Płonne. Wioska Nocy i Dni - ebook
„Płonne — Wioska Nocy i Dni” to opowieść o miejscu, w którym ludzie jeszcze potrafią być razem. O wsi, która żyje — pracą, świętami, wspomnieniami i spotkaniami. O zwyczajnych chwilach, które okazują się najważniejsze. Bo czas płynie. A to, co naprawdę zostaje, to człowiek obok. Tekst stworzony z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-442-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To jest normalne,
kiedy dzieci mówią do ciebie spokojnie,
bez pośpiechu, bez zniecierpliwienia.
Kiedy wnuki siadają obok,
choćby na chwilę,
i słuchają —
jakby to, co mówisz, miało znaczenie.
To jest normalne,
że nie musisz się śpieszyć,
nie musisz się tłumaczyć,
nie musisz ważyć każdego słowa.
Bo twój czas
to nie jest czas stracony.
To czas przeżyty.
To jest normalne,
gdy ktoś patrzy na twoje ręce
i widzi w nich pracę,
a nie słabość.
Gdy wolniejszy krok
nie przeszkadza,
tylko uczy cierpliwości.
To jest normalne,
że w domu jest miejsce dla każdego —
i dla tych, co zaczynają,
i dla tych, co już wiedzą więcej.
Bo dom
to nie ściany.
To ludzie.
To bycie razem.
To jest normalne,
że nikt nie musi znikać,
cichnąć,
schodzić na bok.
Że ktoś powie:
„chodź, usiądź z nami”.
Bo jeszcze tyle
jest do powiedzenia.
Człowiek na starość
nie potrzebuje wiele.
Trochę uwagi.
Trochę cierpliwości.
Trochę serca.
Tyle samo,
ile kiedyś dawał innym.
I dobrze by było,
żeby to właśnie
stało się codziennością.
Stefania KłossWSTĘP
Pomysł na „Wioskę Nocy i Dni”
nie wziął się z wielkich planów.
Wziął się z potrzeby.
Z tego, że ludzie coraz rzadziej byli razem.
Że każdy gdzieś pędził,
a coraz mniej było zwykłego spotkania.
Takiego bez okazji. Fundacja stworzyła miejsce.
Nie instytucję. Nie projekt na papierze.
Miejsce, gdzie można przyjść, usiąść, pobyć.
Na początku nie było łatwo.
Była ciekawość…
ale i nieufność.
Ludzie patrzyli z boku. Zastanawiali się:
— co to właściwie jest?
— po co?
— dla kogo?
Nie było też warunków. Nie było salki.
Nie było stodoły. Była tylko chęć.
Fundację i wioskę stworzyła Marzena Pietrzak —
osoba znana w naszej okolicy,
przedsiębiorcza i konsekwentna.
Dała pracę kobietom z Płonnego i okolic.
Dała impuls.
Jak to na wsi —
tam, gdzie coś się zaczyna,
pojawiają się też opinie.
Były kontrole, Były sprawdzenia.
Dziś wiadomo jedno:
nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości.
A dla ludzi najważniejsze jest coś jeszcze —
że coś zaczęło się dziać.
Na początku trzeba było dzwonić.
Namawiać, przekonywać.
— przyjdź
— zobacz
— spróbuj
To nie było „samo się zrobiło”. To była praca.
I w końcu się udało. Ktoś przyszedł.
Ktoś przyprowadził drugą osobę.
I ruszyło.
Potem przyszedł moment,
który pamiętam do dziś.
Czwartki. Sala pełna.
Gwar. Śmiech. Ludzie.
I wtedy pomyślałam:
— to już nie jest pomysł
— to już jest życie
Bo najważniejsze okazało się nie to, co robimy.
Tylko to, że robimy to razem.
To nie jest książka o fundacji.
To jest książka o ludziach.
O tych, którzy jeszcze chcą być razem.
O moich ziomalach.WIOSKA NOCY I DNI
Wioska Nocy i Dni ma jedno zadanie: łączyć ludzi.
Nie w teorii — w praktyce.
Są zajęcia dla dzieci, młodzieży i seniorów.
Ale nigdy nie są tylko dla jednej grupy.
Bo u nas wszystko się miesza.
Siadają razem przy stole. Rozmawiają. Śmieją się.
I nagle nie ma podziału.
Babcie przyprowadzają wnuki.
Mówią: — sama bym nie przyszła.
A potem… zostają najdłużej.
Dzieci biegają między stołami.
Dorośli pomagają.
Seniorzy uczą.
I każdy jest na swoim miejscu.
Bo tu nie trzeba się dopasowywać.
Tu wystarczy być.RUSAŁKI
To była ogólnopolska akcja.
Czytanie dzieciom.
Pomysł piękny.
„Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej.
Kto czytał — ten wie.
Długie opisy.
Dzieci? Ziewają.
Albo zaczynają przeszkadzać.
Zgłosiły się do nas trzy szkoły.
Fragmenty już były wybrane.
Wzięłam tekst do ręki.
Przeczytałam.
I wiedziałam jedno: polegniemy.
Ale odmówić nie mogłyśmy.
Plan był prosty.
Po pierwsze — przekupić.
Dużo krówek i cisza gwarantowana.
Po drugie — zainteresować.
Nie słowem. Widokiem.
Ubrałyśmy stroje z epoki, wianuszki.
Pojechałyśmy jak rusałki.
Zaczęło się czytanie.
Koleżanka czyta pięknie.
Spokojnie. Z wyczuciem.
A ja patrzę na dzieci.
Krówki zjedzone. Zaczyna się wiercenie.
Koleżanka rozumiała i skończyła wcześniej.
Dzieci wytrzymały. Orzeszkowa ocalała.
A my? Też.
Ale najważniejsze wydarzyło się później.
W plenerze w wianuszkach. Wśród traw.
Usiadłyśmy jakbyśmy tam były od zawsze.
I wtedy… dzieci zaczęły same podchodzić.
Cicho. Z ciekawością.
Siadały obok.
A za chwilę — na kolanach.
Przytulały się.
Nie książkę zapamiętały. Nie słowa.
Tylko to, że można było usiąść blisko.
I że ktoś był obok.ELŻBIETA — NASZA GRAŻYNKA
Spokojna.Cierpliwa.Dokładna.
Ale to nie to o niej stanowi.
Stanowi to, kim jest.
Życie jej nie oszczędzało.Praca od dziecka.
Dom. Codzienność.
I człowiek, który nie zawsze był wsparciem.
Ona szła dalej. Bez skarg. Bez wielkich słów.
Dziś się uśmiecha.
Zobaczyła góry. Morze.
I mówi spokojnie: najważniejsi są ludzie.
Grażynka choruje na choroba Parkinsona.
Czasem ręce drżą tak,
że nie może donieść herbaty.
A jednak tworzy.
Godzinami.
Obrazy z koralików, makramy.
Jakby ciało nie nadążało,
ale ręce pamiętały.
Jest dobra.
Taka, co odda ostatni kawałek chleba.
Mówimy na nią „Grażynka”.
Bo jest nasza.