Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pod lodem. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 sierpnia 2026
59,99
5999 pkt
punktów Virtualo

Pod lodem. - ebook

Na zamarzniętym jeziorze zostaje odnaleziona kobieta, a obok niej dziecięca rękawiczka z wyszytym numerem 17. Dla Leny Wyrzykowskiej ten ślad otwiera sprawę sprzed lat — zaginięcie jej brata Michała. Im głębiej sięga prawda, tym wyraźniej widać, że pod lodem ukryto nie jedną tajemnicę, lecz cały system milczenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398211321
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

POD LODEM

powieść kryminalna

Pola Redlin

Prolog

Najpierw była ciemność.

Nie taka, która przychodzi wieczorem, powoli, łagodnie, zostawiając ludziom czas na zapalenie lamp. Ta ciemność spadła nagle. Miała ciężar. Weszła pod powieki, do gardła, do płuc. Zabrała kierunki świata.

Elżbieta Radecka leżała na plecach i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest.

Czuła pod sobą zimno. Nie ziemię, nie beton, nie drewno. Coś gładkiego, twardego, śliskiego. Kiedy spróbowała poruszyć ręką, paznokcie zaskrobały po powierzchni. Dźwięk był cichy i rozpaczliwie dziecięcy, jakby ktoś drapał od wewnątrz szybę akwarium.

Lód.

Zrozumiała to, zanim przypomniała sobie własne imię.

Nad nią niebo było czarne, bezgwiezdne. Nad Olsztynem chmury wisiały nisko, ciężkie od śniegu, odbijające pomarańczową poświatę miasta. Gdzieś daleko przejechał samochód. Potem drugi. Normalne życie przesuwało się kilkaset metrów dalej: ktoś wracał z nocnej zmiany, ktoś wiózł dziecko z gorączką do szpitala, ktoś kłócił się w kuchni, ktoś zasypiał przed telewizorem.

Nikt nie słyszał jej oddechu.

Nikt nie słyszał, jak próbuje krzyknąć.

Z jej ust wydobyło się tylko krótkie, suche sapnięcie. Taśma na wargach trzymała mocno. Ręce miała skrępowane z przodu, kostki związane czymś cienkim, wrzynającym się w skórę. Opaski zaciskowe. Przypomniała sobie ich plastikowy trzask. Przypomniała sobie zapach samochodu: tani odświeżacz powietrza, wilgotna tapicerka, benzyna, czyjś pot.

I głos.

Nie twarz. Twarzy nie widziała. Ale głos pamiętała.

— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedział ktoś nad nią, jeszcze w samochodzie. — Że wy naprawdę myśleliście, że to minie.

Kobieta zamknęła oczy.

Nie mogła płakać. Łzy zamarzały jej na skroniach.

Spróbowała przesunąć się po lodzie. Centymetr. Może dwa. Ból przeszył jej bark, kiedy plastik wpił się głębiej. Pod płaszczem miała tylko sweter. Ktoś zabrał jej buty. Stopy w cienkich rajstopach zdrętwiały tak bardzo, że przestały należeć do ciała.

Wtedy zobaczyła coś obok siebie.

Mały ciemny kształt.

Leżał kilka dłoni od jej twarzy. Nie rozumiała, czym jest, dopóki wiatr nie przesunął po lodzie drobinek śniegu i nie odsłonił czerwonego haftu.

Rękawiczka.

Dziecięca. Wełniana. Granatowa.

Na wierzchu wyszyto numer 17.

Kobieta szarpnęła głową, jakby sam widok tego numeru mógł ją zabić szybciej niż mróz.

Nie. Nie, nie, nie.

Próbowała odsunąć się od rękawiczki, ale jej ciało nie słuchało. Nagle wróciło wszystko: długi korytarz pachnący zupą mleczną i lizolem, szafki podpisane numerami, nocne płacze za ścianą, dziewczynka z rozdrapanym kolanem, chłopiec stojący boso na kafelkach. I ona sama, młodsza o dwadzieścia parę lat, z kluczem do pokoju, którego nie powinna była otwierać.

— Ja tylko wykonywałam polecenia — chciała powiedzieć.

Ale taśma nie pozwoliła.

Zresztą to kłamstwo od dawna nie miało już żadnej wartości.

Usłyszała kroki.

Ktoś wrócił.

Powoli. Spokojnie. Bez pośpiechu.

Postać stanęła nad nią. Ciemna, szeroka, z kapturem naciągniętym na twarz. Przez sekundę kobieta pomyślała, że jeśli będzie błagać oczami, jeśli pokaże skruchę, jeśli jakoś udowodni, że przez te wszystkie lata cierpiała, może jeszcze zostanie jej darowane.

Postać przykucnęła i położyła dłoń na lodzie obok jej głowy.

— Pamiętasz ją? — spytał głos.

Kobieta potrząsnęła głową. Nie dlatego, że nie pamiętała.

Dlatego, że pamiętała zbyt dobrze.

Postać westchnęła. W tym westchnieniu nie było gniewu. Było coś znacznie gorszego: zmęczenie.

— Wszyscy tak robicie.

Potem rozległ się metaliczny stuk.

Pierwsze uderzenie poszło w lód niedaleko jej ucha.

Drugie bliżej.

Przy trzecim zrozumiała.

Nie chciano jej po prostu zabić.

Chciano, żeby jezioro ją przyjęło.

Rozdział 1

Lena Wyrzykowska wróciła do Olsztyna w dzień, w którym miasto wyglądało, jakby ktoś zmył z niego wszystkie kolory.

Dworzec przywitał ją mokrym śniegiem, zapachem kawy z automatu i przeciągiem, który wciskał się pod płaszcz z taką samą bezczelnością jak dawne wspomnienia. Stała na peronie z walizką w jednej ręce i torbą z laptopem w drugiej, patrząc na ludzi, którzy mijali ją bez pośpiechu. Studenci z plecakami. Kobieta w pikowanej kurtce mówiąca do telefonu, że „zaraz będzie na Jarotach”. Starszy mężczyzna z reklamówką z piekarni.

Wszystko było zwyczajne.

I właśnie to ją najbardziej zabolało.

Przez piętnaście lat wyobrażała sobie powrót do miasta jako coś dramatycznego. Że wysiądzie z pociągu i poczuje uderzenie przeszłości. Że zobaczy twarz brata w szybie kiosku, usłyszy głos ojca na schodach, poczuje rękę matki zaciskającą się na jej ramieniu tak mocno, jak tamtego wieczoru, kiedy policjant powiedział: „Pani syn prawdopodobnie uciekł”.

Ale Olsztyn nie zadrżał.

Miasto miało ją gdzieś.

Taksówkarz spod dworca spojrzał na nią w lusterku dopiero wtedy, gdy podała adres.

— Zatorze? — upewnił się.

— Tak.

Nie skomentował, ale zrobił tę minę, którą Lena znała jeszcze z dzieciństwa. Zatorze: trochę blisko, trochę daleko; niby w mieście, ale zawsze po drugiej stronie czegoś.

Ruszyli.

Przez zaparowaną szybę patrzyła na ulice, które pamiętała i których już nie poznawała. Nowe szyldy, odmalowane elewacje, światła sklepów, których kiedyś nie było. Miasto urosło, ale w dziwny sposób: jak człowiek, który zmienił ubranie, lecz nie pozbył się starego zapachu.

Telefon zawibrował w kieszeni.

MAMA.

Lena odczekała trzy sygnały, zanim odebrała.

— Jestem już w taksówce.

Po drugiej stronie słychać było tylko telewizor. Jakiś serial, śmiech z puszki, czyjś sztucznie wesoły głos.

— Kupiłaś leki? — spytała matka.

— Mamo, dopiero wysiadłam.

— Mówiłaś, że kupisz w Warszawie, bo u nas nie zawsze mają.

Lena zamknęła oczy.

— Kupiłam.

— I te krople?

— Też.

— Nie denerwuj się.

— Nie denerwuję się.

Obie wiedziały, że to nieprawda.

Matka rozłączyła się bez pożegnania. Robiła tak od czasu udaru. Nie dlatego, że była niemiła. Po prostu rozmowy kończyły się dla niej w środku zdania, jakby ktoś w głowie wyłączał światło.

Lena schowała telefon i poczuła znajomy ucisk za mostkiem.

W Warszawie umiała udawać, że jej życie jest serią świadomych wyborów. Dziennikarka śledcza, niezależna, twarda, niewygodna. Kobieta, która potrafiła siedzieć godzinami pod czyimś biurem, wejść na zamknięte spotkanie, zadać pytanie tak, żeby człowiek naprzeciwko zapomniał oddychać.

A potem przyszedł tekst o spółce paliwowej, pozew, zawieszenie współpracy, przyjaciele, którzy nagle przestali odbierać, i redaktor naczelny mówiący: „Lena, to nie jest dobry moment”.

Nie ma złych momentów, pomyślała wtedy. Są tylko ludzie, którzy boją się dobrych pytań.

Ale to było przed bezsennością. Przed tabletkami. Przed rankiem, kiedy obudziła się na podłodze w łazience i nie pamiętała, jak się tam znalazła.

Taksówka skręciła. Mijali stare kamienice, sklepy z używaną odzieżą, aptekę, zakład pogrzebowy. Na rogu stał mężczyzna w cienkiej kurtce i palił papierosa, patrząc przed siebie takim wzrokiem, jakby czekał na coś, co nigdy nie przyjdzie.

— Dawno pani nie było? — spytał taksówkarz.

Lena spojrzała na jego kark.

— Widać?

— Słychać.

— Po czym?

— Ludzie stąd nie patrzą tak przez okno.

Chciała odpowiedzieć czymś ostrym, ale zabrakło jej siły. Uśmiechnęła się tylko krótko.

— A jak patrzą?

— Normalnie. Bez pretensji.

To było tak trafne, że aż ją rozśmieszyło.

Kiedy wysiadła przed blokiem, śnieg przeszedł w drobny deszcz. Budynek wyglądał gorzej, niż pamiętała: klatka odrapana, domofon z pękniętym przyciskiem, na chodniku cienka warstwa brudnego lodu. W oknie na trzecim piętrze wisiała firanka matki, ta sama od lat, pożółkła na brzegach.

Lena zapłaciła, wyciągnęła walizkę z bagażnika i wtedy telefon zawibrował ponownie.

Nie znała numeru.

Odrzuciła.

Po chwili przyszedł SMS.

_Pani Leno, nazywam się Elżbieta Radecka. Musimy porozmawiać o pani bracie. To pilne. Proszę nie mówić policji._

Lena stała na chodniku, a deszcz osiadał jej na włosach.

Przeczytała wiadomość raz.

Potem drugi.

I trzeci.

Świat wokół niej nagle przycichł. Nawet samochody za plecami oddaliły się o kilka ulic.

Jej brat miał na imię Michał.

Zaginął 14 listopada 2002 roku.

Miał siedemnaście lat, bliznę nad prawą brwią i zwyczaj podgryzania skórki przy kciuku, kiedy się bał. Ostatni raz widziano go niedaleko jeziora, w granatowej kurtce i butach, które ojciec kupił mu na wyprzedaży. Policja po trzech miesiącach uznała, że uciekł z domu. Po roku przestano dzwonić. Po pięciu matka nadal zostawiała dla niego talerz przy Wigilii. Po dziesięciu ojciec umarł na zawał, a Lena pomyślała na pogrzebie, że są różne sposoby znikania.

Nie odpisała od razu.

Najpierw weszła do klatki. Zapach uderzył ją jak wspomnienie: wilgoć, kapusta, papierosy, stary kurz. Winda nie działała. Oczywiście.

Na drugim piętrze przystanęła, bo serce biło jej za szybko.

Telefon trzymała tak mocno, że zbielały jej palce.

Napisała:

_Kto pani dał ten numer?_

Odpowiedź przyszła po kilkunastu sekundach.

_Pani brat._

Rozdział 2

Lena długo patrzyła na ekran, jakby słowa mogły zmienić znaczenie, jeśli da im się wystarczająco dużo czasu.

_Pani brat._

To było niemożliwe.

Michał nie miał jej numeru. Michał nie miał telefonu, adresu, głosu, cienia, żadnego miejsca, z którego mógłby do niej wrócić. Michał był teczką w policyjnym archiwum, zdjęciem w ramce, bólem matki i zdaniem, którego Lena nienawidziła bardziej niż jakiegokolwiek innego: _prawdopodobnie uciekł_.

Zadzwoniła.

Sygnał trwał raz, drugi, trzeci. Potem włączyła się poczta.

Nie nagrała się.

Na trzecim piętrze drzwi otworzyła matka. Była mniejsza, niż Lena ją zapamiętała. Jakby przez te lata ktoś po kawałku odbierał jej ciało, zostawiając tylko twarz, kości i oczy, które nadal potrafiły zranić z precyzją noża.

— Długo szłaś — powiedziała.

— Winda nie działa.

— Działała rano.

— Teraz nie działa.

Matka cofnęła się, robiąc jej miejsce. Mieszkanie pachniało lekami, kurzem i gotowanymi ziemniakami. W przedpokoju stały te same kapcie ojca, chociaż ojciec od trzynastu lat leżał na cmentarzu przy Poprzecznej. Lena zauważyła je od razu i poczuła, że powrót będzie gorszy, niż sądziła.

W salonie telewizor mówił za głośno. Na stole stał kubek z niedopitą herbatą. Przy oknie wisiała paprotka, sucha z jednej strony, zielona z drugiej, jakby nie mogła się zdecydować, czy jeszcze żyje.

— Zjadłaś coś? — spytała matka.

— W pociągu.

— W pociągu się nie je. Tam wszystko śmierdzi ludźmi.

Lena rozpięła płaszcz.

— Też się cieszę, że cię widzę.

Matka spojrzała na nią krótko. Przez sekundę w jej twarzy pojawiło się coś miękkiego, niemal wstydliwego. Zaraz potem zniknęło.

— Leki są w torbie?

— Są.

Lena położyła torbę na krześle i zaczęła wyjmować opakowania. Krople do oczu. Tabletki na ciśnienie. Maść, której nazwy nigdy nie potrafiła zapamiętać. Matka obserwowała każdy ruch, jakby sprawdzała, czy córka przywiozła dowody miłości w odpowiedniej kolejności.

Telefon znowu zawibrował.

Lena zamarła.

Matka zauważyła.

— Kto?

— Nikt.

— Nikt nie pisze dwa razy.

Na ekranie była nowa wiadomość.

_Nie mogę rozmawiać. Spotkajmy się dziś o 22. Przy starej pętli nad Ukielem. Sama._

Zimno przeszło jej po karku. Schowała telefon do kieszeni.

— To z pracy.

— Nie masz pracy.

Matka powiedziała to bez okrucieństwa. I właśnie dlatego zabolało.

Lena odwróciła się do szafki z lekami, żeby nie było widać jej twarzy.

— Mam zlecenia.

— Twój ojciec też mówił, że ma zlecenia, kiedy siedział w domu i nie odbierał telefonów.

— Mamo.

— Nie zaczynam. Stwierdzam.

Za ścianą ktoś odkurzał. Ten zwyczajny, niski hałas w mieszkaniu obok wydawał się obsceniczny. Lena miała w kieszeni wiadomość od kobiety, która twierdziła, że wie coś o jej bracie, a świat nadal wykonywał swoje małe czynności: odkurzał, gotował, spuszczał wodę, przesuwał krzesła.

— Znasz Elżbietę Radecką? — spytała nagle.

Matka przestała układać leki.

Nie poruszyła się gwałtownie. Nie zbladła. Nie zrobiła nic, co można by potem nazwać reakcją. Tylko jej dłoń, ta słabsza po udarze, zacisnęła się na pudełku tabletek.

— Skąd to nazwisko?

Lena odwróciła się powoli.

— Czyli znasz.

— Pracowała kiedyś w urzędzie.

— W jakim urzędzie?

— Ludzie pracują w różnych urzędach.

— Mamo.

Matka odłożyła pudełko. Za oknem zapadał szybki, zimowy zmierzch. Bloki naprzeciwko zapalały kolejne okna i każde z nich wyglądało jak osobna klatka.

— Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi.

Lena prawie się roześmiała.

— Całe moje życie polega na zadawaniu takich pytań.

— Dlatego wyglądasz, jak wyglądasz.

To było stare uderzenie. Matka umiała je zadać bez zamachu.

Lena podeszła do okna. Na dole, pod blokiem, ktoś stał przy śmietniku i palił papierosa. Kaptur, ciemna kurtka, pochylona głowa. Nie widziała twarzy. Mężczyzna albo kobieta. Nieruchoma sylwetka.

— Czy Radecka znała Michała?

Cisza.

Lena odwróciła się.

Matka patrzyła na telewizor, ale widać było, że niczego nie ogląda.

— Twój brat znał wielu ludzi.

— Miał siedemnaście lat.

— Właśnie.

— Co to ma znaczyć?

Matka zamknęła oczy.

— Michał nie był taki, jak myślisz.

Całe mieszkanie jakby przesunęło się o kilka centymetrów. Podłoga straciła pewność.

— Był moim bratem.

— To nie znaczy, że wszystko o nim wiedziałaś.

— A ty wiedziałaś?

Matka nie odpowiedziała.

Telefon Leny zaczął dzwonić. Tym razem numer był zastrzeżony.

Odebrała natychmiast i wyszła do przedpokoju.

— Tak?

Przez chwilę słyszała tylko oddech. Cichy, nierówny. Potem kobiecy głos, bardzo blisko mikrofonu.

— Nie idź tam.

Lena przycisnęła telefon mocniej do ucha.

— Kim pani jest?

— Nie idź nad jezioro.

— Pani Radecka?

Po drugiej stronie coś stuknęło. Jakby telefon uderzył o blat albo ktoś zasłonił mikrofon dłonią.

— Oni czekają, aż sama wejdziesz w tę historię.

— Kto?

— Wszyscy.

Połączenie się urwało.

Lena stała w ciemnym przedpokoju, wpatrzona w drzwi wejściowe. W lustrze nad szafką zobaczyła własną twarz: bladą, starszą, z oczami kobiety, która już wie, że za chwilę popełni błąd.

Matka odezwała się z salonu:

— Nie jedź.

Lena nie poruszyła się.

— Słyszałaś?

— Nie musiałam.

— Więc jednak coś wiesz.

Matka podniosła pilot i ściszyła telewizor. Ten mały gest miał w sobie coś ceremonialnego. Dopiero teraz zaczynała się prawdziwa rozmowa.

— Kiedy Michał zniknął, przyszła do mnie kobieta — powiedziała. — Nie od razu. Po kilku tygodniach. Padał śnieg. Pamiętam, bo miała mokre włosy i nie chciała wejść do środka. Stała na klatce i płakała.

— Radecka?

— Nie wiem. Może. Wtedy nie podała nazwiska.

— Co powiedziała?

Matka dotknęła palcami skroni. Od udaru czasem gubiła słowa. Szukała ich w sobie z rosnącą paniką, jak ktoś, kto maca ręką po ścianie za włącznikiem światła.

— Że Michał nie uciekł.

Krew uderzyła jej do uszu.

— I mówisz mi to teraz?

— Powiedziałam policji.

— Komu?

— Temu młodemu. Jak on się nazywał…

— Mamo, komu?

— Sowa. Marek Sowa.

Nazwisko upadło między nimi ciężko.

Lena pamiętała go. Młody funkcjonariusz o poważnej twarzy, który przyszedł z drugim policjantem do ich mieszkania. Stał wtedy przy drzwiach i nie patrzył jej w oczy. Miała piętnaście lat, siedziała przy stole w piżamie, a on trzymał czapkę w dłoniach tak mocno, jakby chciał ją zgnieść.

— Co zrobił?

Matka spojrzała na córkę.

— Nic.

O dwudziestej pierwszej trzydzieści Lena wyszła z mieszkania.

Matka nie próbowała jej zatrzymać. Stała tylko w drzwiach salonu, oparta o framugę, w szlafroku narzuconym na sweter.

— Jak go znajdziesz — powiedziała cicho — nie pytaj najpierw, dlaczego odszedł.

Lena zatrzymała się przy drzwiach.

— A o co mam zapytać?

Matka długo milczała.

— Czy bolało.

Na zewnątrz deszcz zmienił się w mokry śnieg. Lena zamówiła taksówkę, ale po dwóch minutach anulowała kurs. Nie chciała, żeby ktokolwiek wiedział, dokąd jedzie. Przeszła kawałek pieszo, potem wsiadła do prawie pustego autobusu.

W środku siedziało kilka osób: chłopak w kapturze z telefonem przy twarzy, starsza kobieta z siatką z całodobowego sklepu, mężczyzna w roboczej kurtce pachnący papierosami i zimnem. Na końcu pojazdu dwóch studentów szeptało coś do siebie, za głośno się śmiejąc, jakby śmiech miał ochronić ich przed nocą.

Nikt nie patrzył na Lenę. Nikt nie wyglądał jak ktoś, kto zmierza ku odpowiedziom. O tej porze ludzie jechali już tylko tam, gdzie musieli: do pracy na nocną zmianę, z cudzych mieszkań, od własnych błędów albo z powrotem do nich.

Wysiadła niedaleko Ukielu.

Jezioro zimą było większe niż w pamięci. Ciemne, rozlane pod niebem, z brzegiem niknącym w mgle. Latem Olsztyn potrafił udawać miasto pocztówkowe: żagle, rowery, piwo na pomoście, dzieci z lodami. Zimą zdejmował maskę. Woda stawała się czarna, drzewa chude, a wszystkie dźwięki brzmiały tak, jakby dochodziły spod ziemi.

Stara pętla była prawie pusta. Jedna latarnia migała nieregularnie. Przystanek miał pękniętą szybę i rozkład jazdy zmiękły od wilgoci. W krzakach leżała puszka po energetyku. Ktoś markerem napisał na ścianie: _NIE MA POWROTU_.

Lena sprawdziła godzinę.

21:57.

Telefon milczał.

Przeszła w stronę jeziora. Buty ślizgały się na ubitym śniegu. Po kilku krokach zobaczyła ślady prowadzące w dół, ku pomostowi. Świeże. Jedna osoba. Może dwie.

— Pani Radecka? — zawołała.

Wiatr odpowiedział za nią.

Na pomoście leżało coś ciemnego.

Lena zatrzymała się. Ciało zareagowało szybciej niż myśl: skurcz żołądka, suchość w ustach, nagła ostrość widzenia. Przedmiot był mały. Nie człowiek. Nie torba.

Podeszła.

Dziecięca rękawiczka.

Granatowa, przemoczona, z czerwonym haftem.

Numer 17.

Lena przykucnęła, ale jej nie dotknęła. W tej samej chwili za plecami usłyszała trzask gałęzi.

Odwróciła się gwałtownie.

Między drzewami stała postać.

— Kto tam?

Postać cofnęła się w ciemność.

Lena ruszyła za nią, bardziej z odruchu niż odwagi. Zeszła z pomostu, poślizgnęła się, złapała równowagę na mokrej barierce. Ktoś biegł ścieżką w stronę parkingu. Słyszała kroki, ciężki oddech, szelest kurtki.

— Stój!

Odpowiedzią był tylko dźwięk uruchamianego silnika.

Kiedy dobiegła do parkingu, samochód już wyjeżdżał. Ciemne kombi, brudne tablice, tylna szyba zasypana śniegiem. Lena zapamiętała tylko końcówkę numeru: 48 albo 43. Może litera N. Może nic.

Zaklęła pod nosem.

Wtedy zobaczyła światła.

Nie samochodu.

Latarek.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij