ekrania zrobiły zbliżenie na czarną kulę w garści. Trzymał Spust.
Wierni jęknęli. Matka się zatchnęła. Muzycy zamarli, czując, że dzieje się coś, czego w ogóle nie rozumieją.
W myślach liczyłem sobie procenty różnych sposobów, na które okazywali panikę, zaokrąglając do całkowitych wartości. Osiemnaście procent krzyczało, trzydzieści jeden ściskało się nawzajem, dwanaście padało na ziemię. Nikt się nie modlił. Zero procent.
Kiedy to teraz analizuję, jak ta muzyka uwolniła mój umysł, by mógł myśleć, wyobrażać sobie, a potem jak logika pozwoliła mi uciec przed tą wyobraźnią, wycofać się w świat liczb – to wszystko był wgląd w umysł mojego ojca. Lecz nagle poczułem także zaczątki myślenia jak u matki, a przynajmniej wczesną tego zapowiedź.
Z tego się nie ucieszyłem.
Trzymając Spust wysoko, ojciec Szeol zszedł ze swego pulpitu w stronę czeluści i stanął na ich krawędzi. Zastanawiałem się, czy czeluść pod arkestrą jest wystarczająco szeroka. Widziałem takie potępienia na domowej ekranii, spokojną rezygnację skruszonych grzeszników, mamroczących modlitwy, gdy ziemia rozstępuje im się pod nogami. Zawsze stali w grupach po dwudziestu pięciu, największe czeluści miały pięć metrów średnicy. Ojciec Szeol stał przed nimi na pewnej ziemi, gdy pociągał za Spust. Ich odejście miało w sobie godność.
Tu godności prawie nie było.
Ojciec Szeol uśmiechnął się do muzyków. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co się dzieje. Panika przygasła, choć około czterdziestu procent wciąż lamentowało. Dał znak, ekrania zrobiła zbliżenie jego twarzy. Spalone Bublią usta nie kontrolowały słów, tak że z trudem go rozumieliśmy.
– Oto jest lekcja. – Ledwo był w stanie wymówić szeleszczące głoski. Dziąsła miał całe we krwi. Splunął nią. – Niechaj wszyscy zobaczą. – Na Spuście wylądował kleks krwawej śliny. – Niechaj wszyscy dojrzą. – Przerwał i otarł Spust o czerwoną szatę. – Niechaj dowiedzą się wszystkie światy!
Uniósł Spust wysoko, z kciukiem w pogotowiu na czarnej kuli. Spomiędzy członków arkestry wybiegła skrzypaczka i rzuciła się na niego z wrzaskiem, jej instrument wydał dysonansowy dźwięk, który skojarzył mi się z wcześniejszym strojeniem, lecz ojciec Szeol odepchnął ją. Skrzypce pokoziołkowały po pomarańczowej trawie.
– Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Wszyscy w górze, w dole i pomiędzy. Jedyna wolność jest poza.
Kciuk zadrgał mu na Spuście, odrzucił rękę w tył i cisnął kulę wysoko w powietrze. A rzuciwszy, ruszył naprzód i dołączył do arkestry nad czeluścią.
Teraz krzyczeli już wszyscy członkowie arkestry i ten dźwięk był głośniejszy niż wcześniej ich muzyka. Dla większości zgromadzonych, jestem o tym przekonany, zagłuszał nawet jej wspomnienie, jak zapewne planował ojciec Szeol.
Czeluść, otwierając się z jękiem, wciągnęła powietrze znad katedry, które potem oddała opuchniętym od żaru wirem. Były płomienie i huk, strumień ciepła i światła oszołomił mnie, zakręciło mi się w głowie, choć nagle czeluść zamknęła się i zapadła cisza.
Na płycie obok czeluści pozostały tylko połamane skrzypce i Spust. Ojciec Szeol również zniknął. Sam siebie złożył w ofierze.
Wierni krzyczeli, pohukiwali, darli się przez siedemnaście minut, gdy otwierały się wyjścia, a nad murawą rozkołysały się wielkie kadzielnice, ciągnące za sobą smugi słodkich aromatów. Z katedry wyprowadzały nas hymny: _Niebo przyćmiewa piekielne gromy_ oraz _W bojaźni ku Tobie, Panie, idziemy_.
Matka przez całą drogę powrotną nie odezwała się słowem. Ojciec coś mruczał do siebie. Ja udawałem, że jestem puterem, i zadawałem sobie coraz trudniejsze obliczenia.
Jak w ogóle do tego dopuszczono? Czy Górne Światy nie zdawały sobie sprawy z możliwych skutków posłania arkestry na Gehennę?
Teraz, z perspektywy czasu, jest to dla mnie oczywiste. Arkestra była ofiarą, to jasne, ale złożoną nie tylko przez ojca Szeola.
Cały Układ – z wyjątkiem Gehenny i niewymownej planety – był rygorystycznie bezbożny. Niewymowna planeta całkiem oderwała się od Układu, strzegąc swojej prywatności do tego stopnia, że monitorowała i usuwała wszystkie nawiązania do siebie, natomiast Gehenna była usankcjonowaną aberracją. Gehennie zaproszenie arkestry pasowało – ojciec Szeol pomyślał, że da Górnym Światom lekcję, lecz Górne Światy dokładnie wiedziały, czego się po nim spodziewać. I Arkestrę Amadeusza posłały mu na ofiarę. Była to dla nich idealna okazja, by zademonstrować, jakim obłędem jest w ich oczach boska wiara.
W rezultacie okazało się to lekcją z ludzkiej mentalności. W świeckim Układzie istnienie Gehenny było niezbędne.
Lecz w codziennym życiu Gehenna nie była miejscem udręki. Mała osada, w której mieszkaliśmy, była spokojna. Praktycznie nie było przestępczości. Do kopalń eliminium mieliśmy daleko. Wiedziałem o nich tylko, że zsyła się tam do pracy grzeszników z Górnych Światów.
Był jednak podatek. Na Gehennie, tak jak wszędzie indziej w Układzie, obciążenia podatkowe były skomplikowane. Każda planeta miała własną ordynację Infratax, a Administracja Układu narzucała na to jeszcze kilka ordynacji Ultratax.
Gehenna była w całym Układzie jedynym rajem zwolnionym z części podatku – uzasadniano to, formalnie, brakiem kompetencji umysłowych. Jeśli mieszkałeś tutaj, przestrzegałeś bożego pisma, odrzucałeś pornosferę i inne znamiona świeckiego zamętu, przyczyniałeś się do eksportu eliminium, którego złoża były tylko na Gehennie, to Ultrataxu płaciłeś bardzo niewiele.
Większość ludzi do wyliczania podatków zatrudniała specjalistów, ale nie mój ojciec. Uwielbiał skomplikowanie podatku, tak jak uwielbiał puterię, jej systemy, procesy, obietnicę nieomylności. Nawet na Gehennie to było coś nietypowego. Kochał system podatkowy i Bublię, tak samo, bez wątpliwości, uwielbiał, że przenikają wszystkie aspekty ludzkiej egzystencji, zupełnie nie oglądając się na zdrowy rozsądek. Kiedy siedział z przyjaciółmi i naprawiał ich puterię, tłumaczył jednocześnie, jak są opodatkowani. Doradzał im, jak uniknąć podatku, wykorzystując tę czy tamtą ulgę, a potem – jak uniknąć gniewu Boga, czyniąc ten czy tamten akt miłosierdzia.
Z perspektywy czasu dziwię się, jak ktoś tak logiczny jak on mógł wierzyć w boże pismo. Czemu ja nie byłem w stanie? Kiedy pierwszy raz dotarło do mnie, jakie to dziwne? Czy sprawił to ten cios w głowę w katedrze? Może mina matki, kiedy zrozumiała, że dostrzegłem, że nie umiała mnie obronić? Czy to była nieubłagana fala jej genów? Ona w ogóle kiedykolwiek wierzyła? Czy może po prostu trzymała swoją niewiarę w tajemnicy?2. TALLEN
2.
Tallen
Ponur to planeta graniczna, a Przyczółek, miasteczko, gdzie mieszkam, to najbardziej wysunięty posterunek. Oczywiście jeśli nie liczyć platform. W Przyczółku ludzie garbią się i spuszczają głowy, robią, co potrzeba, a potem jadą odpocząć poza planetę. Mówią, że wariuje się od monotonii, ale mamy tu przecież trzy pory roku, więc to nie od monotonii wszyscy tu wariują. Większość ludzi myśli, że to przez wiatr. Pory roku są tak bogate w wydarzenia, jak można by się spodziewać po planecie, która przeszła wybuchową terraformację z metanu na azoto-tlen w niecałe trzysta lat.
Najdłuższa pora roku jest pomiędzy zimą i latem, kiedy od morza w stronę gór dmie ostry wiatr, niosący za sobą grzmoty i skłębione srebrno-czarne chmury. W innym miejscu nazywałoby się to wiosną. Tutaj zwie się napływ i to jest naprawdę niezły widok. Kiedy zmruży się oczy, można w tych zwałach chmur dostrzec różne kształty. Czasem przypominają zwierzęta, jakie widziało się na zdjęciach, czasem sny, twarze, mapy innych światów – a czasem są podobne do platformy i wtedy, choćbyś był nie wiem jak bezbożny, błagasz, żeby to, co zostanie z tej chmury, nie spadło ci na łeb. W Przyczółku tylko raz widziano spadającą platformę, dawno temu, nie za moich czasów, ale kiedy wzmaga się wiatr, ciągle się o tym gada, popijając krzakówkę w Czerwonym Barze. Platformy przeważnie są porządnie zakotwiczone i, jak mówią spece, półzanurzone – i na tyle daleko w morzu, że nawet jeśli je wyrwie, mało prawdopodobne, aby spadły akurat tutaj.
W Przyczółku wszystko kręci się wokół platform. Nie ma tu prawie nic poza stoczniami, które je budują, i firmami produkującymi dla nich osprzęt.
No nie, to nie do końca prawda – są oczywiście jeszcze sarki, jak wiedzą wszyscy w całym Układzie, ale wrzucają je do morza daleko od Przyczółku. Gdzie indziej są ważne, tutaj nie obchodzą nikogo, chyba że zdarzy się, że któryś przemknie się przez osłonę i osiądzie na brzegu. A, prawda, jest jeszcze Szyb, ale nie jestem na tyle szalony, żeby spędzać w nim czas.
Podczas napływu Przyczółek się zamyka i w środku nic nie słychać, a poza osłonę się nie wychodzi, aż do lata – wtedy to zupełnie co innego. Wiatr się uspokaja, a morze przy brzegu jest przyjemniejsze, faluje sobie przy plażach. Ja robię sobie przerwę właśnie latem. Pogoda jest stosunkowo łagodna i ta wątła nadzieja, którą to budzi, jest nie do zniesienia – dlatego pakuję się i jadę wysoko w śniegi Colder. To parę dni drogi wolnostatkiem. Po drodze nie mogę spać, cały czas patrzę, jak Przyczółek niknie mi z oczu, albo gapię się w gwiazdy. Kiedyś spotykałem się w Colder z jedną kobietą, ale związała się z kimś i już jej nie widuję. Teraz biorę sobie domek wysoko na białych wzgórzach i chodzę na samotne wędrówki. Do Przyczółka wracam na zimę. Jesieni na Ponurze praktycznie nie ma. A zima polega na tym, że wiatr się odwraca i leci w morze z ładunkiem wydartych z gór kamieni. Terraformacja Ponura nie do końca się udała, ale to nieważne – jak mówiłem, miasteczko żyje tylko dla platform, a one liczą się tylko, dopóki jest co wydobywać z jądra. Myślę, że jądro zostanie wyczerpane, zanim Ponur z powrotem zrobi się do dupy.
Ale wtedy już dawno mnie nie będzie, więc co tam.
Tallen spojrzał na to, co napisał, zamknął na moment oczy, potem westchnął i po raz trzeci sprawdził opis, szukając haczyków.
OSTATNIE PRZYPOMNIENIE. BEZPŁATNA OFERTA POWITALNA SERWISU JEST WAŻNA TYLKO PRZEZ DWANAŚCIE GODZIN. ZOSTAŁA CI JEDNA GODZINA, BY Z NIEJ SKORZYSTAĆ. ZAREJESTRUJ SWÓJ PROFIL JUŻ TERAZ. TAKA OFERTA SIĘ NIE POWTÓRZY.
Od miesiąca wysyłali mu coraz to lepsze i lepsze promocje, a on je ignorował, ale całkowicie za darmo – to się nie zdarzało.
Nienawidził czuć się zmanipulowany, choć dobrze wiedział, że wszyscy są. Nie dało się brać udziału w Pieśni, nie zatracając po drodze części swej duszy. Lecz tym razem niemal nie dało się odmówić, nawet jeśli nie miał ochoty na niczyje towarzystwo. Normalnie Serca kosztowały, i to sporo.
Poczuł krótką falę typowej melancholii i skasował wszystko z ekranu. GwiezdneSerca nigdy jeszcze mu się na nic nie przydały.
Potem jednak westchnął i przywrócił większość tekstu, kończąc go po domku na białych wzgórzach. Zamknął oczy i wspomniał żegnającą się z nim Lenę, jej rękę unoszącą się do ekranii i jego własną, głupio dotykającą szklanego interfejsu.
Po Lenie przysiągł sobie, że więcej Serc nie tknie, a jednak proszę – znów go przyciągnęło. Wiedzieli, co myśli. Znali go na wylot.
I świetnie. Kiedy zaczną go naliczać, a niedługo zaczną, anuluje subskrypcję. To też muszą o nim wiedzieć.
Tamten związek i tak nie miał przyszłości. Oboje o tym wiedzieli. To nie wina programu. On dla nikogo nie wyprowadziłby się z Przyczółka, ona nigdy nie zamieszkałaby nigdzie indziej niż w Colder i to zamykało sprawę.
Wiadomość do nikogo świeciła na ekranie. Przywrócił całość, aż po „więc co tam”. Co tam, pomyślał i zatwierdził edycję.
Ekran natychmiast się rozjarzył.
Witamy ponownie w serwisie . to ParaSerwis PozaŻycia.
Poniżej porady dla subskrybentów. Są bezpłatne.
Nie wspomniałeś o swojej pracy. Opisując dobrze wynagradzane i szanowane społecznie zajęcie, statystycznie zwiększasz szanse na odpowiedź.
Użyłeś słów lub zwrotów, które mogą być odpychające dla niektórych subskrybentów serwisu . Niektóre z nich to: „monotonia”, „bezbożny”, „nie do zniesienia”, „nie mogę spać”, „piją”, „spotykałem się kiedyś”, „związała się z kimś”, „wyczerpane”, „wydarte”, „do dupy”, „co tam”.
Słowa lub zwroty, które mogą się okazać skuteczniejsze: „miłość”, „towarzystwo”, „ciepło”, „czuły”, „poczucie humoru”, „zabawny”, „majątek” (tylko w odniesieniu do siebie), „zdrowy” (tylko w odniesieniu do siebie), „domator”, „przystojny” (tylko w odniesieniu do siebie).
Czy chcesz zmienić swój profil ?
Tallen wybrał „Nie”.
Twój profil został rozesłany do wszystkich subskrybentów na okres stu bezpłatnych godzin. Po upływie tego czasu twoje konto będzie miało naliczane saldo w wysokości piętnastu dolorów za każdy miesiąc (zgodnie z lokalnym kalendarzem).
Zostaniesz powiadomiony o wszystkich reakcjach.
Spróbował zamknąć ekran, ten jednak nie chciał mu jeszcze na to pozwolić.
Przed wyjściem z PozaŻycia proszę dokończyć rozpoczęty Ciąg Możliwości. W przeciwnym razie bieżąca sesja nie zostanie zapisana, a aktualna promocja będzie unieważniona.
Dziękujemy za zgodę.
Wielu subskrybentów serwisu łączy dostęp do serwisu z dostępem do głównej bazy oraz Autentyków i innych płatnych ParaSerwisów. Czy chcesz skorzystać z tej możliwości? Teraz/później?
Później.
Nie otwierałeś głównej bazy PozaŻycia od dwudziestu dziewięciu godzin i czternastu minut. Masz obecnie zapas osiemnastu nieoddanych głosów, z których pięć wygaśnie w ciągu dziewięciu godzin i czternastu minut. Zagłosujesz teraz/później?
Później.
Dziękuję. Ciąg Możliwości został zakończony. Możesz teraz zamknąć…
Zamknął. Zostawił ekran samemu sobie, i czując niepokój i dziwne poczucie winy, że utworzył ten ZewSerca, naciągnął kurtkę i wyszedł na ulicę.
Już żałował. Co on właściwie robi? Kiedy tak próbuje pisać czy mówić o sobie, zawsze za dużo myśli. Jak w ogóle do tego doszło… Kobieta, którą spotkał poprzedniej nocy w czerwonym barze, pisarka, powiedziała, że Przyczółek jest pełen wrzasku i wściekłości², tonem, jakby to określenie gdzieś wcześniej słyszała. Utkwiło mu to w głowie, razem ze sposobem, w jaki to wypowiedziała. Miała w sobie coś niezwykłego, jakąś aurę życia, ciekawości. Miał ochotę dalej z nią gadać. Myślał, że może i ona jest nim zainteresowana, ale odwróciła się od niego, gdy tylko wszedł wielki Paksiarz, i to był koniec. Razer, tak się nazywała. Może jeszcze ją kiedyś zobaczy. Kiedy wychodził z baru, Razer i Paksiarz siedzieli tam dalej i ostro pili. Większość ludzi, nawet niekryminalnych, czuje się przy funkcjonariuszach prawa nerwowo. Lecz nie Razer.
Nie, nie trzeba było dać się wciągnąć w kolejny ZewSerca. Wystarczało popatrzeć na te porady dla subskrybentów. Co on ma w ogóle do zaoferowania? Lena miała rację i tamta kobieta przed nią i wszystkie inne. I jeszcze mieszka w tym obłąkanym miejscu. Kto by tu żył z własnej woli?
Szedł, mijając budynki, czując nagle nadzwyczajną jasność umysłu. W nocy Przyczółek był praktycznie pozbawiony cieni. Już dni były dziwne, ale przyzwyczajenie się do tego, jak to miasteczko wygląda w nocy, zajęło mu rok. Pod dziwnym poblaskiem osłony powietrze nie dawało poczucia głębi ani odległości, wszystko wydawało się ani dalekie, ani bliskie, tylko po prostu małe lub duże. Mózg musiał nauczyć się nowej wzrokowej oceny. Budynki nie były problemem, ale już z klamkami było ciężko i paralaksa była ważniejsza niż ogniskowanie wzroku. Poruszanie się po Przyczółku po zachodzie słońca było jak spacer po dziecięcej animowanej książeczce.
I jeszcze ta osłona. Podczas napływu chroniąca osiedle tarcza była grzmiącym splotem magnetyzmu i elektryczności. Tallen uważał, że to trochę pic na wodę. Wierzył jednak w jej istnienie, w przeciwieństwie do dziesiątki lub więcej pijaków i świrów, którym co roku strzelało do głowy, by przez nią przebiec – i porywało ich jak tę dziewczynkę w animowanej książeczce o Oz, którą matka czytała mu w dzieciństwie. Tylko że ich już nikt nigdy na oczy nie widział.
W dzień osłona była prawie niewidoczna, czasami dawała się dojrzeć jako chwilowe niepokojące smużenie. Można było twardo stanąć na ziemi i skupić wzrok na ścianie, na ziemi, na czymś konkretnym. Nic nie dałoby rady temu wiatrowi, ale miękka, stopniowana osłona potrafiła sobie z nim poradzić. Na zewnętrznym skraju prawie jej nie było, zaledwie rejestrowała wiatr. Parę metrów głębiej ustępowała ciosom, ale zaczynała je stępiać i rozpraszać, a po kolejnych paru metrach wytłumiała atak i produkowała z niego dość energii, by zasilić i osiedle, i samą osłonę. Przechowana nadwyżka energii wystarczała Przyczółkowi na resztę roku. Wiatr Ponura był niewyczerpanym źródłem energii i katastrof.
Szedł dalej, nie mogąc wyzbyć się dziwnego wrażenia, że przez te ulice ktoś za nim idzie. To właśnie był absurd tego miejsca. Nic tu się kupy nie trzymało.
Było już chłodno, po północy, a osłona buczała. Tallen jak zawsze zszedł na plażę, nad samą wodę, chlupocącą mu u stóp. Fale z sykiem przesączały się przed kamienie pod butami. Lubił te kamyki w nocy, kiedy jaskrawe umyte morzem barwy łagodniały do przygaszonych fioletów i szkarłatów.
Dziś jednak spokój morza nie rozwiał niewyraźnego poczucia osamotnienia. To był błąd, wychodzić teraz. Nocne spacery to zły nawyk. Trzeba było wziąć kapsułkę i zaznać przynajmniej odrobiny chemicznego spokoju.
Przestępując delikatnie z nogi na nogę, żeby nie zapadać się w kamyki, zastanawiał się, dokąd prowadzi jego życie. Tutaj więcej było prawie nieżywych niż żywych. Mówiło się, że do Przyczółku trafiasz, gdy zmęczyło cię życie, a kiedy jesteś gotowy na śmierć, idziesz na platformy. W tutejszych barach ciągle się o tych sprawach końca gadało. Problem polegał na tym, że i Tallen sam z siebie zaczynał mieć takie myśli.
Znów przypomniała mu się ta kobieta z baru. Razer. A ona co tu robiła? Większość ludzi po pierwszym drinku od razu ci mówi, co ich do baru sprowadziło. Ale nie ona. Ona miała w sobie życie.
Sięgnął ręką i zamieszał palcem spokojną wodę, patrząc, jak falki rozchodzą się, dołączają do skłębionego morza za osłoną i znikają. Jeszcze dalej widział, że osłona wyciska z wiatru wyładowania koronowe, czerwone, niebieskie, opalizująco fioletowe odłamki kolorów twarde jak skała i znikające w okamgnieniu. Dalej nie było już nic widać. Kosmos miał swoje gwiazdy, morze nie miało nic. No, nic poza sarkami i platformami.
Może poczuje się lepiej, kiedy za parę dni wróci do pracy. Czas wolny w Przyczółku nie nadaje się do niczego.
Pozwolił myślom dryfować, zastanawiając się, jak to jest na tych platformach. Obłęd i samotność, domyślał się, maszyny dudnią dzień i noc, do tego wiatr i morze. Zamknął oczy, próbował wyobrazić sobie huk świdrów i furię żywiołów niestrudzenie próbujących cię wyrwać.
A potem zapomniał o platformach i przechylił głowę, nasłuchując. Coś było nie tak. Jakiś dźwięk, potem jeszcze raz, głośniejszy. Wyprostował się i ruszył szybkim tempem do domu.
Za plecami zdecydowanie zabrzmiały kroki. Tallen obejrzał się pośpiesznie, potknął się i puścił niepewnym biegiem.5. RAZER
5.
Razer
Razer drzemała i śniła. Opuszczenie Ziemi było jednym wielkim chaosem. Zaczęło się w desperacji, skończyło niemal w rozpaczy. Miała poczucie, że nikt na Ziemi nawet nie wierzył, że uda się znaleźć miejsce, gdzie można przeżyć, że zasoby wpompowane w terraformację i transport to po prostu wykręt, aby dać ludziom jakiś cel w tych ostatnich dziesięcioleciach. Ci, którzy wylatywali, nie spodziewali się dotrzeć do celu, a ci, którzy dotarli, musieli natychmiast skupić się w stu procentach na przetrwaniu. Tak oto organizował się Układ – w sposób całkowicie niestrukturalny, każda planeta skoncentrowana na własnych problemach. Każda z nich przez mniej więcej pierwsze sto lat patrzyła tylko na siebie, tak jak do tej pory robią Gehenna i niewymowna. Gehenna zwróciła się ku jednej wierze, niewymowna ku innej; niewymowna wycofała się także we wściekle bronioną izolację, taką, że właściwie mogłaby wcale nie istnieć. Każda niewyjaśniona katastrofa budziła falę plotek i podejrzeń, że niewymowna maczała w niej palce.
Przez dziesiątki lat Układ nie miał żadnej struktury poza tym, co niezbędne, by utrzymać handel, a ziemski Internet tymczasem rozwinął się w Pieśń. Panowały bezprawie i korupcja. Układ był rozciągnięty jak nigdy nie była Ziemia.
Rozbolała ją głowa. Usiadła na brzegu łóżka, napiła się wody, wyobrażając sobie, o ile gorzej czuje się Bale.
Holoman, mówiąc, gestykulował z ożywieniem. Nikt w Układzie, z wyjątkiem tych, co zawsze dwóch planet, nie mógł nie znać tej twarzy.
Pośród tego chaosu, prawie sto lat temu, do życia gwałtownie wdarło się PozaŻycie, już niemal w pełni uformowane, a w ciągu kilku lat niemal całkowicie odmieniło Układ. Uderzyło ją, że kalendarz powinien to odzwierciedlać, że lata powinno się liczyć jako „Przed PozaŻyciem” lub…
A może nie. Jeszcze wody. I kaffy.
Niemniej, wciąż żyło się tutaj ciężko. Panował bezwzględny pragmatyzm. Choć Ziemianin mógłby zdumieć się niektórymi aspektami obecnej techniki, stwierdziłby, że inne, będące w codziennym użytku, na Ziemi wyszły z niego długo przed jej końcem. W Układzie bardziej ceniło się niezawodność niż innowację.
Holoman przeszedł do Autentyków, GwiezdnychSerc i paru innych PasoŻyć.
Niektóre elementy ziemskiego życia wygasły. Główną ofiarą końca Ziemi była bożeria, nie licząc Gehenny i niewymownej planety. Ale na nich bożeria wciąż się sprawdzała – no, w każdym razie na Gehennie, bo o tej drugiej nikt nie miał pojęcia.
Potem zaś, dokładnie kiedy Układ zaczął się dezintegrować, nękany chorobami, rozpaczą i wewnętrznymi konfliktami, jak mówił teraz Holoman, wynaleziono neuryd. Było to wynikiem nieudanego eksperymentu z komórkami pluripotencjalnymi, dla których jakiś anonimowy technik znalazł niemal cudowne zastosowanie.
A z neurydu powstało PozaŻycie.
Holoman odgarnął z czoła krnąbrny lok.
– Za chwilę głosowanie! Ale najpierw słowo o dzisiejszej technice medycznej. Postęp w genetycznej terapii regeneracyjnej płucoserca oznacza, że PozaŻycie może zaoferować drugie życie maksymalnie tysiącu genetycznie odpowiednich śpiących subskrybentów, którzy zapadli na meta-priona N23XN.
Razer wciąż zastanawiała się, jak Ziemianin patrzyłby na Układ. Jej życie mierzyło się stuknięciami w klawisze i kaffą, a te nie zmieniły się zanadto, odkąd ludzkość przeniosła się do Układu. Były inne priorytety.
A czytać ludzie wciąż chcieli. Było to tanie, szybsze od słuchania i odporne na akcenty. Urzędowe języki Układu nawet teraz pozostały bliskie językom starej Ziemi. A kaffa – każdy chciał zachować przytomność z ciepłym napojem w dłoniach.
Dokończyła zimną filiżankę, zabrała ją do kuchni, obmyła palcem pod kranem. Ile tych kaff wypiła przez lata? Ile historii opowiedziała?
Kiedy wróciła do ekranii, wyświetlała symulowany widok morza, czarne jak kleksy platformy zakotwiczone w wirach piany, sarkofagi połyskujące wokół nich jak cekiny.
Z pełną siłą dotarło do niej, że fizycznie jest właśnie tutaj, na planecie sarków. Niewiele tu pieniędzy, zero przyjemności, ani chwili relaksu, a jednak to Ponur stał się najważniejszym miejscem w Układzie.
Głos Holomana mówił jej:
– Wśród nich są dzisiejsi szczęśliwcy. Spójrzmy na jednego. Nazywa się Larren Gamliel.
Zabrzmiała melodia tytułowa PozaŻycia, na ekranie przewalały się fale ponurowego oceanu. Razer skupiła się bardziej. Wreszcie to. To są te życia. To jest surowiec PozaŻycia.
Usiane sarkami morze lśniło, gdy symulacja jednego ciemnego sarkofagu wzniosła się w powietrze i uchyliła nieznacznie, wypuszczając słowa:
STRESZCZENIE ŻYCIA
LARREN GAMLIEL
UWAGA: wspomnienia pewnych przeżyć mogą być traumatyczne. Wyjątkowo traumatyczne przeżycia oznaczone są w streszczeniu dźwiękiem {grgrgrgr} albo ***, jeśli wybierzecie odczyt tekstowy.
Razer wybrała głos, padła z powrotem na łóżko i zamknęła oczy. Głos był niski i trochę bełkotliwy. Wyobraziła sobie krostowatą twarz i chude ramiona. Larren zaczął mówić o szkielecie swojego życia.
Nazywam się Larren Gamliel. Lar. Urodziłem się w miejscu, którego nie pamiętam, nie byłem tam wystarczająco długo. Rodziców nie pamiętam w ogóle. Wychowałem się w dryfdomu, pamiętam głównie gwiazdy, wyglądałem ze swojego małego okienka i widziałem gwiazdy, liczne jak wszy w łóżku.
Miałem w tym dryfdomu przyjaciela, nazywał się Bude, kręcone rude włosy, wyższy ode mnie, ciągle mrugał. Graliśmy w szukanego, mieliśmy dziewięć lat, pamiętam, a on schował się na całe rano. Nie znalazłem go, znudziło mi się, przyszła pora śródposiłku. Poszedłem na śródposiłek, były klopsy. Zjadłem jego porcję. Spóźnił się. Właściwie w ogóle nie przyszedł.
Więc po śródposiłku włączyli alarmy. W skrócie, znaleźli go w śluzie, w próżni, tak sobie tam latał. {grgrgrgr} Wyglądał, jakby go ktoś wyssał. Jak te suszone rybki. Miał zeza.
I to mniej więcej tyle z mojego dzieciństwa. Za wiele o nim nie myślę.
Skończyłem piętnaście lat, musiałem opuścić dryfdom, zjechałem na planetę. {grgrgrgr} Nie pamiętam, na którą, i tak za długo na niej nie byłem.
{grgrgrgr} Na żadnej zbyt długo nie byłem.
Najbardziej podobały mi się loty na kolejną planetę. Tam, na tych promach, czułem się najlepiej. Pewnie było jak w domu. Raz pracowałem jako steward, ale długo nie wytrzymałem. Gapiłem się w gwiazdy, ciągle ktoś miał o to pretensje.
Na planetach generalnie miałem problemy, co podsumowuje całe moje życie, jak myślę. {grgrgrgr} Kradłem, włóczyłem się. Jak to Pax mówi, „smutne”. Nigdy nie miałem nic własnego, nikogo innego też długo nie utrzymałem.
Ale też specjalnie się nad sobą nie użalałem. Nie za bardzo. Najszczęśliwszy byłem chyba w więzieniach; dryfowałem sobie z nimi w kosmosie, jakbym znowu był dzieckiem, w małej celi otoczonej przez gwiazdy. Ostatnim razem mówiłem im, żeby mnie nie wypuszczali. Może jakby posłuchali, byłoby tej historii trochę więcej. {grgrgrgr} Zabicie tej kobiety – to była pomyłka. Albo wypadek. Justix tłumaczył, jaka jest różnica, ale nigdy to do mnie nie dotarło. Wiem tylko, że nie chciałem i że żałowałem tego. Nie ja byłem odpowiedzialny. Narkotyki były.
Dziwne, może wy to dla mnie rozpracujecie, bo ja za nic nie dam rady. Czemu wszyscy mówili, że z Budem to nie była moja wina, a ja ciągle nie mogę przestać się o to obwiniać, przez całe życie, a teraz wszyscy mówią, że ta kobieta to moja wina, a ja wiem, że nie? Możecie mi powiedzieć, dlaczego tak jest?
W każdym razie swoje za nią odsiedziałem. Wyszedłem, dwa dni i podłapałem tę chorobę. To ma być sprawiedliwość?
Wiem, że potem nic nie ma, ale chciałbym kiedyś poznać rodziców, przynajmniej mamę. I znowu zobaczyć Budego. Może on tam też gdzieś jest. Ta choroba, co mnie zżarła, może nie jest wieczna.
Bo na razie dobrego życia nie zaznałem.
KONIEC STRESZCZENIA
Spauzowała ekran.
Dziwne, pomyślała. Zna tego człowieka? Nazwisko oczywiście było inne, wszystkie nazwiska w bazie były zanonimizowane, a jego głos oczywiście robiła puteria, ale kiedyś spisywała historię człowieka, gdzie wczesne życie wyglądało prawie tak samo – dzieciństwo w dryfdomu, śmierć w śluzie po zabawie w szukanego – i wykorzystała ją do Autentyka. Jednego z jej pierwszych, lata temu.
Może to był on, chociaż to byłby niezły zbieg okoliczności.
Nie. Bardziej prawdopodobne, że to pospolity rodzaj śmierci wśród dzieciaków. Ale i tak dziwne.
Wznowiła ekran. W rogu migało powiadomienie z wiadomości, ona jednak wróciła do głosowania.
POZAŻYCIE. WYBÓR.
PROSZĘ DOTKNĄĆ LUB PRZERWAĆ W DOWOLNYM MOMENCIE.
Otworzyć całe życie Larrena Gamliela?
Zagłosować na życie Larrena Gamliela?
Proszę dotknąć lub przerwać, aby otrzymać więcej informacji.
Zastanawiała się, czy otworzyć całe życie, ale znała siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że przepadnie jej cały dzień. Pomyślała jeszcze chwilę i zagłosowała na „tak”. Męczyło ją, że wciąż nie mogła sobie przypomnieć nazwiska tego źródła Autentyka. Widziała za to jego twarz, wysokie czoło, głęboko osadzone piwne oczy, wiecznie zmrużone. Inżynier, zdaje się. I nie krymin, ale niewiele mu brakowało.
Holoman znowu gadał:
– Wszyscy inni kandydaci są dostępni na waszej stronie _Zagłosuj Teraz._ Przez kolejne tygodnie będę przeglądać ich wszystkich. Ale decyzja zawsze należy do was. W PozaŻyciu możecie obejrzeć więcej scen albo powtórzyć sobie te same.
Ekran zbladł do barwy popiołu, gdy głos Holomana wzmógł się echem:
– I pamiętajcie: PozaŻycie zaczyna się od urodzenia.
Razer wyłączyła ekran, ale migające powiadomienie wciąż tkwiło na swoim miejscu. Powiedziała mu: „Później”, i odczekała, aż migotanie przygaśnie i spowolni do prawie podprogowego poziomu. Nie mogła spać. Otworzyła Autentyki i zalogowała się.
– Cześć, Cynth – powiedziała.
POWITANIE ZAREJESTROWANE, KESTREL DUST. PROGRAM OCZEKUJE. PROSZĘ ROZPOCZYNAĆ.
Ziewając, zaczęła wysyłać dzisiejsze notatki i zawartość mnemotecha. Dziwnie było sobie wyobrażać własne przeżycia zapisane na module pamięci, bez żadnej świadomości czy szansy na odczytanie ich samodzielnie. Choć w sumie, poza ogromną różnicą skali, niewiele się to różniło od neurydu. No i jeszcze tym, że mnemotech był puterią.
TEN PROGRAM ZAUWAŻA, ŻE KESTREL DUST OTWIERAŁA DZISIEJSZĄ OPCJĘ GŁOSOWANIA. CZY KESTREL DUST ZAGŁOSUJE NA LARRENA GAMLIELA?
– Ej, co to ma być? Pogawędek próbujesz?
TEN PROGRAM AKTUALNIE KOPIUJE ZAPISY TWOJEGO MNEMOTECHA, PROCES JEST NIEMAL ZAKOŃCZONY. GADUGADU POTWIERDZA, ŻE POŁĄCZENIE DZIAŁA OBUSTRONNIE, ALE TEN PROGRAM MOŻE ZACHOWAĆ CISZĘ, JEŚLI KESTREL DUST PREFERUJE.
– Nie, nie preferuję ciszy. Nie dzisiaj. Możesz się dla mnie nazywać Cynth? Albo nawet „ja”? Choć raz użyć pierwszej osoby?
MOŻESZ DOWOLNIE NAZWAĆ TEN PROGRAM, KESTREL DUST. ZGODNIE Z POPRZEDNIMI GADUGADU.
Razer zastanowiła się, czy program jest w stanie rozpoznać, że jest trochę napita. Tak, pewnie tak.
– Przynajmniej mów mi Razer?
ZAPISY TWOJEGO KONTRAKTU POZWALAJĄ CI DOWOLNIE WYBRAĆ, JAK O SOBIE MYŚLISZ.
Spróbowała uporządkować myśli.
– Cynth, Kestrel Dust nie może głosować. Tu cię mam, co?
TEN PROGRAM ROZUMIE ZNACZENIE IMION. TEN PROGRAM DOCENIA POCZUCIE HUMORU KESTREL DUST I ROZUMIE JEJ POTRZEBĘ PRÓBOWANIA ŻARTÓW. TEN PROGRAM KOMUNIKUJE SIĘ ZWIĘŹLE DLA PRECYZJI I OSZCZĘDNOŚCI. RAZER I KESTREL DUST SĄ DLA CELÓW KONTRAKTOWYCH POKRYWAJĄCYMI SIĘ TERMINAMI. KESTREL DUST WYKAZAŁA, ŻE MA TEGO PRAWNIE WERYFIKOWALNĄ ŚWIADOMOŚĆ.
– „Prawnie weryfikowalną” to nikt mnie jeszcze nie nazwał. Ekshibicjonistką – tak.
TEN PROGRAM ROZUMIE, ŻE KESTREL DUST CZERPIE PRZYJEMNOŚĆ Z TRAKTOWANIA TEGO PROGRAMU, JAKBY BYŁ LUDZKIM ROZMÓWCĄ POZBAWIONYM SAMOŚWIADOMOŚCI I HUMORU. DANE SKOPIOWANE, MNEMOTECH WYKASOWANY I ZRESETOWANY. PROCEDURA ZAKOŃCZONA. GADUGADU ZAKOŃCZONE. ZLECENIE WYKONANE.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Autor niezwykle często zastępuje standardowe słowa dość dziwacznymi neologizmami, mającymi sygnalizować znaczną ewolucję języka po wyprowadzce z Ziemi (przyp. tłum.).
2. _Makbet,_ ten i późniejszy cytat wg przekładu Stanisława Barańczaka (przyp. tłum.).
3. Najbardziej znane nierozwiązane dotychczas problemy matematyczne (przyp. tłum.).
4. Odwrócenie łacińskiego cytatu „Pośrodku życia w śmierci jesteśmy” (Media vita in morte sumus), pochodzącego z chorału gregoriańskiego (przyp. tłum.).