Poezja erotyczna - ebook
„Poezja erotyczna” to tomik poezji wyłącznie dla pełnoletnich czytelników, którzy nie boją się erotyki i umieją dostrzec w niej elementy komedii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-201-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dziewica
Lśniące włosy, zdrowe lico,
Jak cudownie być dziewicą!
Lecz gdy przyjdzie co do czego,
nie namówisz jej do złego.
Rzadki bowiem to gatunek,
a ostatnio coraz rzadszy,
co za seks ma pocałunek,
nie każdemu to wystarczy.
Więc pomyśleć czasem trzeba,
że dziewica tobie nie da.
Nie każdego zadowoli,
że nie dotknie tam, gdzie boli.
To zajęcie konesera,
kto dziewicę chce rozbierać.
Trudno być pod jej spódnicą.
Wiem, bo sam jestem dziewicą.Pozycje
Różne pozy i pomysły,
rozpalają nasze zmysły,
na siedząco, czy z oparciem?
Wszystko to kończy się tarciem.
Na stojąco, a może świeca?
Ta pozycja Cię podnieca,
gdy partnerkę masz w zasięgu
swego ognistego kręgu.
Zgaś językiem jej płomienie,
wzrok się krztusi uniesieniem,
głowę twą kurczowo trzyma,
myśląc: „Zaraz mnie wydyma!”
Lady Makbet też zadziała,
gdy świadoma swego ciała
dama sama decyduje
o tym, jak głęboko czuje,
ty zaś mocno rozpalony,
trzymasz w ręku dwa balony.
Gdyś otyły i rozżalony,
że nie zaspokajasz żony,
z powodu ostrej lustrzycy,
nie dowidzisz jej miednicy,
niewidoczna jest łechtaczka,
tu działa pozycja „taczka”.
Gdy nogami Cię oplecie,
myszka zagra Ci na flecie,
A że dobrze skacze norka,
długo nie utrzymasz worka
i wypadną zeń prezenty.
O tym wie już każdy święty.
Gdy to robisz na pająka,
ale cierpisz, bo masz wzdęcia,
napar z kminku niech nasiąka,
aby uniknąć pierdnięcia.
Twarzą do siebie zwróceni,
dojdziecie na szczyt wtuleni.
Gdy jesteś analfabetą,
mężczyzną albo kobietą,
a twa kondycja fizyczna
przestała być dynamiczna,
polecam Ci pozycję „M”,
byście mieli piękny sen.
W tym celu, mój przyjacielu,
kładło się na plecach wielu.
Zginając nogi w kolanach,
tyłem zaś usiada dama,
oparta o twe kolana,
skacze do białego rana.
Przednia ściana podrażniona!
Z rozkoszy wyje zgubiona,
rękoma od tyłu oparta,
skacze i skacze uparta.
Przypomina miną czarta.
Dobrze wiem, choć tam nie byłem,
a ona jęczy i skacze tyłem.
Ty zaś twarzy jej nie widzisz,
prawdziwa dama skakać się wstydzi…
Odczuwasz pustkę w dłoniach,
gdy żona ujeżdża konia?
Jeśli trzymać chcesz za lejce,
hyc, mocno złap ją za ręce!
Tak złączeni, uniesieni,
dojedziecie do jesieni.Do mięsa!
Kocham mięso, proszę Pani.
Warzywa, to towar tani!
Ja do niego się nie zniżę!
Mówiąc to, skrzydełko liżę.
Ten ma psa, a tamta kota,
znowu naszła mnie ochota,
ślinka cieknie, że aż kwiczę!
To kanały przyrodnicze.
Tu bawoły, tam jelenie!
Mięsko zdrowe, że marzenie!
Nagle hipopotam czmycha,
widzę jego zad! Ach! Pycha!
Zrobiłbym z niego kiełbasę!
Jestem pewien, pierwszą klasę!
Bo to taka duża locha,
nad jej losem nie zaszlocham.
Zjadłbym nawet nosorożca,
wszak to afrykańska owca,
która z ciepła wyleniała,
jadła i nabrała ciała.
A ja kocham pełne kształty,
kiedy zad w górę zadarty,
gdy odstają rączo boczki,
a nóżki, niczym obłoczki.
Każde zwierzę bym utuczył,
zdrowej diety je nauczył!
Ja po prostu nie pojmuję,
gdy mięso z blachy wyjmuję,
czemu krzyczą już od rana:
„Nasz wróg — trzoda hodowlana!”
To, że krowa puści bąka,
gdy ten błąka się po łąkach,
a ci mordę drą: „Wywołane
tym są gazy cieplarniane!”
Krowa, świnia, jeden pies,
każdy pierdzi, nawet bies!
Żeby tak krzywdzić zwierzęta!
Ja szanuję je na święta.
Czyszczę, myję i masuję,
kroję, miażdżę lub gotuję,
tłukę, tnę, czasem ugniatam,
z każdym mięsem się zabratam!
Nikt nie ma tyle miłości
do mięsa, ja aż do kości!
Gdy jakieś zwierzę wymiera,
ja na grilla wnet spozieram.
Oby długo nie cierpiało,
empatia ogarnia me ciało.
Szybko sięgam po przyprawy,
w gotowaniu jestem wprawy,
U mnie nic się nie zmarnuje!
Nawet szczur dobrze smakuje.Pochwała minety
Nie zrozumiesz swej kobiety,
nie zrobiwszy jej minety.
Oto motto męża cnego,
swej kobiecie oddanego.
Bez lizania nie ma sensu,
zakradać się do kredensu,
by po cichu z dolnej szafki,
sięgać po swoje zabawki.
Nie da rady! Bez chlapania,
długa droga do jebania.
Każda babka w wieku kwiecie,
aż drży na myśl o minecie.
Jeśli jej zasmakowała,
niech się schowa nędzna pała,
która z gracją mechanika,
nie przewyższy sztuk języka.
Na nic próby twe daremne,
Ty nie chlapiesz? To nikczemne!
Pospolity z Ciebie zbój!
Lub po prostu zwykły chuj!
Kto w dolinie pojodłuje,
ten się szybko przekonuje,
jak smakują winorośla,
tylko szemraj w tych zaroślach!
Szuru-buru, szuru-buru,
słyszę tarcia dźwięk w oddali,
i już płaczę nad jej losem,
nic tej cipki nie ocali!
Jakiż ciężki żywot trusi,
jeśli chłop się nie pokusi,
by wylizać tu i tam,
cóż ja z wami chłopy mam!
Że namawiać czasem muszę,
piekielne są te katusze,
jeśli moja biedna picza,
woli język zamiast bicza.
Więc posłuchaj chłopcze mały,
nie obawiaj się tej czary,
lecz swe usta umocz w niej,
niech się spełni piękny sen.Magdusi
Ożenił się stary z młodą,
krótko cieszył się pogodą,
a że Magdy urok kusił,
umierając, szeptał: „Magdusi…”
Wszystko Magdzie się dostało,
choć własnych dzieci niemało
miał, a było co rozdawać,
słowem, nieciekawa sprawa.
Dzieci sprawę założyły,
lekarz zaś zajrzał do żyły
świętej pamięci zmarłego,
aby zbadać ciało jego.
Nie zmyliła go golizna,
„We krwi jest silna trucizna!”
We wsi całej aż zawrzało!
„Żeby tak bezcześcić ciało!
Piekła nie ma, o la Boga!”
I na wiochę spadła trwoga.
Sprawa szybko się rozniosła,
z ust do ust do uszu posła.
A że ze wsi tej pochodził,
chciał wyborcom swym dogodzić.
Więc wynajął detektywa,
żeby zbadał, co ukrywał
zmarły i jego rodzina.
Tu komedia się zaczyna.
Każdy obwinia każdego,
winę spycha na bliźniego.
Tylko Madzia głośno płacze:
„Już go więcej nie zobaczę!
Jam niewinna, jak ta owca!
Przyszła pora na makowca!”
Wszyscy jedzą, głośno mlaszczą,
tylko Madzia z pustą paszczą
bacznie wszystkich obserwuje.
Kto nie je, temu serwuje,
tak, by wszyscy spróbowali.
Zjedli. Nic ich nie ocali!
Każdy leży i się krztusi,
bo zatruty mak ich dusi.
Komu ziemia? Kogo kusi?
Wszyscy szepczą: Mak dusi, mak dusi…Kawa o poranku
O poranku los niemrawy,
zanim dotkną usta kawy,
a pobudki nie doczeka,
Ten, kto pije ją bez mleka.
Ledwiem wyszedł spod prysznica,
a tu podła prawda kica.
Tam, gdzie zwykle się ugina
jak lód od stópek pingwina,
szafka, w której trzymam kawę…
Nie ma nic! Popijaj trawę!
Trawę, to znaczy herbatę,
tak jak kocham swego tatę,
wolałbym wszak kawy się napić,
by poranka pustkę zabić!
„Co ja zrobię!” Wykrzykuję.
„Chyba mdleję, nic nie czuję!”
Nogi mam całkiem jak z waty!
Umysł dosyć niekumaty,
a za kwadrans uczeń dzwoni,
ucznia myśli nie dogoni.
Bo gdy kofeiny brak,
myślenie działa na wspak.
Myślę, myślę i nie wierzę.
Zupełnie jak w klatce zwierzę,
niczym świnia u koryta,
w myślach kofeinę chwytam!
Niczym niedźwiedź do pasieki,
z trudem unoszę powieki
by się zdobyć na myślenie,
Jak pokonać takie brzemię?
Nagle w głowie myśl zakwita,
sąsiadka kawą przywita,
bo to dobra jest kobita,
piękna, zgrabna i powabna,
bez humorów i bez sadła,
ona kawą poczęstuje,
może w czółko pocałuje
i ten dzień pięknym uczyni,
choć mam w talii obwód dyni.Do anestezjologa
Wszystkich wnet ogarnia trwoga
widząc anestezjologa,
który niesie ocalenie
poprzez trwałe znieczulenie.
Znieczulenie, nie znieczulicę,
anestezjolog uśpi dziewicę.
Nienasycona zaś fascynacja
znana jest jako resuscytacja,
gdy pacjentowi opada noga,
panuje zamęt i nie ma boga,
lęku i stresu jest przesilenie,
anestezjolog przywraca krążenie.
Nikt się umrzeć nie odważy,
nie dziś, nie na jego straży!
Śmierć umiera ze wściekłości:
„Ten lekarz nie zna litości!
Nigdzie przed nim się nie schowam!
To depresja oddechowa!”
Szanuj anestezjologa,
zwłaszcza, gdy opada noga,
nie upychaj swej podpaski,
nie zdejmuj tlenowej maski,
nie protestuj na te słowa:
_MEDYCYNA RATUNKOWA!_Uśmiech Mona Lisy
Mona Lisa? Mona liże?
Ja do tego się nie zniżę…
Żeby od samego rana
patrzeć na świat na kolanach.
Trochę krótka perspektywa,
gdy centymetrów ubywa.
Więc jak każda laska pusta,
Mona ma dziś pełne usta,
a do Ciebie puszcza oko,
myśląc: „Wezmę go głęboko!”
Minę tęgą ma, że hej!
Obraz namalował gej,
który kierował uczniami,
głownie machał ich pędzlami.
Mona Lisa dziś jest damą
osłoniętą szklaną ścianą,
więc gotową na afronty,
z tyłu ma dwa horyzonty…
Z przodu uśmiech ironiczny,
sarkastyczny, wręcz diaboliczny.
Patrzysz, a on Ci dopieka!
To dla Mony niezła beka!
Tylko wtedy jest to sztuka,
gdy artysta Cię oszuka!Perypetie ursynowskiej bogini
Gdzieś jest i każdy dobrze wie
świat, w którym baśń ta dzieje się.
Piękna królowa mieszka w nim,
opowieść tę pokaże mim.
Oczy otwarte, a brwi uniesione,
każdy Agnieszkę chciałby za żonę,
„Pani Agnieszko! Chodźmy na kijki!
Już od rana wołają lesbijki.
Nikt nie ogarnia, co tu się dzieje,
bo na Agnieszkę lecą też geje.
Jej mąż oszalał z czystej zazdrości.
Wygania z domu nawet jej gości.
Lico ma bowiem tak niebanalne,
że wzbudza myśli wręcz kanibalne!
Uroda królowej geometryczna,
cudna, kobieca, matematyczna.
A przy tym pachnie, jak orchidea,
na jej zapach masz twarz tropiciela.
A ruchy ma, niczym baletnica,
sunie nad ziemią, jak anielica.
Głos słodki, jak plastry miodu,
na jego dźwięk nie dajesz chodu,
kusi Cię jak morska syrena,
muzyka bowiem to jej arena.
Wystarczy, że z ust wypuści głoskę,
za całe słowo chcesz oddać wioskę,
A gdy usłyszysz jej całe zdanie,
uklęknąć przed nią chcesz na kolanie.
Ręce składasz patrząc w górę.
Ona to ma piękną skórę!
Zimą gorąca, nie poci się latem,
mieszka wysoko, lecz pachnie sadem.
Gdzieś mieszka, lecz gdzie? Ja wiem,
Agnieszka, lecz nie powiem wszem.
Olimpu nie zdradzę adresu!
Ja nie mam w tym interesu.
Byle kto się tam nie wedrze,
bo to na dwunastym piętrze.
Nie ujarzmisz piękna głodu,
jeśli do drzwi nie znasz kodu.
A pod drzwiami mąż waruje,
który z zazdrości wariuje.
Przy tym minę ma Cerbera,
gdy na Twoją twarz spoziera.
—
Noga za nogą, tak gładko pomyka,
jeszcze trzy kroki i w klatce znika.
Guzik przyciska, do windy wsiada,
czas chyba zadzwonić do sąsiada.
Z czystej sympatii i dla odnowy.
„Gdzie mój telefon komórkowy?
Czyżby pod ławą? Tam się nie zniżę!
Choć ruchy mam przecież całkiem chyże!
Zaraz! Chwilunia! Zawołam męża!
Niech po telefon zapuści węża!
Mężu! Hop! Hop! Hop! Niech mąż się spręża!
Odkąd kupiłam nowe mieszkanie,
coraz dłuższe się stało czekanie.
Powiem ci to, lecz nie mów nikomu,
że mąż mój wręcz nie opuszcza domu.
łańcuchem przykuł się do balkonu.
Łańcuch długością sięga kuwety.
Oj, co ja mówię! Do toalety.
Nie chce by poszła na mieście fama,
że u mnie w domu mieszkał Osama.
No w końcu jesteś, mam dość czekania!
Żal mi jest teraz starego mieszkania.”
Jej dłoń z marmuru dzierży smartfona.
„Szczęście, żem wyrozumiała żona!
Na sofie usiądź i się pohamuj!
Ty robisz ze mnie kobietę islamu?
Bo każda inna za takie czekanie
to na kolanie dałaby lanie!
A teraz cicho! Nic już nie gadaj!
Smartfon wybiera numer sąsiada.
Halo? Dzień dobry, tutaj Agnieszka,
Ta, która naprzeciwko mieszka.”
—
Szósta rano, budzik dzwoni,
męża z łoża czas pogonić!
Siku, zęby i do pracy,
heteroseksualni rodacy!
A gdy męża w domu nie ma,
szansa jest doświadczyć nieba.
nago chodzę i słucham Cher,
żrę słodycze, bo czas na żer.
Robię nic. Telefon głuchy.
Nie mam czasu na odsłuchy.
Włączam tryb samolotowy.
ja nie mam do tego głowy.
Do piętnastej tak od rana,
głowa myślą nieskalana,
ja nie kalam się myśleniem,
to się kończy zatwardzeniem.
Głównie siedzę, albo leżę,
wtedy bardzo mocno wierzę,
żem członkini tego rodu,
co nigdy nie dozna głodu.
Z palemką drinki popijam,
robiąc nic, ciut się obijam.
Świat nie widział takiej żony,
co ma wolne elektrony.
Lenistwo niesie na tacy,
gdy pozostali rodacy
robią głównie nadgodziny,
Ona szuka witaminy.
Na balkonie, spod barierki,
słychać jest ludzkie rozterki,
lecz ma wolne, nic nie czyni,
to ursynowska bogini.
—
Stojąc na pasach zerka wysoko,
na słońca blask przymyka oko,
dziś jest gorąco, więc wodę pije.
Widząc mój balkon myśli: „Czy żyje?”
Tyle empatii ma dla sąsiada,
choć na balkonie z nią nago gadam,
No prawie nago, kocem okryty,
dopiero wstałem, a umysł zryty.
Widzę jej kształty, łabędzią szyję,
widząc jej uśmiech czuję, że żyję.
Lśniące włosy, zdrowe lico,
Jak cudownie być dziewicą!
Lecz gdy przyjdzie co do czego,
nie namówisz jej do złego.
Rzadki bowiem to gatunek,
a ostatnio coraz rzadszy,
co za seks ma pocałunek,
nie każdemu to wystarczy.
Więc pomyśleć czasem trzeba,
że dziewica tobie nie da.
Nie każdego zadowoli,
że nie dotknie tam, gdzie boli.
To zajęcie konesera,
kto dziewicę chce rozbierać.
Trudno być pod jej spódnicą.
Wiem, bo sam jestem dziewicą.Pozycje
Różne pozy i pomysły,
rozpalają nasze zmysły,
na siedząco, czy z oparciem?
Wszystko to kończy się tarciem.
Na stojąco, a może świeca?
Ta pozycja Cię podnieca,
gdy partnerkę masz w zasięgu
swego ognistego kręgu.
Zgaś językiem jej płomienie,
wzrok się krztusi uniesieniem,
głowę twą kurczowo trzyma,
myśląc: „Zaraz mnie wydyma!”
Lady Makbet też zadziała,
gdy świadoma swego ciała
dama sama decyduje
o tym, jak głęboko czuje,
ty zaś mocno rozpalony,
trzymasz w ręku dwa balony.
Gdyś otyły i rozżalony,
że nie zaspokajasz żony,
z powodu ostrej lustrzycy,
nie dowidzisz jej miednicy,
niewidoczna jest łechtaczka,
tu działa pozycja „taczka”.
Gdy nogami Cię oplecie,
myszka zagra Ci na flecie,
A że dobrze skacze norka,
długo nie utrzymasz worka
i wypadną zeń prezenty.
O tym wie już każdy święty.
Gdy to robisz na pająka,
ale cierpisz, bo masz wzdęcia,
napar z kminku niech nasiąka,
aby uniknąć pierdnięcia.
Twarzą do siebie zwróceni,
dojdziecie na szczyt wtuleni.
Gdy jesteś analfabetą,
mężczyzną albo kobietą,
a twa kondycja fizyczna
przestała być dynamiczna,
polecam Ci pozycję „M”,
byście mieli piękny sen.
W tym celu, mój przyjacielu,
kładło się na plecach wielu.
Zginając nogi w kolanach,
tyłem zaś usiada dama,
oparta o twe kolana,
skacze do białego rana.
Przednia ściana podrażniona!
Z rozkoszy wyje zgubiona,
rękoma od tyłu oparta,
skacze i skacze uparta.
Przypomina miną czarta.
Dobrze wiem, choć tam nie byłem,
a ona jęczy i skacze tyłem.
Ty zaś twarzy jej nie widzisz,
prawdziwa dama skakać się wstydzi…
Odczuwasz pustkę w dłoniach,
gdy żona ujeżdża konia?
Jeśli trzymać chcesz za lejce,
hyc, mocno złap ją za ręce!
Tak złączeni, uniesieni,
dojedziecie do jesieni.Do mięsa!
Kocham mięso, proszę Pani.
Warzywa, to towar tani!
Ja do niego się nie zniżę!
Mówiąc to, skrzydełko liżę.
Ten ma psa, a tamta kota,
znowu naszła mnie ochota,
ślinka cieknie, że aż kwiczę!
To kanały przyrodnicze.
Tu bawoły, tam jelenie!
Mięsko zdrowe, że marzenie!
Nagle hipopotam czmycha,
widzę jego zad! Ach! Pycha!
Zrobiłbym z niego kiełbasę!
Jestem pewien, pierwszą klasę!
Bo to taka duża locha,
nad jej losem nie zaszlocham.
Zjadłbym nawet nosorożca,
wszak to afrykańska owca,
która z ciepła wyleniała,
jadła i nabrała ciała.
A ja kocham pełne kształty,
kiedy zad w górę zadarty,
gdy odstają rączo boczki,
a nóżki, niczym obłoczki.
Każde zwierzę bym utuczył,
zdrowej diety je nauczył!
Ja po prostu nie pojmuję,
gdy mięso z blachy wyjmuję,
czemu krzyczą już od rana:
„Nasz wróg — trzoda hodowlana!”
To, że krowa puści bąka,
gdy ten błąka się po łąkach,
a ci mordę drą: „Wywołane
tym są gazy cieplarniane!”
Krowa, świnia, jeden pies,
każdy pierdzi, nawet bies!
Żeby tak krzywdzić zwierzęta!
Ja szanuję je na święta.
Czyszczę, myję i masuję,
kroję, miażdżę lub gotuję,
tłukę, tnę, czasem ugniatam,
z każdym mięsem się zabratam!
Nikt nie ma tyle miłości
do mięsa, ja aż do kości!
Gdy jakieś zwierzę wymiera,
ja na grilla wnet spozieram.
Oby długo nie cierpiało,
empatia ogarnia me ciało.
Szybko sięgam po przyprawy,
w gotowaniu jestem wprawy,
U mnie nic się nie zmarnuje!
Nawet szczur dobrze smakuje.Pochwała minety
Nie zrozumiesz swej kobiety,
nie zrobiwszy jej minety.
Oto motto męża cnego,
swej kobiecie oddanego.
Bez lizania nie ma sensu,
zakradać się do kredensu,
by po cichu z dolnej szafki,
sięgać po swoje zabawki.
Nie da rady! Bez chlapania,
długa droga do jebania.
Każda babka w wieku kwiecie,
aż drży na myśl o minecie.
Jeśli jej zasmakowała,
niech się schowa nędzna pała,
która z gracją mechanika,
nie przewyższy sztuk języka.
Na nic próby twe daremne,
Ty nie chlapiesz? To nikczemne!
Pospolity z Ciebie zbój!
Lub po prostu zwykły chuj!
Kto w dolinie pojodłuje,
ten się szybko przekonuje,
jak smakują winorośla,
tylko szemraj w tych zaroślach!
Szuru-buru, szuru-buru,
słyszę tarcia dźwięk w oddali,
i już płaczę nad jej losem,
nic tej cipki nie ocali!
Jakiż ciężki żywot trusi,
jeśli chłop się nie pokusi,
by wylizać tu i tam,
cóż ja z wami chłopy mam!
Że namawiać czasem muszę,
piekielne są te katusze,
jeśli moja biedna picza,
woli język zamiast bicza.
Więc posłuchaj chłopcze mały,
nie obawiaj się tej czary,
lecz swe usta umocz w niej,
niech się spełni piękny sen.Magdusi
Ożenił się stary z młodą,
krótko cieszył się pogodą,
a że Magdy urok kusił,
umierając, szeptał: „Magdusi…”
Wszystko Magdzie się dostało,
choć własnych dzieci niemało
miał, a było co rozdawać,
słowem, nieciekawa sprawa.
Dzieci sprawę założyły,
lekarz zaś zajrzał do żyły
świętej pamięci zmarłego,
aby zbadać ciało jego.
Nie zmyliła go golizna,
„We krwi jest silna trucizna!”
We wsi całej aż zawrzało!
„Żeby tak bezcześcić ciało!
Piekła nie ma, o la Boga!”
I na wiochę spadła trwoga.
Sprawa szybko się rozniosła,
z ust do ust do uszu posła.
A że ze wsi tej pochodził,
chciał wyborcom swym dogodzić.
Więc wynajął detektywa,
żeby zbadał, co ukrywał
zmarły i jego rodzina.
Tu komedia się zaczyna.
Każdy obwinia każdego,
winę spycha na bliźniego.
Tylko Madzia głośno płacze:
„Już go więcej nie zobaczę!
Jam niewinna, jak ta owca!
Przyszła pora na makowca!”
Wszyscy jedzą, głośno mlaszczą,
tylko Madzia z pustą paszczą
bacznie wszystkich obserwuje.
Kto nie je, temu serwuje,
tak, by wszyscy spróbowali.
Zjedli. Nic ich nie ocali!
Każdy leży i się krztusi,
bo zatruty mak ich dusi.
Komu ziemia? Kogo kusi?
Wszyscy szepczą: Mak dusi, mak dusi…Kawa o poranku
O poranku los niemrawy,
zanim dotkną usta kawy,
a pobudki nie doczeka,
Ten, kto pije ją bez mleka.
Ledwiem wyszedł spod prysznica,
a tu podła prawda kica.
Tam, gdzie zwykle się ugina
jak lód od stópek pingwina,
szafka, w której trzymam kawę…
Nie ma nic! Popijaj trawę!
Trawę, to znaczy herbatę,
tak jak kocham swego tatę,
wolałbym wszak kawy się napić,
by poranka pustkę zabić!
„Co ja zrobię!” Wykrzykuję.
„Chyba mdleję, nic nie czuję!”
Nogi mam całkiem jak z waty!
Umysł dosyć niekumaty,
a za kwadrans uczeń dzwoni,
ucznia myśli nie dogoni.
Bo gdy kofeiny brak,
myślenie działa na wspak.
Myślę, myślę i nie wierzę.
Zupełnie jak w klatce zwierzę,
niczym świnia u koryta,
w myślach kofeinę chwytam!
Niczym niedźwiedź do pasieki,
z trudem unoszę powieki
by się zdobyć na myślenie,
Jak pokonać takie brzemię?
Nagle w głowie myśl zakwita,
sąsiadka kawą przywita,
bo to dobra jest kobita,
piękna, zgrabna i powabna,
bez humorów i bez sadła,
ona kawą poczęstuje,
może w czółko pocałuje
i ten dzień pięknym uczyni,
choć mam w talii obwód dyni.Do anestezjologa
Wszystkich wnet ogarnia trwoga
widząc anestezjologa,
który niesie ocalenie
poprzez trwałe znieczulenie.
Znieczulenie, nie znieczulicę,
anestezjolog uśpi dziewicę.
Nienasycona zaś fascynacja
znana jest jako resuscytacja,
gdy pacjentowi opada noga,
panuje zamęt i nie ma boga,
lęku i stresu jest przesilenie,
anestezjolog przywraca krążenie.
Nikt się umrzeć nie odważy,
nie dziś, nie na jego straży!
Śmierć umiera ze wściekłości:
„Ten lekarz nie zna litości!
Nigdzie przed nim się nie schowam!
To depresja oddechowa!”
Szanuj anestezjologa,
zwłaszcza, gdy opada noga,
nie upychaj swej podpaski,
nie zdejmuj tlenowej maski,
nie protestuj na te słowa:
_MEDYCYNA RATUNKOWA!_Uśmiech Mona Lisy
Mona Lisa? Mona liże?
Ja do tego się nie zniżę…
Żeby od samego rana
patrzeć na świat na kolanach.
Trochę krótka perspektywa,
gdy centymetrów ubywa.
Więc jak każda laska pusta,
Mona ma dziś pełne usta,
a do Ciebie puszcza oko,
myśląc: „Wezmę go głęboko!”
Minę tęgą ma, że hej!
Obraz namalował gej,
który kierował uczniami,
głownie machał ich pędzlami.
Mona Lisa dziś jest damą
osłoniętą szklaną ścianą,
więc gotową na afronty,
z tyłu ma dwa horyzonty…
Z przodu uśmiech ironiczny,
sarkastyczny, wręcz diaboliczny.
Patrzysz, a on Ci dopieka!
To dla Mony niezła beka!
Tylko wtedy jest to sztuka,
gdy artysta Cię oszuka!Perypetie ursynowskiej bogini
Gdzieś jest i każdy dobrze wie
świat, w którym baśń ta dzieje się.
Piękna królowa mieszka w nim,
opowieść tę pokaże mim.
Oczy otwarte, a brwi uniesione,
każdy Agnieszkę chciałby za żonę,
„Pani Agnieszko! Chodźmy na kijki!
Już od rana wołają lesbijki.
Nikt nie ogarnia, co tu się dzieje,
bo na Agnieszkę lecą też geje.
Jej mąż oszalał z czystej zazdrości.
Wygania z domu nawet jej gości.
Lico ma bowiem tak niebanalne,
że wzbudza myśli wręcz kanibalne!
Uroda królowej geometryczna,
cudna, kobieca, matematyczna.
A przy tym pachnie, jak orchidea,
na jej zapach masz twarz tropiciela.
A ruchy ma, niczym baletnica,
sunie nad ziemią, jak anielica.
Głos słodki, jak plastry miodu,
na jego dźwięk nie dajesz chodu,
kusi Cię jak morska syrena,
muzyka bowiem to jej arena.
Wystarczy, że z ust wypuści głoskę,
za całe słowo chcesz oddać wioskę,
A gdy usłyszysz jej całe zdanie,
uklęknąć przed nią chcesz na kolanie.
Ręce składasz patrząc w górę.
Ona to ma piękną skórę!
Zimą gorąca, nie poci się latem,
mieszka wysoko, lecz pachnie sadem.
Gdzieś mieszka, lecz gdzie? Ja wiem,
Agnieszka, lecz nie powiem wszem.
Olimpu nie zdradzę adresu!
Ja nie mam w tym interesu.
Byle kto się tam nie wedrze,
bo to na dwunastym piętrze.
Nie ujarzmisz piękna głodu,
jeśli do drzwi nie znasz kodu.
A pod drzwiami mąż waruje,
który z zazdrości wariuje.
Przy tym minę ma Cerbera,
gdy na Twoją twarz spoziera.
—
Noga za nogą, tak gładko pomyka,
jeszcze trzy kroki i w klatce znika.
Guzik przyciska, do windy wsiada,
czas chyba zadzwonić do sąsiada.
Z czystej sympatii i dla odnowy.
„Gdzie mój telefon komórkowy?
Czyżby pod ławą? Tam się nie zniżę!
Choć ruchy mam przecież całkiem chyże!
Zaraz! Chwilunia! Zawołam męża!
Niech po telefon zapuści węża!
Mężu! Hop! Hop! Hop! Niech mąż się spręża!
Odkąd kupiłam nowe mieszkanie,
coraz dłuższe się stało czekanie.
Powiem ci to, lecz nie mów nikomu,
że mąż mój wręcz nie opuszcza domu.
łańcuchem przykuł się do balkonu.
Łańcuch długością sięga kuwety.
Oj, co ja mówię! Do toalety.
Nie chce by poszła na mieście fama,
że u mnie w domu mieszkał Osama.
No w końcu jesteś, mam dość czekania!
Żal mi jest teraz starego mieszkania.”
Jej dłoń z marmuru dzierży smartfona.
„Szczęście, żem wyrozumiała żona!
Na sofie usiądź i się pohamuj!
Ty robisz ze mnie kobietę islamu?
Bo każda inna za takie czekanie
to na kolanie dałaby lanie!
A teraz cicho! Nic już nie gadaj!
Smartfon wybiera numer sąsiada.
Halo? Dzień dobry, tutaj Agnieszka,
Ta, która naprzeciwko mieszka.”
—
Szósta rano, budzik dzwoni,
męża z łoża czas pogonić!
Siku, zęby i do pracy,
heteroseksualni rodacy!
A gdy męża w domu nie ma,
szansa jest doświadczyć nieba.
nago chodzę i słucham Cher,
żrę słodycze, bo czas na żer.
Robię nic. Telefon głuchy.
Nie mam czasu na odsłuchy.
Włączam tryb samolotowy.
ja nie mam do tego głowy.
Do piętnastej tak od rana,
głowa myślą nieskalana,
ja nie kalam się myśleniem,
to się kończy zatwardzeniem.
Głównie siedzę, albo leżę,
wtedy bardzo mocno wierzę,
żem członkini tego rodu,
co nigdy nie dozna głodu.
Z palemką drinki popijam,
robiąc nic, ciut się obijam.
Świat nie widział takiej żony,
co ma wolne elektrony.
Lenistwo niesie na tacy,
gdy pozostali rodacy
robią głównie nadgodziny,
Ona szuka witaminy.
Na balkonie, spod barierki,
słychać jest ludzkie rozterki,
lecz ma wolne, nic nie czyni,
to ursynowska bogini.
—
Stojąc na pasach zerka wysoko,
na słońca blask przymyka oko,
dziś jest gorąco, więc wodę pije.
Widząc mój balkon myśli: „Czy żyje?”
Tyle empatii ma dla sąsiada,
choć na balkonie z nią nago gadam,
No prawie nago, kocem okryty,
dopiero wstałem, a umysł zryty.
Widzę jej kształty, łabędzią szyję,
widząc jej uśmiech czuję, że żyję.
więcej..