Pod ciemną skórą Filipin. 10 lat później - ebook
Próbki filipińskich światów.
W 2015 roku Tomasz Owsiany wyruszył na Filipiny w swoją pierwszą, samotną podróż reporterską. Wybrał interesujące go zagadnienia, ale nie ustalał trasy. Przyjął też zasadę, że wszystkie przyzwyczajenia zostawia na lotnisku. W ciągu dziewięciu miesięcy pobytu na wyspach pomieszkiwał wśród rdzennych i nierdzennych społeczności Filipin. Nawiązał bliskie więzi z mieszkańcami. Uczestniczył w codziennym życiu i niecodziennych wydarzeniach: wyrabiał węgiel, uprawiał zbieractwo, orał poletka i brał udział w niearanżowanych ceremoniach. Poznawał kulisy kolonii karnej i zaprzyjaźnił się z uzdrowicielem uprawiającym pokątnie czarną magię. Dotarł do obozu grupy paramilitarnej na Mindanao i został gościem filipińskiego multimilionera. Celem podróży poznawczej autora było doświadczenie próbek z pełnego przekroju Filipin, poznanie nieeksportowej twarzy kraju oraz znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak przeobrażają się tamtejsze rdzenne kultury pod wpływem nowoczesności.
Po 10 latach od pierwszej podróży na archipelag, w 2025 roku autor wraca do dawno niewidzianych ludzi i miejsc. Przygląda im się jeszcze raz – z dystansu lat, oczami bardziej doświadczonego podróżnika-reportera. I przywozi rozbudowane post scriptum do poszczególnych rozdziałów.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-3807-2 |
| Rozmiar pliku: | 9,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zapadał zmrok, a wieś stapiała się z wolna z pagórkiem i cichła na tyle, na ile potrafiła. W ciemności domowej kuchni żar drzewnych węgielków rysował już wyraźnie swoje kształty. _Ate_¹ Marlyn przechyliła plastikowy galon, który wtaszczyłem rano stromą ścieżką, i wlała nieco wody do kociołka. Wsypała ryż, postawiła stołeczek na klepisku i oparła się o drewnianą ścianę. Przypaliła kawałek zwiniętego tytoniu, dokładając własną smużkę dymu do siwych kłębków ulatujących z paleniska. Zaciągała się powoli i zerkała w moją stronę. Patrzyła, jak w jasnej plamie latarki na baterie słoneczne robiłem notatki ołówkiem. Oswoiła się już z tym widokiem, choć nadal wydawał się jej osobliwy. Rozmyślanie i zapisywanie kartek innych niż urzędowe formularze ją intrygowało. _Ate_ Marlyn nie była wyjątkiem. Przyglądali mi się także mieszkańcy wsi Tacadang, schowanej wysoko w Kordylierze Centralnej, więźniowie w kolonii karnej na wyspie Mindoro i rybacy na wybrzeżach spustoszonych przez tajfuny. A kiedy mówiłem, że piszę książkę, czasem nie od razu mnie rozumiano. W niejednym zakątku Filipin książka wydawała się synonimem wysłużonej Biblii i przykurzonego szkolnego podręcznika, względnie raportu dla organizacji, która czegoś szuka i ma jakiś interes. Pisanie książki nie pasowało do samotnego człowieka, który przyszedł z własnej woli i nigdzie się nie spieszył; który nosił węgiel z pagórka na pagórek, żuł betel i nie robił sobie przy tym zdjęć. Jeszcze bardziej niezrozumiały był fakt, że ktoś w Polsce (_Poland? Foland?_) zechce z czystej ciekawości czytać o tym, co słychać po drugiej stronie globu. Dziwiono się dlatego, że własny horyzont poznawanych przeze mnie osób sięgał nierzadko do granic wyspy, łańcucha gór, skraju rodzimej prowincji. Rozproszeni na dwóch tysiącach z ponad siedmiu tysięcy filipińskich wysp, ich mieszkańcy ulegali mitom na własny i cudzy temat.
Najbardziej jednak dziwiono się, że przychodziłem właśnie do nich. Przecież na Filipiny przylatuje się dla rozrywki i zabawy. _It’s more fun in the Philippines_, jak głosił turystyczny slogan, zastąpiony w 2023 roku przez proste _Love The Philippines._ A oni zwyczajnie wiedli swój żywot. Doglądali grobów na skalnych półkach, chodzili leczyć się u duchowych uzdrowicieli, walczyli o byt na wybrzeżu, odsiadywali wyroki. Nic szczególnego. W każdym razie nie na tyle, żeby lecieć przez pół świata, tarabanić się po wertepach i rezygnować z wygód. Co innego krzyżowani pokutnicy z Pampangi czy partyzanci na wyspie Mindanao, którzy postrzegali swoje życie jako misję – istotną dla innych i wartą opisania. Pozostali, z pewnymi wyjątkami, raczej nigdy by sobie tego nie wymyślili. Mimo to zdawali się cieszyć z odmiany, jaką wnosił nowy towarzysz. Uświadamiali sobie, że mają wiele do pokazania. Cieszyli się również, że ktoś usłyszy o ich problemach, nawet jeśli nic nie miało z tego wyniknąć. Z czasem nasza odmienność się zacierała. Moja reporterska praca robiła się przeźroczysta i nie przysłaniała spontaniczności wspólnego życia. Coraz częściej ktoś zostawiał dziecko pod moją opieką, dawał pakunki do noszenia i pozwalał krzątać się po kuchni. Zaczynały łączyć nas anegdoty oraz wspólna paleta imion i nazw. Zbliżało picie palmowego wina i coraz sprawniejsze rozmowy w języku tagalskim, którego znajomości – nawet ograniczonej – nikt nie spodziewał się po „Amerykaninie”. Czuliśmy się ze sobą dobrze i swobodnie, choć nasze drogi właściwie nie miały prawa się przeciąć. Ani ze starym „szamanem” Andresem odprawiającym swoje czarnomagiczne rytuały w zatoczce na wyspie Daram, ani z wujem Ernim na Batanach, który szamanem bywał tylko raz w roku. Ani tym bardziej z młodym Oliverem, który wcześniej praktykował drobną gangsterkę w mieście i w ogóle nie śniło mu się harmonijne życie w górach. Jednak na przekór rachunkom prawdopodobieństwa poszczególne rozdziały książki mają właśnie ich twarze.
Wydarzenia opisane w I wydaniu _Pod ciemną skórą Filipin_ przypadają na ostatni rok poprzedzający prezydenturę skrajnie kontrowersyjnego Rodriga Duterte – a także na pierwsze miesiące jego rządów. Upłynęła od nich mniej więcej dekada. Szmat czasu, który może oznaczać pełną przemian epokę albo zaledwie ciąg dni, w trakcie których nie wydarzyło się nic istotnego. Patrząc z lotu ptaka, sześcioletnia kadencja Rodriga Duterte oznacza całą erę. Nie tylko w sferze działań państwa filipińskiego, lecz także społecznych emocji oraz zewnętrznego wizerunku samych Filipin.
------------------------------------------------------------------------
Antyestablishmentowy w retoryce polityk spoza Manili dawał nadzieję na ograniczenie wpływów politycznych dynastii. Rodzin, między którymi od paru pokoleń krąży pałeczka władzy. Kanalizował dosyć powszechną w społeczeństwie frustrację z powodu strukturalnej biedy i niewykorzystanego potencjału państwa i narodu. Obiecywał ukrócenie korupcji i uporanie się z istotnym problemem narkotyków i narkobiznesu. Właśnie ta kwestia zdominowała jego prezydenturę. Duterte przeniósł na cały kraj metody działania, które stosował wcześniej jako burmistrz w mieście Davao. Wprowadził inspirowaną odgórnie politykę policyjnej przemocy. Niektóre publiczne wypowiedzi można było odczytać wprost jako danie licencji na zabijanie – nawet cywilom. Rozpoczęły się pozasądowe egzekucje, wielu z nich dokonali nieokreśleni _vigilante_. Głównie w dzielnicach biedoty. Walka z jedną patologią wzmogła inne. Czołowe media i organizacje praw człowieka raportowały o przypadkach podkładania narkotyków, fałszywych oskarżeniach i szantażach. Wskazywano na niewinne ofiary, których symbolem stał się siedemnastoletni Kian Loyd delos Santos, bezpodstawnie zabity przez policjantów w ciemnym zaułku. Z emanującej pogodnym uśmiechem republiki popłynęły w świat zatrważające obrazy: leżących na asfalcie ciał owiniętych taśmą klejącą, opatrzonych kartonowymi tabliczkami „_Pusher ako, huwag tularan_” – „Jestem dilerem, nie naśladuj mnie”. Zdjęcia biedaków szlochających nad zwłokami swoich najbliższych. Wkrótce także więźniów, upchanych za kratami w nieludzkich warunkach. Na świecie śledzono rosnącą liczbę ofiar „wojny z narkotykami”, która ostatecznie wyniosła około sześciu tysięcy dwustu według oficjalnych komunikatów policji i przynajmniej dwanaście tysięcy według szacunków czołowych organizacji praw człowieka. Ponad milion dwieście tysięcy obywateli poddało się – dobrowolnie lub ze strachu – państwowemu programowi odwykowemu. Jednak tylko ułamek z nich przeszedł pełnowymiarowe leczenie, co podważało skuteczność systemu.
------------------------------------------------------------------------
Tymczasem to, co bulwersowało za granicą, zyskało aprobatę sporej części Filipińczyków. Nawet jeśli nie pochwalano samych metod, często uważano je za akceptowalną cenę wielkiego oczyszczenia państwa. „Duterte był dobrym, silnym prezydentem”, „Zrobiło się bezpieczniej”. Takie opinie moi rozmówcy, należący do różnych grup społecznych i etnicznych, powtarzali w 2025 roku jak refren. W rozmowach chwalono też między innymi ustawę o zniesieniu czesnego na państwowych uniwersytetach czy usprawnienie i zdyscyplinowanie urzędów. Doceniano również efekty bodaj największego programu infrastrukturalnego w historii kraju zwanego _Build!Build!Build!_, dzięki któremu, także w moim odczuciu, po Filipinach podróżuje się łatwiej niż przed dekadą.
Dlatego też dużo wybaczano niepoprawnemu prezydentowi, zwłaszcza w trakcie jego prezydentury. Wielu Filipińczykom podobała się postać aroganckiego macho, jego żelazna pięść i niewyparzony język. W utrwalaniu wizerunku niezależnego twardziela Duterte łamał wszelkie tabu. Klął jak szewc w oficjalnych wystąpieniach. Zelżył prezydenta Obamę – w kraju o bałwochwalczym podejściu do Stanów Zjednoczonych, a w zdaniu skierowanym do papieża Franciszka użył słowa „skurwysyn” – w kraju głęboko chrześcijańskim. W przestrzeni publicznej zaostrzyła się retoryka i wzrósł poziom okołopolitycznych emocji. Radykalne działania wyzwoliły radykalne opinie. Duterte oprócz zwykłych zwolenników zyskał także grono wyznawców, którzy oddolnie kierowali wrogość w stronę przeciwników głowy państwa. Sam prędko wszedł w skórę quasiautokraty i wziął na celownik swoich głośnych krytyków. Symbolem politycznych represji stała się senatorka Leila de Lima, która spędziła niemal siedem lat w więzieniu bez prawomocnego wyroku. Wystarczyły oskarżenia o uwikłanie w narkobiznes. Na dwa lata wygaszono też licencję największej prywatnej telewizji ABS-CBN. Aparat państwowy nękał pogromczynię _fake newsów_ Marię Ressę oraz redakcję jej portalu Rappler. Odbiło się to Dutertemu czkawką, ponieważ przed końcem jego prezydentury Ressa została jedną z osobowości roku magazynu „Times” oraz współlaureatką Pokojowej Nagrody Nobla.
Rodrigo Duterte prawdopodobnie wygrałby kolejne wybory prezydenckie, gdyby nie konstytucyjny limit jednej kadencji. Zamiast jednak wrócić do Pałacu Malacañang, siedziby głowy państwa, trzy lata później został aresztowany w Manili i przeniesiony do aresztu w Hadze z nakazu Międzynarodowego Trybunału Karnego. Jego lot do Holandii w marcu 2025 roku śledziły na świecie miliony internautów. Śledził go zapewne również jego następca Ferdynand Marcos Jr., syn niesławnego dyktatora oraz Imeldy Marcos, słynącej z kolekcji kilku tysięcy par butów.
------------------------------------------------------------------------
Styl prezydentury Rodriga Duterte, „wojna z narkotykami”, a także spór z Chinami o wysepki Spratly² sprawiły, że światowe media pierwszy raz od dawna poświęcały Filipinom tyle uwagi. Jednak budowany przez nie obraz kraju nie odzwierciedlał zwykłej codzienności mieszkańców archipelagu. Dla wielu z nich antynarkotykowa zawierucha była przede wszystkim tematem publicystycznym, który nie dotyczył ich bezpośrednio. Wykrzykniki z nagłówków prasowych stanowiły jedynie nawias zwykłego życia. Kiedy w 2017 roku Siły Zbrojne Filipin (AFP) toczyły ciężkie walki z rodzimymi islamistami w mieście Marawi, mieszkający pięćdziesiąt kilometrów dalej wódz Sabunutan, bohater X rozdziału, nadal zbierał spokojnie leśny miód i odprawiał plemienne rytuały. Niniejsza książka przedstawia Filipiny właśnie z takiej perspektywy.
------------------------------------------------------------------------
Szykując w 2015 roku pierwszą, ośmiomiesięczną wyprawę na Filipiny, postawiłem sobie tylko jeden cel: doświadczyć możliwie szerokiego przekroju filipińskiej różnorodności. Wybrałem więc określone grupy etniczne, rozproszone we wszystkich trzech makroregionach archipelagu. Zależało mi na tym, żeby odwiedzane miejsca poczuć i zrozumieć. Wytworzyć pewną więź. Postanowiłem zgłębić konkretne zjawiska kulturowe i społeczne, unikając wszelkiej komercji. Wykreśliłem na wstępie białe plaże Boracayu, ryżowe tarasy w Banaue i pozostałe miejsca, które zmieniły się w turystyczny produkt. Zabrałem dość pieniędzy, żeby – żyjąc skromnie, według miejscowych standardów – nie obciążać nikogo swoją obecnością i nie pasożytować na cudzej gościnności. Przyjąłem zasadę, że wszystkie przyzwyczajenia zostawiam na lotnisku i od pierwszej chwili będę próbował żyć tak jak miejscowi. Wyszukałem interesujące mnie zagadnienia, ale nie ustalałem trasy. Z premedytacją wybrałem się zupełnie w ciemno. Wszystkie relacje i portrety, które znalazły się w I wydaniu książki, są dziełem przypadkowych spotkań w nieprzypadkowych miejscach oraz skutkiem kontaktów wypracowanych po przylocie. Prowadzą od pohuraganowych ruder i szałasów do stylowej rezydencji multimilionera. Od przedstawicieli elit do outsiderów i społecznego marginesu. Kreślą obraz kraju scalającego pracowników manilskich biurowców, tradycyjne rdzenne społeczności i miliony żyjące na peryferiach nowoczesności w jeden naród.
Latem 2025 roku wróciłem po własnych śladach do dawno niewidzianych ludzi i miejsc. Do wydarzeń i spraw, które również dla mnie stały się już zastygłą opowieścią. Historią, do której chciałem dopisać _post scriptum_ nie tylko dla zaspokojenia własnej ciekawości³.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat Filipiny stały się nam nieco bliższe. Coraz częściej zdarza się nam widzieć filipińskie twarze wśród przechodniów i znajomych z pracy. Filipińczycy zaś mogą znacznie częściej usłyszeć intrygujący język polski w swoich miejscowościach. Zacieśniły się relacje handlowe między naszymi krajami. Przybyło także publikacji o dalekowschodnim archipelagu, a rezydujący na wyspach polscy twórcy wideoblogów gromadzą spore grono widzów. Mam więc cichą nadzieję, że tym chętniej kolejni Czytelnicy zagłębią się w zebrane tutaj wycinki filipińskiej rzeczywistości. W próbki filipińskich światów.PRZYPISY
1 Dosłownie „starsza siostra”. Zwrot stosowany powszechnie także wobec niespokrewnionych starszych lub nieco starszych kobiet, również jako zwrot grzecznościowy. Analogicznie do mężczyzn stosuje się zwrot _kuya_.
2 W filipińskiej nomenklaturze państwowej część archipelagu Spratly określana jest jako Wyspy Kalayaan („Wyspy Wolności”).
3 Narracja, fakty oraz dane wielkościowe w tym wydaniu książki są zgodne z chronologią powstawania tekstu. Oryginalna część zachowuje więc perspektywę lat 2015–2016, a nowe fragmenty – roku 2025.
4 Polska nazwa tej rośliny to kłębian kątowaty. Bulwa przypomina kształtem i konsystencją rzepę. Należy do rodziny bobowatych.
5 Na Filipinach do dziś nie istnieje powszechne prawo do rozwodu, z wyjątkiem małżeństw muzułmańskich oraz – pod pewnymi warunkami – w drodze uznania rozwodu orzeczonego za granicą. Filipiny pozostają jedynym państwem Azji Południowo-Wschodniej bez ogólnej instytucji rozwodu.
6 Richmond naprawdę miał na imię Richmond, jednak część pozostałych imion w niniejszej książce została świadomie zmieniona: czasem dla ochrony prywatności bohaterów, czasem zaś zwyczajnie dlatego, że autor nie był pewien prawdziwych imion postaci epizodycznych.
7 Według różnych klasyfikacji lingwistycznych na Filipinach używa się od około stu trzydziestu do stu siedemdziesięciu języków. Rozbieżności wynikają z odmiennych kryteriów rozróżniania języków i ich odmian regionalnych. Kapampangan jest głównym językiem prowincji Pampanga.
8 Abaka to wytrzymałe włókna pozyskiwane z bananowców.
9 _Ladyboy_ – potoczne słowo na określenie osób, którym przypisano przy urodzeniu płeć męską, ale które zachowują elementy żeńskiego wyglądu i ekspresji. Szerszy znaczeniowo i właściwy Filipinom jest termin _bakla_.