Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Players' Club - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 stycznia 2026
49,00
4900 pkt
punktów Virtualo

Players' Club - ebook

Ona przysięgła, że nigdy więcej nie zaufa sportowcowi.
On nie zwykł przegrywać.

Tam, gdzie zabawa staje się rywalizacją, a zakłady rządzą sercami, nikt nie może być bezpieczny.

Ridge Rivers w oczach ludzi uchodzi za osobę godną naśladowania. W rzeczywistości jednak jest chłopakiem, dla którego najważniejsza jest pozycja zwycięzcy – i do tego za wszelką cenę dąży.

Bambi Jackson mimo silnego charakteru skrywa w swoim wnętrzu blizny po zdradzie i złamane serce, którego nie zamierza więcej składać w ręce żadnego sportowca.

Gdy przez jeden z wielu zakładów los splata ich drogi, zaczyna się gra, w której granice – między prawdą a kłamstwem, rozrywką a uczuciem – zacierają się z każdym dniem coraz mocniej.

To, co miało być tylko wygraną Ridge'a, staje się niebezpiecznym testem uczuć. Im mocniej próbuje zdobyć Bambi, tym bardziej wpada w sidła, których nie przewidział.
A kiedy prawda o zakładzie wyjdzie na jaw, tylko jedno jest pewne – ktoś przegra.
Bo w Players' Club zwycięzca bierze wszystko, a przegrany traci serce.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-30-2
Rozmiar pliku: 873 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Podświa­do­mie za­wsze czu­łem, że by­łem po­psu­ty. Oczy­wi­ście nie uro­dzi­łem się taki. Pro­ces gni­cia du­szy za­czął się na eta­pie wcze­snosz­kol­nym. Ro­dzi­ce nie da­wa­li mi do­brych wzor­ców, nie chwa­li­li za wy­so­kie stop­nie czy osi­ągni­ęcia. By­łem świad­kiem wiecz­nych spo­rów do­ro­słych, któ­rzy nie po­tra­fi­li po­ro­zu­mieć się na żad­nym polu. My­śla­łem, że to nor­mal­ne, że wła­śnie tak po­win­na wy­glądać re­la­cja dwóch osób.

Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, jak bar­dzo się my­li­łem.

Z cza­sem za­cząłem pra­gnąć ich uwa­gi, jed­nak żad­ne uczyn­ki nie były w sta­nie spra­wić, żeby ro­dzi­cie w ogó­le na mnie spoj­rze­li. Dziad­ko­wie z ca­łych sił sta­ra­li się dać mi na­miast­kę mi­ło­ści, ale rzad­kie spo­tka­nia roz­pły­wa­ły się w mo­rzu tłu­mio­nej zło­ści. A gdy przy­sze­dł na­sto­let­ni bunt, sy­tu­acja tyl­ko eska­lo­wa­ła. Fu­ria bu­zo­wa­ła w mo­ich ży­łach, fru­stra­cja szu­ka­ła ujścia.

I wła­śnie od tego wszyst­ko się za­częło.

Pierw­szą bój­kę za­li­czy­łem pod ko­niec szko­ły pod­sta­wo­wej, co sko­ńczy­ło się zła­ma­nym no­sem. W li­ceum bra­łem udział w usta­wio­nych mi­ędzy na­sto­lat­ka­mi wal­kach. Przed oj­cem i mat­ką gra­łem wspa­nia­łe­go syna, któ­ry ro­bił to, cze­go tyl­ko za­pra­gnęli – uczest­ni­czy­łem w ak­cjach cha­ry­ta­tyw­nych, do­brze się uczy­łem, by­łem ka­pi­ta­nem dru­ży­ny ho­ke­jo­wej. Po­pro­wa­dzi­łem swój ze­spół do zwy­ci­ęstwa, po­sze­dłem na stu­dia, gdzie rów­nież sta­nąłem na szczy­cie pi­ra­mi­dy. W oczach pro­fe­so­rów oraz tre­ne­rów sta­łem się sym­bo­lem wie­lo­za­da­nio­wo­ści i przede wszyst­kim, oso­bą god­ną na­śla­do­wa­nia.

Tyle że moje we­wnętrz­ne znisz­cze­nie na­bie­ra­ło tem­pa.

Pod fa­sa­dą grzecz­ne­go chłop­ca by­łem tak na­praw­dę kimś zu­pe­łnie in­nym – na­sto­lat­kiem lu­bu­jącym się w im­pre­zach i ko­bie­tach. Z tego też po­wo­du na pierw­szym roku stu­diów za­ło­ży­łem Play­ers’ Club. Roz­ryw­ko­we miej­sce, w któ­rym z in­ny­mi gra­cza­mi wy­mie­nia­li­śmy się pod­bo­ja­mi i po­ma­ga­li­śmy so­bie w kwe­stiach pod­ry­wu.

Przede wszyst­kim jed­nak ro­bi­li­śmy za­kła­dy.

Stop­nie by­wa­ły ró­żne. Cza­sem udo­wad­nia­li­śmy osi­ągni­ęcie celu zdjęciem, a in­nym ra­zem do­wo­dem była skra­dzio­na bie­li­zna. Nic nie wy­cho­dzi­ło jed­nak poza nasz krąg, a sami nie ro­bi­li­śmy ni­cze­go, na co dziew­czy­ny się nie zga­dza­ły. By­li­śmy stu­den­ta­mi ró­żnych kie­run­ków, z in­nych rocz­ni­ków. Mie­li­śmy za­ba­wę z by­cia człon­ka­mi tej gru­py, któ­rej za­sa­dy zo­sta­ły ja­sno okre­ślo­ne:

1. Ni­g­dy się nie za­ko­chuj.
2. Ka­żdy za­kład musi być po­twier­dzo­ny przez przy­naj­mniej jed­ne­go świad­ka.
3. Fil­mi­ki kręci­my tyl­ko za zgo­dą dru­giej stro­ny.
4. Nie wy­sy­ła­my so­bie na­gich zdjęć.
5. Na je­den za­kład mo­żna po­świ­ęcić mak­sy­mal­nie dwa mie­si­ące.
6. Za po­ka­za­nie ko­muś scre­enów kon­wer­sa­cji – wy­la­tu­jesz.
7. Za zła­ma­nie któ­re­jś z za­sad – wy­la­tu­jesz.
8. Wy­gra­na nie może prze­kra­czać stu do­la­rów.

I wszyst­ko szło świet­nie, do­pó­ki na mo­jej dro­dze nie sta­nęła _ona_. Nie mia­łem bla­de­go po­jęcia, że wy­zwa­nie, któ­re­go się pod­jąłem, będzie mnie kosz­to­wa­ło utra­tę wi­ze­run­ku, przy­szło­ści i ser­ca. Stra­ci­łem wszyst­ko i nie mo­głem cof­nąć cza­su.

Gdy­bym zła­pał zło­tą ryb­kę, ka­żdym z trzech mo­ich ży­czeń by­łby po­wrót do po­cząt­ku se­me­stru, za­nim zgo­dzi­łem się zła­mać jej ser­ce.ROZDZIAŁ 1

Bambi

Sta­łam na środ­ku chod­ni­ka mi­ędzy wy­dzie­lo­ny­mi traw­ni­ka­mi. Li­ście na drze­wach po­sa­dzo­nych wzdłuż alej­ki wci­ąż były zie­lo­ne, jed­nak w po­wie­trzu dało się już wy­czuć nad­cho­dzącą wiel­ki­mi kro­ka­mi je­sień. Lada mo­ment i wszyst­ko za­cznie mie­nić się od­cie­nia­mi żó­łci, czer­wie­ni, po­ma­ra­ńczu i brązu. Na samą myśl ro­bi­ło mi się sła­bo. Naj­gor­sza pora roku. Do­pa­da­ła mnie wte­dy bez­li­to­sna chan­dra, a nad­mier­ne ana­li­zo­wa­nie wzra­sta­ło na sile. W tym okre­sie by­wa­łam słab­sza psy­chicz­nie.

Bu­dy­nek Wy­dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji na Uni­wer­sy­te­cie Da­ko­ty Pó­łnoc­nej wy­ró­sł tuż przed mo­imi ocza­mi. Nie mo­głam prze­stać go po­dzi­wiać, choć to już trze­ci rok mo­ich stu­diów dzien­ni­kar­skich. Łączył w so­bie ele­men­ty kla­sycz­ne, ta­kie jak czer­wo­na ce­gła, oświe­tle­nie w sty­lu re­tro przy we­jściu, z no­wo­cze­sno­ścią – du­ży­mi, pro­sto­kąt­ny­mi okna­mi.

Wzi­ęłam głęb­szy wdech. Pierw­sze dni za­wsze mnie stre­so­wa­ły. Nie mia­łam po­jęcia, cze­go się spo­dzie­wać po no­wym roku. Wszyst­ko roz­wa­ża­łam i naj­le­piej, gdy­bym zna­ła prze­bieg ka­żde­go dnia od po­cząt­ku do ko­ńca. Zda­wa­łam so­bie jed­nak spra­wę, że na stu­diach nie było to mo­żli­we. W tym miej­scu żyło się z dnia na dzień i cie­szy­ło tym, co przy­nie­sie ko­lej­na doba, a spon­ta­nicz­no­ść po­win­na być dru­gim imie­niem ka­żde­go stu­den­ta. Unio­słam wy­so­ko pod­bró­dek z fa­łszy­wą pew­no­ścią sie­bie. Od­czu­wa­łam wie­le, jed­nak nie od­wa­gę.

Ner­wi­ca nie była je­dy­nym, co mia­ło ne­ga­tyw­ny wpływ na moje ży­cie. Ostat­ni rok dał mi w kość. Zdra­da, wy­ko­rzy­sta­nie i za­ba­wa moim ser­cem były ide­al­ny­mi sy­no­ni­ma­mi dla mo­je­go eks. To, co zro­bił mi ten du­pek, od­ci­snęło swo­je pi­ęt­no na za­wsze. Cie­szy­łam się tyl­ko, że moje na­gie zdjęcie nie obie­gło ca­łe­go kam­pu­su w Grand Forks. Przy­znał się do zro­bie­nia go, gdy nie pa­trzy­łam. Przy­si­ęgał, że ni­ko­mu nie po­ka­zał fo­to­gra­fii, a ja mu na­iw­nie uwie­rzy­łam. Po­tem ża­ło­wa­łam, że tego nie zgło­si­łam.

Mimo że zła­mał mi ser­ce, by­łam w nie­go śle­po za­pa­trzo­na i wci­ąż coś do nie­go czu­łam. Nie po­tra­fi­łam go skrzyw­dzić, choć do­sko­na­le wie­dzia­łam, że je­śli ko­muś po­wiem, zo­sta­nie bez­pow­rot­nie skre­ślo­ny z li­sty stu­den­tów. By­łam pew­na, że w ko­ńcu gdzieś się na nie­go na­tknę.

Ru­szy­łam w stro­nę ma­je­sta­tycz­nych, sze­ro­kich scho­dów, gdzie cze­ka­ła na mnie Pa­ige – je­dy­na oso­ba, któ­ra za­wsze mnie ro­zu­mia­ła i wspie­ra­ła. Była moją wspó­łlo­ka­tor­ką i naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. Za­wsze uśmiech­ni­ęta, życz­li­wa, a do tego po­nad­prze­ci­ęt­nie in­te­li­gen­ta, oczy­ta­na i od­wa­żna. Za­rzu­ca­ła wła­śnie ru­dy­mi lo­ka­mi, kie­dy po­de­szłam bli­żej.

– Je­steś! – Było to coś na kszta­łt okrzy­ku prze­pe­łnio­ne­go ulgą. – Już my­śla­łam, że po­rwa­li cię ko­smi­ci.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, dla­cze­go się parę mi­nut spó­źni­łam. Obie uda­wa­ły­śmy, że po prze­kro­cze­niu kam­pu­su wca­le nie za­mknęłam się w dam­skiej to­a­le­cie w naj­bli­ższym bu­dyn­ku i nie pła­ka­łam przez do­bre pół go­dzi­ny. Ci­ągle mia­łam wra­że­nie, że wszy­scy się na mnie ga­pią. W ko­ńcu by­łam tą, któ­rą rzu­cił słyn­ny ba­se­bal­li­sta – Troy Par­ker.

– Nie­ła­two prze­do­stać się przez te tłu­my za­gu­bio­nych pierw­szo­rocz­nia­ków. – Zła­pa­łam ją pod rękę, po czym ru­szy­ły­śmy w stro­nę we­jścia. Jak to mó­wią, wió­dł śle­py ku­la­we­go. Obie mia­ły­śmy nie­złe uro­je­nia, sko­ro po­sta­no­wi­ły­śmy spra­wiać po­zo­ry, że nie wy­da­rzy­ło się nic złe­go.

– Och, mnie tego mó­wić nie mu­sisz. Pra­wie ko­goś po­trąci­łam, tylu ich jest na uli­cach – rzu­ci­ła na­bur­mu­szo­nym to­nem. Piw­ne oczy błysz­cza­ły dez­apro­ba­tą. – Mo­głaś je­chać ze mną, wiesz o tym? – Mi­ędzy sło­wa­mi ukry­te było zmar­twie­nie.

– Nie mo­głam. By­łaś u Ca­me­ro­na. – Nie po­chwa­la­łam jej zwi­ąz­ku, o czym do­sko­na­le wie­dzia­ła, ale nie pa­ko­wa­łam się z bu­ta­mi mi­ędzy tę dwój­kę. Była do­ro­sła, ro­bi­ła, co uwa­ża­ła za słusz­ne, a ja mo­głam tyl­ko w od­po­wied­nim mo­men­cie albo po­da­wać jej chu­s­tecz­ki, je­śli chło­pak coś od­sta­wił, albo cie­szyć się ra­zem z nią. – Wiesz, że gar­dzę wszel­kiej ma­ści spor­tow­ca­mi. Niech spło­ną w pie­kle.

Pa­ige za­ci­snęła usta, żeby się nie ro­ze­śmiać. Obie mia­ły­śmy świa­do­mo­ść, skąd moja nie­na­wi­ść do wy­spor­to­wa­nych fa­ce­tów z ja­kiej­kol­wiek dru­ży­ny uni­wer­sy­tec­kiej. Już raz wy­ra­zi­ła swo­je zda­nie, że nie po­win­nam wrzu­cać wszyst­kich do jed­ne­go wora. Jed­nak sko­ro po­ło­wa dru­ży­ny ba­se­bal­lo­wej wi­dzia­ła mój nagi ty­łek, wo­la­łam dru­gi raz nie pa­ko­wać się w po­dob­ne ba­gno. Troy za­ręczał, że ni­ko­mu nie wy­słał zdjęcia, po pro­stu któ­ryś z ko­le­gów przy­pad­kiem je za­uwa­żył. Po­tem po­noć za­brał mu te­le­fon i bie­gał po szat­ni, po­ka­zu­jąc ekran.

Pod­ry­wa­nie na­ukow­ców wy­da­wa­ło się lep­szym po­my­słem, oni nie mie­li ta­kiej pap­ki w gło­wie. A przy­naj­mniej mia­łam taką na­dzie­ję.

– Niech spło­ną w pie­kle – przy­tak­nęła fi­nal­nie, choć obie wie­dzia­ły­śmy, że wca­le nie mia­ła tego na my­śli.

Jej chło­pak był ho­ke­istą, i to nie byle ja­kim. Miał duże szan­se na osi­ągni­ęcie suk­ce­su w tej dzie­dzi­nie spor­tu rów­nież po stu­diach. Zo­stał okrzyk­ni­ęty dru­gim naj­lep­szym za­wod­ni­kiem ligi uni­wer­sy­tec­kiej, a w do­dat­ku pod­pi­sa­nie kon­trak­tu z jed­nym z ze­spo­łów ligi NHL¹.

Kto był na pierw­szym miej­scu? Nikt inny jak mi­ja­jący nas wła­śnie Rid­ge Ri­vers. Cen­tral­ny na­past­nik, ka­pi­tan dru­ży­ny. Ide­al­ny w ka­żdym calu, przy­naj­mniej dla tych, któ­rzy jesz­cze nie zdąży­li do­brze go po­znać. Ja mia­łam tę nie­przy­jem­no­ść. Wie­dzia­łam, że był aro­ganc­kim dup­kiem z wy­bu­ja­łym ego. Prze­bie­rał w ko­bie­tach, głów­nie stu­dent­kach, cho­ciaż cho­dzi­ły po­gło­ski o kil­ku pro­fe­sor­kach, a je­dy­ne, czym fak­tycz­nie mógł się po­chwa­lić, było atle­tycz­nie wy­rze­źbio­ne cia­ło.

Ski­nął gło­wą w stro­nę mo­jej przy­ja­ció­łki. Na­sze oczy spo­tka­ły się na mo­ment. Ja­sno­nie­bie­skie tęczów­ki zo­sta­ły nie­mal ca­łko­wi­cie po­chło­ni­ęte przez roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce. Roz­trze­pa­ne, ciem­no­brązo­we wło­sy i wy­mi­ęta ko­szul­ka wy­ra­źnie wska­zy­wa­ły na to, co ro­bił w bu­dyn­ku Wy­dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji. Unio­słam brew w nie­mym wy­zna­niu, a on w od­po­wie­dzi po­słał mi wred­ny uśmie­szek. Do tego spro­wa­dzał się nasz kon­takt. Mo­głam dać so­bie rękę uci­ąć, że na­wet nie pa­mi­ętał mo­je­go imie­nia. To­nęłam w mo­rzu ota­cza­jących go la­sek.

– A ten zno­wu tu­taj – mruk­nęłam znie­sma­czo­na, gdy znik­nął z mo­je­go pola wi­dze­nia. – Cie­ka­we, kie­dy znu­dzi mu się spa­nie z dzien­ni­kar­ka­mi.

Pa­ige wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Jest mło­dy, niech się wy­sza­le­je.

Wy­swo­bo­dzi­łam swo­ją rękę z jej uści­sku. Zwi­nęłam dłoń w pi­ęść i ude­rzy­łam przy­ja­ció­łkę w ra­mię. Moc­no.

– Auć! – Za­częła po­cie­rać bo­lące miej­sce. – Za co?

– Za wy­ga­dy­wa­nie głu­pot. Obie do­brze wie­my, że nie sy­pia z nimi z czy­stych po­bu­dek – za­uwa­ży­łam cierp­ko, marsz­cząc przy tym nos.

Pa­ige kiw­nęła gło­wą.

– Masz ra­cję, wy­so­ko się ceni. Trze­ba jed­nak przy­znać, że nie­źle to so­bie wy­my­ślił. Seks za wy­wiad? – Gwizd­nęła z uzna­niem, jak­by to mia­ło być od­po­wie­dzią na za­da­ne przez nią py­ta­nie.

– Cie­ka­we, czy to­bie za­pro­po­no­wa­łby taki układ – za­sta­no­wi­łam się na głos.

Przy­ja­ció­łka prych­nęła w od­po­wie­dzi.

– Pro­szę cię. Po pierw­sze, gdy­bym chcia­ła zro­bić wy­wiad z ho­ke­istą, po­szła­bym do swo­je­go chło­pa­ka. – Osten­ta­cyj­nie unio­sła pa­lec wska­zu­jący, a po chwi­li do­da­ła do nie­go środ­ko­wy. – Po dru­gie, gdy­bym na­wet nie była z Ca­me­ro­nem, ni­g­dy w ży­ciu nie po­pro­si­ła­bym o przy­słu­gę Ri­ver­sa. To jak pod­pi­sa­nie pak­tu z dia­błem.

Za­śmia­łam się. Mia­ła ca­łko­wi­tą ra­cję. Rid­ge Ri­vers wy­glądał jak anioł, na ta­kie­go się kre­ował, ale w rze­czy­wi­sto­ści był sie­dzącym na ra­mie­niu sza­ta­nem, na­kła­nia­jącym do ro­bie­nia złych uczyn­ków. Na­le­ża­ło trzy­mać się od nie­go z da­le­ka.

W tro­chę lep­szym na­stro­ju, choć wci­ąż wy­sta­wio­na na szep­ty tej części stu­den­tów, któ­ra zna­ła Troya, uda­łam się na pierw­sze za­jęcia w tym roku. Do­pie­ro gdy usia­dłam w auli na jed­nym z naj­wy­ższych miejsc, zda­łam so­bie spra­wę, jak bar­dzo po­ci­ły mi się dło­nie. Otu­chy do­da­wa­ła obec­no­ść wspó­łlo­ka­tor­ki. Pa­ige była go­to­wa roz­szar­pać zęba­mi ka­żde­go, kto mi za­gra­żał, co oczy­wi­ście dzia­ła­ło ze wza­jem­no­ścią.

Przez wi­ęk­szo­ść wy­kła­du sie­dzia­łam roz­ba­wio­na jej wia­do­mo­ścia­mi, w któ­rych ob­ga­dy­wa­ła obec­nych. Pod­czas let­niej prze­rwy dużo się zmie­ni­ło. Mu­sia­łam przy­znać, że mnie ta­kże kop­nął ten za­szczyt. Po spra­wie z by­łym po­sta­no­wi­łam tro­chę o sie­bie za­dbać. Zrzu­ci­łam parę fun­tów, za­miast grzyw­ki wy­bie­ra­łam prze­dzia­łek na środ­ku gło­wy, a do tego, dzi­ęki sło­ńcu w ro­dzin­nym Los An­ge­les, na mo­ich wło­sach po­ja­wi­ły się ja­sne re­flek­sy. Za­częłam no­sić wi­ęcej bi­żu­te­rii, by po­czuć się bar­dziej ko­bie­co, a ta­kże wró­ci­łam do ma­lo­wa­nia pa­znok­ci. Bla­da skó­ra po­kry­ła się ide­al­ną, brązo­wą opa­le­ni­zną. Drob­ne zmia­ny bar­dzo po­mo­gły w wal­ce ze zła­ma­nym ser­cem i trau­mą.

Cały do­bry na­strój pry­snął ni­czym my­dla­na ba­ńka, kie­dy na ko­lej­nych za­jęciach po­ja­wi­ła się nowa dziew­czy­na Troya. Ma­di­son Black. Prze­pi­ęk­na bru­net­ka o brązo­wych oczach, z do­sko­na­łą fi­gu­rą. Po­ku­si­ła­bym się na­wet o stwier­dze­nie, że wo­rek wy­gląda­łby na niej per­fek­cyj­nie. Cza­sem nie dzi­wi­łam się swo­je­mu by­łe­mu, że tyl­ko się mną ba­wił, sko­ro pod no­sem miał taki kąsek. Mu­sia­łam się bar­dzo po­sta­rać, żeby coś na mnie do­brze le­ża­ło, a mo­głam się za­ło­żyć, że Ma­di­son wy­gląda­ła ide­al­nie na­wet pod­czas śli­nie­nia po­dusz­ki.

Nie­ste­ty, pod­czas gdy ja by­łam skłon­na za­sy­pać ją mnó­stwem kom­ple­men­tów, ona po­sy­ła­ła mi tyl­ko nie­na­wist­ne spoj­rze­nia. Nie mia­łam po­jęcia, czy zda­wa­ła so­bie spra­wę, co jej chło­pak mi zro­bił, ale wy­gląda­ło na to, że żyła w ca­łko­wi­tej nie­wie­dzy. Szłam o za­kład, że Troy wci­snął jej ja­kąś ba­jecz­kę, gdzie od­gry­wa­łam rolę szur­ni­ętej i za­zdro­snej eks.

Pa­ige sztur­cha­ła mnie łok­ciem w że­bra. Je­den raz – nie zwró­ci­łam uwa­gi. Sku­pi­łam się na spo­so­bie, w jaki Ma­di­son za­rzu­ca ciem­ne wło­sy pod­czas zaj­mo­wa­nia miej­sca. Dru­gi raz – za­częłam się za­sta­na­wiać, czy da­ła­bym radę po­ru­szać się z taką gra­cją, jak nowa dziew­czy­na Troya. Trze­ci raz nie nad­sze­dł. Trzep­nęła mnie w tył gło­wy, aż syk­nęłam z bólu.

Spoj­rza­łam na przy­ja­ció­łkę gniew­nie.

– Co jest?

– Ga­pisz się na nią! – wark­nęła pod no­sem, żeby nie usły­szał wy­kła­dow­ca. – Prze­stań, bo wy­glądasz na za­zdro­sną dziew­czy­nę z ni­ższej ligi.

– Ale ja je­stem z ni­żej ligi, Pa­ige – burk­nęłam, po czym opa­dłam na opar­cie krze­sła.

– Pie­przysz głu­po­ty. Ma­di­son jest pu­sta jak wy­czysz­czo­na sza­fa. Do tego pła­ska jak de­ska. Ty masz coś wi­ęcej.

– Niby co? – Z nu­dów za­częłam ry­so­wać w rogu kart­ki ser­dusz­ko. No do­bra, nie chcia­łam, żeby zo­ba­czy­ła w mo­ich oczach błysk bólu i roz­cza­ro­wa­nia.

– Cha­rak­ter – po­wie­dzia­ła z dumą. – Masz pi­ęk­ny umy­sł i cu­dow­ne krągło­ści. My­ślisz, że dla­cze­go Troy z nią jest?

– Bo jest pi­ęk­na?

Wca­le nie ocze­ki­wa­łam od­po­wie­dzi, jed­nak Pa­ige i tak mi jej udzie­li­ła:

– Nie, idiot­ko! Bo jest ła­twa. Ty mu nie da­łaś, więc po­sze­dł tam, gdzie ktoś wy­sta­wi mu dupę za parę mi­łych słó­wek. – Wska­za­ła kciu­kiem na bru­net­kę, pod­kre­śla­jąc tym ge­stem, o kogo jej cho­dzi.

Wy­pu­ści­łam sfru­stro­wa­ny od­dech. Ostat­nie, cze­go chcia­łam, to roz­mo­wa o no­wym zwi­ąz­ku mo­je­go by­łe­go, któ­ry wy­da­rł mi ser­ce pro­sto z pier­si i zmia­żdżył w swo­jej dło­ni. Do tego obo­je byli lu­bia­ni, więc ucho­dzi­li za ide­al­ną parę. Ka­żdy ich po­dzi­wiał. Mia­łam ocho­tę się zrzy­gać.

– Od­pu­ść. I tak nie po­pra­wisz mi hu­mo­ru, a przy­naj­mniej nie w tej spra­wie – wy­ce­dzi­łam przez za­ci­śni­ęte zęby. – Obie wie­my, że Troy po­zo­sta­wił po so­bie bli­zny nie do wy­le­cze­nia.

Pa­ige wes­tchnęła ci­ężko.

– Wiem, że to trud­ne, ale po­win­naś prze­stać my­śleć o tym dup­ku. Nie jest wart ani jed­nej se­kun­dy two­je­go ży­cia.

– To nie ta­kie pro­ste. Sta­ram się. Jed­nak do­pó­ki coś mi o nim sta­le przy­po­mi­na, będę się za­dręczać. – Mój ton stał się smut­ny. Pod­czas ko­lo­ro­wa­nia nie­kszta­łt­ne­go ser­ca na mar­gi­ne­sie moc­niej do­ci­snęłam dłu­go­pis do kart­ki. Zro­bi­łam w niej dziu­rę na wy­lot.

– Nie. Do­pó­ki to wspo­mi­nasz i nie ru­szasz na­przód, do­pó­ty Troy będzie dręczyć cię w my­ślach i kosz­ma­rach.

Po chwi­li na jej ustach wy­kwi­tł sze­ro­ki uśmiech, a ja już wie­dzia­łam, że to zwia­stun ja­kie­goś sza­ta­ńskie­go pla­nu.

– No, co już wy­my­śli­łaś? – za­py­ta­łam z re­zy­gna­cją.

– Im­pre­za w ten week­end. W domu ho­ke­istów co praw­da, ale będzie tam mnó­stwo prze­ró­żnych fa­ce­tów. Do wy­bo­ru, do ko­lo­ru! – za­świer­go­ta­ła pod no­sem. – Po­win­naś się ze mną wy­brać.

– Żeby pa­trzeć, jak obści­sku­jesz się w kącie z Ca­me­ro­nem? Nie, dzi­ęki.

Przy­ja­ció­łka prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Że­byś też zna­la­zła so­bie ko­goś do obści­ski­wa­nia – od­pa­rła, nie­zra­żo­na moją jaw­ną nie­chęcią.

Odło­ży­łam dłu­go­pis na blat. By­łam na sie­bie tro­chę zła, że za­miast ro­bić no­tat­ki na pierw­szych za­jęciach, dys­ku­tu­ję z nią na te­mat ja­kie­jś dur­nej im­pre­zy.

– To nie jest naj­lep­szy po­my­sł. Znasz mnie. Nie lu­bię lu­dzi.

– Prze­sa­dzasz. Mnie lu­bisz.

– Ale in­nych lu­dzi nie lu­bię – do­da­łam z na­ci­skiem na „in­nych”, żeby zro­zu­mia­ła alu­zję.

– Bre­dzisz. – Gdy­by mo­gła, mach­nęła­by lek­ce­wa­żąco ręką. – Po pro­stu nie po­zna­łaś od­po­wied­nich osób do lu­bie­nia.

Zła­pa­łam dwo­ma pal­ca­mi za na­sa­dę nosa. Na­praw­dę nie chcia­łam ni­g­dzie iść. Im­pre­zy to ostat­nie, na co mia­łam ocho­tę, od­kąd ze­rwa­łam z Troy­em. Wo­la­łam za­szyć się w kącie aka­de­mic­kie­go po­ko­ju, gdzie nie będę pod sta­łym ostrza­łem wro­gich spoj­rzeń. Nie mia­łam ocho­ty iść, upić się, po­znać chło­pa­ka i ża­lić mu w ra­mię, jak to ktoś mnie zra­nił. By­łam pew­na, że tak by się to wła­śnie sko­ńczy­ło.

– Pan­no Jack­son, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? – Głos wy­kła­dow­cy prze­bił się przez tu­ma­ny my­śli.

Za­mru­ga­łam kil­ka razy, żeby roz­go­nić mgłę mó­zgo­wą. Od­chrząk­nęłam, by oczy­ścić gar­dło, i od­po­wie­dzia­łam:

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Tro­chę roz­bo­la­ła mnie gło­wa, cier­pię na okrop­ne mi­gre­ny – skła­ma­łam gład­ko, żeby nie wy­dać się z iry­ta­cją, jaką od­czu­wa­łam względem przy­ja­ció­łki.

– Chce pani wy­jść i na­pić się wody z au­to­ma­tu na ko­ry­ta­rzu? – Nad­zwy­czaj­na tro­ska prze­bi­ja­ła się przez ton mężczy­zny. – Sam cier­pię na mi­gre­ny, więc wiem, jak ci­ężkie po­tra­fią być.

Kiw­nęłam gło­wą, po­dzi­ęko­wa­łam i za­częłam zbie­rać się z miej­sca. Oczy­wi­ście dla nie­po­zna­ki zo­sta­wi­łam wszyst­kie rze­czy, scho­wa­łam do kie­sze­ni je­dy­nie te­le­fon. Mru­gnęłam po­ro­zu­mie­waw­czo do Pa­ige, ale ta bez­gło­śnie wy­po­wie­dzia­ła sło­wo „im­pre­za” i na nowo mnie wku­rzy­ła.

Wy­szłam z sali, na­praw­dę na­pi­łam się wody, po czym wy­sła­łam do przy­ja­ció­łki wia­do­mo­ść, żeby za­bra­ła moją tor­bę po za­ko­ńcze­niu za­jęć. Nie mia­łam za­mia­ru na nie wra­cać, żeby znów być na języ­kach.

Usia­dłam na mur­ku i ob­ser­wo­wa­łam grup­ki stu­den­tów. Zaj­mo­wa­li miej­sca na traw­ni­kach, ko­rzy­sta­li z ostat­nich let­nich dni. Za­zdro­ści­łam im. Chcia­łam kie­dyś mieć wi­ęk­szą licz­bę zna­jo­mych, na któ­rych mo­gła­bym po­le­gać.

Były to jed­nak tyl­ko ma­rze­nia nie do spe­łnie­nia. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że na dłu­ższą metę nie dało się mnie lu­bić. By­łam zbyt zdy­stan­so­wa­na, zim­na i tak bar­dzo wra­żli­wa, że po­tra­fi­łam czuć się zra­nio­na przez jed­no źle wy­po­wie­dzia­ne sło­wo.ROZDZIAŁ 2

Ridge

Tłu­my ni­g­dy mi nie prze­szka­dza­ły, lu­bi­łem ota­czać się lu­dźmi, szcze­gól­nie gdy po­tra­fi­li się do­brze ba­wić. Pro­mi­le we krwi przy­jem­nie krąży­ły, przy­pra­wia­jąc mnie o za­wro­ty gło­wy, ale nie na tyle moc­ne, że­bym do ni­cze­go się nie nada­wał. Wci­ąż mia­łem siłę, by świ­ęto­wać roz­po­częcie no­we­go se­zo­nu.

Pod­sze­dłem do jed­nej z be­czek i za­cząłem na­le­wać so­bie piwa. Sma­ko­wa­ło wy­bit­nie pa­skud­nie, ale nie na­rze­ka­łem. Pierw­sze przy­ka­za­nie stu­den­ta brzmi – dar­mo­we­go al­ko­ho­lu się nie od­ma­wia. Dru­gie – za czy­jeś pie­ni­ądze bar­dziej kle­pie.

Z pe­łnym kub­kiem skie­ro­wa­łem się w stro­nę ka­nap usta­wio­nych pod ścia­ną, tuż przy scho­dach. Opa­dłem na jed­no z wol­nych miejsc, upi­łem po­rząd­ny łyk roz­wod­nio­ne­go trun­ku, a na­stęp­nie od­rzu­ci­łem gło­wę na opar­cie. Przy­mknąłem po­wie­ki. Bas dud­nił w uszach, ale by­łem do tego przy­zwy­cza­jo­ny, więc nie wi­dzia­łem w tym pro­ble­mu.

– Jak tam?

Otwo­rzy­łem oczy, żeby na­po­tkać wzrok Ca­me­ro­na, bli­skie­go ko­le­gi z dru­ży­ny, a za­ra­zem jed­ne­go z mo­ich wspó­łlo­ka­to­rów. Wci­ąż miał na so­bie ko­szul­kę z bar­wa­mi na­sze­go ze­spo­łu. Żółć, zie­leń i cze­rń. Ko­lo­ry zwy­ci­ęstwa, jak ma­wia­li­śmy.

– W po­rząd­ku – od­pa­rłem znu­dzo­nym to­nem.

– Wy­glądasz na zmęczo­ne­go, a se­mestr do­pie­ro się za­czął. – Roz­ba­wie­nie gło­śno wy­brzmia­ło mi­ędzy sło­wa­mi chło­pa­ka.

Nie dało się ukryć, że dzi­siej­szy tre­ning dał mi nie­źle w kość. Bo­la­ły mnie wszyst­kie mi­ęśnie i mia­łem ocho­tę po­ło­żyć się do łó­żka, a po­tem prze­spać ci­ągiem dwa dni. Wie­dzia­łem jed­nak, że w naj­bli­ższym cza­sie nie ma co li­czyć na żad­ne fory ze stro­ny tre­ne­ra.

– Nie ukry­wam, tro­chę za­ba­lo­wa­łem na wol­nym.

Ca­me­ron za­ło­żył ręce na pier­siach, gdy ja wy­ła­pa­łem spoj­rze­niem pod­bój tego lata. Ma­di­son po­ru­sza­ła ku­sząco bio­dra­mi w rytm mu­zy­ki, co ja­kiś czas po­sy­ła­jąc mi jed­no­znacz­ne spoj­rze­nia. Ewi­dent­nie mia­ła ocho­tę na po­wtór­kę, ale wy­zna­wa­łem za­sa­dę, że co dzie­je się na wa­ka­cjach, zo­sta­je na wa­ka­cjach.

– Trud­no za­prze­czyć. – Cam ob­rzu­cił dziew­czy­nę krót­kim spoj­rze­niem, ale za­nim zdążył ja­koś ją sko­men­to­wać, po­ja­wił się przy nas Bla­ke Do­no­van, roz­gry­wa­jący w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej na­sze­go uni­wer­ku. Po­zna­łem go, gdy do­łączył do klu­bu gra­czy.

– Sie­masz, Ri­vers. – Zbił ze mną pi­ąt­kę i opa­dł po mo­jej dru­giej stro­nie. – Ja­kieś pro­po­zy­cje na po­czątek se­me­stru, żeby umi­lić so­bie nowy rok aka­de­mic­ki?

Ca­me­ron prze­wró­cił ocza­mi. Nie ro­zu­miał na­szej za­ba­wy, nie chciał brać w tym udzia­łu, ale za ka­żdym ra­zem wie­dział, o co to­czy­ła się gra i ja­kie były staw­ki.

– Masz za mało wol­ne­go cza­su? Chcesz, żeby ci wy­brać któ­rąś z obec­nych tu pa­nie­nek? – Ge­stem ręki, w któ­rej trzy­ma­łem piwo, wska­za­łem na prze­strzeń wy­pe­łnio­ną po brze­gi stu­dent­ka­mi. Mi­mo­wol­nie za­cząłem się roz­glądać. Mój wzrok za­trzy­mał się na naj­bar­dziej nie­śmia­łej dziew­czy­nie w po­ko­ju. Spło­nęła ru­mie­ńcem pod ostrza­łem mo­je­go spoj­rze­nia, co tyl­ko utwier­dzi­ło mnie w prze­ko­na­niu, że nie będzie ła­twym ce­lem.

Bla­ke podążył za moim wzro­kiem.

– Mar­got Bel­la­my? Ta od li­te­ra­tu­ry? Se­rio? – Par­sk­nął prze­śmiew­czo. – Bu­łka z ma­słem. Po­dob­no nie jest już dzie­wi­cą, więc nie będzie pro­ble­mu z za­ci­ągni­ęciem jej do łó­żka. Je­stem go­tów zro­bić to za osiem­dzie­si­ąt do­lców.

W za­my­śle­niu za­kręci­łem cie­czą w ku­becz­ku.

– Ktoś po­wie­dział „dzie­wi­ca”? – Troy Par­ker prze­sko­czył przez opar­cie ka­na­py i wy­lądo­wał obok Ca­me­ro­na, a ten prze­wró­cił tyl­ko ocza­mi i wstał.

Do­sko­na­le wie­dzia­łem, jak bar­dzo nie­na­wi­dził Troya. Tam­ten zra­nił słod­ką, małą Bam­bi Jack­son, naj­lep­szą przy­ja­ció­łkę jego dziew­czy­ny, u któ­rej sta­le pró­bo­wał za­plu­so­wać.

– Z tego, co wiem, to to­bie nie idzie na­wet z dzie­wi­ca­mi – mruk­nąłem, nie­za­do­wo­lo­ny z jego obec­no­ści. Nie mo­głem tego jed­nak oka­zać w inny spo­sób, bo był człon­kiem klu­bu, a stam­tąd nie wy­rzu­ca­li­śmy ni­ko­go na zbi­ty pysk, na­wet je­śli nie uda­ło mu się z wy­zwa­niem. No, chy­ba że zła­ma­łby któ­rąś z za­sad.

Troy za­ci­snął gniew­nie szczęki.

– Gdy­byś miał uwie­ść Bam­bi Jack­son, też byś po­le­gł – wark­nął.

Unio­słem brew na ten nie­mal agre­syw­ny atak. Troy ni­g­dy nie wy­le­cia­łby do mnie z pi­ęścia­mi, ale ugo­dzi­łem w jego ego, więc się za­go­to­wał. Teo­re­tycz­nie nor­mal­na spra­wa, ale w prak­ty­ce chcia­łem utrzeć mu nosa. Od ja­kie­goś cza­su za­czął się strasz­nie pa­no­szyć i dzia­łać mi na ner­wy. Trzy­ma­li się za rącz­ki z Ma­di­son i uda­wa­li zgra­ną parę, kie­dy jesz­cze dwa ty­go­dnie temu ob­ci­ąga­ła mi w męskiej to­a­le­cie pod­czas let­nich kur­sów. Nie­sa­mo­wi­te.

– Mogę ci po­ka­zać, jak to się robi. Je­stem pe­wien, że nie oprze się mo­je­mu uro­ko­wi. – Uśmiech­nąłem się szy­der­czo.

Bla­ke wy­buch­nął śmie­chem, a Ca­me­ron wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie. Nie po­do­ba­ło mu się, że ta dziew­czy­na po­now­nie sta­je się obiek­tem ja­kie­goś za­kła­du, ro­zu­mia­łem to. Zresz­tą sam by­łem świad­kiem wy­wo­dów, któ­re ro­bi­ła mu Pa­ige, kie­dy mar­twi­ła się o swo­ją przy­ja­ció­łkę po ca­łej tej spra­wie z Par­ke­rem.

– Wspa­nia­ły po­my­sł. Po­każ, co po­tra­fisz – po­wie­dział zło­wiesz­czo. – Też sta­wiam osiem­dzie­si­ąt do­la­rów, na two­ją prze­gra­ną oczy­wi­ście. – Po tych sło­wach zer­k­nął na punkt znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie sa­lo­nu. Spoj­rza­łem z cie­ka­wo­ści, na czym za­wie­sił wzrok.

Coś dziw­ne­go osia­dło mi w żo­łąd­ku, kie­dy ob­ser­wo­wa­łem, jak Bam­bi Jack­son po­ru­sza po­wo­li bio­dra­mi. Ró­żo­wa su­kien­ka ide­al­nie opi­na­ła jej ty­łek i wy­dat­ne pier­si, a wci­ęcie w ta­lii do­sko­na­le pod­kre­śla­ło per­fek­cyj­ną fi­gu­rę. Ja­sno­brązo­we wło­sy spły­wa­ły po­ni­żej ło­pa­tek i przy­wo­dzi­ły na myśl gęsty kar­mel. Ku­szący, zwod­ni­czy, nio­sący obiet­ni­cę słod­ko­ści. Zło­ci­ste re­flek­sy nada­wa­ły im głębi, a ja zła­pa­łem się na tym, że my­śla­łem, kur­wa, o czy­ichś wło­sach z dziw­ną fa­scy­na­cją.

Praw­da była taka, że Bam­bi od za­wsze przy­ci­ąga­ła moją uwa­gę. Pro­blem po­ja­wiał się, kie­dy otwie­ra­ła usta. Zia­ła w moją stro­nę czy­stym ogniem nie­chęci i za cho­le­rę nie ro­zu­mia­łem dla­cze­go. Ni­g­dy ni­cze­go jej nie zro­bi­łem, mo­głem się je­dy­nie do­my­ślać, że prze­le­wa­ła swo­je złe do­świad­cze­nia z płcią prze­ciw­ną na mnie. Sko­ro mo­głem być ofia­rą jej zra­nio­nych uczuć, ona mo­gła ta­kże stać się moją. W ra­mach za­do­śću­czy­nie­nia za wszyst­kie przy­kre sło­wa, ja­kie kie­dy­kol­wiek do mnie wy­po­wie­dzia­ła.

– Pier­do­lę to. Je­ste­ście ban­dą de­bi­li. – Ca­me­ron splu­nął i od­sze­dł tam, gdzie w to­wa­rzy­stwie jego dziew­czy­ny stał obiekt mo­jej ko­lej­nej gry, no­we­go za­kła­du.

Wie­dzia­łem, że chło­pak się nie wy­ga­da. Będzie trzy­mał gębę na kłód­kę, bo za bar­dzo za­le­ża­ło mu na apro­ba­cie ze stro­ny dru­ży­ny, a do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że to za­pew­ni­ły mu tyl­ko do­bre re­la­cje ze mną. Poza tym mo­głem szep­nąć słów­ko tre­ne­ro­wi i wspó­łlo­ka­tor stra­ci­łby swo­ją po­zy­cję w pierw­szym skła­dzie.

Za­cząłem roz­wa­żać wszyst­kie za i prze­ciw. Je­śli w to wej­dę, to na ca­łe­go, je­śli nie – ni­g­dy się nie do­wiem, jak sma­ku­je ten mały, za­gu­bio­ny je­lo­nek. Coś mi mó­wi­ło, że to może być lep­sze niż ja­błko z raj­skie­go ogro­du.

– Wcho­dzę w to. Bio­rę na sie­bie Bam­bi Jack­son – oznaj­mi­łem, nie od­ry­wa­jąc od niej wzro­ku. – Ty, Bla­ke, masz za za­da­nie zdo­być majt­ki Mar­got. Faj­nie będzie mieć je w na­szej ko­lek­cji.

– Wspa­nia­le. – Za­ta­rł dło­nie, ale spoj­rzał na mnie spod przy­mru­żo­nych po­wiek. – Ja ci jed­nak nie uła­twię za­da­nia. Ostat­nio tro­chę ci od­pusz­cza­li­śmy, ale sko­ro chcesz po­ka­zać, jaki z cie­bie ma­cho, mu­sisz przy­nie­ść nam coś wi­ęcej niż ga­cie tej ma­łej.

Przy­sta­wi­łem ku­bek do ust, ale za­nim się na­pi­łem, par­sk­nąłem sar­ka­stycz­nie:

– Za­krwa­wio­ne prze­ście­ra­dło?

Bla­ke już otwie­rał usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale wte­dy wci­ął się Troy:

– Fil­mik.

Za­krztu­si­łem się pi­wem, ale szyb­ko ogar­nąłem spra­wę tak, żeby się nie ochla­pać. Spoj­rza­łem na ba­se­bal­li­stę. Stu­kał pal­cem w usta, in­ten­syw­nie wga­pia­jąc się w swo­ją byłą. Nie po­do­ba­ło mi się, jak wie­le uwa­gi jej po­świ­ęcał. Go­łym okiem było wi­dać, że jesz­cze z nią nie sko­ńczył, i oba­wia­łem się, że wła­śnie sta­łem się częścią jego po­pie­przo­nej za­ba­wy.

– Fil­mik? – po­wtó­rzy­łem głu­pio.

Bla­ke z ko­lei gwizd­nął z uzna­niem.

– Sta­ry, to może być do­bre.

– Mam wam na­grać seks ta­śmę z dzie­wi­cą? – Za­śmia­łem się su­cho.

Troy prze­nió­sł na mnie spoj­rze­nie. Źre­ni­ce miał roz­sze­rzo­ne. Chcia­łem go ude­rzyć, ale tyl­ko za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na ku­becz­ku.

– Tak. – Opa­dł le­ni­wie na opar­cie. – Tyl­ko do wglądu dla człon­ków klu­bu.

To było oczy­wi­ste, że w to wej­dę. Nie tchó­rzy­łem. Po pro­stu nie wie­dzia­łem, jak mam to, kur­wa, zro­bić. Na­mó­wie­nie la­ski na seks to jed­no, ode­bra­nie ko­muś dzie­wic­twa to też nie­wiel­ka sztu­ka, cho­ciaż Troy mó­głby z tym po­le­mi­zo­wać. Jed­nak na­kło­nie­nie jej, żeby sfil­mo­wać swój pierw­szy raz? To może być cho­ler­nie trud­ne. I chy­ba spra­wi­ło, że jesz­cze bar­dziej na­kręci­łem się na wy­gra­ną.

– Nie ma spra­wy – mruk­nąłem i wsta­łem.

– Ri­vers nie tra­ci cza­su! – krzyk­nął za mną Bla­ke, kie­dy ru­szy­łem w tyl­ko so­bie zna­nym kie­run­ku.

Prze­sta­łem zwra­cać na nie­go uwa­gę. Prze­ci­snąłem się przez tłum, do­ta­rłem do kuch­ni. Do­pi­łem piwo, a po­tem przy­go­to­wa­łem w dwóch ku­becz­kach drin­ki i ru­szy­łem na łowy.

Ni­g­dzie nie do­strze­głem Ca­me­ro­na i Pa­ige, a co za tym idzie – nie było rów­nież Bam­bi. Mia­łem ci­chą na­dzie­ję, że nie po­sta­no­wi­li się zwi­nąć. Po­trze­bo­wa­łem wcie­lić swój plan w ży­cie. Im­pre­za to naj­lep­sza oka­zja, żeby ko­goś po­znać. Je­śli dziś mi się nie uda, będę mu­siał stwo­rzyć ja­kąś inną, a nie mia­łem ocho­ty za bar­dzo się wy­si­lać dla tak mar­nej spra­wy.

Ru­szy­łem na pi­ętro z co­raz mniej­szym opty­mi­zmem.

Wte­dy wła­śnie ją uj­rza­łem. Pi­sa­ła coś na te­le­fo­nie, co chwi­la od­gar­nia­jąc opa­da­jące wło­sy za ucho. Nie dało się ukryć, że była na­praw­dę pi­ęk­na.

– Cze­ść – po­wie­dzia­łem, sta­jąc obok niej.

Po­wo­li pod­nio­sła wzrok. Brązo­we oczy spo­tka­ły się z mo­imi. Mia­łem wra­że­nie, że coś usia­dło mi na żo­łąd­ku i za­raz zwy­mio­tu­ję. Prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę, by po­zbyć się tego uczu­cia. Bam­bi zmarsz­czy­ła brwi, ro­zej­rza­ła się do­oko­ła i po­now­nie na mnie spoj­rza­ła.

– Cze­ść? – od­po­wie­dzia­ła py­ta­jąco, jak­by nie była pew­na, czy mó­wię wła­śnie do niej, choć wo­kół nie było ży­wej du­szy. Nie li­cząc ko­goś oku­pu­jące­go ła­zien­kę, rzecz ja­sna.

– Jak się ba­wisz? – za­py­ta­łem, si­ląc się na miły ton. Wy­ci­ągnąłem w jej stro­nę dłoń z drin­kiem, któ­re­go nie­chęt­nie przy­jęła.

Za­nim tro­chę upi­ła, po­wącha­ła za­war­to­ść ku­becz­ka.

– Co to? – Zmarsz­czy­ła nos. Mu­sia­łem zdu­sić w so­bie po­trze­bę wy­gła­dze­nia jej skó­ry w tym miej­scu opusz­ką pal­ca.

– Wód­ka ja­go­do­wa z colą. Spró­buj. Ca­łkiem do­bre i bab­skie – pal­nąłem bez na­my­słu.

Po­pa­trzy­ła na mnie gniew­nie.

– Bab­skie? – prych­nęła, uno­sząc przy tym brwi. – Czy­li ide­al­ne dla cie­bie, pa­nie Ri­vers. Ja wolę czy­stą whi­sky. – Wsa­dzi­ła ku­bek z po­wro­tem w moją dłoń i ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem ku scho­dom.

Prze­kląłem w my­ślach. Nie tak mia­ła po­to­czyć się ta roz­mo­wa, ale z ja­kie­goś po­wo­du czu­łem się w jej obec­no­ści po­de­ner­wo­wa­ny. Bam­bi pa­ła­ła do mnie jaw­ną an­ty­pa­tią, a ja mu­sia­łem spra­wić, żeby w ci­ągu dwóch mie­si­ęcy mi się od­da­ła. Ta­kie za­sa­dy pa­no­wa­ły w Play­ers’ Club.

– Prze­pra­szam. Gdy­bym wie­dział, że wo­lisz czy­sty al­ko­hol, nie da­wa­łbym ci ta­kie­go gów­na – po­wie­dzia­łem, cały czas do­trzy­mu­jąc dziew­czy­nie kro­ku.

Za­nim zdąży­ła ze­jść, za­gro­dzi­łem jej dro­gę. Cof­nęła się i spoj­rza­ła na mnie scep­tycz­nie.

– Cze­go chcesz, Rid­ge? – za­py­ta­ła ze zre­zy­gno­wa­niem. – Ni­g­dy nie by­łeś dla mnie miły, a te­raz mam wie­rzyć, że sam z sie­bie przy­nio­słeś mi drin­ka?

W mo­men­tach ta­kich jak ten zda­wa­łem so­bie spra­wę z ła­two­ści pod­ry­wa­nia tępych pa­nie­nek na­sta­wio­nych tyl­ko na seks bez zo­bo­wi­ązań. Bam­bi nie na­le­ża­ła do tego gro­na. Jej oczy już z da­le­ka błysz­cza­ły in­te­li­gen­cją, nie wda­wa­ła się w byle ja­kie ro­man­se. Je­dy­nym błędem dziew­czy­ny był Troy Par­ker, ale do tej pory nie mia­ła po­jęcia, z ja­kich po­bu­dek zgo­dził się we­jść z nią w zwi­ązek.

– Mam być szcze­ry?

Spoj­rza­ła na mnie jak na to­tal­ne­go idio­tę.

– Nie, py­tam, że­byś skła­mał mi pro­sto w oczy – fuk­nęła sar­ka­stycz­nie. – A jak my­ślisz, Ri­vers?

Nie po­wiem, tro­chę mnie za­tka­ło.

– Do­bra. – Ob­li­za­łem po­wo­li su­che usta, czym przy­ku­łem jej wzrok.

_Mam cię, ma­le­ńka._

– Wy­glądasz dziś obłęd­nie i by­łbym idio­tą, gdy­bym do cie­bie nie za­ga­dał.

Wes­tchnęła gło­śno i za­ło­ży­ła ręce na pier­siach. Zna­łem ją na tyle, by móc stwier­dzić, że przy­jęła po­sta­wę obron­ną. Cze­ka­ła na atak, któ­re­go nie mia­łem za­mia­ru przy­pusz­czać. Przy­naj­mniej nie tak ob­ce­so­wo.

– Nie mam ocho­ty na la­ko­nicz­ne roz­mo­wy bez wy­ra­zu i szyb­ki nu­me­rek w jed­nym z po­koi. – Wska­za­ła kciu­kiem za sie­bie. – Nie po to tu przy­szłam, więc je­śli na to li­czysz, spa­daj.

Unio­słem kąci­ki ust w za­wa­diac­kim uśmie­chu, naj­lep­szym, na jaki było mnie stać.

– Sko­ro nie przy­szłaś tu, żeby ko­goś wy­rwać na jed­ną noc, to po co, je­lon­ku? – Nie mia­łem po­jęcia, kie­dy prze­sze­dłem z od­gry­wa­nia pew­ne­go sce­na­riu­sza na au­ten­tycz­ną cie­ka­wo­ść.

Do tego pal­nąłem głu­pią ksyw­ką, któ­rą nada­łem jej już ja­kiś czas temu w swo­jej gło­wie. Na całe szczęście Bam­bi chy­ba nie zwró­ci­ła na to uwa­gi.

– Nie two­ja spra­wa! – Zro­bi­ła krok w stro­nę pierw­sze­go schod­ka, ale po­now­nie za­gro­dzi­łem jej dro­gę, prze­su­wa­jąc się nie­znacz­nie w bok.

Moje ma­syw­ne cia­ło zde­cy­do­wa­nie prze­wa­ża­ło nad ni­ską, drob­ną syl­wet­ką dziew­czy­ny. Po­chy­li­łem się tak, że na­sze usta znaj­do­wa­ły się na tym sa­mym po­zio­mie. Skó­rę od skó­ry le­d­wie dzie­li­ły cale. Je­den ruch, a ota­rłbym się o nią i zli­zał błysz­czyk.

– Och, my­ślę, że jed­nak moja – wy­mru­cza­łem wprost w jej war­gi.

Źre­ni­ce Bam­bi na­tych­miast roz­sze­rzy­ły się w za­sko­cze­niu. Choć tęczów­ki wcze­śniej mia­ły już nie­sa­mo­wi­cie ciem­ną bar­wę, te­raz były nie­mal czar­ne, wy­stra­szo­ne, do­kład­nie jak u za­gu­bio­ne­go je­lon­ka.

– Przy­szłaś, żeby po­znać przy­szłe­go męża w domu ho­ke­istów? – za­kpi­łem, jaw­nie się z niej na­śmie­wa­jąc. Nie po­wi­nie­nem był tego ro­bić, sko­ro chcia­łem ją w pe­wien spo­sób zdo­być, ale je­śli ko­bie­ta nie ule­ga­ła, na­le­ża­ło do­sto­so­wać się do sy­tu­acji i jej cha­rak­te­ru. – Nie licz na to, skar­bie. Tu­taj ka­żdy szu­ka sek­su. Jed­nak stoi przed tobą wy­jątek.

– I mam uwie­rzyć, że ty je­steś inny? – za­py­ta­ła, uno­sząc ide­al­nie wy­re­gu­lo­wa­ną brew. Przy­bli­ży­ła się mi­ni­mal­nie, na­sze usta nie­mal ota­rły się o sie­bie, ale wie­dzia­łem, że za tą fa­sa­dą pew­no­ści sie­bie drża­ła ze stra­chu. – Co cię wy­ró­żnia, Ri­vers?

– To, że chcia­łbym za­brać cię na rand­kę, za­nim zgo­dzisz się pó­jść ze mną do łó­żka – od­pa­rłem szcze­rze.

Pło­mień w jej oczach zga­sł. Po­now­nie się wy­co­fa­ła, a chłod­ne po­wie­trze ko­ry­ta­rza owia­ło skó­rę mo­ich na­gich ra­mion. Na­pręży­łem mi­ęśnie, go­to­wy do od­par­cia ata­ku, ale ona wca­le nie za­mie­rza­ła się na mnie wy­dzie­rać. Ob­rzu­ci­ła moje cia­ło in­ten­syw­nym spoj­rze­niem. Tak­so­wa­ła je od góry do dołu i z po­wro­tem. Na­gle ru­szy­ła. Wy­mi­nęła mnie, by prze­do­stać się na scho­dy.

Za­trzy­ma­ła się obok. Otar­li­śmy się ra­mio­na­mi o sie­bie. Sta­nęła na pal­cach, dzi­ęki cze­mu jej usta zna­la­zły się na wy­so­ko­ści mo­je­go ucha, i wy­szep­ta­ła:

– To się wy­da­rzy tyl­ko w two­ich snach, skar­bie.

Ode­szła, zo­sta­wia­jąc mnie sa­me­go z to­tal­nie po­ci­ętym na ka­wa­łki ego. Uży­ła mo­jej wła­snej bro­ni.

Od­wró­ci­łem się, upi­łem łyk drin­ka i uśmiech­nąłem pod no­sem. Wstąpi­ła we mnie jesz­cze wi­ęk­sza de­ter­mi­na­cja, żeby ją zdo­być.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij