-
nowość
-
promocja
Pociąg o północy - ebook
Pociąg o północy - ebook
Gdyby całe życie przeleciało ci przed oczami, w którym jego momencie byś się zatrzymał?
Dla Wilbura najlepszym momentem był czas spędzony z Maggie, miłością jego życia, podczas miesiąca miodowego w Wenecji. Zanim wszystko stracił…
Wiele lat później, gdy mężczyzna znajduje się na skraju śmierci, nadjeżdża pociąg. Zabiera go w przeszłość i daje szansę, by jeszcze raz przeżyć najważniejsze chwile życia. Wkrótce Wilbur zaczyna rozumieć, jak bardzo wszystko mogłoby się zmienić, gdyby dokonał innych wyborów.
Magiczna opowieść o podróżach w czasie, miłości i drugiej szansie, osadzona w świecie Biblioteki o północy.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8335-994-6 |
| Rozmiar pliku: | 867 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przez wenecką lagunę mknęła wodna taksówka, a dwoje siedzących w niej młodych ludzi, będących właśnie w podróży poślubnej, spoglądało przed siebie z zachwytem.
Wilbur przytulał się do Maggie i ściskał jej dłoń, gdy tak siedzieli na rufie niewielkiej łodzi, mając przed sobą połyskujący w promieniach słońca akwen.
— Kocham pana, panie Budd — powiedziała Maggie, a słowa te przyszły jej tak naturalnie jak oddech.
— Ja też panią kocham, pani Budd.
Maggie zaśmiała się z cicha, słysząc, jak zabawnie i zarazem oficjalnie to brzmiało.
Trzymali się za ręce, gdy łódź, pośród cichego warkotu silnika, płynęła w kierunku miasta, a ich palce były ze sobą splecione niczym korzenie, których nie sposób rozdzielić. Był dziewiąty sierpnia 1974 roku.
Wilbur oderwał wzrok od roztaczającego się przed nim widoku i spojrzał na kobietę, którą znał od dzieciństwa.
— Zawsze już tak między nami będzie, prawda? — spytała Maggie.
Wilbur uśmiechnął się w odpowiedzi.
— Oczywiście. Dlaczego miałoby być inaczej? — zapewnił.
Kiedy z laguny wpływali już niemal na wody Canal Grande, wymienili pocałunek.
— Nie wiem. Wszystko zmienia się z biegiem czasu.
— No, ale spójrz tylko na taką Wenecję: nie zmieniła się przez setki lat. Równie dobrze mógłby być teraz rok 1574, jak i 1974.
Maggie spojrzała na miasto.
— Racja! Nie zawracajmy sobie głowy czasem. Bądźmy jak Wenecja!
Wilbur przyglądał się, jak Maggie unosi swój aparat Pentax — prezent ślubny od ojca — i nakierowuje obiektyw na Pałac Dożów, którego pełna przepychu, biało-różowa, kamienna fasada z misternymi łukami arkad wznosiła się tuż nad wodami laguny niczym w jakimś niewiarygodnie pięknym gorączkowym śnie.
— I pozostańmy tacy już na zawsze! — dodał ze śmiechem Wilbur.
Przeciągnęła dłonią po jego rozczochranej czuprynie, niemal najdłuższej, jaką kiedykolwiek miał.
— O tak, już na zawsze i bez końca…
Łódź nieco zwolniła.
— To tam — rzekł przewoźnik, wskazując ładny, choć trochę zaniedbany budynek z terakotową fasadą. — Hotel Proserpina.
Wilbur i Maggie nigdy wcześniej nie byli za granicą, a hotel wydał im się egzotyczny i wielce obiecujący. W owej chwili żadne z nich nie spostrzegło przypatrującej im się z brzegu postaci, tak podobnej przy tym do Wilbura, że nie sposób byłoby ich rozróżnić.
Godzinę później siedzieli w przyjemnym cieniu jednej z kawiarenek nad Canal Grande, w swobodnym milczeniu sącząc wino i przypatrując się miastu.
Wilbur miał na sobie te same sandały, dżinsowe dzwony oraz zieloną koszulę z krótkim rękawem i szerokim kołnierzykiem, w których wsiadł do samolotu, a Maggie ubrana była w swój pomarańczowy kombinezon. Wilbur stwierdził, że wygląda w nim jak gwiazda filmowa, a ona powiedziała, żeby przestał się silić na takie oklepane komplementy, lecz mimo to się uśmiechnęła.
Nieopodal przepłynął tramwaj wodny pełen turystów, a Maggie zaczęła wspominać wesele.
— Nigdy dotąd nie widziałam, żeby twoja mama była taka szczęśliwa — powiedziała. — Nawet słowem nie wspomniała o… — Tu przerwała, nie chcąc psuć nastroju tej chwili.
— O Dougiem? Rzeczywiście, w ogóle o nim nie wspomniała. Nigdy jej takiej nie widziałem po tym wszystkim, co się stało. Myślę, że pomógł tutaj gin, a także twój tata…
— No popatrz tylko na siebie — rzekła Maggie, uśmiechając się promiennie w blasku słońca.
— Niby po co mam na siebie patrzeć?
— Rozparłeś się w fotelu jak cesarz na tronie.
— Po prostu jestem szczęśliwy.
— I słusznie. W końcu przeżywasz swój miesiąc miodowy.
Wilbur poczuł, że Maggie zaczęła przyglądać mu się nieco uważniej.
— Nie myślisz chyba o sklepie? — spytała.
Pokręcił głową.
— Nie, właściwie to nie — skłamał. A raczej powiedział półprawdę. — Przynajmniej nie w tej chwili. Teraz myślę tylko o tobie. A takie myślenie bywa dosyć absorbujące…
I rzeczywiście w tamtej chwili to szczęście nie wydawało im się niczym nadzwyczajnym. Przepływało przez palce ich otwartych dłoni swobodnie niczym strumień i oboje myśleli, że tak już będzie zawsze i że strumień ten nigdy nie wyschnie. Będzie tak właśnie płynął i płynął, a oni nigdy nie będą musieli się zastanawiać, skąd wytryska. Ani się wysilać, aby z niego czerpać i się nim sycić, tak jakby życie mogło być niekończącym się miesiącem miodowym.
Po lampce wina ruszyli w stronę Kościoła Świętego Jana Jałmużnika. Gdy w oddali dostrzegli Most Rialto, Maggie zaczęła wesoło podśpiewywać fragment swojej ulubionej piosenki: Bridge Over Troubled Water.
Mijali szykowne włoskie pary: mężczyzn w rozpiętych pod szyją koszulach i kobiety w eleganckich sukienkach, a potem ulicznego muzyka grającego na akordeonie oraz starego Amerykanina palącego fajkę i rozprawiającego ze swoim towarzyszem o jazzie.
— Tu wszystko wydaje się zupełnie inne, prawda? — zauważyła Maggie.
Podniosła wzrok i rozejrzała się dokoła, chłonąc kolory Wenecji. Terakota i róż, odrobina żółtego, ciemnoniebieskie okiennice — a wszystko to w promieniach słońca wyglądało tak, jakby zostało powleczone cieniutką warstewką miodu.
— Inne? Od czego?
— Od wszystkiego, co dotąd widzieliśmy.
Wilbur się zaśmiał. Nigdy nie czuł się tak szczęśliwy jak teraz. Kiedyś, w tamtych mrocznych dniach, nawet nie sądził, że może taki być. Ani że wystarczy mu do szczęścia to, że będzie spacerował wzdłuż jednego z weneckich kanałów, co rusz spoglądając na kobietę, którą uwielbia.
Odwrócił się ku Maggie, na której obliczu zagościł promienny uśmiech pełen życia. Wyraz jej twarzy był równie szczery i otwarty jak wtedy, gdy spotkał ją po raz pierwszy. Tak samo zresztą jak ona sama. Twarda jak stal z Sheffield i gorąca jak słońce. Był nią zafascynowany. Umiała sprawić, że na jakiś czas zapominał o ranach z przeszłości, i miał nadzieję, że i on wywierał na nią taki sam wpływ. Kiedyś wcale nie chciał zakochać się w niej, ani zresztą w nikim innym. Miłość bywa przecież niebezpieczna. Ale teraz, kiedy już się to stało, odczuwał wdzięczność. Przy niej czuł się spełniony i kompletny, jak pytanie, które znalazło właściwą odpowiedź.
Kiedy mieli wejść na schody wiodące na Most Rialto, Wilbur zatrzymał Maggie, aby ją pocałować.
— Moglibyśmy się tutaj przeprowadzić — powiedział.
Kilka minut później, gdy mijali stragan z książkami na moście, dodał:
— Mógłbym sprzedać sklep.
To był tylko żart. W końcu dopiero co tutaj przyjechali. Ale w pewnym sensie mówił zupełnie poważnie, na tyle, na ile odwoływał się do jakiegoś pierwiastka swobody i spontaniczności, który nosił w swoim wnętrzu.
— I co byśmy tutaj robili? — spytała Maggie, dając się ponieść wyobraźni.
— Mogłabyś zostać artystką… albo oprowadzać po mieście miłośników sztuki.
— A ty mógłbyś otworzyć mały stragan z książkami, taki jak ten na moście.
I właśnie wtedy Wilbur usłyszał ten szept. Tuż przy samym uchu. Coś jakby chłodne tchnienie.
Musisz zachować to w sobie.
Gwałtownie potarł ucho.
— Wszystko w porządku, kochanie? — spytała Maggie.
— Och, tak. To tylko komar czy coś.
I w ogóle się tym nie przejął. Czasami myśli rozbrzmiewają na głos, to wszystko.
Wziął Maggie za rękę i mocno ścisnął jej dłoń. W tym upale czuł się nieco oszołomiony i zdezorientowany pośród tłumu, a mimo to nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy.
Szli dalej, lecz zaraz potem coś innego przykuło uwagę Wilbura. Coś, czego nie dało się już zignorować. Zaniepokojona Maggie spojrzała na niego ukradkiem. Być może uznała, że myśli o swoim bracie. Tak jednak nie było. Przed nimi, w cieniu portyku obok małego sklepiku z rzeźbami ze szkła, Wilbur ujrzał coś tak niezwykłego, że widok ten napełnił go przerażeniem.
Dostrzegł bowiem człowieka, którego sylwetka ledwie majaczyła w powietrzu. Jakby nie był całkiem przezroczysty, ale także niezupełnie istniał w przestrzeni. Był to ten sam mężczyzna, który obserwował ich, gdy wysiadali z taksówki wodnej przed hotelem, lecz tym razem nie pozostał niezauważony. Mężczyzna, który w jakiś tajemniczy sposób wyglądał dokładnie tak samo jak Wilbur. Istny sobowtór. Takie same sandały, dżinsowe dzwony, zielona koszula z krótkim rękawem i szerokim kołnierzykiem. Takie same rozczochrane włosy i wydatne bokobrody. Taka sama szczupła sylwetka i sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu. Dwudziestodziewięcioletni Wilbur z sierpnia 1974 roku. Ten, który miał u stóp cały świat.
Ten drugi Wilbur najwyraźniej się zorientował, że został zauważony, i pomachał do niego, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Wilbur nieznacznie uniósł dłoń.
— Wszystko w porządku, kochanie? — spytała zaniepokojona Maggie.
Nie chciał jej martwić, więc pokręcił tylko głową i rzekł:
— Tak. Po prostu trochę mąci mi się w głowie od upału.
— Daj spokój, chłopie — powiedziała, celowo przedrzeźniając swój własny sposób mówienia. — Musisz obejrzeć sobie jakiś ładny, odjechany kościół i pogapić się na parę obrazków Tycjana.
Roześmiał się. Ale schodząc po schodach, usłyszał coś jeszcze.
Cichy gwizd i rytmiczne sapanie.
Brzmiało to prawie tak, jakby tuż obok pociąg odjeżdżał właśnie ze stacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiPIĘĆDZIESIĄT DWA LATA PÓŹNIEJ…
NIĆ
Wilbur Budd zmarł około północy, ale trudno mu było przypomnieć sobie wszystkie szczegóły.
Nieco wcześniej stał u siebie na żwirowym podjeździe, żegnając swoją nauczycielkę gry na pianinie.
— Dzięki! — powiedział, nieco zdyszany po przejściu przez cały dom. — I baw się dobrze dziś wieczorem w Cambridge!
Nauczycielka gry na pianinie otwarła drzwi czekającego na nią samochodu. Była po czterdziestce. O połowę młodsza od niego, lecz wydawała się mieć już dość dobrze poukładane życie. Uśmiechnęła się jeszcze w promieniach popołudniowego słońca, gdy ogrodnik Wilbura przejechał obok kosiarką ciągnikową, pielęgnując trawnik, który rozciągał się aż po sam skraj leżących w dole dzikich łąk. Kwietniowa sobota. Niebo było błękitne, wiał lekki wiatr, a przez dochodzący z oddali szum samochodów co rusz przebijał się głośny śpiew ptaków. Ot, jeden z tych jasnych, tchnących spokojem wiosennych dni, które rozsiewały nadzieję na przyszłość.
— Tak właśnie zrobię. I dzięki za rozmowę. Pamiętaj, co mówiłam: staraj się tak nie pędzić, kiedy grasz. Nie śpiesz się… Rób to wolno i spokojnie. W końcu do tego dojdziesz.
— Tak — odrzekł Wilbur. — Pewnie tak.
Trochę zakręciło mu się w głowie. Poczuł lekkie mdłości.
Uniósł słabowite starcze ramię, otworzył pilotem bramę i machał na pożegnanie swojej nauczycielce gry na pianinie, gdy odjeżdżała wiejską drogą, a następnie wrócił do środka, pokonując krótki dystans dzielący dom od podjazdu.
Lekcje gry na pianinie brał od dwóch lat, od momentu, gdy zobaczył odnośne ogłoszenie w witrynie sklepu muzycznego. Lekarz powiedział mu wcześniej, że bardzo ważne jest, aby po przekroczeniu osiemdziesiątki uczyć się nowych rzeczy, i Wilbur z niecierpliwością wyczekiwał tych cotygodniowych spotkań.
Kiedy wrócił do środka, przeszedł przez przestronny, wyłożony płytkami salon i skierował się w stronę instrumentu.
Znowu poczuł się dziwnie. Tym razem był to jakiś ucisk w lewym ramieniu, który jednak minął, więc Wilbur usiadł i zaczął ćwiczyć swój szkoleniowy utwór, pamiętając przy tym, aby zanadto się nie spieszyć.
Muzyka, jak bodaj nic innego, potrafiła snuć się za człowiekiem przez całe dekady. W końcu piosenka była niczym igła, ciągnąca za sobą nić czasu i zszywająca zupełnie różne nieraz chwile w pewną całość. Była w tym słodycz, zaprawiona jednak kroplą goryczy. Taka igła mogła solidnie ukłuć. A ta akurat melodia niosła ze sobą aż nazbyt wiele bolesnych wspomnień. Lecz przecież takie było jego życie. Przeżył to, co przeżył.
Był mniej więcej w połowie utworu i usiłował właśnie sięgnąć małym palcem dźwięku es, kiedy rozległ się dzwonek. Telefon stacjonarny. Dotarcie do niego zajęło mu dłuższą chwilę. Jego nogi nie były już takie jak kiedyś. Zresztą nic nie było takie jak dawniej. Zebrał się w sobie, spodziewając się rozmowy z jakimś sprzedawcą lub jednego z tych telefonicznych szwindli z mechanicznie wygenerowanym głosem. Właściwie tylko takie telefony ostatnio odbierał.
Ale nie tym razem. Nie był to żaden automat ani oszust, a sama rozmowa nie miała nic wspólnego z marketingiem ani sztuczną inteligencją.
— Halo, czy to Wilbur?
Był to głos, którego nie słyszał od bardzo dawna. Mówiąc ściśle, od paru dziesięcioleci. Brzmiał jakby nieco ciszej. Trochę słabiej. Ale bez wątpienia należał właśnie do niej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki