Pod prąd - ebook
Daj się wciągnąć się w świat pełen morskich intryg, pozorów i namiętności! Naoya, dziedzic potężnego rodu Kuze był niczym Oyashio (親潮) czyli „Rodzicielski Prąd"- zimny, milczący, niosący bogactwo. Każdy jego cel był na wyciągnięcie reki, a perłą w koronie morskiego władcy miał być port C-17, przedostatni wolny port w Osace należący do Shiosaia, pirata którego imię brzmiało Rei Arakaze. Ten przypominał jednak Kuroshio (黒潮)- nieokiełznany prąd południowy, topiący lody, niosący życie i śmierć. Zderzenie tych dwóch, zupełnie odmiennych prądów spowodowało tsunami, z którego tylko jeden mógł wyjść cało.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
OSAKA, LATO 2019 ROKU, PORT C—17
Lipcowe upały dawały się we znaki wszystkim w kraju, ale w Osace — mieście wyjątkowo deszczowym — sprawiały, że wszystko wrzało jak w kotle. Pora deszczowa, która rozpoczęła się dwa tygodnie temu, okryła wszystko lepką niczym pajęcza sieć wilgotną rosą. Unosząca się w powietrzu sól łączyła się z opadającą z dźwigów rdzą, a zapach starego oleju i przetrawionej benzyny maskował odór gnijących na wybrzeżu wodorostów i mułu.
Rei odgarnął z twarzy zbłąkany, śnieżnobiały kosmyk, wsunął go za ucho i, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów, popatrzył na majaczący w upale budynek. Stary, surowy beton, drżące pod wpływem wiatru okna i naklejona na drzwi świeża tabliczka.
Była jak kwiatek przy kożuchu — zbyt nowa i czysta, by wtopić się w portowe zabudowania. Raziła go w oczy równie mocno jak napisane na niej nazwisko.
Kuze.
Ten cholerny skurwiel wdarł się do jego świata niczym macka ośmiornicy, zawłaszczając wszystko, co stanęło mu na drodze.
Rei oblizał spierzchnięte usta i schował papierosa do paczki, uśmiechając się wesoło do obserwującej go znad drzwi kamery.
Wszedł do środka i wdrapał się po schodach na drugie piętro. Panująca w środku cisza nieprzyjemnie kontrastowała z dobiegającym zza ścian portowym hałasem maszyn i pokrzykiwaniem ludzi.
I z wrzeszczącą wewnątrz niego furią.
Otworzył drzwi na końcu korytarza i rozejrzał się po biurze. Minimalistyczne, sterylne, ze stojącymi pod ścianą kartonami nowego najemcy. Popatrzył na leżącą na blacie teczkę i parsknął kpiąco, przesuwając palcem po wytłaczanej skórze. Wszystko śmierdziało kasą — brudną, lepką kasą, o jakiej on, podrzędny pirat, mógł tylko pomarzyć.
Przysiadł na biurku i pobieżnie przejrzał dokumenty. Aneks do umowy, tabela z nowymi taryfami przepływu przez sektor C—17 i ta jebana stawka, trzykrotnie wyższa od poprzedniej, obowiązująca od następnego poniedziałku.
— Wszystkie płatności muszą być dokonywane przez zatwierdzony kanał finansowy KeyLo — przeczytał cicho widniejącą na ostatniej stronie klauzulę. — Zajebiście.
Rei rzucił teczkę na biurko i podszedł do okna, chowając ręce w kieszeniach długiego marynarskiego płaszcza. Zatoka pełna była dźwigów, które jeszcze tydzień temu pracowały dla niego. Teraz stały w cholernym bezruchu, czekając, bo nowe papiery mówiły jasno: bez zgody KeyLo nikt nie przepchnie tędy nawet skrzynki ryżu.
A co dopiero broni czy koksu.
I ten jebany Naoya Kuze, którego nazwisko od zawsze przewijało się w raportach i portowych plotkach. Bananowy dzieciak z rządowymi kontraktami, o czystych rączkach, wypolerowanych pantofelkach i idealnie skrojonym garniturze. Pozornie bez żadnych wad czy słabości przejął C—17 legalnie, bez jednego wystrzału — no, może pomijając wystrzał korka od szampana.
Kuze sprawiał, że Rei tracił nie tylko wpływy czy pieniądze — zwyczajnie tracił kontrolę nad własnym życiem. Od teraz kapitanem jego własnego statku został ten jebany czebol. To on obierał kurs, ale jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak cholernie kolizyjny.
Rei syknął rozeźlony i sięgnął po teczkę, schodząc z nią po starych schodach z lastryko.
Ulica między magazynem C i D była niemal pusta. Niemal, bo Rei od razu poznał schowanego w cieniu, opartego o wózek widłowy starego Hachiyę.
Spocony, w wyblakłej kamizelce roboczej i czapce z logo dawno nieistniejącej firmy, miętosił w ustach dogasającego papierosa. Hachiya był do niedawna jednym z niewielu ludzi, których Rei cenił — twardy, pracowity, choć zawsze jedną nogą po stronie tych, którzy płacili więcej.
— Żyjesz jeszcze, dziadku? — zapytał zgryźliwie Rei, zatrzymując się obok niego.
Hachiya spojrzał na niego wesoło.
— Ledwo, ale widzę, że ty to już duch.
Arakaze oparł się o chłodną, pokrytą mchem ścianę, czując, jak bijący z asfaltu żar parzy go przez podeszwy ciężkich, wojskowych butów.
— Jeszcze nie, choć niektórzy mocno się o to starają. Słyszałem, że przeszedłeś na ich stronę.
Hachiya wzruszył ramionami.
— Nie ma stron, Rei. Jest tylko robota, a u Kuze jest jej dużo i płacą z góry. Jestem już stary, nie mam czasu na jakieś mrzonki.
Arakaze milczał przez chwilę, patrząc, jak wpływający do portu kontenerowiec manewruje między bojami. Choć tego nie chciał, port nadal żył, po części nie zauważając jego zniknięcia.
— Co o nim wiesz?
— Młody, cichy, uważa na to, co mówi. Z tych, co patrzą w oczy tylko po to, żeby dobić.
— To nie jest odpowiedź.
Hachiya splunął i popatrzył w dal, by po chwili odpowiedzieć cicho:
— KeyLo to wielka, międzynarodowa korporacja handlu morskiego, dziedziczona od pokoleń. Mówi się, że jego ojciec miał wejścia wszędzie, nawet w rządzie. Zginął w wypadku — ciężarówka, deszcz, nocna trasa, mafijna klasyka. Jego żona przejęła po nim wszystko, rozbudowała, a potem zginęła w zamachu bombowym w Tokio. Oficjalnie — przypadek, a nieoficjalnie? Za wysokie progi na ich nogi.
— A chłopak?
— Wychowywany sam, ale nie na ulicy. Prywatne szkoły, akademie, protekcje po starej znajomości. Grzeczny, czysty, papiery bez skazy.
Rei porządkował sobie wiedzę na temat wroga, ale nie potrafił powstrzymać się od ciętego komentarza.
— Ten dzieciak wie, gdzie i jak nacisnąć.
— I robi to bez mrugnięcia okiem.
Rei popatrzył na niego pytająco.
— Jak to?
— To nie ktoś, kto rozpycha się łokciami. To ktoś, kto przychodzi, kiedy już wszystko, co zlecił, zostało załatwione.
Arakaze spojrzał na niego spod oka i skinął głową.
— Dzięki.
Hachiya wyrzucił niedopałek i westchnął ciężko. Zachodzące słońce oświetlało jego opaloną, naznaczoną czasem i bliznami twarz.
— To w ramach ostatniej przysługi, synu.
— Jasne. Do zobaczenia.
— Oby nie. Wiem, jak traktujesz wrogów, a od dzisiaj jestem pewnie jednym z nich.
Rei roześmiał się wesoło, chowając ręce do kieszeni.
— Nigdy nim nie będziesz.
Co nie oznacza, że nie zginiesz rykoszetem, dziadku.
***
Rei wszedł do biura, które mieściło się na piętrze nad barem z ramenem. Dla gości to miejsce mogło wyglądać jak pomyłka — ciasne, pachnące olejem i wódką, z obdrapanymi schodami i wyblakłymi szyldami — ale dla Shirinami—Gumi było domem.
W środku panował półmrok, a wiszące u sufitu kolorowe wentylatory robiły więcej hałasu niż pożytku. Dym z papierosów snuł się wokół siedzących na kanapie niczym duch. Jedyna kobieta wśród nich, Nanao, uśmiechnęła się na jego widok, ale szybko przygasła, widząc posępny wyraz jego twarzy.
— Kuze przejmuje nasz port — powiedział Arakaze, zdejmując płaszcz i rzucając go na oparcie krzesła.
Kento popatrzył na niego spod krzaczastych brwi.
— Oficjalnie?
— Tak, chociaż cholernie agresywnie. Ma plecy — wpływy w agencjach, komisjach, nawet celnych. Może i w rządzie. Wszystko zgodnie z protokołem, ale nie cofnie się przed niczym.
— Podobno KeyLo przejmuje wszystko, co ma związek z gospodarką wodną. Firmy, porty, statki — mruknął Shinji, sadzając sobie Nanao na kolanach i gładząc ją po odsłoniętym kolczyku w pępku. — Bez rozlewu krwi, ale diabelnie skutecznie.
Rei przytaknął.
— Nie chcą krwi — jego spojrzenie pociemniało na wspomnienie słów Hachiyi. — Ale nie będą płakać, gdy ktoś przez przypadek zniknie albo strzeli samobója.
Kento odchrząknął nerwowo.
— Ostatnio bosman zablokował nam trasę przez sektor numer cztery. Podobno to z powodu…
— Nowego cennika i braku zgodności w dokumentacji — dokończył za niego smętnie Rei.
Już to słyszał. Już to czytał. Już tego nienawidził.
— To wiadomość dla nas, że już tam są i że albo zapłacimy nową stawkę, która ma nas zarżnąć, albo możemy wypierdalać — dokończył, bawiąc się lśniącym na palcu złotym sygnetem z bojownikiem.
Przez chwilę panowała między nimi cisza, gęsta i lepka niczym parujący z garnka ramen, aż w końcu odezwał się Daisuke, najmłodszy i najspokojniejszy z nich.
— Rozwiązujemy to dyplomatycznie czy idziemy na noże?
— Spróbuję się spotkać i porozmawiać, ale nie na jebanych kolanach — popatrzył na nich, na nowo przywdziewając pełną obojętności maskę. — Znajdźcie mi wszystko, co da się znaleźć na temat Kuze. Z kim rozmawia, co je, z kim się pieprzy i kto za niego prasuje koszule. Nie interesuje mnie oficjalny przekaz medialny. Chcę znaleźć skazę na tym idealnym obrazie filantropijnego czebola.
Nanao przytaknęła, spinając warkoczyki w kucyk, ale w jej ciemnych oczach lśniło zwątpienie.
— A jeśli nic z tego? Jeśli w jego obrazie nie będzie żadnych skaz, szefie?
Rei założył ubłocone buty na blat tuż obok leżącej tam teczki z pierdoloną umową od Kuze.
— Wtedy sami je zrobimy.
***
Naoya przymknął zmęczone, czarne niczym burzowe niebo oczy i potarł palcami wierzch nosa. Ukryty za potężnym, dębowym biurkiem, na tle migoczącej za plecami panoramy miasta, wyglądał jak woskowa figura. I tak też się czuł — skostniały, znużony, wyzuty z emocji.
Od wielu godzin przeglądał najnowszy raport z portu C—17, w którym Shin, jego główny analityk, wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że niejaki Arakaze robi go w jebanego chuja. Robi w chuja całe państwo, przepierdalając na boku tony, a nawet dziesiątki ton szmalu, broni i koksu.
Dzięki systemowi, który budowali przez lata, miał dostęp do informacji, które Arakaze chciał utrzymać w tajemnicy. Na podstawie raportu oraz tego, co sam zobaczył w porcie, uświadomił sobie, że Shiosai nie będzie dla niego żadnym rywalem. Będzie przeszkodą w drodze do celu, a przeszkody zawsze usuwał z należytą starannością.
Jego rozmyślania przerwało ciche pukanie.
— Wejdź — powiedział, otwierając oczy i patrząc, jak Jinwoo, jego asystent, zamyka za sobą cicho drzwi.
— Panie Kuze, otrzymaliśmy wiadomość od lidera Shinigami—Gumi. Chcą rozmawiać.
Naoya nie był zdziwiony. Wiedział, że blokada w porcie zmusi Arakazego do działania.
— Zorganizuj spotkanie na neutralnym gruncie — powiedział, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że takowy nie istniał.
Wszystko należało do kogoś — w większości do niego.
— Jaki termin powinniśmy wyznaczyć?
Naoya chciał mieć to już za sobą. Chciał obudzić się jako jedyny zarządca portu C—17 w Osace — siedemnastego na jego liście i jednego z dwóch, który nadal nie należał do niego.
— Jak najszybciej, najlepiej jeszcze dzisiaj.
— Tak, szefie.
— Coś jeszcze? — zapytał, widząc, że asystent nadal przed nim stoi, kurczowo ściskając teczkę.
Jinwoo przytaknął zmieszany.
— Przyszedł pan Renji. Uprzedzałem, że jest pan zajęty, ale…
— Wpuść go — powiedział Naoya, podnosząc się z fotela.
Jinwoo przytaknął gorączkowo i zniknął za drzwiami, a chwilę później do pokoju wszedł Renji.
— Nie przypominam sobie, żebyśmy się na dzisiaj umawiali — mruknął Kuze, nie odwracając się od okna.
— Jest cholernie gorąco — stwierdził wesoło Renji. — Cieplej niż podczas naszych wakacji w Bangkoku. Pomyślałem, że to dobre warunki, by przypomnieć sobie co nieco z tamtych upojnych dni.
Naoya uśmiechnął się lekko, niemal niezauważalnie, i popatrzył kątem oka na rozsiadającego się na kanapie mężczyznę. Ubrany w rozpiętą pod szyją lnianą koszulę i luźne jasne spodnie, z kawą w jednej dłoni i telefonem w drugiej, wyglądał równie beztrosko jak zawsze.
— Wiesz, że nie lubię wizyt bez uprzedzenia — powiedział Naoya, ale jego ton brzmiał zbyt miękko, by Renji mógł odebrać to jako naganę.
— Wiem. Dlatego właśnie to robię — rzucił, przeciągając się.
Naoya czuł się nieco poirytowany nagłym najściem Renjiego, choć to nie rozdrażnienie było tym, co nim teraz kierowało. Renji sprawiał, że coś w nim pokorniało, zasypiało, a nawet znikało. Dlatego wrócił do fotela i usiadł wygodnie, przyglądając mu się spod oka.
— Arakaze poprosił o spotkanie.
— Dziwi cię to? Sprawiasz, że ziemia osuwa się ludziom pod stopami.
Naoya uniósł kpiąco brwi.
— Tobie też?
— Nadal robisz na mnie wrażenie, Byakuya.
— Wiesz, że nie o to mi chodzi.
Renji wzruszył ramionami, ignorując jego pytanie.
— Spotkasz się z nim?
— Tak, ale nie po to, żeby się targować. Nie zamierzam go też do niczego przekonywać. Chcę tylko uświadomić mu jego położenie.
— Zrób to względnie subtelnie. Subtelniej niż ostatnio, z klanem Gaijina.
Naoya popatrzył na niego spod długich, czarnych rzęs. Nie zamierzał kłamać.
— Zrobię to po mojemu, jak zawsze.
Renji westchnął ciężko i przeszedł przez gabinet, przysiadając na blacie tuż obok niego. Pachniał korzennie, wręcz ciasteczkowo. Odstawił kawę i wyciągnął dłoń, wplatając ją w sprężyste, lekko falujące włosy Naoyi.
— Na kiedy zaplanowałeś spotkanie?
— Mam nadzieję, że uda się jeszcze dzisiaj.
Renji przytaknął z zadowoleniem.
— Odezwij się, jak będzie po wszystkim — szepnął, zostawiając go samego, a Naoya uśmiechnął się, słysząc równie słodką, ciasteczkową obietnicę w jego głosie.PIRACKIE KODEKSY
Naoya przyjechał na spotkanie punktualnie o dwudziestej trzeciej trzydzieści. Port C—17, a dokładnie platforma A tuż przy pomoście, choć nie była obszarem neutralnym, wydawała się być idealnym miejscem do zakończenia tej wyjątkowo irytującej go sprawy.
Zamknął za sobą drzwi do Lexusa, a siedzący w środku ochroniarz rzucił mu zaniepokojone spojrzenie. Naoya uśmiechnął się z rozbawieniem i pokręcił głową, dając mu znać że tak jak postanowił— załatwi wszystko sam.
Nie czuł się zagrożony, jego śmierć nie była by zbyt korzystna dla Shinigami—Gumi. Wpakowali by się w sam środek gówna o którym nie mieli pojęcia, ściągając na siebie uwagę służb i mediów, przy okazji na dobre zaprzepaszczając swoje szanse zatrzymania portu który z godnie z umową między KeyLo a rządem, przeszedł by na rzecz skarbu państwa.
Każdy aspekt jego życia był związany z wodą. Praca, odpoczynek, rodzina, nawet jebane nazwisko, wszystko miało z nią związek, dlatego gdy do jego nozdrzy dotarł świeży, słony zapach wciągnął go do płuc i przeszedł między kontenerami podchodząc do pokrytej glonami barierki. Woda odbijała się od brzegu szumiąc cicho, a niebo wydawało się dziś wyjątkowo spokojne, równie spokojne jak jego myśli.
Czekał kilka, może kilkanaście minut obserwując majaczące w oddali statki bo choć nie lubił spóźnialskich, doskonale zdawał sobie sprawę że Arakaze testuje jego cierpliwość.
Gdy w końcu się pojawił zegarek na jego ręku zabrzęczał cicho sygnalizując dobijającą północ. Naoya oderwał wzrok od nabrzeża i popatrzył na zbliżającą się postać. Wysoki, smukły, ubrany w tradycyjne, czarne hanfu na którym kunsztownie wyszyto morską florę i faunę wyglądał jak stwór z portowej legendy a nie żywy człowiek. Nienaturalnie białe, długie włosy spiął w luźny kok, ale kilka kosmyków wymknęło się z upięcia i opadło na delikatną, choć nieco surową twarz o równie nietypowej, alabastrowej wręcz barwie.
Zatrzymał się tuż obok niego, zawłaszczając przestrzeń która według niego, ewidentnie mu się należała.
—Kuze— powiedział cicho, patrząc na niego pełnym pogardy wzrokiem— Skłamał bym mówiąc, że cieszy mnie to spotkanie.
Naoya uniósł kpiąco brwi, maskując wypływające mu na twarz rozbawienie.
—Mnie natomiast bardzo cieszy Panie Arakaze—sama.
—Tu się nie tytułujemy— mruknął Aarakze— Na wodzie wszyscy są sobie równi.
—Zdaje sobie z tego sprawę Shiosai.
Arakaze popatrzył na niego kątem oka.
—Wiesz jak mnie nazywają moi ludzie więc na pewno też wiesz, że nie będę z tobą negocjował.
—To wspaniale, bo ja też nie mam takiego zamiaru.
Arakaze zaplótł długie, zdobione pierścieniami i tatuażami palce na barierce i popatrzył w dal, ale coś w jego spojrzeniu momentalnie się zmieniło. Momentalnie złagodniało, choć jego słowa zabrzmiały równie nieprzyjemnie co wcześniej:
—Przyszedłem zobaczyć jak wygląda skurwiel, który wywiesza w moim porcie swoje tabliczki nim ogłoszenia matrymonialne.
Naoya czuł się równie mocno zażenowany co rozbawiony. Arakaze miał w sobie swobodę która go krępowała i której w głębi duszy mu zazdrościł.
—Rozumiem. Jak wrażenia?
Shiosai wzruszył ramionami.
—Typowy bananowy czebol w eleganckim, idealnie skrojonym garniturku.
—Domyślam się, że to miała być obelga.
—Obraża cię to, co powiedziałem?
—A powinno? Przecież to prawda— Shiosai parsknął cierpko, ale nie odpowiedział dlatego Naoya kontynuował— Jak rozumiem nie zgadasz się na moją propozycję współpracy…
—To nie jest propozycja współpracy. To jebane złodziejstwo i doskonale o tym wiesz.
Naoya nie był kimś, kto tolerował tego rodzaju wybuchy złości, ale tym razem korzystniej było go zignorować niż próbować skorygować. Poza tym Arakaze raczej nie był kimś, kogo można było próbować pouczać w kwestii etyki. Lub czegokolwiek innego. Kuze znał ten typ niereformowalnego buntownika, którego obrażał sam widok ciężko pracujących, eleganckich ludzi.
Arakaze nie był więc kimś, kogo należało nawracać.
Jego należało się pozbyć.
—Wydaje mi się, że nadal nie rozumiesz, że nie mam w zwyczaju zgadzać się na warunki stawiane w taki sposób, szczególnie przez kogoś takiego jak ty— skwitował Kuze oschle.
Arakaze roześmiał się wesoło i zrobił krok w jego stronę. Był wysoki, wyższy od Naoyi o dobre dziesięć centymetrów i choć nie była to zbyt duża różnica to z pewnością wystarczająca, by wywrzeć odpowiednie wrażenie i podkreślić słowa, które wypowiedział chwilę później:
—A mi się wydaje Kuze, chyba że wolisz Byakuya, że ty też czegoś nie rozumiesz— szepnął, pochylając się nad nim tak, że Naoya czuł otaczający go słony, jałowcowy zapach— To nie będzie kolejna transakcja po której wypijesz szampana i opierdolisz komuś gałę. To jebany abordaż mojego statku, z którego albo zrezygnujesz albo zginiesz— powiedział, a jego słowa cięły powietrze niczym przytroczone do pasa tanto.
Naoya patrzył na niego w milczeniu, nie dając po sobie poznać, że jego słowa jednak zrobiły na nim jakieś wrażenie. Wszystko to było dokładnie tym, czego się spodziewał— agresja, wyzwanie, przekraczanie granic. I mimo tego, że na zewnątrz wciąż zachowywał spokój, jego serce przyspieszyło tłocząc po ciele krążącą we krwi adrenalinę.
Shiosai z jednej strony obrzydzał go swoim zachowaniem, z drugiej jednak wzbudzał w nim niezdrowe wręcz zainteresowanie.
—Wchodzisz do świata, którego nie znasz— stwierdził po chwili Naoya— Do świata, w którym nie liczy się to, co powiesz ani jak daleko sięgają twoje wpływy— dodał, wpatrując się w jego lśniące dziko, jasne oczy— Do świata w którym liczy czy posuniesz się do rzeczy bardziej obrzydliwych niż twój przeciwnik.
Arakaze uśmiechnął się zawadiacko.
—To zabawne Kuze, bo brzmi to jak dokładnie mój świat.
Z jednej strony Naoya chciał zagrać w tą grę, podjąć wyzwanie które mu rzucono, z drugiej jednak jego pragmatyzm był w nim za silnie zakorzeniony, dlatego pohamował emocje i powiedział chłodno:
—Czego chcesz w ramach rekompensaty?
Arakaze zmrużył zdumiony oczy.
—Nie chcę od ciebie żadnej rekompensaty. Odblokuj trasę. Moje kontenery wracają do obiegu, moi ludzie do pracy, twoi przestają grzebać mi w papierach a ja zapominam, że kiedykolwiek kurwa istniałeś.
Tym razem Naoyia się uśmiechnął, co wyraźnie nie umknęło uwadze Arakazego, bo jego spojrzenie przesunęło się po nim drapieżnie.
—Problem w tym, że mnie nie interesuje bycie zapomnianym.
—To nie prośba.
—To też nie groźba. Mówisz do mnie jakbyś miał przewagę, co jest niezmiernie ciekawe.
—Niezmiernie ciekawe jest to, że tak odbierasz moje słowa. Objąłeś sobie za cel posiadanie każdej łajby w tym mieście?
Naoya odgarnął z twarzy mokre od morskiej bryzy, ciemne włosy.
—Można tak powiedzieć.
—Nie zgadzam się na to.
—Nie musisz. Ten port już należy do mnie— Naoya wskazał mokre deski po ich stopami— Każda spróchniała deska, zardzewiały dźwig, każdy człowiek, poza tobą. A skoro nie da się ciebie kupić ani podporządkować— powiedział chowając zmarznięte ręce do kieszeni eleganckich spodni— To trzeba się ciebie pozbyć.
Shiosai nawet nie mrugnął. Zamiast tego uśmiechnął się lekko, jakby grożono mu już mu zbyt wiele razy.
—Tyle, że się nie da— odparł spokojnie— Ja zawsze tu jestem. Pod skórą każdego człowieka w tym porcie, w ich długach, strachu, na statkach których nawet nie umiesz nazwać czy trasach których nie znasz przebiegu. Możesz mnie zabić, jeśli tylko zdołasz oczywiście, ale ja zawsze tu zostanę jak ta jebana sól na twoim eleganckim pantofelku.
Naoya zmrużył oczy poirytowany.
—A więc chcesz wojny?
Rei wzruszył ramionami a jego kimono zafalowało na wietrze niczym dym wydobywający się z kutra przybijającego do brzegu.
—Nie, ale jestem na nią gotów. A ty Bykauya?
—A więc wojna Shiosai— wyszeptał odwracając się.
Szum odbijających się od brzegu fal nasilił się a otaczający go duszny, lepki zapach nasilił się. Szedł powoli, zaciskając schowane w kieszeniach dłonie i kontemplując w myślach rozmowę, ale bardziej niż słowa, nie dawało mu spokoju spojrzenie tego cholernego diabła morskiego.
Był niebezpieczny i kurwa, nie chodziło tu tylko o interesy, bo gdyby tak było to wyszedł by dzisiaj stąd z podpisaną umową.
Ten skurwiel grał mu na emocjach. Był niczym sztorm który budził do życia uśpiony ocean.
I niczym tsunami miał mu spierdolić jego idealnie poukładane życie.
***
Rei stał samotnie przy balustradzie z papierosem w jednej ręce i szklaneczką rumu w drugiej. Lśniące w dole miasto, zasnute grubą warstwą smogu, wilgoci i dymu przypominało senną marę. To stare, portowe miasto położone nad zatoką i leżące u ujściu rzeki Yodo zamieszkiwało ponad osiemnaście milionów istnień, które tworzyło drugi pod względem wielkości ośrodek przemysłowy w kraju. Huty żelaza, rafinerie, przemysł chemiczny, drzewny, maszynowy, elektroniczny i dziesiątki innych sektorów— wszystko to zaczynało i kończyło się w portach, tak samo jak życie każdego mieszkańca miasta.
Rei nie był wyjątkiem. Od dziecka czuł się silnie związany z morzem i oceanem, choć swoją przygodę z żeglugą rozpoczynał na rzece Yodo. Razem z ojcem przemierzali jej wody na starym kutrze w poszukiwaniu karasi japońskich czy tilapii. I choć z czasem było ich coraz mniej a zarobek stawał się coraz wątlejszy każdy rejs sprawiał, że mały Rei nie mógł spać z podekscytowania. Żył tylko wtedy gdy był przy wodzie, kochał żyć tylko gdy po niej pływał lub się w niej zanurzał i nawet fakt, że pewnego dnia to właśnie woda odebrała mu ojca nie sprawił, że ta miłość zniknęła.
Wręcz przeciwnie.
Jego ojciec był człowiekiem świadomym zmienności i kaprysów wielkich wód. Zawsze powtarzał, że morze potrafi zabierać, ale potrafi też unosić.
Następnego dnia po jego pogrzebie Rei wsiadł na kuter mimo protestów matki i ponownie wypłynął na w dół Yodo, znajdując w jej milczeniu spokój a w szumie fal ukojenie. Jego pierwsza dziewczyna Mamiko śmiała się, że zamiast krwi w jego żyłach płynie woda a jedyny ślub jaki Rei weźmie to ten z nowym kutrem i chyba się nie myliła.
Fakt, że Naoya Kuze zamierzał odebrać mu port, w którym spędził całe dzieciństwo, w którym dorastał, pierwszy raz płakał i pierwszy raz się całował, w którym pochował ojca był jak pierdolony nóż w serce. A raczej próba jego wyrwania.
Dlatego nie zamierzał się poddać. I dlatego stał na dachu klubu Sora paląc papierosa i wyczekując okazji, która nadeszła choć wyjątkowo późno, tuż przed zamknięciem klubu.
—Cholera.
Rei popatrzył przez ramię na przeszukującego kieszenie mężczyznę i uniósł wesoło brwi. Ubrany w luźne, jasne spodnie i koszulkę polo wyglądał zbyt nonszalancko jak na kogoś, kto mógł spotykać się z tym sztywniakiem Kuze.
A jednak, Rei od razu rozpoznał w nim Renjego, faceta ze zdjęć które dostarczyła mu Nanao. Zgodnie z jego prośbą dziewczyna przeszukała sieć i zhakowała kamery, na podstawie których prześledziła aktywność Kuze, który odwiedzał ten klub wyjątkowo często i równie często opuszczał go w towarzystwie pracującego tu barmana, Renjego Toge.
—Masz ogień?— zapytał Renji, uśmiechając się do niego ciepło.
Rei podał mu zapalniczkę bez słowa a ich palce musnęły się przypadkowo. Albo zupełnie nieprzypadkowo.
—Dzięki— mruknął Renji i zaciągając się przymknął oczy, rozkoszując się mentolowym dymem rozchodzącym się po jego uchylonych ustach— Mam wrażenie, że to pierwszy, głęboki oddech tego dnia.
—Ciężki dzień?
—Można tak powiedzieć— stwierdził, przyglądając mu się spod oka— Twój chyba też nie był za lekki co?
—Mało powiedziane— powiedział cierpko Rei, opierając się o balustradę— Pracujesz tu?
—Skąd ten wniosek?
Wzruszył ramionami.
—Bo nie wyglądasz na kogoś kto lubi przepłacać za kieliszek wódki.
Renji parsknął wesoło wydychając dym.
—Wyglądam na skąpca?
—Wyglądasz na normalnego, w przeciwieństwie do bananów na parkiecie.
—Pracuję tu, to prawda. I nie lubię przepłacać, masz dobre oko. To tak jak ja, a moje mówi mi— stwierdził, opierając się o barierkę tuż obok niego— Że nigdy wcześniej cię tu nie widziałem.
Rei oderwał wzrok od panoramy miasta i popatrzył w wąskie, złociste oczy Renjego. Jego głos był równie przyjemny jak aparycja— subtelny, pełna ciepły i uroku, tak cholernie kontrastujący z tym, co reprezentował sobą Kuze.
—Skąd ta pewność? Nie jestem z tych, którzy rzucają się w oczy, a raczej z tych co zapadają w pamięć— odparł Rei po chwili.
Renji oblizał usta, strzepując popiół z papierosa.
—Nie zapomniał bym takiej twarzy.
Rei uśmiechnął się rozbawiony.
—Drink lub dwa i zapomnisz.
Renji pokręcił głową a wiatr wzburzył jego falujące się, kasztanowe włosy.
—Mi już wystarczy, ale w ramach podziękowania za użyczenie ognia przygotuję ci coś specjalnego— popatrzył na szklankę którą Rei trzymał w dłoniach— Lubisz Daiquiri?
Rei przytaknął.
—Lubię— powiedział i pochylił się nad barierką do stojącej obok Renjego popielniczki a jego ciepły, przesiąknięty ginem i mentolem oddech owionął go równie przyjemnie, jak delikatne zetknięcie się odsłoniętych przedramion.
Arakaze nie był facetem rzucającym się innym w ramiona. Kontakt fizyczny z nieznajomymi go odrzucał, ale tym razem świadomie igrał z ogniem. Żeby wyrwać port ze szponów Kuze, musiał wepchnąć w swoje w coś innego— a raczej w kogoś.
Renji nie odsunął się, zamiast tego przyglądał mu się ze spokojem, zupełnie nieświadomy tego, co rozgrywało się za jego plecami,
Rei uśmiechnął się drapieżnie i oblizał usta.
—Umówmy się tak, że zrobisz mi go następnym razem— szepnął, nie odrywając wzroku od idącego w ich kierunku Nayoi.
Jego krótkie, czarne włosy lśniły w świetle księżyca niczym obsydian. Ubrany równie elegancko jak zawsze, poruszał się niczym gotowa do skoku pantera a jego spojrzenie było ciemne i puste jak rozpościerające się nad nimi, nocne niebo.
Przeszedł przez taras i podszedł do Renjego, łapiąc go biodro i obracając przodem do siebie.
—Naoya— jego imię zabrzmiało w ustach Renjego niczym najczulszy z komplementów— Wszystko w porządku?
Kuze nie odpowiedział. Zamiast tego wplótł palce we włosy na karku mężczyzny i przysunął do siebie zaborczo, całując go mocno. Renji nie opierał się, zamiast tego spokojnie odwzajemnił pocałunek jakby zachowanie Kuze było dla niego naturalne, ale gdy tylko się od siebie odsunęli popatrzył na Naoyę i powiedział cicho:
—Myślałem, że dzisiaj pracujesz.
Naoya przytaknął, patrząc nad jego ramieniem na Reia, na którego twarzy pojawił się szeroki, szelmowski uśmiech.
—Udało mi się skończyć wcześniej— powiedział, przenosząc wzrok na Renjego.
—Cieszę się. Ogarnę bar i wrócimy razem.
—Poczekam na ciebie tutaj. W środku jest cholernie duszno— stwierdził, ocierając kciukiem mokre usta kochanka.
—Będziesz miał interesujące towarzystwo— stwierdził wesoło Renji, zbierając puste szklanki ze stojącego przy drzwiach stolika.
—Z pewnością— warknął gorzko Nayoa odprowadzając go wzrokiem.
Rei trwał w milczeniu z lubością napawając się wściekłością Kuze. Choć z pozoru chłodny i opanowany, jego ciemne oczy trawiła pełna gniewu pożoga. Gdy Renji zniknął w dudniącej, wciąż zatłoczonej sali odwrócił do niego i przemówił zaskakująco łagodnie:
—Odebrałem ci port…
Rei pokręcił głową.
—Nic mi nie odebrałeś.
—… więc postanowiłeś odebrać mi coś równie ważnego?— kontynuował niewzruszenie Naoya.
Rei roześmiał się cicho. Powietrze między nimi gęstniało z każdą sekundą ciszy, stawało się lepkie, ciężkie, nie do zniesienia.
—Nie myślałeś chyba, że go nie znajdę. To twoja jedyna słabość Byakuya, dlaczego miałbym jej nie wykorzystać?
Naoya wsunął ręce do kieszeni a jego wąskie, jasne usta wygięły się w pełnym surowości uśmiechu.
—Mam kilka słabości, jak każdy ale Renji nie jest żadną z nich. Nie musiałeś posuwać się do tak desperackich kroków, skoro tak bardzo cię to interesowało to wystarczyło zapytać—powiedział chłodno— Znamy się od trzech lat, sypiamy ze sobą, lubimy i cenimy swoje towarzystwo. Z pewnością zna wiele szczegółów na temat mojego życia, którymi by się z tobą podzielił gdybyś odpowiednio go podszedł. To dobry, sympatyczny facet— głos Naoyi brzmiał dziwnie miękko i przyjemnie— Ale nie jest moją słabością o czym z pewnością się przekonasz, jeśli nadal będziesz wtykał nos w nie swoje sprawy.
Rei przyglądał mu się w milczeniu. Słowa Naoyi go nie zaskoczyły, tylko potwierdzały to, co przed chwilą zobaczył. Zaborczy pocałunek na przywitanie nie była aktem miłości, on był jebanym aktem własności.
Naoya nie był o Renjego zazdrosny, zwyczajnie nie chciał oddać tego, co posiadał.
Rei zrobił krok do przodu, szybko niwelując dystans. Miał go na wyciągnięcie dłoni— cichego i spokojnego, pachnącego cedrem i bergamotką, w idealnie wyprasowanym garniturze, o wąskich, ciemnych oczach i chłodnej, pozbawionej zmarszczek twarzy.
Nie mogli się bardziej różnić, a jednak coś ich łączyło.
To jedno, palące pragnienie.
—Renji jest twoją słabością— powiedział Rei pochylając się nad Kuze tak, że zauważył niewielką, starą bliznę na jego żuchwie— Ale nie dlatego, że to Renji, tylko dlatego, że jest twój.
Naoya nie wyglądał na poruszonego, ale coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Coś zmiękło, spochmurniało, zaskoczyło a Rei szybko to podchwycił.
—Dlatego gdy już ci to wszystko odbiorę wypiję Daiqiri i zerżnę Renjego na moim biurku, w moim porcie C—17.
I choć Naoya ponownie nie odpowiedział, to właśnie ta gęstniejąca, pełna napięcia cisza uświadomiła mu, że osiągnął cel. Jego pełne złośliwości, nonszalanckie słowa nie tylko wkurwiły Kuze, one wznieciły pożogę.
—Niech to diabli Byakuya— stwierdził Rei cicho i z rozbawieniem— Czy ty się właśnie zdenerwowałeś?
I znów odpowiedziało mu milczenie, ale zupełnie inne niż chwilę wcześniej. Kuze przysunął się do niego nieprzyjemnie blisko, nie spuszczając z niego wzroku i sprawiając, że choć pozornie nic się nie zmieniło, to Rei szybko zauważył, że utracił przewagę.
A to cholernie mu się nie podobało.
—Czasy piratów i korsarzy dawno minęły Shiosai— powiedział w końcu Kuze, a jego głos brzmiał równie surowo jak dudniący za drzwiami bas— Jesteś reliktem przeszłości.
Rei uśmiechnął się z zadowoleniem, bo słowa Naoyi zamiast obelgą były dla niego swoistym komplementem.
—Może to prawda, ale taka właśnie jest wielka woda. Stara, pełna legend i tajemnic, pełna tradycji i zasad. Ona nigdy nie zapomina, ani tego co zabrała ani tego co przynosi.
Kuze wyglądał na niewzruszonego.
—Nie dotyczą mnie wasze przestarzałe, pirackie kodeksy.
Rei pokręcił głową a kolejne kosmyki wymknęły się z luźnego upięcia. Kuze odprowadził wzrokiem jego dłoń, która schowała je za ucho.
—Oczywiście, że cię dotyczą, tak jak każdego mieszkańca tego miasta.