Pogoń za Jackiem - ebook
Opowieść, którą pochłoniesz na raz! Po serii tajemniczych wydarzeń na terenie Siedlec dziennikarz lokalnych mediów trafia na trop skarbu rodu Ogińskich. Projekt powstał dzięki wsparciu w postaci Stypendium Artystycznego Prezydenta Miasta Siedlce. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla pełnoletnich czytelników.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-508-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na początku był chaos. Teraz powodem chaosu najczęściej bywał ogień.
_Potwór ubarwiony żółcią przemieszaną z pomarańczą próbuje cię dorwać w swoje szpony; nie idzie, ale płynie. Nie ma szans, by cokolwiek stało się twoim hydrantem bezpieczeństwa… Wszystkie klamoty śpią w wozie, licząc na to, że do świtu nikt nie zakłóci im spokoju bazy… Chcesz wejść z szybkim, ale jedyne, co masz pod ręką, to pistolecik na wodę… Dym smali brwi, rozdziera nozdrza, przecina liny zmysłów… Dawajcie wentylator, wentylator! Syrena? Po co teraz syrena, już za późno…_
Obudził się.
To nie była syrena, a o wiele bardziej natarczywy sygnał telefonu — dźwięku zawczasu nieunicestwionego. „Och, tylko nie Maksio”. Kusiło go, by odrzucić połączenie, ale odebrał. „Lepiej mieć to za sobą”. Maksio bywał godnym rywalem wszystkich płomieni świata.
— Cześć, Staszku! — zawołał z emfazą. — Jak dobrze, że cię złapałem! Jest temat do ogarnięcia. Świeża dzieciarnia od Green Stara naćpała się jakimś żenionym mefedronem i narobiła gnoju w hotelu, jakby była gwiazdą rocka. Znaleźli się, Rolling Stonesi spod Białegostoku. Nie dadzą rady ustać w pozycji _homo sapiens_ nawet do udawania z taśmy, więc nie wyduszę z nich dzisiaj niczego. A mam event pod dachem MOK-u na Mokotowie. Pełna kulturka, żadnego chamstwa, nie jakieś Dni Kartofla w Zakalinkach. Publika bardziej do posłuchania niż drygania. W cztery godziny wejściówki miałem na _sold out_, taki popycik, stary. Będzie Marcin Miller z chłopakami i nie uwierzysz, kto… Shazza! Czaisz? Robimy na grubo. Koniecznie musisz wpaść! Start o dwudziestej, więc gdybyś mógł, ogarnij się trochę wcześniej.
— Dziękuję, ale wiesz, że…
— Pamiętam, pamiętam — przerwał Maksio. — Nie grasz w piątki. I dlatego, że nie grasz, to tylko ty jesteś jeszcze wolny. Daj spokój, to koncert, a nie dyskoteka. Damy ci dyszkę na czysto. Nie masz przecież daleko od tych swoich zafajdanych Siedlec.
— Jeszcze raz dziękuję, że o mnie pomyślałeś, ale muszę odmówić.
— Dobra, dorzucę trójkę… A niech tam! Czwórkę na paliwo i te bisy, które na pewno każą ci walnąć. Nie macie tam dzisiaj jakiegoś święta, które unieważni post? Albo poproś o tę… dyspensę. Masz przecież kontakty w tych kręgach.
Rozdrażniony nagłym przebudzeniem mężczyzna nie chciał tracić czasu na słowną wędrówkę bez celu. Jednocześnie nie zamierzał urazić Maksia, który — choć z manierą telemarketera od fotowoltaiki — potrafił _załatwiać_. A załatwianie to fundament.
— Innym razem, Maksiu. Dziś naprawdę nie mam możliwości, by ci pomóc.
Chłopak westchnął.
— Jasne, jasne. Pobuszuję jeszcze i jakoś załatam dziurę. Nie będę zamęczał gościa, który w szafie, obok gaci i podkoszulków, trzyma prawilną spluwę pod kluczem.
Staszek zaśmiał się.
— Wystrzałowe imprezy to przecież moja specjalność.
Maksio pomarudził jeszcze chwilę, po czym się pożegnał. Jego rozmówca z ulgą wcisnął magiczny, czerwony przycisk. Pokręcił głową. „Staszku?” — nie cierpiał takiego zdrobnienia. „Event? Sold out? Wydarzenie, wyprzedaż. Polska język być problem”_._
Nadciągało południe, a on spał tylko trzy godziny. Na szczęście noc przebiegła bez wezwań, mógł więc pozwolić sobie na drzemkę w trakcie zmiany. Paplanina organizatora koncertów nadawałaby się do reklamy jako dodatek do kawy, miałby kolejne zyski.
Poszedł do kuchni, aby uruchomić ekspres. W międzyczasie zrobił trzy serie po pięćdziesiąt pompek, co w pełni rozprowadziło przepływ prądu po całym obwodzie jego organizmu. Z pełnym kubkiem w garści wyszedł na balkon. Nie pochwalał siebie za nałóg z nikotyną, ale już dawno zrezygnował z kolejnych prób rzucenia, dochodząc do wniosku, że ogień musi być stale obecny w rozkładzie jego codziennej jazdy: „ogień na etacie, ogień w przerwie, ogień przy pracy dodatkowej”.
Zaiste, bywał na scenie prawdziwym żywiołem. Uśmiech na twarzy zdawał się mieć przyklejony, ale nikt nigdy nie wątpił w szczerość jego oblicza, nawet o drugiej w nocy, przy cykaniu zdjęć z ostatnim wielbicielem kończącym długaśną kolejkę. Dawał ludziom radość, a ta radość odbijała się od ściany niczym piłka do squasha i wracała, by on sam mógł uzupełniać siły, które następnie wykorzystywał, żeby robić coś znacznie, znacznie zacniejszego: ratować ludzkie życie.
_Muzyka to jeden z nielicznych napędzaczy w tym trudnym świecie_ — tak mówił jego ojciec. Zapisał go do Richard-Wagner-Konservatorium_,_ prywatnej szkoły, którą ukończył z dyplomem artysty biegłego w sztuce fortepianu. Ku rozpaczy rodzica nie chciał ćwiczyć talentu w Wiedniu. Postanowił przyjechać do Siedlec, by tam nadal bawić się muzyką, choć w innym wydaniu. Tatę przerażała wizja syna zanurzonego w przaśności tudzież infantylizmie muzyki tanecznej.
— Wagner mawiał, że muzyka to początek i koniec wielkiej mowy — twierdził. — Czy _olalalala, ja kocham ciebie, a ty mnie nie, ole, ole,_ sklecone naprędce _z _trzech __ klawiszy, to jest wielka mowa artyzmu?
— Nie — odparł Stanisław. — _Olalalala_ to muzyka, którą kocha mnóstwo ludzi, a nie tylko banda pyszałkowatych koneserów.
Zrobił tak, jak postanowił. Odtąd _Stanisław_ to nie tylko imię, to także brand muzyczny. Nie podobały mu się podobne do siebie nazwy zespołów, w dodatku — nie wiedzieć czemu — anglojęzycznych, chociaż śpiewali po polsku, takich jak na przykład After Party, Loverboy, Powerboy czy inny _boy_. Poszedł w ślady Sławomira, twórcy hitu prawiącego o rozgrzanym uczuciu do niewiasty w anturażu stolicy Tatr. Obaj panowie darzyli się przyjaźnią; nagrali nawet wspólną piosenkę pod tytułem _Jutro się ogarnie_, która — choć nie dokonała rewolucji — została przyjęta z aprobatą jako niespieszna, naprawdę idylliczna ballada.
Tutaj, dla odmiany, praca nie gasiła, ale paliła mu się w rękach. Sam pisał teksty i sam komponował. Przy kreowaniu aranżacji pomagał mu zmysł oraz doświadczenie wyniesione z austriackiej edukacji fortepianowej. Fakt, że w mieście wykształciła się uczciwa konkurencja, napędzał go do przysiadania fałdów. Już druga propozycja _zaskoczyła,_ jak określił to Maksio, i stała się melodyjnym masażem dla uszu przy pomocy wibracji syntezatora. W prostocie słów siedlczanie wychwycili cząstkę hymnu dla swojej biesiady:
_Ciszo, jesteś piękna! Nie martw się, kochanie._
_Co działo się w Siedlcach, w Siedlcach niech zostanie._
Ojciec, wielki pianista Filip Waldstein, zrozumiał, że sam nigdy nie zgromadzi publiczności choćby w połowie tak licznej jak ta, która przychodziła na występy Stanisława. _Czasy się zmieniają_, stwierdził młody ze słusznością. Dziś ani Chopin, ani Mozart nie wypełniliby tłumem melomańskich głodomorów miejsc Stadionu Narodowego. Trzeba adaptować się do nowych czasów, by nie ugrzęznąć w bagnie, z którego, nawet wydostawszy się, można tylko wejść z powrotem w podwoje epoki średniowiecza, bez szansy na renesans.
Siedlce. Miasto, które sprzyjało życiu z muzyką. Nie tak hałaśliwe jak Wiedeń, nie tak pospieszne jak Warszawa. I chociaż mieniące się wszędzie taką samą bielą bloki przy ulicy Nowy Świat nie mogły równać się z wdziękiem Leopoldstadt, to tutaj skromność wymieszana ze spokojem zawsze przesyłała impuls o nazwie: _uwielbienie życia_.
Siedlce. Miasto, które dziś wezwało Stanisława, a dokładniej — Urząd Miasta, Wydział Komunikacji. Coś nie tak z rejestracją nowego samochodu, jakaś drobnostka. Mężczyzna otworzył bramę pilotem i wmieszał się w miejski tłum. Skoda Octavia — uwielbiał tę markę, choć nigdy nie umiał wyrazić dlaczego. Być może za regularne rysy. Nie był fanem motoryzacji, patrzył na auto jak na kobietę, choć jego narzeczona — o równie pięknym obliczu, jak i imieniu, Gabriela — mogłaby mieć w tej kwestii pewne obiekcje.
Przejechał obok Cmentarza Centralnego, a następnie ulicami Wojskową i Armii Krajowej, zawsze dumny, że nazewnictwo tych dróg aż prosiło o powstanie na baczność. Zaparkował na dostępnym parkingu przy Pułaskiego, skąd można już było poczuć oddech spokoju przylegającego do urzędu Skweru Niepodległości. Stanisław wszedł do najważniejszego budynku miasta. Przy okienku dowiedział się, że urzędnik, z którym się umówił, okazał się nieobecny, wobec czego wzruszył ramionami i wyszedł, by zaczerpnąć trochę powiewu niezależności.
Po kilku minutach wrócił do samochodu. Już miał wsiąść za kierownicę, gdy jakaś zmienna zwróciła uwagę jego oczu. Opuścił szybę i wychylił się. „Niech to szlag! Strzeliła lewa przednia opona”.
Taka sytuacja jawiła mu się w wyobraźni za każdym razem, gdy otwierał auto. Dziś zjawa stała się sflaczałym ciałem. Co robić? Obok żadnych samochodów. Wielu kierowców wyminęło opłatę za postój, wybrawszy inne miejsca. Zresztą, głupio tak upokarzać własną męskość przy prostej, zdawałoby się, naprawie. Nigdy nie lubił naprawiać samochodów. Gaszenie pożarów to współpraca, a mechanika auta — praca w pojedynkę, jego zdaniem zbyt ryzykowna, by zajmował się nią laik.
Przymknął drzwi i wyciągnął telefon. Najbliższy warsztat — Auto-Tłumik na Formińskiego. Cztery minuty jazdy, w tym dwa ronda zmuszające do wolniutkiej jazdy. Nie miał wyjścia. Spróbował.
Udało się, choć nawet on zdawał sobie sprawę, że felga zapamięta tę podróż na długo. Mechanik na miejscu stwierdził, że jest zawalony robotą i teoretycznie nie ma szans na wepchnięcie go w grafik, ale dla gwiazdy zrobi wyjątek. Załatwił sprawę w pół godziny, a zarobił jak za trzy. Przy okazji zwrócił uwagę na przepaloną żarówkę; otworzył maskę i znów stała się światłość.
Stanisław podziękował, po czym wcisnął się w Brzeską ku wylotowi z miasta. „Gabrielo, pogratuluj”.
Na wysokości budynków firmy Odmet, zajmującej się w Siedlcach stalą we wszelkich możliwych konfiguracjach, postanowił przetestować przyczepność auta. Zwiększył prędkość do sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.
Ruch o tej porze dnia nie zdążył się jeszcze zagęścić, mimo to przed skodą Stanisława, wyrastając, jakby spod ziemi, pojawił się dostawczak. Stanisław sięgnął nogą ku pedałowi hamulca, gdy jego wzrok padł na coś na desce rozdzielczej. Coś tak ulotnego, że w ćwierć sekundy nie zdołało poruszyć resztek włosów na jego głowie.
Pomarańczowy okrąg wspomagany dwoma półkolami.
Kontrolka ABS.
Dostawczak, jakby przedawkował hormon wzrostu.
Na końcu znów był chaos.
Chaos barwy nocy.Rozdział 3
Czasem słyszy się o grze jako o walce na śmierć i życie. Używają takiej terminologii komentatorzy sportowi, aby zbudować kolejne piętro napięcia przedmeczowego. Było w tym, rzecz jasna, pełno rozmachu i grubej kreski przesady, ale ludzie uwielbiają patos, zwłaszcza gdy wokół brak zagrożenia. W obecnych czasach nikt nie musiał walczyć o przetrwanie, co najwyżej o punkty lub awans zdobyty dzięki nim.
„Batalia na śmierć i życie? Co oni tam wiedzą”.
— Osiemdziesiąt. I po osiemdziesięciu.
Dym papierosów pulsował w rytm gramolących się z zawieszonego na ścianie telewizora dźwięków _Mariny_, _Mariny_ Francesco Napoliego. Z szarości przechodził w kolory odbijające się pod sufitowymi ledami. Prostokąt stolika — już kleisty od odciśniętego na blacie kufla piwa i okruchów chipsów — przyozdobiony stosem odwróconej talii kart, działał swoim magnetyzmem jak zamknięty w małej pamiątce krajobraz Kasprowego Wierchu przytwierdzony do lodówki.
Gracze nie znali swoich imion, wystarczyły numery: _ty będziesz Pierwszy, ty Drugi, ty Trzeci, a ty Czwarty_. Najmłodszy z nich jako Drugi. On w pierwszej kolejce rozdawał karty, a zatem nie uczestniczył w rozgrywce, jako że grali w tysiąca. Brydż? Za bardzo zespołowy. Poker? Mieszanina sprytu i łaskawości Fortuny. _Tysiąc_. Ta gra wymagała nie tylko dobrego rozdania, ale też umiejętności analizowania przebiegu oraz taktyki. Tylko w tej grze można było wyłonić prawdziwego, nielosowego zwycięzcę.
— Sto siedemdziesiąt — zakontraktował Trzeci, po czym wyciągnął na stół damę kier. — Stówka.
Czwarty nie miał koloru, wyrzucił więc inną blotkę — waleta trefl. Pierwszy przebił meldunek asem z czerwonym sercem, zgarnął wziątkę, a potem zaproponował pójście w tango z pikiem. Drugi dysponował atutem, czyli odcieniem zgodnym z pierwotnym meldunkiem, więc przywłaszczył sobie większość pozostałych kart. Dopełnił kontrakt.
Meldowali, przebijali, pasowali, zgarniali lewy. Francesco Napoli rozpoczął od nowa swój repertuar.
Po trzydziestu czterech rozdaniach Drugi miał osiemset dziewięćdziesiąt punktów — najwięcej. Brakowało mu jednej zagrywki. Rozdawał Pierwszy, więc Drugi był na musiku — obowiązku rozpoczęcia zagrywki, jeśli pozostali gracze nie wezmą udziału w licytacji. Nie wzięli.
Drugi spojrzał na swoje karty: dama pik, as karo, dwie dziewiątki, walet, dziesiątka i król kier. Sięgnął po trzy zakryte karty, o które nie było potyczki — król pik, dziewiątka i kolejny walet. Miał już cztery karo z asem; gdzieś tam, u przeciwników, czaiły się kolejne dwa. Jeśli się rozdzieliły, był w domu.
Zanim podjął decyzję, zerknął na bar, gdzie znudzona kelnerka wgapiała się w ekran smartfona. Gdyby tak zatopił na chwilę dziąsła w lodowatości bursztynowego płynu… gdyby przełknął ten torfowy posmak nektaru celtyckich bogów, poznałby odpowiedź…
Nie.
Zakontraktował sto dziesięć. Rozpoczął grę od asa karo. Trzeci wyrzucił króla w tym samym kolorze. Aby zgarnąć resztę rombu, musiał teraz wyjść dziesiątką. Czwarty sięgnął po kartę, zawahał się, ale nie miał innego wyboru, jak rzucić.
Dziesiątka karo.
Drugi zebrał kolor.
— Czterdzieści.
Choć meldunek nie miał wielkiej wartości, wraz ze zgromadzonymi wziątkami pozwolił ugrać sto szesnaście oczek.
Wygrał.
Zawołali sędziego.
— Kto wygrał? — zapytał, gdy tylko zamknął za sobą drzwi.
— Ja — odparł z radością na twarzy Drugi.
Sędzia złożył gratulacje, po czym sięgnął do tylnej kieszeni kurtki. Wyciągnął glocka i wymierzył w stronę zwycięzcy. Ten przemalował czerwień w bladość na swej twarzy.
— Hej, hej! Zaraz! Przecież wygrałem! Zwycięzca miał być wolny! Pierwszy miał najmniej, tylko dwieście sześćdziesiąt!
Na twarzy sędziego pojawił się cień uśmiechu, ledwo dostrzegalny wśród przyciemnionego oświetlenia.
— No już, idziemy. Za chwilę będziesz wolny.
Sześćdziesiąt. I po sześćdziesięciu.
***
Zalew Siedlecki. Niby zwykły zbiornik, niby tylko kawałek rowu wypełnionego spiętrzoną z rzeki Muchawki wodą, jakby sam Posejdon konsekrował miasto; odlał nieco ze swego świętego bezmiaru, aby wzięło głęboki oddech i zrozumiało, że woda, tylko woda, jest naprawdę życiem.
Drugi siedział nad brzegiem. Nieboskłon już pokrywał się cieniem, bo słońce chyliło się ku swojemu codziennemu leżu. Sięgnął ręką ku swej towarzyszce i pocałował jej szyjkę.
Ruda. Piękna, smaczna, nieodgadniona.
Para kaczek przemknęła niedaleko po tafli wody, kreśląc za sobą subtelne kreski. W lustrze zbiornika odbijały się latarnie, drgające lekko niczym zatopione pochodnie. Z tyłu ktoś pomknął na rowerze, ktoś inny przeszedł spacerowym krokiem po wyznaczonej dookoła ścieżce. Wieczorna rekreacja.
Drugi również tej rekreacji używał, bo jak nie teraz, to kiedy? Połaskotał towarzyszkę. Najpierw zatracił się w jej ostrym, lecz przyjemnym zapachu, a potem skosztował jej waniliowego posmaku z prawdziwie dymiącym finiszem.
Drugi, drugi. Dzisiaj drugi będzie nareszcie pierwszy.
_Scapa. Imię brzydkie, ale przecież liczy się wnętrze_.
_Dziękuję, najdroższa, umiłowana_.
_Kocham cię jak Finlandię_.
Przypomniał sobie to uczucie, mimo że wywietrzało z jego głowy na kilka lat. Walczył, starał się nie ulec, ale teraz nie było już takiej potrzeby. Mógł złożyć tarczę, zdjąć zbroję z ramion. Nie musiał nawet chronić obojczykiem gardła. Dziś nadszedł czas, by jeszcze raz sięgnąć do skarbca świata, nim zamknie swe wrota i nigdy więcej ich nie otworzy. To, co miało się wydarzyć, wydarzyć się musiało. Nie było innego sposobu. Tak napisano w scenariuszu, a jego trzeba się trzymać. Najważniejsze, że wszystko zabezpieczył. Odpowiedzialność — jeśli trzymasz z nią sztamę, możesz robić rzeczy, które wydają się szaleństwem.
Ale one nie są szaleństwem. To tylko kręta dróżka, którą trzeba pokonać; jak wspinaczka na Mount Everest w klapkach Kubota, bez skarpetek. A jeśli trzeba odmrozić sobie nogi, aby ktoś inny nie musiał tamtędy łazić, to warto. Zawsze warto.
Czy zrobił już wszystko, co trzeba? Jeszcze nie.
Sięgnął po telefon. Palce weszły już w tryb rozkodowania, ale mimo ochronnych rękawiczek udało mu się wysłać zawczasu przygotowaną wiadomość. Ta wiadomość będzie kluczem do innego skarbca.
_Sezamie, zechciej się otworzyć, nie zabieraj wszystkiego dla siebie_.
Wieczór przywitał się z zalewem dość chłodno, jakby wczoraj się pokłócili. Drzewa zadrżały w reakcji na powiew. Drugi zrobił odruchowo to samo i zasunął suwak bluzy, a potem spojrzał na logo z pandą w zielonym kapeluszu. Zaśmiał się głośno.
_Jest mi w życiu trochę zimno_.
_Ogrzej mnie, maleńka, bym nie zmarzł_.
_To wszystko nigdy nie miało sensu. Ani grama sensu_.
_Pary spacerują, trzymają się za ręce. Idźcie gdzieś indziej! Musicie aż tak się obnosić? Naprawdę musicie?_
Gdzieś w dali, chyba na molo, dzieciaki wyśpiewywały refren piosenki z przenośnego głośnika: _Jesteś szalona, mówię ci, zawsze nią byłaś, skończ już wreszcie śnić._
„Daj spokój, Ruda. Nie jesteś aniołem, ja też nie. Chodź tu” — pomyślał, przed odpłynięciem w dalszą alkoholową ekstazę. „Panderoza. Ech, Panderoza na Garwolińskiej obumarła, ale wskrzeszono ją, by nigdy nie zabrakło wodopoju. Ty, kelnerko ty. Dałaś mi namiastkę raju dopiero wtedy, kiedym na to zasłużył, ogrywając tych buraków w dziecinną grę, a teraz chcesz mi go zabrać? Każesz mi zwracać? Ty tylko nosisz te stągwie i napełniasz je ambrozją, co ty możesz mi kazać?”.
Potrząsnął butelką.
„Ostatnia kropla. Naprawdę to już? Nie masz mi nic więcej do zaoferowania? Dobrze, jasne, w porządku. Rzucam cię, Ruda. Płyń! Może ci się poszczęści i zalew ci daruje, przepuściwszy do Muchawki, a tam już hulaj sobie po rzekach, morzach i oceanach. Wspomnij czasem na mnie, wspomnij na swoją samotność. Moją samotność. Żegnaj, Ruda”.
Zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał zamglonymi oczami w dal — horyzont począł zwijać manatki. „Nareszcie. Już czas. Już dawno był ten czas. Czas”.
„Jest mi w życiu trochę ciemno”.
Zdjął bluzę.
„Już nie jest zimno. Już jest tylko ciemno”.
Założył z powrotem.
„Tak się nie godzi, bluza musi być”.
Spojrzał na wodę.
„Ruda, wróć! Przebaczę ci! Porwał cię ten przeklęty wir? Ja cię uratuję!”.
Zarzucił okulary z powrotem na nos, poprawił kaptur bluzy i ruszył biegiem. Nie wiedział, w którą stronę, nie wiedział, po co.
„Trzeba biec, trzeba znaleźć miejsce”.
Omal nie wpadł na rowerzystę. Uniósł ręce w geście przeprosin, ale amator kolarzówki nie tylko nie miał pretensji, ale sam zszedł z roweru, by pokłonić się z szacunkiem.
Minął trzy małolatki, które zapiszczały na jego widok.
„Wybaczcie, sikoreczki, dziś nie mam czasu na selfie. Po pierwsze widzę was tak scalone, jakbyście były bliźniaczkami syjamskimi. Po drugie, innym razem, muszę biec”.
Naprawdę nie miał czasu, choć musiał przyznać, że rozpoznawalność, nawet ukryta pod kapturem i binoklami, potrafiła uczynić z człowieka oznaczonego kodami na nietykalność niemal nieśmiertelnego.
„Trzeba znaleźć miejsce”.
Znalazł.
„Nie, mama, nie. Mama nie ostrzegała”.
Drewniany pomost, z którego korzystali rybacy.
„Tutaj. Tak, tutaj. Wyłowię cię, najczystsza, najlepsza. Będziemy szczęśliwi już zawsze”.
Wziął rozpęd niczym lekkoatleta.
Skoczył.
„Uda mi się, będę miał wsparcie. Posejdon nachyli się, by podać mi swój trójząb, a ja go chwycę i pozwolę mu się do ciebie zaprowadzić”.Rozdział 4
Zbrodnia prowadzi wędrowny tryb życia. A to zajrzy do wielkiego miasta, a to znów po drodze wstąpi do małej wioski, której nawet nawigacja nie wychwyci. Jej to bez różnicy, wszędzie można pracować na swoje imię.
Toni klęczał. Wieczorna msza w katedrze skończyła się już kilka minut temu, ale on wciąż trwał w modlitwie. Słodkawa, żywiczna woń kadzidła nadal oczyszczała jego nozdrza z wszelkiego plugastwa. Spojrzał na duży krzyż zawieszony nad ołtarzem. Chrystus jakby chciał stąd widzieć wszystko, ale nie po to, aby się wywyższać, co to, to nie. Z góry widać wszystko i wszystkich. Stamtąd nie da się nikogo pominąć, nawet takiego skromnego grzesznika z piątej ławki.
Musiał przekazać Wszechmogącemu kilka swoich myśli. Oczywiście, On wszystko wiedział. Ale Toni potrzebował tej milczącej rozmowy, tak jak potrzebuje się drugiej osoby, by po prostu razem być, nie wypowiadając ani jednego słowa, bo słowa nie są potrzebne. Tutaj, w mroku świątyni rozświetlanej odbiciem barw witraży, cisza potrafiła mówić.
Lubił tutaj przychodzić. Przyciągały go strzeliste wieże widoczne z wielu zakątków miasta, zapraszające jak najpopularniejsza kopuła na świecie, zdobiąca Watykan. Wnętrze, choć przyćmione, uspokajało. Zarówno płaskorzeźby stacji Drogi Krzyżowej, jak i wszystkie obrazy zdawały się spoglądać nie surowym, lecz przymilnym wzrokiem.
Uwielbiał tę katedrę tak, jak uwielbiał bazylikę świętego Piotra. Tutaj czuł się jak w przedsionku nieba.
Zaprojektował swoje życie, choć nie obyło się bez skreśleń i nieudanych kresek. W latach dziewięćdziesiątych trzeba było podejmować trudne decyzje, ale on wybrał najlepiej, jak potrafił: opuścił Atrani jako dziewiętnastolatek ze łzami w oczach. Położona między błękitem Morza Tyrreńskiego a malowniczymi górami miejscowość jawiła się bajecznie. Ale nie dla niego, bo cóż mu przyszło z tego piękna, skoro nie miał z czego żyć. Mógł jedynie łowić ryby albo iść w stronę dopiero raczkującej na tych terenach turystyki.
Aby pójść jeszcze o krok dalej, trzeba było zdobyć się na odwagę i wyruszyć w świat.
Tak trafił do Polski.
Ojczyzna Jana Pawła II podpełzła mu pod palec na mapie niemal automatycznie. Kraj dopiero wstawał z kolan i otrzepywał się z kurzu; łaknął wszystkiego, czego wcześniej nie widział, przymglony zaćmą żelaznej kurtyny. Toni przywiózł ze sobą nie tylko zwyczaj niespiesznego _aperitivo_ przed niedzielnym obiadem, ale również danie, które miało ubogacić kuchnię flaków i kapusty.
Przywiózł pizzę.
Początki nie oblewały go blaskiem jak wybrzeża Amalfi. Nie był kucharzem i jego pierwsze placki nie miały wiele wspólnego z Italią. Nie zaszkodziło mu to — z braku porównania, dla większości siedlczan była to najlepsza pizza, jaką kiedykolwiek jedli. Udało mu się rozkręcić interes. Klimat ciasnych alejek i pachnącego cytrusami powietrza potrafił przenieść na ulicę Piłsudskiego grą na gitarze. Lubił sobie porzępolić.
Pewnego dnia zauważył go kierownik zespołu muzycznego, czekający akurat na swoją margheritę. Zaproponował mu, żeby zagrał na najbliższym weselu. Toni nie miał pojęcia o specyfice polskiej biesiady, ale zgodził się bez wahania.
Wesele rozliczono skrzynką Komandosa na głowę. Toni, niezbyt ucieszony, z żalu wypił trzy butelki w drodze powrotnej do Siedlec. Ta dawka podłego wińska, połączona z rozcieńczanym spirytusem, który sączyli podczas przerw w graniu, spowodowała, że haftował jak kot po rowach Borków Siedleckich. Zgodnie z chórem kompanów, przeszedł chrzest bojowy bez zarzutu. Nigdy więcej nie tknął żadnego, nawet najbardziej wytrawnego wina, co niejeden Włoch uznałby za zdradę stanu.
Jednak weselna muzyka nie dała o sobie zapomnieć. Od czasu do czasu jeździł do Warszawy na Stadion Dziesięciolecia, by wzbogacić się o dostępne fanty. Cwaniacy w zdartych dżinsach gibali się tam w rytm muzyki chodnikowej wypuszczanej z kaset, zachęcając do powiększenia zbiorów.
— Jest _Mydełko Fa_?
— Panie, biorę dziesięć sztuk. I jeszcze _Milano_.
— O tak, _Zagraj mi, piękny Cyganie_.
Dzięki kontaktom w branży weselnej i gastronomicznej wiedział, że ta muzyka — może i nieskażona ambicją, ale taka, której nie pozbędziesz się z głowy tak łatwo, jak pięknej kobiety — będzie ludziom w dobie postkomunizmu potrzebna jak nigdy dotąd. Trzeba było podjąć kroki, by dopomóc w jej rozpowszechnieniu, a z czasem może i wprowadzić ją na salony.
Muzyka weselna pomogła mu także nauczyć się języka polskiego. A jako że pokochał ten kraj i jego mowę, postanowił odwdzięczyć się polskiej kulturze najlepiej, jak potrafił i założył wytwórnię muzyczną. Pierwszy zespół zespawał z weselnego klawiszowca, siebie jako gitarzysty i w razie potrzeby perkusisty, oraz z Włoszki, która pomagała mu w pizzerii i mimochodem podśpiewywała do taktu wygrywanych przez niego melodii. Niedługo potem ta dziewczyna została jego żoną.
Nagrali płytę, która preferowała kasetę. Podpis i logo producenta — __ Atrani Records_ _— wywoływały w nich nieśmiałe łzy. Zagrali pierwszy duży koncert, później następny. Zgłaszały się kolejne zespoły, które do tej pory próbowały nagrywać materiał w garażach, nie mając pojęcia o akustyce. Toni im pomagał, sam rezygnując z grania. Wolał pozostać przy amatorskim _melodyjkowaniu_ i zająć się profesjonalizacją branży.
_Ciao, ciao, ciao, Siciliano._
W tym samym czasie w Białymstoku powstała konkurencja o nazwie _Green Star_. W tym wielkim, nieoficjalnym drafcie zespołów wyrastających spod piwnicznego podziemia, białostocka ekipa zebrała największy zbiór późniejszych — i nadal obecnych — gwiazd muzyki disco polo. Toniego to nie martwiło. Zawsze przedkładał jakość nad ilość. Nigdy nie miał pod opieką więcej niż trzech wykonawców. Dziś zajmował się tylko dwoma — nie tyle zespołami, co tutejszymi osobowościami, które w pełni mógł określić mianem _swoich_.
Stanisław. Wymarzony uczeń każdego mentora: pilny, utalentowany i bezproblemowy. Na scenie zawsze elegancki. Przyozdabiał swój zadziorny głos, od którego drżały serca pań. Muzykę do tańca przelał poza granicę kraju, a dzięki znajomości języków potrafił dogadać się w sprawie koncertu w Brześciu i w pół-polskim Wilnie.
Stanisław był przykładem sukcesu, który w równaniach matematycznych — przy odpowiednich rozliczeniach — zawsze dawał wynik dodatni.
Obok niego, w stajni Atrani, stał Pander.
Po prostu Pander.
Toni otrząsnął się z zamyślenia. Dobrze jest czasem wrócić do przeszłości, ale kościelny chrząkał znacząco. Zakończył już zamiatanie podłogi świątyni i czekał, gotowy dokończyć swą służbę Bogu i ludziom mopem.
„Jeszcze chwilka”.
Jego wzrok spoczął na portrecie papieża usytuowanym przy bocznym ołtarzu, pod wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. Przypomniał sobie upalny dzień, w którym Jan Paweł II odwiedził Siedlce. Było to dziesiątego czerwca. Tłumy, jakich nigdy nie zgromadził żaden muzyk, tylko Sługa Kościoła, lekko już przełamywany chorobą, a jednocześnie wypełniony pokorą, którą potrafił połączyć z charyzmą i siłą ducha.
Zbrodnia wybrała akurat to miejsce. Zachichotała i podała dłoń, otłuszczoną oliwą. Śmierdziała ropą.
W życiu zawodowym popełnił tylko jeden błąd.
A ten błąd ubierał tę swoją idiotyczną bluzę z pandą na piersi.
Nic nie zapowiadało katastrofy. Zresztą, to także kretyński slogan. Nic nigdy nie zapowiada katastrofy. Przychodzi nagle, z bezchmurnego nieba, gładkiej jak stół ulicy i ciszy, która odpina kabelki czujników własnego bezpieczeństwa. Pojawia się jak niedopity ojczym, którego nikt nie zapraszał na poprawiny.
Przymknął powieki.
„Siedlce. Moje Siedlce”.
Miasto pełne nienachalnego majestatu: skromne, niezbyt głośne, ale tętniące życiem ducha i ciała. Miasto równowagi. Centrum zaanektowane przez czyściec więzienia i próbkę nieba w katedrze. Na dole ulice pełne nierówności, zmuszające do zwolnienia, jak krużganki piekła. Na górze zaś — fale Katolickiego Radia Podlasie, niosące sygnał w świat, zarówno wioskom, jak i miasteczkom: _tutaj można żyć po ludzku i po Bożemu_.
To samo miasto, pobłogosławione przez Ojca — naprawdę — Świętego, zostało skalane. Jerozolima naszej ojczyzny, miasto wybrane przez Boga, stało się wschodnio-mazowiecką Sodomą — siedliskiem zła, w którym zbrodnia urządziła sobie potańcówkę w rytmie disco.
Lewa-prawa-prawa-lewa.
Prawa-lewa-lewa-prawa.
Zapach siarki spuszczonej niechybnie przez Wszechmocnego na to przeklęte już miasto, sprawił, że jego ukochana żona musiała uciec. Dlaczego?
Wszystko przez jedno zło. Tylko jedno. I aż jedno.
Być może jego żona zasłużyła na to, co ją teraz spotyka. Być może ucieczka była jedynym, wąskim przejściem. Sama tak postanowiła, a on musi to uszanować, choć za tym przejściem mogą już być tylko zgliszcza.
Zgliszcza o zapachu benzyny.
Razem prawie trzydzieści lat. W zdrowiu i w chorobie, w radości, w morderstwie i w smutku. W biedzie i w bogactwie.
Małżeństwo musi trwać razem przez całe życie — tak przysięgali. Od przysięgi dezerterują tylko tchórze, a Toni nigdy nim nie był. Dlatego teraz jej pomoże.
Jeszcze wszystko będzie świetliste.
Na zgliszczach można jeszcze budować. Można wyprosić zbrodnię z parkietu. Przegonić ją bez wręczania ciasta na podziękowanie.
„Wytańczyłaś się? Odejdź”.
Potrzeba tylko silnej ręki. Bezwzględnego wykidajły, który zrobi selekcję i wywiesi tablicę: _tej klientki już nie obsługujemy_.
Toni będzie tym ostatnim sprawiedliwym, który uratuje miasto. Potrzebuje do tego już tylko jednego. Czegoś, do czego w swej ułomności nie został stworzony.
Niech Bóg przebaczy Panderowi jego grzechy.
Toni nie miał zamiaru tego zrobić.Rozdział 6
— Zwariowałaś.
— Nie, chyba jeszcze nie.
Opuszczali teren zalewu, mijając patrol i ślady opon na trawie. Skierowali kroki ku przycumowanemu statkowi ozdobionemu pięcioma metalowymi kołami olimpijskimi, w pobliżu którego Lona zostawiła swój samochód.
— Naprawdę chcesz pójść do jego mieszkania?
— Nie, na niby — żachnęła się. — Skoro mam klucze, to w czym problem?
„Młodzież”, pomyślał. „Nigdy nie mają problemu z niczym. Nie przeszkadza im to jednak nosić napisu PRO8L3M na bluzkach, czapkach czy skarpetkach”.
— Problem w tym, że wejdziemy do mieszkania człowieka, którego właśnie wyłowiono z zalewu. Martwego człowieka. Nie brzmi to najlepiej.
Wsiedli do golfa. Wnętrze pachniało słodko. Zbyt słodko. Nowa zawieszka w kształcie choinki huśtała się lekko przy każdym uderzeniu drzwi.
— Z ciebie jest dziennikarz jak z koziej… no, wiadomo. — Lona włączyła światła. — Nie ma jeszcze żadnego oficjalnego komunikatu. Sam przed chwilą mówiłeś, że cisza. Nie wiemy jeszcze nic o niczym. Jedziemy po prostu podlać kwiatki, zgodnie z życzeniem lokatora.
— Po prostu — powtórzył jak puste echo. — Dobrze, po prostu jedźmy.
Sam nie wiedział, dlaczego się zgodził.
Silnik zaskoczył natychmiast. Lona z wprawą wycofała auto z parkingu i skręciła w stronę ulicy Warszawskiej. Nocą miasto wyglądało jak rozciągnięta, wyblakła taśma filmowa.
— Jeżeli masz klucze — podjął Leszek po chwili — to znaczy, że ty i Pander… coś?
Lona wykrzywiła górną wargę, jakby szykowała się do ciosu.
— Zwariowałeś? — parsknęła. — Zresztą, koleżkowaliście się, sam powinieneś wiedzieć.
Nie wiedział.
Owszem, przyjaźnili się, jeśli tę plątaninę półsłówek, żartów i popkulturowych haseł wyświetlanych w ich konwersacjach jak w studiu teleturnieju, można było nazwać przyjaźnią. A może chodziło o potrzebę męskiego towarzystwa, tej cichej umowy, że nie trzeba wszystkiego tłumaczyć, tylko zostać zdalnie poklepany po plecach. Może o obustronne zrozumienie scalone z brakiem uczucia uniżoności wobec drugiego. Muzyk disco polo to w końcu tylko muzyk disco polo, nie bożyszcze ani żaden mesjasz. A dziennikarz? Zwykły statyw do kamery z ambicjami na człowieka i umiejętnością zadawania mało błyskotliwych pytań. W tym ich kumplowskim sojuszu nigdy nie padła zwrotka o uczuciach.
Może właśnie dlatego się rozumieli.
— Nie podoba mi się — przyznała Lona. — Ale nawet gdybym chciała, to nie miałabym szans. Dla niego jestem za młoda.
Leszek kiwnął głową, nie znajdując pomysłu na odpowiedź. „Gusta, guściki, o czym tu w ogóle mówić?”.
— Pander to jest specyfik — orzekła, ruszając, gdy zapaliło się zielone.
Leszek zerknął w stronę galerii handlowej i wypowiedział na głos prawdę, której do tej pory nie przyklepał w biurze własnej świadomości:
— Pander to _był_ specyfik.
— I dlatego strzelił samobója? — zapytała, a czarny humor tego określenia nie pasował do zapłakanej, objuczonej strachem i przerażeniem dziewczyny, której dłonie wciąż drżały na kierownicy.
Popatrzył przed siebie.
— Nie chcę generalizować, ale sama wiesz, że im mocniejsze specyfiki, tym większe skutki uboczne.
— Mogłabym to zrozumieć, gdyby był jakimś rockmanem albo śpiewającym aktorem, wrażliwym bardziej niż polonistka podczas wieczornicy z wierszami Słowackiego. Ale Pander? To discopolowiec. _Przyjdź do mnie nago, nago, na godzinę siódmą_ i tego typu teksty. Taka twórczość ma przyciągać wrażliwców?
Leszek wzruszył ramionami.
— Twórczość to zawsze twórczość. Przynajmniej w mniemaniu twórców. Może ma coś wspólnego ze sztuką, a może tylko próbuje ją udawać.
Pozwolili wybrzmieć kliknięciom kierunkowskazu, które rozcięły ciszę jak metronom. Lona skręciła z Piłsudskiego we Floriańską. Minęli najstarszy kościół w Siedlcach, ten pod wezwaniem świętego Stanisława i pojechali dalej prosto. Po lewej, jakby ustawiona rogiem, sterczała kamienica z końca dziewiętnastego wieku. Miała swój urok. Przypominała Leszkowi stare miejskie hotele. Zapewne zbudowali ją majstrzy z trzech różnych epok, którzy przy trunku doszli do porozumienia.
— Nie tylko Pander jest dziś dla Siedlec zagadką godną podcastów kryminalnych — odezwał się Leszek. — _Czarny piątek._ Najpierw morderstwo na cmentarzu radzieckim, później wypadek Stanisława. A ja akurat dzisiaj mam wolne. Może to wszystko nie jest przypadkowe. Może wcale nie mówimy o samobójstwie?
Lona poprawiła chwyt na kierownicy.
— Wiesz coś więcej o tym wypadku?
— Klasyczny brak wyhamowania w porę. Chłopak jest nieprzytomny, ale raczej z tego wyjdzie. Leży w miejskim szpitalu. Nikt nie mówi niczego więcej.
Floriańska przyjęła ich wąskimi, stłoczonymi uliczkami, jakby same domy chciały się zakleszczyć, by nikt już więcej nie miał gdzie zaparkować. Minęli czarno-biały neon z napisem _brillen.pl_ i skręcili w Młynarską. Leszek przypomniał sobie o nowym nabytku. Adaptacja do okularów progresywnych musiała zaczekać, aż wpierw zaadaptuje się do tej niecodziennej sytuacji.
Znaleźli wolne miejsce naprzeciw Banku Spółdzielczego i dalej ruszyli pieszo. Numer dwanaście świecił z fasady jak równo wymalowana rana z pochlapanymi na pomarańczowo paskami na beżowym tle. Pander mieszkał pod jedenastką, więc czekało na nich pierwsze wejście od strony ulicy.
Leszek zerknął na domofon, czując znajome ukłucie lęku, ale Lona wyjęła klucz z kieszeni. Metal zazgrzytał w zamku z bezdyskusyjną pewnością kogoś, kto miał prawo wejść.
Weszli.
Zarówno skorupa zewnętrzna, jak i wnętrze budynku wydawały się czyste i schludne, a mimo to Leszek miał wątpliwości, dlaczego ktoś, kto kolekcjonował przelewy z dużą liczbą zer przy ogonie kwoty, mieszkał na zwyczajnym blokowisku. Sam również został wychowany w tego typu _kontenerach_, jak określał te zbiorowiska mieszkań, ale nigdy nie czuł się tam jak ptak w klatce, choć też nie jak orzeł wolności. Ograniczała go cichość po godzinie dwudziestej drugiej i zapach papierosów wypalanych na klatce (bo komu by się chciało wychodzić na dwór), gdzie aromaty mielonych kotletów prześcigały się w intensywności ze stęchlizną, która wypełzała z przerdzewiałych barierek, wilgoci ścian i brudu wgryzionego w lastryko na schodach.
W progu mieszkania zaduch szczypał w oczy zatrzymanym powietrzem. Lona, niczym wzór gospodyni, otworzyła okno w kuchni, po czym — ze znajomością rozkładu lokum — pchnęła uchylone już drzwi do głównego pokoju Pandera. Tak przynajmniej podejrzewał Leszek, patrząc na plakaty przyklejone do ścian. Różnobarwny i różnego fontu napis _DISCO pOLO_, zatarte fotografie grup muzycznych: Bayer Full, Fanatic i Love System. Nieco niżej zdjęcie, na którym musiał zatrzymać wzrok na dłużej. Uśmiechnięty, naprawdę uśmiechnięty Pander, bez okularów, pozujący z Radkiem Liszewskim, liderem grupy Weekend. Obok trzej mężczyźni w czarnych kurtkach z białym nadrukiem _POWER PLAY_. Pander cenił tę ekipę za umiejętność podłączania instrumentów do komputerowych sampli.
Lona nie traciła czasu na zwiedzanie. Wyrzuciła z szafki wszystkie kompakty na niezaścielone łóżko i poczęła je wertować zręcznymi ruchami.
— Czego szukasz? — zapytał Leszek, przysiadając na skraju tapczanu.
— Albumu Akcentu z początków ich kariery.
— Jakiego konkretnie?
— _Peronu łez_.
Przerzucili wspólnie kilka płyt, zanim Leszek dostrzegł niebieską okładkę z fotografią młodego Zenka Martyniuka i Mariusza Anikieja, ówczesnego klawiszowca zespołu. Na dole widniał napis: _vol.1: PERON ŁEZ i inne piosenki o miłości — AKCENT._
Lona klasnęła w dłonie.
— Teraz trzeba to uruchomić. — Na łóżku leżał laptop. — Ten sprzęt jest już za nowoczesny, by odtwarzać CD. Ciekawe, czy da się odpalić ten zabytek? — Skinęła głową na komputer stacjonarny, który zapewne służył już tylko za ozdobę wnęki biurka.
Leszek nacisnął nogą na przycisk zasilania. Podstarzały system zawył z bólu i przez trzy minuty namyślał się, nim przeciągłym, charakterystycznym dżinglem zaprosił ich do współpracy. Otworzył kieszeń napędu i wyciągnął rękę po płytę. Lona wyjęła delikatnie krążek z pudełeczka. Leszek zwrócił uwagę, by nie dotykała palcami dolnej, przezroczystej części. Wierzchnia strona nie powtarzała grafiki z okładki, co oznaczało, że nie mieli do czynienia z oryginalnym albumem Akcentu.
— Zapomniałam już, jak się z tym obchodzić — powiedziała.
Kompakt ryknął, próbując nabrać prędkości.
— Co tu może być? — zapytał Leszek.
— Nie mam pojęcia, ale zakładam, że coś, co będzie jakąś podpowiedzią.
— Ukrytą zagadką do rozwiązania przeznaczoną tylko dla nas?
— Coś w tym stylu.
— Nie wiem, czy się bać, czy intrygować — przyznał.
— Bądź mężczyzną, Leszek. Tylko tyle.
Nagle usłyszeli zgrzyt gdzieś przy drzwiach wejściowych. Spojrzeli na siebie. Leszek nie dał po sobie poznać, czy przeważył strach, czy ciekawość. Zacisnął usta.
— Sprawdzę to, zostań tutaj — zakomenderował.
Powolnymi krokami, starając się powodować jak najmniej hałasu, Leszek zbliżał się do drzwi. Usłyszał trzask, jakby mysz próbowała wślizgnąć się do środka. Popatrzył na zamek. Najpierw nie drgnął, lecz po chwili zaczął się obracać; najpierw powoli, jakby niepewnie, a potem odważniej — raz w lewo, raz w prawo.
Ktoś chciał do nich dołączyć bez pukania.
Leszek, nie zważając na hałas, wrócił do pokoju Pandera i opowiedział, w czym rzecz. Lona zerknęła na drzwi balkonowe, po czym podjęła męską decyzję.
— Wiejemy.
Kliknęła przycisk otwierania kieszeni napędu, ale mechanizm opierał się przed otwarciem.
„Jezu, szybciej”.
Nacisnęła jeszcze raz.
Komputer gwizdnął, jakby domagał się spokoju.
Spróbowała znowu.
Po trzeciej próbie kieszeń na CD uchyliła swe podwoje.
Lona chwyciła płytę — „dobra tam, dotknęła nie tej strony” — włożyła ją do pudełka i wrzuciła całość do torebki.
Zeskoczyli z balkonu. Parter nie stanowił przeszkody. Wylądowali na trawniku po drugiej stronie bloku. Przebiegli przy ścianach, minęli żywopłoty, pokonali niskie ogrodzenie i już byli na chodniku, gdy po raz drugi tego wieczoru zobaczyli kolory, których nikt nie lubił, choć kojarzyły się z bezpieczeństwem.
Czerwony i niebieski.
Wymazana na brzegach jaskrawą zielenią kia stała tuż przy wejściu na klatkę. Jeden z policjantów wysiadł z radiowozu, drzwiami blokując przejście chodnika.
— A dokąd państwo się tak spieszą?Rozdział 7
Wszystko, co zamknięto, da się otworzyć.
Podszedł do drzwi wejściowych mieszkania numer jedenaście. Obmacał kieszenie w poszukiwaniu kluczy, gdy korytarzem przeszedł chłopak z psem na smyczy. Znalazł ten właściwy, ale nie magiczny, o nie. Magia to tworzenie z niczego, a ten fant powstał z twardej, metalicznej materii.
Kiedy przyszedł tutaj po raz pierwszy, zdołał ocenić zamek wejściowy. Skorzystał z nieobecności lokatora i włożył na próbę kilka kluczy. Dopasował taki, który dało się wsunąć do połowy. Wystarczyło.
Przed drugim podejściem wziął ten sam _trafiony_ klucz. Tuż za ostatnim ząbkiem obwiązał go kilkukrotnie zwyczajną gumką recepturką, tak, aby nie zahaczyć o płasko ścięty pin. Dzięki temu klucz nie wchodził zbyt głęboko, a jednocześnie pracował z elastycznością konieczną do delikatnego odbicia. Wystarczyło lekkie podbicie nasady rączką śrubokręta, by zapadki w bębenku stały się bardziej skore do współpracy.
W środku mieszkało tylko milczenie. Nawet żaden zegar nie chciał tykać. Zamknął drzwi od środka i, nie zapalając światła, skierował się ku otwartym drzwiom pokoju. Jak się okazało, niezamknięty był także balkon. Wyjrzał przez okno i dostrzegł policyjny samochód. Wiedział, że nikt go nie zauważy, więc przesunął coś w doniczce przypominającej kaktus i oparł się o parapet niczym wścibska sąsiadka na etacie monitoringu. Zaczął obserwować.
Dwoje ludzi rozmawiało z policjantem przy otwartych drzwiach auta. Dziewczyna gestykulowała gwałtownie, jak to dziewczyna. Mężczyzna stał nieruchomo, tylko od czasu do czasu wskazujący podbródkiem na teren z tej czy z drugiej strony.
Gość mieszkania odwrócił wzrok. W świetle latarni zauważył rozgardiasz na łóżku: rozrzucone płyty, komputer w stanie uśpienia, który jednak nadal mruczał z niezadowolenia niczym głodny, lecz zbyt leniwy kot.
Sprytni. Mieli talent.
Talent. Aleks też go posiadał.
Bez niego nie zostałby nielegałem.
Zrobili to, co trzeba. Wszystko zdawało się iść zgodnie z planem, dopóki Aleks nie dostrzegł zmiany w konfiguracji rozmówców przy radiowozie. Jeden z funkcjonariuszy wszedł do budynku wraz z dziewczyną.
„Dobrze, pora pokazać tę swoją smykałkę”. Wyciągnął zza paska Bezszumnego_._ Wszyscy w Czternastym pukali się w czoło, że nadal używa tego reliktu, ale Aleks nie dawał się przekabacić. Kompaktowy kształt, przyjemny w dotyku jak zabawka dla dziecka, zapewniał wygodę zarówno noszenia, jak i używania. Dzięki tylnej części tłumika — zamocowanej na stałe w pistolecie — przednią część można było dokręcić z zamkniętymi, bądź tak jak teraz, zasłoniętymi ciemnością oczyma. Nie obawiał się hałasu. Subsoniczne naboje działały ciszej niż prędkość dźwięku.
Ukrył się za szafą od strony okna i czekał z gotową bronią.
Usłyszał chrzęst otwieranego zamka. Nikt jednak nie wszedł do środka. Drzwi zostały tylko otwarte, ale dało się usłyszeć przytłumiony głos policjanta:
— Zamek nie wygląda na sforsowany.
— Na pewno ktoś próbował się tu dostać! — krzyknęła dziewczyna.
— Może ten ktoś, tak jak pani, miał klucze?
— Nie wiem.
— Dlaczego zatem zakłada pani, że ktoś próbował się włamać?
— Słychać było majstrowanie przy drzwiach!
Nawet stąd Aleks usłyszał chrząknięcie policjanta.
— Sprawdzę w środku. Proszę zaczekać.
Kroki odbiły się od podłogi.
Funkcjonariusz zaczął od łazienki, później przeszedł do kuchni. Pokój Pandera zostawił sobie na koniec. Nacisnął stopą na próg, który głośno zatrzeszczał i spojrzał wprost na okno. Podszedł bliżej o dwa, trzy kroki. Obrócił się lekko w kierunku komputera. Nie wydawał dźwięków, ale Aleks wychwycił to znajome przeciążenie pod czaszką dobrodusznego stróża prawa, który właśnie układał sobie w głowie teorię o wariatce w czarnym kucyku. Wariatce, która ubzdurała sobie napaść na mieszkanie. Napaść, której nikt nie widział ani nie słyszał.
Z subtelnością słonia w składzie porcelany przeniósł swe kroki z powrotem ku korytarzowi.
— Czysto. Wracamy.
Dziewczyna próbowała bronić swoich racji, ale Aleks już tego nie słyszał, odgrodzony zamkniętymi drzwiami. Przestępczość zawsze była odwrotnie proporcjonalna do zaradności policjanta.
Rozkręcił Makarowa i schował.
„Przyjdzie na ciebie czas”.
Odczekał dwie minuty, nim wyjrzał przez okno. Dwoje ludzi wsiadło do samochodu, który ruszył z impetem przed siebie. „Do zobaczenia”.
Spoczął przy rozgardiaszu. Włączył latarkę w telefonie, aby przyjrzeć się płytom. Wziął kilka do ręki, obejrzał z obu stron, po czym rzucił z powrotem na łóżko. Nic ciekawego. Wcisnął przycisk na obudowie, aby wyłączyć światło. Otworzył aplikację z białym dymkiem komiksowym na niebieskim tle. Nie znał komunikatora lepiej chroniącego przesył danych niż Signal. Dzięki specjalnemu szyfrowaniu E2EE nikt — ani haker, ani służby specjalne, ani nawet patriarcha Moskwy — nie mógł odczytać żadnej wiadomości, nawet po przechwyceniu. Mógł to zrobić jedynie odbiorca, posiadający prywatny klucz ze swojego urządzenia.
Ksenia przysłała zdjęcie. Wraz z Igorem zajadali się lodami, zapewne czekoladowymi. Chłopiec zostawił na pyzatej buźce brązowawe ścieżki, które spływały ku jego pełnemu, jeszcze zazębionemu uśmiechowi.
Śmiał się, błyszcząc, choć połowę deseru miał już w brzuchu. Aleks odesłał w odpowiedzi serduszko i krótką wiadomość, że odezwie się jutro. Dodał jeszcze życzenia spokojnej nocy.
Igor i Ksenia. Ksenia i Igor.
Do daczy w _rublówce_ mogli pojechać razem, ponieważ żona kandydata również przechodziła szkolenie. Wraz z nimi mieszkało trzech instruktorów. Miało to swoje zalety — dzięki temu szkolenie mogło odbywać się bez przerw, przez całą dobę. Igor był jeszcze zbyt mały, by uczestniczyć, ale nawet gdyby dorósł, nie podjąłby się tego kursu. Miał inne zadania, choć jeszcze o tym nie wiedział. Ni zdjęcie, ni rzeczywistość tego nie zdradzały, ale te dzisiejsze lody były tylko fragmentem przepustki, którą Natasza wykorzystała, by zobaczyć synka. W pozostałym czasie Igor pozostawał pod opieką ludzi z Centrali.
Dzieci zawsze są najpewniejszymi zakładnikami.
Pora robić swoje. Im szybciej się z tym upora, tym szybciej zjedzą wspólnie lody czekoladowe. Schował więc telefon do kieszeni i wyjął drugi — tańszy, zakupiony w sklepie z elektroniką w siedleckiej galerii. W holu przybytku konsumpcji znalazł konesera niewytrawnych trunków, który za pięćdziesiąt złotych zgodził się zarejestrować komórkę na swoje dane.
Sprzęt uruchomił się po chwili. Aleks wklepał numer i spróbował się połączyć. Zrezygnował po odczekaniu pięciu sygnałów. „Zaczekam”, pomyślał. „Może jeszcze rozmawia z tymi durakami z policji”.
Galeria Siedlce przywołała wspomnienia z czasów szkolenia; dni nafaszerowanych intensywnością, ale dzięki obecności bliskich łatwych do przetrwania. Już od pierwszego dnia musiał obcować nie tylko z językiem, ale również z nową codziennością. Ubierał się w koszulki z polskimi napisami. Na obiad do obrzydzenia jadał bigos, flaki i schaboszczaki. Oglądał, a później czytał _Potop —_ w tej właśnie kolejności, bo tak robią ci Polacy, którzy chcą zagłębić się w bogatą twórczość Sienkiewicza. __ Słuchał też muzyki — najczulej łaskotała mu bębenki piosenka _Niech żyje wolność_ grupy Boys.
_Matka miała syna, syna jedynego_.
„I nadal go ma”.
Po roku zdał egzamin przed komisją. Dwa miesiące później Nataszą i Igorem zaopiekowali się ludzie z Centrali, on zaś, z dokumentami na nowe nazwisko, szykował się do wyjazdu. Imię radzono mu pozostawić, by w razie kontroli nie wsypał go automatyczny odruch. Data urodzenia również pozostała bez zmian. Nielegał nigdy nie kłamał, co najwyżej nie mówił całej prawdy.
Po ostatnim przeszkoleniu zabrał się z przewożącym dokumenty _kurierem_ do Finlandii, potem do Tallinna, a stamtąd już do Polski: najpierw Kraków, później Bydgoszcz, Siedlce, Konin, Mrągowo, Kołobrzeg, a na końcu znów Siedlce.
„Misja już prawie zakończona. Jeszcze tylko kilka kroków… Pora wreszcie postawić następny”.
Zadzwonił raz jeszcze. Tym razem odebrał po trzecim sygnale. Aleks nie bał się rozpoznania głosu. Nawet ten prosty telefon z Androidem pozwalał na zainstalowanie aplikacji zmieniającej głos i tłumiącej wszelkie ślady.
— Tak, słucham? — odezwał się głos w słuchawce.
Poznał go podczas przygotowań do wyjazdu do Siedlec, kiedy musiał zapoznać się z realiami miasta.
— Słuchaj… słuchaj uważnie — powiedział Aleks. — Słuchaj, bo nie będę mówił dwa razy. Jeśli jest przy tobie policja, nie szkodzi. Nie mają szans mnie wychwycić, więc niech nawet nie próbują. Gdy tylko znajdziesz złoto, zadzwoń pod ten numer. Ja będę czekał. Czas — pojutrze wieczorem. Jeżeli nie zadzwonisz, twoja _niby już była, ale wciąż obecna_, __ zdechnie razem z waszym bachorem.