-
nowość
Podróż z rondlem - ebook
Podróż z rondlem - ebook
Jeśli lubicie serię „8+2”, oto coś dla was! Klasyczna skandynawska powieść o zwariowanej wakacyjnej wyprawie wielodzietnej rodziny. Po raz pierwszy w Polsce z subtelnymi ilustracjami szwedzkiej mistrzyni, która narysowała świat dzieci z Bullerbyn.
Poznajcie Pip-Larssonów: tatę komiwojażera i początkującego wynalazcę, mamę aktorkę z zamiłowaniem do Szekspira i pięcioro dzieci, z których każde jest na swój sposób wyjątkowe. Całkiem spora rodzina! Kiedy więc zamiast wyczekiwanych pieniędzy dostają w spadku dwa konie pociągowe, bez wahania opuszczają przyciasne mieszkanie i ruszają w drogę! To zresztą świetna okazja, żeby zaprezentować światu najnowszy wynalazek taty: innowacyjny rondel z gwizdkiem. Nawet jeśli spotkani po drodze ludzie niekoniecznie podzielają zachwyt tym cudem techniki, to zwariowana wyprawa i tak staje się dla rodziny Pip-Larssonów niezwykłą przygodą.
Seria „Mistrzowie Światowej Ilustracji” prezentuje klasykę literatury dziecięcej z ilustracjami najwybitniejszych twórców zagranicznych. Wydajemy w niej zarówno książki już w Polsce znane, ale niepublikowane dotąd z oryginalnymi ilustracjami, jak i pierwsze polskie wydania światowych hitów.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8150-759-2 |
| Rozmiar pliku: | 8,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1. Pomysłowego i zręcznego taty, być może ociupinkę za miłego. Kiedyś tata trudnił się obwoźną sprzedażą artykułów pasmanteryjnych, ale jego żona i dzieci byli z niego bardzo dumni i nazywali go wynalazcą, bo bez przerwy coś wymyślał.
2. Mamy, która dawniej występowała w teatrze i grała w sztukach Szekspira, dlatego umie stawić czoła większości kłopotów, które spotykają rodzinkę. Choć nie wszystkim.
3. Gromadki dzieci, z których jedno było wówczas połykaczem papieru, drugie jest uzdolnione plastycznie, trzecie – środkowe – ma na imię Lasse i napisało tę książkę. Pozostałe dzieci też są na swój sposób wyjątkowe.
Będzie to też opowieść o Labanie i Lotcie, parze koni ardeńskich, najsilniejszych na świecie. A poza tym o kotce, której na imię Persson, i o pewnym gałganiarzu, sprzedawcy staroci, typie spod ciemnej gwiazdy, i o różowym jak prosię właścicielu fabryki, i bardzo grubej ciotce z obwarzankiem na głowie, i o staruszce głuchej jak pień, która kolekcjonowała garnki, i jeszcze paru innych ciekawych osobnikach.
Wszystko zaczęło się przed trzema laty w mieszkaniu rodzinki, tym, z którego wyrosła. Choć większość opisanych tu zdarzeń miała miejsce latem, podczas pewnej długiej wyprawy, a niektóre – w tym to najważniejsze – rozegrały się w maglu.
Jeśli właśnie pomyśleliście, że w maglu nie może się wydarzyć nic, o czym warto by opowiedzieć, to najlepiej od razu zamknijcie tę książkę, bo raczej nie jest to książka dla was. Zresztą w to, że Lasse Larsson, syn obwoźnego sprzedawcy, który, gdy się to wszystko wydarzyło, miał dopiero jedenaście lat, może mieć coś ciekawego do opowiedzenia, pewnie też nie uwierzycie. A kiedy z czasem okaże się, że wyjątkowy wynalazek taty był zwykłym rondlem, to oczywiście skrzywicie się i powiecie: „Co za lipa!”. Ale już wam mówiłem: nie musicie tego czytać! Bo będzie tu sporo i o rondlu, i o maglu, więc żebyście nie marudzili, że nie ostrzegałem. Tego zaś, że to Lasse Larsson opowiada całą historię, nie da się już zmienić. Bo Lasse sam to wszystko przeżył. Poza tym to ja jestem tym Lassem.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Mama wciąż powtarza, że jesteśmy stuprocentową szekspirowską rodzinką.
– Powiedziałbym raczej, że tylko w połowie – śmieje się wtedy tata.
– Albo aż – odpowiada mama.
Gdy pożegnała się z teatrem, bo zgodziła się wyjść za tatę, najpierw oświadczyła, że zrobi to tylko pod jednym warunkiem: że będą mieć dużo dzieci i że to ona zdecyduje, jak im dać na imię. Miała już całą listę ciekawych propozycji. Tata oczywiście zgodził się spełnić życzenie mamy, bo bardzo chciał się z nią ożenić. To zaś tak ją wzruszyło, że obiecała zadowolić się wybieraniem imion tylko dla dziewczynek. Wymyślanie imion dla chłopców zostawiła tacie. I muszę przyznać, że to mnie uratowało. Poczekajcie, zaraz się wszystkiego dowiecie!
Pierwsza urodziła się dziewczynka, która zdaniem mamy powinna była mieć na imię Ofelia, bo jak wspomniałem, mama grała w sztukach Szekspira. Oczywiście tylko niewielkie role, bo kiedy poznała tatę, była jeszcze bardzo młoda. Ale na pewno zaszłaby naprawdę daleko, gdyby na jej drodze nie stanął on i my. Często jej to powtarzamy. Mama występowała w trupie teatralnej, która jeździła po całej szwedzkiej prowincji. Pewnego razu, gdy wystawiali Hamleta w miejscowości Gränna, główna aktorka dostała różyczki i niewiele brakowało, a mama by ją zastąpiła i zagrała Ofelię. Jednak, wyobraźcie sobie, ta gwiazda, która była już naprawdę stara, tak się wystraszyła, że mama okaże się lepsza od niej, że od razu zerwała się z łóżka i wystąpiła w przedstawieniu z wysypką i w ogóle. Byle tylko mama nie zepchnęła jej ze sceny.
Ponieważ nasza mama ostatecznie jednak nie zagrała tej roli, to chciała, żeby przynajmniej jej pierworodna córka miała na imię Ofelia. Na pamiątkę tego, co mogło się wydarzyć. Wówczas tata zapytał, czy nie dałoby się jednak wybrać ładniejszego imienia, może z jakiejś innej sztuki tego Szekspira. Więc mama wybrała Desdemonę, bo nie chciała się upierać, i tak też ochrzcili małą. Potem wszyscy stwierdzili, że to zbyt długie i dziwne imię, więc odtąd zawsze już mówiono na nią po prostu Dessi, nasza najstarsza. A gdy wydarzyła się historia, którą tu opiszę, Dessi miała czternaście lat, tyle, co ja teraz. I to ona jest uzdolniona plastycznie. Cały czas maluje albo rysuje, więc na pewno coś z niej będzie. Gdy tylko wpadnie jej w ręce jakaś czysta kartka, od razu zaczyna rysować ludziki. Zawsze tak miała.
Któregoś ranka, gdy mała Dessi siedziała w swoim łóżeczku, poprosiła o papier. Ale akurat nikt nie miał dla niej czasu. Kiedy chwilę potem mama chciała ją umyć i ściągnęła z niej pidżamę, zobaczyła, że Dessi narysowała sobie na obu kolanach i na brzuchu pełno wesołych i smutnych świnek. I to ołówkiem kopiowym taty! Wtedy mama orzekła, że tłumienie czyjejś artystycznej natury nie ma sensu, bo ona prędzej czy później i tak pokona wszystkie przeszkody – i znajdzie ujście. Od tamtej pory Dessi dostawała tyle papieru, ile tylko chciała.
A jednak to nie o Dessi mi chodziło, gdy wspomniałem, że mieliśmy w rodzinie połykacza papieru, tylko o Brzdąca, który jest przedostatni z rodzeństwa. Miał wtedy zaledwie dwa lata i bez przerwy coś przeżuwał, a najbardziej smakował mu papier. Zjadł wiele stron z moich podręczników, wystarczyła chwila nieuwagi. Więc jak w szkole okazywało się, że czegoś nie umiem, to w końcu pani zawsze pytała, czy mój młodszy braciszek znów urządził sobie ucztę. Kiedyś Brzdąc zjadł mamie cały jej kolorowy magazyn, zanim zdążyła przeczytać nowy odcinek powieści. Z radością przeżuwał papier pakowy, śniadaniowy i toaletowy, i stare listy mamy, które dostała od taty, kiedy jeszcze występowała w teatrze. Brzdąc naprawdę musiał mieć strusi żołądek, bo nigdy się od tej papierowej diety nie pochorował.
Ale przecież jeszcze nie dotarliśmy do Brzdąca. Najpierw trzeba się, po kolei, zająć całą resztą towarzystwa. Rok po Dessi urodziła się kolejna dziewczynka, a ponieważ tata wciąż nie chciał słyszeć o Ofelii, dostała na imię Miranda, od tej bohaterki Burzy, no, sami wiecie. Mówimy na nią Mira. Choć dla mnie to brzmi jak imię kota. Mira twierdzi, że skoro tak, to na pewno jest kotem angorskim, bo ma wyjątkowo długie włosy. Rzeczywiście, jasne warkocze Miry sięgają jej prawie do kolan. Rano zawsze marudzi, że ich rozczesywanie to straszna męka. Choć gdy się jej przyniesie nożyczki i powie, że te ogony rach-ciach można obciąć, to zaczyna wzywać pomocy i piszczeć, że nie chce. W każdym razie trochę się puszy z powodu tych swoich włosów. Mira jest duża i silna, większa nawet od Dessi, chociaż o rok od niej młodsza. Bardzo przypomina ciocię Bellę, o której wam jeszcze opowiem, tyle że ciocia upina swoje warkocze w obwarzanek na czubku głowy. To oczywiście nie ma większego znaczenia, bo i tak ją lubimy, tę naszą ciocię Bellę. Mirę też. Mirze nie za dobrze idzie w szkole, i czasami robi różne rzeczy zupełnie na opak. Mama uważa, że to dlatego, że Mira wszystkie siły zużywa na to, by rosnąć, więc potem, jak już urośnie, będzie o wiele lepiej. Mira to taki nasz Gapcio, który jeszcze kiedyś pokaże, na co go stać. Swoją drogą ciocia Bella była dokładnie taka sama, a mimo to jakoś poradziła sobie w życiu. Zresztą Mira w ogóle nic sobie z tego nie robi.
– Wiem, że nie jestem za bystra – mówi. – Ale zawsze mogę zostać pierwszą kobietą tragarką, bo jestem bardzo silna. Albo policjantką, bo do tego też potrzeba siły.
Rok po Mirze mama zaskoczyła tatę jeszcze jedną dziewczynką. Wtedy właśnie pojawiła się Rozalinda. Tylko ona jedna z całego naszego rodzeństwa używa na co dzień swojego prawdziwego imienia. Pewnie dlatego, że uważamy, że to imię bardzo do niej pasuje. Rozalinda wygląda jak pąk róży i wszystkich nas owinęła sobie wokół palca. Tak przynajmniej twierdzi tata. Rozalinda to moja najlepsza siostra, więc nawet na jej imię przymykam oko. Choć, gdy się zastanowić, to ono brzmi jednak trochę śmiesznie. No, sami powiedzcie, Rozalinda! Jak z jakiegoś romansidła. Ale mama na pewno wzięła je z Szekspira. Nie mogło być inaczej, musiało być z Szekspira i już, a tata nie protestował. Grunt, że jego córka nie dostała na imię Ofelia.
Gdy w drodze było czwarte dziecko, mama miała nadzieję, że tym razem urodzi się jednak malutka Ofelia. Przypomniała tacie, co jej obiecał, i powiedziała do niego „Patryczku”. Dodała, że trudno jej już znaleźć u Szekspira inne ładne imiona, a Ofelia jest najpiękniejszym ze wszystkich, więc tata może sobie mówić, co chce.
Wtedy tata zaczął biadolić i powiedział, że na razie wystarczy mu już dziewczynek i dobrze by było, żeby w rodzinie pojawił się jakiś chłopak, to wreszcie przestanie się czuć taki samotny.
Okazało się, że biadolenie taty pomogło, bo to wtedy urodziłem się ja. A tata powiedział, że muszę mieć porządne szwedzkie imię, więc na chrzcie dali mi Lars i mówią do mnie Lasse, dokładnie tak, jak się mówi do wszystkich innych Larsów. Gdyby to mama decydowała, to pewnie miałbym na imię Hamlet lub Oberon, albo jakoś inaczej, ale w tym stylu. Kto wie, czy nie Otello! Wzdrygam się na samą myśl i wdzięczny jestem tacie!
Potem minęły całe trzy lata, zanim pojawił się Knut, na którego mówimy Knutte. Jest całkiem w porządku, choć szkoda, że nie urodził się trochę wcześniej. Wtedy miałbym jakieś chłopackie towarzystwo mniej więcej w swoim wieku. A tak to częściej spędzam czas z Rozalindą niż z nim. Cóż poradzić…
Tamtymi czasy Knutte wciąż powtarzał, że zostanie pilotem. Ja też tak mówiłem, gdy miałem osiem lat. Czasami pomagałem Knuttemu sklejać modele samolotów, bo bywa, że trzeba zająć się młodszym rodzeństwem. Musieliśmy te modele chować przed Brzdącem wysoko na szafie. Raz zjadł skrzydła bombowca B-29, najpiękniejszego modelu Knuttego. Na tego dzieciaka nie było rady. Całe szczęście, że mu przeszło. I to dawno.
Brzdąc urodził się po Knuttem. Dostał na imię Patryk, po tacie. Żeby jakoś rozróżnić obu Patryków, mama zaczęła tego młodszego nazywać właśnie Brzdącem.
A przed trzema laty jednak pojawiła się Ofelia. Mama w końcu dopięła swego, a tata nie miał już siły protestować. Ale nigdy nie używamy jej imienia. Jakbyśmy go w ogóle nie znali. Wymyśliliśmy, że będziemy ją nazywać Małą O, i wszyscy tak do niej mówimy. Nawet mama. Najważniejsze, że jej córka została ochrzczona jako Ofelia. Mała O była tak mała, że ledwo dało się ją zobaczyć. Ale słychać było ją aż nadto. Gaworzyła i gruchała, śmiała się i darła wniebogłosy – bez przerwy! Nie była szczególnie piękna, za to bardzo zabawna. Wyglądała jak mały Chińczyk z oczami jak czarne szklane koraliki i prawie w ogóle nie miała włosów, tylko taki czarny ogonek na czubku głowy. No i lubiła włosy innych. Gdy ktoś nieopatrznie podszedł zbyt blisko, chwytała go za nie i ciągnęła całymi garściami.
Mama twierdzi, że ze wszystkich jej dzieci tylko Mała O się w nią wdała. Jest przekonana, że kiedyś i ona zostanie aktorką, bo ma taką świetną mimikę, a ponadto nieprzeciętny temperament! Gdy Mała O była młodsza, aż piszczała z zachwytu, jak tylko udało jej się pociągnąć kogoś za włosy. A gdy nie chciała już jeść, plaskała ręką w sam środek talerza tak, że kaszka rozpryskiwała się i lądowała aż na zasłonach. Ale kiedy tata brał ją na ręce, zaraz rozpromieniała się od ucha do ucha i zaczynała gaworzyć i paplać. A choć buzia się jej nie zamykała, to czasami potrafiła być naprawdę słodkim maluchem.
Problem w tym, że gdy urodziła się Mała O, przestaliśmy się mieścić w naszym mieszkaniu. Choć i wcześniej nie było łatwo. Jakoś jednak udawało się nam w nim ścisnąć. Spaliśmy we wnęce kuchennej, w przedpokoju i w łazience, a na dzień ściągaliśmy pościel, chowaliśmy posłania w najdziwniejszych miejscach i jakoś dawaliśmy radę. Potem zjawiła się Mała O. A wtedy… Okazało się, że nie ma jej gdzie położyć. Nie mieliśmy już miejsca nawet na łóżeczko dla lalek. Mieszkanie nadawało się najwyżej dla pary z dwójką dzieci. Gdy Larssonowie, czyli rodzice, się tam wprowadzali, to nawet tylu nie mieli. Ale to przecież stare czasy!
Nasz pomysłowy tata stopniowo, jeden po drugim, zmajstrował dla nas dość osobliwe meble z wysuwanymi elementami. Spaliśmy w szufladach, regałach i na krzesłach, które też były wysuwane. Ja leżałem w przedpokoju z nogami w łazience i za każdym razem, gdy ktoś w nocy chciał tam wejść, musiał zrobić wielki krok ponad moim łóżkiem, które, nawiasem mówiąc, nazwaliśmy Skrzypaczem. Było zbite z drewnianych skrzynek po cukrze i dawało się złożyć, ale przeraźliwie skrzypiało. Wystarczyło, że ruszyłem choćby palcem u nogi. Za dnia chowałem je pod maszynę do szycia.
Gdy tata wyjeżdżał w delegację, dawaliśmy jako tako radę pomieścić się w naszym mieszkaniu, ale gdy wracał na sobotę i niedzielę albo przez jakiś czas pracował w biurze w mieście, Mira musiała zwolnić jego łóżko, a wtedy zajmowała Skrzypacza, ja zaś kładłem się w kuchni na desce do prasowania położonej na trzech krzesłach, które wcześniej czy później w nocy zawsze i tak się rozjeżdżały.
Nie mieliśmy szans na przeprowadzkę, bo w Sztokholmie trudno było o mieszkanie. Nawet jak już się jakieś znalazło, to kosztowało mnóstwo pieniędzy, a gospodarz i tak nigdy nie chciał wynająć go rodzinie z tyloma dziećmi. Nie pomagało pokazywanie, że żadne z nas nie pozdzierało jeszcze tapet ze ścian ani nie pocięło nożem framug, i że nie rąbiemy drew na opał na parkiecie. I tak opędzali się od nas obiema rękami. Zaczęli to robić już wtedy, gdy nasza rodzina była o połowę mniejsza, tak twierdzi mama. Oboje z tatą omal nie wyzionęli ducha, biegając od jednego mieszkania z ogłoszenia do drugiego, ale na nic się to nie zdało. Siedmioro dzieci, kto to słyszał coś podobnego!
Wtedy właśnie mama wpadła na jeden ze swoich pomysłów.
– Trudna rada – orzekła. – Musimy poszukać kogoś, kto pomógłby nam zająć się którymś z dzieciaków do czasu, gdy nie znajdziemy większego mieszkania.
– Przecież wszyscy nasi przyjaciele mieszkają w takim ścisku – zauważył tata. – Nie możemy ot, tak, zapukać do ludzi i poprosić, by łaskawie zakwaterowali u siebie nasze dziecko.
– A od czego ma się rodzinę? – zapytała mama. – Czy rodzina nie powinna sobie pomagać?
– Bella mieszka w Norrköpingu – powiedział tata. – A nie chcemy chyba wysyłać dzieci aż tak daleko.
– Nie miałam na myśli Belli – powiedziała mama.
– Mam nadzieję, że wujka Enoka też nie? – zaniepokoił się tata.
– Wujka Piwko! – wykrzyknąłem.
– Ciiicho, Lasse! Nie mów tak! – uciszyła mnie mama. – Wyobraź sobie, Patryczku, że właśnie jego.
– Taaa… – mruknął tata, wiercąc się na krześle. – Przecież to raptem przyszywany brat mojego ojca. Trudno twierdzić, że ma wobec nas jakieś zobowiązania. Poza tym sama wiesz, jaki on jest. Śmiem wątpić, że chciałby coś dla nas zrobić, nawet gdyby panna Suszka mu na to pozwoliła. W każdym razie finansowo nigdy nie chciał mnie wesprzeć, żebym mógł przekuć w coś konkretnego te moje wynalazki.
Wujek Enok był właścicielem browaru w Söder, południowej dzielnicy Sztokholmu, i to ja wymyśliłem, żeby go nazywać wujkiem Piwko, jeszcze gdy byłem bardzo mały. Może i nie było to szczególnie błyskotliwe, za to łatwe do zapamiętania. Rodzeństwo od razu to podchwyciło, choć rodzice nam zabraniali. Wujek Piwko nie przepadał za swoim przezwiskiem, zresztą za nami też nie przepadał. Ani my za nim. Był zrzędliwym starym kawalerem, równie zgorzkniałym jak kapka sfermentowanego piwa. Tak to określiła ciocia Bella, gdy raz przyjechała w odwiedziny i spotkała go u nas, a on fukał na nią, podobnie jak na wszystkich innych.
Wujek był bardzo bogaty i miał wielki apartament w jednej z kamienic przy browarze. Co roku dzień po Bożym Narodzeniu zapraszał nas do siebie na obiad. Jego gospodyni, panna Suszka, serwowała nam zawsze na deser sernik z kaszy manny na zimno, polany kwaśnym syropem. Nie jesteśmy szczególnie wybredni, a taki sernik potrafi być naprawdę smaczny, ale nie ten zrobiony przez pannę Suszkę. Myśleliśmy sobie wtedy, że gdybyśmy byli tacy bogaci jak wujek Piwko, to na świątecznym obiedzie raczej ugościlibyśmy naszych biednych krewnych lodami albo tortem. Ale wujek Piwko tylko pomlaskiwał i powtarzał raz po raz, jaki ten sernik z manny jest pyszny.
– Bardzo pyszny – mówiła wtedy Rozalinda, która była najgrzeczniejsza z nas wszystkich.
Po jedzeniu musieliśmy przez kilka godzin podziwiać kolekcję znaczków wujka i grać w czerwone-zielone, taką durną grę, którą wujek Piwko dostał w prezencie, gdy był małym chłopcem. Trzeba było powciskać do dziurek na planszy całą masę czerwonych i zielonych kulek tak, żeby utworzyły gwiazdę. Nudne jak flaki z olejem!
Jeśli tylko nadarzyła się okazja, dawaliśmy wtedy z Rozalindą dyla do stajni. Wujek Piwko był staroświecki. Musiał oczywiście zakupić dla browaru ciężarówki, ale nieszczególnie za nimi przepadał, więc zostawił sobie też parę koni. Nazywały się Laban i Lotta i całymi dniami rozwoziły po mieście piwo.
– Tak, tak, Patryczku! – potwierdziła mama. – Mówię całkiem serio. Któreś z dzieci będzie się musiało przeprowadzić do wujka Enoka. Nie, nie ty, Lasse! Raczej nie jesteś jego ulubieńcem, odkąd wymyśliłeś to głupie przezwisko. Myślę, że lepiej będzie tam wysłać którąś z dziewczynek.
– Tylko nie mnie! – zaprotestowała Mira. – Za dużo jem. Panna Suszka zawsze się na mnie patrzy, gdy biorę dokładkę świątecznej szynki.
– Nie wygaduj głupot – zganiła ją mama. – Ale może wysłalibyśmy Rozalindę? Jej chyba nie będzie miał serca odesłać.
– Ale ja nie chcę! Nie chcę się przeprowadzać do wujka Piwko, to jest, ma się rozumieć, wujka Enoka – broniła się Rozalinda. – No, chyba że pozwoli mi mieszkać w stajni z Labanem i Lottą.
– Ty i te twoje konie! – westchnęła mama. – Miałabyś tam duży i piękny pokój tylko dla siebie. Czy to nie brzmi fantastycznie?
– No brzmi… Ale musiałabym też całymi wieczorami odklejać z wujkiem Piwko znaczki z kopert – marudziła Rozalinda. – I grać w czerwone-zielone! I wciąż być grzeczną, i siedzieć spokojnie, aż zdrętwiałyby mi nogi i język.
Tata powiedział, żebyśmy nie uprzedzali faktów. Przecież nawet jeszcze nie zapytaliśmy wujka Enoka.
– To prawda. I myślę, że nie należy tego robić – odparła mama. – Najlepiej będzie, Rozalindo, jeśli jeszcze dziś wieczorem spakujesz swoją walizeczkę i ruszysz w drogę. Powiesz, jak jest. Że najzwyczajniej w świecie brakuje nam już miejsca, a przecież nie możemy spać na klatce schodowej. Nie widzę większego sensu w tym, żebyśmy się tu cisnęli w dwóch malutkich pokojach, kiedy wujek Enok sam ma ich aż osiem. I to wielkich! Poza tym jesteśmy jego jedyną rodziną. Jeśli się nie mylę, to i tak kiedyś będziemy po nim dziedziczyć, pod warunkiem, że sami wcześniej nie zejdziemy z tego świata z powodu tej ciasnoty. Więc może zechciałaby jednak użyczyć jednemu z nas trochę przestrzeni życiowej? A ty, Rozalindo, pomyśl tylko, jaką nam tym zrobisz przysługę!
– Będę musiała codziennie jeść sernik z kaszy manny – żaliła się Rozalinda. – Zimny i sztywny, i grudkowaty!
– Jeść będziesz w domu, to chyba oczywiste, drogie dziecko! W końcu nie jedzenia nam brakuje, tylko miejsca do spania. Więc będziesz spać tam, a z nami spędzać tyle czasu, ile tylko się da.
Wtedy tata podszedł do telefonu i jednak zadzwonił do wujka Piwko, i powiedział mu, jak się sprawy mają.
Wujek Piwko odparł mu wtedy, że nic na to nie poradzi, że ludzie w czasach takiego kryzysu mieszkaniowego fundują sobie tyle dzieci, skoro nie mają dla nich miejsca. W końcu jednak oświadczył, że ostatecznie może pójść i zapytać panny Posuszki, jak na nią mówił. Ale trzeba nam wiedzieć, że w takim razie w grę wchodzi tylko najgrzeczniejsze z rodzeństwa.
Tata miał bardzo zaskoczoną minę, opowiadając nam o tym wszystkim szeptem, gdy wujek Piwko poszedł zapytać. Mama stwierdziła, że skoro tak, to będziemy musieli ciągnąć losy, bo wszyscy jesteśmy jednakowo grzeczni, albo, jak kto woli, niegrzeczni. Swoją drogą, nie powinniśmy sobie robić wielkich nadziei, bo mama czuła, że panna Suszka na pewno i tak się nie zgodzi.
Tak czy siak Dessi od razu zaczęła ciąć kartkę na losy. Wtedy wujek Piwko wrócił do telefonu i poinformował, że panna Posuszka najpierw stanowczo zaprotestowała, potem jednak zmieniła zdanie, ale oświadczyła, że jeśli to nie będzie Rozalinda, to ona, Suszka, z miejsca składa wypowiedzenie.
Więc jednak stanęło na Rozalindzie, która, wzdychając raz po raz, spakowała swoją walizeczkę. Wzięła też ze sobą całą torebkę cukru i torebkę suchego chleba dla Labana i Lotty.
Wcale nie cieszyliśmy się z tego, że pozbywamy się Rozalindy. Ale tej nocy Knutte mógł się położyć w jej skrzyni, Brzdąc – na odwróconym do góry nogami stole Knuttego, a Mała O w szufladzie Brzdąca i wszyscy się jakoś, koniec końców, pomieściliśmy.
Potem Rozalinda od czasu do czasu wpadała do domu coś zjeść, choć nie tak często, jak myśleliśmy. Pachniała stajnią i mówiła wyłącznie o koniach, więc nietrudno było się domyślić, gdzie spędzała czas po szkole. Wyglądało na to, że nie było jej u wujka Piwka wcale aż tak źle. Zaczęliśmy nawet rozmawiać o tym, że kto wie, czy wujek Piwko tak nie polubi naszej Rozalindy, że jeszcze zapisze jej w testamencie i browar, i swoje znaczki. Choć jak dla mnie bez niej w domu nie było już tak wesoło. Lubiłem, oczywiście, Knuttego, ale on wciąż był dość mały. Poza tym ludzie, którzy nie potrafią rozmawiać o niczym innym niż modele samolotów, szybko stają się nudni.
Czas płynął. A my, choć robiliśmy, co w naszej mocy, wciąż nie znaleźliśmy mieszkania. Tata częściej niż zwykle był w domu, więc bez przerwy potykaliśmy się w korytarzu o jego kuferki z próbkami. Starał się zrobić coś ze swoim ostatnim wynalazkiem, patentowanym rondlem o nazwie Gwizd, najlepszym pomysłem, na jaki kiedykolwiek wpadł. Wytwarzał go w niewielkim warsztacie. Próbował też zainteresować swoim produktem jakiegoś zamożnego człowieka lub firmę, choć szło mu to dość opornie. Powtarzał, że zainwestował w ten wynalazek wszystkie pieniądze, które jemu, prostemu handlarzowi drobnicą z dużą rodziną, udało się zaoszczędzić, a i tak obawia się, że jego pomysł spali na panewce, co byłoby dość przykre. (Mówił o sobie, że jest guzikowym agentem, a czasami po prostu, że sprzedawcą drobnicy. Przyjmował wszystkie możliwe zamówienia na artykuły pasmanteryjne, ale i tak w jego asortymencie dominowały guziki).
Nie sądźcie tylko, że z wynalazkiem taty, rondlem o nazwie Gwizd, było coś nie tak. Sami w nim gotowaliśmy, a mama powiedziała, że ten nie lada rondel zupełnie jakby umiał myśleć. W ogóle nie trzeba go było pilnować. Został tak skonstruowany, by nic nigdy się w nim nie przypalało, potrawy gotowały się w nim szybciej niż we wszystkich innych garnkach, a gdy tylko jedzenie było gotowe, rondel wydawał z siebie gwizd tak głośny, że mama musiała wypuścić z rąk książkę, którą właśnie czytała, i czym prędzej zdjąć go z palnika. Właściwie to tata wymyślił ten rondel dlatego, że mama uwielbiała czytać i czasami zapominała o jedzeniu, które gotowało się tak długo, że w końcu spalało się na węgiel, a tata raczej nie przepadał za przypalonym.
Rondel Gwizd składał się z trzech naczyń ustawionych jedno na drugim. To było coś jakby trzy rondle w jednym. Dało się w nim gotować jednocześnie i baraninę w kapuście, i ziemniaki, i zapiekać jabłka. Ten rondel tak bardzo różnił się jednak od wszystkich innych rondli, że ludzie podejrzewali, że coś z nim musi być nie tak. Więc wbrew naszym oczekiwaniom nie rzucili się do jego kupowania. Tata mówił, że gdyby stać go było na porządną reklamę, to pewnie sprawy miałby się inaczej. Tylko że reklama kosztuje.
Nad nazwą dla wynalazku taty radziła cała nasza rodzina. Ja proponowałem Wyjące Trojaczki. Mira chciała go nazwać Czarodziejskim Rondlem, mama obstawała przy Prosperze (to, ma się rozumieć, z Szekspira). A Dessi wymyśliła, żeby go nazwać po prostu Gwizd. Rondel rzeczywiście przeraźliwie gwizdał, ale był też drugi powód. Naszego tatę – a to przecież jego wynalazek – przezywano kiedyś Gwizd, bo miał strasznie piskliwy głos. Wszyscy się zgodziliśmy, że Dessi nieźle to wykombinowała. To była krótka i dziarska nazwa. Spodobała nam się.
Zaczęliśmy bujać w obłokach. Wyobraziliśmy sobie, że tak się na tym rondlu wzbogacimy, że tata będzie mógł się zwolnić z pracy i zająć wyłącznie interesami w swojej przyszłej rondlowej spółce. A wtedy przestanie się tułać pociągami, w których łatwo się nabawić reumatyzmu, i psuć sobie żołądek kiepskim hotelowym jedzeniem. I może wreszcie będzie nas stać na skromny, ale przestronny domek gdzieś pod miastem, i nie będziemy już musieli spać na regałach i w szufladach.
Tata już wcześniej robił różne świetne wynalazki. Skonstruował wieszak na ubrania, który nigdy nie spadał z haczyka na ścianie, i smycz chowaną w obroży, którą wyciągało się trochę jak taką zwijaną miarkę, no wiecie, że wystarczy pociągnąć za pętelkę. Wpadł na ten pomysł, gdy zauważył, że właścicielom psów strasznie trudno było sobie przypomnieć, gdzie odłożyli smycz. Zwłaszcza kiedy musieli akurat wyprowadzić psiaka na spacer. Tata wymyślił też parasol, który mógł służyć za siatkę na zakupy, gdy akurat nie padało. I lampkę do czytania, na której można sobie było zagotować wodę na kawę. I bardzo wiele innych rzeczy. Ale na żadnej z nich się nie dorobił. Mieliśmy nadzieję, że z tym rondlem będzie inaczej.
Rozalinda wyprowadziła się do wujka Piwko we wrześniu. Dzień po Bożym Narodzeniu byliśmy tam jak zwykle z wizytą. I jak zwykle dostaliśmy na deser sernik z kaszy manny, polany syropem tak kwaśnym, że aż wykręcało buzię, a do oczu napływały łzy. Oczywiście podziwialiśmy też nowe okazy znaczków. A gdy tylko zaczęliśmy grę w czerwone-zielone, Brzdąc wykorzystał okazję i zjadł trzy kulki, więc nie dało się grać dalej. Biedny wujek Piwko porządnie się na nas wszystkich wściekł. Więc tego wieczora wróciliśmy do domu wcześniej niż zwykle. Potem widziałem wujka jeszcze tylko raz, gdy przyszedłem w odwiedziny do Rozalindy. Panna Suszka zabroniła nam się bawić w mieszkaniu, bo twierdziła, że wnoszę na butach pełno brudu, a wujek Piwko powiedział, że możemy pójść do stajni. Tak też zrobiliśmy.
W kwietniu, w okolicy stacji Slussen, wujka Piwko przejechał tramwaj i wujek zmarł.
Dziwnie się o tym myślało. Wujek miał już swoje lata, więc w każdej chwili mógł umrzeć. To było do przewidzenia. A my stroiliśmy sobie żarty z jego testamentu i w ogóle. Nikt z nas nie spodziewał się jednak, że ta śmierć nastąpi tak szybko i w taki sposób. Ale gdybym powiedział, że bardzo nam było smutno, to lekko bym przesadził. Choć to i tak zawsze przykre, gdy umiera ktoś, kogo się zna.
W dniu śmierci wujka Piwko dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie trzeba będzie zamknąć produkcję Gwizda, bo skończyły się wszystkie nasze oszczędności. Choć teraz sprawy nagle zaczęły wyglądać inaczej. Gdyby się okazało, że odziedziczymy coś z tego, co zostawił po sobie wujek, to może nasze marzenia wreszcie mogłyby się spełnić.
Nie stało się jednak tak, jak myśleliśmy. Gdy tata wrócił z kancelarii adwokackiej, w której otwarto testament, opowiedział nam, że wujek Piwko spisał swoją ostatnią wolę raptem kilka tygodni wcześniej. Wszystkie pieniądze przekazał pannie Suszce, znaczki podarował Muzeum Poczty, a browar miastu Sztokholm. Ale że nasza rodzina tak lubiła Labana i Lottę, że rezygnowała na ich korzyść z dużej części swojego przydziału cukru, a niektórzy z nas woleli nawet towarzystwo koni od jego, to znaczy wujka, oba ardeny oraz wszystkie wozy wraz z całym ekwipunkiem i zapasem owsa i siana miały przypaść nam. Tak napisał wujek w testamencie. Na razie mogliśmy trzymać konie w stajni browaru. Musieliśmy być jednak gotowi na to, by zwolnić lokal, gdy tylko miasto sobie tego zażyczy, to jest wówczas, gdy ostatecznie przejmie działalność wujka.
Popatrzyliśmy po sobie. Co to miało znaczyć? Nie wierzyliśmy własnym uszom.
– A więc to tak… – powiedziała mama, gdy już nieco ochłonęła. – To ci dopiero spadek. W sam raz dla rodziny Larssonów! Chciałabym tylko wiedzieć, gdzie zdaniem wujka Enoka miałyby mieszkać te konie. W jakiejś szufladzie? A może w szafce na garnki? Jak by się dobrze postarać, między patelnią a czajnikiem do kawy znalazłoby się jeszcze trochę miejsca!
Oczywiście była rozczarowana, choć nie chciała tego okazywać i dlatego tak gadała. Tata też nie wyglądał na zadowolonego.
– Panna Suszka przez długie lata prowadziła dom wujka Enoka – powiedział – więc zasłużyła na to, by po nim dziedziczyć, o wiele bardziej niż my, którzy, prawdę mówiąc, nic dla niego nie zrobiliśmy. A zresztą, czy nie uważacie, że to trochę niedorzeczne dziedziczyć po kimś tylko dlatego, że przypadkiem jest się jego rodziną? Nie ma co się zastanawiać nad tym, co ta odrobina pieniędzy mogłaby oznaczać dla nas i dla naszego rondla. Zresztą, coś tam jednak dostaliśmy. Zdaje się, że konie są obecnie dość drogie. Oczywiście trzeba je będzie sprzedać tak szybko, jak to tylko możliwe. Te pieniądze pozwolą nam jeszcze przez jakiś czas utrzymać przy życiu produkcję rondla.
Wtedy my, dzieci, zaczęliśmy krzyczeć jedno przez drugie:
– Tatku, chcesz sprzedać Labana i Lottę?!
– Nie rób tego, tatusiu…
– Teraz, gdy wreszcie mamy dwa najprawdziwsze konie!
– Labana i Lottę, najpiękniejsze konie na świecie!
– Obiecaj, że ich nie sprzedamy, tato! Że je zatrzymamy!
– Dostaliśmy też wozy! Więc możemy sobie teraz jeździć, dokąd chcemy!
– Przecież tata nie może być aż tak podły! – wykrzyknęła Rozalinda.
– Drogie dzieci – odezwał się tata. – Na pewno rozumiecie, że zwykłego guzikowego agenta nie stać na posiadanie koni. A co do wozów, są to oczywiście duże i płaskie wozy browarne, takie, którymi rozwozi się do klientów nosidła z piwem. Raczej nie nadają się do eleganckich przejażdżek.
Wtedy ja powiedziałem, że możemy chyba zostawić sobie na trochę Labana i Lottę, przynajmniej dopóki wolno nam je trzymać w stajni.
Bo przecież nigdy jeszcze nie mieliśmy własnych zwierząt. Nawet psa. Ciotka Bella chciała nam kiedyś podarować kociaka, ale nie było u nas dla niego miejsca. Poza tym na pewno byśmy go przypadkiem rozdeptali. A tu nagle mamy własne konie! I co, nie mielibyśmy nawet spróbować sobie na nich pojeździć? Nie dziwota, że na samą myśl o takiej przejażdżce zupełnie oszaleliśmy.
– Wujek Enok po prostu sobie z nas zażartował – powiedział tata. – Wcale mu nie zależało na tym, żebyśmy zatrzymali te konie.
– Gdy byłam mała, bardzo chciałam mieć własnego konika – powiedziała mama i od razu zmienił się jej wyraz twarzy. – Ale oczywiście nie może być mowy o tym, żeby je zatrzymać. Na co nam one?
– Objechalibyśmy dookoła wyspę Djurgården! – zawołała Mira.
– Nawet na wieś moglibyśmy sobie pojechać – powiedziałem. – Wszyscy razem, w odwiedziny do ciotki Belli. Przy okazji konie poskubałyby trochę świeżej trawy w rowach.
– Pojechać aż do Norrköpingu!? – wykrzyknął tata. – A niech to! Wiecie, ile trwałaby ta podróż?! To by dopiero był widok! Rodzina Larssonów jedzie do Norrköpingu wozem browarnym!
Mama spojrzała na tatę, a jej oczy błysnęły zawadiacko.
– Przecież nie jesteś jakimś snobem, Patryczku! – powiedziała. – Poza tym z twoją pomysłowością, jak tylko zechcesz, bez trudu przerobisz nam ten wóz browarny na pojazd jak się patrzy. A drogi są ponoć całkiem dobre. Więc jeśli nie ma innych przeszkód, to…
– Pomyślcie o dawnych osadnikach – powiedziałem. – Tych, którzy ruszali w podróż przez prerie, całymi rodzinami i z całym dobytkiem, takimi krytymi wozami.
– Albo o naszej królowej Krystynie, która wozem dojechała aż do Rzymu, i to w dawnych czasach… – zauważyła Dessi.
– Otóż to. Naprawdę można by spróbować – powiedziała mama – choć wiadomo, nie będzie to szczególnie wygodne. Ale też nie sądzę, by to było dużo gorsze od tłoczenia się tutaj, we własnym domu. Zresztą kto powiedział, że musimy dojechać aż do Norrköpingu! Choć ciocia Bella na pewno by się ucieszyła. W każdym razie krótka przejażdżka dobrze nam zrobi!
– Jesteście szaleni! Każde z was bez wyjątku! – zaśmiał się tata. – Przecież ja pracuję! Myślicie, że mam czas tak się włóczyć bez celu?!
– Oczywiście, że nie masz – westchnęła mama. – No, chyba że wziąłbyś urlop.
– Jest piąta – poinformowała Rozalinda. – Właśnie weszły do stajni. – Miała na myśli Labana i Lottę.
– To może wsiądziemy w tramwaj i pojedziemy tam całą rodziną. Popatrzeć sobie trochę na nasze konie – zaproponowałem.
Wszyscy poderwali się z miejsc. Nikt nic nie powiedział, ale zaraz zaczęliśmy się strasznie przepychać w przedpokoju, gdy w pośpiechu zrywaliśmy kurtki z wieszaków. Rodzice wydawali się równie zapaleni do tego pomysłu jak my. Stara pani Palm z mieszkania naprzeciwko, która najbardziej na świecie lubiła pilnować dzieci, obiecała, że może posiedzieć z Małą O tak długo, jak tylko będzie trzeba. Nie minęły trzy minuty, a już byliśmy na ulicy pod domem. Tak się nam spieszyło, że tata wziął Brzdąca na ręce i biegiem ruszyliśmy na przystanek.