-
nowość
-
promocja
Początek końca - ebook
Początek końca - ebook
W jednym z krakowskich parków zostaje znalezione ciało mężczyzny. Twarz ofiary oblano kwasem, jakby sprawca chciał odebrać mu nie tylko życie, ale i tożsamość. Śledztwo prowadzi Sonia Lenarczyk, doświadczona policjantka, która szybko odkrywa, że zbrodnia była starannie zaplanowana. Wszystkie tropy zdają się prowadzić donikąd. Nadzór prokuratorski nad sprawą obejmuje Julia, siostra Soni. Wspólne śledztwo zmusza je do konfrontacji nie tylko z mordercą, lecz także z tym, co wydarzyło się zeszłego roku w Niemirowie.
Najmłodsza z sióstr, Jaśmina, po rozwodzie, decyduje się pełnić funkcję rodziny zastępczej. Jej pierwszymi podopiecznymi zostaje rodzeństwo, które trafia do niej w wyniku interwencji. Jaśmina próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o ich sytuacji rodzinnej. Kiedy okazuje się, że komuś jednak bardzo zależy, żeby nie odkryła prawdy, zwraca się o pomoc do swoich sióstr.
Czy siostry Lenarczyk zdołają zjednoczyć siły, by stawić czoła niebezpieczeństwu?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-291-0009-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jaśmina Lenarczyk usiadła na ławce, z trudem wciągając do płuc przesiąknięte potem powietrze. Jak każdy poniedziałkowy trening, także i ten należał do wymagających. Najchętniej padłaby na podłogę, ale duma i trzydzieści osiem lat na karku nie pozwalały jej na taki krok. Poza tym wieczorne godziny na sali treningowej w warszawskim klubie bokserskim przyciągały wiele osób, dlatego jedynie pochyliła się do przodu i oparła łokcie na kolanach, przekonując siebie i swoje serce, że zawał w tym wieku jeszcze jej nie grozi.
Chyba.
W tym momencie nie rozumiała, dlaczego sama to sobie robiła i jeszcze płaciła za to duże pieniądze. Nie, jednak wiedziała. Boks to wymagający sport, nie ma w nim miejsca na słabość. Satysfakcja, którą odczuwała na koniec, wynagradzała wszystko, a zmęczenie rozchodzące się po ciele i wyrzut endorfin były przysłowiową wisienką na torcie. Wrażenia lepsze od seksu, przynajmniej sądząc po tym, co wciąż pamiętała. Po rozstaniu z mężem Jaśmina stała się ostrożna w kontaktach z mężczyznami. Powodem nie był jednak Patryk ani tym bardziej fakt, że ją zdradził. Problemem była ona, a dokładnie jej podejście do wielu spraw, które prowadziło do tego, że nie potrafiła być długo sama. Kończąc jeden związek, szybko wchodziła w kolejny, ponieważ musiała mieć przy sobie kogoś, kto będzie dla niej wsparciem. Na szczęście to minęło. A rozwód był tylko domknięciem pewnego rozdziału w jej życiu. Obawy, że wystarczy chwila nieuwagi i szybko powróci do wcześniejszych nawyków, tak całkiem jednak nie zniknęły, dlatego wciąż wolała zachowywać ostrożność.
Wzięła kolejny głęboki oddech. Serce powoli wracało do normalnego rytmu. Gdy dostrzegła zmierzające ku niej sportowe buty swojego trenera, podniosła głowę. Łukasz Błachut był wysokim i szczupłym mężczyzną. Zarówno sylwetka, jak i złamany nos podpowiadały, czym zajmował się przez większość swojego życia. Kiedyś startował w zawodach, a po zakończeniu kariery założył szkołę na Mokotowie. Trenował dzieci i dorosłych, prowadził także zajęcia indywidualne i właśnie z tej formy treningów korzystała Jaśmina. Spotykali się od kilku miesięcy trzy razy w tygodniu i jak na razie były to najlepiej wydane przez Jaśminę pieniądze. Boks, oprócz pewności siebie, dawał jej jeszcze jedno: spokój w głowie. Dla osoby, która przez większość swojego życia walczyła z lękami, było to zaskakujące. Depresja, następstwo tego, co dotknęło jej rodzinę, nawarstwiające się problemy doprowadziły Jaśminę do punktu, z którego jedynym i najlepszym wyjściem wydawało się odebranie sobie życia. Tatuaż na nadgarstku przedstawiający średnik, zrobiony niedługo po tamtym dniu, był przypomnieniem, że jednak zdecydowała się żyć dalej. Zawalczyła o siebie. I robiła to każdego dnia, ponieważ pewne rzeczy nie zmieniały się tak łatwo. Jaśmina nadal była osobą, którą przytłaczały własne myśli i więziły własne ograniczenia, ale wystarczył dobry trening, by wszystko wracało na właściwe tory. Przynajmniej na jakiś czas.
– Gotowa na drugą rundę? – spytał Łukasz.
Nie spuszczał wzroku z Jaśminy, gdy sięgnęła po butelkę z wodą i niezdarnie podniosła ją do ust. Rękawice bokserskie uniemożliwiały normalny chwyt, ale ich nie ściągnęła.
– Tak – odparła pomiędzy łykami.
Kiedy poderwała się z miejsca, zadowolony skinął głową.
– Teraz skupimy się na takiej sekwencji: lewy, prawy, a potem jeszcze raz prawy, przy czym ostatni cios robisz najszybciej, jak potrafisz. Pamiętaj też o skręcie bioder.
Jaśmina podeszła do worka. Tę sekwencję ćwiczyli już nieraz i wiedziała, jak ma wyglądać.
Przyjęła pozycję, podniosła rękawice do gardy i wyprowadziła lewy cios, potem prawy, na koniec poprawiając mocnym prawym. Po chwili przyjęła ponownie gardę i powtórzyła ruch. Robiła tak raz za razem, obchodząc worek.
– Trzymaj gardę – rzucił dziesięć minut później Łukasz, gdy zmęczenie zaczęło zbierać swoje żniwo i Jaśmina z coraz większym trudem utrzymywała właściwą postawę. Od potu piekły ją oczy, obraz się rozmazywał.
– Trzymam – warknęła między jednym ciosem a kolejnym, gdy łzawienie stawało się nieznośne.
– Nie trzymasz – powtórzył spokojnie.
Nie zdążyła dokończyć sekwencji, gdy na policzku poczuła lekkie uderzenie. Zapiekło. Nie oddała Łukaszowi, chociaż gdy taka sytuacja pojawiła się na jednym z początkowych treningów, to właśnie nad tym odruchem najtrudniej było jej zapanować. Z czasem nauczyła się przyjmować jego uwagi i robiła swoje najlepiej, jak umiała.
Tak samo postąpiła i teraz. Odetchnęła głęboko, po czym poprawiła pozycję gardy i przytknęła rękawice do policzków. Łukaszowi udało się udzielić jej lekcji i do samego końca pamiętała o osłanianiu twarzy.
– Dobrze ci idzie. Masz talent do tego – powiedział, gdy zrobili przerwę na wodę. – Przypomnij mi, co ćwiczyłaś wcześniej?
Na ten temat rozmawiali jakiś czas temu, ale wtedy Jaśmina była bardziej skryta i niewiele mu zdradziła.
– Karate, ale tylko przez rok – odparła. – Dużo też biegałam, pływałam, strzelałam – wymieniała na jednym wydechu tylko niektóre sprawności zdobyte w wieku, gdy jej rówieśnicy dysponowali czymś tak cennym jak czas wolny, a ich myśli zajmowały spotkania, zabawy z sąsiadami, a później relacje damsko-męskie.
Dzisiaj już się tak nie pilnowała. Poza tym powoli przestawała się wstydzić swojego dzieciństwa, o którym z pewnością nie da się powiedzieć, że było zwyczajne. Nawet nie było temu bliskie. Dopiero reakcja Łukasza przypomniała jej, dlaczego te informacje lepiej zachowywać dla siebie. Jednak cofnąć słów już nie mogła.
– Mój ojciec był żołnierzem – wyjaśniła szybko. – Szkolił mnie i moje siostry – dodała, licząc, że to wystarczy. Niespecjalnie chciała zagłębiać się w przeszłość, nie zamierzała też podawać powodu, dlaczego tak się stało. Wracanie do tragedii sprzed lat, która w głównej mierze dotknęła jej starszą siostrę Sonię, czy ponowne taplanie się w rodzinnym dramacie nie mogło przynieść niczego dobrego. A na pewno nie Jaśminie. To, co wydarzyło się trzydzieści jeden lat temu w Niemirowie, zostaje w Niemirowie. A także to, co miało miejsce w zeszłym roku.
Łukasz przez chwilę nie spuszczał wzroku z oczu Jaśminy. Zaciekawiło go to, co powiedziała, ale nie kontynuował tematu.
– Jak policzek? – spytał zamiast tego.
Kiedy jego spojrzenie przeniosło się o kilka centymetrów niżej, Jaśmina poczuła w tym miejscu mrowienie, które nie miało nic wspólnego z wcześniejszym bólem.
– W porządku. – Wiedziała, że po uderzeniu nie pozostanie nawet ślad. W swoim życiu otrzymała już tyle ciosów, że potrafiła rozpoznać te, którymi powinna się przejmować.
– To, że kiedyś trenowałaś, widać w twoich ruchach, świadomości ciała. – Łukasz wrócił do wcześniejszego wątku. – Ćwiczymy razem czwarty miesiąc, a zrobiłaś dużo więcej, niż z niektórymi robię w ciągu całego roku.
Pochyliła głowę, czując, jak jej twarz oblewa rumieniec. Przyjmowanie komplementów także nie było jej mocną stroną.
Wciąż milcząc, ściągnęła rękawice, a potem to samo zrobiła z przepoconymi owijkami. Każdy trening składał się z trzech części. Teraz przyszedł czas na ostatnią.
– Co wybierasz: czterdzieści pompek czy skakankę?
– Pompki – odparła bez wahania, na co się uśmiechnął.
– W takim razie będzie skakanka. Nie marudź – dodał szybko, gdy już otwierała usta, by zaprotestować.
Posłuchała. Z trudem. Nie wiedziała, w jaki sposób Łukasz potrafił ją przejrzeć, i to za każdym razem. Gdy czasami przezornie wybierała to, czego nie lubiła, licząc, że trener z przekory każe jej zrobić coś innego, on i tak wiedział.
– Kiedyś się zemszczę – rzuciła pod nosem na tyle cicho, żeby jej nie usłyszał.
Ta wizja pomogła Jaśminie i przez jej usta przemknął lekki uśmiech. Zamierzała już podejść po skakankę, gdy na zegarku wyświetlił się komunikat o przychodzącym połączeniu.
Natychmiast spoważniała, rozpoznając numer, który dodała do swoich kontaktów kilka miesięcy temu, gdy podjęła decyzję, że będzie pełnić rolę rodziny zastępczej.
– Muszę odebrać. – Sięgnęła do torby po komórkę i nacisnęła kciukiem zieloną słuchawkę. Na ten telefon czekała, odkąd ukończyła trzymiesięczny kurs przygotowawczy i przeszła wszystkie badania. – Jaśmina Lenarczyk – przedstawiła się szybko.
– Dzień dobry, pani Jaśmino, z tej strony Małgorzata Strzelecka z MOPS-u.
Przed jej oczami pojawiła się starsza kobieta z siwymi włosami przyciętymi równo do ramion, o piegowatej twarzy i z ustami pomalowanymi na brązowy kolor, które z powodu otaczających je drobnych zmarszczek przywodziły skojarzenie z pewnym otworem w ciele. Strzelecka wyglądała jak surowa nauczycielka, ale wrażenie to było mylące. Wiele razy udowodniła, że wykonuje swoją pracę z oddaniem, a dzięki jej zaangażowaniu podopieczni zyskiwali szanse na normalne życie.
– Trafiło do nas rodzeństwo z interwencji – kontynuowała Strzelecka.
Na te słowa serce Jaśminy zabiło jeszcze mocniej, a jego uderzenia czuła na wysokości gardła. Dłoń odruchowo zacisnęła na urządzeniu. Wiedziała, co ten telefon oznacza.
– Kiedy do mnie przyjadą? – spytała, przyglądając się Łukaszowi, jak chodzi po sali i odkłada na miejsce rzeczy, których używali na początku treningu.
– W ciągu godziny, dwóch.
Podczas szkolenia, a także później pracownicy uświadamiali ją, że pojawienie się dzieci będzie niespodziewane. Ale nie podejrzewała, że tak bardzo.
– Czy to dla pani duży problem? – W głosie Strzeleckiej pojawił się niepokój.
Jaśmina zastanawiała się gorączkowo. Przejazd do domu zajmie jej niespełna dwadzieścia minut. Pokój, który przed kilkoma tygodniami przygotowała dla podopiecznych, wyglądał, jakby wyszykowała go wczoraj. Od samego początku zaznaczała, że może przyjąć maksymalnie dwie osoby. Nie wiedząc, kogo przyjdzie jej gościć pod swoim dachem, urządziła go w taki sposób, że mógł być zarówno dla dziewczynek, jak i dla chłopców.
Po drodze musiała jeszcze wstąpić do sklepu, bo przez ostatnie dni stołowała się na mieście.
– Nie, do godziny będę w domu – odparła szybko, zachowując spokój. Świadomość, że w końcu zostanie mamą zastępczą, napawała ją radością.
– Wspaniale. Jest tylko jeden… – Strzelecka zrobiła kilkusekundową przerwę i dodała: – …jeden malutki problem.
Jaśmina zmarszczyła brwi.
– W jakim są wieku? – spytała wiedziona przeczuciem, że właśnie o to mogło chodzić.
– Chłopiec ma pięć lat. Dziewczynka… półtora roku. – Napięcie w głosie Strzeleckiej nie uszło jej uwadze.
Wypełniając formularz, Jaśmina jasno określiła wiek dzieci, od jakiego może je przyjąć. Rodzinę zastępczą tworzyła tylko ona, a oprócz opieki nad dziećmi chciała pozostać aktywna zawodowo. Od kilku lat razem ze swoją współpracowniczką, Anastazją Jędrzejską, z powodzeniem prowadziła w Warszawie agencję nieruchomości. Półtoraroczne dziecko wymagało więcej uwagi, niż mogła mu zapewnić. Jaśmina pamiętała, jak w zeszłym roku wraz z wyjazdem do Niemirowa wszystkie swoje obowiązki przekazała Jędrzejskiej. Obawiała się, że jeśli podejmie się opieki nad tak małym dzieckiem, może się to skończyć podobnie.
– Pani Małgosiu, mówiłam o minimum trzylatkach – przypomniała cicho, czując ukłucie rozczarowania.
Jaśmina już od kilku lat chciała zostać mamą. Niestety nie było jej to dane. Po miesiącach bezskutecznych starań musiała poddać się leczeniu, żeby w ogóle móc myśleć o powiększeniu rodziny. Po jego zakończeniu okazało się, że jednak nie wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Gdy dowiedziała się o zdradzie męża, temat potomstwa ponownie został odsunięty na jakiś czas. Tak było do momentu, aż natrafiła na artykuł dotyczący rodzin zastępczych. Wtedy zrozumiała, że nie wszystko jeszcze stracone. Jaśmina mogła zostać dla kogoś mamą, ale na innych warunkach. Wyglądało na to, że jednak nie stanie się to jeszcze dziś.
– Pamiętam. – W głosie Strzeleckiej pojawił się nowy ton, którego Jaśmina jeszcze nie znała. W przeciwnym razie wiedziałaby, co on oznacza: upór. – Niestety rodzeństwa obecnie nie może przyjąć żadna z rodzin zawodowych, dlatego proszę panią o ponowne przemyślenie swojej decyzji. Rodzeństwo przeszło już wiele. Zuzia i Zachary są spokojnymi dziećmi.
Lenarczyk przymknęła powieki. Oczekiwania, nadzieje, a teraz także niepokój tworzyły mieszankę, z którą trudno było jej sobie poradzić.
– Nie wiem, czy sytuacja mnie nie przerośnie – przyznała szczerze, otwierając oczy. Dostrzegła też, że Łukasz odłożył wszystkie rzeczy i ruszył w jej stronę. – To będą pierwsze dzieci, które trafią pod moją opiekę.
– Pani Jaśmino, powiem szczerze, jest pani dla nich jedyną nadzieją. W przeciwnym razie rodzeństwo trafi do bidula.
Jaśmina umiała rozpoznać moment, kiedy ktoś wywiera na nią presję. Jednak nie miała tego za złe Strzeleckiej, która robiła to, kierując się wyłącznie dobrem dzieci.
– To jak będzie? Jestem przekonana, że dzięki pani wsparciu i zaangażowaniu dzieci będą miały szansę na szczęśliwe zakończenie. Proszę mi zaufać, znam się na ludziach i jestem pewna, że Zuzia i Zachary dadzą pani to, czego pani szuka. A pani da im to, czego najbardziej potrzebują. A potrzebują troskliwej opieki.
Jaśmina zdała sobie sprawę, że nigdy nie będzie w pełni przygotowana na podopiecznych. Zawsze coś może ją zaskoczyć, pojawią się jakieś trudności, z którymi będzie musiała się zmierzyć. Ale czy prowadząc firmę, była w stanie zająć się tak małymi dziećmi w pojedynkę? W dodatku takimi, które potrzebowały dużo uwagi i pewnie ogromnego wsparcia. Czy też jej marzenie o zostaniu dla kogoś mamą zastępczą będzie musiało odwlec się w czasie?
Gdyby kierowała się wyłącznie rozumem, jej odpowiedź brzmiałaby „nie”. Jednak wizja odmówienia pomocy rodzeństwu, kiedy jej potrzebowało, była sprzeczna z jej wizją udzielenia dzieciom wsparcia. Ostatnie zdania Strzeleckiej rezonowały w jej głowie, decyzja powoli się klarowała.
Kilka miesięcy temu Jaśmina podjęła decyzję o założeniu rodziny zastępczej i nie zamierzała się teraz wycofać.
– Tak – odparła Strzeleckiej ze zdecydowaniem, którego jeszcze nie czuła.
Nie poczuła go także po zakończonej rozmowie. Ale powoli, trochę nieśmiało pojawiała się radość, zajmując miejsce tuż za uzasadnioną obawą, czy nie porywa się z przysłowiową motyką na słońce.
– Gotowa? – Łukasz stanął przed Jaśminą.
– Zmiana planów – powiedziała, patrząc na znienawidzoną skakankę w jego ręce.
Dostrzegła jeszcze jeden pozytyw z takiego obrotu sytuacji.ROZDZIAŁ 2
Sonia Lenarczyk wyszła z łazienki, w pośpiechu próbując zapiąć na nadgarstku sportowy zegarek. Nie licząc ręcznika owiniętego wokół jej ciała, była naga. Na skórze błyszczały jeszcze krople wody, których nie zdążyła wytrzeć po szybkim prysznicu.
W mieszkaniu panowała szarówka. Na zewnątrz dopiero zaczynało świtać, jednak nie zapaliła światła, żeby nie budzić śpiącego w łóżku mężczyzny. Zresztą w tym pokoju spędziła już tyle czasu, że rozmieszczenie mebli znała na pamięć.
Przyspieszyła kroku, gdy jej ramiona musnęło rześkie powietrze wpadające przez uchylone okno. Zatrzymała się przy krześle i ściągnęła z oparcia koszulkę, którą miała na sobie ubiegłego dnia. Założyła ją szybko, starając się nie zwracać uwagi na zapachy, którymi przesiąkł materiał. Do tej pory, gdy planowała spędzić noc u Daniela, zabierała ze sobą ubranie na zmianę, ale wczoraj zupełnie o tym zapomniała.
Błąd początkującego, pomyślała, a przecież spotykali się od dobrych kilku miesięcy.
– Dlaczego już wstałaś? – zapytał sennie Papaj, sięgając po komórkę, by sprawdzić godzinę. – Sonia, wracaj do łóżka, jest piąta. – Z głośnym westchnieniem opadł na poduszkę.
– Przed pracą muszę pojechać do siebie. – Ruszyła w jego stronę, wciągając po drodze spodnie. – Wczoraj nie wzięłam niczego na zmianę, a jak w każdy wtorek jest spotkanie z naczelnikiem.
Daniel złapał Sonię za rękę i przyciągnął do siebie. Zaskoczona upadła na niego.
– Przecież i tak wszyscy wiedzą, że jesteśmy razem – przypomniał zarozumiale, bo wypowiedzenie tych słów na głos nadal napawało go dumą.
Niełatwo było przebić się przez te wszystkie mury obronne Soni. Daniel jednak się nie poddawał, bo już podczas pierwszego spotkania ta kobieta zrobiła na nim spore wrażenie. Co prawda wtedy jeszcze tupetem i arogancją, jednak z czasem poznał ją lepiej i upewnił się, że Sonia jest idealną kobietą dla niego. Minęło kilka miesięcy i zdania wciąż nie zmienił.
– Nie będę chodzić w tym samym ubraniu, co wczoraj. – Próbowała wywinąć się z jego uchwytu, mimo że jego bliskość sprawiała jej przyjemność.
– Nie musisz. – Daniel wsunął palce pod jej koszulkę i opuszkami przesunął po plecach. – Kiedyś zostawiłaś u mnie kilka rzeczy. Wyprałem je i schowałem do szafy.
Podniosła się na rękach i przyjrzała się jego twarzy. Na policzku Daniela widniał ślad po poduszce, zmierzwione włosy sterczały we wszystkie strony, jednak w tym momencie wydawał jej się najbardziej atrakcyjnym mężczyzną, jakiego znała.
Spontanicznie pocałowała go w usta.
Daniel miał powody do radości. Jeszcze kilka miesięcy temu Sonia była bardziej powściągliwa wobec niego i otoczenia. Zmiana, jaka zaszła w niej na przestrzeni ostatniego czasu, była duża. Pewnie dlatego wybrał ten moment na poruszenie tematu, który omawiali, kiedy przeprowadzka do Krakowa znajdowała się jeszcze w strefie planów.
– Zamieszkaj ze mną – rzucił.
Reakcja Soni była natychmiastowa. Spoważniała, w jej oczach pojawiły się przebłyski niepokoju. Gdyby nie otaczał jej ramionami, zapewne wyskoczyłaby z łóżka.
– Nie będziesz musiała pamiętać o ubraniach i innych rzeczach – przekonywał. Kiedy nadal milczała, zdecydował się użyć najmocniejszego argumentu. – Czego się boisz, Lenarczyk? Co jak co, ale nie myślałem, że jesteś tchórzem – dodał, bo z tych dwóch reakcji wolał tę, którą właśnie wywołał na jej twarzy.
Mimo to na widok jej zszokowanego oblicza z trudem powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem.
– Papaj, zaraz ci…
– Kocham cię – wszedł jej w słowo.
Już wcześniej przekonał się, że nic tak skutecznie nie zamykało ust Soni, jak wyznanie miłości. Była bezbronna wobec uczucia, którego jeszcze nie wyraziła na głos, choć on powtarzał je wielokrotnie.
– To wszystko skomplikuje – odparła w końcu.
– To samo mówiłaś o transferze do Krakowa – przypomniał jej. – I co?
Sonia przemilczała odpowiedź. Oboje wiedzieli, że punkt dla niego. Odkąd przeniosła się do Krakowa, czuła się bardzo dobrze. Tak po prostu zwyczajnie, co dla niektórych zapewne mogło być normą, ale Sonię wciąż zaskakiwało, ponieważ nie spodziewała się, że tak kiedykolwiek będzie. Zapewne dlatego obawiała się, że ta sytuacja się zmieni. Jak to zawsze bywało – na gorsze. Doświadczenie nauczyło Sonię, że niczego w życiu nie może być pewna. No chyba tylko tego, że prędzej czy później wszystko się kończy. Jej czas z Papajem zapewne miał już wyznaczony termin ważności. Na samą myśl, że kiedyś rozejdą się ich ścieżki, czuła nieprzyjemne ściskanie w dole brzucha, a klatkę piersiową przygniatał wyimaginowany ciężar. Próbowała się przekonywać, że to tylko myśli, które pojawiają się jako reminiscencja tego, przez co przeszła, mimo to nieustannie tkwiły z tyłu głowy.
– Przecież i tak spędzamy tutaj większość czasu – mówił dalej, nieświadomy jej wewnętrznej rozterki.
Sonia musiała się z nim zgodzić. Przez pierwszy miesiąc pracowali w jednym wydziale, ale potem Daniel wykorzystał okazję, gdy zwolnił się wakat, i przeszedł do kryminalnych. Mówił, że myślał o tej zmianie już od pewnego czasu, Sonia jednak podejrzewała, że zrobił to przez wzgląd na nią. A raczej na nich. Ich związek byłby bardziej narażony na niepowodzenie, gdyby nieustannie ze sobą przebywali. Owszem, w firmie wciąż się widywali, czasami nawet pracowali nad jedną sprawą, ale zmiana na pewno wyszła im na dobre. Jednak Sonia nadal się obawiała. Nigdy nie mieszkała z żadnym mężczyzną i nie wiedziała, w jaki sposób wytłumaczyć to Danielowi, żeby go nie urazić.
– Potrzebuję takiego zabezpieczenia, żebym miała gdzie wrócić. Na wypadek gdyby… – zająknęła się.
– Gdyby coś się popsuło? – dokończył za nią.
Powoli skinęła głową.
– To, co jest między nami, to dla mnie nowość. Nie wiem, jak zareaguję za miesiąc czy pół roku. A co, jeśli nagle ta bliskość okaże się dla mnie zbyt duża? Zbyt przytłaczająca? – A jednak słowa same znalazły ujście.
Żaden mięsień na twarzy Daniela nie zdradził jego myśli.
Do tej pory Sonia nigdy nie mówiła aż tak wiele o swoich uczuciach. To się zmieniło, odkąd w jej życiu pojawił się Papaj. Ich relacja od samego początku była poddana próbie. Poszukiwanie porywacza dzieci, który był także jej oprawcą, okazało się dla niej wyczerpujące. Także pod względem fizycznym, ale to psychika ucierpiała najbardziej. Sonia nie pamiętała okresu sprzed trzydziestu lat, kiedy przebywała w rękach Pająka. Jak mawiała Ewa, jej mama, było to dla niej błogosławieństwem. Sonia przez większość swojego życia podzielała jej zdanie. Wiedziała, co ją spotkało, czytała akta sprawy sprzed lat, blizny na brzuchu mówiły same za siebie, jednak kiedy w Niemirowie doszło do porwania kolejnego dziecka i wszystko wskazywało na to, że Pająk zaatakował ponownie, zdecydowała się skorzystać z hipnozy. Właśnie dzięki niej ostatecznie przypomniała sobie twarz mężczyzny i to odkrycie zmieniło ją na zawsze.
Sonia podejrzewała, że po tym wszystkim nie poradziłaby sobie bez ogromu wsparcia, które otrzymała od swoich sióstr, Daniela i psycholożki.
– Zawsze będą jakieś obawy. Tego nie sposób uniknąć. – Podniósł dłoń i odgarnął kosmyk włosów z policzka. Następnie przycisnął usta do jej warg.
Ponownie wsunął dłonie pod jej koszulkę, ale zaraz znieruchomiał, gdy zza ściany dobiegł ich stłumiony krzyk.
– Pomocy! Pomocy! – Kobiece wołanie przebijało się przez ściany.
– Znowu to samo? – rzuciła Sonia i poderwała się z łóżka.
Nie czekając na Papaja, który stracił kilka sekund, by wciągnąć na siebie bokserki, biegiem ruszyła w stronę wyjścia.
Na szczęście drzwi do sąsiedniego mieszkania nie były zamknięte na klucz. Kiedy wtargnęła do środka, widok, jaki zastała, niestety miała już okazję oglądać wcześniej. Drobnej budowy mężczyzna przyciskał kobietę do ściany, trzymając dłonie na jej szyi. Monika, tak przynajmniej zapamiętała Sonia, miała na twarzy sporej wielkości siniaka, z kącika ust płynęła krew. Co oznaczało, że ich kłótnia zaczęła się jakiś czas temu, ale dopiero teraz w odczuciu Moniki zrobiło się na tyle poważnie, żeby wezwać pomoc.
– Zostaw ją, skurwielu! – Sonia natarła na Jerzego Jaskółkę.
Osiągnęła to, co chciała. Mężczyzna puścił kobietę i zwrócił się w stronę Lenarczyk. W jego oddechu Sonia wyczuła odór trawiącego się alkoholu.
– Chcesz komuś przyłożyć? – rzuciła, zadzierając brodę. – To spróbuj ze mną.
Jaskółka zmrużył oczy, jakby faktycznie rozważał taki scenariusz. Dłonie zacisnął w pięści, jednak odrzucił ten pomysł, kiedy przed Sonią wyrósł Papaj.
– Załóż swojej suce kaganiec – zwrócił się do Daniela.
– Ja ci, kurwa, zaraz założę kaganiec! – warknęła Sonia, gotując się w środku. Spróbowała wyminąć Papaja, ale ten przewidział, co zamierza zrobić, i ją ubiegł.
Tak mocno pchnął Jaskółkę, że plecami uderzył o ścianę, a głowa odbiła się z nieprzyjemnym dźwiękiem. To i tak było dla Soni za mało. Przez tę jedną chwilę, zanim wtrącił się Daniel, pragnęła ściągnąć z twarzy Jaskółki ten cwaniacki uśmiech. Pod pozorem obrony zrobić to, na co miała ochotę już od pewnego czasu.
Odkąd Sonia zaczęła pomieszkiwać u Papaja, podobnych sytuacji było już kilka. Sonia z Danielem interweniowali, ale zwykle kończyło się tylko na tym. Mijały tygodnie, czasami dni i sytuacja się powtarzała.
– O co to halo? – Jaskółka spuścił z tonu. – Przecież nic się nie stało. Monia – zwrócił się do partnerki wciąż trzymającej dłonie na szyi. – Powiedz im, że to było nieporozumienie.
Sonia podeszła do niej, ale Monika wciąż milczała, błądząc spojrzeniem po podłodze.
– Złożysz zawiadomienie o pobiciu? – spytała Lenarczyk, swoją bliskością zmuszając ją do podniesienia wzroku. – Pomogę ci – dodała, gdy w końcu tak się stało.
Przez ułamek sekundy Sonia dostrzegła w jej oczach chęć walki. Ten charakterystyczny wkurw, który dodawał siły i pozwalał zostawić za sobą to, co złe. Ale zniknął w tym samym momencie, gdy Monika przesunęła spojrzenie z Lenarczyk na Jaskółkę. Z początku pokręciła głową ostrożnie, ale po chwili zrobiła to z przekonaniem.
– Nic się nie stało – odparła w taki sposób, jakby chciała przekonać także siebie.
– Spójrz w lustro i powiedz to jeszcze raz – powiedziała Sonia.
Jednak Monika nie ruszyła się z miejsca.
– Nic się nie stało – powtórzyła, chociaż z powodu bolącego policzka i uszkodzonej wargi mówienie przychodziło jej z trudem.
– Widzicie? – Jaskółka wyszczerzył żółtawe zęby. – A teraz wypierdalać z mojego mieszkania.
Daniel pchnął go jeszcze raz i dopiero wtedy zrobił krok w tył. W takich momentach uczucie bezsilności było przytłaczające, ale nie pozostawało im nic innego, jak wrócić do siebie. Przekonanie, że niedługo pojawią się tam ponownie, było silne.
Gdy dwie godziny później Sonia dotarła na Komendę Wojewódzką w Krakowie, nadal czuła ten sam wkurw, który przywarł do niej podczas pobytu w mieszkaniu sąsiadów. Prawo w takich sytuacjach stało po stronie ofiar, ale żeby ofiara mogła zostać objęta ochroną, musiała przyznać się do tego, że żyje w przemocowym związku, a z tego, co Sonia do tej pory widziała, to był jeden z trudniejszych kroków do pokonania.
Blokada, ta największa, tkwiła w ich głowach.
Odsunęła od siebie przytłaczające myśli i skupiła się na pracy. Po spotkaniu z naczelnikiem dokończyła raport ze sprawy, nad którą pracowała ze swoim policyjnym partnerem, Grześkiem Kotem. Nadrobiła też zaległości.
Dochodziło południe, gdy odsunęła się od biurka i rozprostowała ramiona. Była głodna. Kot pół godziny temu wyszedł po jedzenie, które zamówili w pobliskim barze, i powinien już dawno wrócić. Miała pewne podejrzenia, co mogło zatrzymać go po drodze.
Podeszła do ekspresu i nalała kawę do kubka. Następnie, żeby wypełnić czymś czas, zalogowała się na prywatne konto i zaczęła przeglądać wiadomości.
O tej porze w komendzie panował niespodziewany spokój. Niektórzy uważali, że zwiastował on ciszę przed burzą, inni nie widzieli w tym nic niepokojącego. Nadkomisarz Sonia Lenarczyk należała do tej pierwszej grupy. Teraz jednak nie zwracała uwagi na brak odgłosów dochodzących z korytarza, na którym w godzinach południowych przeważnie wrzało niczym w ulu, tylko wpatrywała się w maila otrzymanego przed kilkoma sekundami.
– Kurwa! – Przesunęła myszką do początku wiadomości i ponownie przeczytała jej treść. – Kurwa! – rzuciła pod nosem raz jeszcze, gdy wcześniejsze przekleństwo nie przyniosło zamierzonego skutku. Jak się okazało, kolejne także.
Sonia nie zauważyła, kiedy otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Kot. W dłoni trzymał reklamówkę z logo czerwonego kraba. Wokół niego unosił się intensywny zapach papierosów, potwierdzając jej podejrzenia, co zauważyła bez satysfakcji.
Miała większy problem na głowie niż partner pachnący niczym popielniczka.
– Zła wiadomość? – spytał, bo donośny głos Lenarczyk dotarł aż na korytarz.
Sonia odchyliła się na krześle. Twarz miała zaróżowioną, źrenice rozszerzone, usta zaciskała tak mocno, że przypominały wąską linię.
– Okazuje się, że za niecałe dwa tygodnie nie będę miała gdzie mieszkać – wyjaśniła, obserwując, jak Grzesiek stawia na biurku styropianowe opakowania. – Piekara, facet, od którego wynajęłam mieszkanie, wraca do Krakowa pod koniec miesiąca i muszę znaleźć dla siebie nowe lokum.
– Nie miałaś w umowie dłuższego czasu wypowiedzenia? – Wręczył Soni zamówienie.
Aromatyczny zapach makaronu z sosem bolognese szybko rozszedł się po niewielkim pomieszczeniu i stłumił inne zapachy. Rozległo się też głośne burczenie.
– Piekara to znajomy mojej siostry – odpowiedziała, udając, że odgłosy z piekła rodem nie dochodzą z jej brzucha. – Wynajął mi mieszkanie za symboliczną cenę. Nie spisywaliśmy żadnej umowy, wszystko było na gębę.
Pół roku temu Sonia przeniosła się do Krakowa, zmieniając Komendę Wojewódzką we Wrocławiu na krakowską. Było to niedługo po sprawie Pająka. Kiedy we wrześniu zeszłego roku Pająk zaatakował ponownie, Sonia rozpoczęła własne śledztwo, pragnąc znaleźć swojego oprawcę. Czas spędzony w rękach porywacza zmienił ją na zawsze. Sprawił, że wybrała taką, a nie inną drogę kariery. W dalszym ciągu wpływał na jej życiowe wybory, choć raczej już nie w takim stopniu jak kiedyś. Terapia i praca nad sobą dużo jej pomogły, jednak nie wszystko była w stanie zmienić.
Lenarczyk dotarła do takiego etapu, że zaczęła akceptować to, kim była. Była policjantką. Ale także ofiarą.
– To faktycznie słabo. – Komentarz Kota wyrwał ją z bolesnych wspomnień.
Odetchnęła z ulgą. Starała się nie wracać do przeszłości, tylko skupić się na tym, na co miała wpływ, mimo że Grzesiek nie pomagał.
Wyjrzała przez okno i powiodła spojrzeniem po najbliższych nowoczesnych zabudowaniach znajdujących się po drugiej stronie ulicy Mogilskiej, a potem nieco dalej. Na moment jej wzrok zatrzymał się na balonie widokowym wznoszącym się nad Krakowem, następnie na dwóch kominach elektrociepłowni, z których wydobywały się kłęby pary.
– Teraz niełatwo będzie znaleźć coś nowego. Studenci… – kontynuował, jakby nieświadomy, że to nie są słowa, które Lenarczyk chciałaby usłyszeć.
– Co ty nie powiesz – odparła z ironią, bo doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
– A Papaj?
Odwróciła wzrok od okna i spojrzała na Kota.
– Co z nim? – spytała.
– Nie myśleliście, żeby zamieszkać razem? Jesteście ze sobą już dobrych kilka miesięcy i z tego, co widzę, układa się między wami zajebiście.
– Zmówiliście się dzisiaj czy co? – mruknęła pod nosem, mimo że nie mogła nie zgodzić się z partnerem, jednak nie odpowiedziała na pytanie.
W tym momencie nie chciała myśleć o swoim związku, przejściu do kolejnego etapu czy szukaniu mieszkania. Do tej pory praca była dla niej odskocznią, gdy niechciane myśli kotłowały się w głowie. Pomagała także wtedy, kiedy potwory z przeszłości wyciągały w jej stronę pazury.
– Przydałaby się nam nowa sprawa. – Zmieniła temat i otworzyła swoje opakowanie z jedzeniem.
Telefon na biurku Grześka zadzwonił, zanim ten zdążył skomentować słowa Lenarczyk.
– Podinspektor Kot. – Przycisnął słuchawkę do ucha ramieniem i wolnymi dłońmi otworzył swój pojemnik z łososiem, uwalniając aromat, który szybko zdominował inne w pokoju.
Z chłodnym zainteresowaniem obserwowała partnera, wsuwając do ust kolejne porcje obiadu.
– Gdzie? – Głos Kota stał się rzeczowy, kiedy sięgnął po długopis i zaczął notować.
Sonia poczuła na karku mrowienie, które podpowiadało jej, czego mogła dotyczyć rozmowa.
– Mówisz, masz – powiedział do Soni, gdy kilka sekund później zakończył połączenie. – Zabójstwo na Prokocimiu.
Odetchnęła z wyraźną ulgą. Śledztwo w sprawie morderstwa było lepsze od rozmyślania na niewygodne tematy. Jak to o niej świadczyło? Wolała tego nie zgłębiać w obawie przed wnioskami, do których doszłaby prędzej czy później. Już dawno temu przekonała się, że znacznie różni się od innych osób. Podejściem do większości spraw, lękami, które nierozłącznie splotły się z jej życiem, a także emocjami, które z powodu reżimu stosowanego przez ojca musiała mocno ograniczać. Dopiero teraz, w wieku trzydziestu dziewięciu lat, uczyła się ich na nowo.
Wrażenie, że odstaje od rówieśników, nie zniknęło wraz z kolejną świeczką zdmuchniętą na torcie. Przeciwnie, pogłębiało się każdego roku. Zapewne to, przez co przeszła, będąc dzieckiem, miało największy wpływ na to, kim się stała. Żołnierskie wychowanie ojca było jedynie dopełnieniem.
Wsunęła do ust ostatni kęs i szybko go przełknęła. Jadła w podobny sposób, w jaki żyła. Szybko, jakby niepewność dotycząca jutra była zbyt silna i musiała wycisnąć z każdego dnia jak najwięcej. Na wypadek gdyby kolejny jednak miał nie nadejść.
Świadomość, jak w okamgnieniu wszystko może się zmienić, nie pomagała. Sonia była pewna, że z tym przekonaniem będzie się mierzyć do końca swojego życia i żadna terapia tego nie zmieni.
Podniosła się z krzesła, obserwując, jak Kot pochłania łososia. Osiem machnięć widelcem później także jego opakowanie było puste. Mieli nową sprawę, a to oznaczało, że zaczyna się kolejny gorący okres w pracy.
Kiedy ruszyła do wyjścia, z korytarza docierał już charakterystyczny rwetes. Sonia wkrótce miała się przekonać, że panujący dotąd spokój faktycznie był przysłowiową ciszą przed burzą.