-
nowość
Poczekalnia — Tom I: Noc Czarnej Krwi - ebook
Poczekalnia — Tom I: Noc Czarnej Krwi - ebook
Są miejsca, z których nie ma wyjścia. Warszawa. Szpitalny Oddział Ratunkowy. Stary dom odziedziczony po babci. I tajemnica, która od lat czekała pod ziemią. Joanna rozpoczyna nowe życie, ale szybko odkrywa, że przeszłość jej rodziny skrywa więcej, niż mogła sobie wyobrazić. Czerwone światło, dziwne szepty, tajemnicze zgony i postać mężczyzny, który pojawia się w jej życiu zbyt nagle, prowadzą ją do miejsca znajdującego się pomiędzy życiem a śmiercią. Do Poczekalni. Tam, gdzie trafiają ci, którzy nie potrafią odejść. Tam, gdzie czas nie płynie normalnie. Tam, gdzie coś pradawnego zaczyna się budzić. „Poczekalnia — Tom I: Noc Czarnej Krwi” to mroczna powieść z pogranicza horroru, dark fantasy i thrillera medycznego. To historia o strachu, krwi, utraconej nadziei i granicach, których nie powinno się przekraczać. Nie każdy czeka na coś dobrego. Niektórzy czekają na ciebie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
- Rozdział 1 - Spadek
- Rozdział 2 - Pierwszy Dyżur
- Rozdział 3 - Nieznajomy z Kawiarni
- Rozdział 4 - Coraz bliżej Marcina
- Rozdział 5 - Noc, która wszystko zmieniła
- Rozdział 6 - Klucz do Poczekalni
- Rozdział 7 - Dziedzictwo Czarnej Krwi
- Rozdział 8 - Serce pod Domem
- Rozdział 9 - Czerwona Poświata
- Rozdział 10 - Ostatnia Strażniczka
- Rozdział 11 - Człowiek, który nie spał
- Rozdział 12 - Strażnicy Bram
- Rozdział 13 - Akta Wydziału V
- Rozdział 14 - Serce pod Domem
- Rozdział 15 - Tunel Zero
- Rozdział 16 - Bitwa w Tunelu Zero
- Rozdział 17 - Głód
- Rozdział 18 - Pacjent 1917
- Rozdział 19 - Archiwum 1917
- Rozdział 20 - Człowiek bez Twarzy
- Rozdział 21 - Bracia
- Rozdział 22 - Targówek
- Rozdział 23 - Schron Czarnych Pól
- Rozdział 24 - Zegar 23:17
- Rozdział 25 - Alfa
- Rozdział 26 - Samotnia
- Rozdział 27 - Głód
- Rozdział 28 - Cień za Plecami
- Rozdział 29 - Człowiek w Kapeluszu
- Rozdział 30 - Wydział V
- Rozdział 31 - Teczka 23-17
- Rozdział 32 - Powrót Marka
- Rozdział 33 - Noc na Ochocie
- Rozdział 34 - Czarna Godzina
- Rozdział 35 - Helena
- Rozdział 36 - Światła Warszawy
- Rozdział 37 - Kawa o Trzeciej Nad Ranem
- Rozdział 38 - Marek
- Rozdział 39 - Wiktor
- Rozdział 40 - Leon
- Rozdział 41 - Joanna i Marcin
- Rozdział 42 - Alfa
- Rozdział 43 - Powrót do Wydziału V
- Rozdział 44 - Zaginione Strony
- Rozdział 45 - Targówek Nocą
- Rozdział 46 - Sektor Zero
- Rozdział 47 - Dzwony pod Ziemią
- Rozdział 48 - Sala Szeptów
- Rozdział 49 - Ślad Alfy
- Rozdział 50 - Godzina 23:17
- Rozdział 51 - Człowiek w Kapeluszu
- Rozdział 52 - Powrót Alfy
- Rozdział 53 - Czarne Pola
- Rozdział 54 - Pierwsi
- Rozdział 55 - Burza nad Warszawą
- Rozdział 56 - Ostatnia Noc
- Rozdział 57 - Sektor Zero
- Rozdział 58 - Godzina 23:17
- Rozdział 59 - Poświęcenie
- Rozdział 60 - Koniec Czarnej GodzinyROZDZIAŁ 1 - SPADEK
Warszawa nigdy nie była marzeniem Joanny.
— Jest pani pewna, że nie chce pani usiąść? — zapytał notariusz.
Joanna pokręciła głową.
Od kilkunastu minut siedziała naprzeciwko ciężkiego dębowego biurka, słuchając słów, które nadal wydawały się nierealne.
Przed nią leżał testament.
Kilka kartek papieru.
Kilka podpisów.
Kilka zdań.
A mimo to miały zamknąć najważniejszy rozdział jej życia.
Rozdział o imieniu Helena.
Jej babcia była jedyną osobą z rodziny, z którą utrzymywała prawdziwy kontakt.
To właśnie ona pomagała jej przetrwać trudne dzieciństwo.
To ona wspierała ją podczas studiów.
To ona zawsze powtarzała: — Jeszcze wszystkich zaskoczysz, Joasiu.
Od śmierci Heleny minęło kilka tygodni.
A jednak Joanna nadal łapała się na tym, że chce zadzwonić.
Opowiedzieć o pracy.
Posłuchać znajomego głosu.
Usłyszeć śmiech, który pamiętała od dzieciństwa.
Za każdym razem kończyło się tak samo.
Przypominała sobie, że telefonu nikt już nie odbierze.
— Pani Helena była bardzo dokładna — odezwał się notariusz, poprawiając okulary. — Wszystkie decyzje podjęła osobiście.
Joanna skinęła głową.
— Zgodnie z jej wolą odziedziczyła pani nieruchomość znajdującą się na obrzeżach Warszawy.
— Dom? — zapytała cicho.
— Tak.
Mężczyzna przesunął w jej stronę fotografię.
Joanna spojrzała na zdjęcie.
Stary budynek z jasnej cegły.
Wysokie okna.
Drewniany balkon.
Ogród otoczony starymi sosnami i brzozami.
Nie pamiętała nawet, kiedy ostatni raz tam była.
— Babcia nigdy nie mówiła, że chce mi go zostawić.
— Być może chciała zrobić pani niespodziankę.
Na twarzy Joanny pojawił się smutny uśmiech.
Tak.
To było do niej podobne.
Kilka tygodni później stała już przed odziedziczonym domem.
Lato było wyjątkowo gorące.
Powietrze pachniało żywicą i nagrzanym lasem.
Przez chwilę nie wysiadała z samochodu.
Po prostu patrzyła.
Dom wyglądał dokładnie tak jak na fotografii.
A może nawet lepiej.
Miał w sobie coś spokojnego.
Coś znajomego.
Jakby czekał.
Jakby wiedział, że kiedyś wróci.
W końcu wysiadła.
Żwir zaskrzypiał pod butami.
Przeszła przez furtkę i zatrzymała się na werandzie.
Przy drzwiach wisiało stare lustro.
Spojrzała na swoje odbicie.
Czarne włosy opadały jej na ramiona.
Brązowe oczy nadal miały ten sam ciepły wyraz, który babcia zawsze nazywała „spojrzeniem człowieka, który za dużo czuje”.
Miała czterdzieści dwa lata.
Nie była już młodą dziewczyną.
Ale po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, że życie daje jej jeszcze jedną szansę.
Nowy dom.
Nowa praca.
Nowy początek.
Kilka miesięcy wcześniej ukończyła studia pielęgniarskie.
Niedługo później otrzymała propozycję pracy na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przy ulicy Banacha.
Dla wielu pielęgniarek była to wymarzona posada.
Dla niej również.
Jednocześnie oznaczała początek zupełnie nowego życia.
Przeprowadzkę.
Nowych ludzi.
Nowe obowiązki.
I samotność, której nie pokazywała nikomu.
Dla większości osób była po prostu sympatyczną pielęgniarką.
Spokojną.
Profesjonalną.
Uśmiechniętą.
Niewielu wiedziało, ile kosztował ją ten uśmiech.
Początkowo wszystko wydawało się idealne.
Każdego ranka wsiadała do samochodu i jechała do szpitala.
Szybko przekonała się, że rzeczywistość SOR-u wygląda zupełnie inaczej niż podczas praktyk.
Nieustanny ruch.
Krzyki pacjentów.
Dźwięki monitorów.
Ratownicy wbiegający przez drzwi z kolejnymi ofiarami wypadków.
Ludzie walczący o życie.
Ludzie przegrywający tę walkę.
Po kilku tygodniach nauczyła się funkcjonować w tym chaosie.
Nauczyła się podejmować szybkie decyzje.
Nauczyła się ukrywać emocje.
Nauczyła się patrzeć śmierci w oczy.
Jednak nawet po najcięższym dyżurze cieszyła się na powrót do domu.
To właśnie tam mogła odetchnąć.
Wieczorami siadała na werandzie z kubkiem herbaty i słuchała szumu drzew.
W takich chwilach wydawało jej się, że życie wreszcie zaczyna się układać.
Do czasu…
Do czasu.
Najpierw były drobiazgi.
Ciche skrzypnięcia dochodzące z pustych pomieszczeń.
Stukanie gdzieś za ścianami.
Przeciągi pojawiające się mimo zamkniętych okien.
Później zaczęły się sny.
Każdej nocy niemal identyczne.
Widziała długi kamienny korytarz prowadzący pod ziemię.
Na jego końcu pulsowało czerwone światło.
Jak serce.
Jak żywa istota.
A gdzieś w ciemności ktoś na nią czekał.
Nie widziała twarzy.
Słyszała jedynie głos.
Niski.
Spokojny.
Niepokojąco znajomy.
— Wróć do mnie…
Za każdym razem budziła się gwałtownie.
Zlana potem.
Z bijącym sercem.
Przez kilka tygodni próbowała ignorować te sny.
Tłumaczyła je stresem.
Zmęczeniem.
Nową pracą.
Jednak z każdym dniem było coraz gorzej.
Pewnego wieczoru wróciła z wyjątkowo ciężkiego dyżuru.
Na Banacha przywieziono ofiary poważnego karambolu na trasie S8.
Przez wiele godzin personel walczył o życie rannych.
Gdy w końcu wróciła do domu, była wyczerpana.
Zasnęła niemal natychmiast.
Nie wiedziała, która była godzina, gdy obudził ją dziwny dźwięk.
Metaliczny.
Krótki.
Jakby ktoś przeciągnął ciężki przedmiot po betonowej podłodze.
Joanna otworzyła oczy.
W pokoju panowała ciemność.
Spojrzała na zegarek.
03:17.
Przez chwilę nasłuchiwała.
Cisza.
Już miała położyć się z powrotem, gdy usłyszała ten dźwięk ponownie.
Tym razem wyraźniej.
Dochodził z piwnicy.
Powoli usiadła na łóżku.
Serce zaczęło bić szybciej.
W domu nie powinno być nikogo oprócz niej.
Sięgnęła po latarkę leżącą na stoliku nocnym.
Narzuciła na siebie szlafrok.
I wyszła na korytarz.
Dom był pogrążony w ciszy.
Powoli zeszła po schodach na parter.
Promień światła przesuwał się po ścianach.
Po rodzinnych zdjęciach.
Po starych meblach należących kiedyś do babci.
W końcu dotarła do drzwi prowadzących do piwnicy.
Zamarła.
Drzwi były uchylone.
Była pewna, że zamykała je przed snem.
Podeszła bliżej.
Chwyciła klamkę.
Z wnętrza piwnicy dobiegł kolejny dźwięk.
Tym razem przypominał ciężki oddech.
Powolny.
Głęboki.
Nieludzki.
A potem gdzieś w ciemności rozbłysło czerwone światło.
Dokładnie takie samo jak w jej snach.ROZDZIAŁ 2 - PIERWSZY DYŻUR
Budzik zadzwonił o piątej trzydzieści rano.
Joanna otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła w sufit.
Spała zaledwie kilka godzin.
Sny wróciły również tej nocy.
Kamienny korytarz.
Czerwona poświata.
I ten sam głos.
— Wróć do mnie…
Potrząsnęła głową.
Nie chciała o tym myśleć.
Dziś był ważny dzień.
Pierwszy pełny dyżur na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przy ulicy Banacha.
Pierwszy prawdziwy dzień pracy.
Pierwszy dzień, w którym miała stać się częścią miejsca, o którym dotąd jedynie czytała w podręcznikach.
Kompleks szpitalny robił ogromne wrażenie.
Setki ludzi.
Karetki przyjeżdżające jedna za drugą.
Ratownicy biegnący z noszami.
Pacjenci oczekujący pomocy.
Chaos.
Kontrolowany chaos.
Dokładnie taki, jakiego spodziewała się po jednym z największych SOR-ów w Polsce.
— Nowa?
Joanna odwróciła się.
Przed nią stał wysoki mężczyzna w granatowym uniformie ratownika.
Miał około czterdziestu lat, krótkie ciemne włosy i uśmiech człowieka, który widział już wszystko.
Albo przynajmniej tak twierdził.
— Aż tak widać? — zapytała.
— Jeszcze nie uciekłaś.
— To źle?
— Wręcz przeciwnie. Większość nowych chce uciekać po pierwszej godzinie.
Joanna zaśmiała się.
— Pocieszające.
— Witaj na Banacha.
Wyciągnął rękę.
— Marek. Sanitariusz. Specjalista od kawy, noszy i cudów zdarzających się po trzeciej nad ranem.
— Joanna.
— Pielęgniarka?
— Tak.
Marek westchnął teatralnie.
— W takim razie współczuję.
— Aż tak źle?
— Jeszcze gorzej.
Po chwili puścił jej oczko.
— Ale przyzwyczaisz się.
Po raz pierwszy od kilku dni Joanna poczuła się trochę swobodniej.
Kilka minut później Marek oprowadzał ją po oddziale.
Pokazał sale obserwacyjne.
Punkt pielęgniarski.
Gabinety zabiegowe.
Magazyny.
I niewielki pokój socjalny.
— To tutaj dzieje się prawdziwa medycyna.
— Myślałam, że na salach.
— Nie.
Marek wskazał ekspres do kawy.
— Tutaj.
Joanna roześmiała się.
— Ta kawa naprawdę jest taka dobra?
— Nie.
— To czemu wszyscy ją piją?
— Bo po dwunastu godzinach dyżuru smakuje jak luksus.
Po południu poznała doktora Wiesława Nowaka.
Ordynatora dyżurującego tego dnia.
Mężczyzna miał około sześćdziesięciu lat.
Siwiejące włosy.
Zmęczone oczy.
I spojrzenie człowieka, który więcej czasu spędził w szpitalu niż we własnym domu.
— Nowa pielęgniarka?
— Tak, doktorze.
— Dobrze.
— To wszystko?
— Na razie.
Joanna uniosła brew.
Na twarzy lekarza pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
— Jeśli przeżyje pani pierwszy miesiąc, powiem coś więcej.
Marek parsknął śmiechem.
— Doktorze, ostatnio powiedział pan to samo nowemu rezydentowi.
— I miałem rację.
— Zwolnił się po tygodniu.
— Właśnie.
Wieczorem Joanna poznała doktora Wiktora Zielińskiego.
Mężczyzna siedział przy komputerze, uzupełniając dokumentację.
— Joanna, poznaj doktora Wiktora.
Wiktor podniósł wzrok.
Przez chwilę patrzył na nią nieco dłużej niż powinien.
Jakby próbował sobie coś przypomnieć.
— Miło mi — powiedziała.
— Wzajemnie.
— Wszystko w porządku?
Wiktor zamrugał.
Jakby wyrwała go z zamyślenia.
— Tak.
Uśmiechnął się lekko.
— Przez chwilę myślałem, że już cię kiedyś spotkałem.
— W Warszawie?
— Nie.
Pokręcił głową.
— Gdybyśmy spotkali się tutaj wcześniej, na pewno bym zapamiętał.
Po raz pierwszy Joanna poczuła, że za spokojnym spojrzeniem Wiktora kryje się coś więcej niż zwykłe zmęczenie lekarza.
Wieczorem ruch na oddziale nieco zmalał.
Joanna w końcu znalazła chwilę spokoju.
Usiadła przy stanowisku pielęgniarskim.
Spojrzała na zegarek.
Było kilka minut po dwudziestej drugiej.
Wtedy usłyszała szept.
— Joanna…
Podniosła głowę.
Nikogo nie było.
Rozejrzała się.
Pacjenci spali.
Personel zajmował się dokumentacją.
Nikt nie zwracał na nią uwagi.
Po chwili usłyszała go ponownie.
Tym razem wyraźniej.
— Joanna…
Serce zabiło jej szybciej.
Głos był dokładnie taki sam jak w snach.
— Wszystko dobrze?
Marek stanął obok niej.
— Słyszałeś coś?
— Co?
— Ktoś mnie wołał.
Marek spojrzał na pusty korytarz.
— Nikogo tu nie ma.
Joanna pokręciła głową.
Może rzeczywiście była przemęczona.
Może to tylko wyobraźnia.
Kilka minut później na oddział przywieziono starszego mężczyznę znalezionego nieprzytomnego w pobliżu Lasu Kabackiego.
Pacjent był skrajnie wychudzony.
Blady.
Jakby od tygodni nie widział słońca.
Podczas badania nagle otworzył oczy.
Spojrzał prosto na Joannę.
I zamarł.
— To niemożliwe…
— Proszę się uspokoić — powiedziała.
Mężczyzna zaczął drżeć.
— Nie…
— Wszystko będzie dobrze.
— Ona wróciła…
Joanna poczuła zimny dreszcz.
— Kto wrócił?
Pacjent spojrzał jej prosto w oczy.
Przez chwilę wyglądał na śmiertelnie przerażonego.
— Strażniczka…
Monitor serca zapiszczał.
Personel natychmiast rozpoczął działania ratunkowe.
Jednak po kilku minutach lekarz spojrzał na zegarek.
— Godzina zgonu: 22:41.
Na sali zapadła cisza.
Nikt nie zauważył, że w chwili śmierci pacjenta wszystkie światła na oddziale zamigotały.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
I nikt nie zauważył, że na końcu pustego korytarza przez krótką sekundę stała wysoka postać obserwująca Joannę.
Postać, która zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
Tej nocy Joanna po raz pierwszy usłyszała słowo, które miało na zawsze odmienić jej życie.
Strażniczka.ROZDZIAŁ 3 - NIEZNAJOMY Z KAWIARNI
Minęły trzy dni od śmierci tajemniczego pacjenta.
Trzy dni od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszała słowo „Strażniczka”.
Joanna próbowała o tym zapomnieć.
Próbowała wmówić sobie, że był to jedynie przypadek.
Majaki umierającego człowieka.
Nic więcej.
Mimo to wspomnienie jego przerażonego spojrzenia nie chciało jej opuścić.
Podobnie jak sny.
Każdej nocy wracał ten sam korytarz.
Ta sama czerwona poświata.
I ten sam głos.
— Wróć do mnie…
Tego dnia kończyła wyjątkowo ciężki dyżur.
Na Banacha przywieziono ofiary bójki, dwa zawały oraz młodego motocyklistę po wypadku.
Gdy w końcu zdjęła identyfikator i wyszła ze szpitala, była wyczerpana.
Nie miała ochoty wracać od razu do domu.
Potrzebowała chwili spokoju.
Kilka ulic dalej znajdowała się niewielka kawiarnia, do której często zaglądał personel szpitala.
Weszła do środka.
Przyjemny zapach świeżo mielonej kawy natychmiast poprawił jej humor.
Zamówiła cappuccino i usiadła przy oknie.
Po raz pierwszy od wielu godzin mogła po prostu usiąść.
I nic nie robić.
Przez chwilę obserwowała ludzi przechodzących ulicą.
Warszawa żyła swoim rytmem.
Samochody.
Autobusy.
Tłumy przechodniów.
Normalne życie.
Tak bardzo różniące się od tego, które codziennie widziała na SOR-ze.
— Wolne?
Joanna podniosła wzrok.
Przed nią stał mężczyzna.
Wysoki.
Ubrany w ciemną marynarkę i jasną koszulę.
Wyglądał elegancko, ale bez przesady.
Najbardziej uwagę zwracały jego oczy.
Ciemne.
Spokojne.
Jakby obserwowały świat od bardzo dawna.
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Jeśli przeszkadzam, mogę usiąść gdzie indziej.
— Nie, oczywiście. Proszę.
Mężczyzna usiadł naprzeciwko.
— Dziękuję.
Jego głos był spokojny i głęboki.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
Potem nieznajomy lekko się uśmiechnął.
— Joanna, prawda?
Zamarła.
— Skąd zna pan moje imię?
— Widziałem identyfikator przy torebce.
Spojrzała w dół.
Rzeczywiście.
Identyfikator z Banacha nadal tam wisiał.
Poczuła się głupio.
— Przepraszam.
— Nie ma za co przepraszać.
Wyciągnął rękę.
— Marcin.
— Joanna.
Uścisk dłoni trwał zaledwie sekundę.
Ale wystarczył.
Jego dłoń była lodowato zimna.
Nienaturalnie zimna.
Mimo letniego upału.
— Pracujesz na Banacha?
— Tak.
— Trudna praca.
— Czasami bardzo.
— A jednak nadal ją lubisz.
Joanna spojrzała na niego zaskoczona.
— Skąd wiesz?
Marcin uśmiechnął się.
— Widać to po sposobie, w jaki o niej mówisz.
Rozmowa płynęła zaskakująco łatwo.
Mówili o Warszawie.
O książkach.
O podróżach.
O muzyce.
— Lubisz Warszawę? — zapytał Marcin.
— Nadal się uczę ją lubić.
— To uczciwa odpowiedź.
— A ty?
Marcin spojrzał za okno.
Przez chwilę obserwował przejeżdżające samochody.
— Ja znam ją trochę za dobrze.
— To znaczy?
Uśmiechnął się lekko.
— Kiedyś ci opowiem.
— Brzmi tajemniczo.
— Podobno taki właśnie jestem.
Joanna sama nie zauważyła, kiedy minęła godzina.
Potem druga.
Po raz pierwszy od bardzo dawna śmiała się szczerze.
Bez udawania.
Bez zmęczenia.
Bez ciężaru codzienności.
Jednak w pewnym momencie wydarzyło się coś dziwnego.
Przez szybę kawiarni zauważyła starszego mężczyznę stojącego po drugiej stronie ulicy.
Patrzył prosto na nich.
A dokładniej…
Na Marcina.
Mężczyzna wyglądał na przerażonego.
Przeżegnał się drżącą ręką.
Po czym szybko odszedł.
Jakby zobaczył coś strasznego.
— Znasz go? — zapytała.
Marcin nawet nie odwrócił głowy.
— Nie.
— Patrzył na ciebie.
— Ludzie często patrzą.
Przez krótką chwilę jego twarz spoważniała.
Jakby wspomnienie czegoś bardzo odległego nagle wróciło.
Ale równie szybko odzyskał dawny spokój.
Gdy zaczęło się ściemniać, Joanna spojrzała na zegarek.
— Chyba powinnam już wracać.
— Rozumiem.
Wyszli razem z kawiarni.
Powietrze było ciepłe.
Nad Warszawą powoli zapadał wieczór.
— Miło było cię poznać — powiedziała.
— Mnie również.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie.
Żadne nie chciało zakończyć tej rozmowy.
— Może spotkamy się jeszcze kiedyś? — zapytała Joanna.
Marcin uśmiechnął się lekko.
— Mam nadzieję.
— W takim razie będzie łatwiej, jeśli będziemy mieli do siebie kontakt.
Przez chwilę patrzył na nią, jakby rozważał coś bardzo ważnego.
Potem wyjął telefon.
— Masz rację.
Joanna podała mu swój numer.
Marcin wpisał go do telefonu, a chwilę później jej własny aparat zawibrował.
Nowa wiadomość.
Marcin.
„Teraz już nie zgubimy się tak łatwo.”
Joanna uśmiechnęła się.
— To było szybkie.
— Nie lubię zostawiać ważnych spraw przypadkowi.
Przez krótką chwilę ich spojrzenia spotkały się ponownie.
Żadne z nich nie wiedziało jeszcze, jak bardzo to jedno zapisane w telefonie imię zmieni ich życie.
— Do zobaczenia, Joanno.
— Do zobaczenia, Marcinie.
Patrzyła, jak odchodzi.
Nie wiedziała dlaczego, ale miała dziwne wrażenie, że właśnie wydarzyło się coś bardzo ważnego.
Coś, co odmieni jej życie.
Kilkaset metrów dalej Marcin zatrzymał się w cieniu budynku.
Jego uśmiech zniknął.
Spojrzał w stronę kawiarni.
W stronę Joanny.
Przez chwilę stał nieruchomo.
Jakby upewniał się, że naprawdę ją zobaczył.
— Znalazłem cię… — wyszeptał.
W jego głosie nie było radości.
Była ulga.
I coś jeszcze.
Coś przypominającego strach.
A gdzieś głęboko pod starym domem odziedziczonym po Helenie czerwone światło rozbłysło mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Jakby coś właśnie się przebudziło.ROZDZIAŁ 4 - CORAZ BLIŻEJ MARCINA
Następne tygodnie minęły szybciej, niż Joanna mogłaby przypuszczać.
Marcin pojawiał się w jej życiu coraz częściej.
Najpierw były krótkie spotkania przy kawie.
Potem wspólne spacery po wieczornej Warszawie.
W końcu zaczęli pisać do siebie niemal codziennie.
Joanna sama nie zauważyła momentu, w którym stał się częścią jej codzienności.
Po ciężkim dyżurze pierwszą osobą, do której pisała, był właśnie on.
A kiedy budziła się rano, często znajdowała od niego wiadomość.
Było w tym coś kojącego.
Coś, czego brakowało jej od bardzo dawna.
Pewnego wieczoru siedzieli nad Wisłą.
Miasto odbijało się tysiącami świateł w spokojnej tafli rzeki.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
Była to jedna z tych rzadkich chwil, kiedy milczenie nie było niezręczne.
— Nigdy nie opowiadasz o swojej rodzinie — zauważyła Joanna.
Marcin uśmiechnął się lekko.
— Bo nie ma o czym opowiadać.
— Każdy ma jakąś historię.
— To prawda.
— A twoja?
Spojrzał na Wisłę.
Przez chwilę wydawało się, że naprawdę chce odpowiedzieć.
— Niektóre historie lepiej zostawić w przeszłości.
W jego głosie pojawiło się coś, czego wcześniej nie słyszała.
Smutek.
Prawdziwy.
Głęboki.
Przez moment wyglądał na człowieka, który stracił znacznie więcej, niż chciał przyznać.
Potem znów się uśmiechnął.
Jakby nic się nie stało.
— A ty? — zapytał.
— Co ja?
— Żałujesz czegoś?
Joanna zaśmiała się cicho.
— Za mało czasu mamy na taką rozmowę.
— W takim razie kiedyś do niej wrócimy.
Po raz pierwszy pomyślała, że naprawdę chciałaby, żeby to „kiedyś”
nastąpiło.
Kilka dni później Joanna kończyła nocny dyżur.
Była wyczerpana.
Ostatnie godziny spędziła przy pacjencie po ciężkim wypadku.
Zapach krwi nadal unosił się w powietrzu.
Nagle poczuła znajomy chłód.
Odwróciła głowę.
Marcin stał na końcu korytarza.
Nie wiedziała nawet, kiedy wszedł.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała zaskoczona.
— Pomyślałem, że odprowadzę cię do domu.
— O szóstej rano?
— Nie mogłem spać.
Joanna zaśmiała się.
— To chyba się od siebie uczymy.
— Oby nie wszystkich nawyków.
Dopiero po chwili zauważyła coś dziwnego.
Kilku pacjentów siedzących w poczekalni patrzyło na Marcina z wyraźnym niepokojem.
Starsza kobieta przeżegnała się ukradkiem.
Młody mężczyzna odsunął wzrok niemal natychmiast.
Jakby sam widok Marcina budził w nich lęk.
— Zauważyłeś kiedyś, że ludzie dziwnie na ciebie reagują? — zapytała.
Marcin spojrzał na nich kątem oka.
— Ludzie boją się rzeczy, których nie rozumieją.
— A ciebie da się zrozumieć?
Przez krótką chwilę milczał.
— Jeszcze nie.
Tamtej nocy Joanna znów miała sen.
Stała w swojej piwnicy.
Było ciemno.
Znacznie ciemniej niż zwykle.
Ściany pulsowały czerwonym światłem.
Jak żywe.
W oddali dostrzegła sylwetkę mężczyzny.
Nie widziała twarzy.
Ale wiedziała, że to Marcin.
Powoli odwrócił się w jej stronę.
Jego oczy świeciły czerwienią.
— Uciekaj.
— Przed czym?
— Przede mną.
Joanna obudziła się gwałtownie.
Serce waliło jej jak młot.
Pokój był pusty.
Ale na telefonie czekała nowa wiadomość.