-
nowość
Pocałunek na pożegnanie - ebook
Pocałunek na pożegnanie - ebook
Frankie Elkin specjalizuje się w sprawach zagadkowych i niewyjaśnionych zaginięć. Przemierza Stany Zjednoczone i wkracza do akcji, kiedy rodzina i policja tracą już nadzieję, a media zainteresowanie sprawą. Jednak ta historia wydaje się wyjątkowo dziwna…
Saberę Ahmadi, uchodźczynię z Afganistanu, widziano ostatnio trzy tygodnie temu, gdy wychodziła z pracy. Lokalna policja nie wszczęła jeszcze śledztwa, a jej starszy, dominujący nad nią mąż wydaje się w ogóle tym nie przejmować. Najbliższa przyjaciółka kobiety jest jednak przekonana, że Sabera nigdy dobrowolnie nie opuściłaby czteroletniej córki. To za sprawą jej nacisków Frankie Elkin zgadza się podjąć poszukiwania na ulicach upalnego Tucson. I właśnie wtedy wypływa szokujące nagranie wideo, przedstawiające młodą matkę, Saberę Ahmadi, oddalającą się z miejsca brutalnego podwójnego morderstwa.
Frankie szybko zdaje sobie sprawę, że rodzina Ahmadich skrywa znacznie więcej tajemnic, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Ojciec, Isaad, jest genialnym matematykiem, Sabera utalentowaną lingwistką, a ich córeczka Zahra ma zdolność zapamiętywania wszystkiego, co widzi. Biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się dotąd w krótkim życiu dziewczynki, ta niezwykła umiejętność może się okazać przekleństwem. Kiedy Isaad również znika w tajemniczych okolicznościach, a Zahrę ktoś próbuje zabić, Frankie zdaje sobie sprawę, że musi szybko rozszyfrować dramatyczną przeszłość tej rodziny.
Ktoś poluje na Ahmadich. I najwyraźniej nie wyklucza użycia przemocy.
Jak daleko można się posunąć, by ochronić tych, których się kocha?
Kryminalna książka miesiąca wg „Library Journal”.
Wstrząsające akty przemocy i mistrzowska intryga! Powieść, która zachwyci dotychczasowych fanów tej świetnej serii i przyciągnie wielu nowych czytelników.
„Publishers Weekly”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-231-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Frankie Elkin przemierza Amerykę, podejmując się spraw, które inni uznali za stracone. Tym razem trafia na rozgrzane upałem ulice Tucson, gdzie trzy tygodnie temu zniknęła Sabera Ahmadi – uchodźczyni z Afganistanu od niedawna mieszkająca legalnie w Stanach. Policja ignoruje sprawę, a w to, że Afganka nie porzuciła rodziny, wierzy tylko jej przyjaciółka – i to ona wzywa na pomoc Frankie.
Wkrótce pojawia się nagranie łączące Saberę z miejscem podwójnego morderstwa i wszystko zaczyna się komplikować. Jej mąż przepada bez wieści po odebraniu tajemniczej przesyłki, a córkę, czterolatkę o genialnej pamięci, ktoś próbuje porwać. Im głębiej Frankie wnika w życie Ahmadich, tym wyraźniej widzi, że jest pełne sekretów.
Rozwiązanie zagadki tkwi w enigmatycznych wskazówkach, które dostaje Frankie: ma znaleźć klucz, do którego nie ma zamka. Wkrótce przekonuje się, że to dopiero pierwsza z mrocznych łamigłówek. I że najdłuższy cień w słonecznej Arizonie rzucają duchy przeszłości.LISA GARDNER
Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, _Mąż doskonały_, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarni trafiło ponad dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”. _Sąsiad_ został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix de lectrices de „Elle”. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.
Autorka obecnie mieszka w New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.
LISAGARDNER.COM_Tej autorki w Wydawnictwie Albatros_
D.D. WARREN
SAMOTNA
W UKRYCIU
SĄSIAD
DZIECIĘCE KOSZMARY
ZŁAP MNIE
NIE BÓJ SIĘ
ZNAJDŹ JĄ
POWIEM TYLKO RAZ
CZYSTE ZŁO
KOCHAĆ MOCNIEJ
SZUKAJ MNIE
FRANKIE ELKIN
ZANIM ZNIKNĘŁA
KANION ŚMIERCI
WSZĘDZIE CIĘ WIDZĘ
POCAŁUNEK NA POŻEGNANIE
QUINCY & RAINIE
ZAGINIONA
POŻEGNAJ SIĘ
KROK ZA TOBĄ
TESSA LEONI
NIEPEWNOŚĆ
DOM DLA LALEKROZDZIAŁ 1
– Moja przyjaciółka ma na imię Sabera. Zaginęła trzy tygodnie temu. Znajdziesz ją. Proszę, poczęstuj się.
Aliah, która przyjęła mnie u siebie, podaje mi piękną niebieską miseczkę. Na stoliku przede mną stoją podobne naczynia w głębokich barwach szlachetnych kamieni, ozdobione złotymi roślinnymi ornamentami, połyskującymi w świetle górnych lamp. Bardziej przypomina to wystawę klejnotów niż naczynia z przekąskami. Waham się, czy powinnam czegokolwiek dotykać.
Trzypokojowe mieszkanie Aliah w centrum Tucson w stanie Arizona być może wygląda skromnie, ale jej gościnność jest z pewnością światowej klasy.
Zanurzam palce w miseczce i ostrożnie wyjmuję kilka suszonych owoców. Wyglądają jak pomarszczone białe jeżyny, czyli, mówiąc wprost, nie mam pojęcia, co to takiego. I jak na razie to tutaj norma. Przez ostatnie dziesięć minut przyglądałam się, jak Aliah odprawia skomplikowaną ceremonię, w której wyniku dostałam filiżankę najpyszniejszej herbaty, jaką w życiu piłam; informuje mnie, że to zasługa szafranu, smakującego tak samo cudownie, jak pachnie.
Do herbaty podała królewski zestaw orzeszków, suszonych owoców, prażonej ciecierzycy i kolorowych cukierków, a wszystko elegancko rozstawione wokół imponującego naczynia pełnego świeżych owoców.
Próbuję jednej z pomarszczonych jeżyn. Słodka, lekko cierpka. Smakuje mi, nadgryzam jeszcze kawałek. Aliah z aprobatą kiwa głową.
– _Toot khoshk_. Białe morwy. Moje ulubione. Proszę. – Podaje mi lśniącą zieloną gruszkę. – Jedz, jedz. To zdrowe.
Wgryzam się w owoc i sok ścieka mi po brodzie, a tymczasem Aliah bierze mój talerzyk, nakłada na niego porcyjki migdałów, rodzynek i cukierków w twardych skorupkach, po czym mi go podaje. Do poczęstunku podchodzi z niezwykłą powagą, zwłaszcza że nie ma tu nikogo oprócz nas, a ona przygotowała tyle przekąsek, że mogłaby ugościć całą szkołę podstawową.
Jak na pierwsze spotkania w nowej sprawie, to zaczyna się bardzo obiecująco. Z ostatnią klientką rozmawiałam w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie siedziała w celi śmierci, więc nietrudno to przebić.
Aliah znalazła mnie przez znajomego znajomych, a to już spore osiągnięcie, zważywszy na to, że nie mam ich zbyt wielu. Kiedy do mnie zadzwoniła, siedziałam aż hen w Seattle i korzystałam z przerwy w pracy, na którą szykowałam się od dawna. Może nie powinnam była odbierać tego telefonu. Może taki jest prawdziwy wymiar mojej obsesji, że nawet gdy po raz pierwszy od lat czuję się zadowolona i wypoczęta, naciskam „odbierz”. A może taką siłę ma moja skłonność do autodestrukcji, że przyjęłam jej propozycję, a jemu odmówiłam, choć sprawiło to przykrość nam obojgu.
Nie lubię patrzeć w przeszłość. W każdym razie właśnie to powtarzam sobie od dwudziestu czterech godzin.
A dziś jestem na cudownej herbatce w Arizonie.
Specjalizuję się w nierozwiązanych sprawach dawno zaginionych osób. Nie umiem powiedzieć, dlaczego podejmuję się któregoś zadania, a inne odrzucam. Skoro na świecie są setki tysięcy zaginionych, równie dobrze mogłabym rzucać lotkami do tarczy. Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy; za swoje usługi nie pobieram wynagrodzenia, bo nie jestem wykwalifikowaną specjalistką, tylko mam hobby, które obsesyjnie uprawiam. Odległość też nie stanowi przeszkody – nie mam rodziny, stałego domu ani pracy, więc w każdej chwili mogę pojechać wszędzie.
Niektórych mój tryb życia może martwić. Co za idiotka poświęca się poszukiwaniu ludzi, których nigdy nie widziała, w miastach, których w życiu nie odwiedziła, na prośbę kompletnie nieznajomych osób, których już więcej nie spotka. Od dziesięciu lat próbuję sobie odpowiedzieć na to pytanie. Gdybym tylko wiedziała…
W sprawie Aliah zaintrygowała mnie chronologia wydarzeń. Jej przyjaciółka, też Afganka, zniknęła trzy tygodnie temu. Czas zdecydowanie nie pasował do spraw z bardziej odległej przeszłości, jakimi zwykle się zajmowałam. Zdarzyło się to tak niedawno, że policja nie przykładała się za bardzo do poszukiwań, a mąż nie przestraszył się na tyle, by podjąć działania na własną rękę.
Perspektywa poszukiwania zaginionej osoby ze społeczności uchodźców – grupy zagrożenia, na którą często nie zwraca się uwagi – w połączeniu z szansą na znalezienie kogoś żywego, okazała się na tyle intrygująca, że ściągnęła mnie aż tutaj. Co nie znaczy, że już zdecydowałam się w to wejść. W mojej pracy – przepraszam, w moim hobby – sceptycyzm popłaca. Ludzie kłamią. A ludzie żyjący w poczuciu zagrożenia w marginalizowanych środowiskach zwykle kłamią jeszcze częściej, i nie bez powodów.
– Posłuchaj. – Odkładam gruszkę i gryzę następną niewiarygodnie pyszną suszoną morwę. – Mówisz, że zaginęła twoja przyjaciółka, ale chyba nikt oprócz ciebie się o nią nie martwi. Skąd pewność, że nie uciekła z innym mężczyzną, nie wyjechała, żeby odzyskać równowagę psychiczną, czy coś w tym rodzaju? Nie wspominałaś, że dopiero niedawno przyjechała do Stanów? To mogło być dość traumatyczne przeżycie.
– Oczywiście, Sabera jest trochę przytłoczona. Na początku tak jest z każdym z nas. Ale ma córkę. Żadna matka nie zostawi dziecka, zwłaszcza gdy tak zaciekle walczyła o to, żeby się tu dostać.
– Walczyła? Co masz na myśli?
– Na świecie jest trzydzieści milionów uchodźców. Wiesz, ilu z nich dostaje dom, pracę, szansę na nowy start?
– Niewielu?
– Ledwie jeden procent. Sabera i jej mąż znaleźli się w garstce szczęściarzy i dobrze o tym wiedzą.
Kiwam głową.
– W porządku. Ale bez względu na to, czy los się do nich uśmiechnął, czy nie, na pewno przeżywają prawdziwy stres.
– Nigdy nie zostawiłaby córki – powtarza z uporem Aliah. – Zahra ma dopiero cztery lata. Potrzebuje matki, tym bardziej że znalazły się w obcym kraju.
– A mąż Sabery? Facet, który jeszcze nawet nie zaczął jej szukać?
– To nie jest małżeństwo z miłości – oświadcza Aliah i znowu pochmurnieje.
– Jak długo są po ślubie?
– Cztery lata.
Cztery lata po ślubie i czteroletnie dziecko. Nie mogę się powstrzymać i unoszę brew.
Aliah w odpowiedzi tylko wzrusza ramionami.
– O ile mi wiadomo – mówi – Isaad przyjaźnił się z jej ojcem. Pobrali się tuż przed upadkiem Kabulu. Udało mu się wydostać Saberę z kraju. Jej rodzina nie miała tyle szczęścia.
– Co się z nimi stało?
– Nie żyją.
– Wszyscy? – Nie umiem ukryć zdumienia w głosie.
Aliah posyła mi znaczące spojrzenie.
– Sabera uciekła z kraju – powtarza. – Nie przyjechała tu turystycznie.
– Opowiedz mi o wszystkim w szczegółach – proszę w końcu. – Kiedy przyjechali do Tucson, gdzie mieszkają, kiedy widziałaś ją ostatnim razem i tak dalej.
– Przyjechali dziesięć tygodni temu z Abu Zabi.
– Dlaczego z Abu Zabi?
– Kiedy upadł Kabul, zostali przeniesieni z tymczasowego obozu dla uchodźców w Islamabadzie do większego w Abu Zabi i tam czekali na oficjalny status uchodźców. Ten proces trochę trwa.
– Też przechodziłaś przez coś takiego? – pytam. Aliah wygląda na osobę bliższą pięćdziesiątki niż dwudziestki.
– Mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu, kiedy talibowie pierwszy raz zajęli Kabul.
W jej głosie pojawia się surowy ton. Trudno się dziwić.
– A jak poznałaś Saberę?
– Lokalne agencje pomagają uchodźcom zacząć nowe życie. Jestem wolontariuszką w jednej z takich agencji tutaj, w Tucson. Staram się wspierać zwłaszcza innych Afgańczyków. W tym wypadku przygotowałam mieszkanie na przyjazd rodziny Ahmadi: zaopatrzyłam je w herbatę, podstawowe przyprawy, mięso halal, jogurty i tak dalej. Żeby wystarczyło na pierwszy tydzień, kiedy trzeba się uczyć wszystkiego naraz.
– Też mieszkają w tym kompleksie? – Wskazuję przez okno na ustawione w podkowę, żółto otynkowane budynki, otoczone barwnymi kwiatami i kaktusami w dziwnych kształtach.
– Och, nie. – Aliah kręci głową. – Pieniądze na pomoc wystarczają najwyżej na kilka miesięcy. Większość uchodźców na początku żyje w zupełnie innych warunkach. Ja dostałam pierwsze mieszkanie tylko dlatego, że poprzedni lokator został w nim zamordowany.
Otwieram szeroko oczy.
– I policja dalej jest pewna, że twojej przyjaciółce nie stało się nic złego? Jeżeli, jak mówisz, mieszkała…
– Żeby policjanci mogli być czegoś pewni albo nie, musieliby potraktować jej zaginięcie poważnie, a na razie w ogóle nie chce im się tym zająć.
– Dlaczego?
– Wszyscy uchodźcy muszą od razu podjąć pracę. Pieniądze to ważna rzecz, prawda?
Kiwam głową.
– Agencje do spraw relokacji pomagają też w znalezieniu pracy. Utrzymują kontakt z pracodawcami, którzy nie mają oporów przed zatrudnianiem uchodźców, na przykład dzięki dobrym doświadczeniom z afgańskimi pokojówkami chętnie przyjmą następne. Poza tym to dla nich wygodniej, kiedy pracownicy mieszkają niedaleko siebie i mówią tym samym językiem. Duży hotel albo firma budowlana może wtedy przysłać rano jeden autobus po wszystkich zatrudnionych.
Znowu kiwam głową, bo widziałam takie rozwiązania w innych miastach.
– Saberę przyjęli do sprzątania w dużym ośrodku. Tydzień po jej zaginięciu przyszła tam policja, żeby zadać parę pytań. Inne pokojówki zeznały, że Sabera zamierzała zostawić męża. Mówiła im, że chce rozwodu. Policjantom to wystarczyło.
– Ale ty w to nie wierzysz.
Lekkie wzruszenie ramion.
– To się zdarza. Trauma, bieda, stres bardzo źle wpływają na małżeństwa. Ludzie przyjeżdżają tu i nagle wszystko jest nowe, oni są nowi… Zdarza się. Ale Sabera nie miała żadnego powodu, żeby zostawiać córkę.
– Może zamierza po nią wrócić, kiedy będzie już miała gdzie mieszkać. Byłoby ją stać na samodzielne mieszkanie, jeżeli rzeczywiście, jak mówisz, ma dość ograniczone środki?
– Byłoby jej bardzo trudno. Gdyby rzeczywiście miała taki plan, z pewnością musiałaby dalej pracować.
– Tyle że nie wróciła do pracy?
– Nie wróciła.
– Ani do rodziny?
– Nie.
Jestem skłonna przyznać rację Aliah.
– Co mówi jej mąż?
Wargi kobiety zaciskają się z dezaprobatą.
– Jest pewien, że ona niedługo wróci.
– „Niedługo wróci”? Mówi o tym tak, jakby wyszła się przejść? I gliniarze po prostu przyjęli to do wiadomości?
Znowu prycha z pogardą, co wystarcza mi za odpowiedź.
– Kontaktowała się z tobą? – pytam.
– Nie.
– A gdyby postanowiła odejść od męża i potrzebowała pomocy, dałaby ci znać?
Chwila ciszy.
– Mam nadzieję. Jestem rozwiedziona. Sabera o tym wie.
Wracamy do odpowiedzi, które tak naprawdę nie są odpowiedziami. Przechylam głowę i jeszcze raz przyglądam się gospodyni. Atrakcyjna kobieta o falowanych czarnych włosach, przystrzyżonych tak krótko, że tworzą tylko obramowanie twarzy. W kącikach ciemnych oczu widać zmarszczki, na czole rysują się delikatne bruzdy. Te szczegóły jedynie podkreślają jej urodę, nadają twarzy wyraz silnej woli i zdecydowania. Niejedno w życiu widziała, niejedno przeżyła, pokonała niejedną przeszkodę. Nie ma zamiaru się teraz załamywać.
Czy młodą imigrantkę, taką jak Sabera, podniosłoby to na duchu, czy raczej przytłoczyło?
Muszę wierzyć, że policja choć odrobinę zainteresowała się tym, że Sabera nie wróciła nawet do pracy. Chyba że inne pokojówki przekazały dodatkowe informacje, których Aliah albo nie zna, albo nie chce mi zdradzić.
– Sabera dobrze mówi po angielsku? – Zmieniam taktykę.
– Doskonale. Rodzina jej matki pochodzi z Londynu. Sabera już w dzieciństwie mówiła po angielsku tak samo biegle jak w dari i paszto, dwóch najważniejszych językach w Afganistanie. Ma zresztą zdolności lingwistyczne, posługuje się płynnie wieloma językami, nie mówiąc o dialektach.
– Innymi słowy, nie ma żadnych problemów z barierą językową.
– Nie ma. Nie przeżywa też takiego szoku kulturowego jak inni. Jej ojciec wykładał na uniwersytecie w Kabulu, a matka była znaną projektantką mody. Oboje byli pod dużym wpływem Zachodu. Mieli na tyle postępowe poglądy, że zachęcali Saberę do studiów. Ale oczywiście…
– Wychowała się w oświeconej i zamożnej rodzinie – dopowiadam. – Czyli nie jest jej łatwo mieszkać w nędznej norze i pracować jako pokojówka.
– To wcale nie koniec, to początek – recytuje Aliah.
– Czego?
– Nowego życia w Ameryce. W Afganistanie byłam pielęgniarką. Po przyjeździe do Stanów nie pozwolono mi pracować w żadnym zawodzie medycznym. Zmywałam naczynia w restauracji za parę centów. Ludzie uważają, że uchodźcy potrafią co najwyżej kierować taksówkami albo szorować toalety. A w każdym razie to jedyna rzecz, którą pozwalają nam robić. Wiesz, ilu lekarzy, prawników, inżynierów i pilotów przyjechało w ostatnich latach z Afganistanu? Ale nasze dyplomy i uprawnienia nie są honorowane. – Wzrusza ramionami. – Musimy się dostosować. Nie jest to łatwe, ale nie ma innego wyjścia. A Sabera postanowiła zrobić wszystko, żeby ułożyć sobie życie w tym kraju. Choćby dla córki.
– Gdzie widziano ją ostatni raz?
– Kiedy wychodziła z pracy. Została trochę dłużej i spóźniła się na transport pracowników, więc poszła na przystanek.
– I wsiadła do autobusu?
– O to musisz zapytać policję.
W zamyśleniu kiwam głową.
– Ma telefon komórkowy? Wszyscy dzisiaj mają.
– Tak, na kartę.
– Och, moja bratnia dusza. Nikt nie próbował namierzyć go przez GPS?
– O to też powinnaś zapytać policję.
– Albo męża?
– Oczywiście. – W głosie Aliah wyraźnie brzmi powątpiewanie.
Milknę i przyglądam się suto zastawionemu stołowi w ślicznym i zadbanym mieszkaniu, udekorowanym olśniewającymi tkaninami w głębokich barwach i wyposażonym w wygodne fotele i kanapę. Jeżeli po przyjeździe do kraju Aliah zaczynała od szorowania garnków, to naprawdę świetnie się przystosowała.
Nie podjęłam jeszcze decyzji, ale mam ostatnie pytanie, które często przesądza o wszystkim.
– Dlaczego? – pytam ze wzrokiem utkwionym w twarzy gospodyni.
– Dlaczego co?
– Dlaczego chcesz ją odnaleźć? Policji to nie interesuje, mąż też nie wydaje się zaniepokojony, a tobie zależy na tym do tego stopnia, że kontaktujesz się z obcą osobą i prosisz o pomoc. Dlaczego?
– Znajdujesz osoby, których nie da się znaleźć – oznajmia Aliah.
– Znajduję ludzi, których nikt inny nie szuka. – Nie wiem, dlaczego to rozróżnienie jest dla mnie takie ważne, ale jest.
– Właśnie. – Aliah kiwa głową. – A Sabery nikt nie szuka. Wiesz, co to znaczy być obcym? Patrzeć, jak cały nasz kraj po prostu znika? Jak likwiduje się nasze siostry, matki, córki? Jak gdyby nigdy nie istniały? Tak wygląda dzisiaj życie w Afganistanie. Już po raz drugi. Tutaj powinno być inaczej. Sabera zasługuje na coś lepszego. Jej córka też.
Wpatruję się w ciemne, poważne oczy Aliah.
– W porządku – mówię.
– Będziesz jej szukać? Zapłacę. Tylko powiedz ile.
– To nie na tym polega. Od razu wyjaśnię: pracuję dla zaginionych, w tym przypadku dla Sabery. Zawsze. A rodzina, przyjaciele, nawet ci, którzy proszą mnie o pomoc… – Wskazuję na nią. – Kiedy zaczynam zadawać pytania, nie wszyscy dalej mnie tak lubią. To może też dotyczyć ciebie.
Aliah buńczucznie unosi brodę.
– Nie boję się.
– Wspaniale. – Odstawiam herbatę i się podnoszę. – Jak myślisz, o co tutaj chodzi? Gdybyś miała odgadnąć bez zastanowienia, co się przydarzyło twojej przyjaciółce.
– Myślę… – Zmarszczyła z wahaniem brwi. – Może to przez męża. Nie wiem na pewno, ale zwykle winien jest mąż, prawda?
– Często tak bywa.
Najciekawsza jest brawura jej odpowiedzi. Nie jestem pewna, czy Aliah wierzy w to, co mówi, czy raczej chce w to wierzyć. Ledwie zgodziłam się wziąć tę sprawę, a osoba, która mi ją zleciła, już zaczyna kręcić.
Ktoś rozsądny od razu dałby sobie spokój. Ktoś przy zdrowych zmysłach poszukałby prawdziwej pracy, może nawet mieszkania, a jeśli nie udałoby mu się stworzyć udanego i stabilnego związku, sprawiłby sobie przynajmniej kota.
Mimo to nie waham się ani chwili. Wyjmuję telefon, proszę o numer Sabery, jej adres zamieszkania, najnowsze zdjęcie i nazwę pracodawcy. Aliah z wdzięcznością przekazuje mi te szczegóły, po czym dodaje od siebie nazwiska przydzielonej do rodziny opiekunki i koordynatorki zakwaterowania z agencji pomocy uchodźcom.
I w ten prosty sposób wracam do pracy.
Nazywam się Frankie Elkin i zajmuję się poszukiwaniem zaginionych osób. Kiedy policja daje za wygraną, opinia publiczna zapomina o sprawie, a media od początku nie były nią zainteresowane, wtedy zaczynam działać ja. Nie dla pieniędzy, nie dla sławy i najczęściej bez niczyjej pomocy.
Ze swoją misją zjeździłam cały kraj, od podejrzanych dzielnic miast, przez dzikie połacie Wyoming, aż do raju, w którym miałam okazję spędzić chwilę. Obrzucano mnie przekleństwami, strzelano do mnie, o mały włos mnie nie zabito. Widziałam, jak ludzie umierali. W niektórych przypadkach pomagałam im rozstać się z życiem.
Najwyraźniej nie jestem osobą, która uczy się na błędach.
Niedawno zrobiłam sobie zasłużoną przerwę, by dojść do siebie po szczególnie przerażającej sprawie, i spędziłam ten czas z naprawdę niezwykłym facetem. Było dobrze, powiedziałabym nawet: wspaniale. Ale gdy tylko zobaczył, że odebrałam telefon…
„Od samego początku wiedziałem, że nie jesteś z tych, co zostają na dłużej”, wyszeptał z ustami przy mojej szyi.
To prawda. Jestem też kobietą z wrodzonym poczuciem odrębności, którego nigdy nie będę umiała się pozbyć. Dlatego choćbym bardzo się starała, zawsze będę postronną obserwatorką. Niektórzy rozumieją, jak żyć prawdziwym życiem. A oprócz nich jestem jeszcze ja.
Osoba, która szuka zaginionych.
I która zawsze znika pierwsza.