Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pogoda dla rewolucjonistów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
45,00
4500 pkt
punktów Virtualo

Pogoda dla rewolucjonistów - ebook

Katastrofy środowiskowe czytane przez polityczne okulary

Czy kataklizm to dobry czas na rewolucję? Przemysław Wielgosz opowiada o kilku przełomowych momentach w dziejach świata, gdy systemy społeczne osiągały granice swojej środowiskowej i politycznej wyporności. Towarzyszyły temu chaos i katastrofy, ale ostatecznie dochodziło do zasadniczych zmian. Zdaniem autora również dziś, kiedy globalny kapitalizm zderza się z granicami ekspansji, mamy na to pewną szansę – o ile zaczniemy łączyć kwestie środowiskowe ze społecznymi i dostrzeżemy ich wymiar polityczny.

Napisana z rozmachem i erudycją książka pozwala spojrzeć na dzisiejszy multikryzys z szerszej i mniej pesymistycznej perspektywy. Jak podkreśla autor: „O ile gniew natury może nas co najwyżej paraliżować, dowodząc naszej słabości i niemocy, o tyle gniew wywołany przez niesprawiedliwość społeczną może pomóc nam zmienić świat”.

W książce przeczytamy między innymi o tym, jak u schyłku średniowiecza katastrofa klimatyczna i epidemia stały się katalizatorami antyfeudalnej rewolucji w Europie, jak w XVII wieku w odpowiedzi na podobny zestaw klęsk chińscy chłopi zmusili cesarza do budowy nowożytnego państwa dobrobytu, jak angielscy luddyści walczyli z kapitałem kopalnym, a francuscy robotnicy w XIX wieku obronili swoje miejsca pracy dzięki odnawialnym źródłom energii. Zobaczymy z innej perspektywy wydarzenia, których byliśmy i jesteśmy świadkami: epidemię Covid 19, wojny w Ukrainie i Gazie, brutalistyczne działanie kapitału, spory o europejski Zielony Ład, tworzenie się globalnego apartheidu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68059-97-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

KRONIKI ZAPOWIEDZIANYCH KATASTROF

We wtorek 29 października 2024 roku hiszpańską Walencję zalały strumienie deszczu. W ciągu zaledwie kilku godzin w mieście spadło ponad 200 milimetrów wody. Ulewa błyskawicznie zatopiła ulice i okoliczne miejscowości, zabijając przy tym 224 osoby. Skala opadów dorównała półrocznej normie. Światowe media obiegły zdjęcia przedstawiające ulice zastawione dziesiątkami samochodów spiętrzonych jedne na drugich. Za katastrofę odpowiedzialna była DANA (depresión aislada en niveles altos – depresja odizolowana na dużych wysokościach) – zjawisko atmosferyczne, które przynosi nagłe, intensywne opady deszczu na południu Europy.

Niszczycielska siła natury wzmocniona przez ocieplanie się klimatu zdewastowała wszystko, co znalazła na swojej drodze. Niesione przez wiatr potoki wody nie dały ludziom szans. Żywioł był nie do powstrzymania. Tyle dowiedzieliśmy się z medialnych relacji na żywo, które zszokowały miliony osób na całym świecie. Sceny jak z postapokaliptycznych filmów – albo gorzej: z codzienności Globalnego Południa – rozgrywały się w jednym z największych centrów turystycznych Unii Europejskiej. W obliczu ogromu zniszczeń mogły nam umknąć szczątkowe informacje wskazujące na to, co działo się na drugim planie tej tragedii. Okazało się bowiem, że większość ofiar stanowili ludzie, których zmuszono, by feralnego dnia poszli do pracy. Byli to głównie kurierzy, dostarczyciele pizzy i kierowcy Ubera. Samozatrudnieni, choć wytwarzający zyski dla wielkich korporacji technologicznych. Wśród nich – migranci, niektórzy bez dokumentów. Jak się okazało, żywioł nie uderzył po prostu we wszystkich. Wybrał sobie ofiary zgodnie z hierarchią klasową i statusową. Zginęli pracujący bez umów o pracę, niebiali i nieobywatele. Najbiedniejsi i najmniej odporni na zaburzenia społeczne, polityczne oraz, last but not least, meteorologiczne.

Ucierpieli także, choć w mniejszym stopniu, obywatele i obywatelki Walencji o uregulowanym statusie, którzy tym razem odczuli skutki DANA zdecydowanie bardziej niż w przeszłości. Dlaczego miasto okazało się tak mało odporne na to zjawisko?

W lipcu 2023 roku w Walencji do władzy doszła prawica. Dzięki poparciu jej skrajnego odłamu, partii Vox, premierem rządu regionalnego został Carlos Mazón reprezentujący Partię Ludową. Jedną z pierwszych jego decyzji było zlikwidowanie La Unidad Valenciana de Emergencias (UVE), czyli służby odpowiedzialnej za organizację pomocy w sytuacjach kryzysowych, takich jak powodzie. Towarzyszyła temu typowa dla neoliberalnej prawicy retoryka optymalizacji budżetu, cięć rzekomo niepotrzebnych wydatków i deregulacji. Co więcej, ignorując ostrzeżenia meteorologów, zniesiono ochronę 7,5 tysiąca hektarów wybrzeża i zmniejszono minimalną odległość od linii brzegowej, w której można postawić dom, z 1000 do 500 metrów – wszystko w interesie hotelarzy i deweloperów. Posunięcia te wpisały się w politykę władz lokalnych w innych miastach Hiszpanii, a także rządowe cięcia wydatków na służby ratownicze dokonane przez prawicę i podtrzymane przez socjaldemokratów.

Kilka tygodni po katastrofie w Walencji, 15 grudnia, cyklon Chido, który uderzył w Majottę – francuski departament zamorski położony na Oceanie Indyjskim – równie szybko zniszczył tysiące domów i pozbawił życia ponad 200 osób. Całe osady zostały zrównane z ziemią przez wiatr wiejący z prędkością 225 kilometrów na godzinę albo zmyte przez wzburzone siłą podmuchów fale. Także na Majotcie klęska żywiołowa dotknęła przede wszystkim ubogich (77 procent populacji) oraz migrantów bez dokumentów. Kiedy ogłoszono alarm, niektórzy z tych ostatnich bali się zejść do schronów, żeby odpowiednie służby nie odkryły ich istnienia i nie deportowały ich. Jak się miało okazać, ich obawy były słuszne. Kilkanaście dni po cyklonie francuski minister spraw wewnętrznych Bruno Retailleau, minister do spraw terytoriów zamorskich Manuel Valls i minister obrony Sébastien Lecornu uznali za stosowne zabrać głos w „Le Figaro”, w którym zapowiadali walkę z nielegalną imigracją na wyspę. Zatem za katastrofę, do której doszło między innymi przez działania tych trzech polityków, odpowiedzialność miały ponosić jej ofiary.

Ani w Walencji, ani na Majotcie ludzi nie zabiła natura. W obu przypadkach winny był system narzucający bezlitosną eksploatację i odmowę podstawowych praw. A wszystko to w imię jak największych zysków zgarnianych w jak najkrótszym czasie przez inwestorów i akcjonariuszy. Katastrofy naturalne niszczyły domy, zalewały ulice i zabijały istoty żywe. Siały strach, obezwładniały i odbierały przekonanie o sensie działania. Rzecz jasna, nikt nie zaplanował takich zjawisk jak DANA ani Chido. Ich skutki jednak bez wątpienia wynikały z bardzo konkretnych posunięć konkretnych ludzi podejmowanych w imię określonych priorytetów polityczno-ekonomicznych. W istocie bowiem tym, co zabijało, a z pewnością dzieliło ludzi na tych z większymi i tych z mniejszymi szansami na przeżycie, były nierówność ekonomiczna i rasizm, destabilizacja form zatrudnienia i niskie płace, oszczędzanie na publicznych systemach ostrzegawczych i ograniczenie budżetu służb ratowniczych. Słowem: prawdziwym zabójcą okazał się kapitalizm.

Obydwa wydarzenia ujawniły zatem głęboki i na dobrą sprawę nierozerwalny związek między katastrofami naturalnymi i społecznymi. Świadomość jego istnienia nie jest niczym nowym. Na przykład w Chinach przez wiele wieków ta relacja znajdowała się w samym centrum idei polityczności. Na Zachodzie zauważano ją i poddawano refleksji już we wczesnej nowożytności, choć później, pod koniec XIX wieku, o niej zapomniano i zaczęto oddzielać ekonomię od – dajmy na to – huraganów, a politykę od suszy. Dziś, dwie dekady po huraganie Katrina – który w 2005 roku zabijał w Nowym Orleanie niemal dokładnie po linii podziałów klasowych i kolorze skóry, a zarazem stał się wymarzoną okazją dla deweloperów i sektora usług wojskowych – takie stwierdzenia wydają się coraz bardziej oczywiste. Chodzi też jednak o głębszy związek o charakterze strukturalnym. Polega on na tym, że katastrofy społeczne, polityczne i ekonomiczne mogą znajdować swój wyraz środowiskowy – i odwrotnie. Odczytanie tej dynamicznej i przybierającej zmienne formy relacji wydaje się kluczem do zrozumienia dzisiejszego nawarstwienia kryzysów społecznych i środowiskowych. Rozpatrywanie każdego z nich z osobna nie daje takiej możliwości, nie mówiąc już o wypracowaniu sensownej strategii ich przezwyciężania. Rozdzielanie spraw społecznych i ekologicznych ma swój wymiar polityczny. Prowadzi do tego, że zupełnie gubią się powiązania kluczowe dla zrozumienia otaczającego nas świata. Sugeruje na przykład autonomię współczesnego kapitalizmu w relacji do sieci życia, z których – jak wskazują badacze tacy jak Jason W. Moore – w rzeczywistości on sam wyrasta. Mami wizją pozostawienia spraw bezstronnym ekspertom, którzy zdecydują, jak nimi zarządzać bez zbędnego wdawania się w politykę i oglądania na demokrację.

Przerabialiśmy to w ostatnich dwóch dekadach i najwyższy czas wyciągnąć wnioski. W istocie, by sparafrazować klasyka, dotychczas rozdzielaliśmy kwestie społeczne i środowiskowe. Idzie jednak o to, aby je połączyć.

Dzisiejszą aurę ideologiczną przenika coś, co można nazwać konsensusem fatalistycznym. Zarówno myśliciele głównego nurtu, jak i wielu ich krytyków zgadzają się, że żyjemy w epoce schyłku. Powrót imperializmu, erozja demokracji i chaos klimatyczny sprawiają, że ich zdaniem musimy się pożegnać z nadzieją na postęp. Lepiej już nie będzie – głosi nowa mantra – trzeba zacisnąć pasa i ściąć wybujałe oczekiwania. Zbudujmy schrony, wzmocnijmy odporność i przygotujmy się na najgorsze. W wersji bardziej radykalnej konsensus fatalistyczny poucza, że trzeba się będzie pogodzić z zagładą – co najmniej znacznej części – ludzkości.

Okoliczności rzeczywiście nie nastrajają optymistycznie. Ale czy ich interpretacja jest słuszna? Raczej prowadzi nas na manowce. Zbytnio chyba ulegamy czarowi eksponowania tych aspektów obecnej sytuacji, które nie mają historycznych precedensów. Co więcej, w związku z tym często uznajemy, że wszystkie dotychczasowe narzędzia opisu i kształtowania rzeczywistości straciły sens. Oto credo nowego fatalizmu, a zarazem zagrożenie, które on niesie. W rzeczywistości przekonanie o nieuchronnym końcu historii wydaje się ślepą uliczką i sposobem na zaczarowanie świata, który staje się agregatem dopustów bożych niemożliwych do uniknięcia, a nawet przetrwania. Czy da się z tego stanu wyjść? I jak to zrobić?

Może zamiast fiksować się na tym, co w dzisiejszej sytuacji wyjątkowe, należy poszukać podobieństw i analogii, odnaleźć historyczne precedensy i zestawić obecny splot kryzysów z tymi, które go poprzedzały. Innymi słowy, osadzić schyłek świata, jaki znamy, w historii, zrelatywizować go, a tym samym uczynić go jej częścią, a nie końcem. W ten sposób możemy odczarować spiętrzenie katastrof, z ociepleniem klimatu na czele, nie bagatelizując ani jego skali, ani genezy, ani zagrożeń i konieczności stawienia im czoła.

Kluczem do takiego odczarowania, który chciałbym zaproponować w tym eseju, będzie sięgnięcie do historii w poszukiwaniu inspiracji na przyszłość. Nie chodzi o pisanie historii środowiskowej ani o próbę zastąpienia analizy społeczno-politycznej przez ekologię. Nie szukam nowej przyczyny wszystkiego. Interesuje mnie połączenie tego, co społeczne, i tego, co naturalne, w perspektywę, którą określiłbym jako polityczne czytanie kryzysów środowiskowych. Historia dostarczy tu zatem przykładów prób zrewidowania sposobu, w jaki podchodzimy do obszarów, na których rozgrywa się obecny multikryzys. Pomoże to odpowiedzieć na tytułowe pytanie: jak zmienić świat w czasie katastrofy? W tym celu przyjrzymy się kilku okresom, w których systemy społeczne osiągały swoje polityczne, środowiskowe i ekonomiczne granice, oraz temu, jak potęgowało to ich wewnętrzne sprzeczności, prowadząc do chaosu, katastrof i ostatecznie transformacji.

Przykładów i inspiracji poszukam w czternastowiecznej Europie i w Chinach XVII stulecia, podczas rewolucyjnych dekad w basenie północnego Atlantyku, u progu nowoczesności i w krótkim wieku XX. Dramaturgię tej opowieści zbudują raczej zmiany układów sił społecznych niż ekstremalne zjawiska pogodowe. Perspektywa ta nie pretenduje do rozmachu narracji skupionych na topnieniu lodowców, pustynnieniu gleb i wymieraniu gatunków, za to wydaje się bardziej zobowiązująca i użyteczna w sensie politycznym. Bo przecież o ile gniew natury może nas co najwyżej sparaliżować, dowodząc naszej słabości i niemocy, o tyle gniew wywołany przez niesprawiedliwość społeczną – a także łączące się z nią niesprawiedliwości ekologiczne, energetyczne, zdrowotne i klimatyczne – może nam pomóc zmienić świat.

W debacie wokół obecnego załamania klimatycznego mamy do czynienia z dwiema ucieczkami od problemu. Pierwsza przedstawia wszystko jako sprawę dla klimatologów, geologów i ekologów – tak jakby chodziło o poziom cząsteczek w atmosferze, a nie o historię i politykę. Druga tłumaczy się historią – tak jakby fakt, że setki lat temu nasi przodkowie przetrwali katastrofalne ochłodzenie, mógł nas uspokoić dziś. To taki denializm w wersji soft mówiący, że wyposażeni w technologię, nowoczesną aparaturę państwową i infrastrukturę współczesnych gospodarek poradzimy sobie z ociepleniem klimatu znacznie lepiej, niż ludzie w średniowieczu czy erze nowożytnej uporali się z ekstremami małej epoki lodowcowej. Mnie odwołanie do przykładów z przeszłości służy podkreśleniu polityczności rozważanych problemów oraz dramatyzmu naszej sytuacji i decyzji, przed którą stoimy. Historia uświadamia nam, jak niewyobrażalnie wysoką cenę możemy zapłacić, jeśli wybierzemy niewłaściwie.

Ta książka powstała z doświadczenia bezradności, z poczucia uczestnictwa w niekończącym się festiwalu przełomowych ekspertyz, dobrych zaleceń i słusznych postulatów, które… zostały zignorowane. Od krachu finansowego w latach 2007–2009, przez kryzys klimatyczny, aż po pandemię COVID-19 przekonujemy się, że siła racji nie działa. W każdym razie nie na rządzących światem. Krytyczna dekonstrukcja ekonomicznego neoliberalizmu, kapitalizmu kopalnego i dyktatu korporacji w sferze zdrowia publicznego nie zagroziła realnie żadnemu z tych zjawisk. Dlatego przywoływanie argumentów naukowców, odkryć badaczek czy raportów organizacji aktywistycznych – choć absolutnie konieczne – jest dramatycznie niewystarczające. Potrzebujemy racji siły. Powiązania krytycznej wiedzy z krytyczną praktyką, a zatem określenia, kto, dlaczego i w jaki sposób może być nośnikiem potrzebnej zmiany. Musimy przyjrzeć się liniom realnych konfliktów, by wychwycić te, które choć częściowo pokrywają się z postulatami reform i rewolucyjnych transformacji, a następnie zastanowić się nad tym, jak wesprzeć właściwą stronę. W przeciwnym razie pozostaniemy tymi, którzy zawsze mieli rację, ale nigdy nie zdołali jej urzeczywistnić.

U progu wielkiego krachu finansowego w 2008 roku Naomi Klein wydała głośną Doktrynę szoku, której podtytuł brzmi: Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne. W niniejszej książce chciałbym odwrócić to stwierdzenie. Czy nie jest bowiem tak, że katastrofy naturalne i społeczne mogą być okazją także dla ofiar panujących systemów? Czy podporządkowani, zmarginalizowani i wyzyskiwani nie mogą ich wykorzystać do przeprowadzenia zmiany społecznej? A przede wszystkim, czy nie tak właśnie wielokrotnie było w przeszłości? Skoro wszyscy mówią dziś o pogodzie, spróbujmy zidentyfikować, zrozumieć i w końcu także podważyć władzę tych, którzy ją popsuli.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij