Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Pociski jak paciorki różańca. Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie wobec Ukraińców w Sahryniu i innych wsiach powiatu hrubieszowskiego 9–10 marca 1944 roku - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
7 stycznia 2026
45,00
4500 pkt
punktów Virtualo

Pociski jak paciorki różańca. Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie wobec Ukraińców w Sahryniu i innych wsiach powiatu hrubieszowskiego 9–10 marca 1944 roku - ebook

Oddajemy w ręce Czytelników książkę poświęconą jednemu z najtragiczniejszych epizodów polsko-ukraińskiego konfliktu lat czterdziestych XX wieku na ziemiach dzisiejszej Polski. Mimo że od opisywanych wydarzeń upłynęło osiemdziesiąt lat, nadal wywołują silne emocje, kontrowersje i zażarte spory. Bywały obszarem świadomej manipulacji faktami niewygodnymi z punktu widzenia głosicieli jednostronnej narracji narodowej. Pociski jak paciorki różańca skłaniają do pogłębionej refleksji nad wachlarzem postaw w nieludzkich czasach wojny i okupacji oraz konfliktu etnicznego rozgrywającego się w tle. […]

„Mariusz Sawa opowiada się po stronie faktów i prawdy, nawet jeśli są niewygodne, a przeciwko propagandzie historycznej. Prezentuje więc postawę historyka uprawiającego naukę w duchu krytycznym, w opozycji do narracji strażników pamięci jedynie o „czynach dumnych i chwalebnych”, charakterystycznej dla bezkrytycznego podejścia do dziejów własnego narodu. Ponadto nie zamyka się w sferze przynależnej do historii zdarzeniowej, wkracza w obszar badań interdyscyplinarnych”.

Mariusz Zajączkowski, Słowo wstępne

„Ludzie zabili ludzi, chrześcijanie chrześcijan, żołnierze cywilów i – w zdecydowanej większości przypadków – uzbrojeni nieuzbrojonych. Doszło do przemocy i popełniono zło. W ciągu kilkunastu godzin nie mniej niż 1,1 tysiąca żołnierzy zamordowało w kilkunastu wsiach ponad 1,2 tysiąca osób. Jeśli przyjmiemy, że akcja trwała kilkanaście godzin, możemy założyć, że w ciągu godziny życie odbierano dziewięćdziesiąt razy, czyli więcej niż jedno na minutę”.

(fragment książki)

Mariusz Sawa – doktor nauk humanistycznych, historyk, publicysta (pisze o przeszłości relacji polsko-ukraińskich), społecznik (wydobywa z niepamięci prawosławne cmentarze historycznej Ziemi Chełmskiej). Publikował m.in. w czasopismach: „Tygodnik Powszechny”, „Dzieje Najnowsze”, „Nowa Europa Wschodnia”, „Karta”, „Ukrajins’kyj almanach”, „Ukraina Moderna”.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

„Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Słowo wstępne

Część I. „Śmierć i trwoga” – czas zbrodni

„Fakty są znane i oczywiste”, o co więc pytać?

„…żaden historyk…” – Sahryń ’44 w historiografii

Sahryń – polski, ukraiński czy rosyjski?

Ukraińcy – między lojalnością a walką

Polacy: spolonizować i zdeukrainizować

Niemcy: wzbudzić nienawiść i niepewność

„Odwet” czy „prewencja”? Słowo o przyczynach i celach

„Nieszczęsny ja człowiek…” – (ksiądz) Michał Struk

„Szkoła podoficerska UPA” – atakowani

„…żywy łańcuch bandytów” – atakujący

„…pomordowani będą pomszczeni” – redukcja empatii

„Popatrz, dziecko, to nasza ofiara idzie do Boga” – o spalonych wsiach

„Przypadkowo zastrzeleni”

„…padło ofiarą przeszło tysiąc Ukraińców…”

„…rozkazy o oszczędzaniu ludności cywilnej”

Krowa i „szeregi czarnych oddziałów śmierci”

„…strzelam, jednym pociskiem zabijam” – „Śmieszny” ofiarą „Wiktora”

„Pan darował mi życie…” – empatia

„…a szczątki leżały porozciągane przez świnie” – po 10 marca

Część II. Duchy – post-Sahryń ’44

„…polowanie, wstrzeliwanie się do celów żywych”

„Po ukraińskiej stronie sromotna klęska” – opowieść bohatera

Między „akcją” a „chełmskim ludobójstwem”

„Nie można zrównywać…” – Wołyń i Sahryń

„…nikt z nas nie był winny” – moralność i odpowiedzialność

„…ekscesy ze strony poszczególnych sprawców…” – śledztwo

„…tablica postawiona na cmentarzu…” – spory o miejsca

„Polka i siedmioro dzieci”

„Anioł”

„…poniżanie godności i bezczeszczenie pamięci” – spory o pamięć

„Prowokacja i hucpa”, czyli sprawa Grzegorza K.

Od heroizacji czynu do sakralizacji sprawców – sahryńscy „wyklęci”

Sahryńskie „wianuszki”, czyli walka na zdjęcia

„Pop z obrzynem” i inni święci męczennicy

Spotkajmy się w Sychar

Część III. Aneks. Dokumenty

Zakończenie

Bibliografia

Wykaz skrótów i skrótowców

Podziękowania”

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7893-889-7
Rozmiar pliku: 9,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWO WSTĘPNE

Osią, wokół której Mariusz Sawa buduje narrację książki Pociski jak paciorki różańca, jest wielowymiarowy obraz dramatycznych wydarzeń z udziałem Polaków i Ukraińców w okolicach Hrubieszowa 10 marca 1944 roku. Dały one początek tak zwanej rewolucji hrubieszowskiej. Mariusz Sawa napisał pierwszą kompleksową monografię na ten temat.

Nazwa „rewolucja hrubieszowska” pochodzi z dokumentów Batalionów Chłopskich, a kryją się pod nią antyukraińskie wystąpienia Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich na terenie powiatu hrubieszowskiego w ówczesnym dystrykcie lubelskim Generalnego Gubernatorstwa. Trwały do początku kwietnia 1944 roku. W tym czasie polscy partyzanci dopuszczali się zbrodni na miejscowej ludności ukraińskiej, na niespotykaną tam wcześniej skalę stosując wobec niej zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Były to działania bez precedensu również pod względem reakcji polskiego podziemia i związanych z nim samoobron na masowe zbrodnie ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego – Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stepana Bandery i Ukraińskiej Armii Powstańczej – na pozostałych terenach objętych w latach 1943–1944 konfliktem narodowościowym, z Wołyniem i Galicją Wschodnią włącznie. Obok doświadczenia niemieckiej akcji kolonizacyjnej na Zamojszczyźnie (jesień 1942 – lato 1943), napływu między innymi do powiatu hrubieszowskiego tysięcy polskich uciekinierów z Wołynia w następstwie apogeum antypolskiej akcji OUN-B i UPA (druga połowa 1943 roku) oraz wrogich wobec polskiej ludności i podziemia wystąpień partyzantki ukraińskiej w południowo-wschodniej części dystryktu lubelskiego GG (pierwsza połowa 1944 roku), „rewolucja hrubieszowska” odcisnęła największe piętno na miejscowych Polakach i Ukraińcach. W konsekwencji nakładania się na siebie tych wydarzeń, jak również w obliczu nadciągającej ze wschodu Armii Czerwonej i poprzedzających ją rajdów partyzantki sowieckiej (od zimy 1943/1944 roku operowała na niemieckim zapleczu frontu we wschodniej części dystryktu lubelskiego), w kwietniu 1944 roku w okolicach Hrubieszowa, Tomaszowa Lubelskiego i Lubaczowa wybuchła polsko-ukraińska wojna partyzancka. Jej kres przyniosło dopiero wznowienie w lipcu 1944 roku działań wojennych na froncie wschodnim.

W rezultacie konfliktu polsko-ukraińskiego życie na terenie dystryktu lubelskiego GG w latach 1943–1944 straciło nie mniej niż 4,7 tysiąca cywilów, w tym około 3250 ukraińskich i co najmniej 1450 polskich. Znaczna większość ofiar – 4050, w tym 2,8 tysiąca Ukraińców i co najmniej 1250 Polaków – zginęła w południowo-wschodniej części dystryktu od marca do czerwca 1944 roku. W tym czasie w całości lub częściowo uległo zniszczeniu około 90 wsi i kolonii o mieszanym składzie narodowościowym. W obawie przed terrorem partyzantów polskich lub ukraińskich nie mniej niż 40 tysięcy osób – około 20 tysięcy Ukraińców i 20 tysięcy Polaków – opuściło swoje domostwa i uciekło w bezpieczniejsze okolice. Do rangi symbolu tragicznego losu ludności ukraińskiej urosły wydarzenia z przedwiośnia i wiosny 1944 roku w Sahryniu, Szychowicach, Łaskowie i Bereściu; ludność polska w tym czasie najmocniej ucierpiała w Gozdowie, Tarnoszynie, Wasylowie i Łubczach. Tragedie także wielu innych wsi o mieszanym składzie narodowościowym na trwałe wpisały się w pamięć zbiorową obu zwaśnionych społeczności.

Paradoksem historii jest, że na Zamojszczyźnie i w okolicach Lubaczowa, czyli na terenach dzisiejszej Polski, które pod koniec niemieckiej okupacji najdotkliwiej doświadczył konflikt narodowościowy, wiosną 1945 roku został zawarty rozejm między podziemiem poakowskim – Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj, następnie Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość” a podziemiem banderowskim (OUN-B i UPA). Jesienią tego samego roku objęto nim również lubelską część Podlasia (okolice Białej Podlaskiej i Włodawy). W odróżnieniu od pozostałych południowo-wschodnich ziem powojennej Polski rozejm polsko-ukraiński na wschodniej Lubelszczyźnie i w Lubaczowskiem przetrwał próbę czasu – obie strony w mniejszym lub większym stopniu respektowały go do lata 1947 roku. Zmiany w relacjach między podziemiami najmocniej doświadczyła – w pozytywnym znaczeniu tego słowa – ludność polska i ukraińska. Paradoksalnie decyzję o rozejmie podjęli między innymi polscy i ukraińscy konspiratorzy, którzy jeszcze rok wcześniej wydawali rozkazy do akcji przeciwko ludności przeciwnika lub brali w nich udział, w następstwie czego dochodziło do zbrodni na cywilach. Do rangi najważniejszego symbolu tego porozumienia urosła wspólna akcja zbrojna oddziałów polskiej i ukraińskiej partyzantki na miasteczko Hrubieszów przeprowadzona pod koniec maja 1946 roku przeciwko garnizonowi sowieckich wojsk wewnętrznych oraz miejscowemu polskiemu aparatowi represji (Urzędowi Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej). Była to jedna z największych akcji zbrojnych podziemia antykomunistycznego na ziemiach dzisiejszej Polski.

Książka Mariusza Sawy nie sprowadza się do rekonstrukcji wydarzeń historycznych i osadzenia ich w szerszym kontekście społeczno-politycznym ostatnich miesięcy okupacji niemieckiej na Zamojszczyźnie. Autor szerzej patrzy na realia konfliktu o podłożu wyznaniowym w okresie międzywojnia (rzymscy katolicy kontra prawosławni), a nawet zaboru rosyjskiego (katolicy, w tym grekokatolicy, kontra prawosławni). Przygląda się mentalności i codziennemu życiu lokalnych społeczności (katolickiej i prawosławnej, polskiej i ukraińskiej). Odkrywa historie jednostkowe, w tym mało znane albo nieznane nikomu poza najbliższą rodziną. Szuka odpowiedzi na nurtujące go pytanie, dlaczego zdarzył się 10 marca 1944 roku w Sahryniu i kilkunastu innych wsiach powiatu hrubieszowskiego, które zamieszkiwała ludność ukraińska. Mierzy się między innymi z antyukraińskimi mitami propagandy Polski Ludowej, ale też z polukrowanymi i funkcjonującymi w przestrzeni publicznej oficjalnymi życiorysami lokalnych bohaterów, na przykład dowódców polskiej partyzantki – Stanisława Basaja ps. „Ryś” z hrubieszowskich BCh i Zenona Jachymka ps. „Wiktor” z tomaszowskiej AK.

Ze szczególną uwagą Mariusz Sawa pochylił się nad ofiarami wydarzeń z 10 marca 1944 roku. Oddając im głos, próbuje zrozumieć i opisać motywacje sprawców zbrodni. Zadanie wyznaczył sobie niełatwe, ponieważ – co należy wyraźnie podkreślić – podjął się go przedstawiciel lokalnej społeczności, którego rodzina od pokoleń jest wrośnięta w Ziemię Hrubieszowską. Przodkowie autora doświadczali każdego przejawu życia na terenach katolicko-prawosławnego pogranicza wyznaniowego (katolickiego zarówno w obrządku greckim, jak i łacińskim) oraz polsko-ukraińskiego pogranicza etnicznego. Na co dzień obcowali z unikalnym kolorytem kultury materialnej i duchowej zrodzonym w warunkach sprzyjających przenikaniu się elementów polskich i ukraińskich. Niestety, częścią doświadczenia pogranicza są też konflikty. W czasach najcięższej próby – w okresie wojny i okupacji oraz we wczesnych latach powojennych – życie na pograniczu wiązało się z dokonywaniem indywidualnych wyborów, niekiedy bardzo trudnych, najczęściej podyktowanych ostrymi konfliktami etnicznymi i wyznaniowymi. O tragicznych losach mieszkańców Sahrynia i okolicznych wiosek ukraińskich autor po raz pierwszy dowiedział się z przekazów rodzinnych. Porównał je w trakcie wieloletnich gruntownych badań historycznych (kwerend bibliotecznych i archiwalnych, badań terenowych) z szerokim korpusem źródeł: polskich, ukraińskich, sowieckich, niemieckich, także źródeł mówionych, przekazów mieszkańców Ziemi Hrubieszowskiej, Polaków i Ukraińców, katolików, prawosławnych i tak zwanych kałakutów, aby podzielić się z Czytelnikiem własną recepcją lokalnej, jakże trudnej i zawiłej historii polsko-ukraińskiej.

Praca Mariusza Sawy jest ważna również dlatego, że dodaje istotny głos do debaty na temat jednej z najczarniejszych kart w dziejach polskiego podziemia niepodległościowego. Owa debata ma charakter głównie wewnątrzpolski i niestety nie sprowadza się do rzeczowej dyskusji znawców przedmiotu, czyli zawodowych historyków. Uczestniczą w niej także niehistorycy, w tym zaangażowani ideologicznie i emocjonalnie publicyści, politycy, ale też samozwańczy lokalni aktywiści reprezentujący środowiska kombatanckie, kresowe i nacjonalistyczne; osobom tym jedynie się wydaje, że uprawiają profesję historyka. Socjolog Georges Mink, autor wydanego w 2017 roku obszernego opracowania na temat historii politycznej i konfliktów pamięci w Polsce w XX i XXI wieku, słusznie zauważył, że politycy „nie kierują się zasadami przyświecającymi naukowcom. Liczy się dla nich jedynie zysk polityczny, jaki mogą dzięki temu osiągnąć”. Dlatego prezentują jedynie zbiór własnych wyobrażeń na temat polsko-ukraińskiej przeszłości, w dużym stopniu poddany ideologicznej wykładni, bez oparcia w faktach, bez potwierdzenia w źródłach. Autor niniejszej książki stanął przed dylematem towarzyszącym po 2015 roku wielu polskim historykom dziejów najnowszych, zajmującym się w szczególności relacjami Polaków ze współobywatelami nie-Polakami i niekatolikami. Zdaniem Minka wszyscy oni muszą się zmierzyć z niezwykle trudnym pytaniem: „gdzie przebiega granica między interpretacją faktów historycznych a ich manipulacją?”. Mariusz Sawa opowiada się po stronie faktów i prawdy, nawet jeśli są niewygodne, a przeciwko propagandzie historycznej. Prezentuje więc postawę historyka uprawiającego naukę w duchu krytycznym, w opozycji do narracji strażników pamięci jedynie o „czynach dumnych i chwalebnych”, charakterystycznej dla bezkrytycznego podejścia do dziejów własnego narodu. Ponadto nie zamyka się w sferze przynależnej do historii zdarzeniowej, wkracza w obszar badań interdyscyplinarnych.

Książka Pociski jak paciorki różańca dotyka jednej z kilku zbrodni szczególnie niewygodnych dla wyznawców bezkrytycznej narracji o najnowszych dziejach Polski, w tym o konspiracji niepodległościowej. Wzbudzi też zapewne opór apologetów polskiego podziemia nacjonalistycznego i jednocześnie obrońców zbrodni komunistycznych na obywatelach polskich wywodzących się z mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych. Mord dokonany przez oddziały partyzanckie AK i BCh na ukraińskich mieszkańcach kilkunastu wsi w pobliżu Hrubieszowa w marcu 1944 roku przynależy do swoistego panteonu czynów wstydliwych, z tego powodu relatywizowanych, niechcianych i wymazywanych z pamię­ci zbiorowej Polaków. Uczestniczy w tym procederze Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, po 2016 roku opanowany przez tak zwane lobby narodowe, które odwołuje się do tradycji endeckiej i oenerowskiej. Na cenzurowanym są też:

– zbrodnia popełniona w czerwcu 1945 roku przez lubelskie zgrupowanie oddziałów partyzanckich Narodowych Sił Zbrojnych Mieczysława Pazderskiego ps. „Szary” na ukraińskich mieszkańcach we wsi Wierzchowiny w powiecie krasnostawskim na Lubelszczyźnie;

– pacyfikacja pięciu wsi białoruskich w powiecie bielskim na Białostocczyźnie, przeprowadzona na przełomie stycznia i lutego 1946 roku przez podkomendnych Romualda Rajsa ps. „Bury” z białostockiego zgrupowania oddziałów partyzanckich Narodowego Zjednoczenia Wojskowego;

– akcja „Wisła” z wiosny i lata 1947 roku, dzieło polskich komunistów oraz ich wojska i aparatu represji, przeprowadzona za wiedzą i zgodą Moskwy.

Zbrodnie te do dziś są umniejszane, racjonalizowane, wręcz usprawiedliwiane, bez względu na to, kto ich dokonał: akowcy, bechowcy, polscy nacjonaliści spod szyldu NSZ i NZW, reżimowe wojsko i aparat represji Polski Ludowej.

Pociski jak paciorki różańca powstały mimo pośrednich nacisków wywieranych na autora przez niektórych polityków z prawej strony sceny politycznej. W zbrodniach w Sahryniu i jego okolicach dopatrują się oni jedynie zamiaru zniszczenia rzekomej bazy UPA oraz walki z uzbrojonymi cywilami ukraińskimi. Środowiska nacjonalistyczne usilnie starały się zdeprecjonować odmienną narrację w obszarze relacji Polaków z Żydami, Ukraińcami i Białorusinami w czasie II wojny światowej i we wczesnych latach powojennych. Zarówno one, jak i prawicowi politycy grzmieli o „pedagogice wstydu”, a badaczy ujawniających niewygodną prawdę odsądzali od czci i wiary, odmawiali im prawa do patriotyzmu i polskości. Od drugiej połowy 2016 roku, po przejęciu IPN przez propagatorów wyłącznie „pedagogiki dumy i chwały” oraz narracji heroiczno-martyrologicznej, radykalne, samozwańcze środowiska kresowe i nacjonalistyczne podjęły się misji „debanderyzacji” przestrzeni publicznej w Polsce. Skażenia narracją ukraińskich nacjonalistów oraz działania pod ich dyktando dopatrzyły się między innymi w badaniach naukowych i edukacji historycznej na temat konfliktu polsko-ukraińskiego w latach czterdziestych XX wieku. Za rzekomo uległych narracji antypolskiej uważają przedstawicieli polskiej historiografii, którzy obiektywnie, w zgodzie z etyką i warsztatem historyka, bez pomijania faktów niewygodnych także dla strony polskiej piszą o konflikcie narodowościowym.

Książka Mariusza Sawy powstała mimo szykan administracyjnych, którym jako pracownik Oddziału IPN w Lublinie autor był poddawany przez zwolenników jednostronnie narodowej optyki na wybrany przez niego obszar badań; nie potrafili zaakceptować też sposobu, w jaki zajmował się tematem. Podkreślmy: działo się to w instytucji państwowej powołanej do kształtowania pamięci o systemach totalitarnych (faszystowskim, nazistowskim i stalinowskim) oraz traumatycznych doświadczeniach wszystkich polskich obywateli, bez względu na ich narodowość, wyznanie lub światopogląd, w czasie II wojny i w okresie Polski Ludowej. Na IPN spoczywa formalny obowiązek prowadzenia i propagowania rzetelnych i bezstronnych badań naukowych oraz edukacji historycznej dotyczącej zbrodni przeciwko pokojowi, zbrodni wojennych, zbrodni przeciwko ludzkości, zbrodni ludobójstwa oraz zbrodni komunistycznych w rozumieniu ustawy o IPN. Ponadto instytucja ta jest zobligowana do piętnowania i ścigania wszystkich wyżej wymienionych kategorii czynów zabronionych w świetle prawa polskiego i międzynarodowego.

Oddajemy w ręce Czytelników książkę poświęconą jednemu z najtragiczniejszych epizodów polsko-ukraińskiego konfliktu lat czterdziestych XX wieku na ziemiach dzisiejszej Polski. Mimo że od opisywanych wydarzeń upłynęło osiemdziesiąt lat, nadal wywołują silne emocje, kontrowersje i zażarte spory. Bywały obszarem świadomej manipulacji faktami niewygodnymi z punktu widzenia głosicieli jednostronnej narracji narodowej. Pociski jak paciorki różańca skłaniają do pogłębionej refleksji nad wachlarzem postaw w nieludzkich czasach wojny i okupacji oraz konfliktu etnicznego rozgrywającego się w tle. Piewcy bezkrytycznego podejścia do dziejów własnego narodu, skupieni wyłącznie na jego doświadczeniu heroiczno-martyrologicznym, nie chcą przyjąć do wiadomości, że Polacy w konflikcie z Ukraińcami nie byli jedynie ofiarami. Zrekonstruowaną i opowiedzianą przez siebie historią Mariusz Sawa dowiódł, że relacje polsko-ukraińskie w latach czterdziestych XX wieku miały wiele odcieni szarości.

Mariusz Zajączkowski„Fakty są znane i oczywiste”, o co więc pytać?

Ludzie zabili ludzi, chrześcijanie chrześcijan, żołnierze cywilów i – w zdecydowanej większości przypadków – uzbrojeni nieuzbrojonych. Doszło do przemocy i popełniono zło. W ciągu kilkunastu godzin nie mniej niż 1,1 tysiąca żołnierzy zamordowało w kilkunastu wsiach ponad 1,2 tysiąca osób. Jeśli przyjmiemy, że akcja trwała kilkanaście godzin, możemy założyć, że w ciągu godziny życie odbierano dziewięćdziesiąt razy, czyli więcej niż jedno na minutę. Tylko w Sahryniu i jego koloniach zginęło ponad sześciuset ludzi, dwie trzecie ofiar to kobiety z dziećmi. Rozstrzeliwania ukrywających się wśród pól albo uciekających pod lasem zdarzały się sporadycznie. Najczęściej ludzie ginęli w płomieniach albo dusili się dymem w kryjówkach pod zabudowaniami. Czasami wzywano ich do opuszczenia schronów. Jeśli nie wychodzili, do środka wrzucano granaty. Broniła się uzbrojona garstka, członkowie formacji podległych Niemcom (w tym dezerterzy z 5. Pułku Policji SS) oraz samoobrony, działających za wiedzą i zgodą władz niemieckich; mieli pozycje na cmentarzu i w cerkwi. Partyzanci, którzy wtargnęli do wsi, często pochodzili spoza tych okolic. We wskazywaniu domów do spalenia pomagali im miejscowi chłopcy. Ich ojcowie, mimo że na co dzień nie walczyli, również chwycili za broń i wspomagali żołnierzy. Pod koniec akcja przybrała formę „polowania, wstrzeliwania się do celów żywych”. Po niej nastąpiła wielodniowa grabież.

Komu przeznaczono śmierć? Wszystkim obywatelom polskim, którzy posiadali niemiecki dowód osobisty z literą „U”, czyli każdemu Ukraińcowi. Znaczenia nie miały nazwisko identyczne z noszonym przez wielu miejscowych Polaków, wspólni z Polakami przodkowie, zaangażowanie w ukraiński ruch konspiracyjny, wiek ani płeć. Zarówno starym niedołężnym kobietom, jak i dopiero poznającym świat dzieciom, dobro- i złoczyńcom wymierzano najwyższą karę. Był to typowy, popełniony na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej mord ze względu na narodowość, będącą przecież sprawą subiektywną, złożoną, czasem może nawet nieuświadomioną, a wielokrotnie kwestią wyboru albo odgórnego przypisania do niej.

Christopher Browning przeanalizował sposób popełniania zbrodni przez niemieckich policjantów. „Wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem, a zrozumienie – przebaczeniem” – stwierdził. W sprawie Sahrynia ja także nie miałem na względzie usprawiedliwienia ani nawet przebaczenia, o ile jest to w ogóle czyn przebaczalny. Można wręcz powiedzieć, że nurtowały mnie bardziej przyziemne, zasadnicze pytania, przynajmniej na początku pracy. W trakcie analizy źródeł, podczas spotkań, podróży i rozważań przybywało problematycznych zagadnień i wymagały one pogłębienia. Jaki był Sahryń przed 10 marca 1944 roku, czyli przed wojną i w okresie okupacji? Dlaczego polskie podziemie zaatakowało właśnie tę wieś? Jak przebiegały „akcja na Sahryń” oraz ataki na inne miejscowości? W jaki sposób powstały mity o istnieniu UPA w Sahryniu, wcześniejszych zbrodniach tamtejszych Ukraińców, uzbrojonej twierdzy, tysiącu ofiar, rozkazie, by nie mordować cywilów, oraz ich przypadkowej śmierci? W jakim stopniu napad został sprowokowany i kto za niego odpowiada? Czy mord był bezwzględny, czy może zdarzały się ludzkie odruchy? Czy wszyscy popełniali zło? Czy znaleźli się cywile, którzy pomogli swoim sąsiadom przeżyć, i żołnierze, którzy nie pociągnęli za cyngiel? Jak wyglądała ta wieś tuż po zbrodni i po wojnie? Czy zbrodnię sahryńską można zestawiać z wołyńską albo innymi zbrodniami popełnionymi przez „stronę polską”? Czym stał się Sahryń w ciągu kilkudziesięciu lat dla Ukraińców i jak przedstawia się tamte wydarzenia w dzisiejszej Polsce? W jaki sposób upamiętniono ofiary wydarzeń z 10 marca 1944 roku i co wokół sahryńskiego pomnika zadziało się w ostatnich latach? Jak wyglądało śledztwo w sprawie Sahrynia? Kto odpowiedział za swoje czyny?

Olga Czarnecka nieraz wspominała przy mnie ciężkie lata wojny spędzone w rodzinnym Masłomęczu. Rankiem 10 marca 1944 roku we wsi pojawili się uciekinierzy. Wśród nich był kolega jej ojca, mieszkaniec Sahrynia. W samych kalesonach, z przerażeniem w oczach, biegł przez ich podwórko i krzyczał: „Petre! Ratuj mene! Ratuj mene!”. Ludzi ogarnęła trwoga. Nikt nie wiedział, co się dzieje.

Podobny obraz zapamiętała stryjeczna siostra mojego ojca, Bogumiła Żyła, mieszkanka Werbkowic. W stronę Hrubieszowa, pod oknami jej domu, biegli wzdłuż torów kolejki wąskotorowej wystraszeni ludzie. Widziała też Niemców obserwujących przez lornetkę palące się wsie, zatrzymali swój motocykl niedaleko szkoły, ówczesnego posterunku UPP w służbie niemieckiej. Po wojnie ten epizod przerodził się w legendę o przebranych w niemieckie mundury polskich partyzantach.

Wspomnienia te, dla jednych bolesne, w innych wzbudzają agresję. Wstydliwy temat bywa poruszany na ulicach okolicznych wsi, często przypadkiem, czasem przy wódce: jako wyrzut sumienia albo nieutulony żal po tych, z którymi miało się przecież wspólnych prawosławnych przodków. W pewnych sytuacjach bezpieczniej o tym nie mówić. Nigdy nie wiadomo, z jaką reakcją się spotkamy. Patriotyzm krytyczny nie jest tu popularny.

Ernst Cassirer, analizując w Eseju o człowieku rozwój historii jako dziedziny wiedzy oraz rozmyślając o specyfice pracy historyka, stwierdził, że nigdy nie są bez znaczenia „bogactwo, różnorodność, głębia i intensywność jego osobistego doświadczenia”. Z osobistym podejściem do tematu nie zamierzam więc się ukrywać. Na moje jego postrzeganie nie bez wpływu pozostaje fakt, że wychowałem się kilka kilometrów od Sahrynia, w Werbkowicach. Bywając w Sahryniu i przejeżdżając przez tę wieś niezliczenie wiele razy, w różnych, najczęściej pozahistorycznych celach, nie patrzyłem na nią przez pryzmat wydarzeń z 10 marca 1944 roku. Sahryń nie sprowadza się przecież do owej krwawej wiosny. Wielokrotnie zachodziłem do tamtejszej świątyni, bywałem na cmentarzu, rozmawiałem z mieszkańcami. Mimowolnie dostrzegałem może nie większość współczesności i przeszłości tej wsi, ale na pewno moje poznanie nie ogranicza się do tragicznego czasu niemieckiej okupacji. Może właśnie stąd wzięła się ta książka. Od początku zamierzałem wykroczyć w niej poza centralne wydarzenie. Sahryń zainteresował mnie nie tylko jako miejsce zbrodni, destrukcji i rozbicia tego, co „trwało od wieków”, lecz także jako przestrzeń życia i trwania.

W trakcie pisania zdałem sobie sprawę, że nie chcę uczynić Sahrynia synonimem ani symbolem czegoś (zła? błędu?), mimo że dla pewnej grupy osób już nim jest. Nie chcę, by nazwa tej wsi przywoływała skojarzenia wyłącznie ze zbrodnią dokonaną tam 10 marca 1944 roku. Historyk ma moc rekonstruowania faktów, przypominania zapomnianego, akcentowania poszczególnych wydarzeń; ba, może tworzyć mity, którymi potem myślimy i operujemy w debacie publicznej: „Historycy mają w Polsce wielką władzę”. Czy udało mi się znaleźć Sahryń, jakiego wcześniej nie znaliśmy? A może postrzeganie Sahrynia jako miejsca zbrodni lub zwycięstwa już się dokonało? Może więc poprzez zarysowanie szerszego tła 10 marca 1944 roku oraz problemów po tej dacie związanych z Sahryniem uda mi się nieco wstrzymać postępujące mitologizowanie tamtych wydarzeń? Nie zamierzałem stworzyć opowieści o akcji polskiego podziemia z marca 1944 roku, chciałem raczej zrekonstruować historię „Sahrynia ’44” jako mitu i walki o różne wizje pamięci o nim. Innymi słowy: ta książka by nie powstała, gdyby nie współczesne spory o Sahryń.

Jak aktualny jest to temat, zwłaszcza w kontekście funkcjonowania ukraińskiej mniejszości narodowej we współczesnej Polsce, pokazał raport opublikowany przez Związek Ukraińców w Polsce, jakby na potwierdzenie słów Benedetta Crocego, że „każda historia jest historią współczesną”. Podkreślam jednak, starałem się pisać „historię historyków” (mimo że częściowo sprowokowały mnie dyskusje publicystyczne, których uczestnicy wyraźnie abstrahowali od dorobku historiografii albo wręcz go ignorowali), zarówno prawdziwą, jak i przystępną dla laików. Mam świadomość, że będzie się kłóciła z jakimiś pamięciami zbiorowymi. Po co w ogóle powstała? Podeprę się słowami Timothy’ego Snydera: „Można powiedzieć prawdę i wyciągnąć lekcję”. Warto spróbować, nawet jeśli ta prawda i lekcja będą bolesne, zwłaszcza dla potomków zabójców i osób identyfikujących się z formacjami, które z jednej strony miały na koncie liczne czyny bohaterskie, a z drugiej faktycznie dopuściły się zbrodni. Napisałem tę książkę między innymi po to, by uczcić pamięć ofiar. Nie zamierzałem piętnować sprawców, dlatego chociaż personalia niektórych morderców są znane (występują głównie w ukraińskojęzycznej literaturze wspomnieniowej), zdecydowałem się je zanonimizować. Imponuje podejście, jakie do wstydliwej, trudnej przeszłości własnych przodków (poprzedników) przyjął Martin Pollack, syn gestapowca, a więc człowiek o traumie i psychicznym obciążeniu rodzinną przeszłością niewspółmiernie większych niż moje. Napisał: „nie wolno zamykać oczu, zatykać uszu, nie chcieć wysłuchać tamtych wspomnień, ilekroć się z nimi skonfrontujemy. A już na pewno nie wtedy, gdy chodzi o wspomnienia sprawców, nawet jeśli są nimi bliskie nam osoby”. Nie jesteśmy, co prawda, odpowiedzialni moralnie za czyny i zaniechania naszych dziadków, ale za to, co się dzieje wokół nas – już tak. Pisałem zatem o Sahryniu, myśląc tak naprawdę o teraźniejszości i przyszłości.

Ukraińcy z Sahrynia i okolic, I poł. XX w. Zbiory Ludmyły Herczakiwskiej

Próbowałem zrezygnować ze schematu: partyzanci dobrzy, Ukraińcy źli, albo Polacy okrutni, Ukraińcy ofiary. Joanna Tokarska-Bakir nazywa takie podejście jak moje zrywaniem „z etykietami, czyli esencjalnymi definicjami aktorów (»komuniści«, »faszyści«, »antysemici«)”, i „zastępowaniem analizą ich praktyk. Działanie aktorów jest uprzednie wobec ich tożsamości – egzystencja poprzedza tu esencję”. Zainspirowały mnie także rozważania z dziedziny socjologii sytuacyjnej, bardzo przydatne w refleksji nad ludzkim postępowaniem w okresie wojny, w szczególności myśli Randalla Collinsa. Socjolog ten, wyjaśniając zachowania, analizuje sytuację, a nie odwrotnie. Dlatego zawarłem w książce wątki, które do tej pory nie były wyraźnie obecne w literaturze historycznej dotyczącej zbrodni w Sahryniu, a pierwszy – postać pracownika posterunku policji ukraińskiej w Sahryniu – oraz postawy tych Polaków, w tym partyzantów, którzy pomagali Ukraińcom lub zaniechali mordowania, nie zaistniały chyba w ogóle. W pewnym stopniu zburzyłem uproszczone narracje heroiczną i martyrologiczną dotyczącą tego wydarzenia, obie osadzone w etnicznym spojrzeniu na przeszłość. Wyjście z „plemiennego” spojrzenia na dzieje nastręczyło mi w praktyce znacznych trudności.

W materii tak delikatnej jak opowieść o zbrodni, zapamiętanej zarówno przez sprawców, jak i ofiary (ale też świadków „z zewnątrz”), chodzi o właściwy przekład języka źródła na język historyka. Podstawowa pułapka kryje się w języku źródła – istnieje ryzyko, że dziś będzie on niezrozumiały. Bez uwzględnienia kontekstu lub nadania przekazowi źródłowemu właściwego znaczenia dokonamy interpretacji ułomnej albo, co gorsza, nonsensownej. Na przykład z jakiego powodu autorzy niektórych źródeł nazywali Sahryń warowną bazą ukraińskich nacjonalistów? Czy to określenie odpowiada stanowi faktycznemu, czy o czymś świadczy? Co znaczy upowska opowieść o rozrywanej przez akowców zgwałconej dziewczynie albo dziecku rozpiętym na drzwiach sahryńskiej cerkwi? Czemu miała służyć? Obie opowieści o Sahryniu (walce/zbrodni): heroiczna (heroistyczna) i martyrologiczna (martyrologizująca), są etnocentryczne. Tymczasem przeszłość Sahrynia nie jest własnością żadnego z ludzi, którzy w ten sposób ją opowiadają i przez to kradną. Nie jest też własnością historyka, ale historyk powinien mieć ambicje pokazać ją w wielu wymiarach.

Do momentu rozpoczęcia pracy nad tą książką żyłem w przekonaniu, że „niewłaściwie prowadzone badania historyczne nie powodują śmierci »pacjentów«, a błędy w sztuce nie grożą konsekwencjami prawnymi”. Przykłady z ostatnich lat pokazują, że w szczególności nie tyle błędy, ile podejmowanie tak zwanych kontrowersyjnych tematów konsekwencjami prawnymi jednak grozi. Starałem się więc pisać po prostu uczciwie – zarówno o tych, którzy odeszli, jak i o tych, którzy są zamieszani we współczesne spory o Sahryń, by nie uderzać w ludzi, ale pokazywać zjawiska.

* * *

Książka składa się z trzech części. W pierwszej, faktograficznej, próbuję na podstawie wszystkich znanych źródeł chronologicznie odtworzyć wydarzenia z wiosny 1944 roku, z zarysowaniem krajobrazu przed zbrodnią i po niej. Część druga, napisana w stylu bardziej publicystycznym, odnosi się do wydarzeń przedstawionych w części pierwszej, ale dotyczy tego, co Kazimierz Wóycicki nazywa „kształtowaniem się ich obrazu w społecznej pamięci”, a Marcin Napiórkowski nadawaniem im sensu (nierzadko za cenę prawdy) poprzez tworzenie na ich temat mitów. Jest rozbudowanym epilogiem. W części trzeciej zaprezentowałem najbardziej w moim przekonaniu interesujące źródła na temat wydarzeń opisanych w części pierwszej. Zależało mi, aby były różnorodne, między innymi spisane przez różnych autorów (na przykład Niemców, partyzantów, Ukraińców) i w różnym czasie (bieżące meldunki niemieckie, relacje opublikowane przez kombatantów po wojnie, zeznania złożone w śledztwie kilkanaście lat temu), bo niejednolitość wzbogaca ich ładunek emocjonalny i wartość faktograficzną, a przez to umożliwia rozmaitość interpretacji.„…żaden historyk…” – Sahryń ’44 w historiografii

W siedemdziesiątą rocznicę zbrodni w Sahryniu ukraiński publicysta Bogdan Huk stwierdził niezbyt optymistycznie – i chyba nie do końca zgodnie z prawdą:

Na chwilę obecną Sahryń nie doczekał się nawet najmniejszej pracy monograficznej, nawet najkrótszego artykułu. Pojawiały się jedynie przypadkowe wzmianki w literaturze polskiej albo ukraińskiej. Z jakichś przyczyn żaden historyk nie uznaje za konieczne zająć się tym, że jednego dnia Armia Krajowa popełniła swoją największą zbrodnię na ludności cywilnej.

Zdaje się, że pierwszym historykiem, który szczegółowo, również na podstawie dokumentów niemieckich, ukazał tło polsko-ukraińskiego konfliktu w Hrubieszowskiem, był Zygmunt Mańkowski (w 1992 roku); atak na Sahryń jednak przemilczał. Skalę polskiego ataku i przyczyny „akcji na Sahryń” sześć lat później nakreślił Andrzej Leon Sowa; przychylił się do tezy, że zajście miało charakter pacyfikacyjny, nie zaś uprzedzający ukraińskie uderzenie.

W międzyczasie w polskich środowiskach kombatanckich zaczęto lansować tezę, dzisiaj bezrefleksyjnie powielaną, że „akcja na Sahryń” wpisywała się w ciąg zdarzeń tak zwanego powstania zamojskiego. Po drugiej stronie granicy w 1997 roku lwowski historyk Petro Kostyk na kilku stronach książki poświęconej całym dziejom Chełmszczyzny i Podlasia opisał międzynarodowe uwarunkowania poprzedzające atak polskiego podziemia wiosną 1944 roku. W 2009 roku o „hrubieszowskiej rewolucji”, w tym o Sahryniu, wspomniał w swojej pracy Ihor Iljuszyn. W 2011 roku temat zasygnalizował Wołodymyr Wjatrowycz w głośnej książce Druha pols'ko-ukrajins'ka wijna 1942–1947 (Druga wojna polsko-ukraińska 1942–1947). Oparł się na kilku znanych, ogólnodostępnych źródłach. W Polsce ten historyk ma opinię kontrowersyjnego, bywa też przez recenzentów uznawany za nierzetelnego. Zebrał i opublikował wiele relacji Ukraińców ocalałych z akcji 9–10 marca 1944 roku.

Pełniejszy obraz ataku polskiego podziemia na podstawie relacji polskich i ukraińskich przedstawił Grzegorz Motyka w publikacji Tak było w Bieszczadach; o polskim ataku na Sahryń wspomina też w monografii Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. W połowie i jesienią 2014 roku ukazały się dwa moje artykuły dotyczące elementów spornych na temat zbrodni w Sahryniu oraz dodatek do „Tygodnika Powszechnego”, z omówieniem porozumienia polsko-ukraińskiego i Sahryniem w tle. Atak na Sahryń opisał dość obszernie Leszek Wójtowicz w publikacji na temat martyrologii siostry Longiny Trudzińskiej. W tym samym czasie Instytut Studiów Politycznych PAN we współpracy z IPN wydał fundamentalną pracę Mariusza Zajączkowskiego poświęconą ukraińskiemu podziemiu na Lubelszczyźnie w okresie okupacji niemieckiej. Autor w jednym z podrozdziałów szeroko omówił tak zwaną rewolucję hrubieszowską (uznał ją za odwet), szczegółowo wyjaśnił cele, charakter, sekwencję wydarzeń, proporcje sił, przebieg i ukraińską odpowiedź. Do jego ustaleń odwołał się w swojej kolejnej książce Grzegorz Motyka. Najnowszego omówienia „akcji na Sahryń” pod kątem liczby ofiar wśród ukraińskiej ludności cywilnej dokonali Igor Hałagida i Myrosław Iwanyk.

Do nakreślenia tła zbrodni w Sahryniu wiele wniosły badania Mariusza Zajączkowskiego i Myrosława Iwanyka oparte na źródłach niemieckich i sowieckich. Od czasu do czasu głos zabierają także potomkowie polskich dowódców. Zbrodnia w Sahryniu pojawiła się na kartach jednej powieści.

Akcja na Sahryń w obiektywie żołnierza AK Stanisława Minora. Zbiory Muzeum Regionalnego im. dr. Janusza Petera w Tomaszowie Lubelskim

Nie ma zatem odrębnej pracy poświęconej „akcji na Sahryń”, ale najbardziej doskwiera brak tekstu, który wykraczałby poza główne, choć w moim odczuciu nie najistotniejsze problemy narzucone przez propagowaną w Polsce narrację heroiczną. Studiując publikacje nienaukowe, w tym kombatanckie i pisane przez historyków amatorów, filmy dokumentalne, a także wpisy internetowe, odnoszę wrażenie, że ich twórcy powielają wciąż te same, pozbawione oparcia w źródłach dywagacje, od czasu do czasu ubarwione dodatkowymi szczegółami wedle uznania ich autorów. Anonimowy autor komunikatu IPN Informacja na temat uderzenia oddziałów AK i BCh na Sahryń minął się więc z prawdą w stwierdzeniu: „Zarówno detale wydarzeń w Sahryniu, jak też ich kontekst zostały w historiografii polskiej bez niedomówień opisane – przy wykorzystaniu materiałów źródłowych polskich i ukraińskich”. Wypada również zauważyć, że chociaż Sahryń świetnie wpisuje się w wiktymizacyjne trendy ukraińskiej polityki pamięci, pamięć o tej zbrodni nie sięga dalej niż poza środowisko wypędzonych, pielęgnujące ją w Ukrainie Zachodniej. Mało tego, Sahryń funkcjonuje na peryferiach nie tylko ukraińskiej pamięci, ale także historiografii.

Najwcześniejsze przekazy o tym, co się wydarzyło w Sahryniu wiosną 1944 roku, wytworzyli Niemcy i Ukraińcy, w tym niedoszłe ofiary (wśród nich członkowie banderowskiej konspiracji). Składały relacje pracownikom Ukraińskiego Komitetu Pomocowego (ukr. Ukrajins'kyj Dopomohowyj Komitet, UDK) w Hrubieszowie. Policyjne meldunki niemal na bieżąco relacjonowały przebieg wydarzeń, ruchy polskiej partyzantki i jej liczbę. Okupanci – jako zewnętrzni obserwatorzy – początkowo nie angażowali się w działania w Sahryniu i okolicy, dlatego meldunki charakteryzuje brak szczegółowego rozeznania i przede wszystkim emocji. Źródła ukraińskie i polskie, zwłaszcza zeznania ocalałych i odezwy, już od pierwszych dni zawierały ładunek propagandowy na użytek wewnętrzny, w obrębie własnych narodów, oraz zewnętrzny – wymierzony w Niemców oraz inne grupy uznane za wrogów. Nieocenionym zasobem informacji są zeznania ocalałych Ukraińców składane przed UDK w Hrubieszowie kilka tygodni po zdarzeniu, wspomnienia kombatanckie, wspomnienia ocalałych oraz zeznania w śledztwie IPN.Sahryń – polski, ukraiński czy rosyjski?

Pisanie historii równa się jej wartościowaniu. Już dobór tematu, wybór problemu i słowa użyte do opisów świadczą o wartościach, które wyznaje historyk. Świadomość jest godna uznania, ale wiele trudu i ostrożności badawczej wymaga utrzymanie się w granicach naukowej przyzwoitości, zwłaszcza gdy mierzymy się ze zbrodnią. Czy Sahryń leży na Zamojszczyźnie, Chełmszczyźnie, a może na Wyżynie Lubelskiej albo Wołyńskiej? Czy uważamy go za wieś z terytorium państwa Piastów, Rusi, a może Ukrainy Zachodniej? Każda z odpowiedzi będzie mniej lub bardziejzgodna z prawdą, wskazuje punkt widzenia osoby, która jej udziela.

Podejście do tematu z uwzględnieniem przynależności państwowej i podziałów administracyjnych, zwłaszcza na omawianym terenie, może sprowadzić – chociaż nie musi – na manowce pseudodyskusji, mającej na celu udowodnienie, do kogo (do jakiej wspólnoty, państwa, narodu) owo terytorium należało „na początku”. Spór wokół Sahrynia i okolic dotyczyłby ustalenia, kto ma do nich udokumentowane historycznie prawo: Polacy, Ukraińcy czy Rosjanie. Podejście etnocentryczne (nacjonalistyczne) jest tu z naukowego punktu widzenia absurdalne. Trafnie zauważył Marcin Wołoszyn, że „pytanie o »polskość« albo »ruskość« rejonu Grodów Czerwieńskich w IX–X wieku” „nie ma po prostu sensu”, bo „w istocie pogranicze polsko-ruskie w średniowieczu jest częścią pogranicza łacińskiej i bizantyńskiej Europy”.

Sahryń na planie z lat 90. XIX w. z zaznaczonymi ziemiami cerkiewnymi. Zbiory APL

W stopniu, w jakim pozwala na to historiografia, warto jednak pokusić się o naszkicowanie krajobrazu przeszłości, by zewnętrznym, przyjezdnym obserwatorom uświadomić jego specyfikę. Podjąłem się zatem roli historyka jako tego, który poprowadzi Czytelników poza Sahryń ’44, wyjdzie z nimi poza cmentarz, opowie o Sahryniu na takim poziomie ogólności, by odbiorca z zewnątrz uchwycił specyfikę miejsca. Mam świadomość, że ograniczę się do ukazania ludzkich zbiorowości na przestrzeni lat za pośrednictwem materialnych pozostałości po tutejszych mieszkańcach. Oprócz najbardziej namacalnego obiektu związanego z tragedią 1944 roku w Sahryniu – zbiorowej mogiły – krajobraz obfituje w elementy typowe dla współczesnej Polski: domy jednorodzinne, pola uprawn, krzyże cmentarne, przydrożne i świątynne, budynek szkoły, szosę do sąsiednich miejscowości, nasypy kolejowe (dziś nie jeżdżą już po nich pociągi), las, niedaleką rzekę Huczwę, niewielkie okoliczne wzgórki – pozostałości po dawnych grodziskach.

Sahryń. Fot. Mariusz Sawa

Jeśli za punkt wyjścia rozważań o przeszłym i obecnym krajobrazie Sahrynia i okolic uznamy obiekty ostatniego typu, czyli zespoły grodowe, literatura przedmiotu bez wątpienia odeśle nas do problematyki pogranicza polsko-ruskiego we wczesnym średniowieczu. Granice państwa przez niemal tysiąc lat ulegały zmianom: dzisiaj nieopodal Sahrynia przebiega granica Polski z Ukrainą, ale w roku 1944 leżał niemal w centrum II Rzeczypospolitej. Przez wieki, niezależnie od granic politycznych, w jego okolicy współistniały dwie zbiorowości bliskich sobie kultur – polskiej i ruskiej; obie pojawiły się tu około VI wieku. Kuszące, acz ryzykowne będzie jednak sprowadzanie owego współistnienia do rywalizacji dwóch zbiorowości słowiańskich. Nie wolno zapominać, że wcześniej okoliczne tereny zamieszkiwali Goci; ślady ich osadnictwa sprzed ponad 1,7 tysiąca lat wciąż są odkrywane choćby w Masłomęczu i na ich kanwie buduje się obecnie markę regionu.

Sahryń od strony Adeliny. Fot. Mariusz Sawa

Najsłynniejszym grodem pogranicza polsko-ruskiego jest Czerwień (dzisiejsze Czermno), usytuowany około dziesięciu kilometrów na zachód od Sahrynia. W kronice Nestora widnieje zapis, że w 981 roku Włodzimierz Wielki odebrał gród Lachom. W 1018 roku odbił go polski król Bolesław Chrobry. W 1031 roku Jarosław Mądry ponownie przejął Czerwień na rzecz Rusi. Prawdopodobnie również wtedy chrystianizację tych terenów rozpoczęła Cerkiew prawosławna, z ośrodkiem diecezjalnym we Włodzimierzu. Archeolodzy zaobserwowali, że przez kolejne półtora wieku na wspomnianym obszarze, także w Sahryniu, rozwijało się osadnictwo wiejskie. Mniej więcej do początku XIII wieku region znajdował się w zasięgu władców ruskich, dopóki w drugim dziesięcioleciu nie zajął go – ale tylko na kilka lat – Leszek Biały. W 1219 roku panowanie nad tymi ziemiami objął książę Daniel Romanowicz; później papież koronował go na króla. W tym okresie rozwinęła tam działalność Cerkiew prawosławna (diecezja chełmska). W 1240 roku rozpoczęła się ingerencja militarna żywiołu mongolskiego (pierwszy atak Batu-chana); w 1261 roku, po dwudziestoletnim plądrowaniu Grodów Czerwieńskich, Tatarzy doprowadzili do ich upadku. Wraz z osłabieniem Rusi wzrosło na tym obszarze znaczenie państwa Piastów, co w latach czterdziestych XIV wieku zaowocowało przejęciem ziem przez Kazimierza Wielkiego. W latach siedemdziesiątych zajęli je Litwini, lecz już pod koniec lat osiemdziesiątych weszły na dłużej w skład państwa Jagiellonów. Na ponad trzy stulecia Sahryń trafił do północnej części powiatu bełskiego, w województwie bełskim.

Na koniec XIV i początek wieku XV przypadają pierwsze działania ewangelizacyjne Kościoła katolickiego. Nowa instytucja zainstalowała się w terenie, czerpiąc ze wzorców cerkiewnych i staroruskich. Świeża diecezja chełmska w pierwszych dziesięcioleciach XV wieku postarała się o ufundowanie dwóch większych ośrodków wraz z kościołami – w Grabowcu i nieodległych od Sahrynia Tyszowcach – oraz świątyni w Malicach.

Jednym z najważniejszych przejawów rywalizacji obu Kościołów było podpisanie przez hierarchów prawosławnych w Rzeczypospolitej unii brzeskiej z Kościołem łacińskim (1596). Obecnie jej przeciwnicy przedstawiają ją jako brzemienną w skutki, a zwolennicy uważają, że otworzyła kulturę ruską na świat Zachodu. Jednoznaczna ocena unii jest trudna z uwagi na to, że w sporach kanoniczne elementy teologiczne mieszają się z politycznymi. Problem ludności unickiej nabrzmiał w połowie XIX wieku i dla wielu jej przedstawicieli zakończył się tragicznie.

Malice, okres przedwojenny. Zbiory Mykoły Babycza

Po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej Sahryń znalazł się pod panowaniem austriackim i pozostawał pod nim do 1809 roku. Później podlegał pod cyrkuł zamojski. Nowy okres w dziejach Hrubieszowszczyzny, czyli też Sahrynia, rozpoczął się w 1815 roku, w momencie wejścia w skład podległego Rosji Królestwa Polskiego. Administracyjnie Sahryń podlegał pod obwód hrubieszowski, od 1842 roku nazywany powiatem. Walki polskiego zrywu narodowego z 1863 roku Sahryń ominęły. Jedynie w Tyszowcach, około dziesięciu kilometrów na południowy zachód od Sahrynia, od 1861 roku dało się zaobserwować wzrost nastrojów patriotycznych; doprowadziły do zaciętych walk z Rosjanami w maju 1863 roku i styczniu 1864 roku (Miętkie, Stara Wieś). Po upadku powstania Rosja nasiliła procesy rusyfikacyjne również w odniesieniu do ludności Ziemi Chełmskiej.

Druga połowa wieku XIX przyniosła zintensyfikowanie działań Rosji ukierunkowanych na pozyskanie dla rosyjskości unitów z Królestwa Polskiego. Służyła temu działalność rosyjskiej Cerkwi prawosławnej oraz instytucji z nią związanych, w tym bractw cerkiewnych. Rosyjskość starano się krzewić też za pośrednictwem publikacji dystrybuowanych wśród elit i chłopstwa. Od lat siedemdziesiątych ludność wiejska, zwłaszcza na Podlasiu Południowym, sprzeciwiała się zastępowaniu unickich, zlatynizowanych nabożeństw cerkiewnych typowo prawosławnymi w wersji imperialnej (wielkoruskiej). Tak zwani oporni unici ciążyli od tamtego czasu ku polskości i katolicyzmowi łacińskiemu.

Rusyfikację Chełmszczyzny zwieńczyło włączenie guberni chełmskiej do cesarstwa w 1912 roku. Rosyjski nacjonalizm napotkał opór tych polskich środowisk intelektualnych, które starały się pozyskać byłych unitów dla polskości i rzymskiego katolicyzmu. Co ciekawe, o unitów z diecezji chełmskiej nie zabiegali galicyjscy działacze ukraińscy. Ta część byłych unitów, która mimo carskiego ukazu tolerancyjnego z 1905 roku pozostała przy prawosławiu, zaczęła poczuwać się do ukraińskości dopiero kilka dekad później. Ponad 90 procent tej ludności z powiatu hrubieszowskiego zbiegło w 1915 roku do Rosji przed nadchodzącą armią Austro-Węgier. Sąsiadujące z Sahryniem wsie, między innymi Terebiń, zostały spalone, a prawosławne życie religijne zamarło do końca wojny. W międzyczasie na przedwiośniu 1918 roku Chełm­szczyznę wraz z Sahryniem włączono na mocy traktatu brzeskiego do Ukraińskiej Republiki Ludowej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij