Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Podwójny wstrząs - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Podwójny wstrząs - ebook

Fokstrot, świeże ostrygi i… zbrodnie.

Panna Konstancja Tatarewiczówna wraz z młodym medykiem Dionizym Porckolanką wyruszają do podkrakowskich Cianowic, wezwani na pomoc przez zaniepokojone mieszkanki pałacu. Wkrótce zostaną wciągnięci w sam środek zagadkowych wydarzeń, a do śledztwa dołączy wybitny komisarz Ewaryst Grzebinoga. Czy mordercą jest ktoś z rodziny? Czy uda się go powstrzymać, nim uderzy ponownie?

Elegancka zagadka, szczypta humoru, odrobina romansu – oto Podwójny wstrząs.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-750-7
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NIEDZIELA, 19 CZERWCA – CZWARTEK, 23 CZERWCA 1932 ROKU

Rozdział pierwszy, w którym ktoś odzyskuje świadomość, a ktoś ją traci

Owio­nął ich zapach roz­grza­nego latem lasu. Róż­no­zie­lona ściana roz­stą­piła się przed nimi gwał­tow­nie, zatrzy­mu­jąc pro­mie­nie słońca na chro­po­wa­tej korze i w spie­nio­nych koro­nach wyso­kich drzew. Przez uchy­loną szybę przy­jemny pół­mrok przy­no­sił kojący chłód i aro­mat ziół. Choć nie­wy­po­wie­dziane na głos, pyta­nie towa­rzy­szyło im od samego początku podróży, zaprzą­ta­jąc myśli, warząc humory i odbie­ra­jąc chęć na poga­wędki. „Panicz zagi­nął czy… zgi­nął?”

Che­vro­let pro­fe­sora Hen­ryka Żubrzyń­skiego gładko wszedł w zakręt i tylko nie­znacz­nie zatrząsł się na wybo­jach. Pogrą­żeni w roz­my­śla­niach podró­żu­jący nie zwró­cili naj­mniej­szej uwagi ani na dosko­nałą kon­struk­cję pojazdu, wypro­du­ko­wa­nego rap­tem dwa lata wcze­śniej w war­szaw­skiej mon­towni Eli­bor Ł.J. Bor­kow­skiego, ani na nie­naj­lep­szy stan pol­skich dróg.

Pro­wa­dzący wprawną ręką etno­graf wciąż miał w pamięci nie­dawne spo­tka­nie w gabi­ne­cie przy­ja­ciela Józefa Zawadz­kiego. Kiedy Bobiń­ski, Brzo­stow­ski i Car – szare emi­nen­cje II Rze­czy­po­spo­li­tej i jedni z naj­waż­niej­szych akcjo­na­riu­szy zamku w Pie­sko­wej Skale – wyszli zado­wo­leni, zosta­wia­jąc po sobie zapach cygar i posmak kom­ple­men­tów, towa­rzy­szący im śled­czy Ewa­ryst Grze­bi­noga raz jesz­cze pod­szedł do niego.

– Naprawdę, gdyby nie panienka Kon­stan­cja, śledz­two mogłoby poto­czyć się ina­czej. A nawet gdy­bym jakimś cudem odkrył, kim był mor­derca poko­jó­wek, nie uda­łoby się prze­cież zamknąć docho­dze­nia w tak krót­kim cza­sie. Pro­szę więc, z łaski swo­jej, nie mieć do niej pre­ten­sji o tamto.

_Łatwo mu mówić_ – pomy­ślał teraz roz­go­ry­czony. – _To nie jego opiece powie­rzono dziew­czynę, która spod tej pie­czy się wymyka. I to przez okno._

Choć z dru­giej strony – przy­po­mniał sobie spo­tka­nie w zam­ko­wej biblio­tece, pod­czas któ­rego Tata­re­wi­czówna tak zgrab­nie zasta­wiła pułapkę na zabójcę – poli­cjant miał rację. Kon­stan­cja może i ma cha­rak­te­rek, ale także wybitny umysł. Prze­cież wła­śnie dla­tego zde­cy­do­wał się zabrać ją ze sobą do pałacu hra­biny Woy-Mści­sław­skiej. Ale czy dobrze robi? A może nie­po­trzeb­nie bił się z myślami, bo cała ta sytu­acja była jedy­nie wytwo­rem kobie­cej histe­rii?

Sie­dzący tuż obok Dio­nizy Por­c­ko­lanko, medyk prze­by­wa­jący w Pie­sko­wej Skale na let­nim wypo­czynku, rów­nież pró­bo­wał zebrać myśli. Ledwo uści­snął dłoń Ewa­ry­stowi, życząc mu na poże­gna­nie powo­dze­nia w dal­szej karie­rze śled­czej oraz – im obu – jesz­cze jed­nego spo­tka­nia w bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści; led­wie zamknął za sobą pierw­szy i ostatni roz­dział, w któ­rym zmu­szony przez nad­zwy­czajne oko­licz­no­ści odgry­wał rolę pato­loga i detek­tywa, a już zaafe­ro­wana poko­jówka zapra­szała go do gabi­netu pre­zesa Zawadz­kiego, gdzie cze­kał na niego tele­fon z Młyn­nika. Dopiero co zakoń­czył swój udział w śledz­twie, a tu, zdaje się, szy­ko­wała się kolejna sprawa. Co prawda pro­fe­sor Żubrzyń­ski pro­sił go o inter­wen­cję medyczną – i to hipo­te­tyczną, bo prze­cież miesz­kanki Cia­no­wic mogły zacho­wać się ina­czej niż panie z Żubry­nówki – jed­nak powód ich nie­po­koju mógł wszak wią­zać się ze… zbrod­nią.

Choć bar­dzo nie chciał się do tego przy­znać, myśl o tym, że nie­znany mu panicz mógł zgi­nąć w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach, naprawdę popra­wiła mu humor, nieco przy­ga­szony zamknię­ciem zagadki z Pie­sko­wej Skały.

_Jak to moż­liwe, że choć robię wszystko, by rato­wać ludzi od śmierci, na samą myśl o kolej­nej spra­wie czuję… eks­cy­ta­cję?_

W zamy­śle­niu przy­gła­dził włosy. Cho­ciaż od pew­nego czasu sto­so­wał dosko­nałą pomadę Bryl­creem, wciąż jakiś nie­sforny loczek wyry­wał się na wol­ność, nada­jąc jego fizjo­gno­mii mło­dzień­czy cha­rak­ter. A prze­cież miał już dwa­dzie­ścia sie­dem lat i nie­jedno prze­żył. Mimo to wolał angiel­ski kosme­tyk od Bril­lan­tine Pinauda, która co prawda utrzy­my­wała loki w żela­znej dys­cy­pli­nie, lecz przy tym tłu­ściła wszystko wokół. A jemu nie miał już kto prać koł­nie­rzy­ków…

Przez moment poczuł zapach per­fum Kry­styny. Pod powie­kami zama­ja­czył jej uśmiech. Wes­tchnął ciężko. Za oknem w rów­nym ryt­mie migo­tały pnie drzew. Opu­ścił szybę jesz­cze niżej – pęd powie­trza natych­miast pomógł mu się opa­no­wać. Przy­po­mniał sobie cel tej nie­pla­no­wa­nej wyprawy.

Po pra­wej stro­nie nie­okieł­znana dotąd zie­lo­ność zaczęła rzed­nąć. W głębi lasu zama­ja­czyła jasna plama murów.

– To chyba pałac… – Bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał.

– Istot­nie, zaraz będziemy na miej­scu – dodał Żubrzyń­ski. W jego gło­sie nie było entu­zja­zmu.

Zamil­kli.

Sie­dząca na wygod­nej kana­pie Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna na­dal bez­na­mięt­nie wpa­try­wała się w okno, choć mija­nym wcze­śniej wiej­skim domo­stwom ani osza­ła­mia­ją­cej uro­dzie kra­jo­brazu nie poświę­ciła naj­mniej­szej uwagi.

Wyda­rze­nia ostat­nich tygo­dni, pro­wa­dzące do zna­ko­mi­tego finału, zatrzę­sły całym jej świa­tem. Dotąd dosko­nale wie­działa, czego chce – swoje życie zamie­rzała poświę­cić nauce. Wywal­czyła sobie prawo do stu­dio­wa­nia filo­zo­fii, choć tylko ona wie­działa, ile ten upór ją kosz­to­wał. Chciała być jak dok­torka Helena Ostoja-Gajew­ska, tyle że na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. I zaj­mo­wać się nie medy­cyną, lecz filo­zo­fią – naj­mą­drzej­szą z nauk. Ale to wła­śnie logika pozwo­liła jej wykryć mor­dercę z pen­sjo­natu na zamku w Pie­sko­wej Skale. A to doświad­cze­nie – zwłasz­cza ostat­nia narada pod Maczugą Her­ku­lesa – otwo­rzyło w niej jakąś furtkę, o któ­rej ist­nie­niu wcze­śniej nie wie­działa. Móc łapać spraw­ców prze­stępstw, karać za ohydne zbrod­nie – tak, bez wąt­pie­nia to wła­śnie chcia­łaby robić. Cóż z tego jed­nak, skoro nie miała na to naj­mniej­szych szans?

Wes­tchnęła ciężko.

_Co to za świat, w któ­rym prawa może i są równe dla wszyst­kich, ale równe szanse to mrzonka?_

Wciąż miała pod powie­kami twarz Ewa­ry­sta Grze­bi­nogi, ścią­gniętą w jakimś nie­zro­zu­mia­łym dla niej gry­ma­sie.

– Naprawdę, przy­da­łaby się nam panienka w Poli­cji Pań­stwo­wej. – Skło­nił się wów­czas przed nią w drzwiach biblio­teki, z któ­rej wła­śnie wyszli wszy­scy, na czele ze schwy­ta­nym mor­dercą. Poca­ło­wał podane mu koniuszki pal­ców. – Może prze­my­śla­łaby to pani?

Uśmiech­nęła się wtedy do niego, zmę­czona zarówno wyczer­pu­ją­cym spo­tka­niem, jak i wła­snymi emo­cjami. Oczy­wi­ście wie­działa o Sta­ni­sła­wie Pale­olog. Rap­tem sie­dem lat wcze­śniej komen­dantka – pierw­sza kobieta w sze­re­gach pol­skiej poli­cji – nie scho­dziła z nagłów­ków gazet. O sen­sow­no­ści i celo­wo­ści kobie­cej Bry­gady Sani­tarno-Oby­cza­jo­wej Urzędu Śled­czego Sto­łecz­nej Komendy roz­pi­sy­wała się prasa: od „Taj­nego Detek­tywa” po „Kury­era”, kar­miąc wyobraź­nię nie tylko trzy­na­sto­let­niej dziew­czynki, którą wów­czas była, lecz także wszyst­kich Pola­ków, a Polek w szcze­gól­no­ści.

Tak, dwu­dzie­sto­let­nia Tata­re­wi­czówna mogłaby się sta­rać o przy­ję­cie do tego trzy­dzie­sto­oso­bo­wego oddziału – gdyby tylko chciała wal­czyć z sute­ner­stwem albo pra­co­wać z dziećmi z nizin spo­łecz­nych. Ale ona, czuła to teraz całą sobą, wola­łaby pro­wa­dzić śledz­twa. Podą­żać tro­pem mor­dercy, szu­kać prze­ciwko niemu dowo­dów. Z tysiąca pozor­nie nie­pa­su­ją­cych do sie­bie ele­men­tów, dzięki deduk­cji, skła­dać obraz pozwa­la­jący odtwo­rzyć prze­bieg i poznać przy­czynę zbrodni.

A co teraz? Teraz, gdy posma­ko­wała metod śled­czych, kiedy pomo­gła schwy­tać zabójcę, miała tak po pro­stu wró­cić do daw­nego życia? Zapo­mnieć? Tylko… jak?

Może jesz­cze dobry los pozwoli jej poba­wić się w detek­tywkę i poszu­kać zagi­nio­nego pani­cza. Ale potem?

Ponow­nie wes­tchnęła i na moment zamknęła oczy.

– Kon­stan­cjo, obudź się. Już jeste­śmy. – Wuj Żubrzyń­ski stał przed nią w otwar­tych drzwiach Che­vro­leta.

Tuż obok dostrze­gła uśmie­cha­ją­cego się nie­śmiało Dio­ni­zego. Nie­sforny blond loczek uno­sił się na wie­trze niczym mikro­sko­pijna aure­ola.

Zanim zdą­żyła się ode­zwać, na żwi­ro­wej powierzchni ronda przed połu­dniową ścianą pałacu poja­wiły się trzy posta­cie. Przo­dem drep­tała roz­ło­ży­sta słu­żąca w cha­rak­te­ry­stycz­nej czar­nej sukience, przy­ozdo­bio­nej bia­łym far­tusz­kiem, z koron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem i taki­miż man­kie­tami. Za nią, nie zwa­ża­jąc na kon­we­nanse, wybie­gła kobieta, którą Tata­re­wi­czówna natych­miast uznała za panią domu.

_Twarz jak Lody Halamy, tylko sporo star­sza_ – pomy­ślała, choć rewiową aktorkę i tan­cerkę znała jedy­nie z prasy.

Wysoka i szczu­pła, w jedwab­nej gra­na­to­wej sukience i sznu­rze pereł, owi­nię­tym trzy­krot­nie wokół nie­znacz­nie przy­wię­dłej szyi, miała oczy opuch­nięte od pła­czu i zaczer­wie­niony czu­bek nosa.

– O mój Boże! Hen­ryku drogi! Pomocy! – Czter­dzie­sto­pa­ro­latka musiała być bar­dzo wzbu­rzona, skoro nawet w obec­no­ści nie­zna­nych sobie osób zaczęła szlo­chać.

– Już, już, cio­ciu, pro­szę się uspo­koić – powstrzy­mała ją za rękę trze­cia z kobiet.

Była mniej wię­cej wzro­stu Kon­stan­cji, za to star­sza od niej o co naj­mniej dekadę. Tak jak Tata­re­wi­czówna miała nos z lek­kim garb­kiem, jed­nak jej twa­rzy daleko było do uzna­nia jej za piękną. Lub cho­ciaż ładną. Może to wina cie­niuch­nych warg, które przy­gry­zała, w wąską kre­skę? A może brwi, wymo­de­lo­wa­nych wpraw­dzie zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi tren­dami, lecz przy­po­mi­na­ją­cych wychu­dzone gąsie­niczki? W każ­dym razie – jak zawy­ro­ko­wała w myślach Kon­stan­cja – było w niej coś odpy­cha­ją­cego. A może raczej – popra­wiła się, zła na sie­bie za taką uwagę – po pro­stu coś… szorst­kiego.

– Ależ oczy­wi­ście. Gdzie ja mam głowę. – Lekko posi­wiała kopia Lody Halamy uspo­ko­iła się natych­miast. – Bar­dzo pań­stwa prze­pra­szam, zmar­twie­nie mamy ogromne. Mój syn… – Znów zda­wało się, że za chwilę ponow­nie się roz­pła­cze.

– Pozwolą panie, że doko­nam pre­zen­ta­cji. – Hen­ryk Żubrzyń­ski, mąż Jadwigi, ojciec trzech nie­za­męż­nych wciąż córek, do tego miesz­ka­jący pod jed­nym dachem i z krewną mał­żonki, hra­biną Marią Józefą Kul­wiec, wie­dziony dłu­go­let­nim doświad­cze­niem męż­nie sta­wił opór kobie­cym emo­cjom. – Pani Teo­doro, to Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna, moja pod­opieczna. Przy­je­chała z War­szawy. Tego lata gości u nas, w Żubry­nówce.

– Oczy­wi­ście. – Pani domu uśmiech­nęła się blado do dyga­ją­cej przed nią dziew­czyny. – Wiem wszystko. I bar­dzo panience dzię­kuję za odwie­dziny.

– A to nasz przy­ja­ciel. – Pro­fe­sor wska­zał na zaru­mie­nio­nego Dio­ni­zego, który szar­mancko skło­nił się przed czter­dzie­sto­pa­ro­latką, a następ­nie przed sto­jącą tuż obok niej kobietą o zacię­tym wyra­zie twa­rzy. – Pan Dio­nizy Por­c­ko­lanko. Dosko­nały medyk.

– Jeśli pani pozwoli, służę pomocą lekar­ską. Mam przy sobie – się­gnął po czarną skó­rzaną torbę, z jaką rap­tem kilka tygo­dni temu odwie­dził po raz pierw­szy Żubry­nówkę – Lumi­nal. Dosko­nały na nerwy, zapew­niam.

– Teo­dora Pierz­chow­ska. – Z wdzię­kiem podała mu czubki pal­ców, które natych­miast usłuż­nie poca­ło­wał. – A to panna Tekla Pierz­chow­ska. A to syno­wica mojego męża.

Trzy­dzie­sto­pa­ro­latka dygnęła i oblała się szkar­ła­tem, gdy wysoki blon­dyn musnął czubki pod­su­nię­tych mu pal­ców. Uło­żone w cienki łuk brwi zbli­żyły się do sie­bie, a na jej twa­rzy mimo­wol­nie zago­ścił gry­mas.

Sto­jąca obok słu­żąca, nie­na­wy­kła do takich wido­ków i takiej kolej­no­ści wyda­rzeń, zebrała się wresz­cie na odwagę.

– Pani hra­bina Woy-Mści­sław­ska czeka na sza­now­nych pań­stwa w swoim salo­niku. – Jej głos lekko drżał. – To może ja…

– Józefa może już iść i dać znać w kuchni, że goście przy­je­chali. – Teo­dora Pierz­chow­ska naj­wy­raź­niej zdo­łała na chwilę opa­no­wać sko­ła­tane nerwy. – A ja zapra­szam, zapra­szam ser­decz­nie w nasze skromne progi. Rze­czy­wi­ście, moja matka ocze­kuje nas.

Wyko­nała zapra­sza­jący gest i ruszyła w stronę budynku, z Hen­ry­kiem Żubrzyń­skim po lewej i Dio­ni­zym Por­c­ko­lanką po pra­wej ręce.

– Skromne progi to chyba prze­sada – ode­zwała się Kon­stan­cja do idą­cej z nią w parze po żwi­ro­wej ścieżce panny Tekli. – Piękny ten pałac. Doprawdy, nie­zwy­kła archi­tek­tura.

– To praca Teo­dora Talow­skiego – wyszep­tała w odpo­wie­dzi, po czym zamil­kła.

I nie ode­zwała się już wię­cej.

Nawet wów­czas, gdy na widok prze­stron­nego hallu z mar­mu­rową posadzką, spi­ral­nymi scho­dami pną­cymi się ku górze i krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem zwi­sa­ją­cym z wyso­ko­ści dwóch kon­dy­gna­cji Tata­re­wi­czówna aż pisnęła z wra­że­nia.

Nawe wtedy, gdy Teo­dora Pierz­chow­ska popro­wa­dziła swo­ich gości do miesz­czą­cego się na par­te­rze pry­wat­nego salo­niku rodzi­cielki, gdzie hra­bina Maria Wacława Woy-Mści­sław­ska ocze­ki­wała nowo przy­by­łych.

Nie­wiel­kie pomiesz­cze­nie liczyło co naj­wy­żej trzy­dzie­ści metrów kwa­dra­to­wych. Na środku usta­wiono dwie wyście­łane gra­na­to­wym aksa­mi­tem sofy, owalny stół zaś prze­su­nięto w pobliże jed­nego z dwóch wiel­kich okien z wido­kiem na park. Przy dru­gim, wycho­dzą­cym na połu­dnie, znaj­do­wał się wysoki fotel.

– Pani hra­bino, pani pozwoli, że przed­sta­wię… – Hen­ryk skło­nił się dwor­nie przed sie­dzącą w nim sta­ruszką w czar­nej sukni. Jej szyję także zdo­bił sznur pereł, choć poje­dyn­czy. Okrą­gła twarz, o owalu mocno już sfa­ty­go­wa­nym gra­wi­ta­cją i upły­wa­ją­cym cza­sem, z nie­wiel­kim pro­stym nosem i prze­ni­kli­wie nie­bie­skimi oczami, wciąż przy­ku­wała wzrok.

_Swego czasu_ – pomy­ślała Kon­stan­cja – _musiała ucho­dzić za wyjąt­kową pięk­ność, a córka urodę odzie­dzi­czyła wła­śnie po matce_.

– To zapewne panienka Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna. – Hra­bina, jak gdyby ni­gdy nic, wyce­lo­wała pulchny palec obcią­żony rodo­wym sygne­tem w stronę dyga­ją­cej przed nią blon­dynki o zie­lo­nych oczach. – A ten pan to zapewne medyk.

– Ow­szem, sza­nowna pani, Dio­nizy Por­c­ko­lanko. – Skło­nił się przed nią zasko­czony.

– Ale skąd…? – Zdu­mie­nie pro­fe­sora nie znało gra­nic.

_Jakim cudem zga­dła?_ – zdzi­wiła się w duchu Tata­re­wi­czówna.

– Hen­ryczku, mój drogi, czyż to nie oczy­wi­ste? O wyczy­nach panienki sły­sza­łam, a jakże! Cia­no­wice od Młyn­nika są co prawda sporo odda­lone, ale nie aż tak. No i my tu, w pałacu, także mamy tele­fon. Poza tym gościła u mnie oneg­daj hra­bina Zofia Hen­ryka Koko­siń­ska… – zachi­cho­tała. – Uzna­łam za oczy­wi­ste, że w tak deli­kat­nej mate­rii twoja nowa pod­opieczna będzie ci towa­rzy­szyć, zwłasz­cza po jej ostat­nich doko­na­niach. Skoro zaś nie przy­je­cha­łeś z dok­to­rem Zawadz­kim, musia­łeś, mój drogi, zabrać tu do nas innego medyka, rów­nie zna­nego spe­cja­li­stę, z całą pew­no­ścią zaprzy­jaź­nio­nego z tobą i dys­kret­nego. Czyż nie mam racji?

– Cał­ko­witą! – Etno­graf skło­nił się z galan­te­rią. – Ma pani hra­bina abso­lutną rację, jak zawsze. Oprócz Kon­stan­cji pozwo­li­łem sobie przy­wieźć do Cia­no­wic mojego ser­decz­nego przy­ja­ciela, pana Dio­ni­zego Por­c­ko­lankę. Swego czasu bar­dzo nam pomógł w Żubry­nówce…

– Sądzę, że Teo­dora i Tekla istot­nie potrze­bują jakichś kro­pli na uspo­ko­je­nie. – Maria Wacława Woy-Mści­sław­ska zwró­ciła się w stronę kła­nia­ją­cego się przed nią blon­dyna. – Oba­wiam się, że poko­jówki także. Moja Józefa cał­kiem dobrze się trzyma, Micha­lina chyba też, ale Marianna… – Pokrę­ciła głową z nie­sma­kiem. – Cał­kiem jest w histe­rii. Myślałby kto, że to o jej wnuka się roz­cho­dzi… No już, już, niech pan, mój drogi, pój­dzie z Teo­dorą i Teklą tu obok, do dru­giego salonu, i zaopie­kuje się paniami. Moja wnuczka Zofia Miło­bęcka leży w apar­ta­men­cie na pię­trze. Ma straszną migrenę, bie­dac­two. Towa­rzy­szy jej mał­żo­nek, pan Sła­wosz Miło­bęcki. Gdyby mógł pan, mój drogi, z łaski swo­jej, i do nich zaj­rzeć…

Dio­nizy Por­c­ko­lanko roz­pro­mie­nił się ura­do­wany.

– Tak się dosko­nale składa, że mam przy sobie naj­now­szy pro­dukt od Bay­era. Aspi­ryna, sza­nowna pani, powinna pomóc nawet na naj­cięż­szą migrenę.

Ski­nęła mu głową zado­wo­lona.

– A potem – naj­wy­raź­niej myśli Marii Wacławy wró­ciły na wcze­śniej­sze tory – napi­jemy się kawy i omó­wimy nasze zmar­twie­nie, moi dro­dzy.

Gdy tylko medyk się­gnął po torbę, by wyko­nać pole­ce­nie, a panie Pierz­chow­skie, jedna po dru­giej, bez słowa pro­te­stu opu­ściły pokój, hra­bina zwró­ciła się do sto­ją­cej nie­cały metr przed nią osłu­pia­łej Kon­stan­cji.

– Panienka sobie usią­dzie, naj­le­piej tu, koło mnie. I niech się panienka tak nie dziwi. Deduk­cja i mądrość nie są zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla was, mło­dych.

– Ni­gdy bym tak nie… – ode­zwała się Tata­re­wi­czówna i zajęła wska­zane jej miej­sce.

– Och, już ja wiem, moja droga, co mło­dzi o nas sądzą! Prze­cie i ja ongiś byłam młódką, choć teraz już mnie samej wydaje się to nie­praw­do­po­dobne – zaśmiała się ser­decz­nie, jakby wła­sne prze­mi­ja­nie uznała za dosko­nały dow­cip losu. – Ale jak czło­wiek długo żyje, a mam już sporo ponad pół wieku, wyobra­żasz to sobie, pół wieku, moja droga! – cią­gnęła z oży­wie­niem. – No więc jak czło­wiek tak długo jest na świe­cie, to siłą rze­czy uczy się obser­wo­wać innych. I wycią­gać wnio­ski. Na przy­kład, moja droga, takie, że jeśli w domu, gdzie histe­ry­zują kobiety, poja­wia się męż­czy­zna z cha­rak­te­ry­styczną skó­rzaną torbą, to…

– …musi to być lekarz – dokoń­czyła, abso­lut­nie wbrew regu­łom, Kon­stan­cja.

Okrą­gła twarz hra­biny Marii Wacławy Woy-Mści­sław­skiej drgnęła pod wpły­wem tego zuchwal­stwa. Jasno­nie­bie­skie oczy zalśniły dziw­nym bla­skiem, jed­nak w jej gło­sie nie sły­chać było zło­wiesz­czych tonów. Wręcz prze­ciw­nie.

Z wiszą­cego na piersi aksa­mit­nego woreczka wycią­gnęła _lor­gnon_.

– Niech ci się lepiej przyj­rzę, moja droga. – Wyko­nała ręką gest, naka­zu­jąc tym samym, by sie­dząca na wyście­ła­nym aksa­mi­tem krze­śle panna nachy­liła się w jej stronę. – Rze­czy­wi­ście, Koko­siń­ska nie kła­mała, masz wielką urodę. Choć na mój gust ta współ­cze­sna opa­le­ni­zna nikomu nie służy, to jed­nak do two­ich zie­lo­nych oczu pasuje. Tak, nawet te kilka pie­gów niczego ci nie odbiera. Nos co prawda jak u naszej Tekli, ale u cie­bie nie razi, żadną miarą! Teraz rozu­miem, dla­czego męż­czyźni tracą dla cie­bie głowę i chcą się strze­lać. No już, już, nie rumień się tak. Prze­cie masz lustro…

– Mam, i ow­szem. Ale nie lubię, kiedy spro­wa­dza się mnie jeno do powierz­chow­no­ści, która zresztą nie jest moją zasługą.

– No, no, rze­czy­wi­ście, cha­rak­te­rek masz nie­zgor­szy! – zachi­cho­tała. – Maria Józefa Kul­wiec musi wycho­dzić ze skóry, miesz­ka­jąc z tobą pod jed­nym dachem! Dosko­nale! Mam już dość tych cichych owie­czek, które słowa nie powie­dzą, a boję się, że i nie pomy­ślą…

– Chyba jest pani zbyt surowa, pani hra­bino – zaopo­no­wała sta­now­czo Kon­stan­cja. – Nie każda z nas ma pani pozy­cję i pozwolę sobie dodać – rozej­rzała się po pokoju – pani mają­tek, by móc mówić to, na co się ma ochotę.

– A jed­nak nie­które z nas to robią, moja droga! – Woy-Mści­sław­ska ujęła jej rękę. Tata­re­wi­czówna poczuła bijące od niej cie­pło. – I chwała nam za to! Podo­basz mi się, moja droga – zawy­ro­ko­wała. – Dziś będziesz sie­dzieć obok mnie także przy stole.

Pocią­gnęła za aksa­mitny sznur zwi­sa­jący tuż obok fotela.

– Czas się cze­goś napić! I omó­wić nie­cier­piącą zwłoki sprawę, moi dro­dzy.

Kilka minut póź­niej w drzwiach pro­wa­dzą­cych do pry­wat­nego salo­niku hra­biny Marii Wacławy sta­nęły dwie słu­żące. Pozna­nej na początku Józe­fie, dzier­żą­cej w moc­nych dło­niach tacę z samo­wa­rem i por­ce­la­no­wym dzban­kiem, spod któ­rego pokrywki uno­sił się zacny aro­mat mokki, towa­rzy­szyła inna, rów­nie wie­kowa co nie­sione przez nią por­ce­la­nowe fili­żanki i tale­rzyki.

_Naj­wy­raź­niej_ – prze­bie­gło przez głowę Kon­stan­cji – _musi to być owa Micha­lina, która oparła się histe­rii_.

Hra­bina bez trudu pod­nio­sła się z fotela i ruszyła w stronę okrą­głego stołu.

– Pań­stwo wyba­czą, że nie przy­go­to­wa­li­śmy się zbyt­nio, ale gdy w domu wyda­rza się tra­ge­dia… – zamil­kła na chwilę. – Gdyby nie panika Teo­dory i nara­sta­jąca histe­ria Zosi, nie zde­cy­do­wa­li­by­śmy się jesz­cze pro­sić o pomoc, moi dro­dzy. Dla­tego kucharka nie przy­go­to­wała nic nad­zwy­czaj­nego. Ot, tak popu­larny u nas w Gali­cji pischin­ger i cia­steczka bez amba­rasu.

– Ależ pani hra­bino – zaopo­no­wał pro­fe­sor Żubrzyń­ski – to wię­cej niż mogli­by­śmy ocze­ki­wać.

– Bar­dzo jest pan uprzejmy, Hen­ryczku. – Lek­kim ski­nie­niem głowy przy­jęła jego zapew­nie­nia. – Pro­szę, niech pan siada, mój drogi.

Po chwili w drzwiach sta­nęły panie Pierz­chow­skie, a zaraz za nimi zaafe­ro­wany Dio­nizy.

– Pani Zofia zasnęła – oznaj­mił zgro­ma­dzo­nym. – Tak jak się spo­dzie­wa­łem, Aspi­ryna zadzia­łała nie­mal od razu. Sza­nowny mał­żo­nek zde­cy­do­wał się jed­nak jej towa­rzy­szyć i czu­wać nad nią, gdyby jesz­cze potrze­bo­wała pomocy. Choć nie spo­dzie­wam się tego – dodał, z zado­wo­le­niem przy­gła­dza­jąc odsta­jący loczek.

– Bar­dzo to miłe z pana strony. – Hra­bina upiła łyk mokki z rodo­wej fili­żanki. – A Marianna?

– Tu także wszystko jest pod kon­trolą. – Dok­tór z zado­wo­le­niem przy­jął kawa­łek cia­sta wymy­ślo­nego nie tak dawno temu przez wie­deń­skiego cukier­nika Oskara Pischin­gera. – Podwójna dawka Lumi­nalu cał­ko­wi­cie zała­twiła sprawę. Tyle tylko – roz­ło­żył ręce w geście bez­rad­no­ści – że poko­jówka pań do końca dnia zapewne będzie nie­dy­spo­no­wana…

– Trudno. – Teo­dora Pierz­chow­ska z wdzię­kiem odsta­wiła fili­żankę z her­batą. Naj­wy­raź­niej i jej pomo­gło zasto­so­wane przez Por­c­ko­lankę lekar­stwo, bo wyda­wała się nad­zwy­czaj opa­no­wana, a jej twarz była dziw­nie roz­luź­niona.

– Jeśli mogę więc spy­tać, sza­nowne panie… – zaczął etno­graf, lecz nie dane mu było dokoń­czyć.

– Rozu­miem – głos hra­biny Woy-Mści­sław­skiej był dźwięczny i żadną miarą nie zdra­dzał ani wieku, ani stanu Marii Wacławy – że nie muszę pro­sić pań­stwa o dys­kre­cję… Jak pan wie, drogi Hen­ryku, mam już tylko jedną córkę, Teo­dorę, ona zaś obda­ro­wała mnie troj­giem wnu­cząt. Z Zosią nie było ni­gdy żad­nych pro­ble­mów, ale z synami…

– Ależ mamo… – wyrwało się pani Pierz­chow­skiej, umil­kła jed­nak natych­miast, zmiaż­dżona wzro­kiem rodzi­cielki.

– Naj­młod­szy wnuk mój, Mie­cio, ma złote serce, ale cią­gle cho­ruje. Oba­wiamy się naj­gor­szego…

Por­c­ko­lanko natych­miast odsta­wił fili­żankę, gotów do medycz­nej inter­wen­cji, lecz seniorka powstrzy­mała go jed­nym gestem.

– Naj­więk­szym jed­nak zmar­twie­niem jest pier­wo­rodny Teo­dory, panicz Zbi­gniew. Z cha­rak­teru wdał się w ojca…

– Ależ mamo…

– Tak, moja droga, nie ma co tu kryć! – Seniorka nie­znacz­nie pod­nio­sła głos. – Zbi­gniew jest jak Józef, niech mu zie­mia lekką! Karty! Alko­hol! I cała reszta!… – Wes­tchnęła głę­boko. – Nie pierw­szy raz się zda­rza, że nie wró­cił na noc.

– Rozu­miem, sza­nowne panie – Żubrzyń­ski chciał jakoś zała­go­dzić sytu­ację, prze­jął więc głos i dowo­dze­nie – że od wczo­raj nie mają panie pew­no­ści, gdzie prze­bywa rze­czony syn pani Teo­dory.

– Od dwóch dni go nie ma – ode­zwała się nagle panna Tekla, do któ­rej cichej obec­no­ści zdą­żyli już wszy­scy przy­wyk­nąć tak dalece, że nie­mal zapo­mnieli o jej ist­nie­niu. Teraz więc zwró­cili się w jej stronę; ona zaś oblała się szkar­ła­tem, któ­rego inten­sywne plamy bez­wstyd­nie pod­kre­ślały braki urody.

– Rze­czy­wi­ście, Zbi­gniew wyszedł w pią­tek po połu­dniu, miał się przejść do Ojcowa, ale nie wró­cił. – Zaor­dy­no­wany przez Por­c­ko­lankę Lumi­nal wciąż spra­wiał, że Teo­dora Pierz­chow­ska trzy­mała nerwy na wodzy, a jej głos pozo­sta­wał bez­barwny i matowy.

– Rozu­miem, że już wcze­śniej zda­rzały mu się takie… – zaczęła Kon­stan­cja, lecz sie­dząca tuż obok hra­bina nie pozwo­liła jej dokoń­czyć.

– Ni­gdy tak długo. Stąd takie poru­sze­nie. Wysła­li­śmy umyśl­nego, który wczo­raj rano prze­py­tał ludzi w domach wcza­so­wych i hote­lach, ale bez rezul­tatu.

– Nikt go nie widział, nawet w pią­tek. – Pani Pierz­chow­ska ze zdu­mie­niem wpa­try­wała się w fili­żankę. – Prze­padł jak kamień w wodę.

– Ależ tu trzeba wezwać poli­cję! – Tata­re­wi­czówna nie miała wąt­pli­wo­ści. – Skoro nikt go nie widział, w grę może wcho­dzić wszystko, nawet porwa­nie! Może znowu pan Ewa­ryst…

– Bój się Boga, Kon­stan­cjo! – zgro­mił ją wuj Hen­ryk.

– Ale prze­cież… – pró­bo­wała uza­sad­nić swoje sta­no­wi­sko, gdy nagle ich uwagę przy­cią­gnęły wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się gdzieś za oknem.

Na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie dało się sły­szeć coraz gło­śniej­szy stu­kot kopyt i tur­kot kół. Jakiś męż­czy­zna pra­cu­jący w parku krzyk­nął, jakaś kobieta gło­śno zaszlo­chała.

– Co się tam, na Boga…? – wyrwało się prze­ję­temu Żubrzyń­skiemu.

Sie­dząca _vis à vis_ wiel­kiego okna panna Tekla Pierz­chow­ska pobla­dła i osu­nęła się gwał­tow­nie na gruby dywan. Por­c­ko­lanko natych­miast rzu­cił się jej na ratu­nek; tym­cza­sem pani Teo­dora, zaj­mu­jąca miej­sce tuż obok syno­wicy, rap­tow­nie przy­ci­snęła dłoń do ust, zbla­dła i rów­nież omdlała. Hen­ryk z Dio­ni­zym jęli je pod­no­sić i deli­kat­nie okle­py­wać po śnież­no­bia­łych nagle policz­kach, a Kon­stan­cja z hra­biną, nie­ru­chome jak posągi na swo­ich krze­słach, wpa­try­wały się w wóz sto­jący na żwi­ro­wym ron­dzie, tuż pod oknem pry­wat­nego salo­niku Marii Wacławy.

Na drew­nia­nej pace, pokry­tej płó­cien­nymi wor­kami na mąkę, leżało ciało męż­czy­zny. Na jed­nej sto­pie, sztywno wysta­ją­cej zza szcze­bli, wciąż tkwił ele­gancki pół­but, choć w bar­dzo nieele­ganckim sta­nie, pod­czas gdy druga była bosa i nie­na­tu­ral­nie sina. Lniany letni gar­ni­tur pokry­wała zaschnięta sko­rupa krwi i kurzu; mod­nego wzoru w pasy można się było co naj­wy­żej domy­ślać. Nie­ru­choma, tru­pio blada twarz wykrzy­wiona była w paskud­nym gry­ma­sie.

_Na szczę­ście ktoś mu zamknął oczy_ – pomy­ślała prze­jęta Tata­re­wi­czówna.

Wzięła hra­binę pod rękę.

– Tak mi przy­kro – wyszep­tała. – Rozu­miem, że to panicz?

Sta­ruszka spoj­rzała na nią i z siłą, o jaką nikt by jej nie podej­rze­wał, wyrwała się Kon­stan­cji, rusza­jąc w stronę drzwi. Dziew­czyna bez słowa poszła jej śla­dem.

– Dio­nizy, pójdź za nimi – wyszep­tał pro­fe­sor, który wła­śnie uło­żył pannę Teklę na sofie, pod­czas gdy jej wciąż na wpół świa­doma ciotka zaj­mo­wała drugą. – Tam się pew­nie zaraz bar­dziej przy­dasz.

Nim medyk zerwał się na nogi i się­gnął po torbę, doszedł ich prze­raź­liwy krzyk. To bez wąt­pie­nia, choć z naru­sze­niem wszel­kich zasad, hra­bina Maria Wacława Woy-Mści­sław­ska krzy­czała imię swego wnuka.

Zzia­jany Dio­nizy Por­c­ko­lanko zna­lazł się tuż przy niej i pod­trzy­mu­ją­cej ją Kon­stan­cji, w chwili gdy sto­jący obok wozu niski i krępy chłop, w wie­lo­krot­nie łata­nych spodniach, lecz odświęt­nej koszuli, zaczął nie­skład­nie opo­wia­dać, co zaszło. Jedną ręką trzy­mał konia za uzdę, w dru­giej mię­to­sił czapkę. Spo­tka­nie z panią na Cia­no­wi­cach wiel­kie musiało wywo­łać w nim poru­sze­nie, bo ner­wowo prze­bie­rał nogami i co i raz opusz­czał głowę, jakby pod­świa­do­mie pod­kre­ślał swoje pod­dań­stwo wobec błę­kit­nej krwi i hra­biow­skiego tytułu, choćby już od jede­na­stu lat znie­sio­nego.

– Za pozwo­le­niem, jaśnie pani – tłu­ma­czył, nie­po­mny na jej lament – roz­py­ty­wali się tu ze dwora oneg­daj o pani­cza, to jakem go zna­lazł, hen w Smar­dzo­wi­cach, na polu, to tak od razu żem se pomy­śłał, co by go do pałacu przy­wieźć. Com buta się naszu­kał, to moje, ale musiał się w dia­bły stra­cić, bo go nikaj… – urwał spe­szony. – Ale by­naj­mniej nie o nagrodę mnie się roz­cho­dzi, pro­szę jaśnie pani hra­biny.

Medyk omi­nął go bez słowa i pod­szedł do wozu. Chwy­cił ciało mło­dego męż­czy­zny za zwi­sa­jącą bez­wład­nie rękę. Zamarł. Zaafe­ro­wany, potarł skroń i jesz­cze raz spraw­dził puls.

Bez­rad­nie spoj­rzał na sto­jącą tuż przy wozie hra­binę i pod­trzy­mu­jącą ją Kon­stan­cję.

– Nie­moż­liwe…

Pochy­lił się nad zasty­głym cia­łem i przy­ło­żył ucho do piersi.

Oparł się o dra­binki i znie­ru­cho­miał.

Wresz­cie odwró­cił się w stronę roz­pa­cza­ją­cej babki z dziw­nym wyra­zem twa­rzy.

– Pani hra­bino, pani wyba­czy moją bez­po­śred­niość, ale w medy­cy­nie nie mamy na to lep­szego okre­śle­nia. Pani wnuk jest po pro­stu pijany jak bela.

Jakby na potwier­dze­nie tych słów, sto­ją­cych prze­cież w sprzecz­no­ści z logiką wyda­rzeń, z ciała pani­cza nie­spo­dzie­wa­nie wydo­był się dźwięk abso­lut­nie nie­godny _gen­tle­mana_.

A potem, wie­dziony jakimś nie­zwy­kłym instynk­tem, Dio­nizy Por­c­ko­lanko zdą­żył zamor­ty­zo­wać upa­dek, gdy wie­kowe ciało Marii Wacławy, niczym pierw­szy pła­tek śniegu, bez­gło­śnie opa­dło na żwi­rową nawierzch­nię pała­co­wego pod­jazdu.Rozdział drugi, w którym coś się kończy, a coś zaczyna

Ewa­ryst Grze­bi­noga, wybitny śled­czy Czwar­tego Wydziału Śled­czo-Pości­go­wego Siód­mego Okręgu Kra­kow­skiego Poli­cji Pań­stwo­wej pochy­lił się nad cia­łem.

Wyjął kolej­nego Nila z papie­ro­śnicy i zacią­gnął się głę­boko.

_Zmarła musiała być kie­dyś pięk­no­ścią_ – pomy­ślał ze znu­że­niem. Wie­dziony jakimś nie­zro­zu­mia­łym odru­chem popra­wił ciemny kosmyk, który prze­sła­niał nie­wi­dzące już oczy.

_Tak, teraz jest lepiej. Kim­kol­wiek była, z pew­no­ścią ceniła sobie schlud­ność_.

Rozej­rzał się wkoło.

Wysoka sień kamie­nicy przy ulicy Krup­ni­czej 24 była czy­sta. Nie licząc kałuży zakrze­płej krwi, którą stra­ciła leżąca pod ścianą nie­zna­joma.

– Tuż obok, pod dwu­dzie­stym szó­stym, trwa remont. – Młody poste­run­kowy Józef Gaw­ry­luk dum­nie wypiął pierś. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że jeśli tylko sumienną pracą zdo­bę­dzie uzna­nie Grze­bi­nogi, jego kariera przy­spie­szy niczym auto­mo­bil. – Nie­jaki Mehof­fer Józef, malarz, lat sześć­dzie­siąt osiem, zaku­pił nie­ru­cho­mość z ogro­dem i prze­pro­wa­dza grun­towne prace. Stąd kręcą się tu różni robot­nicy. Jeden z nich mógł…

Grze­bi­noga pokrę­cił głową.

– Nie w nie­dzielę. A ciało leży tu mniej niż godzinę. – Spoj­rzał na zega­rek. Naj­now­szy model od Atlan­tica, według zapew­nień szwaj­car­skiego pro­du­centa wodo­od­porny, jak dotąd spra­wo­wał się bez zarzutu. – Mamy osiem­na­stą szes­na­ście. Stróż zna­lazł ciało za pięć szó­sta. Czyli…

– Czyli, panie komi­sa­rzu – Józef Gaw­ry­luk nie zmar­no­wał oka­zji, by kolejny raz zawal­czyć o świe­tlaną przy­szłość – ciało leżało tu nie dłu­żej niż dwa­dzie­ścia minut. Zgod­nie z zezna­niami stróża, to jest Mędla Mariana, lat czter­dzie­ści dwa, na piątą trzy­dzie­ści pod­je­chał auto­mo­bil po panie Wąsow­skie. Poma­gał im z waliz­kami, podobno jadą do wód.

_Takim to dobrze._ – Grze­bi­noga w mil­cze­niu zacią­gnął się papie­ro­sem. Na myśl o śledz­twie, które _inco­gnito_ pro­wa­dził jesz­cze wczo­raj w pen­sjo­na­cie na zamku w Pie­sko­wej Skale, gdzie dla kamu­flażu i on grał w _ten­nisa_, podzi­wiał rajd gór­ski w Ojco­wie, ba!, był nawet na jed­nym faj­fie, poczuł falę smutku.

_O co ci cho­dzi, Grze­bi­noga? Prze­cież roz­wią­za­łeś tę sprawę! Sam puł­kow­nik Jagrym-Male­szew­ski dzwo­nił z War­szawy z pochwa­łami, pie­przony Puciełko aż się skrę­cał, trząsł tą swoją tłu­stą dupą, choć nie wiem, czy z zazdro­ści, czy z rado­ści… A ty? Czemu się nie cie­szysz?_

Rzu­cił nie­do­pa­łek na sta­ran­nie zamie­cioną pod­łogę i z rezy­gna­cją spoj­rzał na prę­żą­cego się poste­run­ko­wego.

– Na razie nic tu po mnie. Pocze­kasz teraz na foto­grafa, a dopiero potem pozwo­lisz zabrać stąd ciało. Dopil­nuj, żeby dowieźli je pro­sto do samego Olgierda Sie­maszki. Niby przy­czyna śmierci jest oczy­wi­sta – wska­zał na nóż z wytartą drew­nianą ręko­je­ścią, ster­czący z piersi denatki – ale kto wie, może mistrz znaj­dzie coś jesz­cze.

Wycią­gnął z kie­szeni papie­ro­śnicę. Gaw­ry­luk pospie­szył z zapał­kami.

– Dzię­kuję – mruk­nął Ewa­ryst, zacią­ga­jąc się dymem. – Gdy tylko ziden­ty­fi­ku­je­cie zwłoki, dzwoń­cie do mnie. Mój adres zna­cie.

– Się wie, panie komi­sa­rzu! – Gaw­ry­luk aż pro­mie­niał.

– No! – Śled­czy wydmu­chał dym. – Teraz znaj­dzie­cie mnie u Woł­kow­skiego, w Espla­na­dzie, przy Pod­walu. Wpadnę tam na chwilę, mają świetną kawę.

– Tak jest, panie komi­sa­rzu! – Zasa­lu­to­wał poste­run­kowy. – Się robi, panie komi­sa­rzu!

I rzu­cił się do bramy, w któ­rej poja­wili się wła­śnie jacyś mło­dzi ludzie, miesz­ka­jący, jak usły­szał na odchodne Grze­bi­noga, pod czwórką.

* * *

– Pań­stwo wyba­czą, moi dro­dzy, ale twarz Zbi­gniewa… – Maria Wacława, wciąż wzbu­rzona, choć Por­c­ko­lanko, nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty, zaapli­ko­wał jej nie­wielką dawkę Lumi­nalu, tłu­ma­czyła się gościom.

– To ta mąka. – Etno­graf nie miał wąt­pli­wo­ści. – Naj­pew­niej z wor­ków, na któ­rych go poło­żono. Musiały nadać twa­rzy pani wnuka tę upiorną, śnieżną tona­cję. Swoją drogą – oży­wił się Żubrzyń­ski – czy sły­szeli pań­stwo o japoń­skim maki­jażu _shi­ro­nuri_? Pocho­dzi naj­praw­do­po­dob­niej z epoki Heian i wią­zał się z kul­turą gej… – urwał nagle, spe­szony.

Na szczę­ście żadna ze znaj­du­ją­cych się w salo­niku osób nie wyda­wała się tego dostrze­gać. Nikt też nie popro­sił go o ciąg dal­szy wykładu.

– Zapew­niam panią, że wszy­scy uzna­li­śmy pani­cza za zmar­łego – ode­zwała się Kon­stan­cja. – Ja oso­bi­ście nie krzy­cza­łam tylko dla­tego, że ze stra­chu ode­brało mi mowę.

Woy-Mści­sław­ska z wdzięcz­no­ścią pokle­pała ją po ręce.

– Dzię­kuję, moja droga. Rze­czy­wi­ście, nie widzę w waszych twa­rzach nagany. I choć w tym wieku opi­nia innych nie ma już dla mnie więk­szego zna­cze­nia, to prze­cież w waszych, moi dro­dzy, oczach nie chcia­ła­bym ucho­dzić za roz­hi­ste­ry­zo­waną.

Gdy tylko umil­kły zapew­nie­nia, że skądże znowu, pani hra­bino, i że w żad­nym wypadku i że do głowy im by to nie przy­szło, seniorka pocią­gnęła za aksa­mitny sznur.

– W takim razie wyświad­czą mi pań­stwo tę uprzej­mość i pozwolą ugo­ścić się dzi­siaj na kola­cji. Będzie co prawda skromna, spo­dzie­wa­li­śmy się prze­cie naj­gor­szego, ale nie może­cie mi, moi dro­dzy, odmó­wić tego zaszczytu.

* * *

Zapa­dła cisza. Orkie­stra jaz­zowa, którą ostat­nimi czasy zatrud­nił Woł­kow­ski, skoń­czyła wła­śnie grać _Yo-yo_, naj­now­szy prze­bój z rewii war­szaw­skiego Teatru Mor­skie Oko.

_Jest w tej pio­sence coś, co roz­dziera serce i dusi za gar­dło_.

Tań­czące jesz­cze przed momen­tem pary wra­cały na swoje miej­sca. Jed­nak nawet teraz, gdy zamiast foks­trota sły­chać było jedy­nie gwar przy­ci­szo­nych roz­mów i brzęk szkła, sie­dzący przy ulu­bio­nym sto­liku w naj­głęb­szym kącie sali, za to z dosko­na­łym wido­kiem na drzwi, Grze­bi­noga nie potra­fił zebrać myśli.

_A może to wcale nie miało związku z muzyką? Może_ – pomy­ślał – c_hodziło o leżące kil­ka­set metrów dalej zwłoki kobiety w gra­na­to­wej spód­nicy z naj­tań­szej bawełny, która ostat­nimi czasy zale­wała Rzecz­po­spo­litą? Może to kwe­stia tej wiel­kiej czer­wo­nej plamy na skrom­nej bia­łej bluzce? Spra­co­wa­nych dłoni i pół­bu­tów o wytar­tych noskach? A może po pro­stu kolejne ode­brane przed­wcze­śnie życie nie dawało mu teraz spo­koju?_

Nie zdą­żył dopić dru­giej kawy, gdy z morza papie­ro­so­wego dymu wyło­nił się poste­run­kowy.

– Panie komi­sa­rzu! – Zasa­lu­to­wał. – Udało się ziden­ty­fi­ko­wać zwłoki!

– Tak szybko? – zdzi­wił się Grze­bi­noga. – Zna­czy się, tutej­sza.

– W pew­nym sen­sie. – Gaw­ry­luk wciąż prę­żył się przed sto­li­kiem. – Foto­graf dora­dził, żeby temu Mędlowi, co to zwłoki zna­lazł i strasz­nie go od tego roz­te­le­pało, dać tro­chę wódki. Wal­nął dwie setki i zaraz doszedł do sie­bie na tyle, że był w sta­nie się ode­zwać. Powie­dział, że według niego zmarła miesz­kała obok, przy Krup­ni­czej dwa­dzie­ścia dwa. To czyn­szówka, ale bar­dzo zadbana. No to pole­cia­łem tam i popro­si­łem ich­niej­szego dozorcę o roz­po­zna­nie. Z cie­ka­wo­ści musiało go skrę­cać, bo ani razu nie zapro­te­sto­wał. Aż się rwał, panie komi­sa­rzu, żeby zoba­czyć ciało. Nawet mi się to podej­rzane wydało, ale cóż, ludzie są różni…. – pozwo­lił sobie na filo­zo­ficzną reflek­sję, lecz przy­na­glony wzro­kiem śled­czego wró­cił do skła­da­nia raportu. – Od razu ją roz­po­znał. Potwier­dził, że to tam­tej­sza loka­torka, nie­jaka Lechow­ska Anto­nina, lat trzy­dzie­ści sześć. Zamężna, dwoje dzieci. Miesz­kała pod ósemką.

Grze­bi­noga dopił dusz­kiem kawę, zacią­gnął się głę­boko i zga­sił uko­cha­nego Nila w popiel­niczce.

– Świetna robota, Gaw­ry­luk. A ciało?

– Zabrali przed chwilą na Grze­gó­rzecką, do samego Sie­maszki, jak pan komi­sarz…

– No to w takim razie – Ewa­ryst nie dał mu dokoń­czyć – musimy pójść roz­py­tać o naszą zmarłą.

Na Krup­ni­czej roiło się od ludzi. Nawet sto­jąc przy skrzy­żo­wa­niu z Kar­me­licką, widzieli tłum gapiów zgro­ma­dzo­nych przed żela­zną bramą po lewej.

– Coś mi mówi, że zaraz schwy­tamy zabójcę. – Grze­bi­noga mecha­nicz­nie popra­wił służ­bowy mun­dur.

– Pan komi­sarz ma na myśli, że wśród tych tam… – Prze­jęty Gaw­ry­luk wska­zał w stronę kamie­nicy, gdzie przed nie­spełna dwiema godzi­nami zna­le­ziono ciało. – Ow­szem, sły­sza­łem tę teo­rię. – Uśmiech­nął się i dum­nie wypiął pierś, choć aku­rat tego idący rów­nym kro­kiem śled­czy jedy­nie się domy­ślił. – Że zabójca zawsze wraca na miej­sce zbrodni.

Grze­bi­noga zaśmiał się pod nosem.

– Może i tak, Gaw­ry­luk, może i tak. Ja jed­nak mam taką swoją pry­watną teo­ryjkę: takie mor­der­stwa jak to, pełne namięt­no­ści, bo prze­cież jest w tym spo­so­bie zada­nia śmierci coś… – zawa­hał się – oso­bi­stego, co wiąże się choćby z bli­skim kon­tak­tem cie­le­snym z ofiarą…

– …rze­czy­wi­ście – wyrwało się zdu­mio­nemu poste­run­ko­wemu.

Tak, nie bez przy­czyny Grze­bi­noga cie­szył się taką estymą nie tylko w Kra­ko­wie, ale i w całej Mało­pol­sce.

– Więc w mojej opi­nii – Ewa­ryst jed­nak się­gnął po papie­rosa – sprawcy czę­sto należy szu­kać wśród naj­bliż­szych ofiary. Zresztą zaraz się prze­ko­namy. – Wska­zał na bramę trzy­pię­tro­wej kamie­nicy z dwoma wyku­szami, wień­czą­cymi krańce dru­giej kon­dy­gna­cji. – Pod ósemką?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wbiegł po scho­dach.

Na dru­gim pół­pię­trze musiał się zatrzy­mać. Z tru­dem łapał oddech. Przez wąskie okno klatki scho­do­wej wyj­rzał na podwórko. Ogromne drzewo wycią­gało w górę gałę­zie niczym czło­wiek modlący się do pier­wot­nego bóstwa.

_To miej­sce ma nie­zwy­kłą aurę. Może tutaj powinni miesz­kać arty­ści? Poeci, pisa­rze… Two­rzyć pod jed­nym dachem…_

Roze­śmiał się cicho, zasko­czony wła­snym tokiem myśle­nia.

_Ewa­ryst, ty głup­cze, co ci przy­cho­dzi do głowy?!_

* * *

Tym razem zebrali się w więk­szym gro­nie. Panicz Zbi­gniew, cudem odna­le­ziony i przy­wró­cony do życia dzięki moc­nej kawie, potrój­nej dawce Aspi­ryny i zim­nej kąpieli, co prawda pozo­stał w swoim apar­ta­men­cie, gdzie miał nabrać sił, wró­cić do zdro­wia oraz zasta­no­wić się nad sobą, jed­nak jego sio­stra Zofia wraz z mał­żon­kiem dołą­czyli do gości.

– Mówi­łem, sza­nowna pani – Por­c­ko­lanko nie mógł się powstrzy­mać – że ten pro­dukt od Bay­era to istne cudo! Dwie tabletki i od razu wygląda pani dosko­nale. Że pozwolę sobie na zawo­dową opi­nię… – dodał pod wpły­wem spoj­rze­nia Sła­wo­sza Miło­bęc­kiego i ner­wowo przy­gła­dził odsta­jący loczek.

– Jestem panu bar­dzo wdzięczny! – Wysoki sza­tyn w sza­rej dwu­rzę­do­wej mary­narce, rap­tem kilka lat od niego star­szy, uści­snął mu mocno dłoń. Zbyt mocno. – Zosia jest taka deli­katna. Bar­dzo źle znosi wszel­kie wstrząsy…

– Już, już – uspo­ko­iła go, tym samym odga­nia­jąc myśli zebra­nych od nie­szczę­snego powodu ich spo­tka­nia.

_Jeśli pani Teo­dora Pierz­chow­ska przy­po­mina Lodę Halamę, to jej córka jest jak Ina Benita_ – pomy­ślała Kon­stan­cja.

Dwu­dzie­sto­dwu­let­nia Zofia Miło­bęcka rze­czy­wi­ście miała fizjo­gno­mię gwiazdy fil­mo­wej: owalną twarz, wiel­kie nie­bie­skie oczy, pro­sty nos i zmy­słowo wykro­jone usta. Jed­no­cze­śnie dołeczki w policz­kach nada­wały jej posą­go­wej uro­dzie nieco figlarny wygląd. Ciemne włosy, obcięte zgod­nie z tren­dami do linii barku, spięła do góry dwiema spin­kami.

Na ich tle panna Pierz­chow­ska, która – ku zasko­cze­niu Tata­re­wi­czówny – nie prze­brała się do kola­cji i na­dal nosiła pro­stą, ciemną sukienkę, wyglą­dała szaro i mdło.

_Tekla ma nie­zwy­kłą umie­jęt­ność roz­pły­wa­nia się w powie­trzu. Jest jak mebel, na któ­rego nie zwraca się zbyt­niej uwagi. Ba, któ­rego w ogóle się nie zauważa! A może to nie dar, tylko prze­kleń­stwo?_

Śmie­chy dobie­ga­jące z ofi­cjal­nego salonu wyrwały Kon­stan­cję z zamy­śle­nia.

– Dosko­nała dyk­te­ryjka, panie Dio­nizy. Doprawdy! – Usły­szała roz­ba­wiony głos Marii Wacławy. – A teraz, moi dro­dzy, zapra­szam do jadalni. A ty, moja droga – zwró­ciła się do niej zado­wo­lona hra­bina – usią­dziesz dzi­siaj koło mnie.

Pani Teo­dora wska­zała drzwi po lewej, pro­wa­dzące bez­po­śred­nio z głów­nego salonu do rów­nie prze­stron­nej jadalni. Choć do pokoju wejść można było także od strony repre­zen­ta­cyj­nego hallu, na prze­ciw­le­głej ścia­nie znaj­do­wały się kolejne drzwi.

– Teo­dor Talow­ski – wyja­śniła – archi­tekt naszego domo­stwa i przy­le­ga­ją­cego do niego parku zapro­po­no­wał nam nie­zwy­kłe roz­wią­za­nie. Pro­szę sobie wyobra­zić, że tu, za tymi drzwiami – wska­zała na lewo – znaj­duje się… kuch­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij