Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Płatki z nieba - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 października 2011
31,90 zł
3190 pkt
punktów Virtualo

Płatki z nieba - ebook

Znakomita powieść o miłości Chinki i Amerykanina, a w tle opisy życia w buddyjskich klasztorach i wśród snobistycznych elit Manhattanu.

Meng Ning, młoda mieszkanka Hongkongu, pod wpływem swojej duchowej przewodniczki, oznajmia matce, że zamierza wstąpić do klasztoru. Przerażona kobieta usiłuje wyperswadować córce ten pomysł. Niezdecydowana Meng Ning wyjeżdża do Francji, gdzie podejmuje studia, ale duchowo przygotowuje się do zostania mniszką. Podczas pobytu dziewczyny w buddyjskim ośrodku odosobnienia wybucha pożar, z którego ratuje ją Michael Fuller, młody amerykański lekarz. Ta znajomość powoli przeradza się w miłość.

Co zwycięży: miłość do Michaela czy tęsknota za życiem w klasztorze? Mingmei Yip - urodziła się w Chinach, doktorat obroniła na Sorbonie, od dwudziestu lat mieszka w Nowym Jorku.

W przygotowaniu nowa powieść „Pieśń Jedwabnego Szlaku”.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7799-372-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEDYKACJA

Geoffreyowi, kochanemu mężowi i mojemu największemu skarbowi

MOTTO

Chociaż dzielą nas tysiące mil, ten sam księżyc świeci nad nami.

Su Dongpo (1036-1101), poeta z dynastii Song

PODZIĘKOWANIA

Przy pisaniu powieści pierwsze słowo z ostatnim łączy długi proces wypełniania setek stron, któremu towarzyszy drapanie się po głowie i ogryzanie ołówka.

To mozolne zadanie, pozornie wymagające samotności, nigdy nie zostałoby doprowadzone do końca bez pomocy i wsparcia wielu osób.

Przede wszystkim powstanie tych czterystu czterdziestu ośmiu stron Płatków z nieba zawdzięczam mężowi, Geoffreyowi Redmondowi, endokrynologowi, specjaliście od kobiecych hormonów, który sam jest świetnym pisarzem i napisał sześć książek. Geoffrey zawsze jest moim pierwszym czytelnikiem, krytykiem i zaufanym doradcą w kwestiach literackich i innych, wybiegających poza literaturę.

W dużej mierze ta praca została szczęśliwie doprowadzona do końca dzięki wsparciu i zaraźliwemu entuzjazmowi mojej agentki, Susan Crawford, oraz mojego wydawcy, Audreya LaFehra, których uprzejmość i zrozumienie byłyby eliksirem dla duszy każdego pisarza.

Chcę również szczególnie podziękować moim „kibicom” z Kensington: Karen Auerbach, Maureen Cuddy i Martinowi Biro. Ich ciężka praca i wielkoduszność przyczyniły się do sukcesu mojej pierwszej powieści, Pawilonu Kwiatu Brzoskwini.

Pragnę wymienić w tym miejscu również kilkoro z pisarzy i nauczycieli twórczego pisania, którzy towarzyszyli mi w podróży po wyboistej, a jednocześnie cudownej pisarskiej drodze.

Oto oni:

Neal Chandler, dyrektor Cleveland State University's Imagination Workshop i wykładowca twórczego pisania par exellence.

Lewis Frumkes, dyrektor Marymount Manhattan College's Writing Center, który uprzejmie zapraszał mnie na wydarzenia literackie w Marymount, gdzie miałam okazję spotkać kilku wybitnych współczesnych autorów.

Max Byrd, autor powieści historycznych i kierownik warsztatów w Squaw Valley Community of Writers.

Karen Joy Fowler, autorka notowanej na listach bestsellerów „New York Timesa” powieści Klub miłośników Jane Austen, a także instruktorka na warsztatach Imagination Workshop.

Andre Dubus III, autor Domu z piasku i mgły, książki wybranej do Oprah's Book Club, i instruktor z warsztatów Imagination Workshop.

Ray Strait, instruktor na Palm Springs Writers' Conference.

Kitty Griffin, moja niemiecka „siostra po piórze”, autorka książek dla dzieci i współautorka powieści The Foot-Stomping Adventures of Clementine Sweet.

Lee Kochenderfer, autorka powieści dla młodzieży – chociaż nasza znajomość była przelotna, jej wsparcie okazało się nieocenione.

Ellen Scordato, wykładowczyni i wirtuozka gramatyki z New School University, która cierpliwie i wyczerpująco odpowiadała na moje pytania oraz przeprowadzała przez meandry gramatyki, niemające odpowiednika w moim ojczystym, chińskim języku.

Victor Turks, gościnny gospodarz mojego wieczoru autorskiego w City College of San Francisco.

Moi przyjaciele pisarze: Sheila Weinstein, Esta Fischer, Chun Yu, Kathleen Spiveck, Baixi Su i Shobhan Bantwal – dziękuję wam za nieocenioną pomoc i cudowną przyjaźń.

Hannelore Hahn, założycielka i dyrektorka wykonawcza, oraz jej córka, Elizabeth Julia Stoumen – z International Women's Writing Guild (IWWG) – dzięki za nieustającą pomoc udzielaną wielu kobietom pisarkom przy realizacji ich twórczych marzeń.

A oto osoby, z którymi łączy mnie szczęśliwa karma na Tysiącu Mil Czerwonego Kurzu:

Teryle Ciaccia, serdeczna przyjaciółka od dwudziestu lat i instruktorka tai chi, która nieustannie przesyła mi dobrą qi – zarówno w kontaktach bezpośrednich, jak i przez telefon.

Elsbeth Reimann, koleżanka z IWWG, która zawsze poprawia mi humor podczas dorocznych konferencji IWWG w Skidmore.

Eugenia Oi Yan Yau, moja była studentka, a teraz znana wokalistka i profesor muzyki, na której zawsze mogę polegać. No i, naturalnie, jej mąż Jose Santos.

Zgodnie z chińskim obyczajem muszę pamiętać o ogromnym długu córki wobec rodziców. Bez ich wizji oraz bezinteresownego wsparcia nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem – szczęśliwą kobietą, której marzenia się spełniły.

Na koniec dziękuję wszystkim moim przyjaciołom i czytelnikom, bo choć dzielą nas tysiące mil, ten sam księżyc świeci nad nami.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1 ODOSOBNIENIE

Matka zachłysnęła się i rozlała herbatę.

- Ai-ya, jaka zła osoba zaszczepiła ten pomysł w twojej głowie?

Miałam dwadzieścia lat i właśnie jej oznajmiłam, że zamierzam zostać buddyjską mniszką.

Pochyliła się, żeby zetrzeć herbatę z podłogi. Talia zniknęła w fałdzie tłuszczu wokół pasa.

– Pamiętasz córkę twojego prapradziadka, tę, która poszła do klasztoru, kiedy porzucił ją narzeczony? Straciła twarz, imię, przyjaciół i włosy. Całymi dniami siedziała jak posąg, z tą różnicą, że miała poduszkę pod pupą. I nazywała to medytacją. – Matka spojrzała mi prosto w oczy. – Chcesz takiego życia? Bez wolności, miłości, bez mięsa?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dalej snuła wątek:

– Meng Ning, są tylko trzy powody, dla których dziewczyna chce zostać mniszką: zanim pozna odpowiedniego mężczyznę, potem, gdy pozna niewłaściwego, i najgorszy z nich, kiedy ten odpowiedni okazał się niewłaściwy. – Mlasnęła językiem i podsumowała: – Najpierw zakosztuj miłości, prawdziwej miłości, a potem przyjdź do mnie i jeszcze raz powiedz, że chcesz być mniszką.

Od tamtej chwili minęło dziesięć lat, lecz moje pragnienie zostania mniszką wcale nie osłabło. Tak było aż do pewnego upalnego letniego dnia w 1987 roku w buddyjskim odosobnieniu na terenie Hongkongu.

Wysiadłam z autobusu na Lantau Island i ruszyłam w stronę Świątyni Wonnego Ducha – najstarszej w kolonii. Ścieżka prowadziła wzdłuż rozpadających się murów klasztoru, zza których wychylały się drzewa, jakby chcąc zakosztować zakazanego świata na zewnątrz.

Gdy dołączyłam do grupy spieszącej w cień pod listowiem, dogoniła mnie pulchna kobieta w średnim wieku.

– Panienko, czy tą drogą dojdę do Świątyni Wonnego Ducha na siedmiodniowy pobyt w Buddyjskim Odosobnieniu Medytacyjnym? – spytała zasapana, uśmiechając się nieśmiało.

Skinęłam głową i wskazałam jej zbitych w gromadkę ludzi. Dwa solidne filary wyrastały po bokach szkarłatnych wrót świątyni. Nad nadprożem, na drewnianej tablicy, widniały trzy duże chińskie znaki odciśnięte w żółtej farbie starodawnym pismem pieczęciowym: CUDOWNA SCENERIA WIELKODUSZNOŚCI.

Serce szybciej mi zabiło. Za tą bramą przez następnych siedem dni będę sprawdzać moją karmę i dowiem się, czy mogę zostać buddyjską mniszką. Kiedy miałam dwadzieścia lat, postanowiłam uniknąć jarzma małżeństwa. Teraz, już jako trzydziestolatka, nadal nie potrafiłam się zdecydować, czy pozostać samotną, pracującą kobietą na zakurzonym świecie, czy wkroczyć w świat pustki jako mniszka.

Czemu tak się denerwuję? Czy w sensie absolutnym istnieje jakakolwiek różnica pomiędzy ogoloną głową a głową z trzema tysiącami pasem kłopotów?

Ostrożnie lawirując w tłumie, weszłam do ogromnego westybulu w kojącą woń jaśminowych kadzidełek. Trwają gorączkowe przygotowania, ludzie usadawiają się do ceremonii otwierającej medytacje. Elektroniczna muzyka buddyjska płynie ze wszystkich zakątków dwustuletniej świątyni. Wsłuchuję się w nią, bo miesza się z hałasem robionym przez odzianych w szare szaty mnichów i mniszki, robotników w czarnych ubraniach i uczestników medytacji. To syntezatorowa wersja tradycyjnej buddyjskiej pieśni: Cenne kadzidło ofiarowane dyscyplinie i medytacji. Od tej, dobrze mi znanej, wielokrotnie słuchanej melodii robi mi się ciepło na sercu. Oczywiście wolałabym słuchać ludzkich głosów, nawet gdyby miały płynąć z pomarszczonych ust starych mnichów i mniszek. Spieszę na koniec długiej, powoli przesuwającej się kolejki.

Tuż przede mną stoi jasnowłosy, dobrze zbudowany mężczyzna około trzydziestki. Obcokrajowiec. Zapewne zdeklarowany buddysta, skoro przebył taką długą drogę do odosobnienia.

Odrzucam włosy do tyłu. Jestem ospała od upału i rozdrażniona, bo bluzka klei mi się do pleców.

Rozglądam się i na wysokim stole widzę pozłacany posąg Buddy z dłońmi złożonymi w geście abhaya (bez lęku) i dana (spełnienie życzeń). Złocistą postać otaczają kwiaty, owoce i grube pałeczki kadzideł na podstawkach z brązu, porozstawiane na blacie z różanego drewna. Pod wszystkowidzącym wzrokiem Buddy jakaś elegancko ubrana kobieta wsuwa zwitek banknotów do przepastnego brzucha gongde xiang – szkatułki do zbierania zasługi.

Ciekawe, jak wyglądałaby w buddyjskim stroju i z ogoloną głową?

– Okropnie wygląda! – powtarzała matka za każdym razem na widok mniszki. – Meng Ning, jesteś piękną kobietą. A piękne kobiety zasługują na ładne stroje, wytworną biżuterię i miłego męża.

Matka urodziła się w roku Kota. I tak jak kot jest wrażliwa, zmysłowa i snobistyczna. W szkole podstawowej była uroczą, drobną dziewczynką i koleżanki nazywały ją Słodką Kruszyną. W szkole średniej została Coca-Colą. Oczywiście matka była słodka, popularna i pełna życia jak musująca cola, lecz twierdziła, że nazywano ją tak z powodu przedwcześnie rozwiniętych kształtów o zmysłowym zarysie butelki tego gazowanego napoju.

Matka, piękna za młodu, miała mnóstwo ładnej biżuterii i – według niej – miłego męża. A do tego marne życie. Mój ojciec nigdy nie kupił matce tej biżuterii, natomiast chętnie sprzedawał jej precjoza, żeby mieć pieniądze na domy gry. Mógł tam udawać wielkiego pana przed ładnymi hostessami, które jedną ręką gładziły go po twarzy, a drugą sięgały do kieszeni. Biżuteria pochodziła od babci, przedsiębiorczej kobiety z Tajpej, właścicielki sieci sklepów jubilerskich.

Mój dziadek umarł młodo, zostawiając żonę z czwórką chudych dzieci i z pustą kiesą. Babcia nauczyła się od pradziadka reperować biżuterię, żeby móc terminować w małej pracowni jubilerskiej. Później udało jej się otworzyć własną firmę, która powoli się rozrosła. Przed śmiercią była właścicielką czternastu sklepów i zatrudniała ponad dwustu pracowników.

Tak więc w tamtych latach biżuteria płynęła w ręce matki niczym woda z kranu. Niestety, po śmierci rodziców została ona bez grosza. Babcia przepisała prawie cały majątek trzem synom zgodnie ze starym chińskim wierzeniem, że pieniądze zostawione córce w końcu trafią pod inne nazwisko. Ponieważ jednak uważała, że niesprawiedliwie potraktowałaby moją matkę, nic jej nie dając, przez całe lata w tajemnicy wysyłała jej pieniądze i darowała część swojej biżuterii. Ciekawe, jak babcia by się czuła, gdyby wiedziała, że pieniądze ze sprzedaży klejnotów zamiast na jedzenie szły głównie na spłatę długów u lichwiarzy.

Pomimo krzywd, jakich matka doznała, jej oczy wilgotniały, a głos łagodniał, kiedy mówiła o swojej pierwszej i jedynej miłości.

Opowiedziała mi, jak ojciec przyszedł się oświadczyć z pistoletem ukrytym w kieszeni.

– Mei Lin – wycelował go we własną pierś – jeśli powiesz: „nie”, strzelę sobie prosto w serce!

Ojca już nie było, a matka została ze złamanym sercem.

Tamten pistolet wydawał mi się symbolem ich małżeństwa. Nigdy nie wypalił, lecz zawsze tam był i sugestywnie obrazował ich miłość, groźby i napięcia ze mną wciśniętą pomiędzy nich niczym poduszka.

Kiedy miałam dziesięć lat, wracając któregoś dnia do domu, trafiłam na awanturę.

Matka wymachiwała ojcu palcem przed nosem.

– Jesteś nic niewartym poetą. Nie znoszę ciebie! – krzyczała.

Serce ścisnęło mi się z bólu na te słowa. Nieszczęśliwe małżeństwo niektórym kobietom zamyka usta, inne zmienia w sekutnice – moja matka zdecydowanie należała do tej drugiej grupy.

– A mnie dłużej nie stać na utrzymywanie ciebie, ty zepsuty dzieciaku! – zrewanżował się ojciec.

– Ja, zepsuta?! Sprzedałeś jakieś wiersze czy kaligrafie, żeby kupić mi ubrania albo biżuterię?!

Ojcu na chwilę odebrało mowę; a potem zerwał się z kanapy, złapał mnie za ramię i potrząsnął.

– Czy twoja córka tak by urosła, gdybym za wszystko nie płacił?!

– Naprawdę myślisz, że płacisz za jej...

Zanim matka zdążyła dokończyć, ojciec puścił mnie i chwycił wydanie Marzenia czerwonej komnaty z odrapanego stolika do kawy.

– Czy to marzenie nic nie kosztowało? – Rzucił książkę i złapał za telewizyjny magazyn mamy (na telewizor nie było nas stać).

– A te plotki nic nie kosztują? – Potem po kolei podnosił radio, wyszczerbiony imbryk, moją książeczkę z malowankami, kredki, wczorajszy chleb, aż w końcu zabrakło przedmiotów, a jemu tchu.

Podczas takich kłótni wpatrywałam się w moje stopy, żeby nie widzieć ich nieszczęśliwych twarzy. Wyobrażałam sobie, że duży palec u prawej nogi jest ojcem, a u lewej matką. Pozostałe były braćmi i siostrami, których nigdy nie miałam.

Mały palec prawej stopy był taki pulchny jak mały braciszek, który zmarł trzeciego dnia po urodzeniu. Mały palec lewej stopy, malutki jak orzeszek, to ja. Zawsze smucił mnie widok tych dwóch palców; tak bardzo oddalone od siebie, nie miały szansy się połączyć. Czy mój mały braciszek przeżyłby, gdyby ojciec zrezygnował z hazardu?

Gdy ojciec i matka podnosili głosy, zsuwałam razem oba duże palce, jakby to mogło zakończyć kłótnię. Nie podobało mi się małżeństwo, nawet takie z miłości. Pewnie lepsze jest życie mniszki. Taki pomysł przyszedł mi do głowy później z powodu sekretu, którego nikomu nie zdradziłam od dnia, kiedy wpadłam do studni.

2 UPADEK

To stało się następnego dnia po moich trzynastych urodzinach. Ojciec niedawno przegrał pięć tysięcy dolarów w kasynie w Makau i nasza rodzina musiała się przeprowadzić z Tsim Sha Tsui, ruchliwej, handlowej dzielnicy w Kowloon, do wiejskiego domu w odległym Yuen Long. Tam komorne wynosiło dwieście hongkońskich dolarów, trzy razy mniej od czynszu, jaki płaciliśmy w mieście.

Na wspólnym podwórku za naszym domem znajdowała się nieużywana studnia, obrośnięta wysoką trawą, która szeptała, gdy wiatr hulał w zimowe noce. Starsi wieśniacy omijali ją z powodu pogłosek o duchach. Przed stu laty młoda konkubina, oskarżona o romans z wędrownym mnichem, rzuciła się do niej z kamieniem uwiązanym u szyi, aby dowieść swojej niewinności. Ludzie wierzyli, że studnia jest tak stara, iż z pochłanianej przez wieki esencji słońca, księżyca, gwiazd, wody, powietrza, wiatru, dźwięku oraz światła zrodziła własnego ducha. Według słów ślepego wróżbity była trzecim okiem złej bogini, która obserwowała ludzi nad sobą i z zazdrości porywała tych urodziwych, a przede wszystkim dzieci.

Małe dzieci przestrzegały zakazu zbliżania się do niebezpiecznego otworu, natomiast starsze niewiele sobie z niego robiły. Traktowały studnię jako wygodne miejsce do wyrzucania śmieci.

W okresie dorastania czułam się samotna i bajania o studni rozpalały moją ciekawość. Skradałam się do niej i zaglądałam do środka. To, co tam widziałam, bardzo się różniło od tego, co mówili wieśniacy. Nie odczuwałam strachu, tylko fascynację. Z mroku wyłaniały się najróżniejsze rzeczy – koce, książki, gałęzie i gałązki, papiery oraz ubrania – które powrzucano do środka przez dziurę w siatce nałożonej na cembrowinę. Wyobrażałam sobie, że gdzieś tam, pośród śmieci, leży pamiętnik nieszczęsnej konkubiny, a ślady łez znaczą ryżowy papier z pospiesznie wykaligrafowanymi słowami zapewniającymi o niewinności. Oczyma wyobraźni widziałam również stare, wyblakłe i pociemniałe fotografie zapomnianych ludzi: młodziutkiej panny młodej, szczęśliwej rodziny, konkubiny o smutnej twarzy w towarzystwie łysego kochanka, pulchnego bobaska z szeroko otwartymi oczami, które zdawały się pytać, czemu sprowadzono go na ten zimny świat.

W deszczowe dni w studni zbierała się woda i wtedy widziałam swoje odbicie z okrągłym spłachetkiem błękitnego nieba nad głową. Gdy wiatr czesał wysokie trawy, nad studnią płynął ich szept. Jednego wieczoru ujrzałam odbicie księżyca. Był okrągły i taki nabrzmiały, jakby za chwilę miał pęknąć i wpaść do studni z głośnym pluskiem, budząc wszystkich ze snu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij