Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Pogański pan - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 czerwca 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Pogański pan - ebook

Siódmy tom bestsellerowej serii Bernarda Cornwella o losach bohaterskiego Uhtreda z Bebbanburga.

Na jej podstawie BBC realizuje serial

„Upadek królestwa”.

Najstarszy syn Uhtreda zostaje mnichem. Ojciec wyrzeka się go, odbiera mu imię Uhtred Uhtredson i nadaje nowe – Judasz. W gniewie Uhtred zabija niechcący szanowanego opata, za co zostaje wyklęty przez Kościół i wygnany. Klątwa spadnie także na tych, którzy pozostaną przy nim. Z garstką wiernych ludzi Uhtred wyrusza do Northumbrii, by odzyskać Bebbanburg...

Jak „Gra o tron”, ale prawdziwa.

„The Observer”

Bernard Cornwell tworzy najlepsze sceny batalistyczne spośród wszystkich pisarzy, których czytałem.

George R.R. Martin

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8135-817-0
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Nazwy geograficzne

W czasach anglosaskich sposób zapisu nazw geograficznych cechowała pewna dowolność – brakowało konsekwencji w pisowni, a nierzadko nawet zgody co do samej nazwy. I tak na przykład Londyn często określany był mianem Lundonii, Lundenbergu, Lundenne, Lundene, Lundenwicu, Lundenceasteru, a także Lundres. Bez wątpienia znajdą się czytelnicy, którzy będą zwolennikami innych wariantów nazw aniżeli te, których zdecydowałem się użyć w powieści* i których wykaz zamieszczam poniżej. W swoim wyborze kierowałem się zazwyczaj pisownią zaproponowaną w _Oxford Dictionary of English Place-Names_ lub w _Cambridge Dictionary of English Place-Names_ dla okresu przypadającego na lata panowania Alfreda, to jest 871–899. Mam jednak pełną świadomość, że nawet ta strategia czasami okazywała się zawodna. Przykładowo nazwa Hayling w 956 roku zapisywana była zarówno jako Heilincigae, jak i Haeglingaiggae. Przyznaję, że i ja nie zawsze byłem wierny przyjętemu kluczowi: wolałem posługiwać się współczesną nazwą Anglia niż staroangielskim terminem Englaland, a zamiast Nordhymbralond wybrałem Northumbrię, by uniknąć posądzenia o to, iż sugeruję, że granice tego historycznego królestwa były zbieżne ze współczesnymi granicami hrabstwa Northumberland. Dlatego poniższą listę nazw – jak i samą ich pisownię – cechuje swoista kapryśność.

-------------------- ---------------------------------------------------------------------------------
Aesca Ashdown, hrabstwo Berkshire
Afen rzeka Avon, hrabstwo Wiltshire
Beamfleot Benfleet, hrabstwo Essex
Bearddan Igge Bardney, hrabstwo Lincolnshire
Bebbanburg zamek Bamburgh, hrabstwo Northumberland
Bedehal Beadnell, hrabstwo Northumberland
Beorgford Burford, hrabstwo Oxfordshire
Botulfstan Boston, hrabstwo Lincolnshire
Buchestanes Buxton, hrabstwo Derbyshire
Ceaster Chester, hrabstwo Cheshire
Ceodre Cheddar, hrabstwo Somerset
Cesterfelda Chesterfield, hrabstwo Derbyshire
Cirrenceastre Cirencester, hrabstwo Gloucestershire
Wzgórza Coddeswold Cotswolds, hrabstwo Gloucestershire
Cumbraland Kumbria
Dunholm Durham, hrabstwo Durhamshire
Dyflin Dublin, Irlandia
Eoferwic York, hrabstwo Yorkshire
Ethandun Edington, hrabstwo Wiltshire
Exanceaster Exeter, hrabstwo Devonshire
Fagranforda Fairford, hrabstwo Gloucestershire
Farnea wyspy Farne, hrabstwo Northumberland
Flaneburg Flamborough, hrabstwo Yorkshire
Foirthe rzeka Forth, Szkocja
Gewaesc estuarium i zatoka Wash na wschodnim wybrzeżu Anglii
Gleawecestre Gloucester, hrabstwo Gloucestershire
Grimesbi Grimsby, hrabstwo Lincolnshire
Haithabu Hedeby, Dania
Liccelfeld Lichfield, hrabstwo Staffordshire
Lindcolne Lincoln, hrabstwo Lincolnshire
Lindisfarena Lindisfarne (Holy Island – Święta Wyspa), stanowi część hrabstwa Northumberland
Maerse rzeka Mersey
Pencric Penkridge, hrabstwo Staffordshire
Saefern rzeka Severn
Sceapig wyspa Sheppey, hrabstwo Kent
Snotengaham Nottingham, hrabstwo Nottinghamshire
Tameworthig Tamworth, hrabstwo Staffordshire
Teotanheale Tettenhall, zachodnio-środkowa Anglia
Tofeceaster Towcester, hrabstwo Northamptonshire
Uisc rzeka Exe
Wiltunscir hrabstwo Wiltshire
Wodnesfeld Wednesbury, zachodnio-środkowa Anglia
Wintanceaster Winchester, hrabstwo Hampshire
-------------------- ---------------------------------------------------------------------------------

* Z uwagi na funkcjonujące spolszczenia w tłumaczeniu postanowiono posługiwać się współczesnym terminem Londyn zamiast proponowanego przez autora Lundene. Ten sam zabieg zastosowano w przypadku Tamizy (w dosłownym tłumaczeniu: rzeka Temes) oraz Kornwalii (w oryginale: Cornwalum). (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).Rozdział pierwszy

Niebo było chmurne.

To bogowie tworzą niebo, ono odzwierciedla ich nastrój, który w tych dniach był pochmurny. Choć była pełnia lata, ze wschodu zacinał deszcz. Można by pomyśleć, że to zima. Dosiadłem Pioruna, mojego najlepszego wierzchowca. Był to czarny jak noc ogier, tylko wzdłuż jego zadu biegły pasma siwej sierści. Nadałem mu imię po ogromnym psie, którego kiedyś złożyłem w ofierze Thorowi. Niechętnie zabiłem psisko, lecz bogowie są surowi, żądają ofiar, a później o nas zapominają. Mój wierzchowiec był potężnym zwierzęciem, silnym i posępnym rumakiem bojowym, a ja tego chmurnego dnia wystąpiłem w pełni wojennej chwały. Miałem na sobie kolczugę oraz zbroję ze stali i skóry. U mojego lewego boku wisiał przypasany Oddech Węża, najlepszy z mieczy, chociaż do starcia z wrogiem, z którym miałem się zmierzyć, nie potrzebowałem ani miecza, ani tarczy, ani topora. Mimo wszystko wziąłem broń, bo Oddech Węża jest moim najlepszym towarzyszem. Nadal mam ten miecz. Kiedy umrę, co nastąpi już niedługo, ktoś zaciśnie moje palce na jego owiniętej rzemieniem, zużytej rękojeści, a on zaprowadzi mnie do Walhalli, do komnaty poległych, gdzie będę ucztować.

Dzień ten jednak jeszcze nie nadszedł.

Tego chmurnego letniego dnia siedziałem na koniu pośrodku błotnistej drogi i czekałem na wrogów. Słyszałem ich, ale nie widziałem. Oni z pewnością wiedzieli o mojej obecności.

Droga była na tyle szeroka, żeby pomieścić dwa mijające się wozy. Po obu stronach stały domy wzniesione z gliny i drewnianych prętów, pokryte strzechą z trzciny pociemniałej od deszczu i porosłej mchami. Błoto sięgało końskich pęcin, trakt pokrywały koleiny i nieczystości pozostawione przez wałęsające się samopas psy i wieprze. Przenikliwy wiatr marszczył wodę zebraną w koleinach i rozwiewał dym unoszący się nad dziurami w dachach chałup, niosąc zapach palonego drewna.

Towarzyszyło mi dwoje ludzi. Wyjechałem wprawdzie z Londynu z dwudziestoma dwoma wojownikami, ale w tej cuchnącej gównem, spowitej deszczem wiosce miałem do załatwienia prywatne sprawy, zostawiłem więc ich milę od tej mieściny. Na siwym ogierze siedział Osbert, mój najmłodszy syn. Skończył już dziewiętnaście lat, ubrany był w kolczugę, a u pasa miał miecz. Osiągnął wiek męski, chociaż ja nadal myślałem o nim jak o chłopcu. Bał się mnie tak samo, jak ja bałem się swojego ojca. Niektóre matki sprawiają, że ich synowie stają się miękcy, ale Osbert nie miał matki, a ja wychowywałem go surowo, bo mężczyzna musi być twardy. Świat jest pełen wrogów. Chrześcijanie mówią, że należy miłować nieprzyjaciół i nadstawiać drugi policzek. Chrześcijanie to głupcy.

Przy Osbercie stał Aethelstan, najstarszy bastard króla Edwarda z Wessexu. Miał tylko osiem lat, ale tak jak Osbert nosił kolczugę. Nie udało mi się nastraszyć Aethelstana. Próbowałem, ale tylko spojrzał na mnie swoimi zimnymi niebieskimi oczami i uśmiechnął się. Kochałem tego chłopaka równie mocno jak Osberta.

Obaj byli chrześcijanami. Prowadziłem beznadziejną walkę. W świecie pełnym śmierci, zdrady i nieszczęścia chrześcijanie zyskali przewagę. Dawnych bogów oczywiście nadal czczono, ale wycofali się oni do dolin otoczonych wysokimi zboczami, do odosobnionych miejsc, na mroźne obrzeża świata. Chrześcijaństwo zaś szerzyło się jak zaraza. Ukrzyżowany bóg jest potężny, przyznaję. Zawsze wiedziałem, że ma ogromną moc, i nie rozumiem, dlaczego moi bogowie pozwolili temu łajdakowi zwyciężyć – tak jednak się stało. On musi grać nieczysto. Innego wyjaśnienia nie znajduję. Ukrzyżowany bóg kłamie i oszukuje, a kłamcy i oszuści zawsze wygrywają.

Czekałem więc na tej błotnistej drodze, a Piorun grzebał ciężkim kopytem w kałuży. Na skórzany pancerz i kolczugę założyłem oblamowaną gronostajami pelerynę z granatowej wełny. Miałem też naszyjnik z młotem Thora i hełm zwieńczony figurką wilka. Rozpiąłem osłony policzkowe. Krople deszczu skapywały z ronda hełmu. W cholewy wysokich skórzanych butów napchałem szmacianych gałganów, żeby woda nie spływała do środka. Miałem też rękawice, a na ramionach złote i srebrne bransolety – naramienniki wodza, które zdobywa się, zabijając wrogów. Stawiłem się w całej swej wojennej chwale, choć wróg, z którym chciałem się zmierzyć, nie zasługiwał na takie przejawy szacunku.

– Ojcze – odezwał się Osbert – a jeśli…?

– Mówiłem coś do ciebie?

– Nie.

– Więc zamilcz – odburknąłem.

Nie miałem zamiaru zabrzmieć aż tak gniewnie, ale byłem rozgniewany. To był gniew bez ujścia, wściekłość skierowana przeciwko światu, przeciw głupiemu, szaremu światu. Bezsilna wściekłość. Wrogowie chowali się za zamkniętymi drzwiami i śpiewali. Słyszałem ich głosy, chociaż nie mogłem rozróżnić słów. Widzieli mnie, nie miałem co do tego wątpliwości, i wiedzieli, że właśnie moja obecność sprawiła, iż na drodze nie pojawiła się żywa dusza. Ludzie mieszkający w tej wiosce nie chcieli być w żaden sposób zamieszani w to, co miało się wydarzyć.

Sam nie wiedziałem, co się stanie, mimo że miałem przyczynić się do tego, co nastąpi. A może drzwi pozostaną zamknięte i wróg przyczai się wewnątrz tej przysadzistej drewnianej budowli? Bez wątpienia o to właśnie chciał zapytać Osbert. A jeśli wróg pozostanie w środku? Zapewne nie powiedziałby „wróg”. Zapytałby: „A jeśli oni pozostaną w środku?”.

– Jeżeli pozostaną w środku – odezwałem się – wyważę te przeklęte drzwi i wywlekę tego bękarta na zewnątrz. Wy dwaj zostaniecie tu i przytrzymacie Pioruna.

– Tak, ojcze.

– Pójdę z tobą – powiedział Aethelstan.

– Zrobisz dokładnie tak, jak rzekłem.

– Tak, panie – odparł z szacunkiem, ale wiedziałem, że się uśmiecha. Lekceważąco.

Nie obejrzałem się na niego, bo w tym momencie śpiewy ucichły. Czekałem. Po chwili drzwi się rozwarły.

I wtedy wyszli. Najpierw sześciu starszych mężczyzn, później młodzi, zobaczyłem, że ci młodsi patrzą na mnie, ale nawet widok rozgniewanego wodza Uhtreda w pełnej krasie nie zdusił ich radości. Uśmiechali się, klepali po plecach, obejmowali i wybuchali gromkim śmiechem.

Starsi mężczyźni byli poważni. Podeszli do mnie, ale ja się nie ruszyłem.

– Powiedziano mi, że jesteś lordem Uhtredem – rzekł jeden z nich.

Nosił brudną białą szatę przepasaną sznurem, miał siwe włosy i brodę, ogorzałą od słońca wąską twarz i głębokie bruzdy wokół oczu i ust. Włosy opadały mu poniżej ramion, a broda sięgała pasa. Pomyślałem, że ma twarz przebiegłą, ale budzącą szacunek. Musiał być kimś ważnym wśród duchownych, bo trzymał masywną laskę zwieńczoną ozdobnym srebrnym krzyżem.

Nie odpowiedziałem mu. Patrzyłem na młodszych mężczyzn. W większości byli to chłopcy albo młodzieńcy. Od ich czaszek, w miejscu wygolonych włosów, odbijało się blade światło dnia. Z budynku wyszła grupa starszych osób, domyśliłem się, że byli to rodzice tych chłopaków i młodych mężczyzn.

– Lordzie Uhtredzie – odezwał się znów starzec.

– Przemówię, kiedy będę gotów – odburknąłem.

– To niewłaściwe – odparł, wyciągając w moją stronę krzyż, jakby miało mnie to przestraszyć.

– Przepłucz swą cuchnącą gębę kozimi szczynami! – rzuciłem.

Zobaczyłem chłopaka, po którego tu przyjechałem, i ścisnąłem boki Pioruna piętami. Dwóch starców próbowało mnie zatrzymać, ale mój rumak kłapnął zębami, zmuszając ich do ucieczki. Nawet zbrojni we włócznie Duńczycy umykali przed Piorunem, nic dziwnego więc, że starcy też rozpierzchli się jak wróble.

Poprowadziłem ogiera w stronę grupki młodzieńców, nachyliłem się w siodle i chwyciłem młodzika w czarnej szacie. Podniosłem go, przerzuciłem przez siodło i dałem kolanami znak Piorunowi, żeby zawrócił.

I wtedy zaczęły się kłopoty.

Dwaj czy trzej młodsi mężczyźni próbowali mnie zatrzymać. Jeden z nich złapał za uzdę mojego rumaka, i to był jego błąd, poważny błąd. Koń trzasnął zębami, a młodzik krzyknął. Pozwoliłem rumakowi stanąć dęba i stratować go przednimi kopytami. Usłyszałem dźwięk kości łamiących się pod ciężkimi podkowami i zobaczyłem jasną krew. Piorun, przebierając kopytami, ruszył do przodu, gdyż został wyszkolony tak, żeby nie pozwolić wrogowi okaleczyć swoich tylnych nóg. Ścisnąłem mu boki piętami, ale zdążyłem jeszcze zobaczyć leżącego mężczyznę z zakrwawioną czaszką. Kolejny głupiec chwycił za mój prawy but, próbując ściągnąć mnie z siodła, wymierzyłem cios dłonią i uwolniłem się od niego. Do walki stanął też mężczyzna o długich włosach. Pobiegł za mną, krzycząc, że mam uwolnić jeńca, a później – jak dureń – zamachnął się ciężkim srebrnym krzyżem na długim drzewcu, celując w czoło Pioruna. Ale mój koń był szkolony do walki, więc zrobił unik, a ja wychyliłem się z siodła, złapałem za laskę i wyrwałem ją z rąk starca. Ten jednak nie rezygnował. Obrzucał mnie przekleństwami, złapał za uzdę i próbował zawrócić wierzchowca w stronę grupy młodych, zapewne z nadzieją, że ulegnę ich przewadze liczebnej.

Podniosłem drzewce i z całej siły uderzyłem. Użyłem grubszego końca niczym włóczni, nie wiedząc, że jest zakończony metalowym kolcem, zapewne by wbijać krzyż w ziemię. Zamierzałem tylko ogłuszyć gardłującego głupca, ale zamiast tego wbiłem mu bolec w głowę. Przebiłem mu czaszkę. Krew rozjaśniła ów ponury, pochmurny dzień. Na ten widok zaczęto wzywać chrześcijańskie niebiosa, a ja upuściłem drzewce. Mężczyzna ubrany w białą szatę, teraz poplamioną posoką, stał, chwiejąc się, otwierał i zamykał usta, z zaszklonymi oczami i krzyżem wbitym w głowę. Jego siwa broda zrobiła się czerwona, po chwili się przewrócił. Upadł martwy jak kamień.

– Opat! – wykrzyknął ktoś.

Spiąłem Pioruna i koń ruszył z kopyta, rozpędzając ostatnie grupki młodzików i zostawiając z tyłu ich krzyczące matki. Chłopak, którego uwoziłem przerzuconego przez siodło, próbował walczyć, uderzyłem go więc w skroń, gdy tylko wyjechaliśmy spośród ciżby na otwartą drogę.

To był mój syn. Mój najstarszy syn. Uhtred, syn Uhtreda. Nie zdążyłem przyjechać z Londynu na czas, by powstrzymać go przed staniem się mnichem. O jego decyzji dowiedziałem się od wędrownego kaznodziei, jednego z tych długowłosych klechów o zapuszczonych brodach i z obłędem w oczach, którzy naciągają głupców, żeby oddawali im srebro w zamian za błogosławieństwo.

– Chrześcijaństwo się raduje – powiedział, patrząc na mnie chytrze.

– Raduje się? Z czego? – zapytałem.

– Iż twój syn zostanie mnichem. Za dwa dni, słyszałem o tym w Tofeceasterze.

I tym właśnie zajmowali się ci chrześcijanie w swoim kościele, wyświęcaniem swoich czarowników, zmienianiem chłopców w ubranych na czarno klechów, którzy rozpowszechniają plugastwa, i mój syn, mój najstarszy syn, został przeklętym chrześcijańskim mnichem. Znów go uderzyłem.

– Ty łajdaku – rzuciłem. – Ty tchórzliwy łajdaku. Ty wiarołomny durniu.

– Ojcze… – zaczął.

– Nie jestem już twoim ojcem – odwarknąłem.

Powiozłem go drogą do miejsca, gdzie pod ścianą stodoły zalegała szczególnie cuchnąca sterta mokrego łajna. Wrzuciłem go w gnój.

– Nie jesteś już moim synem – rzekłem. – I nie nazywasz się Uhtred.

– Ojcze…

– Chcesz poczuć Oddech Węża na gardle?! – krzyknąłem. – Jeśli chcesz pozostać moim synem, zdejmij ten przeklęty czarny habit, wdziej kolczugę i rób, co każę.

– Służę Bogu.

– Więc wybierz sobie własne, przeklęte imię. Nie jesteś już Uhtredem Uhtredsonem. Osbercie! – zawołałem, obróciwszy się w siodle.

Młodszy syn skierował swojego ogiera w moją stronę. Wyglądał na zdenerwowanego.

– Ojcze?

– Od dziś nazywasz się Uhtred.

Chłopak spojrzał na brata, a później znów na mnie. Niechętnie przytaknął.

– Jak masz na imię? – zapytałem.

Nadal się wahał, ale widząc mój gniew, odpowiedział:

– Mam na imię Uhtred.

– Jesteś Uhtredem Uhtredsonem, moim jedynym synem – oznajmiłem.

Dawno temu to samo mnie się przytrafiło. Mój ojciec, imieniem Uhtred, nazwał mnie Osbertem, ale kiedy Duńczycy zabili mojego starszego brata, przyjąłem jego imię. W naszej rodzinie tak było od zawsze. Najstarszy syn nosi to imię. Moja macocha, głupia kobieta, nawet po raz drugi mnie ochrzciła, mówiąc, że aniołowie strzegący bram niebios nie rozpoznają mnie pod nowym imieniem, zostałem więc zanurzony w beczce z wodą, ale chrześcijaństwo spłynęło po mnie – niebiosom niech będą dzięki – odkryłem dawnych bogów i od tamtej pory ich czczę.

Dogoniło nas pięciu starszych duchownych. Dwóch z nich znałem: byli to bliźniacy Ceolnoth i Ceolberht. Jakieś trzydzieści lat temu razem ze mną zostali zakładnikami w Mercji. Duńczycy pojmali nas, gdy byliśmy chłopcami. Ja przywitałem to zrządzenie losu z otwartymi ramionami, ale bliźniacy nie mogli się z tym pogodzić. Teraz byli starzy, dwaj identyczni mnisi o masywnej budowie ciała, siwiejących brodach i sinych ze złości, okrągłych obliczach.

– Zabiłeś opata Wihtreda! – rzucił w moją stronę jeden z braci.

Był wściekły, roztrzęsiony, ze złości wyrażał się bez ładu i składu. Nie miałem pojęcia, z którym bliźniakiem mam do czynienia, nigdy nie potrafiłem ich rozróżnić.

– A ojciec Burgred ma zmasakrowaną twarz – powiedział drugi.

Zrobił ruch, jakby zamierzał chwycić Pioruna za uzdę, szybko więc obróciłem konia i pozwoliłem, aby napędził im stracha żółtymi zębiskami, które wcześniej poharatały buźkę świeżo wyświęconego mnicha. Bracia się cofnęli.

– Opata Wihtreda – powtórzył imię pierwszy bliźniak. – Najświętszego z ludzi chodzących po ziemi!

– Zaatakował mnie – odparłem.

Prawdę powiedziawszy, nie miałem zamiaru zabijać starca, ale nie było sensu im o tym mówić.

– Odpokutujesz za to! – zawołał jeden z braci. – Będziesz przeklęty na wieki!

Drugi wyciągnął rękę do nieszczęsnego chłopaka leżącego w gnoju.

– Ojcze Uhtredzie – powiedział.

– Nie nazywa się już Uhtred – burknąłem – a jeśli ośmieli się używać tego imienia – spojrzałem na niego i ciągnąłem: – odnajdę go i rozpruję mu brzuch do kości, po czym nakarmię jego tchórzliwymi flakami moje wieprze. Nie jest moim synem. Nie jest godzien być moim synem.

Człowiek niegodny bycia moim synem, cały przemoczony, wygramolił się ze sterty nieczystości, ociekając łajnem. Spojrzał na mnie.

– Więc jak się nazywam? – zapytał.

– Judasz – odparłem z drwiną.

Zostałem wychowany jako chrześcijanin i musiałem wysłuchiwać wszystkich tych ich historyjek, pamiętałem więc, że mężczyzna o imieniu Judasz zdradził ukrzyżowanego boga. Nigdy nie potrafiłem tego pojąć. Ten bóg musiał zginąć na krzyżu, żeby zostać ich zbawicielem, a teraz chrześcijanie obwiniają człowieka, który umożliwił mu wypełnienie jego przeznaczenia. Uważałem, że powinni raczej otoczyć go czcią jak świętego. Ale oni napiętnowali go jako zdrajcę.

– Judasz – powtórzyłem zadowolony, że zapamiętałem to imię.

Chłopak, który był kiedyś moim synem, kiwnął głową.

– Od teraz… – powiedział do bliźniaków – chcę, żeby nazywano mnie Judasz.

– Nie możesz przybrać imienia… – zaoponował Ceolnoth albo Ceolberht.

– Jestem ojcem Judaszem – powtórzył chłopak.

– Będziesz ojcem Uhtredem! – krzyknął do niego jeden z braci, a potem wskazał na mnie. – On nie ma tu żadnej władzy! Jest poganinem, wyrzutkiem znienawidzonym przez Boga!

Cały trząsł się z wściekłości, ledwie był w stanie mówić, ale wziął głęboki oddech, zamknął oczy i podniósł obie ręce ku zachmurzonemu niebu.

– O Boże! – zawołał. – Ześlij swój gniew na tego grzesznika! Ukarz go! Zniwecz jego ciało, niech powali go choroba! Okaż swoją moc! O Panie! – Jego krzyk zmienił się w pisk. – W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, przeklinam tego człowieka i cały jego ród.

Wziął oddech, a ja dałem znak Piorunowi, ściskając go kolanem, i wierzchowiec podszedł do tego pomstującego głupca. Byłem równie wściekły, jak bliźniacy.

– Przeklnij go, o Panie! – zawołał mnich. – Okaż miłosierdzie i go poniż! Przeklnij go i ród jego, niech nigdy nie zaznają Twej łaski! Ukarz go, ześlij na niego plugastwo, ból i nędzę!

– Ojcze! – krzyknął człowiek, który niegdyś był moim synem.

Aethelstan się zaśmiał. Uhtred, mój jedyny syn, wydał stłumiony okrzyk.

Bo kopnąłem tego pomstującego głupiego mnicha. Wysunąłem prawą stopę ze strzemienia i z całej siły uderzyłem ciężkim butem, potok słów nagle się przerwał, zastąpiła go krew na wargach. Mężczyzna zatoczył się w tył, prawą dłonią dotykając okaleczonych ust.

– Wypluj zęby – rozkazałem, a kiedy nie chciał posłuchać, zacząłem wyciągać Oddech Węża z pochwy.

Wypluł na ziemię mieszaninę krwi, plwocin i potrzaskanych zębów.

– Jak się nazywasz? – zapytałem drugiego bliźniaka.

Gapił się na mnie z szeroko rozdziawioną gębą, po czym odzyskał przytomność.

– Ceolnoth – odpowiedział.

– Przynajmniej teraz będę was rozróżniał – rzekłem.

Nawet nie spojrzałem na ojca Judasza. Po prostu odjechałem.

Pojechałem do domu.

Możliwe, że klątwa Ceolberhta zadziałała, bo zastałem tam śmierć, spaleniznę i ruiny.

Kanut Ranulfson najechał mój dwór. Podpalił zabudowania. Wymordował ludzi. Porwał Sigunn.

To nie miało żadnego sensu. Moje włości leżały w pobliżu Cirrenceastre, w głębi Mercji. Banda Duńczyków na koniach zapędziła się aż tak daleko w głąb lądu, narażając się na bitwę i pojmanie tylko po to, żeby mnie zaatakować. To byłem w stanie zrozumieć. Zwycięstwo nad Uhtredem zapewniłoby mu sławę, skłoniłoby bardów do układania pieśni o triumfie, ale oni napadli na dwór, kiedy siedziba była niemal pusta. Musieli przecież wcześniej wysłać zwiadowców. Mogli przekupić miejscowych, by dla nich szpiegowali i donosili, kiedy jestem na miejscu, a kiedy mnie nie ma, i ci szpiedzy z pewnością poinformowaliby ich, że zostałem wezwany do Londynu, żeby doradzić ludziom króla Edwarda w sprawie murów obronnych. A jednak zaryzykowali atak na niemal pusty dwór. To nie miało żadnego sensu.

I porwali Sigunn.

Była moją kobietą. Nie żoną. Od śmierci Giseli nie wziąłem sobie nowej żony, choć miewałem kochanki. Aethelflaed stała się moją kochanką, ale ona była żoną innego mężczyzny i córką zmarłego króla Alfreda, nie mogliśmy żyć ze sobą jak mąż i żona. Za to Sigunn ze mną żyła i Aethelflaed o tym wiedziała.

– Gdyby nie było Sigunn, byłaby inna – powiedziała mi pewnego dnia.

– Może kilkanaście innych – odparłem.

– Może.

Wziąłem do niewoli Sigunn w Beamfleot. Jest Dunką, smukłą, bladolicą, ładną Dunką, która opłakiwała śmierć męża, kiedy wyciągnąłem ją z wypełnionego krwią rowu przeciwzalewowego. Żyliśmy ze sobą niemal od dziesięciu lat, traktowałem ją z szacunkiem i obwieszałem złotem. Była panią mojego dworu, a teraz zniknęła. Porwał ją Kanut Ranulfson, Kanut Długi Miecz.

– To się wydarzyło trzy ranki temu – powiedział mi Osferth.

Był nieślubnym synem króla Alfreda, który próbował uczynić z niego księdza, ale chociaż chłopak miał twarz i umysł kleryka, wolał zostać wojownikiem. Był ostrożny, skrupulatny, inteligentny, godny zaufania i rzadko tracił cierpliwość. Przypominał ojca, a z wiekiem stawał się do niego coraz bardziej podobny.

– A zatem w niedzielę rano – odparłem posępnie.

– Wszyscy byli wtedy w kościele, panie – wyjaśnił Osferth.

– Z wyjątkiem Sigunn.

– Ponieważ nie jest chrześcijanką, panie – odparł, a ja wyczułem przyganę w jego głosie.

Finan – mój przyjaciel, który przejmował dowództwo, gdy opuszczałem dwór – zabrał dwudziestu mężczyzn, żeby wzmocnić straż Aethelflaed w czasie objazdu Mercji. Robiła przegląd burhów strzegących Mercji przed Duńczykami, a zapewne też oddawała się pobożnym praktykom w rozsianych po całym państwie kościołach. Jej mąż Aethelred niechętnie opuszczał bezpieczną siedzibę w Gleawecestre, więc Aethelflaed wypełniała należące do niego obowiązki. Miała własnych wojowników, którzy jej strzegli, ale mimo to obawiałem się o jej bezpieczeństwo. Nie ze strony mieszkańców Mercji, bo oni ją kochali, lecz ze strony popleczników Aethelreda. Nalegałem więc, aby wzięła ze sobą Finana i jego dwudziestu ludzi. Pod nieobecność Irlandczyka Osferth dowodził więc oddziałami strzegącymi Fagranfordy. Zostawił sześciu zbrojnych, żeby pilnowali dworu, stodół, stajni i młyna. I tych sześciu ludzi powinno w zupełności wystarczyć, bo moja posiadłość leży daleko od północnych ziem, opanowanych przez Duńczyków.

– Siebie o to obwiniam – odezwał się Osferth.

– Sześciu to aż nadto – odparłem.

I wszyscy oni polegli, podobnie jak Herric, mój kaleki zarządca, oraz trzech innych służących. Zniknęło czterdzieści czy pięćdziesiąt koni, a dwór spalono. Niektóre ściany nadal stały – zniszczone, wypalone pnie, ale ze środkowej części budynku została tylko kupa popiołu. Duńczycy pojawili się nagle, wyłamali wrota, zabili Herrica i wszystkich, którzy próbowali stawić im opór, po czym pojmali Sigunn i odjechali.

– Wiedzieli, że wszyscy będziecie w kościele – powiedziałem.

– Dlatego właśnie zrobili to w niedzielę – dokończył myśl Sihtric, jeden z moich ludzi.

– Wiedzieli też, że ty nie będziesz brał udziału w mszy – zauważył Osferth.

– Ilu ich było? – zapytałem.

– Około czterdziestu–pięćdziesięciu – odparł cierpliwie Osferth.

Już kilkanaście razy go o to pytałem.

Duńczycy nie dokonują takich najazdów dla rozrywki. Istniało mnóstwo saskich dworów i gospodarstw, do których bez trudu dotarliby ze swoich ziem, ale oni podjęli ryzyko zapuszczenia się w głąb Mercji. Z powodu Sigunn? Ona przecież nic dla nich nie znaczyła.

– Przyjechali, żeby zabić ciebie, panie – zasugerował Osferth.

W takim wypadku Duńczycy najpierw wysłaliby kogoś na przeszpiegi, przepytaliby napotkanych podróżnych, wiedzieliby, że zawsze towarzyszy mi co najmniej dwudziestu zbrojnych. Postanowiłem nie brać ich do Tofeceasteru, gdzie zamierzałem ukarać człowieka, który był moim synem, bo wojownik nie potrzebuje dwudziestu ludzi do poradzenia sobie z gromadą mnichów. Mój syn i chłopak byli wystarczającym wsparciem. Ale Duńczycy nie mogli wiedzieć, że jestem w Tofeceasterze, sam nie wiedziałem, iż się tam udam, dopóki nie usłyszałem, że mój przeklęty syn zamierza zostać chrześcijańskim czarownikiem. A jednak Kanut Ranulfson naraził życie swoich ludzi w długim, bezsensownym rajdzie – mimo ryzyka spotkania z moimi wojownikami. Miałby nade mną przewagę liczebną, ale poniósłby ciężkie straty. A przecież zawsze ważył ryzyko i nie narażał się głupio na zbyteczne niebezpieczeństwo. Nic z tego nie miało sensu.

– Jesteś pewien, że to był Kanut Ranulfson? – zapytałem Osfertha.

– Mieli jego chorągiew, panie.

– Topór ze złamanym krzyżem?

– Tak, panie.

– A gdzie jest ojciec Kutbert?

Trzymam u siebie księży. Nie jestem chrześcijaninem, ale ukrzyżowany bóg zyskał taką popularność, że większość moich ludzi wyznaje chrześcijaństwo, i w tym czasie Kutbert był moim kapłanem. Lubiłem go. Syn kamieniarza. Był tyczkowaty i niezdarny, ożenił się z wyzwoloną niewolnicą o osobliwym imieniu Mehrasa. Tę ciemnoskórą piękność pojmano na jakimś dziwnym, odległym południowym lądzie i przywieziono do Brytanii. Handlarz niewolników, który ją sprowadził, zginął od mojego miecza. Mehrasa zawodziła i krzyczała, że jej mąż jest zgubiony.

– Dlaczego nie było go w kościele? – zastanawiał się Osferth.

W odpowiedzi otrzymał tylko wzruszenie ramion.

– Dupczył się z Mehrasą? – zapytałem kwaśno.

– Czy nie zawsze tak robi? – W głosie Osfertha znów pobrzmiewała dezaprobata.

– Więc gdzie on jest? – ponowiłem pytanie.

– Może oni go zabrali? – zasugerował Sihtric.

– Zazwyczaj zabijają księży, zamiast brać ich w niewolę – odparłem.

Zbliżyłem się do spalonego domostwa. Ludzie grabili popiół, wywlekali zwęglone, dymiące się belki. Może tam kryje się zeschnięte, sczerniałe ciało Kutberta.

– Opowiedz mi, co widziałeś. – Zażądałem, żeby Osferth ponownie powtórzył swoją relację.

Po raz kolejny cierpliwie opowiedział przebieg wydarzeń. Był w kościele, kiedy usłyszał niepokojące okrzyki dochodzące z mojego dworu. Wyszedł ze świątyni i zobaczył dym unoszący się na tle letniego nieba, ale zanim zebrał ludzi i dosiadł konia najeźdźcy zdążyli już odjechać. Ruszył w pościg i zdążył dostrzec Sigunn między porywaczami odzianymi w poczerniałe kolczugi.

– Miała na sobie białą sukienkę, panie, tę, którą lubisz.

– Nie zauważyłeś ojca Kutberta? – zapytałem.

– Był ubrany na czarno, tak jak większość jeźdźców, panie, możliwe więc, że go nie rozpoznałem. Nie udało mi się do nich zbliżyć. Pędzli jak wicher.

Pośród popiołu ukazały się kości. Kiedy przeszedłem przez miejsce, w którym niegdyś stały drzwi główne – pozostały po nich tylko dwa pale – poczułem smród spalonego ciała. Kopnąłem leżącą obok zwęgloną belkę i pod popiołem ujrzałem harfę. Dlaczego nie spłonęła? Struny zmieniły się w czarne kikuty, ale rama pozostała nietknięta. Pochyliłem się, żeby wyjąć instrument, kiedy jednak wziąłem go w dłoń, ciepłe drewno rozkruszyło mi się w rękach.

– Co się stało z Oslikiem? – zapytałem.

Oslic był harfistą, bardem, który śpiewał wojenne pieśni w moim dworze.

– Zabili go, panie.

Mehrasa zaczęła głośniej łkać na widok kości, które wyłoniły się spod popiołu.

– Powiedz jej, żeby się zamknęła! – warknąłem.

– To są kości psów, panie – powiedział człowiek z grabiami, skłaniając się w moją stronę.

Dworskich psów, które Sigunn tak kochała. To były małe teriery, znakomite do tępienia szczurów. Mężczyzna wydobył stopiony srebrny półmisek spod popiołu.

– Nie przyjechali, żeby mnie zabić – odezwałem się, nie odrywając wzroku od żeber psa.

– Kogóż więc? – zapytał Sihtric, który kiedyś był moim sługą, a wtedy należał do służących mi wojowników, i to dobrych.

– Przyjechał po Sigunn – odparłem, bo nie znajdowałem innego wytłumaczenia.

– Ale dlaczego, panie? Przecież nie jest twoją żoną.

– Wie, że mi na niej zależy, a to znaczy, że czegoś ode mnie chce.

– Kanut Długi Miecz? – zapytał złowieszczym tonem.

Sihtric nie był tchórzem. Odziedziczył po swoim ojcu Kjartanie Okrutnym umiejętność obchodzenia się z bronią. Stał obok mnie w murze tarcz, doskonale więc wiedziałem, że jest odważny, a mimo to usłyszałem niepokój w jego głosie, kiedy wymawiał imię Kanuta. Trudno się dziwić. Kanut Ranulfson stał się legendą na terenach opanowanych przez Duńczyków. Był drobnym, bardzo chudym mężczyzną o niezwykle jasnej skórze i włosach białych jak śnieg, choć nie był starcem. Musiał mieć wtedy jakieś czterdzieści lat, czyli był już dość stary, ale miał siwe włosy od dnia swoich narodzin. Od dnia, w którym pojawił się na świecie. Był też przebiegły i bezwzględny. Jego miecza, Lodowej Furii, obawiano się od północnych wysp do południowego wybrzeża Wessexu, a jego sława przyciągała pragnących mu służyć wojowników nawet zza morza. Ze swoim przyjacielem Sigurdem Thorrsonem należeli do największych duńskich lordów w Northumbrii, a ich ambicją było zdobycie pozycji najpotężniejszych panów Brytanii, mieli jednak przeciwnika, który stale im to udaremniał.

A teraz Kanut Ranulfson – Kanut Długi Miecz – wojownik, którego otaczał największy strach w Brytanii, porwał kobietę tego przeciwnika.

– Chce czegoś – powtórzyłem.

– Ciebie? – zapytał Osferth.

– Dowiemy się tego – powiedziałem, i tak zrobiliśmy.

Odkryliśmy, czego chciał Kanut Ranulfson jeszcze tego samego wieczoru, kiedy ojciec Kutbert wrócił do domu. Księdza przywiózł kupiec handlujący skórami zwierzęcymi, który wziął Kutberta na swój wóz. Powiadomiła nas o tym Mehrasa. Zaczęła krzyczeć.

Byłem w wielkiej stodole, której Duńczycy nie zdążyli spalić, wykorzystałem więc ten budynek jako tymczasową siedzibę do czasu odbudowania dworu. Doglądałem ludzi budujących kamienne palenisko, kiedy usłyszałem krzyk, wybiegłem na zewnątrz i zobaczyłem wóz toczący się drogą. Mehrasa szarpała męża, a Kutbert wymachiwał długimi, chudymi ramionami. Kobieta wrzeszczała na całe gardło.

– Cisza! – ryknąłem.

Moi ludzie wyszli za mną przed stodołę. Handlarz skórami zatrzymał wóz i padł na kolana, kiedy się zbliżyłem. Wyjaśnił, że znalazł ojca Kutberta na północy.

– Był w Beorgfordzie, panie – powiedział – przy rzece, rzucali w niego kamieniami.

– Kto rzucał kamieniami?

– Chłopcy, panie. Po prostu bawiący się chłopcy.

A więc Kanut zapewne przejeżdżał przez bród i tam wyrzucił księdza. Długa szata Kutberta była poplamiona błotem i podarta, a jego czaszkę pokrywały strupy.

– Co zrobiłeś tym chłopcom? – zapytałem handlarza.

– Tylko ich przegoniłem, panie.

– A jego gdzie znalazłeś?

– W sitowiu, panie. Nad rzeką. Płakał.

– Ojcze Kutbercie – rzekłem, podchodząc do wozu.

– Panie! Panie! – zawołał, chwytając mnie za rękę.

– Nie mógł płakać – odparłem handlarzowi. – Osfercie! Wypłać temu człowiekowi pieniądze. – Wskazałem na wybawiciela księdza. – Nakarmimy cię i pozwolimy koniom odpocząć przez noc w stajni.

– Panie! – jęknął ojciec Kutbert.

Pochyliłem się i go podniosłem. Był wysoki, ale zdumiewająco lekki.

– Utrzymasz się na nogach? – zapytałem.

– Tak, panie.

Postawiłem go na ziemi, podtrzymałem i odszedłem, gdy Mehrasa objęła męża.

– Panie – powiedział nad jej ramieniem – mam wiadomość.

Brzmiał tak, jakby płakał, i może tak było, ale człowiek bez oczu nie może płakać. Człowiek z dwoma krwawymi oczodołami nie może płakać. Oślepiony pragnie płakać, a nie może.

Kanut Ranulfson wyłupił mu oczy.

Tameworthig. To tam miałem spotkać się z Kanutem Ranulfsonem.

– Stwierdził, że będziesz wiedział dlaczego – przekazał mi ojciec Kutbert.

– Tylko tyle rzekł?

– Będziesz wiedział dlaczego – powtórzył. – Zrobisz to, jak należy, i spotkasz się z nim, zanim księżyca ubędzie, albo zabije twoją kobietę. Powoli.

Podszedłem do drzwi stodoły i spojrzałem w noc, ale księżyc ukrywał się za chmurami. Nie musiałem jednak sprawdzać, wiedziałem, że mam tydzień.

– Co jeszcze powiedział?

– Tylko to, żebyś przybył do Tameworthig, zanim księżyc będzie w nowiu, panie.

– I żebym zrobił to, jak należy? – zapytałem zdziwiony.

– Powiedział, że będziesz wiedział, o co chodzi, panie.

– Nie wiem!

– I powiedział jeszcze… – cedził powoli słowa ojciec Kutbert.

– Co jeszcze powiedział?

– Że oślepił mnie, bym nie mógł jej zobaczyć.

– Zobaczyć? Kogo?

– Mówił, że nie jestem godzien na nią patrzeć, panie.

– Patrzeć na kogo?

– Więc mnie oślepił – jęknął.

Mehrasa zaczęła wrzeszczeć, a ja nie mogłem zrozumieć żadnego z dwojga.

Przynajmniej jednak znałem Tameworthig, choć los nigdy nie zawiódł mnie do tego miejsca, które leży na granicy ziem Kanuta Ranulfsona. Kiedyś było to imponujące miasto, stolica króla Offy, władcy Mercji, który wybudował mur przeciwko Walijczykom i opanował Northumbrię oraz Wessex. Offa utrzymywał, że jest władcą wszystkich Sasów, ale od jego śmierci upłynęło wiele lat i z jego potężnego królestwa Mercji pozostały nędzne resztki, które obecnie wydzierają sobie Duńczycy i Sasi. Tameworthig, będące niegdyś siedzibą najpotężniejszego króla Brytanii, twierdzą obsadzoną budzącymi strach oddziałami wojowników, zmieniło się w ruinę, gdzie Sasi harują na rzecz duńskich jarlów. Tam też znajdował się najdalej wysunięty na południe dwór Kanuta, stanowiący bastion duńskiej władzy na tych spornych terenach.

– To jest pułapka – ostrzegł mnie Osferth.

Coś mi kazało w to wątpić. Wewnętrzny głos jest najważniejszy. Czyn Kanuta był niebezpieczny i wiązał się z ogromnym ryzykiem. Wysłał ludzi – albo ich poprowadził – w głąb Mercji, gdzie bez trudu można było odciąć drogę powrotną oddziałowi i wyciąć go w pień. A mimo to coś kazało mu podjąć to ryzyko. Czegoś chciał i był przekonany, że ja to mam. Wzywał mnie, i to nie do jednego ze swoich wielkich dworów w głębi należących do niego ziem, lecz do Tameworthig graniczącego z terytoriami saskimi.

– Jedziemy – rzekłem.

Zebrałem wszystkich mężczyzn zdolnych dosiąść konia. Było nas sześćdziesięciu ośmiu wojowników, zbrojnych w kolczugi, hełmy, tarcze, topory, miecze, włócznie i młoty bojowe. Jechaliśmy na północ za moją chorągwią ze znakiem wilka, przez chłodny wiatr i nagłe nieprzyjemne ulewy.

– Zbiory będą słabe – powiedziałem do Osfertha, kiedy wyjechaliśmy na drogę.

– Tak jak w zeszłym roku, panie.

– Będziemy bardziej uważać na złodziei ziarna.

– Zapanuje drożyzna.

– To lepsze niż martwe dzieci – odparłem.

– Jesteś hlafordem.

Odwróciłem się w siodle i zawołałem:

– Aethelstanie!

– Chłopak pogonił konia.

– Dlaczego nazywają mnie hlafordem?

– Ponieważ strzeżesz bochna, panie – odrzekł – a do obowiązków hlaforda należy wykarmienie swoich ludzi.

Mruknąłem z zadowoleniem, słysząc jego odpowiedź. Hlaford to pan, człowiek, który pilnuje _hlaf_, czyli bochna. Do moich obowiązków należało zapewnianie środków do życia służącym mi ludziom podczas surowych zim. Jeśli trzeba zapłacić za żywność złotem, należy to zrobić. Miałem złoto, ale nigdy wystarczająco dużo. Marzyłem o odzyskaniu Bebbanburga, fortecy na północy, którą ukradł mi Aelfric, mój stryj. Była to niezdobyta twierdza, ostatni szaniec na northumbryjskim wybrzeżu, tak ponura i przerażająca, że Duńczycy nigdy nie zdołali jej zdobyć. Opanowali całą północną Brytanię, od żyznych pastwisk Mercji po dziką granicę ze Szkocją, lecz nigdy nie zajęli Bebbanburga, ale jeśli miałem go odzyskać, potrzebowałem więcej złota na opłacenie ludzi, zakup włóczni, toporów, mieczy, bym mógł pokonać krewnych, którzy odebrali mi moją twierdzę. Jednakże aby tego dokonać, musielibyśmy przeprawić się przez ziemie Duńczyków, i zaczynałem się obawiać, że przed śmiercią nie uda mi się odzyskać Bebbanburga.

Dotarliśmy do Tameworthig drugiego dnia naszej podróży. Udało nam się przekroczyć granicę między terytoriami saskimi i duńskimi. Granicy nie tworzyła ściśle wytyczona linia, lecz szeroki pas ziemi, na którym spalono osiedla, wycięto sady, a na łąkach pasły się głównie dzikie zwierzęta. Niektóre stare gospodarstwa zostały jednak odbudowane. Widziałem nowe stodoły z jasnego drewna, a na pastwiskach od czasu do czasu bydło. Pokój znów sprowadził ludzi na te ziemie. Od czasu bitwy w Anglii Wschodniej, w której zginął król Alfred, panował rozejm, choć był on bardzo niepewny. Nadal dochodziło do najazdów, których celem była kradzież trzody, pozyskanie niewolników. Zdarzały się też zatargi o ziemie, nie prowadzono jednak regularnych działań wojennych. Duńczycy nadal pragnęli podbić południową część wyspy, a Sasi marzyli o odzyskaniu północy, ale od dziesięciu lat żyliśmy w posępnym pokoju. Chciałem zakłócić ten pokój, poprowadzić wojska na północ, ku Bebbanburgowi, lecz ani Mercja, ani Wessex nie wspomogłyby mnie zbrojnymi, musiałem więc także przestrzegać rozejmu.

A teraz Kanut go zakłócił.

Wiedział, że nadchodzimy. Z pewnością wysłał zwiadowców, żeby obserwowali każdy trakt prowadzący z południa, nie podejmowaliśmy więc żadnych środków ostrożności. Zazwyczaj kiedy przekraczaliśmy dziką granicę, wysyłaliśmy na czele ludzi, tym razem jednak śmiało parliśmy naprzód, trzymając się rzymskiej drogi, bo wiedzieliśmy, że Kanut na nas czeka. I tak było.

Tameworthig znajdował się na ziemiach rozciągających się na północ od rzeki Tame. Kanut spotkał się z nami na terytorium leżącym na południe od jej brzegu. Zamierzał zrobić na nas wrażenie, bo miał ze sobą ponad dwustu ludzi tworzących wzdłuż drogi mur tarcz. Pośrodku szeregu zbrojnych powiewała jego chorągiew z toporem roztrzaskującym chrześcijański krzyż, a sam Kanut, w kolczudze, ciemnobrunatnym płaszczu, futrze osłaniającym plecy i ramionami ozdobionymi złotem, czekał na koniu, nieco wysunięty przed szereg swoich ludzi.

Kazałem zatrzymać się swoim towarzyszom i w pojedynkę pojechałem w jego stronę.

Kanut ruszył ku mnie.

Powściągnęliśmy nasze wierzchowce i stanęliśmy od siebie w odległości włóczni. Wzajemnie się sobie przypatrywaliśmy.

Jego szczupłą twarz obramowywał hełm. Wydawał się wymizerniały, a usta, tak zwykle skore do uśmiechu, były ponuro zacięte. Wyglądał starzej, niż zapamiętałem, i patrząc w jego szare oczy, nagle przyszło mi na myśl, że jeśli Kanut Ranulfson zamierza spełnić swoje życiowe marzenie, musi zrobić to jak najprędzej.

Kiedy tak się sobie przyglądaliśmy, zaczął padać deszcz. Kruk wzniósł się z jesionu, a ja zastanawiałem się, co mi to wróży.

– Jarlu Kanucie – przerwałem ciszę.

– Lordzie Uhtredzie – odrzekł.

Jego koń, siwy ogier, rzucił się na bok, a on klepnął wierzchowca dłonią w rękawicy, żeby go uspokoić.

– Wezwałem cię – odezwał się – a ty przybyłeś biegiem jak wystraszone dziecię.

– Chcesz walczy na obelgi? – zapytałem. – Ty, syn kobiety, która na każde skinienie kładła się z mężczyzną?

Przez chwilę milczał. Z mojej lewej strony, częściowo osłonięta przez drzewa, pośród smętnego, letniego deszczu płynęła zimna rzeka. Dwa łabędzie wzniosły się nad strugą, ich skrzydła wolno poruszały się w chłodnym powietrzu. Kruk i dwa łabędzie? Dotknąłem młota zawieszonego na szyi z nadzieją, że to szczęśliwy omen.

– Gdzie ona jest? – Kanut w końcu przemówił.

– Gdybym wiedział, kim ona jest, mógłbym ci odpowiedzieć.

Popatrzył na stojących za mną zbrojnych.

– Nie przywiozłeś jej – stwierdził bezbarwnym głosem.

– Masz zamiar przerzucać się zagadkami? – zapytałem. – Więc powiedz mi, co to jest: cztery cycki, cztery długie tyczki, dwa zakrzywione patyczki i chwościk.

– Uważaj – powiedział.

– Odpowiedź brzmi „koza”. Cztery wymiona, cztery nogi, dwa rogi i ogon.

Utkwił we mnie spojrzenie.

– Dwa tygodnie temu ta chorągiew znalazła się na mojej ziemi – rzekł, wskazując na mój sztandar.

– Nie wysłałem nikogo ani nie przyjechałem na czele wojska – odparłem.

– Siedemdziesięciu ludzi, jak mi powiedziano, pojechało do Buchestanes – kontynuował, nie zważając na moje słowa.

– Od wielu lat tam nie byłem.

– Zabrali moją żonę, syna i córkę.

Spojrzałem na niego. Mówił spokojnie, ale na jego twarzy malowała się gorycz i arogancja.

– Słyszałem, że masz syna – rzekłem.

– Na imię mu Kanut Kanutson, a ty wziąłeś go w niewolę razem z jego matką i siostrą.

– To nie byłem ja – odparłem stanowczo.

Pierwsza żona Kanuta zmarła wiele lat temu, podobnie jak dzieci, ale słyszałem, że powtórnie się ożenił. To był zadziwiający ślub. Można by się spodziewać, że Kanut poślubi kobietę z wyrachowania: dla ziemi, posagu lub sojuszy, ale plotka głosiła, że jego wybranka była wieśniaczką. Mówiono, iż jest kobietą o wyjątkowej urodzie, która dała mu bliźniaki – chłopca i dziewczynkę. Oczywiście miał też inne dzieci, bękarty, ale nowa żona dała mu upragnionego dziedzica.

– Ile lat ma twój syn? – zapytałem.

– Sześć lat i siedem miesięcy.

– A czemu pojechał do Buchestanes? Żeby poznać przyszłość?

– Żona zabrała go do wiedźmy.

– Ona jeszcze żyje? – zdziwiłem się. Wiedźma była już sędziwa,

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij