Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

PŁONĄCE ANAGRAMY - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 sierpnia 2026
3,00
300 pkt
punktów Virtualo

PŁONĄCE ANAGRAMY - ebook

Jak daleko byłbyś gotów się posunąć mając gwarancję bezkarności? Czy miłość polega na pamięci czy na zapomnieniu? Kim jest osoba, którą codziennie widzisz rano w lustrze? Zachęcam do przyłączenia się do mnie w poszukawaniu odpowiedzi na te doniosłe pytania w niniejszym opowiadaniu. Nie gwarantuję, że nam się uda, ale z pewnością razem będzie raźniej i ewentualna porażka będzie zrównoważona zawarciem nowej znajomości. Życzę udanej lektury w rytm jazzu, którym przesiąknięty jest cały tekst Płonących Anagramów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 104 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tytuł: PŁONĄCE ANAGRAMY

Autor: JERZY KUNCE

Motto: _Pisarz zawsze pozostanie jedynie suflerem własnych snów, tak jak zbrodniarz ich fałszerzem_ - autocytat autora tego opowiadania

Dla Wioli i dzięki Niej

Od samego początku coś było z nim nie w porządku. To złowieszcze coś ciążące nad jego losem pojawiło się w dniu jego urodzin. Kiedy położna przyniosła go zawiniętego w gruby, szary ręcznik wyczerpanej porodem matce, ta, z niejasnych dla nikogo przyczyn, uznała, że nie jest jej synem, że na skutek jakiejś pomyłki został podmieniony. Zaczęła krzyczeć, wierzgać w łóżku, jednym słowem dostała ataku histerii, kulminującego omdleniem. Później tłumaczono, iż najpewniej długotrwały stres związany z ciążą i skrajny wysiłek samego porodu doprowadził do chwilowego zaburzenia równowagi emocjonalnej. Nie wspominałbym o tym dziwnym, lecz w końcu poddającym się racjonalizacji epizodzie, gdyby nie fakt, iż mimo powrotu do sił i pełni zdrowia, matka Adama nie porzuciła swego przeświadczenia i towarzyszyło jej odtąd do końca życia, mrocząc jej macierzyństwo nieokreślonym niepokojem. Wielokrotnie sama przed sobą nazywała myśl, że jej syn jest obcy, zamieniony - urojeniem i starała się, jak tylko mogła, ukryć ją przed otoczeniem, a przede wszystkim przed swoim dzieckiem. Jak zwykle w takich sytuacjach, jej działania odniosły przeciwny skutek. Utajona nieufność względem syna miast słabnąć nasilała się, rozwijała i, co nie trudno przewidzieć, zaczęła się uzewnętrzniać. Szybko przestała go karmić piersią. Mówiła, że nie ma wystarczająco pokarmu, że ból w trakcie tej czynności jest nie do zniesienia, ale główny motyw swej decyzji skrywała. A był to wstręt i wstyd: przecież to nie był on! To nie on był w niej przez dziewięć rozkosznych miesięcy, on nie ma prawa jej dotykać w ten sposób, jest w jego małych wargach coś niebezpiecznego i wyrachowanego, właśnie, on tylko udaje niemowlę, podstępnie wyłudza z niej jej witalność. Jej stan stawał się z każdym miesiącem coraz bardziej poważny, a choroba psychiczna nasilała swoje objawy.

Może gdyby jej mąż Andrzej posiadał więcej determinacji uchroniłby ją przed demoniczną grą jej wyobraźni. Niestety, był nieobecny. Jeden z tych którzy żyjąc „brudnopisem” swej codzienności, wciąż czekają, aż będą mogli wreszcie zacząć przeżywać „na czysto” i bez błędów. Niewiele zauważał z tego, co się działo wokół niego, dlatego często zdarzały mu się różnorakie ekscentryczności. Gdy raz spędził noc z mężczyzną, przez właściwe mu egzystencjalne roztargnienie, podziwiano w nim brawurę ciekawości. Zawsze był schludny i nigdy się nie spóźniał, co komplementowano jako solidność charakteru. Nie dostrzegano, że kompulsje w postaci punktualności lub codziennej zmiany krawata, zazwyczaj są jedynie nową odsłoną idiomów dziecięcego lęku. To właśnie codzienność jest najwyższą formą okultyzmu. Codzienność - stara wiedźma, zatruwająca jadem oczywistości każdą godzinę, każdą sekundę. Ale wróćmy do naszej opowieści. Czy ojciec Adama zdawał sobie sprawę z tego, kim był? Kilka jego wypowiedzi zdaje się świadczyć, że, jeśli nie zawsze, to przynajmniej od czasu do czasu do jego świadomości wdzierała się jakaś prawda o swym zagubieniu. Na przykład, gdy zapytano go, dlaczego zdecydował się na potomstwo odpowiedział:

- Jednym z największych przywilejów ojca jest możliwość mówienia do samego siebie w miejscach publicznych, nie będąc przez nikogo uznanym za wariata.

W takich momentach, jego ożywiona humorem twarz i cała osoba nabierały w oczach obserwujących go osób zdumiewającej żywotności. Miało to jednak charakter przelotny i po chwili ponownie pogrążał się w ociężałości jasnowidzenia najbliższego snu. Taki właśnie był ojciec Adama. I rzeczywiście często widywano go szeptającego pośpiesznie jakieś zdania do synka podczas wspólnych spacerów, zdania zbyt długie, aby malec był w stanie je zrozumieć. Gorzej, że gdy wygłaszał te swoje tyrady, zapominał o ograniczeniach dziecka i szybką szedł przed siebie, ciągnąć Adama za sobą, do bólu ściskając jego małą rączkę w swojej dłoni. Łatwo więc sobie uzmysłowić, że ktoś taki nie był w stanie stawić oporu narastającym symptomom obłędu u swojej żony. Być może nawet zakładając, że posiadałby cechy, których mu brakowało jak: spostrzegawczość, wytrwałość, siłę charakteru - los jego żony i tak byłyby przesądzony. Wnioskuję tak z pewnego epizodu jej życia, mogącego moim zdaniem choć odrobinę zbliżyć nas do wyjaśnienia fenomenu jej dziwacznego zachowania.

Chodzi o zdarzenie z okresu gdy miała siedemnaście lat. Zdarzenie, choć samo w sobie tragiczne, w świetle późniejszych faktów nabiera jeszcze bardziej złowrogiego odcienia. Co się tyczy jej dzieciństwa, upłynęło ono spokojnie, w przytulnej, mieszczańskiej atmosferze, pozbawionej większych wstrząsów, gdzie nastrój domowy był pochodną koniunktury na rynku artykułów kuchennych, gdyż taki właśnie profil handlowy posiadał sklep jej rodziców. Wychowywana była nowocześnie, z dużą wyrozumiałością i otwartością. Wydarzenie o którym zamierzam opowiedzieć stanowiło niejako cezurę między tym uporządkowanym światem jej dorastania i dorosłością, która już nigdy nie dorównała temu pierwszemu rozdziałowi jej życia harmonią i spokojem. Co takiego stało się więc, że normalna, zdrowa i radosna dziewczyna w ciągu kilku tygodni przeobraziła się w kobietę pełną rezerwy, osuwającą się ku lekkiej neurozie? Naturalnie miłość. Miłość dziewicza, wszechogarniająca, rozkoszna, nieuchronnie skazana na zagładę, czyli pierwsza miłość. Zobaczyła go, gdy pewnego dnia wracała wcześniej ze szkoły. Wychodził akurat z ich kamienicy, wysoki szatyn w wojskowym mundurze, brunatnozielony. Zresztą nie przyjrzała mu się wtedy zbyt dokładnie. Nie zwróciła uwagi na żadne szczegóły. Jej uwagę całkowicie pochłonęło obserwowanie jego postaci w ruchu, bo to właśnie w jego sposobie poruszania się było coś niezwykłego, jakaś władcza samowola, jakaś demoniczna swoboda. I to wystarczyło? Tak, oczywiście że tak - jak wspomniałem, to była pierwsza miłość. Gdy załatwiamy interesy, ostrożność nakazuje nam poznać kontrahenta. Gdy szukamy kochanki lub kochanka, interesuje nas, czy nasze gusta będą zaspokojone, musimy mieć te kilka atomów wiedzy, to niezbędne, ale miłość nie pyta, bo mieszka w nas, a siebie nie musimy poznawać, aby się kochać, nieprawdaż? Zapewne z tego względu matka Adama, obdarzmy ją wreszcie imieniem, a więc z tego powodu Julia nie sprzeciwiała się temu czarownemu odrętwieniu, które ogarnęło ją, gdy patrzyła na boski chód nieznanego mężczyzny. To było jak sen. Dźwięk jego żołnierskich wysokich butów, uderzających o trotuar, rozbrzmiewał tajemniczo w jej duszy, odbijając się rykoszetem o przedsionki jej młodzieńczego serca. Z tej samej przyczyny nie zastanowiła się czyim gościem w jej kamienicy był obiekt jej uwielbienia, ani dlaczego wcześniej go nie spotkała. Cóż, stało się i nie było już powrotu. Ponieważ nie zauważył jej przechodząc obok, pogrążony w zamyśleniu, bez wahania podążyła za nim, trzymając się na granicy cienia, jaki rzucał za sobą na chodnik. Nie miała nawet czasu zdumieć się niespodziewanym przypływem swojej śmiałości, gdy nagle, kiedy zatrzymał się na czerwonym świetle przy przejściu dla pieszych, stanęła przy jego lewym ramieniu i odezwała się:

- Przepraszam Pana – chwila na pośpieszny oddech, ukradkowy i szybki, jak ruch dłoni kleptomana.

- Przepraszam cię, ale… – kolejny oddech, który był już tylko grą – ale… Był bystry, więc łapiąc okazję, szybko odpowiedział:

- Nie kończ. Mieszkam niedaleko na Francuskiej. Chodź.

Słowa zdecydowane, męskie, może nawet trochę szorstkie. Tak się zaczęło. Trwało około miesiąca. Przebiegu tego związku, złe słowo, tego chwilowego zetknięcia dwóch młodych istot nie zamierzam opisywać. W miłości, jak zresztą w przypadku każdego uczucia, ciekawy jest tylko początek i koniec. Reszta to banał, Afrodyta na pocztówkach z podróży do poznania swojej płci. Jak zatem się skończyło? Sceneria podobna, jej czyny też. Nie byli umówieni, ale chciała mu zrobić niespodziankę i uciekła z lekcji. Może chciała go też trochę sprawdzić, może przez te kilka tygodni nauczył ją czym jest zazdrość o kochanka? W każdym razie poszła do niego i widzi jak wychodzi od siebie. Znów zaczyna śledzić go jak pierwszego dnia. Dokąd poszedł? Niespodzianka? A może nie, może to przeczuwała? Początek, koniec, miłość, dwa ciała, jedna dusza, jedno miejsce, dwa ciała – to dobrze, że narodziny tej namiętności, tego obłędu odbędą się w tej samej przestrzeni, co jego śmierć, bo instynktownie przeczuwała, że za moment nastąpi kres jej upojenia. Wszedł na klatkę, poszła za nim, z dala, z całą skrupulatną przezornością, która tak często towarzyszy nam w chwilach niepoczytalności. Dzwonek do drzwi, tak, czyż mogło być inaczej, do drzwi jej mieszkania. Niewyraźne słowa wypowiedziane przez jej ojca i drzwi zamykają się. Teraz jej kolej. Powoli podchodzi do drzwi, wyjmuje swój klucz, otwiera. Przez ostatni miesiąc nauczyła się to robić po cichu, by wymykać się do niego, a potem niepostrzeżenie wracać ze schadzki do domu. Otwiera, nasłuchuje. Są w salonie, to na lewo od korytarza, w odległości jakiś czterech metrów od drzwi wejściowych. W porządku, tu może poczekać i posłuchać i nikt jej nie zobaczy, a potem, kiedy usłyszy to, czego tak pragnie, kiedy uzna, że rozmowa zbliża się do finału, ukradkiem wymknie się pierwsza i schowa piętro wyżej. Tak planowała. Słucha. Mówi jej ojciec:

- Oto ostatnia część. Twoja matka mówiła mi, że tyle właśnie ci potrzeba, to musi wystarczyć, zresztą nie mogę dać więcej – mówił szybko, nerwowo, wymawiał kolejne zdania, jakby odpalał jednego papierosa od rozżarzonej końcówki drugiego.

- Musi wystarczyć? – coś więcej niż sarkazm, chłopak ma coś w zanadrzu, w tonie jego głosu jest coś więcej niż wyrzut, jego okrucieństwo jest wystudiowane - Naprawdę sądziłeś, że chodzi mi o pieniądze? Masz swoje pieniądze! – słychać cichy szelest i lekki głuchy odgłos jakby coś - plik banknotów? – spadło na podłogę pokoju. Teraz chwila ciszy, Julio powinnaś już chyba uciekać.

- Nie rozumiesz? Pieniądze można znów zarobić. Potrzebowałem czegoś, co byłoby nieodwracalne – ostatnie słowo zaakcentował specjalnie mocno, ale cały czas nie wykraczał poza zwykły dla niego sposób mówienia, taki jaki poznała Julia. Znak, że panował nad sobą, ile razy już musiał przeżywać tę scenę w wyobraźni?

- Wziąłem ją – znowu chwila milczenia, a potem szybko wyszedł z pokoju, tak, że ona w szoku nie zdążyła się ukryć. Nie zatrzymał się nawet na chwilę, tylko przeszedł obok, tak samo jak za pierwszym razem, nie patrząc na nią nawet kątem oka. Stała osłupiała, czekając na hałas zatrzaskiwanych drzwi, ale nie, nawet tego jej poskąpił. Jego wyjście znamionował tylko suchy, cichy stuk. Musiał delikatnie zamknąć za sobą drzwi, tak jakby klamka była jej nadgarstkiem, który tak lubił pieścić.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij