Podnosząc kamienie - ebook
Kiedy ludzcy osadnicy przybyli na Ziemię Hobbsa, rdzenna inteligentna rasa Owlbritów była już niemal wymarła. Zanim odszedł ostatni z nich, kilka lat później, ludzie zdążyli częściowo poznać język, sposób myślenia i religię Owlbritów. Osadnicy uznali za naturalne, że zachowają ich ostatnią świątynię oraz znajdujący się w niej osobliwy posąg, który był ich Bogiem. Kiedy ten Bóg umarł – rozpadł się w proch z dnia na dzień – uznali za równie naturalne, że przygotują dla niego zastępstwo.
Maire Manone przybyła na Ziemię Hobbsa, by uciec przed surową patriarchalną religią Voorstodu, lecz Voorstod o niej nie zapomniał ani jej nie przebaczył. Ale mężczyźni, którzy przybywają na Ziemię Hobbsa, by znaleźć Maire i zabrać ją z powrotem do jej ojczyzny, nie wzięli w swoich planach pod uwagę Boga Ziemi Hobbsa…
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-62-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Po szkoleniu u Horgy’ego Endure’a Theor Close i Betrun Jun udali się do parku pojazdów i wypożyczyli maszynę latającą. Podczas krótkiego, ale nudnego lotu do Pierwszej Osady rozmawiali o tym, że ich pierwsze wrażenia dotyczące Ziemi Hobbsa w pełni się potwierdziły. To był monotonny świat. Dwaj inżynierowie przylecieli z rozświetlonego wulkanami, opasanego oceanami kosmopolitycznego Phansure z dziesięcioma tysiącami miast i miliardami niezwykle bystrych mieszkańców. Wszyscy Phansuryjczycy wiedzieli, że ich planeta jest najpiękniejszym i jedynym cywilizowanym światem w Układzie, być może nawet w całej galaktyce, a Betrun i Theor bez wątpienia byli Phansuryjczykami.
Nie byli jednak szowinistami. Wmawiali sobie, że Ziemia Hobbsa zapewne jest całkiem ładna, tylko po prostu słabo obdarowana przez naturę i żałośnie mało rozwinięta. Przekonywali siebie nawzajem, że powinni być mili dla Sama Girata, skoro biedak musi mieszkać w takim miejscu.
Sam również to sobie powtarzał. Skoro Mysore Hibbs II stale wysyłał inżynierów i projektantów z Phansure na światy w Pasie, by coś naprawili, odgrywanie roli gospodarza weszło mu w krew. Przed powitaniem takich gości przypominał sobie, co jego nauczycielka ze szkoły średniej mówiła o Phansure, zawsze z lekko kpiącym uśmiechem. Twierdziła, że mieszka tam zbyt wielu ludzi, którzy są jak rój. Prawie nie mają lasów ani zwierząt, a wszyscy wąchają sobie nawzajem pachy. Kiedy goście z Phansure grzecznie i efektownie przedstawiali się Samowi, jak mieli w zwyczaju, Sam zawsze traktował ich z wielką serdecznością.
Jako że obie strony bardzo się starały, wzajemne powitania przeciągały się i były niezwykle wylewne, a dopiero kiedy rytuałom stało się zadość, Theor Close i Betrun Jun odnieśli się do problemów, które Sam wymienił w oczekiwaniu na ich przybycie. Po krótkiej dyskusji udali się do szopy z ciężkim sprzętem, gdzie w pierwszej kolejności przyjrzeli się poczerniałej wyrzutni.
– Nie zaprojektowaliśmy tego – stwierdził z niesmakiem Theor Close.
– Wiem – odrzekł cierpliwie Sam. – Gdybyście to zrobili, nie mielibyśmy problemu. – Wszyscy Phansuryjczycy byli geniuszami. Każdy to wiedział. Nie musieli mu o tym przypominać.
Theor nadął się z dumy.
– Na czym polega problem?
– Jeden z osadników doznał poparzeń twarzy i szyi. Podszedł za blisko i dopadły go płomienie odbite od tarczy.
– Do czego tego używacie? – spytał Betrun.
– Niektóre składniki gleby się wyczerpują i musimy je odnawiać. Chodzi o tak mikroskopijne ilości, że nie opłaca się dodawać ich do nawozów, dlatego czekamy na odpowiednie prądy powietrza, oddalamy się od osady pod wiatr i używamy tej wyrzutni, by wyrzucić wybuchający pojemnik na trzy kilometry w górę. W środku znajduje się bardzo drobna mieszanka, którą wiatr przez kolejne dni równomiernie roznosi na powierzchni setek kilometrów kwadratowych. To prymitywna i mało schludna metoda, ale skuteczna i wydajna.
– Wyrzutnia musi mieć komorę ochronną – stwierdził Betrun Jun. – Pierścień w kształcie torusa u podstawy. – Szybko ją naszkicował. – Z przegrodami.
Sam parsknął.
– Śmiesznie wygląda. Jak pączek przebity rurą.
– Nieważne, jak wygląda. Ognisty podmuch rozejdzie się wokół kręgu i nikogo nie poparzy. To prosta konstrukcja i od razu się nią zajmiemy. Ile sztuk potrzebujecie?
– Jedenaście, po jednej dla każdej osady plus kilka zapasowych.
Jun dodał jedenaście osad do swojej listy tutejszych placówek, na której znajdowały się już kopalnie, fabryka nawozu oraz Centralne Kierownictwo.
– Co dalej?
Sam odznaczył drugi punkt.
– Coś się popsuło w podajniku paliwa w kultywatorze siedemnaście-zero-jeden. Jeden z kierowców pochorował się od oparów gozonu.
– Komuś stała się krzywda?
– Tylko kierowcy. Kręciło mu się w głowie i był wściekły, to wszystko.
– Macie szczęście – odrzekł Theor Close. – Jeden z operatorów na Pedarii zaciągnął się gozonem i zabił trzy osoby, zanim udało się go powstrzymać.
– Dziwne, że chemicy nie potrafią wymyślić czegoś bezpieczniejszego – odparł Sam.
– Wymyślili, ale nie jest tak wydajne. Jeśli stosuje się odpowiednie zabezpieczenia, gozon nie jest groźny. – Theor Close założył ochronną maskę, którą wyjął z torby z narzędziami, a następnie otworzył klapę kultywatora 1701 i wysunął zbiornik. – Gdzie mam to położyć?
Sam obejrzał się i wskazał pusty stół roboczy pod ścianą.
Theor położył na nim zbiornik i wrócił do klapy.
– Jeśli pojawiają się opary, zapewne macie problem ze szczelnością zaworu. Tak samo było na Pedarii. Pracujemy nad nowym modelem, niedługo wymienimy wszystkie podzespoły.
– A co mamy robić, dopóki tak się nie stanie?
– Na razie to naprawimy. – Theor wsunął się do otworu i zaczął coś mruczeć pod nosem. Potem wyskoczył na zewnątrz jak korek z butelki i zwrócił się do Betruna Juna: – Rzucisz na to okiem? Musi być coś nie tak z uszczelką, ale nie widzę żadnego uszkodzenia.
Jeden z osadników wjechał do szopy na niewielkim wielozadaniowym traktorku, za którym ciągnął maszynę do natrysków.
Betrun wszedł do otworu.
– Niczego nie znalazłeś, ponieważ nic nie jest uszkodzone! – zawołał po chwili. Jego głos odbijał się echem w zamkniętej przestrzeni, po czym wyskoczył na zewnątrz jak ferf z dziury. – Jesteś pewien, że to ten sprzęt, Sam?
– Tak – odrzekł stanowczo Sam, porównując numer wymalowany na klapie z tym na liście.
Mężczyzna przy drzwiach zaczął wycofywać traktorek.
Jun zerknął jeszcze raz i wyjrzał na zewnątrz.
– Coś musi być nie tak z samym zbiornikiem na paliwo. Gdzie go położyłeś?
Sam obrócił się i w jednej straszliwej chwili zobaczył, jak maszyna do natrysków uderza w stół, ten się przewraca, zepsuty zbiornik upada na ziemię, a z niego tryska purpurowa mgiełka, która ogarnia kierowcę traktorka.
– Boże – szepnął Theor Close, gwałtownie otwierając torbę z narzędziami i wyjmując z niej kolejną maskę. Wepchnął ją w ręce Sama, a on przyjął ją bez namysłu. Wbijał wzrok w kierowcę, który początkowo zastygł jak manekin, ale już po chwili na jego twarzy pojawił się przebiegły grymas, a następnie wściekłość. Mężczyzna obejrzał się na nich i zaczął powoli schodzić z traktorka.
– Pozabija nas, jeśli będzie miał szansę – odezwał się Betrun Jun. – Nas albo kogoś innego, kto stanie mu na drodze.
Mężczyzna podniósł z podłogi stalowy pręt i ruszył w ich stronę. Był potężny i poruszał się jak robot.
– Hever, oddaj mi pręt – odezwał się Sam.
– On cię nie słyszy – wyszeptał Close. – Jest całkowicie zamknięty w sobie.
– Hever – powtórzył Sam. – Oddaj pręt. Daj mi go. – Odsunął się od pozostałych, ściągając na siebie wzrok kierowcy. Przemieszczał się powoli, żeby mężczyzna nie stracił go z oczu.
– Czy jest jakaś odtrutka? – spytał.
– Nie – odrzekł Close. – Nie tutaj.
– Masz coś, co może pozbawić go przytomności? – spytał Sam.
– Nie przy sobie.
– Więc jaki z ciebie pożytek? – żachnął się Sam, nie przestając się przesuwać. – Na ścianie wisi apteczka. To czerwone pudełko. W środku są ampułki ze środkiem przeciwbólowym. Myślisz, że uda ci się do niej dotrzeć?
– Masz przy pasie broń – zauważył Jun. – Szczypce do metalu.
– Jest jakiś konkretny powód, dla którego życzysz Heverowi śmierci? – spytał Sam. – Albo kalectwa? Przecież się z tego otrząśnie, prawda?
– W końcu tak – przyznał Close, któremu zaschło w gardle, gdy patrzył, jak Jun cofa się w stronę apteczki. – Ale nie jestem pewien, czy środki przeciwbólowe go uśpią. Te opary, których się nawdychał, czynią ofiarę trzy do czterech razy silniejszą i szybszą od normalnych ludzi.
– Możemy spróbować, prawda? – spytał Sam, nie zatrzymując się ani na chwilę. Doprowadził złowrogo milczącego kierowcę prawie do drzwi i teraz wiódł go z powrotem. – Nie mogę ryzykować wypuszczenia go na zewnątrz. Mógłby zobaczyć kogoś innego.
– Mam ampułki – wyszeptał Jun.
– Myślisz, że dasz radę… położyć je gdzieś na mojej drodze? Na przykład na osłonie tamtego małego kombajnu?
Jun bezszelestnie zbliżył się do maszyny i położył na niej leki.
– Otwórz je! – poprosił Sam. – Na litość boską, człowieku, nie będę miał na to czasu.
Jun ponownie wziął opakowanie do rąk, wytrząsnął pół tuzina ampułek na dłoń, a następnie ułożył je na płaskiej osłonie.
– No dobrze – powiedział Sam, wciąż sunąc tanecznym krokiem, prowadząc milczącego mężczyznę o martwym obliczu. – Obok apteczki znajduje się przycisk alarmowy. Czy mógłbyś go wcisnąć i powiedzieć, bardzo wyraźnie, że musimy kogoś obezwładnić i unieruchomić?
– Sam, czy mógłbyś przynajmniej wyjąć szczypce zza paska? – poprosił Close.
– Muszę mieć wolne ręce – odparł Sam. – Stań za kombajnem, Theorze, żeby Hever cię nie zauważył, kiedy będziemy szli w tamtą stronę.
Theor go posłuchał.
Milczący mężczyzna zaatakował. Rzucił się na Sama i groźnie zamachnął się prętem. Sam odsunął się na bok, podstawił napastnikowi nogę i skoczył w stronę kombajnu. Chwycił ampułki i wrzucił je do kieszeni. Zdjął osłonki z igieł i zacisnął dłonie na dwóch ampułkach, a kiedy Hever podniósł się z podłogi, dopadł do niego i wbił mu igły w plecy.
Potem odrzucił puste ampułki i wyjął z kieszeni kolejne dwie.
– No dalej, Hever – wyszeptał. – Oddaj staremu Samowi pręt, bądź grzeczny.
Hever go nie słyszał, jego wyraz twarzy nie zmienił się ani o jotę. Sam równie dobrze mógłby mu wstrzyknąć dwie porcje wody. Wydawało się, że mężczyzna nawet przyśpieszył. Ponownie zamachnął się prętem, a ten minął głowę Sama o centymetry. Sam uchylił się i wbił igły w klatkę piersiową napastnika. Hever próbował go pochwycić, ale Sam przetoczył się po podłodze, a potem wstał i wyjął z kieszeni ostatnie dwie ampułki.
– Obezwładnić i unieruchomić – powtarzał Jun raz za razem. – Doszło do wycieku paliwa. Musimy kogoś obezwładnić i unieruchomić. Proszę się pośpieszyć.
– Sam, na miłość boską – prosił Theor Close. – Przynajmniej odetnij mu jedną nogę. Potem możemy mu wyhodować nową na Phansure!
– To nie takie proste – wydyszał Sam. – Będzie niesprawny przez dłuższy czas, a jest mi potrzebny. Produkcja już i tak spadła. – Skoczył naprzód, potem odskoczył do tyłu i znów zaszarżował. – Poza tym utrata kończyny jest bardzo bolesna. Podobnie jak wyhodowanie nowej!
Hever ponownie zamachnął się prętem i tym razem zdołał zahaczyć Sama. Tylko trącił go w rękę, ale ta od razu zdrętwiała i ampułka wysunęła się z dłoni na podłogę.
– Psiakrew – zaklął Sam. – A niech to. – Padł na jedno kolano i podniósł ampułkę. Próbował zgiąć rękę, lecz ta nie chciała go słuchać.
Hever zbliżył się, wymachując prętem…
A potem nagle upadł na twarz niemal w tym samym miejscu, w którym przyklęknął Sam. Jeszcze przez chwilę się wił, po czym znieruchomiał.
W drzwiach stanęli trzej osadnicy z paralizatorami i kajdankami.
– Nie żyje? – spytał jeden.
– Wstrzyknąłem mu cztery ampułki środka przeciwbólowego – wyjaśnił Sam. – Ale i tak może się ocknąć i znów wpaść w szał, więc nie ryzykujcie.
– A co z tobą?
Sam wzruszył ramionami ze zbolałą miną.
– Chyba mam złamaną rękę.
Theor i Betrun poszli razem z nim na oddział szpitalny i czekali, aż lekarze zbadają i unieruchomią rękę. Sam dostał zastrzyk środka leczącego oraz środka przeciwbólowego i usłyszał, że ma wrócić do domu i odpocząć do końca dnia.
– Wybaczcie – rzekł do Phansuryjczyków. – Ręka nie jest złamana, ale nie czuję się na siłach, żeby iść do pracy.
– Nic nie szkodzi – odrzekł Theor Close. – Naprawdę, Sam, to żaden problem.
– Możecie wrócić beze mnie i skończyć to, co zaczęliśmy – zaproponował Sam. Zatoczył się, a obaj mężczyźni go podtrzymali, po czym poprowadzili w stronę domu braci.
– Moglibyśmy to zrobić – przyznał Betrun Jun. – Powiedz mi, Sam, czy ten człowiek… Hever… jest twoim przyjacielem?
Sam popatrzył na niego obojętnie.
– Nie, raczej nie.
– Aha – odrzekł Jun. – No nic, myślę, że możemy jeszcze trochę popracować, a potem… pozwiedzać, dopóki nie poczujesz się lepiej.
– Nie wiem, co tutaj można zwiedzać. Wszystko wygląda podobnie. – Sam wskazał zdrową ręką otaczające ich pola. – Na północy jest skarpa. – Wskazał pojedyncze wzniesienie, które przypominało węża opasującego świat i po obu stronach kończyło się urwistymi klifami. – Tam znajdują się ruiny wiosek Owlbritów, jeśli coś takiego was interesuje. W okolicy można też znaleźć kilka jezior i przedstawiciela miejscowej fauny, czyli zwierzę, które nazywamy wyżynnym wszystkożercą. Ma tak wytrzymały żołądek, że żywi się niemal wszystkim, wliczając skały. Może uda się wam go zobaczyć.
– Skarpa wydaje się niezbyt ciekawa – odrzekł ponurym głosem Jun. Był zły na siebie, na Theora, na wszystko. Postanowił, że w przyszłości każdy phansurski inżynier będzie wyposażony w paralizator. Wydawało się to oczywiste, ale z jakiegoś powodu nigdy o tym nie pomyślał. – To bardzo nudna planeta, z geograficznego punktu widzenia.
Theor Close go kopnął, ale bezskutecznie.
Jun przeszedł na pedantyczny ton.
– Oczywiście to jej zaleta. Znacznie ułatwia to zadanie projektantom, którzy nie muszą radzić sobie z ekstremalnymi warunkami.
– Może i nudna, ale doskonale nadaje się pod uprawy – odrzekł Sam, dziwiąc się, dlaczego poczuł się osobiście urażony.
– Myślę, że powinniśmy wrócić do tamtego kultywatora – zaproponował Theor Close i wbił wzrok w zawstydzoną twarz Juna. – W końcu zostawiliśmy tam wadliwy zbiornik. – Poklepał Sama po ramieniu i wyszedł z domu braci, zabierając Juna ze sobą.
– Po co poruszyłeś ten temat? – warknął po chwili. – To nie jego wina, że ten świat jest taki nudny.
Betrun Jun przez chwilę się nad tym zastanawiał, starannie i analitycznie, jak mieli w zwyczaju Phansuryjczycy.
– To chyba dlatego, że dokądkolwiek polecimy, czuję się… lepszy – odrzekł w końcu. – Nieważne, gdzie jesteśmy. Na Thykerze. Na Ahabarze. Wszędzie. Jesteśmy najmądrzejsi. Najlepsi. Rozumiesz, o co mi chodzi.
– Rozumiem – przyznał Theor i oblał się rumieńcem.
– Ale on… Przy nim poczułem się… sam nie wiem.
– Ponieważ nie chciał skrzywdzić tamtego człowieka?
– Tak, właśnie dlatego.
– Masz rację – odrzekł Theor. – Mi też wydało się to dosyć… niepokojące.
– Nawet nie brał tego pod uwagę!
– No właśnie.
– Wszyscy mogliśmy zginąć! Mógł chociaż rozważyć taką możliwość!
Theor Close pokiwał głową.
– Oczywiście miał wtedy pełne ręce roboty, a gdyby chodziło o ciebie, też pewnie byś wolał, żeby Sam nie odciął ci nogi.
Betrun Jun się skrzywił.
– Pewnie masz rację.
– Gdyby kiedyś wydarzyło się coś… niebezpiecznego, wolałbym, żeby na czele stał właśnie ktoś taki.
– Już podjąłem decyzję.
Theor poklepał kolegę po ramieniu.
– Chodźmy sprzątnąć tamten zbiornik z paliwem, zanim komuś innemu stanie się krzywda.
Sam wszedł do swojego domu braci w paskudnym nastroju. Bolała go ręka, a z perspektywy czasu było mu głupio, że pozwolił się tak uszkodzić. Nie było to zbyt… bohaterskie. Powinien ruszać się szybciej. Stary Hever zazwyczaj był dość ślamazarny. Sam czuł się otępiały za sprawą środka przeciwbólowego, a do tego zirytowali go ci dwaj Phansuryjczycy. Wiedział, że Ziemia Hobbsa to nic specjalnego i trudno tutaj o przygody – Tezeusz sam to powiedział – ale nie musieli mu o tym przypominać ci dwaj mądrale z Phansure.
Wydobył butelkę wina ze skrytki i usiadł w swoim pokoju, żeby się napić i pobawić książkami, dopóki nie zachce mu się spać albo nie poczuje się lepiej. Zabawa książkami zazwyczaj poprawiała mu humor.
Zajął się oprawianiem książek kilka lat przed tym, jak został Przewodniczącym, i podtrzymywał tę pasję, mimo przekonania wielu osób, że nie zdoła pogodzić tego hobby z licznymi obowiązkami.
– Nie będziesz już miał czasu na swoje książki – współczuła mu matka, kiedy został wybrany na Przewodniczącego. – Wielka szkoda, bo bardzo je lubię, Sammy. Tak ładnie pachną.
To rzeczywiście była prawda, ponieważ używał rzadkich skór i drewna, które zdobywał na rynku rzemieślniczym w Centralnym Kierownictwie. Treść książek oczywiście była generowana przez Archiwum, chociaż Sam starał się mieć kontrolę nad ich rozmiarem, rodzajem czcionki oraz ułożeniem akapitów. Ponadto wybierał ilustracje, każdorazowo decydując, czy dany tom będzie ilustrowany w stylu drzeworytów, grawerunków czy malowideł lub nawet fotorealistycznych obrazów, które Archiwum potrafiło generować równie łatwo jak tekst. W każdej książce znajdowały się jedna bądź kilka opowieści, które znalazł w Archiwum – zaczął od historii Tezeusza – za każdym razem zmodyfikowane i wzbogacone przez Sama, napisane od nowa, by zabrzmieć odpowiednio heroicznie, tak jak lubił. Po wydrukowaniu oprawiał je w twarde, solidne okładki z eleganckimi wyklejkami, które zamawiał u pewnej kobiety w jednej z pozostałych osad, i z tłoczonymi złotymi tytułami. Kiedy kończył pracę, jego dzieła wyglądały jak tomy przechowywane w próżniowych pojemnikach w muzeach, których liczące kilka tysięcy lat tytuły przypominały o Kolebce Ludzkości.
– One tak ładnie pachną – powiedziała Maire, choć nigdy nie przyszło jej do głowy, by zapoznać się z ich zawartością. Nie przeczytała ani jednej ze staroświeckich książek, zresztą jak większość osób, nie licząc ludzi na uczelniach i w wielkich bibliotekach. Jeśli ktoś chciał poznać treść któregoś z tych starych tomów, o wiele łatwiej było poprosić o jej streszczenie, komentarz, a nawet efektowną adaptację.
– Po co poświęcasz na to tyle czasu? – spytała Sal, nie dopuszczając dzieci do półek, by nie ściągnęły książek na ziemię i ich nie popsuły.
Sam sięgnął po swój ulubiony tom i usiadł z dzieckiem na kolanach. Dwoje dzieci stanęło za jego plecami, a on pokazywał im ilustracje i zachwycał opowieścią o starożytnym bohaterze z Kolebki Ludzkości, któremu ojciec pozostawił miecz i parę butów pod ciężkim kamieniem. A kiedy heros już odnalazł ojca, został posłany do walki z podłym Minotaurem.
– Dlaczego król to zrobił? – zapytał najstarszy z siostrzeńców Sama. – Przecież Tezeusz dopiero do niego przybył.
– Kto to jest ojciec? – spytał chłopiec, drugi pod względem starszeństwa.
– To ktoś taki jak protos – odpowiedział Sam, lekko rozdrażniony. – Król wiedział, że jego syn chce być bohaterem, więc pozwolił mu dokonać czegoś heroicznego. – W Archiwum tego nie napisano, ale Sam uznał, że właśnie tak musiało być, a Tezeusz nie zaprzeczył.
– Mogłem być bezpieczny w Atenach – wyjaśnił mu heros. – Ale samo bezpieczeństwo by mi nie wystarczyło, dlatego zgłosiłem się na ochotnika do wyprawy na Minos. Ruszyłem na spotkanie z Minotaurem z pieśnią na ustach. A przynajmniej można to było wyczytać z mojej twarzy. – Gdy się uśmiechnął, jego twarz upodobniła się do maski, która promieniowała pewnością siebie i odwagą.
– Wiem – westchnął Sam. – Musiałeś bez mrugnięcia okiem stawić czoło niebezpieczeństwom i śmierci, by udowodnić, że jesteś godzien zostać królem.
– Ale bohater i jego ojciec ostatecznie zostali ze sobą, prawda? – spytała Sal cierpkim tonem, który Sam zignorował. – Taki jest sens tej opowieści, zgadza się?
– Pewnie tak – odrzekł Sam, przypominając sobie, że opowieść wcale nie skończyła się tak szczęśliwie. Ojciec herosa zginął z powodu czegoś, co jego syn zrobił albo czego nie zrobił. Ale właśnie tak działa przeznaczenie. Śmierć od początku była mu pisana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki