Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Podróże do świata wyobraźni. Opowiadania wyróżnione w konkursie Empik Go Short - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 czerwca 2025
2199 pkt
punktów Virtualo

Podróże do świata wyobraźni. Opowiadania wyróżnione w konkursie Empik Go Short - ebook

„Podróże do świata wyobraźni” to antologia składająca się z pięciu opowiadań wyróżnionych w trzeciej edycji konkursu Empik Go SHORT – tym razem nasz zbiór kierujemy do najmłodszych.

Tom zawiera następujące opowiadania:

Smocze opowieści Beaty Nadgrodkiewicz

Pałac Gebandodela Agnieszki Kawy

Wyprawa do Krainy Snów Aleksandry Kubas-Chojny

Życzenie Urszuli Maciugi

T. J. Austin Przemysława Wechterowicza

Autorzy opowiadań konkursowych pokazali, w ile niesamowitych miejsc można się wybrać, jeśli tylko dopuścimy do głosu wyobraźnię. Każda z historii jest inna, jednak łączy je element podróży w nieznane i poznawania swoich pragnień. Dzięki tym opowieściom czytelniczki i czytelnicy dokonają wspaniałych odkryć i zapewne wkrótce będą gotowi na kolejne wyprawy.

Zapraszamy każdą i każdego z Was – niezależnie od wieku – do zanurzenia się literackie światy stworzone przez naszych laureatów.

Autorzy: Beata Nadgrodkiewicz, Agnieszka Kawa, Aleksandra Kubas-Chojna, Urszula Maciuga, Przemysław Wechterowicz

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-272-9318-3
Rozmiar pliku: 539 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Podróże do świata wyobraźni

Podróże do
świata wyobraźni

Opowiadania wyróżnione w konkursie
Empik Go SHORT 2024

Nie wystarczy po prostu nauczyć dzieci czytać; musimy dać im coś wartego przeczytania. Coś, co rozrusza ich wyobraźnię. Coś, co pomoże im nadać sens ich własnemu życiu i zachęci ich do docierania do ludzi, których życie różni się od ich własnego

Katherine Paterson

Podobnie jak autorka powyższych słów, tak i my chcemy dać dzieciom coś wartego przeczytania, co będzie zaproszeniem do wybrania się w literackie podróże. Liczymy, że taką rolę odegra pięć opowiadań wyróżnionych w trzeciej edycji konkursu Empik Go SHORT.

Antologię otwierają zwycięskie Smocze opowieści autorstwa Beaty Nadgrodkiewicz – przekonajcie się sami, czy główny bohater jest Pechowcem, czy jednak Szczęściarzem. Następnie będziecie mogli się zapoznać z tekstem wyróżnionym przez Miasto Dzieci, czyli Pałacem Gebandodela Agnieszki Kawy. Kot Szczygrzysław oprowadzi Was po tej niezwykłej krainie.

Na antologię składają się również trzy wyróżnione prace: Wyprawa do Krainy Snów Aleksandry Kubas-Chojny, Życzenie Urszuli Maciugi oraz T. J. Austin Przemysława Wechterowicza. Do Krainy Snów warto wybrać się po Wielką Księgę Baśni, w Życzeniu towarzyszyć dzieciom, które przeżywają przygodę jak z opowiadania babci, a w T.J. Austin bucikowi, który przemierza świat i wiele się podczas tej wyprawy uczy.

Autorzy opowiadań konkursowych pokazali, w ile niesamowitych miejsc można się wybrać, jeśli tylko dopuścimy do głosu wyobraźnię. Każda z historii jest inna, jednak łączy je element podróży w nieznane i poznawania swoich pragnień. Dzięki tym opowieściom czytelniczki i czytelnicy dokonają wspaniałych odkryć i zapewne wkrótce będą gotowi na kolejne wyprawy.

Zapraszamy każdą i każdego z Was – niezależnie od wieku – do zanurzenia się literackie światy stworzone przez naszych laureatów.

Redakcja Empik GoBeata Nadgrodkiewicz

SMOCZE OPOWIEŚCI

Jestem pechowcem. Nikt na świecie nie ma większego pecha niż ja. Naprawdę. Pech prześladuje mnie już od chwili narodzin.

Tak, tak, nie śmiejcie się.

Nie dość, że urodziłem się trzynastego, to jeszcze w piątek o godzinie trzynastej trzynaście jako trzynaste dziecko moich rodziców. No i co wy na to?

Mama, moja biedna mama, chciała mnie ustrzec przed pechem, dlatego dała mi na imię Szczęściarz. Trzeba mieć niezłego pecha, żeby dostać imię dobre dla… psa.

Sami widzicie, że nie wiedzie mi się już od… Zaraz, zaraz, ile to ja mam lat? Już wiem – dziewięćdziesiąt dziewięć. Jestem jeszcze młody. Naprawdę, nie śmiejcie się. Nie ma nic śmiesznego w tym, że przez kolejnych czterysta lub pięćset lat będę miał pecha. Przeczytałem niedawno, że właśnie takiego wieku dożyję. Chyba że wcześniej spotkam na swojej drodze rycerza żądnego sławy, który będzie próbował mnie dla tej sławy zabić. Jak znam życie, nie dożyję tych pięciuset lat, bo mam pecha, więc spotkam tego niegodziwego rycerza i… już się boję.

Ale może zacznę od początku.

Jestem smokiem. Mam na imię Szczęściarz, choć lepiej pasowałoby do mnie – Pechowiec. Mam dziewięćdziesiąt dziewięć lat i postanowiłem opowiedzieć wam kilka moich przygód.



Niedaleko mojej groty jest piękny plac zabaw dla dzieci. Pewnego dnia okropnie mi się nudziło, więc postanowiłem pójść na spacer. Zazwyczaj czynię to po zmierzchu, ale tego dnia byłem naprawdę wyjątkowo znudzony. Gdy tak spacerowałem, doszedłem do owego placu zabaw. Słoneczko pięknie grzało, więc dzieci było co niemiara. Aż żal było przejść obok i do nich nie dołączyć. Wkroczyłem odważnie przez niewielką furtkę. Nieopodal w piaskownicy bawiła się mała dziewczynka. Podszedłem ochoczo i chciałem się przedstawić, ale kiedy wyciągnąłem do niej łapę, jej mama krzyknęła:

– Aniu, uciekaj!

Dziewczynka zerwała się na równe nogi i z krzykiem rzuciła do ucieczki. Na pewno chciała, żebym ją gonił. Wiele razy widziałem, jak dzieci bawią się w berka. Jedno goni, a reszta ucieka. Zacząłem więc biec za Anią. Miałem nadzieję, że potem ona będzie goniła mnie. Nawet mi się to spodobało. Kiedy biegłem za Anią, inne dzieci też zaczęły uciekać. Zabawa rozkręcała się na dobre. Ganialiśmy się po całym placu i krzyczeliśmy – kto głośniej. Zauważyłem, że do naszej zabawy dołączyli dorośli. Zdziwiło mnie to trochę, bo słyszałem, że dorośli nie lubią się bawić jak dzieci. A oni biegali jeszcze szybciej i krzyczeli najgłośniej. Trochę mi się to nie podobało, bo uważam, że dorosłym nie przystoi wrzeszczeć. Jak dzieci krzyczą, to oni je karzą, a jak sami hałasują, to jest w porządku?

A mówią, że dają dobry przykład.

Komu?

Biegałem tak za wszystkimi dobre pięć minut. Dałem berka chyba z dziesięciu osobom, ale, o dziwo, nikt nie chciał gonić mnie. Każdy chciał tylko uciekać. Wpadłem więc na genialny pomysł.

Agnieszka Kawa

PAŁAC GEBANDODELA

Całkiem współcześnie i całkiem niedaleko, w miejscu, którego flaga ma kolor biało-beżowo-biało-fioletowy i w którym mieszkają najwyżej latające ptaki świata, stał pałac. Był potężny i przepięknie zdobiony rzeźbami przedstawiającymi pawie oraz koty. Pomalowano go na kolor szpinakowy, ponieważ – jak wieść gminna głosiła – ta właśnie zdrowo brzmiąca barwa ma właściwości uspokajające, naprawcze i kojące nerwy. Tego szukali goście pałacu, zanim do niego trafili – wyciszenia, naprawy i ukojenia nerwów. Ale o gościach później…

Pałac został wybudowany tak, aby żadne drzewo nie zostało wycięte. I żeby żadna żaba, żaden żuk ani żadna inna żywa istota na tym nie ucierpiały. Ba! Dookoła zasadzono kilkadziesiąt krzewów, w których harcowały koty, sto osiemdziesiąt osiem drzew dających dom ptakom i tysiące kwiatów przyjaznych pszczołom. Powstały oczka wodne oraz cieniste miejsca piknikowe. Iście rajskiego ogrodu doglądały bajecznie kolorowo upierzone pawie.

Wszyscy dookoła wiedzieli, że nie był to zwyczajny obiekt, zresztą o zwyczajnych obiektach nie pisze się opowiadań! Był to pałac niezwyczajny, a całą posesją zarządzał Gebandodel.

Puk, puk, puk! – rozległo się głośne pukanie do bram.

Szczerze mówiąc, nie był on jakoś wyjątkowo strzeżony, ponieważ każdy, kto potrzebował skorzystać z jego mocy, miał taką szansę. Jednakże tylko jedną szansę!

– Proszę wejść, proszę śmiało, bez obaw – rozległ się donośny głos kota Szczygrzysława.

Kot Szczygrzysław, dla przyjaciół – Grzysio, był pomocnikiem Gebandodela. Przyjmował gości, którzy pojawiali się w pałacu nagle, ni stąd, ni zowąd, i najczęściej przybywali z innych wymiarów.

– Teraz nie będę pytał, co cię do nas sprowadza, człowieku. Skoro tu jesteś, to z pewnością masz ważne powody. Proszę, rozgość się, tutaj jest dla ciebie miejsce – powiedział Szczygrzysław, wskazując łapką pokój dla przybysza.

– Dziękuję – odparł nieśmiało człowiek i ruszył we wskazanym kierunku.

Grzysio odniósł wrażenie, że był to bardzo smutny jegomość.

Człowiek przystanął i się odwrócił, po czym zapytał kota:

– Przepraszam, kiedy będę mógł porozmawiać z Gebandodelem?

– Oj, tego nie wiem, szef jest bardzo zajęty. W dzisiejszych czasach trafia do nas bardzo dużo ludzi – odpowiedział Grzysio i wrócił do swoich licznych obowiązków.

Człowiek miał na imię Jęczysław i przyjechał z Milgacji. Milgacja to taka materialna kraina, której mieszkańcy dążą wyłącznie do bogactwa. Prześcigają się w swoich majątkach i grubości portfeli. Nie dbają ani o relacje, ani też o swoje zdrowie. Zawsze mówią, że wszystko, co robią, robią dla swoich dzieci, ale nikt z nich nigdy nie zapytał tych dzieci, co one na ten temat sądzą. A wierzcie mi – wszystkie dzieci mieszkające w Milgacji tęsknią za swoimi rodzicami, którzy mają pieniądze na drogie zabawki, ale w ogóle nie mają ochoty na wspólne spędzanie czasu.

– Tato, pójdziemy na spacer? – pytał zawsze Litek swojego tatę Jęczysława.

– Idź teraz do swojego pokoju, nie zawracaj mi głowy. Masz piękny pokój, idź do niego i zajmij się czymś pożytecznym! – fukał za każdym razem tata i „wsadzał” nos w nowoczesny telefon.

Aleksandra Kubas-Chojna

WYPRAWA DO KRAINY SNÓW

Każda opowieść ma swój początek. Ta szczególna wydarzyła się dawno, dawno temu, w małym królestwie, którego nazwy nikt już nie pamięta. Krainą tą rządziła piękna i mądra królowa Aurora, która ze wszystkich sił starała się godnie zastąpić króla. Władca krainy był bowiem zawsze zajęty – jeździł na wojenne wyprawy, podpisywał traktaty pokojowe, a to znów wszczynał kolejną wojnę.

Aurora codziennie zasiadała na swoim tronie i słuchała problemów swoich poddanych, ich sporów i próbowała je mądrze rozwiązać. Mieszkańcy przekonali się, że wydawane przez nią wyroki są sprawiedliwe i litościwe. Dlatego też kochali swoją królową i dziękowali niebiosom, że ktoś mądry i dobry sprawuje w królestwie rządy.

Sielanka nie trwała jednak długo i przewrotny los postawił przed władczynią zadanie, którego nie mogła rozwiązać mimo swojej mądrości i władzy. Była nim choroba jej jedynej i ukochanej córeczki – Lukrecji. Dzień, w którym dziewczynka przyszła na świat, był najpiękniejszym dniem w życiu Aurory. Ale matczyne szczęście było krótkie – nowo narodzona księżniczka nie potrafiła zasnąć. Ani pierwszego dnia, ani każdego kolejnego. Królowa łapała się wszelkich sposobów, aby uśpić córeczkę. Kołysała, przytulała i nuciła jej piosenki. Zatrudniła do opieki cały tabun ludzi – nianiek, piastunek i opiekunek. Ale nic nie pomagało. W końcu zrozpaczona władczyni nakazała posłać po najlepszych medyków z całego świata.

Na królewskie wezwanie stawił się tuzin najmądrzejszych uzdrowicieli, znachorów i lekarzy. Każdy z nich chwalił się tytułami naukowymi, dyplomami i przykładami cudownych uzdrowień. I każdy z nich był święcie przekonany, że to właśnie on wyleczy małą księżniczkę z bezsenności.

Pierwszy z nich, ubrany w eleganckie szaty, zaświecił przed oczami zabranych złotym zegarkiem. Podszedł do kołyski i zaczął rytmicznie machać nim przez buzią dziewczynki. Przez pierwszą godzinę niewiele się działo, przez drugą również. Po trzeciej Lukrecja przeciągle ziewnęła, po czym wybuchnęła histerycznym płaczem.

Drugi z medyków, w kwiatowym kimonie, zaprezentował królowej i swoim kolegom po fachu małe tekturowe pudełeczko. Gdy Aurora zobaczyła jego zawartość, aż się wzdrygnęła ze strachu. W środku znajdowały się setki ostrych i cienkich igiełek. Mędrzec, widząc trwogę w oczach władczyni, pospiesznie wyjaśnił, że akupunktura to bardzo stara i wyjątkowo mało bolesna sztuka leczenia.

I faktycznie księżniczka nawet nie pisnęła, kiedy medyk wbijał pierwszą igłę w jej zgrabny nosek. Nie pisnęła też przy ostatniej igle, którą lekarz umieścił na czubku jej małego paluszka u prawej stópki. Ale i też nie zasnęła.

Kolejni medycy przynosili napary, maści, syropy, pigułki, jednak żadne z tych lekarstw nie przyniosło upragnionego snu. Królowa odprawiała ich po kolei, aż w końcu pożegnała ostatniego z nich. Zrezygnowana wróciła do komnat i z żalem spojrzała na swoją salę tronową. Mimo że miała wielką władzę, czuła się zupełnie bezradna wobec choroby swojego jedynego dziecka. Usiadła na schodach prowadzących do królewskiego tronu i głośno zapłakała.

Pogrążona w smutku, nie zauważyła, że do sali bezszelestnie wsunęła się posługaczka w czarnym czepku. Stara kobieta ukłoniła się pokornie przed władczynią i powiedziała ze współczuciem:

– Serce nie pozwala mi przejść obojętnie obok łez matki. Pozwól, że pomogę ci w twoim nieszczęściu.

Królowa podniosła na nią swój zdziwiony wzrok. Przez chwilę bacznie jej się przyglądała. Staruszka miała na sobie popielaty fartuch, więc z pewnością pracowała na jej dworze. Aurora znała każdego mieszkańca zamku, ale jej nie mogła sobie przypomnieć. Zwłaszcza że powinna ją pamiętać – twarz staruszki była tak charakterystyczna, iż nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Oczy żywe jak dwie iskry kontrastowały z bladą i pomarszczoną cerą. Uwagę przykuwał też turban, pod którym staruszka chowała swoje najprawdopodobniej siwe włosy. Był ogromnych rozmiarów i opadał ciężko na przygarbione plecy kobiety.

– Jak możesz mi pomóc? – jęknęła boleśnie Aurora. – Nawet najwięksi mędrcy tego nie potrafili…

Kobiecina nie zraziła się wcale powątpiewaniem władczyni. Podeszła bliżej i odezwała się pewnie:

– Medycy może i są najmądrzejsi na świecie, ale nie są w stanie pomóc księżniczce. Najlepiej będzie, gdy wybierzesz się osobiście do Niego…

– Do kogo? – Królowa ściągnęła brwi.

– Jak to do kogo? – Posługaczka była tym pytaniem zdziwiona. – No… do Władcy Snów, ma się rozumieć. On na pewno będzie wiedział, dlaczego księżniczka nie może zasnąć.

Aurora nie wiedziała, czy ma się zaśmiać, czy ponownie zapłakać.

– Co ty za głupoty opowiadasz – powiedziała. – Przecież nikt taki nie istnieje. Władca Snów to mit… to wymysł bajarzy.

Niezrażona jej słowami staruszka wyjaśniła:

– Ten stary uparciuch nie lubi rozgłosu, więc zaszył się w swoim pałacu na końcu świata i nie wyściubia z niego nosa. Ale ja dobrze wiem, gdzie on mieszka. Zaprowadzę cię tam. – Uśmiechnęła się zuchwale, odsłaniając braki w uzębieniu.

W pierwszej chwili królowa miała ochotę zbesztać służącą i odesłać w siną dal. Przemyślała jednak dokładnie swoją sytuację – wszystkie racjonalne sposoby i najmądrzejsi lekarze zawiedli. Nie mogła nic więcej zrobić. I właśnie w tej chwili w jej głowie pojawiła się iskierka nadziei, ale też natrętna myśl: „A co ja mam do stracenia?”. Szybko i głęboko zakorzeniła się w głowie władczyni. Nie wiedząc właściwie kiedy, Aurora pokiwała pewnie głową i rozkazała:

– Zaprowadź mnie do niego. Byle jak najszybciej!



Posługaczka, jak się okazało, nie była zwyczajną służącą. Władczyni wątpiła nawet w to, czy w ogóle była służącą. Nie chciała słuchać rozkazów – sama wręcz dyktowała warunki ich wspólnej wyprawy.

– Po pierwsze: idziemy same. Bez żadnej służby, rycerzy czy dam dworu. Skoro on nie chce, aby ktokolwiek wiedział, gdzie

Urszula Maciuga

ŻYCZENIE

Krąg światła padł na żółte od starości karty księgi. Aż się kichać chciało! Brakowało tylko popiskiwania szczurów i odgłosów kapiącej ciurkiem wody. Kap-kap-kap. Chociaż, jakby się zastanowić, szczury nie byłyby najgorsze. Nikoś złapałby jednego, schował do pudełka po butach, a potem pokazywał dziewczynom z klasy.

Laura spojrzała na niego oczami dwukrotnie powiększonymi przez szkła okularów.

– Powinnam wiedzieć, czemu nagle zacząłeś się uśmiechać?

– Lepiej nie – odparł.

Latarka zamrugała. Super. Zaraz zgaśnie na dobre. Nikoś znał te tanie sztuczki. Na filmach zawsze, ilekroć gasło światło, pojawiał się potwór. Nu-da.

– Rozumiesz coś z tego, co tu napisali? – spytała Laura.

Przyjrzał się literom. Cała masa zakrętasów, pętelek i innych esów-floresów przypominała robaki. A właśnie, chyba została mu ostatnia paczka żelkowych gąsienic w cukrze. Sięgnął dłonią do kieszeni spodni.

– Nie hałasuj! – syknęła Laura. – Jedzenie potem.

Ojeju, czemu tak się bała? Nie rozumiał i nawet nie próbował zrozumieć. No dobrze, może szperanie w piwnicy pod zamkiem olbrzymów nie było zbyt szczęśliwym pomysłem, ale, hej, to ona wpadła na pomysł, żeby wypowiedzieć życzenie. „Przeżyć przygodę jak z opowiadania babci”. A fakt, że akurat on zaproponował wrzucenie monety do studni, nie czynił go winnym, bo skąd mógł wiedzieć, że dziadek wykopał za domem studnię spełniającą głupie życzenia?

– Łacina – powiedział Nikoś poważnym tonem. – Uciekczaus Natychmiatus, bo Olbrzymius Zjedzus.

Laura sprzedała mu kuksańca.

– Przezabawne.

Na górze rozległ się łoskot. Oho. Nikoś przesunął promieniem latarki po rzeźbionych kolumnach. Fajną te olbrzymy zbudowały sobie piwnicę. Światło wprawdzie nie sięgało do schodów, ale szło się zorientować, że tam stały i prowadziły do drzwi. Właśnie stamtąd niosły się odgłosy rozmowy; zniekształcone słowa trudno było przyporządkować do jakiegokolwiek znanego języka. Może esperanto?

– Odsuń się – powiedział do siostry. Włożył uchwyt latarki między zęby, popchnął Laurę, wspiął się na czubki palców i sięgnął do górnej krawędzi opasłej księgi. Zrobił wdech, po czym rozdarł papier. Trwało to chwilkę, sekundę dłużej niż odrywanie starego plastra, ale dla Nikosia echo rozdzieranego papieru spokojnie konkurowałoby z trąbieniem słonia w zoo. – Mach dchugi koniec i zwijaj – polecił z latarką w zębach, zastanawiając się, jak właściwie do tego doszło.

Po pierwsze – babcia. Napisała nowe opowiadanie i potrzebowała oceny kogoś, kto się na nich zna. Jasne. Po drugie poprosiła o ocenę najukochańszych wnusiów. Wiadomo. Ale jakim cudem bajka stała się rzeczywistością, nie rozumiał. Czemu studnia dziadka nie dała im na przykład wielkiego gara złota? Pewnie nigdy się nie dowiedzą, ale Nikosiowi pozostała nadzieja, że kilometry, które pokonał w tej niesamowitej krainie, równie magicznie przełożą się na semestralną ocenę z WF-u.

– Wróżkom chyba nie o to chodziło, gdy kazały zapoznać się z przepisem na ciasto olbrzymów – zauważyła Laura.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij