Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Płatki na wietrze - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 maja 2012
27,90 zł
2790 pkt
punktów Virtualo

Płatki na wietrze - ebook

"Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy!

Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów!

Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości."

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7799-921-9
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W dniu ucieczki byliśmy tacy młodzi. Jakże powinniśmy czuć się szczęśliwi, w końcu wolni, oswobodzeni z tego przytłaczającego, ponurego miejsca. Lecz nasza radość była żałosna. Siedzieliśmy w pędzącym autobusie – bladzi, przerażeni tym, co widzieliśmy za oknem.

Wolność... Czy istnieje wspanialsze słowo? Nie, nawet jeśli śmierć wyciągałaby po nas lodowate szpony, a niebo byłoby puste. A może Bóg też jechał autobusem i czuwał nad naszą trójką? Człowiek musi w coś wierzyć.

Mijały godziny. W napięciu obserwowaliśmy, jak kierowca zatrzymywał się na kolejnych przystankach i zabierał pasażerów. Kilkakrotnie stawał, aby odpocząć, zjeść śniadanie, w końcu zabrał tęgą Murzynkę, stojącą samotnie na brzegu chodnika. Z trudem wdrapała się do autobusu, taszcząc niesamowitą ilość siatek i tobołków. Właśnie gdy kobieta sadowiła się wygodnie na siedzeniu, minęliśmy granicę Wirginii i Karoliny Północnej. Autobus toczył się teraz wolno na południe.

Po raz pierwszy od wielu lat poczułam ulgę. Opuściliśmy stan, w którym spotkało nas tyle nieszczęść.

Byliśmy najmłodszymi pasażerami autobusu. Chris miał dziewiętnaście lat. Jego długie, falujące, jasne włosy spadały na ramiona, a ich końce wywijały się ku górze. Błękitne, otoczone czarnymi rzęsami oczy przypominały kolor letniego nieba. Był przystojnym i pogodnym chłopcem, o miłym, ciepłym usposobieniu. Prosty, klasyczny nos wskazywał, że ten młody człowiek staje się mężczyzną, którego ujmująca powierzchowność przyprawi niejedno kobiece serce o drżenie. Twarz Chrisa wyrażała pewność siebie. Wyglądał na szczęśliwego. Przynajmniej do momentu, kiedy zerknął na Carrie. Gdy zobaczył bladą twarz siostry, zmarszczył brwi, a w jego oczach ujrzałam niepokój. Zaczął powoli uderzać w struny gitary, wydobywając dźwięki melodii „Och, Susannah”. Jego delikatny, melancholijny głos przeszył mi serce. Oboje poczuliśmy narastający smutek. Piosenka przywoływała niemiłe wspomnienia, a my stanowiliśmy jedność. Nie mogłam patrzeć na brata, bałam się, że wybuchnę płaczem.

Na moich kolanach kuliła się młodsza siostra. Chociaż miała osiem lat, była tak mała i krucha, że wyglądała na trzy. Smutne, duże niebieskie oczy widziały tyle cierpień, kryły w sobie tyle tajemnic. Straciła wszystko, co było treścią jej życia. Nie oczekiwała już niczego: ani szczęścia, ani miłości. Słaba, apatyczna, niemalże gotowa na śmierć i taka samotna, przerażająco samotna.

Miałam piętnaście lat. Był listopad 1960 roku. Patrzyłam na świat z ogromną zachłannością. Panicznie bałam się, że już nigdy w życiu nie nadrobię tego, co straciłam. Siedziałam spięta, gotowa pokonać każdą przeciwność, jaka stanie mi na drodze. Czułam w sobie tlący się lont, wiedziałam, że wcześniej czy później eksploduję i zniszczę tych, którzy mieszkali w Foxworth Hall.

Chris położył rękę na mojej dłoni. Wiedział, że pragnę piekła dla naszych prześladowców.

– Odpręż się, Cathy – powiedział cicho. – Wszystko będzie dobrze. Musi nam się udać.

Wciąż był tym niepoprawnym optymistą, wierzącym, że pomimo przeciwności losu znajdziemy wreszcie szczęście. Boże, jak mógł tak myśleć, teraz gdy Cory nie żył? Cóż dobrego mogło nam się przydarzyć?

– Cathy – szepnął. – Mamy tylko siebie. Musimy pogodzić się z tym, co się stało, i żyć dalej. Jeśli uwierzymy w siebie, w nasze uzdolnienia, świat stanie przed nami otworem. Na tym to polega, Cathy, naprawdę.

No tak, chciał zostać statecznym, prowincjonalnym lekarzem, spędzającym dni w izbach przyjęć. Ale ja pragnęłam czegoś bardziej wyszukanego, romantycznego. Pragnęłam spełnienia na scenie wszystkich moich marzeń o miłości i o romansie, chciałam być najwspanialszą primabaleriną świata. Tylko to dałoby mi satysfakcję. Wtedy pokazałabym mamie. Niech cię diabli, mamo! Mam nadzieję, że ogień pochłonie Foxworth Hall, a ty nigdy więcej nie zaznasz spokoju w tym wielkim łabędzim łożu. Nigdy więcej! Życzę ci, aby twój młody mąż znalazł sobie kochankę – młodszą i piękniejszą od ciebie – a z twojego życia uczynił piekło, na które zasługujesz!

– Nie czuję się dobrze, Cathy – jęknęła Carrie. – Mój żołądek. Mam dziwne uczucie...

Ogarnął mnie strach! Miała nienaturalnie bladą twarz. Włosy, niegdyś tak piękne i połyskliwe, teraz matowe, zwisały w nieładzie. Jej głos był zaledwie szeptem.

– Kochanie! Kochanie! – Przytuliłam ją i pocałowałam. – Wytrzymaj jeszcze trochę. Zabierzemy cię do lekarza. Wkrótce dojedziemy na Florydę, a tam nikt już nas nie zamknie.

Carrie leżała bezwładnie w moich ramionach. Z mijanego kraj obrazu zorientowałam się, że dopiero dotarliśmy do Karoliny Południowej. Musieliśmy jeszcze przejechać przez Georgię. Do Sarasoty było jeszcze bardzo daleko. Carrie gwałtownie drgnęła, dostała torsji i zaczęła się dusić.

Oczyściłam jej twarz papierowymi serwetkami, którymi przezornie wypchałam kieszenie podczas ostatniego postoju. Podałam małą bratu, uklękłam i wyczyściłam podłogę.

Chris usiłował pozbyć się brudnych serwetek. Pchnął silnie okno, ale nie ustąpiło. Carrie wybuchnęła płaczem.

– Wepchnij serwetki w szczelinę pomiędzy siedzenie a ścianę autobusu – szepnął Chris.

Ale kierowca, który musiał obserwować nas przez wsteczne lusterko, wybuchnął:

– Hej, wy, tam z tyłu! Pozbądźcie się tego cuchnącego brudu w inny sposób! – Wepchnęłam serwetki do zewnętrznej kieszeni obudowy aparatu fotograficznego, której używałam jako portmonetki.

– Przykro mi – szlochała Carrie, tuląc się rozpaczliwie do Chrisa. – Nie chciałam tego zrobić. Czy pójdziemy teraz do więzienia?

– Oczywiście, że nie – odpowiedział Chris po ojcowsku. – Za dwie godziny dojedziemy na Florydę. Postaraj się wytrzymać. Jeśli teraz wysiądziemy, stracimy pieniądze, za które kupiliśmy bilety. A zostało nam ich bardzo mało.

Carrie drżała na całym ciele. Dotknęłam jej czoła, było zimne i wilgotne. Twarz, biała niczym kreda, przypominała twarz Cory’ego przed śmiercią.

Modliłam się, prosząc Boga, by choć raz zlitował się nad nami. Czyż nie wycierpieliśmy już wystarczająco dużo? Czy tak miało być zawsze? Kiedy siostra ponownie dostała torsji, poczułam nadchodzącą falę mdłości. Carrie zasłabła w ramionach Chrisa, traciła przytomność.

– Chyba jest w szoku – szepnął. Jego twarz była równie biała jak twarz Carrie.

Jakiś bezduszny pasażer zaczął głośno narzekać. Ci, co nam współczuli, przyglądali się całej tej scenie nieco zakłopotani i niezdecydowani. Spojrzałam na Chrisa. Nasze oczy spotkały się, oboje nie wiedzieliśmy, co robić.

Wpadłam w panikę. Nagle zauważyłam potężną Murzynkę, która uśmiechając się, szła w naszym kierunku. W ręku trzymała papierowe torebki. Uspokajająco poklepała mnie po ramieniu i wręczyła garść szmat, które wyjęła ze swoich tobołków. Dobrotliwie pogłaskała Carrie pod brodą.

– Dziękuję – szepnęłam, uśmiechając się słabo, po czym dokładnie oczyściłam siebie, Carrie i Chrisa. Kobieta wzięła szmaty i z powrotem schowała je do tobołków.

Popatrzyłam z wdzięcznością na tę bardzo tęgą istotę, która ciałem wypełniała całe przejście autobusu. Mrugnęła i uśmiechnęła się.

– Cathy – powiedział Chris z zatroskaną twarzą. – Musimy zawieźć Carrie do lekarza. I to szybko!

– Ale przecież zapłaciliśmy za bilet do Sarasoty!

– Wiem – odrzekł Chris. – Ale Carrie jest w bardzo ciężkim stanie.

Sympatyczna nieznajoma znowu się uśmiechnęła. Pochyliwszy szerokie ramiona, zajrzała w twarz Carrie. Duże, czarne dłonie położyła na jej wilgotnych skroniach, a następnie zbadała puls. Potem zwróciła się do nas, wykonując rękoma dziwne ruchy, których znaczenia nie rozumiałam.

– Chyba jest niemową – szepnął Chris. – Jej gesty to alfabet głuchoniemych.

Murzynka wsunęła rękę pod czerwony sweter i z kieszeni sukienki pośpiesznie wyciągnęła plik kolorowego papieru listowego. Na jednej z kartek zręcznie napisała: „Ja, Henrietta Beech, słyszę, ale nie mówię. Dziewczynka jest bardzo chora. Potrzeba dobrego lekarza”.

Spojrzałam na nią w nadziei, że uzyskam więcej informacji.

– Czy znasz dobrego lekarza? – spytałam.

Skinęła głową i pośpiesznie nabazgrała: „Los jest dla was łaskawy. Mogę zaprowadzić was do mężczyzny, który jest najlepszym lekarzem”.

– Hej, kierowco! – wrzasnął jakiś wściekły pasażer. – Zawieź tego dzieciaka do szpitala! Cholera! Nie po to przecież płaciłem, aby teraz jechać śmierdzącym autobusem!

Pasażerowie patrzyli na niego z dezaprobatą. We wstecznym lusterku ujrzałam czerwoną ze złości twarz kierowcy, a gdy nasze oczy spotkały się, krzyknął bez przekonania:

– Przykro mi, ale mam żonę i pięcioro dzieci. I jeśli nie będę trzymał się rozkładu jazdy, wylecę z pracy, a moja rodzina pozostanie bez środków do życia.

Błagalnie patrzyłam mu w oczy, aż zaczął do siebie mamrotać:

– Cholerne niedziele. Tydzień mija dobrze i przychodzi ta cholerna niedziela.

Henrietta Beech nie wytrzymała. Wzięła ołówek i znów napisała: „W porządku. Kierowca nienawidzi niedziel. Nie zwraca uwagi na małą, chorą dziewczynkę, to jej rodzice zaskarżą właściciela autobusu na dwa miliony”.

Chris zaledwie zdążył rzucić okiem na kartkę, gdy kobieta ruszyła w stronę kierowcy, kołysząc obfitymi biodrami. Podsunięty mu skrawek papieru niecierpliwie odepchnął. Ponowiła próbę. Tym razem, nie odrywając wzroku od szosy, kierowca starał się kątem oka przeczytać skreślone słowa.

– O Boże – westchnął. – Najbliższy szpital jest ze trzydzieści kilometrów stąd.

Oboje z Chrisem z podziwem patrzyliśmy na przyjazną nam czarną kobietę. Swoją gestykulacją Murzynka wprawiała kierowcę w zakłopotanie. Znowu napisała coś na kartce, i cokolwiek to było, poskutkowało, bo autobus skręcił z autostrady w boczną drogę, wiodącą do małego miasteczka – Clairmont. Henrietta Beech stała teraz przy kierowcy, wskazywała mu kierunek, od czasu do czasu zerkając jednak na nas. Uśmiechała się łagodnie, jakby chciała zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

Jechaliśmy spokojnymi, szerokimi ulicami. Korony drzew rosnących po obu stronach jezdni tworzyły gęste sklepienie. W głębi stały duże, arystokratyczne domy z wieżyczkami i werandami. Mimo iż w górach Wirginii spadł już śnieg, tutaj była jeszcze ciepła i słoneczna jesień. Klony, buki, dęby i magnolie nie straciły wszystkich liści, a niektóre kwiaty dopiero zakwitały.

Kierowca miał wątpliwości co do trasy, którą wskazywała Henrietta Beech, i prawdę mówiąc ja także. Szpitale i przychodnie na ogół nie były usytuowane na takich ulicach. Już zaczynałam się denerwować, gdy zatrzymaliśmy się naprzeciw dużego, białego domu, stojącego na niewielkim wzniesieniu wśród klombów pełnych kwiatów.

– Hej, dzieciaki! – zawołał kierowca. – Zabierajcie swoje manatki! Odbierzcie pieniądze za bilety lub wykorzystajcie je, póki są jeszcze ważne!

Pośpiesznie wyszedł z autobusu, otworzył bagażnik i wyciągnął ze czterdzieści walizek, zanim znalazł nasze dwie torby. Zarzuciłam na ramię gitarę i banjo Cory’ego, Chris bardzo delikatnie wziął Carrie na ręce.

Henrietta Beech, niby gruba kwoka, prowadziła nas pośpiesznie w stronę frontowej werandy. Przez chwilę wahałam się, przyglądając się dwuskrzydłowym, czarnym drzwiom. Po prawej stronie widniał czerwony napis: „Tylko dla chorych”. Niewątpliwie był tam lekarz, który prowadził prywatną praktykę. Nesesery zostawiliśmy obok schodów. Zaczęłam badawczo przyglądać się mężczyźnie, który spał w białym wiklinowym krześle. Nasza samarytanka uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła jego ramienia, a gdy ten się nie obudził, skinęła głową i przywołała nas ruchem ręki. Wskazała na dom i gestami dała znać, że musi wejść do środka i przygotować coś do jedzenia.

Żałowałam, że nie została, aby nas przedstawić i wyjaśnić powód nieoczekiwanej wizyty. Nieśmiało podeszliśmy do śpiącego lekarza. Wdychając zapach róż, miałam wrażenie, że kiedyś już tu byłam i że dobrze znam to miejsce. Dziwne, zważywszy, że przez ostatnie dwa lata wbijano mi do głowy, że nie mam prawa oddychać powietrzem pachnącym różami.

– Jest niedziela, _cholerna niedziela –_ szepnęłam do Chrisa. – Może nie będzie zadowolony z naszej wizyty?

– Jest lekarzem – odparł Chris – i przyzwyczaił się do niespodziewanych pacjentów, nawet w niedzielę... Możesz go obudzić.

Powoli zbliżyłam się do wysokiego mężczyzny, ubranego w jasnoszary garnitur z białym goździkiem w butonierce. Długie nogi oparł o balustradę werandy. Wyglądał nawet elegancko, pomimo że siedział swobodnie wyciągnięty, ze zwisającymi bezwładnie rękoma. Żal było go budzić.

– Czy pan doktor Paul Sheffield? – zapytał Chris, który przeczytał wizytówkę na drzwiach.

Z odchyloną głową i zamkniętymi oczami Carrie wciąż spoczywała w ramionach Chrisa, a jej długie, jasne włosy falowały na ciepłym, delikatnym wietrze. Lekarz niechętnie otworzył oczy i przyglądał się nam przez dłuższy czas, jakby nie wierząc w to, co zobaczył. Wiem, że wyglądaliśmy dość dziwnie, mając na sobie kilka warstw ubrań. Poruszył głową, by lepiej się przyjrzeć. Miał piękne, orzechowe oczy, nakrapiane błękitem, zielenią i złotem. Nie spuszczał ze mnie wzroku! Zdawał się zahipnotyzowany moją twarzą i zbyt długimi, niezdarnie obciętymi włosami o cienkich, wyblakłych końcówkach. Oszołomiony i zbyt zaspany, by przybrać zawodową maskę, nie mógł powstrzymać wzroku, który przesuwał kolejno po mojej twarzy, piersiach i nogach, a w końcu po całej postaci.

– Pan jest lekarzem, prawda? – nalegał Chris.

– Tak. Jestem doktor Sheffield – odrzekł w końcu, zerkając teraz na Carrie i Chrisa. Zadziwiająco zręcznie zdjął nogi z poręczy, wstał, palcami przygładził czarną czuprynę, po czym podszedł bliżej i zerknął na bladą twarz Carrie. Rozchylił zamknięte powieki i przez moment przyglądał się jej niebieskim oczom.

– Jak długo jest nieprzytomna? – spytał.

– Parę minut – odparł Chris. Gdy byliśmy zamknięci na strychu, dużo się uczył i teraz też mógłby zostać lekarzem. – W autobusie Carrie wymiotowała trzy razy, później dostała dreszczy, zaczęła się pocić. Jechała z nami kobieta, Henrietta Beech, która nas do pana przyprowadziła.

Lekarz skinął głową, wyjaśniając, że Henrietta Beech jest jego gospodynią i kucharką, po czym wprowadził nas do domu przez drzwi z napisem „Tylko dla chorych”. Na parterze znajdowały się dwa pokoje przyjęć i biuro. Doktor przeprosił za nieobecność pielęgniarki, po czym dodał:

– Rozbierz dziecko.

Zaczęłam rozbierać Carrie, a Chris pobiegł po bagaże. Pełni niepokoju staliśmy potem z Chrisem pod ścianą i obserwowaliśmy, jak lekarz mierzył ciśnienie, temperaturę i puls, osłuchiwał serce. Carrie odzyskała już przytomność, więc lekarz poprosił ją, by zakasłała. Zastanawiałam się, dlaczego wszystko, co złe, przytrafia się właśnie nam? Dlaczego los jest tak nieprzyjazny? Czy jesteśmy aż tak niedobrzy, jak mówiła babcia? Czy Carrie też musi umrzeć?

Ubrałam Carrie. Doktor Sheffield miękkim głosem zwrócił się do niej:

– Carrie, zostawimy cię w tym pokoju, abyś trochę odpoczęła. – Okrył ją cienkim kocem i dodał: – Nie bój się. Będziemy na dole, w moim biurze. Ten stół może nie jest zbyt wygodny, ale postaraj się zasnąć, a ja porozmawiam z twoim bratem i siostrą.

Spojrzała na niego nieobecnymi oczami; na pewno nie przywiązywała wagi do tego, czy stół jest miękki, czy twardy.

Parę minut później lekarz siedział za imponująco dużym biurkiem, trzymając łokcie na bibule do atramentu. Ze szczerze zatroskaną twarzą rzekł:

– Wyglądacie na zakłopotanych. Nie obawiajcie się, że pozbawiacie mnie niedzielnego odpoczynku. Jestem wdowcem i traktuję niedzielę prawie tak jak dzień powszedni.

Wyglądał na zmęczonego, widać było, że wiele pracuje. Zażenowana usiadłam na miękkiej skórzanej kanapie obok Chrisa. Promienie słońca padały wprost na nasze twarze. Lekarz siedział w cieniu. Dopiero w tej chwili poczułam, że moje ubranie jest wilgotne i brudne, więc pośpiesznie zdjęłam wierzchnie okrycie. Teraz miałam na sobie tylko jedną niebieską sukienkę, która była na szczęście czysta i gustowna.

– Czy zawsze w niedziele zakładacie na siebie kilka warstw odzieży? – spytał.

– Jedynie wtedy gdy uciekamy – odparłam. – Mamy z sobą tylko dwie torby i musimy mieć miejsce na cenniejsze rzeczy, które później, w razie potrzeby, moglibyśmy zastawić.

Chris trącił mnie łokciem, dając do zrozumienia, że wyjawiam zbyt wiele. Ale ja wiedziałam, że temu lekarzowi można zaufać – mówiły to jego oczy. Mogliśmy wyznać mu wszystko.

– Więc – powiedział wolno – uciekacie. A przed kim uciekacie? Przed rodzicami, którzy odmówili spełnienia waszych zachcianek?

Och, gdyby tylko wiedział!

– To długa historia – odparł Chris. – W tej chwili chcemy rozmawiać tylko o Carrie.

_Ciąg dalszy w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij