Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Podnosząc kamienie - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lipca 2026
4232 pkt
punktów Virtualo

Podnosząc kamienie - ebook

Kiedy ludzcy osadnicy przybyli na Ziemię Hobbsa, rdzenna inteligentna rasa Owlbritów była już niemal wymarła. Zanim odszedł ostatni z nich, kilka lat później, ludzie zdążyli częściowo poznać język, sposób myślenia i religię Owlbritów. Osadnicy uznali za naturalne, że zachowają ich ostatnią świątynię oraz znajdujący się w niej osobliwy posąg, który był ich Bogiem. Kiedy ten Bóg umarł – rozpadł się w proch z dnia na dzień – uznali za równie naturalne, że przygotują dla niego zastępstwo.

Maire Manone przybyła na Ziemię Hobbsa, by uciec przed surową patriarchalną religią Voorstodu, lecz Voorstod o niej nie zapomniał ani jej nie przebaczył. Ale mężczyźni, którzy przybywają na Ziemię Hobbsa, by znaleźć Maire i zabrać ją z powrotem do jej ojczyzny, nie wzięli w swoich planach pod uwagę Boga Ziemi Hobbsa…

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-62-2
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

dwa

Po szko­le­niu u Horgy’ego Endure’a Theor Close i Betrun Jun udali się do parku pojaz­dów i wypo­ży­czyli maszynę lata­jącą. Pod­czas krót­kiego, ale nud­nego lotu do Pierw­szej Osady roz­ma­wiali o tym, że ich pierw­sze wra­że­nia doty­czące Ziemi Hob­bsa w pełni się potwier­dziły. To był mono­tonny świat. Dwaj inży­nie­ro­wie przy­le­cieli z roz­świe­tlo­nego wul­ka­nami, opa­sa­nego oce­anami kosmo­po­li­tycz­nego Phan­sure z dzie­się­cioma tysią­cami miast i miliar­dami nie­zwy­kle bystrych miesz­kań­ców. Wszy­scy Phan­su­ryj­czycy wie­dzieli, że ich pla­neta jest naj­pięk­niej­szym i jedy­nym cywi­li­zo­wa­nym świa­tem w Ukła­dzie, być może nawet w całej galak­tyce, a Betrun i Theor bez wąt­pie­nia byli Phan­su­ryj­czy­kami.

Nie byli jed­nak szo­wi­ni­stami. Wma­wiali sobie, że Zie­mia Hob­bsa zapewne jest cał­kiem ładna, tylko po pro­stu słabo obda­ro­wana przez naturę i żało­śnie mało roz­wi­nięta. Prze­ko­ny­wali sie­bie nawza­jem, że powinni być mili dla Sama Girata, skoro bie­dak musi miesz­kać w takim miej­scu.

Sam rów­nież to sobie powta­rzał. Skoro Mysore Hibbs II stale wysy­łał inży­nie­rów i pro­jek­tan­tów z Phan­sure na światy w Pasie, by coś napra­wili, odgry­wa­nie roli gospo­da­rza weszło mu w krew. Przed powi­ta­niem takich gości przy­po­mi­nał sobie, co jego nauczy­cielka ze szkoły śred­niej mówiła o Phan­sure, zawsze z lekko kpią­cym uśmie­chem. Twier­dziła, że mieszka tam zbyt wielu ludzi, któ­rzy są jak rój. Pra­wie nie mają lasów ani zwie­rząt, a wszy­scy wąchają sobie nawza­jem pachy. Kiedy goście z Phan­sure grzecz­nie i efek­tow­nie przed­sta­wiali się Samowi, jak mieli w zwy­czaju, Sam zawsze trak­to­wał ich z wielką ser­decz­no­ścią.

Jako że obie strony bar­dzo się sta­rały, wza­jemne powi­ta­nia prze­cią­gały się i były nie­zwy­kle wylewne, a dopiero kiedy rytu­ałom stało się zadość, Theor Close i Betrun Jun odnie­śli się do pro­ble­mów, które Sam wymie­nił w ocze­ki­wa­niu na ich przy­by­cie. Po krót­kiej dys­ku­sji udali się do szopy z cięż­kim sprzę­tem, gdzie w pierw­szej kolej­no­ści przyj­rzeli się poczer­nia­łej wyrzutni.

– Nie zapro­jek­to­wa­li­śmy tego – stwier­dził z nie­sma­kiem Theor Close.

– Wiem – odrzekł cier­pli­wie Sam. – Gdy­by­ście to zro­bili, nie mie­li­by­śmy pro­blemu. – Wszy­scy Phan­su­ryj­czycy byli geniu­szami. Każdy to wie­dział. Nie musieli mu o tym przy­po­mi­nać.

Theor nadął się z dumy.

– Na czym polega pro­blem?

– Jeden z osad­ni­ków doznał popa­rzeń twa­rzy i szyi. Pod­szedł za bli­sko i dopa­dły go pło­mie­nie odbite od tar­czy.

– Do czego tego uży­wa­cie? – spy­tał Betrun.

– Nie­które skład­niki gleby się wyczer­pują i musimy je odna­wiać. Cho­dzi o tak mikro­sko­pijne ilo­ści, że nie opłaca się doda­wać ich do nawo­zów, dla­tego cze­kamy na odpo­wied­nie prądy powie­trza, odda­lamy się od osady pod wiatr i uży­wamy tej wyrzutni, by wyrzu­cić wybu­cha­jący pojem­nik na trzy kilo­me­try w górę. W środku znaj­duje się bar­dzo drobna mie­szanka, którą wiatr przez kolejne dni rów­no­mier­nie roz­nosi na powierzchni setek kilo­me­trów kwa­dra­to­wych. To pry­mi­tywna i mało schludna metoda, ale sku­teczna i wydajna.

– Wyrzut­nia musi mieć komorę ochronną – stwier­dził Betrun Jun. – Pier­ścień w kształ­cie torusa u pod­stawy. – Szybko ją naszki­co­wał. – Z prze­gro­dami.

Sam par­sk­nął.

– Śmiesz­nie wygląda. Jak pączek prze­bity rurą.

– Nie­ważne, jak wygląda. Ogni­sty podmuch rozej­dzie się wokół kręgu i nikogo nie popa­rzy. To pro­sta kon­struk­cja i od razu się nią zaj­miemy. Ile sztuk potrze­bu­je­cie?

– Jede­na­ście, po jed­nej dla każ­dej osady plus kilka zapa­so­wych.

Jun dodał jede­na­ście osad do swo­jej listy tutej­szych pla­có­wek, na któ­rej znaj­do­wały się już kopal­nie, fabryka nawozu oraz Cen­tralne Kie­row­nic­two.

– Co dalej?

Sam odzna­czył drugi punkt.

– Coś się popsuło w podaj­niku paliwa w kul­ty­wa­to­rze sie­dem­na­ście-zero-jeden. Jeden z kie­row­ców pocho­ro­wał się od opa­rów gozonu.

– Komuś stała się krzywda?

– Tylko kie­rowcy. Krę­ciło mu się w gło­wie i był wście­kły, to wszystko.

– Macie szczę­ście – odrzekł Theor Close. – Jeden z ope­ra­to­rów na Peda­rii zacią­gnął się gozo­nem i zabił trzy osoby, zanim udało się go powstrzy­mać.

– Dziwne, że che­micy nie potra­fią wymy­ślić cze­goś bez­piecz­niej­szego – odparł Sam.

– Wymy­ślili, ale nie jest tak wydajne. Jeśli sto­suje się odpo­wied­nie zabez­pie­cze­nia, gozon nie jest groźny. – Theor Close zało­żył ochronną maskę, którą wyjął z torby z narzę­dziami, a następ­nie otwo­rzył klapę kul­ty­wa­tora 1701 i wysu­nął zbior­nik. – Gdzie mam to poło­żyć?

Sam obej­rzał się i wska­zał pusty stół robo­czy pod ścianą.

Theor poło­żył na nim zbior­nik i wró­cił do klapy.

– Jeśli poja­wiają się opary, zapewne macie pro­blem ze szczel­no­ścią zaworu. Tak samo było na Peda­rii. Pra­cu­jemy nad nowym mode­lem, nie­długo wymie­nimy wszyst­kie pod­ze­społy.

– A co mamy robić, dopóki tak się nie sta­nie?

– Na razie to napra­wimy. – Theor wsu­nął się do otworu i zaczął coś mru­czeć pod nosem. Potem wysko­czył na zewnątrz jak korek z butelki i zwró­cił się do Betruna Juna: – Rzu­cisz na to okiem? Musi być coś nie tak z uszczelką, ale nie widzę żad­nego uszko­dze­nia.

Jeden z osad­ni­ków wje­chał do szopy na nie­wiel­kim wie­lo­za­da­nio­wym trak­torku, za któ­rym cią­gnął maszynę do natry­sków.

Betrun wszedł do otworu.

– Niczego nie zna­la­złeś, ponie­waż nic nie jest uszko­dzone! – zawo­łał po chwili. Jego głos odbi­jał się echem w zamknię­tej prze­strzeni, po czym wysko­czył na zewnątrz jak ferf z dziury. – Jesteś pewien, że to ten sprzęt, Sam?

– Tak – odrzekł sta­now­czo Sam, porów­nu­jąc numer wyma­lo­wany na kla­pie z tym na liście.

Męż­czy­zna przy drzwiach zaczął wyco­fy­wać trak­to­rek.

Jun zer­k­nął jesz­cze raz i wyj­rzał na zewnątrz.

– Coś musi być nie tak z samym zbior­ni­kiem na paliwo. Gdzie go poło­ży­łeś?

Sam obró­cił się i w jed­nej strasz­li­wej chwili zoba­czył, jak maszyna do natry­sków ude­rza w stół, ten się prze­wraca, zepsuty zbior­nik upada na zie­mię, a z niego try­ska pur­pu­rowa mgiełka, która ogar­nia kie­rowcę trak­torka.

– Boże – szep­nął Theor Close, gwał­tow­nie otwie­ra­jąc torbę z narzę­dziami i wyj­mu­jąc z niej kolejną maskę. Wepchnął ją w ręce Sama, a on przy­jął ją bez namy­słu. Wbi­jał wzrok w kie­rowcę, który począt­kowo zastygł jak mane­kin, ale już po chwili na jego twa­rzy poja­wił się prze­bie­gły gry­mas, a następ­nie wście­kłość. Męż­czy­zna obej­rzał się na nich i zaczął powoli scho­dzić z trak­torka.

– Poza­bija nas, jeśli będzie miał szansę – ode­zwał się Betrun Jun. – Nas albo kogoś innego, kto sta­nie mu na dro­dze.

Męż­czy­zna pod­niósł z pod­łogi sta­lowy pręt i ruszył w ich stronę. Był potężny i poru­szał się jak robot.

– Hever, oddaj mi pręt – ode­zwał się Sam.

– On cię nie sły­szy – wyszep­tał Close. – Jest cał­ko­wi­cie zamknięty w sobie.

– Hever – powtó­rzył Sam. – Oddaj pręt. Daj mi go. – Odsu­nął się od pozo­sta­łych, ścią­ga­jąc na sie­bie wzrok kie­rowcy. Prze­miesz­czał się powoli, żeby męż­czy­zna nie stra­cił go z oczu.

– Czy jest jakaś odtrutka? – spy­tał.

– Nie – odrzekł Close. – Nie tutaj.

– Masz coś, co może pozba­wić go przy­tom­no­ści? – spy­tał Sam.

– Nie przy sobie.

– Więc jaki z cie­bie poży­tek? – żach­nął się Sam, nie prze­sta­jąc się prze­su­wać. – Na ścia­nie wisi apteczka. To czer­wone pudełko. W środku są ampułki ze środ­kiem prze­ciw­bó­lo­wym. Myślisz, że uda ci się do niej dotrzeć?

– Masz przy pasie broń – zauwa­żył Jun. – Szczypce do metalu.

– Jest jakiś kon­kretny powód, dla któ­rego życzysz Heve­rowi śmierci? – spy­tał Sam. – Albo kalec­twa? Prze­cież się z tego otrzą­śnie, prawda?

– W końcu tak – przy­znał Close, któ­remu zaschło w gar­dle, gdy patrzył, jak Jun cofa się w stronę apteczki. – Ale nie jestem pewien, czy środki prze­ciw­bó­lowe go uśpią. Te opary, któ­rych się nawdy­chał, czy­nią ofiarę trzy do czte­rech razy sil­niej­szą i szyb­szą od nor­mal­nych ludzi.

– Możemy spró­bo­wać, prawda? – spy­tał Sam, nie zatrzy­mu­jąc się ani na chwilę. Dopro­wa­dził zło­wrogo mil­czą­cego kie­rowcę pra­wie do drzwi i teraz wiódł go z powro­tem. – Nie mogę ryzy­ko­wać wypusz­cze­nia go na zewnątrz. Mógłby zoba­czyć kogoś innego.

– Mam ampułki – wyszep­tał Jun.

– Myślisz, że dasz radę… poło­żyć je gdzieś na mojej dro­dze? Na przy­kład na osło­nie tam­tego małego kom­bajnu?

Jun bez­sze­lest­nie zbli­żył się do maszyny i poło­żył na niej leki.

– Otwórz je! – popro­sił Sam. – Na litość boską, czło­wieku, nie będę miał na to czasu.

Jun ponow­nie wziął opa­ko­wa­nie do rąk, wytrzą­snął pół tuzina ampu­łek na dłoń, a następ­nie uło­żył je na pła­skiej osło­nie.

– No dobrze – powie­dział Sam, wciąż sunąc tanecz­nym kro­kiem, pro­wa­dząc mil­czą­cego męż­czy­znę o mar­twym obli­czu. – Obok apteczki znaj­duje się przy­cisk alar­mowy. Czy mógł­byś go wci­snąć i powie­dzieć, bar­dzo wyraź­nie, że musimy kogoś obez­wład­nić i unie­ru­cho­mić?

– Sam, czy mógł­byś przy­naj­mniej wyjąć szczypce zza paska? – popro­sił Close.

– Muszę mieć wolne ręce – odparł Sam. – Stań za kom­baj­nem, The­orze, żeby Hever cię nie zauwa­żył, kiedy będziemy szli w tamtą stronę.

Theor go posłu­chał.

Mil­czący męż­czy­zna zaata­ko­wał. Rzu­cił się na Sama i groź­nie zamach­nął się prę­tem. Sam odsu­nął się na bok, pod­sta­wił napast­ni­kowi nogę i sko­czył w stronę kom­bajnu. Chwy­cił ampułki i wrzu­cił je do kie­szeni. Zdjął osłonki z igieł i zaci­snął dło­nie na dwóch ampuł­kach, a kiedy Hever pod­niósł się z pod­łogi, dopadł do niego i wbił mu igły w plecy.

Potem odrzu­cił puste ampułki i wyjął z kie­szeni kolejne dwie.

– No dalej, Hever – wyszep­tał. – Oddaj sta­remu Samowi pręt, bądź grzeczny.

Hever go nie sły­szał, jego wyraz twa­rzy nie zmie­nił się ani o jotę. Sam rów­nie dobrze mógłby mu wstrzyk­nąć dwie por­cje wody. Wyda­wało się, że męż­czy­zna nawet przy­śpie­szył. Ponow­nie zamach­nął się prę­tem, a ten minął głowę Sama o cen­ty­me­try. Sam uchy­lił się i wbił igły w klatkę pier­siową napast­nika. Hever pró­bo­wał go pochwy­cić, ale Sam prze­to­czył się po pod­ło­dze, a potem wstał i wyjął z kie­szeni ostat­nie dwie ampułki.

– Obez­wład­nić i unie­ru­cho­mić – powta­rzał Jun raz za razem. – Doszło do wycieku paliwa. Musimy kogoś obez­wład­nić i unie­ru­cho­mić. Pro­szę się pośpie­szyć.

– Sam, na miłość boską – pro­sił Theor Close. – Przy­naj­mniej ode­tnij mu jedną nogę. Potem możemy mu wyho­do­wać nową na Phan­sure!

– To nie takie pro­ste – wydy­szał Sam. – Będzie nie­sprawny przez dłuż­szy czas, a jest mi potrzebny. Pro­duk­cja już i tak spa­dła. – Sko­czył naprzód, potem odsko­czył do tyłu i znów zaszar­żo­wał. – Poza tym utrata koń­czyny jest bar­dzo bole­sna. Podob­nie jak wyho­do­wa­nie nowej!

Hever ponow­nie zamach­nął się prę­tem i tym razem zdo­łał zaha­czyć Sama. Tylko trą­cił go w rękę, ale ta od razu zdrę­twiała i ampułka wysu­nęła się z dłoni na pod­łogę.

– Psia­krew – zaklął Sam. – A niech to. – Padł na jedno kolano i pod­niósł ampułkę. Pró­bo­wał zgiąć rękę, lecz ta nie chciała go słu­chać.

Hever zbli­żył się, wyma­chu­jąc prę­tem…

A potem nagle upadł na twarz nie­mal w tym samym miej­scu, w któ­rym przy­klęk­nął Sam. Jesz­cze przez chwilę się wił, po czym znie­ru­cho­miał.

W drzwiach sta­nęli trzej osad­nicy z para­li­za­to­rami i kaj­dan­kami.

– Nie żyje? – spy­tał jeden.

– Wstrzyk­ną­łem mu cztery ampułki środka prze­ciw­bó­lo­wego – wyja­śnił Sam. – Ale i tak może się ock­nąć i znów wpaść w szał, więc nie ryzy­kuj­cie.

– A co z tobą?

Sam wzru­szył ramio­nami ze zbo­lałą miną.

– Chyba mam zła­maną rękę.

Theor i Betrun poszli razem z nim na oddział szpi­talny i cze­kali, aż leka­rze zba­dają i unie­ru­cho­mią rękę. Sam dostał zastrzyk środka leczą­cego oraz środka prze­ciw­bó­lo­wego i usły­szał, że ma wró­cić do domu i odpo­cząć do końca dnia.

– Wybacz­cie – rzekł do Phan­su­ryj­czy­ków. – Ręka nie jest zła­mana, ale nie czuję się na siłach, żeby iść do pracy.

– Nic nie szko­dzi – odrzekł Theor Close. – Naprawdę, Sam, to żaden pro­blem.

– Może­cie wró­cić beze mnie i skoń­czyć to, co zaczę­li­śmy – zapro­po­no­wał Sam. Zato­czył się, a obaj męż­czyźni go pod­trzy­mali, po czym popro­wa­dzili w stronę domu braci.

– Mogli­by­śmy to zro­bić – przy­znał Betrun Jun. – Powiedz mi, Sam, czy ten czło­wiek… Hever… jest twoim przy­ja­cie­lem?

Sam popa­trzył na niego obo­jęt­nie.

– Nie, raczej nie.

– Aha – odrzekł Jun. – No nic, myślę, że możemy jesz­cze tro­chę popra­co­wać, a potem… pozwie­dzać, dopóki nie poczu­jesz się lepiej.

– Nie wiem, co tutaj można zwie­dzać. Wszystko wygląda podob­nie. – Sam wska­zał zdrową ręką ota­cza­jące ich pola. – Na pół­nocy jest skarpa. – Wska­zał poje­dyn­cze wznie­sie­nie, które przy­po­mi­nało węża opa­su­ją­cego świat i po obu stro­nach koń­czyło się urwi­stymi kli­fami. – Tam znaj­dują się ruiny wio­sek Owl­bri­tów, jeśli coś takiego was inte­re­suje. W oko­licy można też zna­leźć kilka jezior i przed­sta­wi­ciela miej­sco­wej fauny, czyli zwie­rzę, które nazy­wamy wyżyn­nym wszyst­ko­żercą. Ma tak wytrzy­mały żołą­dek, że żywi się nie­mal wszyst­kim, wli­cza­jąc skały. Może uda się wam go zoba­czyć.

– Skarpa wydaje się nie­zbyt cie­kawa – odrzekł ponu­rym gło­sem Jun. Był zły na sie­bie, na The­ora, na wszystko. Posta­no­wił, że w przy­szło­ści każdy phan­sur­ski inży­nier będzie wypo­sa­żony w para­li­za­tor. Wyda­wało się to oczy­wi­ste, ale z jakie­goś powodu ni­gdy o tym nie pomy­ślał. – To bar­dzo nudna pla­neta, z geo­gra­ficz­nego punktu widze­nia.

Theor Close go kop­nął, ale bez­sku­tecz­nie.

Jun prze­szedł na pedan­tyczny ton.

– Oczy­wi­ście to jej zaleta. Znacz­nie uła­twia to zada­nie pro­jek­tan­tom, któ­rzy nie muszą radzić sobie z eks­tre­mal­nymi warun­kami.

– Może i nudna, ale dosko­nale nadaje się pod uprawy – odrzekł Sam, dzi­wiąc się, dla­czego poczuł się oso­bi­ście ura­żony.

– Myślę, że powin­ni­śmy wró­cić do tam­tego kul­ty­wa­tora – zapro­po­no­wał Theor Close i wbił wzrok w zawsty­dzoną twarz Juna. – W końcu zosta­wi­li­śmy tam wadliwy zbior­nik. – Pokle­pał Sama po ramie­niu i wyszedł z domu braci, zabie­ra­jąc Juna ze sobą.

– Po co poru­szy­łeś ten temat? – wark­nął po chwili. – To nie jego wina, że ten świat jest taki nudny.

Betrun Jun przez chwilę się nad tym zasta­na­wiał, sta­ran­nie i ana­li­tycz­nie, jak mieli w zwy­czaju Phan­su­ryj­czycy.

– To chyba dla­tego, że dokąd­kol­wiek pole­cimy, czuję się… lep­szy – odrzekł w końcu. – Nie­ważne, gdzie jeste­śmy. Na Thy­ke­rze. Na Aha­ba­rze. Wszę­dzie. Jeste­śmy naj­mą­drzejsi. Naj­lepsi. Rozu­miesz, o co mi cho­dzi.

– Rozu­miem – przy­znał Theor i oblał się rumień­cem.

– Ale on… Przy nim poczu­łem się… sam nie wiem.

– Ponie­waż nie chciał skrzyw­dzić tam­tego czło­wieka?

– Tak, wła­śnie dla­tego.

– Masz rację – odrzekł Theor. – Mi też wydało się to dosyć… nie­po­ko­jące.

– Nawet nie brał tego pod uwagę!

– No wła­śnie.

– Wszy­scy mogli­śmy zgi­nąć! Mógł cho­ciaż roz­wa­żyć taką moż­li­wość!

Theor Close poki­wał głową.

– Oczy­wi­ście miał wtedy pełne ręce roboty, a gdyby cho­dziło o cie­bie, też pew­nie byś wolał, żeby Sam nie odciął ci nogi.

Betrun Jun się skrzy­wił.

– Pew­nie masz rację.

– Gdyby kie­dyś wyda­rzyło się coś… nie­bez­piecz­nego, wolał­bym, żeby na czele stał wła­śnie ktoś taki.

– Już pod­ją­łem decy­zję.

Theor pokle­pał kolegę po ramie­niu.

– Chodźmy sprząt­nąć tam­ten zbior­nik z pali­wem, zanim komuś innemu sta­nie się krzywda.

Sam wszedł do swo­jego domu braci w paskud­nym nastroju. Bolała go ręka, a z per­spek­tywy czasu było mu głu­pio, że pozwo­lił się tak uszko­dzić. Nie było to zbyt… boha­ter­skie. Powi­nien ruszać się szyb­ciej. Stary Hever zazwy­czaj był dość śla­ma­zarny. Sam czuł się otę­piały za sprawą środka prze­ciw­bó­lo­wego, a do tego ziry­to­wali go ci dwaj Phan­su­ryj­czycy. Wie­dział, że Zie­mia Hob­bsa to nic spe­cjal­nego i trudno tutaj o przy­gody – Teze­usz sam to powie­dział – ale nie musieli mu o tym przy­po­mi­nać ci dwaj mądrale z Phan­sure.

Wydo­był butelkę wina ze skrytki i usiadł w swoim pokoju, żeby się napić i poba­wić książ­kami, dopóki nie zachce mu się spać albo nie poczuje się lepiej. Zabawa książ­kami zazwy­czaj popra­wiała mu humor.

Zajął się opra­wia­niem ksią­żek kilka lat przed tym, jak został Prze­wod­ni­czą­cym, i pod­trzy­my­wał tę pasję, mimo prze­ko­na­nia wielu osób, że nie zdoła pogo­dzić tego hobby z licz­nymi obo­wiąz­kami.

– Nie będziesz już miał czasu na swoje książki – współ­czuła mu matka, kiedy został wybrany na Prze­wod­ni­czą­cego. – Wielka szkoda, bo bar­dzo je lubię, Sammy. Tak ład­nie pachną.

To rze­czy­wi­ście była prawda, ponie­waż uży­wał rzad­kich skór i drewna, które zdo­by­wał na rynku rze­mieśl­ni­czym w Cen­tral­nym Kie­row­nic­twie. Treść ksią­żek oczy­wi­ście była gene­ro­wana przez Archi­wum, cho­ciaż Sam sta­rał się mieć kon­trolę nad ich roz­mia­rem, rodza­jem czcionki oraz uło­że­niem aka­pi­tów. Ponadto wybie­rał ilu­stra­cje, każ­do­ra­zowo decy­du­jąc, czy dany tom będzie ilu­stro­wany w stylu drze­wo­ry­tów, gra­we­run­ków czy malo­wi­deł lub nawet foto­re­ali­stycz­nych obra­zów, które Archi­wum potra­fiło gene­ro­wać rów­nie łatwo jak tekst. W każ­dej książce znaj­do­wały się jedna bądź kilka opo­wie­ści, które zna­lazł w Archi­wum – zaczął od histo­rii Teze­usza – za każ­dym razem zmo­dy­fi­ko­wane i wzbo­ga­cone przez Sama, napi­sane od nowa, by zabrzmieć odpo­wied­nio hero­icz­nie, tak jak lubił. Po wydru­ko­wa­niu opra­wiał je w twarde, solidne okładki z ele­ganc­kimi wyklej­kami, które zama­wiał u pew­nej kobiety w jed­nej z pozo­sta­łych osad, i z tło­czo­nymi zło­tymi tytu­łami. Kiedy koń­czył pracę, jego dzieła wyglą­dały jak tomy prze­cho­wy­wane w próż­nio­wych pojem­ni­kach w muze­ach, któ­rych liczące kilka tysięcy lat tytuły przy­po­mi­nały o Kolebce Ludz­ko­ści.

– One tak ład­nie pachną – powie­działa Maire, choć ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, by zapo­znać się z ich zawar­to­ścią. Nie prze­czy­tała ani jed­nej ze sta­ro­świec­kich ksią­żek, zresztą jak więk­szość osób, nie licząc ludzi na uczel­niach i w wiel­kich biblio­te­kach. Jeśli ktoś chciał poznać treść któ­re­goś z tych sta­rych tomów, o wiele łatwiej było popro­sić o jej stresz­cze­nie, komen­tarz, a nawet efek­towną adap­ta­cję.

– Po co poświę­casz na to tyle czasu? – spy­tała Sal, nie dopusz­cza­jąc dzieci do pó­łek, by nie ścią­gnęły ksią­żek na zie­mię i ich nie popsuły.

Sam się­gnął po swój ulu­biony tom i usiadł z dziec­kiem na kola­nach. Dwoje dzieci sta­nęło za jego ple­cami, a on poka­zy­wał im ilu­stra­cje i zachwy­cał opo­wie­ścią o sta­ro­żyt­nym boha­te­rze z Kolebki Ludz­ko­ści, któ­remu ojciec pozo­sta­wił miecz i parę butów pod cięż­kim kamie­niem. A kiedy heros już odna­lazł ojca, został posłany do walki z pod­łym Mino­tau­rem.

– Dla­czego król to zro­bił? – zapy­tał naj­star­szy z sio­strzeń­ców Sama. – Prze­cież Teze­usz dopiero do niego przy­był.

– Kto to jest ojciec? – spy­tał chło­piec, drugi pod wzglę­dem star­szeń­stwa.

– To ktoś taki jak pro­tos – odpo­wie­dział Sam, lekko roz­draż­niony. – Król wie­dział, że jego syn chce być boha­te­rem, więc pozwo­lił mu doko­nać cze­goś hero­icz­nego. – W Archi­wum tego nie napi­sano, ale Sam uznał, że wła­śnie tak musiało być, a Teze­usz nie zaprze­czył.

– Mogłem być bez­pieczny w Ate­nach – wyja­śnił mu heros. – Ale samo bez­pie­czeń­stwo by mi nie wystar­czyło, dla­tego zgło­si­łem się na ochot­nika do wyprawy na Minos. Ruszy­łem na spo­tka­nie z Mino­tau­rem z pie­śnią na ustach. A przy­naj­mniej można to było wyczy­tać z mojej twa­rzy. – Gdy się uśmiech­nął, jego twarz upodob­niła się do maski, która pro­mie­nio­wała pew­no­ścią sie­bie i odwagą.

– Wiem – wes­tchnął Sam. – Musia­łeś bez mru­gnię­cia okiem sta­wić czoło nie­bez­pie­czeń­stwom i śmierci, by udo­wod­nić, że jesteś godzien zostać kró­lem.

– Ale boha­ter i jego ojciec osta­tecz­nie zostali ze sobą, prawda? – spy­tała Sal cierp­kim tonem, który Sam zigno­ro­wał. – Taki jest sens tej opo­wie­ści, zga­dza się?

– Pew­nie tak – odrzekł Sam, przy­po­mi­na­jąc sobie, że opo­wieść wcale nie skoń­czyła się tak szczę­śli­wie. Ojciec herosa zgi­nął z powodu cze­goś, co jego syn zro­bił albo czego nie zro­bił. Ale wła­śnie tak działa prze­zna­cze­nie. Śmierć od początku była mu pisana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij