Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pod właściwym sercem - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
3192 pkt
punktów Virtualo

Pod właściwym sercem - ebook

Patrycja i Marcel od dawna wiedzą, że chcą być rodzicami. Oboje marzą o domu, w którym rozbrzmiewa śmiech dziecka. Jednak tragiczny w skutkach wypadek przekreśli ich plany na zawsze. Tymczasem w innym zakątku świata Eka zdążyła się już przekonać, że życie nie zawsze daje wybór, a lekkomyślny mąż nie potrafi być dla niej oparciem w wychowaniu dwójki dzieci. Drogi bohaterów przecinają się tam, gdzie nadzieja staje się kontraktem, a miłość przechodzi trudną próbę.

To historia o czworgu bohaterach: o kobiecie, która nosi w sobie cudze marzenie, o parze, która uczy się, że rodzicielstwo zaczyna się nie od krwi, lecz od czułości, oraz o dziecku, które przychodzi na świat pod właściwym sercem, nawet jeśli nie jest to serce, które miało je kochać.

Pod właściwym sercem to opowieść o nadziei, determinacji i miłości, które nie znają granic.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-918-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Saraj, żona Abrama, nie uro­dziła mu potomka. Miała zaś nie­wol­nicę Egip­cjankę, imie­niem Hagar. Rze­kła więc Saraj do Abrama: „Ponie­waż Pan zamknął mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej nie­wol­nicy; może z niej będę miała dzieci”. Abram usłu­chał rady Saraj. Saraj, żona Abrama, wzięła zatem nie­wol­nicę Hagar, Egip­cjankę, i dała ją za żonę mężowi swemu Abra­mowi, gdy już minęło dzie­sięć lat, odkąd Abram osie­dlił się w Kana­anie. Abram zbli­żył się do Hagar i ta stała się brze­mienną . Hagar uro­dziła Abra­mowi syna. I Abram nazwał zro­dzo­nego mu przez Hagar syna imie­niem Izmael.

Abram miał lat osiem­dzie­siąt sześć, gdy mu Hagar uro­dziła Izma­ela¹.1

Patry­cja sie­działa na ławce ukry­tej w cie­niu drzewa i choć na kola­nach trzy­mała książkę, nie potra­fiła się sku­pić na czy­ta­niu. Nie wyła­wiała też z oto­cze­nia śpiewu pta­ków, szumu liści w koro­nach drzew czy chrzę­stu kamieni pod butami ludzi spa­ce­ru­ją­cych alej­kami. Do jej uszu docho­dziły jedy­nie śmie­chy i krzyki dzieci. Plac zabaw wypeł­niony był kil­ku­let­nimi odkryw­cami i odkryw­czy­niami świata, któ­rzy odcią­gali jej uwagę od lek­tury. Wła­śnie przy­glą­dała się trzy­lat­kowi, który ucie­kał przed opie­kunką. Spra­wiało mu to naj­wy­raź­niej ogromną radość, jakby znał skutki takiej goni­twy. Matka dopa­dła do synka, chwy­ciła go w ramiona, zakrę­ciła wkoło i wyca­ło­wała po policz­kach. Per­li­sty śmiech chłopca wybrzmie­wał w powie­trzu, a Patry­cja czuła, jakby ktoś wbi­jał jej w brzuch szpilki. Dosta­wała odłam­kami ich miło­ści, więc kuliła się, pró­bo­wała uspo­koić oddech, choć na skó­rze pie­kły wszyst­kie bli­zny. Łapała się na tym, że nie­świa­do­mie szu­kała wzro­kiem dzieci, które mogły mieć trzy, cztery latka.

– Dzień dobry, wolne? – usły­szała nad sobą głos. Drgnęła, wyrwana z zamy­śle­nia, ale natych­miast ski­nęła głową.

– Bar­dzo pro­szę – odparła, prze­su­wa­jąc się na skraj ławki, cho­ciaż miej­sca było wystar­cza­jąco dużo.

Bli­sko niej usia­dła młoda kobieta, ubrana w dżinsy i luźną jasną koszulkę. Obok swo­ich stóp, obu­tych w czarne sne­akersy, posta­wiła wia­derko z łopatką. Patry­cja powę­dro­wała wzro­kiem za spoj­rze­niem nie­zna­jo­mej. Kobieta przy­glą­dała się dziew­czynce z war­ko­czem. Mała nie mogła mieć wię­cej niż pięć lat. Wspi­nała się wła­śnie po niskiej dra­bince.

– Które jest pani? – zagad­nęła ją nie­ocze­ki­wa­nie matka dziecka.

Patry­cja się wypro­sto­wała, wzięła książkę do ręki i w pierw­szej chwili chciała wska­zać na chłopca w zie­lo­nych spoden­kach, ale chrząk­nęła i wyja­śniła:

– Jestem sama, przy­szłam poczy­tać.

– No tak, dzi­siaj piękna pogoda, więc żal sie­dzieć w domu. Moja córka uwiel­bia ten plac zabaw. To ta w różo­wym swe­terku.

– Prze­pra­szam, ale mój wolny czas się skoń­czył, muszę wra­cać. Życzę pani miłego dnia – powie­działa, żeby jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć wymianę zdań. Nie chciała roz­ma­wiać o dzie­ciach, wystar­czyło, że na nie patrzyła.

Chwy­ciła książkę, popra­wiła torebkę na ramie­niu i ener­gicz­nym kro­kiem weszła w par­kową alejkę. Uspo­ka­jała oddech. Cza­sami na placu zabaw dopa­dała ją panika, znaj­do­wała ją nawet w naj­bar­dziej ukry­tym zakątku pod roz­ło­ży­stymi lipami lub dębami i dusiła, koła­tała jej ser­cem, a Patry­cja była prze­ko­nana, że wła­śnie umiera, choć w umie­ra­niu nie była per­fek­cyjna. Za każ­dym razem oka­zy­wało się, że nawet tego nie potra­fiła zro­bić dobrze, bo do tej pory zawsze się budziła, a naprze­ciwko sie­bie miała twarz leka­rza. Mimo wszystko przy­cho­dziła na plac zabaw, patrzyła na huś­tawki, zjeż­dżal­nie, dra­binki i pia­skow­nicę, jakby chciała sama sobie zada­wać rany tym wido­kiem.

– Wdech… wydech… – szep­nęła. – Wdech… wydech…

* * *

Gdy Mar­cel prze­kra­czał próg miesz­ka­nia, wciąż mie­lił w gło­wie wia­do­mość, którą dostał kilka dni temu. Nie był przy­go­to­wany na to, by cze­kać na adop­cję latami, ponie­waż Patry­cja wciąż nie była gotowa i oboje nie mieli pew­no­ści, czy kie­dy­kol­wiek będzie zdolna do pod­ję­cia decy­zji o rodzi­ciel­stwie zastęp­czym. Pró­bo­wał prze­stać o tym myśleć, więc szu­kał coraz to nowych zajęć w pracy. Dzi­siaj był na spo­tka­niu autor­skim dla dzieci w swo­jej biblio­tece, a potem, jako dyrek­tor pla­cówki, na obie­dzie z pisa­rzem Grze­go­rzem Łasiem oraz przed­sta­wi­cie­lem jego wydaw­nic­twa. Z pew­no­ścią nie poru­szał z nimi pry­wat­nych tema­tów, ale gdy tylko prze­kro­czył próg domu, powró­ciły wciąż te same od kilku lat lęki i ocze­ki­wa­nia.

Wszedł do przed­po­koju i wrzu­cił klu­cze do usta­wio­nej na komo­dzie drew­nia­nej skrzy­neczki z kaszub­skim wzo­rem. Wsu­nął na stopy kap­cie, a buty uło­żył sta­ran­nie w szafce. Lubił, gdy stały równo.

– Jesteś? – usły­szał z głębi miesz­ka­nia głos Patry­cji.

Po chwili zoba­czył żonę sie­dzącą na hoke­rze przy wyspie kuchen­nej i pochy­la­jącą się nad lap­to­pem. Marsz­czyła czoło i z uwagą się cze­muś przy­glą­dała, cza­sami popra­wiała zsu­wa­jące się jej z nosa oku­lary.

– Jestem, jestem… Już koń­czę, ukła­dam wła­śnie plan zajęć, bo od jutra zaczy­namy – powie­działa, przyj­mu­jąc całus w poli­czek. – Zaraz to zamknę… nie chcę, by mi ucie­kło.

– Dobrze. – Mar­cel wes­tchnął i prze­szedł na drugą stronę wyspy. – Jak ci minął dzień?

– Pra­co­wi­cie – odparła.

Patry­cja nie wspo­mi­nała mężowi o swo­ich wizy­tach na placu zabaw. Wie­działa, że będzie się mar­twił, znów wysy­łał ją na tera­pię, a ona czuła się tym wszyst­kim już bar­dzo zmę­czona, choć na­dal nie umiała prze­stać pod­sy­cać w sobie tęsk­noty za macie­rzyń­stwem.

Mar­cel zaj­rzał do garnka sto­ją­cego na kuchence.

– Mniam… – Uśmiech­nął się pod nosem, bo danie pach­niało wyśmie­ni­cie. Uwiel­biał przy­go­to­wy­wane przez żonę leczo. Zawsze zawie­rało mnó­stwo warzyw, ale przede wszyst­kim świeże pomi­dory i cuki­nię.

– Możesz nakła­dać na tale­rze… Okej, skoń­czy­łam. – Patry­cja zamknęła lap­top i odsu­nęła go na bok. Dopiero teraz mogła się dokład­nie przyj­rzeć mężowi. Wyglą­dał na zmę­czo­nego.

Kiedy wresz­cie usie­dli przy wyspie kuchen­nej, przez kilka minut mil­czeli. Łamali chleb i zanu­rzali go w warzywno-mię­snym sosie, roz­ko­szo­wali się sma­kiem nie­wy­szu­ka­nej potrawy. Wresz­cie Mar­cel po raz kolejny stre­ścił jej roz­mowę z pra­cow­nicą ośrodka adop­cyj­nego. Patry­cja mu nie prze­szka­dzała, nie zada­wała żad­nych pytań. Myślała o tym, co wcze­śniej prze­czy­tała w inter­ne­cie, teraz pozwa­lała się mężowi wyga­dać. Mar­cel z pew­no­ścią tego potrze­bo­wał, bo nie potra­fił mil­czeć i „tra­wić” swo­ich emo­cji w ciszy, jakby to, co nie zostało wypo­wie­dziane, natych­miast zamie­niało się w ołów i zale­gało w ciele, pochy­la­jąc syl­wetkę ku ziemi.

Patry­cja przy­glą­dała mu się z uwagą, bo pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno two­rzyły wokół męż­czy­zny bladą poświatę.

– Ni­gdy nie będziemy mieć dziecka – rzu­ciła wresz­cie. Nie uśmiech­nęła się, jak miała w zwy­czaju, a na jej czole poja­wiła się poprzeczna zmarszczka. W jej sło­wach wybrzmiała gorycz pomie­szana z roz­cza­ro­wa­niem. Z tru­dem też pano­wała nad tym, by się nie roz­pła­kać. Pra­gnęła dziecka, syna, córki, obo­jęt­nie, marzyła, żeby sły­szeć w domu tupot małych stó­pek, śmiech, płacz, by stwo­rzyć pełną rodzinę, jakiej zawsze pra­gnęli. – Czas się z tym pogo­dzić. Nie jestem w sta­nie roz­po­cząć pro­cesu adop­cyj­nego. Boję się, że skrzyw­dzi­ła­bym i dziecko, i nas. Po pro­stu nie dam rady.

Mar­cel pod­niósł wzrok i przyj­rzał się Patry­cji. Kochał ją całym ser­cem.

* * *

Pamię­tał ich pierw­sze spo­tka­nie. Dostał wtedy posadę dyrek­tora w miej­skiej biblio­tece, tro­chę się bał tej pracy. Per­so­nel może nie był liczny, ale zarzą­dza­nie dwiema filiami wyda­wało się wyzwa­niem. Głowę miał jed­nak pełną pomy­słów, wcze­śniej przez pięć lat pra­co­wał w małej wiej­skiej biblio­tece pod Gdań­skiem, zdo­był doświad­cze­nie. Szybko się oka­zało, że był bie­gły w pozy­ski­wa­niu fun­du­szy unij­nych, pisał naj­róż­niej­sze pro­jekty, dzięki czemu zasoby nie­wiel­kiej wypo­ży­czalni z roku na rok rosły, a czy­tel­ni­ków przy­by­wało. Mar­cel potra­fił szu­kać spon­so­rów, roz­ma­wiać z pisa­rzami i pisar­kami, orga­ni­zo­wać warsz­taty i spo­tka­nia, a przede wszyst­kim pro­mo­wać czy­tel­nic­two. Wzię­cie udziału w kon­kur­sie na dyrek­tora więk­szej pla­cówki było czymś natu­ral­nym, chciał się roz­wi­jać.

Pierw­szego dnia w nowym miej­scu, kiedy wszy­scy pra­cow­nicy już wyszli, usiadł w fotelu jed­nej z biblio­te­ka­rek i dopi­jał kawę. Roz­glą­dał się z dumą po pomiesz­cze­niu, ukła­dał w gło­wie plany, jak zmieni wypo­ży­czal­nię, jakie remonty prze­pro­wa­dzi, gdzie prze­stawi półki, w jaki spo­sób zdo­bę­dzie fun­du­sze, gdy nagle ktoś szarp­nął drzwi i do środka wpa­dła wysoka bru­netka. Nie wyglą­dała na wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat. Mar­cel wziął ją za stu­dentkę. Była szczu­pła, miała paty­ko­wate nogi, które pod­kre­ślały wąskie nogawki spodni, a jej fry­zura zdała się biblio­te­ka­rzowi nieco potar­gana, jakby dziew­czyna zapo­mniała się ucze­sać albo nie potra­fiła okieł­znać nie­sfor­nych kosmy­ków. Co chwilę popra­wiała zsu­wa­jące się jej z nosa oku­lary.

– Prze­pra­szam, mogę jesz­cze coś wypo­ży­czyć? – wysa­pała. – Bałam się, że już zamknięte.

– Bo zamknięte – odparł biblio­te­karz. Wstał zza biurka i chciał wypro­sić spóź­nial­ską czy­tel­niczkę, ale było w niej coś takiego, co nie pozwo­liło mu tego zro­bić. Stał więc i cze­kał na roz­wój wyda­rzeń.

– Oj, prze­pra­szam… Pan pew­nie jest nowym dyrek­to­rem?

– Tak. Mar­cel Bed­nar­czyk – odparł i wycią­gnął rękę do sym­pa­tycz­nej dziew­czyny.

– Patry­cja Zabor­ska. Jestem nauczy­cielką w pobli­skiej pod­sta­wówce – dodała, a zasko­czony Mar­cel uniósł brwi, choć sta­rał się ukryć zdzi­wie­nie.

– Niech zgadnę, język pol­ski albo angiel­ski?

– To dru­gie, ale pry­wat­nie uczę też japoń­skiego.

– Myśla­łem, że jest pani stu­dentką, o ile nie lice­alistką, a tu dwa fakul­tety. – Mar­cel się zaśmiał. Dokład­nie przyj­rzał się kobie­cie w mod­nych oku­la­rach, z pie­przy­kiem koło nosa i lekko odsta­ją­cymi uszami, które z pew­no­ścią doda­wały jej uroku. Wyglą­dała jak łobu­ziara. Tak o niej wtedy pomy­ślał, choć póź­niej się oka­zało, że to raczej nad­wraż­liwa dusza, skry­wa­jąca swoją deli­kat­ność pod grubą war­stwą racjo­na­li­zmu.

– Dzię­kuję za kom­ple­ment. Nie mam zbyt dużego stażu. Od zeszłego wrze­śnia jestem nauczy­cielką, zaraz po stu­diach pra­co­wa­łam przez rok w Japo­nii, a po powro­cie szu­ka­łam przez jakiś czas swo­jego miej­sca na ziemi i oto jestem tutaj.

– I wró­ciła pani?

– Tak… długa histo­ria. Jakoś tak wyszło, że posta­no­wi­łam zostać w Pol­sce, tam nic mnie nie trzy­mało, poza zain­te­re­so­wa­niami kul­turą i języ­kiem. Tęsk­ni­łam do kraju. To był czas poszu­ki­wań i wery­fi­ka­cji pla­nów życio­wych. – Uśmiech­nęła się. – A pan?

Mar­cel odru­chowo spoj­rzał na dłoń Patry­cji, nie zauwa­żył obrączki, ale pomy­ślał, że taka zja­wi­skowa dziew­czyna na pewno jest w związku.

– Ja mia­łem mniej eks­cy­tu­jące życie, bo po stu­diach był staż w jed­nej biblio­tece, praca w dru­giej, a teraz jestem tutaj – stre­ścił krótko swoją karierę zawo­dową. W myślach pró­bo­wał też oce­nić, o ile lat mógł być star­szy od anglistki. Obsta­wił, że około sied­miu, ośmiu. Jak się póź­niej oka­zało, nie­wiele się pomy­lił. – No dobrze, to co chcia­łaby pani wypo­ży­czyć?

– Naj­pierw chcia­ła­bym oddać to… – Się­gnęła do torby prze­wie­szo­nej przez ramię i wyło­żyła na biurko dwie książki Yasu­nari Kawa­baty: _Kra­inę śniegu_ i _Tysiąc żurawi_. – Lubię do nich wra­cać. Moje egzem­pla­rze komuś poży­czy­łam i ni­gdy już ich nie odzy­ska­łam.

Mar­cel przyj­rzał się pod­nisz­czo­nym okład­kom. Czarno-biała z górną czę­ścią twa­rzy kobiety o wyraź­nie sko­śnych oczach przy­cią­gnęła jego uwagę.

– Pew­nie dobre?

– Bar­dzo. Uwiel­biam liryczny styl autora. Pole­cam. Nie­przy­pad­kowo dostał Nobla.

– Teraz czuję się zawsty­dzony, bo nobli­stę powi­nie­nem koja­rzyć.

– Nie da się wszyst­kiego pamię­tać i prze­czy­tać, nie­stety.

Roz­ma­wiali przez kil­ka­na­ście minut, ale już wtedy nawią­zała się mię­dzy nimi nić poro­zu­mie­nia. Jakby nie­wi­dzialny pająk utkał sieć, z któ­rej już nie mogli się wydo­stać. Osta­tecz­nie Patry­cja niczego nie wypo­ży­czyła, ale zapo­wie­działa, że wróci następ­nego dnia o odpo­wied­niej porze. Mar­cel za to nie chciał tego wie­czoru spę­dzać samot­nie, zapy­tał więc, czy Patry­cja nie napi­łaby się z nim piwa z oka­zji jego pierw­szego dnia w nowej pracy. Tak więc wie­czór spę­dzili na roz­mo­wie w pobli­skim pubie, szybko prze­szli na „ty”. Oka­zało się, że wiele ich łączy, a tematy nie koń­czyły się do póź­nych godzin noc­nych. Trzy mie­siące póź­niej zostali parą, po pół­tora roku zamiesz­kali razem, a po czte­rech latach od pierw­szego spo­tka­nia byli już mał­żeń­stwem.

Mar­cel z sen­ty­mentu pró­bo­wał czy­tać ulu­bio­nego pisa­rza żony, ale Yasu­nari Kawa­bata wyda­wał mu się zbyt trudny i nie­zro­zu­miały, ni­gdy się z japoń­skim nobli­stą nie polu­bili, choć w ich domu stały jego książki po pol­sku i w ory­gi­nale, kupione z cza­sem w anty­kwa­ria­cie na pamiątkę ich spo­tka­nia.

* * *

Mar­cel odgo­nił wspo­mnie­nie i przez chwilę wpa­try­wał się w twarz żony. W gło­wie wyświe­tlały mu się naj­róż­niej­sze obrazy z prze­szło­ści. Znów poja­wiło się to, co zale­gło mię­dzy nimi jakiś czas temu, co gnio­tło, uwie­rało i nie dawało o sobie zapo­mnieć, ponie­waż nie zawsze wie­dzieli, jak o tym roz­ma­wiać.

– Pyszne – powie­dział, choć nie zamie­rzał mówić o jedze­niu. Na moment się zawa­hał, ale wresz­cie bar­dzo powoli się ode­zwał: – Pati, wiem… choć od wielu mie­sięcy uni­kamy tego tematu. Może czas o tym poroz­ma­wiać? Oboje chcemy dziecka…

Patry­cja gwał­tow­nie odło­żyła sztućce. Nie pod­nio­sła głowy, by spoj­rzeć na męża. Męczyło ją poczu­cie winy, bo to przez nią to wszystko, ta cisza, to omi­ja­nie waż­nych dla nich spraw, pla­nów na przy­szłość… Ni­gdy tego nie powie­dział, ale ona wie­działa, czuła to niczym drza­zgę pod skórą. Każ­dego dnia, a może nawet z godziny na godzinę rana pod­cho­dziła ropą.

– Mar­cel… – zaczęła. Pró­bo­wała upo­rząd­ko­wać myśli. Nie umiała mu powie­dzieć tego, co cisnęło się jej na usta. Bała się, że jej posłu­cha i zrobi coś, co jesz­cze bar­dziej pootwiera jej rany. – Mar­cel… ja zro­zu­miem, jeżeli będziesz chciał… – zająk­nęła się – chciał… odejść… Naprawdę… ty możesz być ojcem… nie chcę ci tego za…

– Boże, Pati! Jak możesz w ogóle tak myśleć? – Pod­niósł głos, nie pozwa­la­jąc jej skoń­czyć. Kie­dyś już pró­bo­wała mówić to samo, ale nie chciał, żeby te słowa wybrzmie­wały w powie­trzu. – Pro­szę cię! Są inne spo­soby!

– Inne? – zakpiła, choć nie chciała drą­żyć tematu. – Liczysz na bociana?

– Nie na bociana, ale… szpe­ra­łem w necie i mam pomysł.

Patry­cja powoli pod­nio­sła głowę i wbiła smutne spoj­rze­nie w męża. Zaraz jej powie, że odcho­dzi, że zna­lazł inną, że składa rekla­ma­cję, bo nie tak się uma­wiali na początku tej rela­cji.

Teraz jed­nak patrzyła w jego oczy w kształ­cie mig­da­łów.

– I? – spy­tała wresz­cie, choć bała się odpo­wie­dzi.

– Suro­gatka – powie­dział krótko.

Przez kilka minut mil­czeli, wpa­tru­jąc się w sie­bie. Mar­cel trzy­mał w dłoni wide­lec, ale powoli odło­żył go na talerz. Stuk­nię­cie prze­rwało ciszę, dopiero wtedy Patry­cja się ode­zwała.

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Jak to sobie wyobra­żasz? Będziemy szu­kać ogło­szeń w inter­ne­cie?

– Nie o tym myśla­łem. Mówię o zawo­do­wych suro­gat­kach.

– Zawo­do­wych? Zwa­rio­wa­łeś?

– Nie! Tak zwa­nych zawo­do­wych. Posłu­chaj cier­pli­wie – dodał i zaczął wyja­śniać: – Zna­la­złem w inter­ne­cie mię­dzy­na­ro­dowe kli­niki, które poma­gają parom mieć dziecko. Szu­kają suro­ga­tek, zapłod­nie­nie odbywa się in vitro, prze­cież możesz wyho­do­wać jajeczko. Masz jaj­niki.

– Tak – prych­nęła. – Los nie był aż tak okrutny i zosta­wił mi namiastkę, żebym nie zapo­mniała, kim byłam i co stra­ci­łam.

– Kim byłaś? – ziry­to­wał się, bo cią­gle krę­cili się wkoło.

– Kobietą.

– Boże, Pati, prze­cież na­dal nią jesteś.

– Podobno ktoś, tylko nie pamię­tam kto, powie­dział, że kobieta to osoba z macicą, więc sam widzisz… defi­ni­cja jest jed­no­znaczna.

– Czy ty możesz mnie cho­ciaż wysłu­chać? – spy­tał, powoli tra­cąc cier­pli­wość.

– Pro­szę bar­dzo. Co z tą suro­gatką? Dałeś już ogło­sze­nie?

– Nie dałem – odparł zmę­czo­nym gło­sem. – Ale sprawa wydaje się pro­sta, przy­naj­mniej w teo­rii. Jakaś biedna dziew­czyna ma za to kasę, my dziecko bio­lo­giczne i wszy­scy są zado­wo­leni.

– Czyli będziemy wyko­rzy­sty­wać jej biedę… – zakpiła, a on gwał­tow­nie wstał, szybko jed­nak z powro­tem usiadł i spró­bo­wał się uspo­koić.

– Nie mów tak. To coś porów­ny­wal­nego do prze­szczepu – ode­zwał się. – Jakby ktoś wypo­ży­czał ci macicę… Nie wiem, jak to ina­czej wyja­śnić, bo ty wszystko negu­jesz.

– Nie neguję, jestem realistką.

– A możesz cho­ciaż przez moment roz­wa­żyć suro­ga­cję?

– W Pol­sce? – prych­nęła, choć kie­dyś zna­la­zła na forum inter­ne­to­wym mnó­stwo ogło­szeń dziew­czyn goto­wych wyna­jąć swój brzuch. Każda z nich zapew­niała dys­kre­cję, w dodatku ofe­ro­wała pro­mo­cyjną cenę. – Nie zgo­dzę się na nic nie­le­gal­nego – dodała dla pew­no­ści. W pamięci odtwo­rzyła wszyst­kie filmy o suro­ga­cji, jakie w życiu oglą­dała. Zazwy­czaj wszystko koń­czyło się tra­gicz­nie. Mąż powoli zako­chi­wał się w kobie­cie noszą­cej jego dziecko, mał­żeń­stwo tak czy ina­czej się roz­pa­dało, suro­ga­cja była więc według niej naj­szyb­szą drogą do kata­strofy, a nie szczę­śli­wego macie­rzyń­stwa.

– Wiem, dla­tego mówię, że to kli­niki mię­dzy­na­ro­dowe. Są kraje, gdzie to jest praw­nie ure­gu­lo­wane.

– Jakie kraje? Chyba nie Rosja? – zakpiła.

– Masz do wyboru: Ukra­ina, Cypr, Gru­zja, USA, Cze­chy, Kanada…

– USA? – zdzi­wiła się.

– Myślę, że aku­rat USA może być poza naszym zasię­giem finan­so­wym. – Mar­cel się uśmiech­nął, choć przy­szło mu to z tru­dem. – Ale Ukra­ina, Cypr czy Gru­zja już tak. Cze­chy chyba bym sobie daro­wał, bo mam wra­że­nie, że tam sytu­acja nie do końca jest jasna.

Patry­cja wciąż przy­glą­dała się Mar­ce­lowi. Trudno jej było poskła­dać w całość to, co mówił. Bała się kolej­nego roz­cza­ro­wa­nia. Już dwa razy w swoim życiu nasta­wiała się na to, że zosta­nie matką. Może o dwa za dużo, pomy­ślała z iro­nią.

Zanim więc odpo­wie­działa mężowi, wymow­nie wes­tchnęła, a wtedy on znów zaczął mówić:

– Nie odpo­wia­daj. Prze­czy­ta­łem w necie o parze chło­pa­ków mają­cych dziecko z suro­ga­cji. Prze­ślę ci wywiad z nimi. Przy­stą­pili do pro­gramu w Kana­dzie, bar­dzo szcze­gó­łowo opo­wia­dają o całej pro­ce­du­rze.

– Co?

– Cztery lata temu suro­gatka uro­dziła im dziecko.

– Ona była daw­czy­nią jajeczka? – spy­tała.

– Nie, wzięli je od daw­czyni. Prze­czy­taj sama.

Mar­cel ponow­nie pró­bo­wał się uśmiech­nąć, po czym wstał, pod­szedł do sto­lika, na któ­rym leżały jakieś kartki, i po chwili poło­żył przed Patry­cją wydruki.

– Jest tu też histo­ria pary, która czeka na bliź­niaki. Przy­stą­pili do pro­gramu w Tbi­lisi, a tu wywiad z rodzi­cami rocz­nej dziew­czynki uro­dzo­nej przez Ukra­inkę w Kijo­wie. Prze­czy­taj to wszystko, a póź­niej podej­miemy decy­zję. Jeżeli chcesz, skon­tak­tu­jemy się z praw­ni­kiem.

– Znasz kogoś, kto się na tym zna?

Mar­cel kiw­nął głową, a potem wymie­nił nazwę kan­ce­la­rii praw­nej i dodał, że już umó­wił ich na kon­sul­ta­cję za tydzień w czwar­tek o dzie­więt­na­stej, oczy­wi­ście online.

– Nawet nie zapy­ta­łeś mnie o zgodę, tylko nas umó­wi­łeś?

– Chcesz, to odwo­łam, ale posłu­chaj, ty jesteś w sta­nie wypro­du­ko­wać jajeczko, ja nasie­nie, nie mamy tylko do dys­po­zy­cji brzu­cha z macicą, tak? Ale możemy go wypo­ży­czyć.

– Dla cie­bie to takie pro­ste? – Patry­cja pod­nio­sła głos. Odsu­nęła od sie­bie talerz z zimną już potrawą.

– Nic nie jest pro­ste! – wark­nął. – Ale nie mogę patrzeć, jak cier­pisz, rozu­miesz? Widzę, jak się snu­jesz po kątach, sły­szę, jak pła­czesz po nocach. Wiem, że cho­dzisz na plac zabaw i sie­dzisz tam godzi­nami! Nie chcesz adop­cji ani bycia rodziną zastęp­czą, więc to jest ostat­nie wyj­ście. Innego nie ma – rzu­cił. Chciał jesz­cze dodać, że oboje sły­szą tyka­nie zegara, że za chwilę się okaże, że jej „fabryczka” sta­nęła i nie wypro­du­kuje już żad­nego jajeczka, a wtedy usły­szą gło­śny komu­ni­kat: _Game over_.

Patry­cja się nie ode­zwała. Zda­wała się odrę­twiała, jakby wszyst­kie wia­do­mo­ści, które przed minutą przy­swo­iła, wgnio­tły ją w krze­sło. Ni­gdy wcze­śniej nie roz­wa­żała zawo­do­wej suro­gatki. Ow­szem, raz pomy­ślała o tym, czy nie zapła­cić jakiejś dziew­czy­nie, żeby uro­dziła im dziecko, ale bała się, że to przy­nio­słoby wię­cej pro­ble­mów i im, i dziecku. Kobieta mogłaby ich szan­ta­żo­wać, chcieć ode­brać prawa rodzi­ciel­skie, zako­chać się w jej mężu, a tego by nie prze­żyła. Nie miała siły na walkę, wyczer­pała już wszyst­kie siły.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spy­tała.

– Nie wiem, rzu­cam pro­po­zy­cję. Poczy­taj, poroz­ma­wiamy z praw­ni­kiem, oce­nimy, czy nas na to stać, i zde­cy­du­jemy. Razem – pod­kre­ślił ostat­nie słowo.

– A ile to kosz­tuje? – spy­tała cicho.

– Dużo. – Wes­tchnął. – Naj­pierw jed­nak musimy się zde­cy­do­wać, prze­my­śleć, czy jeste­śmy gotowi na suro­ga­cję. Nie możemy pozwo­lić sobie na błąd. Żadne z nas tego nie prze­trzyma.

– Ty możesz mieć dzieci – dodała. – To ja nie mam macicy.

Patry­cja dokład­nie pamię­tała dzień, kiedy obu­dziła się ze śpiączki i dowie­działa się, że leka­rze, żeby rato­wać jej życie, musieli usu­nąć macicę. Uszko­dze­nia była zbyt roz­le­głe, do tego wdał się stan zapalny, a orga­nizm nie reago­wał na anty­bio­tyki. Takie uparte, zło­śliwe ciało, które wszystko robiło na prze­kór. Dwu­krot­nie wyda­liło z sie­bie płody, a teraz dla pew­no­ści nie­po­wta­rza­nia pro­ce­deru roz­mna­ża­nia pozba­wiło się macicy. Jedy­nym pocie­sze­niem miało być zacho­wa­nie jaj­ni­ków. Pamiątka po płod­no­ści.

Kiedy Patry­cja była wresz­cie w sta­nie pod­nieść się ze szpi­tal­nego łóżka i za pomocą cho­dzika dojść do łazienki, sta­nęła przed lustrem, żeby sobie popa­trzeć w oczy. Mil­czała, lecz nie odry­wała wzroku od swo­jego odbi­cia, choć w pierw­szym odru­chu chciała na sie­bie splu­nąć.

– Nie mam macicy – ode­zwała się chra­pli­wym gło­sem. W ustach czuła pia­sek, nie mogła prze­łknąć śliny. – Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie mam macicy! Nie mam macicy!! Nie mam macicy!!! – krzyk­nęła, spro­wa­dza­jąc do łazienki pie­lę­gniarkę. Kobieta w bia­łym far­tu­chu sta­nęła w progu niczym zjawa.

– Co się stało? – spy­tała, widząc, że pacjentka wciąż stoi o wła­snych siłach, nie padła na pod­łogę z wrza­skiem, lecz wpa­truje się w lustro. – Pomóc pani wró­cić do łóżka?

– Nie mam macicy… stra­ci­łam dziecko… – szep­nęła i nagle jej ciało zgięło się wpół, jakby się zła­mało pod cię­ża­rem słów, cho­ciaż ręce wciąż wspie­rały się na uchwy­tach cho­dzika. Kobietą wstrzą­snęły spa­zmy pła­czu.

Pie­lę­gniarka zro­biła krok naprzód, potem drugi, poło­żyła dłoń na ple­cach Patry­cji. Pod pal­cami czuła każde drże­nie jej ciała, jed­nak nie potra­fiła prze­rwać fali jej roz­pa­czy. Cze­kała cier­pli­wie, by kil­ka­na­ście minut póź­niej odpro­wa­dzić pacjentkę do łóżka. Pomo­gła się jej poło­żyć, a potem nachy­liła się nad nią, bo usły­szała nie­wy­raźny szept:

– Nie… mam… dziecka i nie mam macicy…

– Ale ma pani dłu­gie życie przed sobą.

– Wysoka cena za lata samot­no­ści…

* * *

Dwa tygo­dnie póź­nej wie­czo­rem na biurku Patry­cji pię­trzył się jesz­cze więk­szy stos wydru­ków oraz ksią­żek o Ukra­inie, Gru­zji i Cyprze. W miesz­ka­niu pach­niało cyna­mo­nem, bo na para­pe­cie paliła się świeca sojowa o tym zapa­chu, a w tle leciała muzyka wydo­by­wa­jąca się z krę­cą­cej się na gra­mo­fo­nie płyty The Cure, przy­po­mi­na­jąca Mar­ce­lowi nasto­let­nie czasy. Album _Blo­od­flo­wers_ był relik­tem prze­szło­ści, pamiątką pięk­nej i chmur­nej mło­do­ści. To był ostatni pre­zent, jaki dostał od ojca, bo pół roku póź­niej sie­dem­na­sto­letni wów­czas chło­pak pła­kał na jego pogrze­bie. Od tam­tego czasu płytę kładł pod igłą gra­mo­fonu tylko w waż­nych momen­tach swo­jego życia, a taki wła­śnie nastą­pił dzi­siaj. Czarny krą­żek nieco trzesz­czał, cza­sami się zaci­nał, ale dźwięki, które zostały na nim zapi­sane, dawały Mar­ce­lowi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­koju, jakby potra­fiły przy­cią­gnąć ducha jego ojca.

Mar­cel otwie­rał butelkę wina i co chwilę zer­kał w stronę Patry­cji, która wciąż wyda­wała się scep­tyczna, ale miał nadzieję, że osta­tecz­nie uda mu się zna­leźć coś, co prze­waży szalę. Prze­ga­dali kilka ostat­nich nocy, roz­wa­żyli wszyst­kie za i prze­ciw przy­stą­pie­nia do pro­gramu suro­ga­cyj­nego, poli­czyli też oszczęd­no­ści, wystar­czyło pod­jąć decy­zję.

– Nie kupi­łeś mojego ulu­bio­nego sera? – Patry­cja wpa­try­wała się we wnę­trze lodówki.

– Jest w dol­nej szu­fla­dzie.

– Masz szczę­ście… – Uśmiech­nęła się pod nosem. Zda­wała się w dobrym humo­rze. Dzi­siaj miała otwar­cie swo­jej nie­wiel­kiej szkoły języ­ko­wej miesz­czą­cej się w budynku po biu­rze rachun­ko­wym o obie­cu­ją­cej nazwie „Pro­fit”. Znaj­do­wały się tam trzy pomiesz­cze­nia. Dwa posta­no­wiła prze­zna­czyć na sale lek­cyjne, w holu zmie­ściła się nie­wielka recep­cja albo biuro, wciąż nie mogła się zde­cy­do­wać, jak je nazy­wać. Zatrud­niła młodą dziew­czynę z sąsied­niej wsi. Miała robić zapisy dzieci i doro­słych, pil­no­wać planu, kie­ro­wać ruchem, pobie­rać opłaty, czyli prze­jąć wszyst­kie naj­mniej lubiane czyn­no­ści. Patry­cji udało się też namó­wić na pracę u sie­bie świetną ger­ma­nistkę, miała więc w ofer­cie aż trzy języki: angiel­ski, japoń­ski i nie­miecki, a w przy­szło­ści chciała zdać egza­min pań­stwowy z hisz­pań­skiego. Na nie­wielką miej­sco­wość powinno wystar­czyć, tym bar­dziej że nie tylko ona uczyła tu języ­ków obcych. Cie­szyła się jed­nak, że w każ­dej gru­pie zebrała się odpo­wied­nia liczba chęt­nych, a dodat­kowo dzi­siaj zgło­siła się do niej logo­pedka, która chciała wyna­jąć trze­cie pomiesz­cze­nie w budynku. Koszty utrzy­ma­nia się więc roz­łożą, nie będzie trzeba ogrze­wać pustego pokoju.

– No dobra, idziemy na kanapę – zde­cy­do­wał Mar­cel, po czym prze­niósł kie­liszki i butelkę z winem.

Patry­cja posta­wiła talerz z prze­ką­skami i poszła po książki. Poło­żyła je na sto­liku.

– Jesteś pewny, że chcemy to zro­bić? – spy­tała, ale w jej gło­sie brzmiała nie­pew­ność. Co prawda po lek­tu­rze wszyst­kich mate­ria­łów ujrzała w swoim ciem­nym tunelu, po któ­rym krą­żyła od kilku lat, świa­tełko, ale wciąż nie potra­fiła powie­dzieć „tak”. Jakby te trzy gło­ski grzę­zły jej w gar­dle niczym kamie­nie. Prze­czy­tała oferty kilku mię­dzy­na­ro­do­wych kli­nik, uwie­rzyła, że takie rze­czy dzieją się naprawdę, że można mieć dziecko uro­dzone przez obcą kobietę za gra­ni­cami kraju, a wszystko dys­kret­nie i w ciszy. Odna­la­zła w tym szansę dla sie­bie, ale oczami wyobraźni widziała porażkę, czuła dobrze oswo­jony strach, że od nowa zacznie się wszystko to, z czego przez kilka lat zwie­rzała się u psy­cho­te­ra­peutki.

– Jestem pewny – odparł Mar­cel. – Jeżeli nie spró­bu­jemy teraz, będziemy tylko żało­wać. Czas nie działa na naszą korzyść, nie muszę ci przy­po­mi­nać, że mam czter­dzie­ści trzy lata. Ty jesteś młod­sza, ale…

– …ale się boję.

– Też się boję. – Mar­cel przy­tu­lił żonę. Czule gła­skał ją po ple­cach, a potem po pro­stu spy­tał: – No to który kraj?

Patry­cja roz­ło­żyła książki na sofie, jedną obok dru­giej, i przez moment się im przy­glą­dała.

– Obsta­wia­ła­bym Gru­zję, gdy­bym miała pod­jąć decy­zję teraz – powie­działa wresz­cie, zosta­wia­jąc otwartą furtkę dla swo­jego stra­chu. Tryb przy­pusz­cza­jący ni­gdy nie był osta­teczny, dawał moż­li­wość zawró­ce­nia na każ­dym eta­pie drogi. – Podoba mi się, że pod­pi­suje się akt nota­rialny, że suro­gatka nie może być bio­lo­giczną matką, że jest przy­stęp­nie finan­sowo i dość łatwo dole­cieć, ponadto Gru­zja jest pięk­nym kra­jem. I jesz­cze jedno mi się podoba. – Na chwilę zawie­siła głos. – Że nie pozna­li­by­śmy tej dziew­czyny. Nie chcę, żeby była czę­ścią naszego życia. Nie znio­sła­bym widoku jej brzu­cha. Wolę, żeby była daleko, nie­wi­dzialna, wyłącz­nie wyobra­żona.

– Rozu­miem – odparł. Dotknął policzka żony i dodał: – Też bym wybrał Gru­zję. Cypr odrzu­cam, bo zbyt wiele złych rze­czy prze­czytałem o tam­tej­szej suro­ga­cji. Ukra­ina jest bli­sko, ale trwa w niej wojna, w związku z tym róż­nie może być. Stać nas jedy­nie na Gru­zję…

– Czyli Gru­zja? Naprawdę to zro­bimy?

* * *

Patry­cja wró­ciła wspo­mnie­niem do dnia, kiedy po raz pierw­szy robiła test cią­żowy. To było dwa lata po ślu­bie, pew­nego kwiet­nio­wego poranka.

Sie­działa na muszli klo­ze­to­wej i wpa­try­wała się w dwie kre­ski, które nie­ocze­ki­wa­nie miały wywró­cić jej świat do góry nogami. Nie pla­no­wała dzieci. Nie że w ogóle, po pro­stu teraz nie była na to gotowa. Od razu w myślach zaczęła prze­ta­so­wy­wać swoje życie zawo­dowe, ale też pry­watne. Według niej zbyt krótko byli z Mar­ce­lem po ślu­bie. Roz­ma­wiali o dzie­ciach, ale zawsze w kon­tek­ście dale­kiej przy­szło­ści, na pewno nie w tej chwili. Wła­śnie kupili dom, który będzie wyma­gał dłu­giego remontu. We wrze­śniu dostała wycho­waw­stwo w czwar­tej kla­sie, nie mogła teraz iść na zwol­nie­nie i urlop macie­rzyń­ski. Z prze­ra­że­niem patrzyła na dwie czer­wone kre­ski, jak na pro­sty zapis rów­na­nia: chło­pak plus dziew­czyna, plus seks równa się dziecko.

– I jak? – usły­szała zza drzwi Mar­cela. Zapu­kał, po chwili wszedł do środka. Zoba­czył żonę sie­dzącą na toa­le­cie bez wyraź­nej emo­cji na twa­rzy. Nie wie­dział, czy się cie­szy, czy roz­pa­cza, czy zło­ści. Zbli­żył się i wziął od niej test. – Dwie kre­ski. To zna­czy?

– Dobrze podej­rze­wa­łam. Okres mi się ni­gdy nie spóź­niał – odparła, a jej głos zabrzmiał płacz­li­wie, choć z całej siły pró­bo­wała opa­no­wać emo­cje.

– Czyli będę tatą? – ucie­szył się. Mar­cel zawsze pra­gnął mieć dużą rodzinę. Kiedy poznał Patry­cję, roz­ma­wiali o tym, chcieli mieć dwoje, a może i troje dzieci. Na tyle zga­dzała się ona, bo on chęt­nie przy­tu­liłby do serca i czwórkę.

– Chyba tak… Boże… Mar­cel, ja chyba nie jestem jesz­cze gotowa. To za wcze­śnie…

– Co ty mówisz? – Uklęk­nął przy niej, poło­żył dło­nie na jej kola­nach. – Nie zabez­pie­cza­li­śmy się, więc praw­do­po­do­bień­stwo było, myśla­łem, że się z tym liczysz.

– Było, ale prze­cież tyle razy się uda­wało… Co ja teraz zro­bię?

– Jak to co? Uro­dzimy, wycho­wamy i będziemy kochać.

– A dom? A remont?

– Ogar­niemy. Jak nie my, to kto?

Patry­cja dosko­nale pamię­tała tamte uczu­cia. Strach pomie­szał się z nadzieją i cie­ka­wo­ścią, bo w ich życie miał wła­śnie wkro­czyć mały czło­wiek. Z tru­dem zaak­cep­to­wała decy­zję losu, który pod­su­nął jej te dwie kre­ski na pla­sti­ko­wej płytce i powie­dział, że jej życie równa się życie Mar­cela i tego maleń­stwa, które miało się w niej roz­wi­jać.

– Damy sobie radę? – zaszlo­chała, a on ją tulił, cało­wał po policz­kach, ocie­rał łzy i gła­skał po ple­cach.

– Będziemy naj­lep­szymi rodzi­cami pod słoń­cem.

Nie byli.

* * *

Patry­cja odgo­niła wspo­mnie­nie. Wró­ciła myślami do tu i teraz. Patrzyła na Mar­cela, który wła­śnie krzyk­nął:

– Pocze­kaj! Mam coś na zachętę! Żeby łatwiej było zde­cy­do­wać. – Sko­czył na równe nogi i pognał do kuchni. Otwo­rzył szafkę z suchymi pro­duk­tami i zaczął cze­goś w niej szu­kać. Wresz­cie wycią­gnął papie­rową torebkę. – Spe­cjal­nie poje­cha­łem do gru­ziń­skiej pie­karni i ukry­łem to przed tobą. Nie­stety zimne, ale myślę, że to nie­istotne.

– A ja się zasta­na­wia­łam, co to za dziwny zapach! – Uśmiech­nęła się, kiedy na tale­rzu przed nią zna­la­zło się cha­cza­puri w kształ­cie otwar­tej łódeczki z jaj­kiem pośrodku, chyba naj­bar­dziej znany wypiek kuchni gru­ziń­skiej. – Nie mów tylko, że jecha­łeś po nie trzy­dzie­ści kilo­me­trów?

– Jecha­łem, ale warto było.

– A gdy­bym pomy­ślała o Ukra­inie?

– Kupi­łem też mro­żonkę z barsz­czem po ukra­iń­sku. – Zaśmiał się. Pod­skór­nie czuł jed­nak, że Patry­cję bar­dziej zain­te­re­suje Gru­zja.

– Czyli co? – spy­tała reto­rycz­nie. – Jesteś pewien, że chcemy przy­stą­pić do pro­gramu? Że damy radę? Że tym razem nie sta­nie się nic złego? A jeżeli wisi nad nami jakieś fatum?

– Dużo pytań, ale jestem prze­ko­nany, że to nasza jedyna opcja i nie ma na co cze­kać – odparł. – Z tego, co mówił praw­nik, powinno się udać. Pod­po­wie, jak zała­twić wszyst­kie doku­menty.

– To będzie trwało wieki… – jęk­nęła.

– Wcale nie.

Patry­cja przez moment mil­czała, ale Mar­cel zauwa­żył, jak nagle zmie­nił się wyraz jej twa­rzy. Kobieta zro­biła się blada, zadrżały jej kąciki warg, a na czole pogłę­biła się poprzeczna zmarszczka.

– Nie… prze­stań! – krzyk­nęła nie­ocze­ki­wa­nie. – Nie chcę tego. Nie wyobra­żam sobie, żeby obca kobieta nosiła moje dziecko – rzu­ciła, pod­ry­wa­jąc się z miej­sca. Wciąż miała wra­że­nie, że utknęła w jakiejś pętli, była niczym cho­mik bie­gnący przed sie­bie w koło­wrotku, pró­bu­jący roz­pacz­li­wie dogo­nić metę, która po pro­stu nie ist­niała. – Prze­pra­szam, ale nie mogę. Nie mogę, rozu­miesz?

– Ale prze­cież przed chwilą roz­wa­ża­łaś… że…

– Wiem – weszła mu w słowo. – Nie dam jed­nak rady, nie chcę. Zapo­mnijmy o tym. Zapo­mnijmy wresz­cie, do cho­lery, o dziecku. Nie będzie go i czas się z tym pogo­dzić!

* * *

Mar­cel stał pod prysz­ni­cem i pozwa­lał wodzie obmy­wać ciało. Był zmę­czony. Pod­czas roz­mowy z Patry­cją robił dobrą minę, żeby jej nie mar­twić, żeby rzu­cić żonie koło ratun­kowe, które ona osta­tecz­nie ode­pchnęła. A prze­cież widział, jak każ­dego dnia bez­rad­nie machała rękoma, nie mogąc zła­pać powie­trza. Od ope­ra­cji minęły już trzy lata, a ona na­dal nie doszła do sie­bie. Wście­kał się na los, ale przede wszyst­kim na sie­bie, że nie jest dla niej wystar­cza­ją­cym wspar­ciem. Wku­rzało go, że jego życie było sekwen­cją sytu­acji, z któ­rych musiał szu­kać wyj­ścia, jakby ktoś zapro­gra­mo­wał go tak, żeby się sku­piał na zagad­kach i łami­głów­kach, a los nie­stru­dze­nie pod­rzu­cał mu coraz to nowe trud­no­ści. Nie­długo będzie mógł ogło­sić się spe­cja­li­stą od roz­wią­zy­wa­nia skraj­nie zamo­ta­nych zadań. Oparł ręce o ściankę kabiny i pozwo­lił, by woda spły­wała mu na kark. Nie potra­fił uspo­koić myśli. Ktoś obser­wu­jący z boku ich życie mógłby wycią­gnąć wnio­sek, że nie­po­trzeb­nie się upie­rali, że mogliby wresz­cie nauczyć się odpusz­czać. Skoro życie mówiło „nie”, to trzeba to zaak­cep­to­wać. Nie leżało to jed­nak w natu­rze Mar­cela. Może brak ojca i nad­mierna tro­ska matki spo­wo­do­wały, że nie przyj­mo­wał odmowy? Upie­rał się, reali­zo­wał kolejne punkty planu, oka­zu­jąc zawsze entu­zjazm i opty­mizm, choć wewnątrz pani­ko­wał, a bywało, że i pła­kał. Patry­cja była bar­dzo do niego podobna, choć zda­wała mu się jesz­cze deli­kat­niej­sza, bar­dziej kru­cha.

Męż­czy­zna zakrę­cił wodę i się­gnął wresz­cie po ręcz­nik. Długo pocie­rał szorstką tka­niną głowę, jakby pró­bo­wał oczy­ścić ją z natręt­nych myśli. Potem sta­nął przed lustrem, kilka razy pod­niósł kąciki ust, prze­cze­sał włosy. Był gotowy do udziału w kolej­nych życio­wych zapa­sach, nawet gdyby miały się odby­wać bez dziecka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij