Podejrzany na bank - ebook
Wśród kaszubskich lasów i jezior czai się śmiertelnie śmieszna zagadka…
Basia Kotula, była pracownica korporacji, będąca obecnie w piątym miesiącu ciąży, oraz Rafał Martuś, jej świeżo upieczony mąż i podkomisarz w stanie spoczynku, wyjeżdżają na Kaszuby. Kupili tam stary dom, który chcą wyremontować i zrobić w nim wymarzony pensjonat nad jeziorem. Już pierwszego wieczoru na szybie w kuchni pojawia się napis: „Zaraz tu wszyscy umrzemy”. Kiedy następnego dnia najeżdżają ich średniowieczni Słowianie i Goci, a najbliższa sąsiadka wygląda jak morderczyni, Basia chce uciekać jak najdalej. Zostaje tylko dlatego, że zaczyna ją wciągać tajemnica eliksiru siły, przez który prawdopodobnie zginął poprzedni właściciel domu.
„Podejrzany na bank” to szalona komedia, w której romans miesza się z kryminałem. Bo według Basi Kotuli kryminał to zawsze taki romans, tylko że z trupem w tle. Trzymając się tej maksymy, stara się znaleźć mordercę i przy okazji nie doprowadzić do rozpadu swojego małżeństwa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68987-04-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ZARAZ TU WSZYSCY UMRZEMY
„Zaraz tu wszyscy umrzemy — pomyślała Basia Kotula. — Po co ja się na to wszystko godziłam? Przecież to od początku było czyste szaleństwo! Jestem w piątym miesiącu ciąży, de facto zrezygnowałam z genialnej pracy, wydałam wszystkie oszczędności tylko po to, żeby kupić tę ruderę nad jeziorem. I to z jakiego powodu?! Żeby mój mężczyzna mógł spełnić swoje marzenie o prowadzeniu pensjonatu agroturystycznego. A tu wszystko wygląda, jakby się miało zaraz zawalić, jest zimno jak w kostnicy, ciemno i ponuro…”
— Prawda, że tu pięknie? — zapytał swoją niedawno poślubioną żonę Rafał Martuś, podkomisarz w stanie spoczynku.
Przed chwilą wprowadził ją do kuchni, o której można było powiedzieć wiele, ale nie to, że jest co najmniej urocza. Były w niej głównie stare, ciężkie meble, pokryte patyną. Obok kaflowej kuchni z fajerkami stała szafa, na której leżały metalowe naczynia, mogące robić za wystrój skansenu opowiadającego o życiu Kaszubów sprzed co najmniej stu lat. Reszta też była raczej szara i ponura. I tylko metalowy pojemnik na sól z klapką, przytwierdzony do ściany śrubką, dzięki swej niebiesko-błękitnej barwie ożywiał wnętrze.
— Tak, pięknie — odpowiedziała słabym głosem i wbrew sobie Kotula. — Tylko trochę chłodno — dodała nieśmiało.
— Usiądź, zaraz napalę w piecu.
Rafał podsunął Basi krzesełko i zabrał się do rozpalania, co nie było jednak proste. Wprawdzie drewno do opalania pieca było zgromadzone tuż obok niego, ale leżało tu już dłuższy czas i nieco zawilgotniało. Rozpalało się opornie, a kiedy po dziesięciu minutach wreszcie się zatliło, Kotula była już prawie gotowa, aby powiedzieć swojemu mężowi, że ona jednak wsiada do samochodu, wraca do Warszawy i zaczyna szukać pracy w innej dużej korporacji.
— No, zajęło się — ucieszył się były policjant. — Za parę minut będzie już ciepło w kuchni.
— A w reszcie domu?
— My na razie będziemy mieszkali w pokoju nad kuchnią, tam będzie też za chwilę ciepło. Posiedź tu przy piecu, na pewno nie zmarzniesz, a ja przyniosę nasze rzeczy z samochodu.
Basia była bliska zaprotestowania, ale zanim zdążyła otworzyć zziębnięte usta, Rafał już wyszedł z kuchni. Opadła więc bez sił na mały taborecik postawiony obok wielkiego pieca. Jego kafle robiły się na razie ledwo letnie, ale zdjęła rękawiczki i przyłożyła do nich dłonie.
„A może zadzwonię do Cwaliny i poproszę, żeby unieważnić tę transakcję?” Wyciągnęła od razu aparat, wybrała numer do pośrednika nieruchomości i nacisnęła zieloną słuchaweczkę na ekranie. Po chwili jednak się rozłączyła. „Chyba oszalałam. Przecież nie po to sprzedał nam tę ruderę za takie pieniądze, żeby teraz nam je oddawać. Tak na oko to tu już nikt nie mieszka ze trzy lata. No i widzisz, Kazimierz, w co nas władował twój ojciec?!” Dziecko Basi i Rafała miało wprawdzie dopiero pięć miesięcy, ale zaraz po USG określającym płeć dostało imię po ukochanym dziadku Martusia.
Basia usłyszała, że do budynku wchodzi ekspolicjant targający walizki. Po chwili pod jego stopami zaczęły skrzypieć schody na piętro.
„I jeszcze to — pomyślała. — Tu wszystko jest właściwie drewniane. Może i zbutwiałe. Wymiana tego pochłonie majątek, a nam pieniędzy starczy na podstawowy remont. Potem jeszcze przez rok pewnie jakoś się utrzymamy z mojego macierzyńskiego. A później zostanie już ta marna emerytura policyjna Rafała. Nie ma szans. Wylądujemy na ulicy, a nasze dziecko będzie w przyszłości żebraaać”.
Ta straszna, choć umiarkowanie realna wizja wzruszyła Basię do tego stopnia, że w jej oczach pojawiły się łzy.
— Wszystko w porządku? — usłyszała pytanie Martusia, który zdążył już zejść z góry i stał teraz w drzwiach kuchni.
— Tak, tak, w porządku — zapewniła pospiesznie Basia i ruszyła w stronę okna, żeby mąż nie zobaczył jej łez. — Nawet się już chyba zaczęło ciepło robić.
— Mówiłem, że ten dom się błyskawicznie nagrzewa. Przyniosę jeszcze dwie walizki i będziesz się już mogła rozpakować. A ja zrobię kolację.
— Pomogę ci.
— Nie, nie. Nie powinnaś się przemęczać…
Gdyby nie łzy w oczach, Basia odwróciłaby się do Rafała i powiedziała mu, co myśli o tym jego ciągłym napominaniu, że nie powinna się przemęczać. Tak było właściwie od dnia, kiedy dowiedział się o jej ciąży i chwilę potem wręczył jej pierścionek zaręczynowy. Od razu uznał, że radykalnie należy zmniejszyć jej aktywność, aby zminimalizować jakiekolwiek zagrożenie dla dziecka. I nie przyjmował do wiadomości, że ciąża rozwija się fantastycznie i bez powikłań. A najbardziej niebezpieczne dla niej jest ewentualnie to, że sprowadzili się na Kaszuby, gdzie do najbliższego ginekologa i porządnego gabinetu jest pewnie godzina drogi!
Kotula wpatrywała się w ciemność, powoli zapadającą za oknami starego domu, który w marzeniach jej męża miał się stać jeszcze przed kolejnymi wakacjami niezwykle urokliwym pensjonatem agroturystycznym. Nie była tu nigdy wcześniej, bo jak mówił Rafał, nie ma sensu, żeby się męczyła, on wszystko pozałatwia i posprawdza, a ona mogła oglądać okolicę tylko na zdjęciach. Ale były to fotografie z okresu letniego lub środka zimy, kiedy krajobraz był wręcz bajkowy. A teraz był koniec listopada, żółć i czerwień liści dawno stały się bure, a o czwartej było już właściwie ciemno. Tylko na wyspie znajdującej się na Jeziorze Ościstym, nad którym leżał ich przyszły pensjonat, mrok zaczynał się rozświetlać jakby ogniem. Basia przestraszyła się w pierwszej chwili, że wybuchł tam pożar, ale potem przypomniała sobie, co mówił Rafał.
„No tak, tam jest podobno jakiś skansen słowiański czy germański… Ma nam przyciągnąć dodatkowych klientów. A te ognie to pewnie pochodnie… Ale z drugiej strony to dziwne. Nie widziałam żadnych łodzi ani turystów. Czyżby ktoś tam mieszkał na stałe? Jakby to była taka wielka atrakcja, to bym chyba o niej słyszała…”
W kuchni zrobiło się już naprawdę ciepło i Basia postanowiła zdjąć kurtkę. Twarz miała wciąż jednak niemal przyklejoną do szyby i obserwowała okolicę. A przynajmniej próbowała, bo przecież zapadał już zmrok, a byli na zupełnym odludziu. Z okna, przez które patrzyła, widać było tylko odległy o trzysta metrów dom pielęgniarki Wantoch, od której przez pośrednika kupili tę ruderę. Budynek dało się dojrzeć wyłącznie dlatego, że był już oświetlony jak świąteczna choinka.
Nagle Kotula zauważyła, że coś przeszkadza jej w obserwacji okolicy, i nie był to zmrok. Po prostu szyba zaszła parą z jej ust. Basia chciała ją wytrzeć szybkim gestem ręki, ale wtedy spostrzegła, że na szybie pokazał się napis. Tak jakby niewidzialna ręka skreśliła litery, wykorzystując parę na szkle. Tylko że ten ktoś musiał być chyba duchem, że zrobił to w sposób niezauważalny dla nowej współwłaścicielki domu.
Kotula oddaliła głowę, żeby zobaczyć całość napisu, i odczytała zmartwiałymi wargami:
— Zaraz tu wszyscy umrzemy…
***
Gniewosz stał na brzegu Jeziora Ościstego, jednego z najdalej na południe wysuniętych zbiorników wodnych Szwajcarii Kaszubskiej, z którego powoli zaczynała się unosić mgła, i wpatrywał się w drugi brzeg z posępną miną. Oparł się na swoim ogromnym łuku i znieruchomiał już dobry kwadrans temu. Z kącików jego ust zwisały wielkie, sumiaste wąsy, a popielate włosy były równo przystrzyżone ponad oczami. Był już w latach, ale potężna, barczysta sylwetka nie pozostawiała wątpliwości, że podkowę mógł skruszyć swoimi wielkimi jak bochen chleba dłońmi.
— Co tak patrzycie, stryku? — drgnął, gdy usłyszał obok siebie niespodziewanie głos swojego synowca. Chłopak miał na oko koło dwudziestu lat, był obcięty identycznie jak Gniewosz i chyba też chciał mieć sumiaste wąsy, ale tymczasem posiadał na twarzy tylko nieregularną szczecinę.
— Nie słyszałem cię, Przemko.
— Samiście mnie nauczyli skradać się bezgłośnie.
— Ale nie po to, gołowąsie, żebyś się ze mną w podchody bawił — obruszył się Gniewosz.
— Stryku, ćwiczyć cały czas muszę. Żeby nie skończyć tak jak tatko…
— Twój tatko źle skończył przez co innego.
— Oj, nie srożcie się, stryku. Powiedzcie lepiej, co was tak frasuje?
— Przyjechali nowi do tego przeklętego domku po drugiej stronie.
— Może powinienem popłynąć dziś w nocy i się coś o nich wywiedzieć? — zaproponował Przemko.
— Nie, szkoda czasu. Jeszcze zdążymy to zrobić. A mgła się unosić zaczyna, jeszcze byś się zgubił i złapaliby cię ci przeklęci Goci. — Pokazał na wyspę znajdującą się bliżej przeciwległego brzegu. Tam również paliły się niewielkie pochodnie rozświetlające starogermańską wioskę.
— Dałbym sobie radę. Już nie raz się im wymykałem.
— I pewnie nie raz tym gockim drabom będziesz musiał się wymykać. Ale już i tak wiemy o tych nowych wystarczająco dużo. Kupili ten dom od tego wstrętnego rudzielca, co jest pielęgniarką w ośrodku zdrowia i trzyma się razem z tymi podłymi Gotami. Podobno chcą tam jakiś zajazd czy inną karczmę otworzyć, żeby podróżnych przyjmować. A wiesz, co to oznacza, Przemko?
— Naprawdę myślicie, stryku, że nam święte gaje wytną?
— Ja tak nie myślę, ja to wiem! — sumiaste wąsy Gniewosza się nasrożyły.
— Słyszałem w szkole, że teraz świętych gajów już wycinać nie wolno…
— Dobrze, że ty do tej szkoły ino na egzaminy chadzać musiałeś, a teraz już i od tego wolny jesteś. Ale i tak ci we łbie namieszali. Wszystkiego byśmy cię mogli tu nauczyć, gdyby tylko na to pozwolili. Ale te oprawcy chcieli ci tylko namącić, żebyś w Swaroga i Peruna nie wierzył, a tylko w tego ich Boga…
— Bądźcie spokojni, wiem dobrze, że nie ma większego od Swarożyca — zapewnił Przemko. — Ale co z nimi zrobimy?
— Musimy ich przekonać, że tu nie ma co mieszkać. I że lepiej przedać nam ten ich dom, obyśmy mogli w końcu znaleźć receptę na eliksir siły, który tam jest skryty. I zapobiec temu, żeby się dostał w ręce tych przeklętych Gotów.
— Ale jak nie będą chcieli nam domu przedać? Przecież gadaliście z tym policjantem, jak i z tymi poprzednimi, co ten dom chcieli kupić, a on się was nie uląkł. Zresztą grosiwa mamy mało, ledwie na zwykłe sprawy starcza…
— Nie gadaj za dużo — zirytował się Gniewosz. — Trza wici rozesłać i zebrać drużynę.
— Co tu rozsyłać? Przecież wszytcy mieszkają obok siebie w naszej wiosce. Starczy, co Strzeżysławie powiem…
— Ta dzisiejsza młodzież. — Pokręcił z niezadowoleniem głową. — Żadnego szacunku dla tradycji. No dobrze, więc trzeba zwołać wszytkich i uradzić, jak ich dopaść i się pozbyć…
— No co wy, stryku, jak pozbyć?
— Możemy nie mieć wyjścia, Przemko, i wszyscy tam będą musieli umrzeć…
xxxxxxROZDZIAŁ 2
W ZATRZASKU
Podkomisarz Rafał Martuś miał za sobą lekturę kilku książek, zarówno literatury fachowej, jak i popularnej, które miały go przygotować na zmienne nastroje kobiety w ciąży. Żadna jednak nie przewidywała wypadku, że przyszła mama wmówi sobie, iż jakiś duch napisał na szybie groźbę karalną i w związku z tym muszą opuścić swój nowy dom.
— Basia, daj spokój, to jakiś głupi żart.
— Nie. To ostrzeżenie. Po co ja ci się dałam namówić na przyjazd w to miejsce?
— Bo tu jest cudownie. Stworzymy tu nasz własny pensjonat, a ta stodoła z boku zamieni się w nasz dom.
— Na razie nawet ten pokój nie wygląda jak miejsce, które nadaje się do mieszkania. — Rozejrzała się krytycznie po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. — Nie mogę się porządnie umyć.
— Jutro już wszystko podłączę, nie mogłem wcześniej, bo były mrozy i mogło uszkodzić rury, dom był nieogrzewany. Ale zobaczysz, od jutra tu będzie się wszystko zmieniać i z każdym dniem będzie wspanialej. A na święta to już będzie prawie jak w domu.
— Pod warunkiem że dożyjemy tych świąt.
— Baśka, proszę cię — westchnął Martuś. — Rozumiem, że nie jest ci łatwo, ale pomyśl o Kazimierzu. Twoje nastroje na niego wpływają.
— Nic nie poradzę na to, że przeczytałam to, co przeczytałam.
— To jakiś głupi żart. Przecież wiesz, że to żaden duch. Ktoś to musiał namazać wcześniej tłustym paluchem na szybie. Nie było widoczne, dopóki w pomieszczeniu nie zrobiło się ciepło. Teraz tego napisu już nie ma i obiecuję ci, że nigdy więcej tam się nie pojawi.
— A możesz mi wytłumaczyć, jak mógł się tu znaleźć, skoro ten dom od trzech lat podobno stał pusty? — upierała się przy swoim Basia. — Przecież nie widać, żeby tu się ktoś włamał, a zresztą tu jest nawet założony alarm, a na płocie jest tabliczka agencji ochrony.
— Sama widzisz, jest bezpiecznie.
— Widziałam to ja napis na szybie, który pojawił się nie wiadomo skąd!
— Mógł to jeszcze napisać poprzedni właściciel.
— I tak długo się to utrzymywało? — zapytała wątpiąco Kotula.
— Chyba to jest możliwe. Mogę zapytać znajomka z laboratorium…
— A jeśli nawet ten napis był tu od lat, to kim był ten poprzedni właściciel, że takie bzdury wypisywał na swoim oknie?
— To był jakiś chemik. Podobno nawet doktor, ale po prostu uczył chemii w liceum w Kostuchowie, tym miasteczku obok — wyjaśnił Martuś.
— Czekaj, mówiłeś, że kupiłeś dom od miejscowej pielęgniarki…
— Ona jest jakąś jego kuzynką. Jego jedyną krewną. Odziedziczyła po nim ten dom, ale tu nie mieszkała, tylko o niego dbała, czasem rozpaliła w piecu, przewietrzyła…
— I nie zauważyła tego napisu?
— Bo nie stała przy oknie i nie chuchała na nie. Pewnie dopiero ciepło połączone z wilgocią sprawiło, że stał się widoczny. Naprawdę, nie zawracaj sobie już nim głowy i chodźmy już spać.
— A jak umarł ten chemik? — drążyła uparcie Basia.
— Nie umarł.
— To w jaki sposób kuzynka odziedziczyła ten dom?
— No… — Martuś wyraźnie się zawahał. — Został uznany za zaginionego.
— I tak szybko ona odziedziczyła ten dom? Rafał, coś kręcisz. I nie próbuj się wymigiwać od odpowiedzi, bo ja po prostu jutro pójdę do pierwszego z brzegu sąsiada i on mi to opowie.
— Chcesz prowadzić śledztwo?
— A tu można prowadzić śledztwo? To jakaś kryminalna sprawa? — zapytała podejrzliwie Kotula.
— Baśka, nie łap mnie za słówka.
— W porządku, dziś nie wyjadę, ale jak mi do jutra nie powiesz, co wiesz o tym właścicielu, to z samego rana pakuję się i wracam do Warszawy!
— No dobrze — powiedział po dłuższej chwili Martuś. — Ale obiecaj mi, że nie będziesz prowadzić śledztwa.
— Oczywiście, że nie. Bo jeśli to sprawa kryminalna, to po prostu się spakuję i wrócę do Warszawy. A jeśli nie, to co mnie to obchodzi?
Rozumowaniu Kotuli trudno było odmówić logiki, ale Martuś popatrzył na nią sceptycznie. Nie miał jednak wyjścia i musiał powiedzieć to, co wiedział.
— Któregoś dnia do tego chemika przyjechał w odwiedziny znajomy z Gdańska. Następnego dnia wypłynęli łódką rano na jeziora i zniknęli. I tyle.
— Żartujesz? Nie szukali ich?
— Przez kilka dni tak. Ale to głębokie jezioro, miejscami nawet czterdzieści metrów ma, a na dole sporo mułu. Ciał nie znaleźli i nie było nic, co by wskazywało na jakiekolwiek przestępstwo. Po prostu nieszczęśliwy wypadek. Sąd uznał, że można już po roku uznać go za zmarłego, jak w katastrofie komunikacyjnej, i dlatego jego kuzynka mogła tak szybko odziedziczyć ten dom. Dlatego nie ma co tutaj szukać kryminału.
— Ale ten napis na szybie…
— Basia, proszę cię, nie zawracaj sobie nim głowy. Daję słowo, że jesteś tu bezpieczna…
— Ale ciebie nie będzie całe dni.
— Będę wieczorami. A w dzień przecież jest jasno, naokoło mieszkają sąsiedzi. Przecież nic ci się nie może stać.
***
Alderyk, którego krzaczaste brwi mogły robić za sitowie skrywające nadbrzeżne ptactwo, stał oparty o swój ogromny topór nad brzegami Jeziora Ościstego. Próbował przeszyć wzrokiem mgłę, która się już podniosła, i sięgała połowy Ostrej Góry, najwyższego punktu Ostrej Wyspy, na której mieszkali potomkowie starożytnych Gotów. To tam, na szczycie, stał chram Wodana, chroniący ich przed zagrożeniami, szczególnie ze strony wiarołomnych Słowian. W nim mieszkał i urzędował jego kapłan, Engelbert.
Ale teraz Alderyk nie widział go już, bo z trudem mógł zobaczyć coś oddalonego chociażby o pięć metrów. Usłyszał za to, jak zbliża się do niego ktoś ciężko sapiący i robiący hałasu tyle, co spłoszone stado żubrów. Nie musiał nawet odwracać głowy, żeby wiedzieć, że to Otto, jego prawa ręka.
— Szefie…
— Otto, czy ty się nigdy nie nauczysz, że tu nie ma żadnych szefów?! — zirytował się wódz współczesnych Gotów.
— A… tak. Szlachetny Alderyku, Ingrid doniosła, że w domu tego zabobona zamieszkali nowi ludzie.
— Wiem to dobrze. Sam to zauważyłem…
— Naprawdę? — Otto patrzył w mgłę i nie widział w niej kompletnie nic. Zresztą nawet twarz tego, do którego mówił, dostrzegał z trudem.
— Naprawdę. Dobrze wiesz, że ja, dzięki Wodanowi, widzę przez ciemność jak kot i sowa. Dlatego nie trzeba było posyłać Ingrid z tą misją, żeby to zbadać. Jeszcze by ją ci przeklęci Sklawini z Wyspy Dębów złapali.
— Ingrid zna się na swoim fachu — uspokajał go Otto. — Sam ją przecież nauczyłeś wszystkiego…
— Wiem, co umie moja córka. Ale nie było sensu jej narażać, bo nasze czółna ostatnio znów przemakają, a woda teraz zimna. Mówiłem, żeby je lepiej nasmołować przed zimą. A że w domu zabobona ktoś w końcu zamieszka, wiedzieliśmy od dawna.
— Jakie wydasz rozkazy, Alderyku?
— Najpierw muszę porozmawiać z Engelbertem.
Alderyk z Ottem ruszyli w głąb wyspy. Przeszli obok wioski, w której żyli. Składała się ona z dziesięciu chat, bo cała społeczność Gotów na Ostrej Wyspie wahała się w okolicy dwudziestu dusz. Otto poszedł do swojego domostwa, a Alderyk wyruszył na Ostrą Górę. Dotarł tam po kilku minutach. Szczyt i chram Wodana znajdowały się wciąż ponad mgłą, więc bez trudu znalazł wierzeje. Były zawarte, więc zakołatał do nich głośno.
— Czy to ty, szlachetny Alderyku?
— To ja, Engelbercie. Otwieraj, musimy się naradzić.
Wierzeje po chwili się rozwarły i ukazała się w nim postać długowłosego mężczyzny, o wychudzonej, zapadniętej twarzy, będącego kapłanem Wodana. Zanim przybył na wyspę, był w młodości muzykiem mrocznej kapeli. Potem podróżował po Azji, eksperymentując z różnymi środkami mającymi mu pomóc znaleźć samego siebie. W końcu trafił na Alderyka, który powiedział, że rozpoznaje w nim ducha jednego ze starożytnych Gotów. Na dodatek głęboka wiedza ezoteryczna i religijna, którą Engelbert nabył podczas poszukiwań na Bliskim i Dalekim Wschodzie, znakomicie predestynuje go do roli kapłana Wodana.
— Odłóż topór, Alderyku.
— Spokojnie, nikogo ze mną nie ma — odpowiedział Alderyk, w młodości zdolny student chemii, a nawet doktorant, który po stypendium w Monachium odkrył swoje germańskie korzenie i postanowił ożywić wiarę swoich praojców.
— Ale nie lubię patrzeć na broń. Od młodego byłem pacyfistą.
— Nie mów tak. Prawdziwy Got nie może być pacyfistą.
— Dobra, już bez wykładów. — Engelbert wzruszył ramionami. Sięgnął po wielki kufel złotego napoju, którym raczył się nadzwyczaj regularnie, latem dla ochłody, a zimą na rozgrzewkę. — Pewnie chcesz pogadać o tych nowych?
— Widziałeś ich?
— Tak. Para, tak na oko trzydzieści pięć lat.
— Zabijemy ich?
— Alderyku, proszę cię, ogarnij się. — Engelbert wypił kilka dużych łyków piwa. — I nie mów, że prawdziwy Got swoich wrogów wyłącznie zabija.
— Bo tak jest. No, chyba że mu się poddadzą, wtedy mogą być jego niewolnikami.
— Ale z nimi musimy się zaprzyjaźnić. Tak, żeby sami powierzyli nam klucze do swego domostwa. A wtedy znajdziemy to, co tamten zabobon chciał przed nami ukryć.
— Zaprzyjaźnić? — powtórzył z niedowierzaniem Alderyk.
— Tak — potwierdził kapłan Wodana, a następnie czknął, bo już sporo piwa dziś wypił. — Choć może trzeba będzie przy tym walczyć.
— I zabijać? — zapytał z nadzieją wódz Gotów.