Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pluk z samej góry - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 sierpnia 2026
52,00
5200 pkt
punktów Virtualo

Pluk z samej góry - ebook

Co to za rudy chłopiec w ciężarówce z dźwigiem? To Pluk! Poznajcie jego przygody w nowym przekładzie kultowej książki, którą od pokoleń zaczytują się holenderskie dzieci.

Na ostatnim piętrze Pewnego Bloku jest malutki pokoik. Wprost idealne mieszkanie dla Pluka! Ledwo się wprowadza, od razu zdobywa nowych przyjaciół: karalucha Zazę, gołąbkę Dorotkę, pana Pena i rodzinę Tuptaków. I nigdy się nie nudzi – bo kiedy ktoś potrzebuje pomocy, Pluk zaraz rusza na ratunek swoją czerwoną ciężarówką.

Gdy pewnego dnia okazuje się, że piękny, dziki Ogród Turkawek ma zostać wycięty i zamieniony w betonowy placyk, Pluk wie, że musi działać natychmiast.

Przygody sympatycznego Pluka i jego ciężarówki to pełne wdzięku i pogody dzieło mistrzowskiego duetu Annie M.G. Schmidt i Fiep Westendorp, w Polsce najbardziej znanego z cyklu książek o Jasiu i Janeczce.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 3-5 lat
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8150-781-3
Rozmiar pliku: 25 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MIESZKANIE DLA PLUKA

Pluk miał małą czerwoną ciężarówkę z dźwigiem. Jeździł nią po całym mieście i szukał miejsca, w którym mógłby zamieszkać. Od czasu do czasu przystawał i pytał przechodniów:

– Czy wiedzą może państwo o jakimś mieszkaniu?

A przechodnie zastanawiali się chwilę i odpowiadali:

– Nie.

Bo wszystkie mieszkania były już zajęte.

W końcu Pluk pojechał do parku. Zostawił ciężarówkę między dwoma drzewami, a sam usiadł na ławce.

– Może tu dziś przenocuję – powiedział do siebie. – Mógłbym spać w ciężarówce pod drzewem…

I wtedy nad nim rozległ się głos:

– Wiem, gdzie mógłbyś zamieszkać.

Pluk zadarł głowę. Na gałęzi wielkiego dębu siedziała piękna, dorodna gołąbka.

– Wieżyczka Pewnego Bloku stoi pusta – dodała.

– Dziękuję – odparł Pluk i zdjął czapkę. – Gdzie jest Pewien Blok? I jak się nazywasz?

– Nazywam się Dorotka – odpowiedziała gołąbka. – A Pewien Blok jest niedaleko stąd. Widzisz tamten wysoki budynek? Na samej górze ma malutką wieżyczkę. A na tej wieżyczce jest malutki pokoik. Nikt w nim nie mieszka. Jeśli się pospieszysz, możesz go zająć. Tylko nie zwlekaj, bo inaczej ktoś może wprowadzić się przed tobą.

– Wielkie dzięki! – zawołał Pluk.

Szybko wskoczył do ciężarówki i pojechał pod blok. Zostawił auto przy chodniku, wszedł do środka przeszklonymi drzwiami i wsiadł do windy.

Bziuuum – śmignął na samą górę.

Kiedy wysiadł, znalazł się na najwyższym piętrze, na galerii, a wiatr targał mu włosy. Było tak strasznie wysoko, że Plukowi zakręciło się w głowie. Ale tam czekała już na niego gołąbka Dorotka, która wleciała na górę szybciej niż winda.

– Zaprowadzę cię – powiedziała. – Chodź za mną korytarzem. Oto drzwi do wieżyczki. Nie są zamknięte. Możesz po prostu wejść.

Pluk wszedł więc do środka. Pokój na wieży był wspaniały: idealnie okrągły, a jego okna wychodziły na wszystkie strony. Znajdował się tak wysoko, że miało się widok na całe miasto. Stały tu nawet łóżko i stolik, i szafa, była też umywalka.

– Myślisz, że mogę tu tak po prostu zostać? – spytał Pluk.

– Pewnie. Nikt tu nie mieszka. Powodzenia i do zobaczenia. Jeszcze cię kiedyś odwiedzę – obiecała gołąbka Dorotka i odleciała do parku.

Pluk był bardzo szczęśliwy, że znalazł sobie mieszkanie. Przez dobrą godzinę wyglądał z każdego okna po kolei i za każdym razem podziwiał inną część miasta. Aż w końcu zgłodniał.

– Pójdę na zakupy – postanowił. – Widziałem, że pod blokiem jest całe mnóstwo sklepów.

Znów wsiadł do windy. Ale tym razem jechał nią jeszcze ktoś – jakaś pani, która trzymała w ręce wielką puszkę spreju. Przyjrzała się uważnie Plukowi. A potem spytała:

– Czy ty tu mieszkasz?

– Tak, proszę pani – odpowiedział uprzejmie Pluk.

– A gdzie? – dopytywała pani. – W którym mieszkaniu? Pod jakim numerem?

– Mieszkam w wieżyczce.

– W pokoiku na wieży? – zdziwiła się pani. – No, no!

Znów przyjrzała się Plukowi bardzo chłodnym wzrokiem. Chłopiec bał się, że zaraz spyta: „To tak wolno?” albo: „A masz zezwolenie, żeby tam mieszkać?”. Ale na szczęście winda stanęła na dole, więc nie było już czasu na pytania. Pluk szybko wysiadł i wybiegł na zewnątrz, do pasażu ze sklepami. Kupił chleb i mleko, i siatkę jabłek.

– To chyba wszystko, czego mi trzeba – stwierdził. – Chociaż nie, chciałem jeszcze kupić jakiś ładny komiks.

Pluk wszedł do niewielkiej księgarni, gdzie za ladą stał miły starszy pan. Kiedy chłopiec przeglądał komiksy, sprzedawca spytał:

– Mieszkasz u nas w bloku?

– W wieżyczce – wyjaśnił Pluk. – Właśnie się wprowadziłem.

– To szczęściarz z ciebie – stwierdził starszy pan. – Poznałeś już innych mieszkańców?

– Nie. Choć właściwie… No tak, windą jechała taka pani z puszką spreju.

– Wielkie nieba! Z puszką spreju? To musiała być pani Nabłysk. Dokąd poszła?

– Nie wiem – odparł Pluk. – Była w windzie i jechała na sam dół, tak jak ja. Wydaje mi się nawet, że zjechała jeszcze niżej. Czy to możliwe? Na przykład do piwnicy?

– Jak najbardziej możliwe! Posłuchaj, chłopczyku. Nazywam się Pen, a ty?

– A ja Pluk.

– Dobrze. Pluku, czy byłbyś tak miły i zszedłbyś do piwnicy? Pierwsze zielone drzwi w korytarzu, a potem schodami w dół.

– Co miałbym tam zrobić? – spytał Pluk.

– Widzisz, pani Nabłysk cały dzień tylko chodzi i psika tym swoim sprejem na prawo i lewo – odpowiedział pan Pen. – To sprej na muchy i komary, i ćmy, i takie inne… Już rozumiesz? A w piwnicy mieszka Zaza.

– Kim jest Zaza? – zaciekawił się Pluk.

– Karaluchem. To mój mały przyjaciel – wyjaśnił pan Pen.

– Karalu… – zdziwił się Pluk, ale pan Pen lekko go popchnął i zawołał:

– Tylko nie zwlekaj! Pospiesz się… inaczej zapsika Zazę na śmierć!

Pluk wybiegł więc z księgarenki, wpadł na korytarz, przeszedł przez zielone drzwi i popędził schodami do piwnicy, gdzie uderzyła go dusząca woń. Woń spreju.

Znalazł się w bardzo dużym pomieszczeniu, gdzie było gorąco i sucho. Stał tu piec centralnego ogrzewania, a poza tym było pusto i ciemno, i okropnie cuchnęło sprejem na owady.

Pluk zaraz otworzył okienko, po czym zaczął szukać przyjaciela pana Pena. „Karaluch… Kto by się przyjaźnił z karaluchem…” – pomyślał. I zawołał:

– Zazo!

Nikt mu nie odpowiedział. Pluk powoli, krok po kroczku przeszukał całą piwnicę. Zaglądał po kolei w każdy zakamarek. Aż wreszcie coś dostrzegł. W kącie spoczywało małe stworzonko – karaluch Zaza. Leżał na plecach z uniesionymi nóżkami. Martwy.

– Biedny Zaza! – zasmucił się Pluk.

Podniósł stworzonko i położył je przy otwartym okienku piwnicznym, a następnie wrócił do pana Pena.

– Za późno – oznajmił. – Zaza nie żyje.

Pan Pen westchnął.

– Nie żebym jakoś szczególnie przepadał za karaluchami – odparł. – Ale on był naprawdę wyjątkowy, szalenie miły i bardzo bystry. Nie żyje, powiadasz? Oczywiście wszystko przez ten sprej. Pani Nabłysk zapsika kiedyś na śmierć wszystkie żywe stworzenia w okolicy. Nic, tylko psika i psika. No chyba że akurat pucuje albo zamiata. Jest zbyt schludna, proszę ja ciebie. Zbyt porządna. Dla niej nigdy nie jest w sam raz, wiecznie musi coś polerować na błysk… Chyba dlatego tak się nazywa. Cóż, dziękuję ci za fatygę. I odwiedź mnie jeszcze kiedyś.

Pluk ruszył z zakupami w stronę windy, ale nagle przypomniał sobie, że zostawił w piwnicy siatkę z jabłkami. Szybko po nią wrócił. Kiedy już miał wychodzić, usłyszał cichutki, bardzo nieśmiały głosik:

– Zjadłbym sobie skórkę z jabłka.

Pluk obejrzał się, zaskoczony. A tam, tuż przy okienku piwnicznym, siedział sobie karaluch Zaza, który obrócił się na nóżki.

– Wcześniej zemdlałem – wyjaśnił. – Ale teraz już mi lepiej. Czy ta kobieta znów tu wróci z tym swoim straszliwym psikaczem?

– Nie wiem – odparł Pluk. – Chyba lepiej, żebyś poszedł ze mną do mojego pokoiku na wieży. Ona tam nie przyjdzie. I będziesz odtąd dostawał wszystkie obierki z moich jabłek.

Po czym ostrożnie podniósł Zazę i włożył go do siatki z jabłkami.

Kiedy Pluk wieczorem kładł się do łóżka, czuł się bardzo szczęśliwy. „Mam dom” – pomyślał. „A do tego aż dwoje przyjaciół. Nie, troje! Dorotkę i pana Pena, i Zazę”.

– Wygodnie ci, Zazo? – zawołał.

Zaza leżał w pudełku po zapałkach wyłożonym watą.

– Bardzo! – odkrzyknął cieniutkim karaluszym głosem.

– To do jutra – odparł Pluk. I zasnął.

TUPTACZKI

Na całym świecie nie było pokoiku piękniejszego niż pokoik Pluka na samej górze Pewnego Bloku.

Co rano po przebudzeniu Pluk wyglądał przez wszystkie okna. Widział całe miasto, niebo i chmury, i samochody jadące w dole, a kiedy mocno się wychylił, widział także swoją małą ciężarówkę z dźwigiem, zaparkowaną przy krawężniku.

Gdy chciał zjeść śniadanie, najpierw budził Zazę, który rzeczywiście był bardzo miłym i kulturalnym karaluchem. Żywił się obierkami jabłek, ale nawet obierek ledwo co skubnął, więc nie był drogi w utrzymaniu.

Po kilku dniach mieszkania w Pewnym Bloku Pluk znał już więcej sąsiadów. Zawarł znajomość z doktorem i starszą panią Trelińską, poznał także dużego rudego kota zwanego Blokocurem. Nie polubił go jednak zbytnio, bo kocisko czaiło się na ptaki, w tym na Dorotkę, która czasami przyfruwała do Pluka z wizytą.

Pewien Blok był bardzo duży i bardzo wysoki. Liczył ponad dwadzieścia pięter. Pluk czasem jeździł windą z jednego na drugie, przechadzał się galerią i przyglądał tabliczkom z nazwiskami na drzwiach, żeby sprawdzić, kto tam mieszka. Od czasu do czasu z kimś gawędził i prawie wszyscy byli dla niego mili.

Pewnego poranka Pluk zobaczył chłopczyka siedzącego na kamiennej posadzce niedaleko windy. Malec trzymał w ręce buteleczkę i płakał. Pluk przystanął i spytał, co się dzieje.

Chłopczyk podniósł zapłakaną buzię i zapytał:

– Wie pan może, gdzie ja mieszkam?

– To ty nie wiesz?

– Nie. A pan wie?

– Mów mi po imieniu, nie jestem żadnym panem – odpowiedział Pluk. – Jak się nazywasz?

– Jestem Tuptaczek – odparł chłopczyk. – Od Tuptaczków.

– Jak to? Masz na nazwisko Tuptak?

– Tak.

– Niech się zastanowię… – Pluk głęboko się zamyślił. Widział nazwisko „Tuptak” na którychś drzwiach. – Chodź ze mną. Chyba powinieneś pojechać na dwudzieste piętro. Zaprowadzę cię do domu.

Pluk wsiadł do windy razem z chłopcem i spytał:

– Chyba masz jeszcze kilku braci, prawda?

– Mam – potwierdził malec. – Jest nas sześciu. Sześciu Tuptaczków i jeden tata Tuptak. Pięciu pozostałych Tuptaczków ma odrę. A ja nie. I dlatego musiałem iść do apteki po syrop.

Chłopiec pokazał buteleczkę.

Winda zatrzymała się na dwudziestym piętrze, a na widok galerii Tuptaczek zawołał wesoło:

– Przypomniało mi się! To nasz korytarz!

– Zapamiętaj dobrze: dwudzieste piętro – powiedział Pluk. – Teraz będziesz już wiedział.

– Tu mieszkam – oznajmił maluch.

Drzwi mieszkania się otworzyły i stanął w nich pan Tuptak w fartuchu i z wielką chochlą w dłoni.

– Wreszcie wróciłeś! – zawołał.

– Zgubiłem się – odparł mały Tuptaczek.

– A ja pomogłem mu trafić – dodał Pluk.

– Wchodźcie, wchodźcie! – zawołał pan Tuptak. – Nieraz cię tu widziałem. Masz ciężarówkę z dźwigiem, zgadza się? I mieszkasz w wieżyczce na samej górze, prawda? Właśnie smażyłem frytki. Nie przejmuj się smrodkiem. Nie przejmuj się bałaganem. Wejdź do środka i zjedz z nami.

– Oj, naprawdę nie trzeba – odparł Pluk.

Ale pan Tuptak wciągnął go do mieszkania, wołając:

– Nie opowiadaj! Najpyszniejsze frytki w całym mieście! Nie przejmuj się bałaganem.

W mieszkaniu rzeczywiście panował okropny nieład. Wszędzie leżały swetry, spodnie i komiksy. Podłogę od ściany do ściany pokrywały zszyte ze sobą materace. Mięciutko się po nich chodziło, ale można było się głęboko zapaść butami. Pluk trochę się zdziwił na ten widok.

– To ze względu na hałas – wyjaśnił pan Tuptak. – Tuż pod nami mieszka pani Nabłysk. Może ją znasz?

– Widziałem ją kiedyś – odpowiedział Pluk.

– No, to ta pani Nabłysk na okrągło narzekała na hałas. Bo wszystkie Tuptaczki ciągle tuptały, rozumiesz? Więc wymyśliłem taki sposób. Najlepsze jest to, że nie potrzebujemy krzeseł: wszyscy siedzimy na podłodze. Ale śpimy na łóżkach, sam zobacz.

Pluk zerknął. Przy ścianie stało siedem łóżek piętrowych: jedno dla taty i sześć dla chłopców. A w pięciu łóżkach leżało pięciu Tuptaczków, którzy ani trochę nie wyglądali na chorych i zaraz z nich wyskoczyli. Wszyscy byli weseli, rozchełstani i mieli bujne czupryny.

– To ty jesteś Pluk? – zawołali. – Ten Pluk od ciężarówki? Pluk od karalucha? Jak się ma karaluch?

Skąd oni to wszystko wiedzieli? Pluk się zarumienił. Nie miał pojęcia, że ktoś w tym bloku już go zna. Dlatego zapytał:

– A kto wam o tym opowiedział?

– Ciężarówkę widzieliśmy sami! – zawołały Tuptaczki. – A pan Pen powiedział nam, że uratowałeś karalucha Zazę.

– Masz też takiego grubego gołębia, prawda? – pisnął najmniejszy Tuptaczek. – Dorodną gołąbkę Dorotkę?

– Dorotka nie jest moja. To wolna parkowa gołąbka. Po prostu się przyjaźnimy – wyjaśnił Pluk.

Pan Tuptak wszedł z ogromną misą pełną frytek. Wszyscy usiedli na materacach na podłodze. Zaczęli jeść frytki z sosem i keczupem. Tuptaczki rozchlapywały go na potęgę i wcale się tym nie przejmowały.

– Wielkie nieba! – wykrzyknął nagle pan Tuptak. – Jak mogliśmy być tacy głupi!

– Dlaczego? Co się stało?

– Zaprosiliśmy do nas Pluka. A teraz on też może złapać odrę… I to będzie nasza wina.

– Spokojnie, już kiedyś miałem odrę – powiedział Pluk. – Drugi raz nie zachoruję.

Kiedy zjedli frytki, pan Tuptak spytał:

– Czy poznałeś już Agatkę?

– Nie – odparł Pluk. – A kto to taki?

– Taka mała dziewczynka. Zawsze nosi czyściutką różową sukienkę.

– Aha! Ostatnio widziałem ją na galerii. Chyba jej się nudziło. Spytałem, czy się ze mną pobawi, ale nie chciała.

– Nie wolno jej… Biedactwo – powiedział pan Tuptak.

– Nie wolno jej się bawić? – zdziwił się Pluk.

– Nie wolno jej się brudzić – wyjaśnił pan Tuptak. – Agatka jest córką pani Nabłysk. I ma zakaz zabawy na dworze. Jej mama się boi, że Agatka się pobrudzi.

– Przecież to straszne! – zawołał Pluk.

– Zgadza się. I dlatego… Jeśli znów ją zobaczysz, postaraj się zabrać ją ze sobą. Niech też się trochę pobawi. Na ulicy. Albo w parku.

– Dobrze – obiecał Pluk. – A teraz muszę już iść. Dziękuję za frytki. Czy ta Agatka mieszka piętro niżej?

– Tak! – zakrzyknęły Tuptaczki. – Tutaj, tuż pod nami. A jak hałasujemy, to jej mama gotuje się ze złości.

Pluk pożegnał się i przyrzekł, że niedługo wróci. Zszedł schodami na dziewiętnaste piętro. I właśnie tam ją zobaczył. Mała Agatka wychylała się przez balustradę i patrzyła w dal. Miała bardzo różową, niesamowicie ładną i szalenie czystą sukienkę, ale też smutną minę. Pluk postanowił z nią porozmawiać. Odkaszlnął nieśmiało. Nie bardzo wiedział, jak zacząć. Nagle usłyszał łopot skrzydeł i na jego ramię sfrunęła dorodna gołąbka Dorotka.

– Chodź ze mną szybko, Pluku. Musisz pomóc. Prędko!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij