Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pod Mostem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 marca 2026
14,90
1490 pkt
punktów Virtualo

Pod Mostem - ebook

Obudził się pod gdańskim mostem z pamięcią czystą jak popiół i ciałem wyszkolonym do zabijania. Dla świata jest nikim. Dla rosyjskich szpiegów ukrytych w strukturach władzy – najcenniejszym obiektem. Pod skórą bohatera pulsuje nadajnik, czyniąc go „odbiornikiem” w nieludzkim eksperymencie, który ma zmienić elitarnych żołnierzy w bezwolne drony. Kiedy na jego drodze staje brat, który oficjalnie nie żyje, oraz dawny mentor z GROM-u, wybucha wojna, której portowy Gdańsk długo nie zapomni. Bracia muszą przeniknąć do strzeżonego Terminala 7, by rozbić spisek sięgający szczytów władzy i odzyskać skradzioną tożsamość. W świecie, gdzie strach można wyłączyć jednym impulsem, tylko braterska więź pozostaje poza kontrolą systemu. To brutalna opowieść o lojalności, cyfrowym niewolnictwie i bolesnym powrocie z zaświatów. Czy zdążą wyrwać się z matni, zanim ostatni sygnał wymaże ich na zawsze?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ŚWIT NA BETONOWYM DNIE

Pierwszy był ból. Nie pulsował, lecz wwiercał się w czaszkę z siłą młota pneumatycznego, sprawiając, że każdy głębszy oddech wydawał się aktem masochizmu. Otwarcie oczu było walką, której prawie nie podjąłem, ale instynktowny lęk przed ciemnością zwyciężył. Powieki skleiły się zaschniętą wydzieliną, a ich uchylenie sprawiło, że do mózgu dotarła fala ostrego, szarego światła, pogłębiając potworny, migrenowy ból.

Leżałem. Moje ciało leżało na czymś twardym i wilgotnym, co z trudem identyfikowałem jako starą, zużytą materacową gąbkę, obrzydliwie pachnącą pleśnią i obcym, starym potem. Próbowałem poruszyć ręką, ale była ołowiana. Prawa dłoń… patrzyłem na nią jak na obcy przedmiot. Kostki palców były zmasakrowane. Skóra zdarta do żywego mięsa, pęknięta, pokryta grubą, brudną warstwą zaschniętej krwi i pyłu. Wyglądały tak, jakbym przez całą noc tłukł z wściekłością w betonową ścianę, nie czując bólu, albo jakbym stoczył walkę na śmierć i życie z czymś znacznie twardszym od kości. Lewa ręka nie była lepsza – brudna, obtarta, z ranami, które pulsowały w rytm mojego własnego tętna. Moje ubranie… co ja mam na sobie? Ciemna, zniszczona kurtka była rozerwana na rękawie, a na klatce piersiowej widniała duża, ciemna plama, która w tym szarym świetle mogła być tylko krwią – moją, albo kogoś innego.

Mój mózg był czystą kartą. Kompletną próżnią. Bez wspomnień, bez nazwiska, bez twarzy bliskich. Byłem nikim, zawieszonym w nicości i bólu. Kim jestem? Skąd się tu wziąłem? Dlaczego moje ciało jest tak zmasakrowane? Te pytania krążyły w mojej głowie, nie napotykając żadnej odpowiedzi, poza narastającym lękiem.

Z trudem uniosłem głowę, co przypłaciłem falą mdłości. Rozejrzałem się.

Nad sobą widziałem ogromną, surową, betonową konstrukcję. To był most. Wielkie, geometryczne filary, monstrualne belki i stropy, które wydawały się miażdżyć powietrze pod sobą. Na jednej z głównych belek, wysoko nade mną, widniały olbrzymie, prymitywne napisy sprayem: „POD MOSTEM”. Krwawo-czerwone słowo „POD” i brudno-żółte „MOSTEM” krzyczały na mnie ze ściany, definiując moją nową, przerażającą rzeczywistość. Ta nazwa nie była metaforą. Była faktem.

Znajdowałem się wewnątrz… wioski. Albo obozu. Klaustrofobiczne, gęsto upakowane schronienia zrobione z najgorszych odpadów: pordzewiałych blach, starych plandek, foliowych płacht, kartonowych pudeł i skrawków drewna. Cała ta chaotyczna struktura była brudna, zniszczona, pachniała starym jedzeniem, alkoholem i brakiem higieny. Między tymi „domami” kłębiły się postacie. Ludzie.

Patrzyłem na nich przez mgłę bólu i strachu. Większość z nich… wyglądali, jakby żyli tu od zawsze. Zrośnięci z tym betonem i brudem. Mężczyźni o twarzach wyrytych nędzą i wódką, z kołtunami w nieumytych brodach, ubrani w wielowarstwowe, łachmanowate ubrania, które dawno straciły kolor. Kobiety, których wiek był niemożliwy do określenia, z bladymi, zapadniętymi twarzami i spojrzeniami pozbawionymi jakiejkolwiek nadziei. Przesuwali się bez celu, rozmawiali szeptem, albo siedzieli nieruchomo na ziemi, wpatrując się w pustkę. Byli jak cienie, które betonowy sufit odmawia wypuszczenia na światło dzienne. W tym świecie nie było słońca, tylko niekończący się, chłodny półmrok.

Moje spojrzenie powędrowało dalej. W głębi, pod centralną konstrukcją, tlił się mały, żałosny ogień. Kilka osób siedziało wokół niego, próbując ogrzać dłonie. Ale to nie ogień przykuł moją uwagę.

Z boku, zza stosu starych skrzyń, wyłoniła się mała postać. Dziewczynka. Może sześcioletnia. Była ubrana w coś, co kiedyś mogło być różowym płaszczykiem, a teraz było brudnym, postrzępionym kawałkiem materiału, wiszącym na niej jak worek. Miała na sobie za duże, zniszczone adidasy, a jej twarz była umorusana sadzą i błotem. Ale jej oczy… te oczy były żywe, wielkie i ciekawe, ostro kontrastujące z beznadzieją otoczenia.

Zauważyła mnie. Zatrzymała się i patrzyła, przez chwilę, bez ruchu. Wyciągnęła brudną rączkę w moją stronę, jakby chciała dotknąć tej dziwnej, obcej istoty, która leżała na materacu. Z jej spojrzenia biła nieznana mi tu czystość, która na moment przebiła się przez mur mojego bólu.

Wtedy wszystko stało się nagle szybkie. Zza jej pleców wyłoniła się kobieta – jej mama. Wychudzona, z przerażeniem w oczach, w zniszczonym swetrze. Gdy zauważyła, że jej córka patrzy na mnie, na moją zakrwawioną twarz i zmasakrowane dłonie, gwałtownym ruchem pociągnęła ją za ramię.

– Nie ruszaj tego! – syknęła głosem pełnym lęku i złości, chowając dziewczynkę za siebie. Odciągnęła ją szybko, znikając za kartonową ścianą. Ale ten krótki moment wystarczył, by w moją pustą, przerażoną egzystencję uderzyła kolejna fala rzeczywistości.

Leżałem tu. Pod tym potwornym betonowym sufitem. Byłem zakrwawiony, umorusany, ze zniszczonymi rękami i ubraniem w strzępach. Byłem wyrzutkiem w świecie wyrzutków. Nie pamiętałem swojej przeszłości, ale patrząc na to miejsce, na te twarze, na tę przerażoną matkę… wiedziałem jedno. Moje życie zmieniło się w koszmar, a ten betonowy grób był moim jedynym domem. I nie wiedziałem, czy kiedykolwiek z niego wyjdę.

Wizja znikającej matki z dzieckiem powoli gasła, zostawiając po sobie jedynie pulsującą pustkę. Musiałem wstać. Musiałem dowiedzieć się, co tu robię, zanim ten betonowy sufit ostatecznie mnie zmiażdży.

Wziąłem głęboki, świszczący oddech, który rozszedł się bólem po całych żebrach, jakby były spękane. Zacisnąłem zęby, czując na języku posmak krwi i rdzy. Najpierw ręka. Prawa, ta ze zmasakrowanymi kostkami. Oparłem ją o mokrą ziemię, próbując odepchnąć się od materaca. To był błąd. Ostry, paraliżujący ból wystrzelił od dłoni, przez nadgarstek, aż do barku, odcinając dopływ tlenu do płuc. Moje ciało zadrżało gwałtownie. Jęknąłem cicho, stłumionym, chrapliwym głosem.

Nie poddałem się. Spróbowałem drugą ręką, lewą, jednocześnie próbując podciągnąć kolana. Każdy ruch był torturą. Mięśnie były sztywne, ołowiane, jakby od tygodni nie zaznały ruchu. Cały ten brudny świat, te foliowe płachty, te cienie kłębiące się wokół ogniska, zaczęły wirować mi przed oczami. Zrobiło mi się niedobrze.

Udało mi się unieść na łokciu. Spojrzałem w dół na swoje nogi. Były ubrane w zniszczone, ubłocone spodnie. Z trudem próbowałem przypomnieć sobie, co mam na stopach, ale głowa odmawiała współpracy. Ból rozsadzał mi czaszkę, a w uszach narastał wysoki, piskliwy szum, zagłuszający odgłosy obozu.

Napiąłem wszystkie siły, próbując usiąść. Czułem, jak pot spływa mi po czole, mieszając się z zaschniętą krwią. Jeszcze jeden ruch, jeszcze jeden bolesny wysiłek… i wtedy cała energia opuściła mnie w ułamku sekundy. Moje ramię ugięło się pod ciężarem ciała. Opadłem z powrotem na gąbkę, uderzając głową o coś twardego. Światło zgasło. Odleciałem w mroczny, gęsty sen, który nie przynosił ulgi, lecz jeszcze więcej bólu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij