Pojedynek - ebook
Johnny oficjalnie zajmuje się stolarką. A nieoficjalnie – wypracował doskonały system: pod pretekstem robienia szaf na wymiar okrada swoich klientów. Jest cierpliwy, metodyczny, uważny i nie do złapania. Jest w tym dobry. Nawet bardzo dobry.
Stefan także jest zabójczo skuteczny w swoim fachu. A nade wszystko ceni sobie prywatność – jego klienci wolą, gdy załatwia sprawy po cichu. Kiedy więc Stefan odkrywa, że jego sekret może wyjść na jaw, nie spocznie, póki nie wyeliminuje tego, kto ośmielił się nadużyć jego zaufania.
Ryfce Brodnickiej kiedyś chciało się bardziej, ale trzydzieści pięć lat służby w policji ostudzi każdy entuzjazm. Gdy jednak próba schwytania wyjątkowo sprytnego złodzieja zamienia się w akcję rodem z amerykańskich filmów – z pościgami, strzelaninami, mafijnymi porachunkami i dwoma profesjonalnymi kryminalistami – w Ryfce budzą się nowe siły.
Kto zwycięży w pojedynku, który zostawia za sobą krwawe ślady w całej Warszawie?
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68543-69-8 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ja cię kręcę! Przecież nikt mi nie uwierzy.
Nie wiem, ile mógł jechać. Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt na godzinę. Wcale nie zachrzaniał. Mimo to w pewnym momencie stracił kontrolę nad samochodem. Przeciął oś jezdni, wjechał na chodnik, a na końcu wpierniczył się w drzewo. I to tuż obok mnie! Ile nas mogło dzielić? Z pięć metrów, dziesięć? Nie więcej.
Miałem w ciul szczęścia. Normalnie jak w tym filmie. _Oszukać przeznaczenie_ czy jakoś tak.
Wyglądało to tak, jakby gościu przysnął za kierownicą. Było już późno, środek lata, długi i gorący dzień. Sam już byłem zmęczony po kilkunastu godzinach spędzonych nad wodą. Mój plecak ważył dwa razy więcej niż rano. Nogi ledwo odrywały się od ziemi. Ziewałem. I może właśnie to mnie uratowało. To, że bardziej się wlekłem, noga za nogą, niż szedłem. Bo gdybym szedł normalnie, nie byłoby czego zbierać.
Ja cię kręcę! To się nazywa fart.
Potruchtałem do rozwalonego samochodu, żeby zobaczyć, czy kolesiowi nic się nie stało. Okrążyłem auto. Zajrzałem do środka przez dziwnie zaparowaną szybę.
I przestraszyłem się jak cholera.
Nie wiedziałem, czy facet żyje. Wyglądał, jakby nie żył. Jakby był martwy od bardzo, bardzo dawna.
On jednak oddychał.
Po kilku sekundach ocknął się i spojrzał na mnie, a ja z przerażenia poleciałem na dupę. Chwilę później koleś otworzył drzwi. Patrzyłem na wypływającą z samochodu krew, jakby było w niej coś magicznego. Mój umysł darł się, żebym uciekał, ale z jakiegoś powodu nie mogłem. Nie potrafiłem przestać się gapić na pełznącą w moją stronę strugę krwi.
W końcu mężczyzna postawił stopę na chodniku. Po jakimś czasie drugą. Wreszcie wylazł z auta. Wyglądał jak trup. Żywy trup. Jak z _Dead Island_ albo _Resident Evil_. Był cały, ale to absolutnie cały we krwi. Nie miał ucha. Z gębą też coś było nie halo. I ten jego wzrok. Dziwny, mętny, szalony. Tak, absolutnie szalony.
Koleś potrzebował kilku dobrych sekund, aby mnie namierzyć. Ale kiedy już to zrobił, nie spuszczał mnie z oczu.
– Pomożesz mi.
To nie było pytanie. To było polecenie.
Machinalnie pokiwałem głową.
Facet dokuśtykał na tył samochodu i otworzył bagażnik. Ja w tym czasie podniosłem się i ruszyłem za nim. Zobaczyłem, że grzebie w wielkiej torbie, plamiąc krwią wszystko, czego się dotknie. W końcu coś z niej wyjął. Odwrócił się do mnie. Wydawało mi się, że ledwo stoi na nogach, ale gdy wciskał mi ten swój pakunek w ręce, sprawiał wrażenie, jakby był najsilniejszym człowiekiem na Ziemi. Znowu się prawie przewróciłem.
– Schowaj. Za jakiś czas to odbiorę.
Spojrzałem na podarunek.
Chciałem spytać, co to właściwie jest, kiedy przyjdzie po niego i jak w ogóle zamierza mnie znaleźć, ale moje usta wypluły coś zupełnie innego.
– Może… zadzwonić na pogotowie?
Koleś chrząknął. Splunął pod nogi krwią. Ponownie zawiesił na mnie wzrok.
– Schowaj to. Nikomu o tym nie mów. Ani o tym, że ze mną rozmawiałeś. Rozumiesz?
Pokiwałem głową jak robot.
Odsunął się od bagażnika, choć go nie zamknął. Słaniając się na nogach, obszedł samochód i zanurzył się w park. Kilkanaście sekund później zniknął w ciemnych zaroślach, pozostawiając po sobie tylko kilka poruszających się gałęzi.
Było to tak surrealistyczne, że zacząłem wątpić, czy wydarzyło się naprawdę. Musiałem się uszczypnąć.
Spojrzałem na pakunek. Wyglądał zupełnie zwyczajnie. Najzwyczajniej na świecie. Niedobrze, kurde. Nikt mi nie uwierzy, że dostałem go od żywego trupa.Rozdział 2
STEFAN
Uwielbiam ludzi. Oczywiście nie wszystkich, ponieważ nie da się darzyć sympatią każdego człowieka, ale lwią część naszego gatunku. Choć nie jestem duszą towarzystwa, od czasu do czasu lubię się z ludźmi spotkać. Pójść na kolację albo do kina. Pograć w snookera. Porozprawiać o filozofii, o jedzeniu wegańskim, o podróżowaniu, o muzyce.
Naprawdę uwielbiam ludzi. Czasem nawet tych najdziwniejszych.
_– Rosemary West ogłaszała się pod pseudonimem Mandy Mouse, a klientów przyjmowała w domu na Cromwell Street dwadzieścia pięć w Gloucester. Jej mężowi Fredowi Westowi w niczym to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Własnoręcznie zbudował dla prostytuującej się żony łóżko z baldachimem, a między zamocowanymi na suficie lustrami ukrył kamerę, aby uwieczniać jej spotkania z klientami. Rosemary szczególnie upodobała sobie ciemnoskórych mężczyzn. W szczycie formy była w stanie obsłużyć czterech w ciągu jednej nocy._
Uwielbiałem także słuchać podcastów kryminalnych. Głównie dlatego, że czerpałem z nich wiedzę o ludziach. O ich dziwactwach, fobiach, problemach. Ale także o sposobach podejmowania decyzji, przetwarzania informacji, radzenia lub nieradzenia sobie z emocjami. Uczyłem się na ich przykładach, jak postępować z moimi klientami, ludźmi często równie zdziwaczałymi jak bohaterowie tych podcastów. Często pogubionymi i nieprzystającymi do rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Rozgoryczonymi i przepełnionymi gniewem. Przegranymi.
Choć nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.
Mariusza Sumińskiego dopiero poznawałem, ale coś mi podpowiadało, że do niego też zapałam sympatią. Był czterdziestodwuletnim sprzedawcą akcesoriów dziecięcych w firmie BabyJoy. Przyglądałem mu się z auta zaparkowanego naprzeciwko jego miejsca pracy, kameralnego lokalu na Ursynowie. Nigdy do końca nie da się poznać drugiego człowieka, a tym bardziej nie da się tego zrobić w ciągu paru godzin, ale tyle mi wystarczyło, aby zrozumieć kilka ważnych rzeczy na temat Mariusza Sumińskiego. Między innymi to, że jest dowcipnisiem. Lubi być w centrum uwagi, a koledzy z pracy darzą go co najmniej umiarkowaną sympatią. Lubi i umie nawijać makaron na uszy. Lubi jeść. Prawdopodobnie nie przepada za dziećmi, a na pewno nie za dziećmi swoich klientów – choć swoją córkę ubóstwia. Nie jest tytanem pracy, ponieważ z ośmiu godzin, które spędza w sklepie, efektywnie przepracowuje najwyżej cztery, resztę czasu poświęcając na przeglądanie telefonu.
Zrozumiałem też, że Mariusz Sumiński bardzo chciałby być w innym miejscu, niż jest.
_– Za pierwszą ofiarę Freda Westa uważa się osiemnastoletnią Anne McFall. Pozbawił ją życia, gdy była w ósmym miesiącu ciąży, nosząc w brzuchu jego dziecko. Z kolei pierwszą ofiarą Rosemary stała się Charmaine West, zaledwie ośmioletnia pasierbica jej męża. Zamordowała ją, kiedy Fred przebywał w więzieniu – skazany za kradzież i wykroczenia drogowe. Do dziś Fredowi i Rosemary Westom przypisuje się odpowiednio dwanaście i dziesięć morderstw, choć prawdziwa liczba ich ofiar może być dużo, dużo większa._
Mariusz Sumiński skończył pracę piętnaście minut przed czasem, sprytnie wymigując się od obsługi ostatniego klienta. Wsiadł do wysłużonego Volkswagena Golfa, włączył polski rap tak głośno, że zagłuszał nim rozmowy przechodniów, włożył okulary przeciwsłoneczne i ruszył spod sklepu.
Podążyłem więc za nim.
Co nieco słyszałem o Mariuszu Sumińskim, więc mniej więcej wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Mimo to zdołał mnie zaskoczyć. I to trzykrotnie.
Za pierwszym razem zaskoczył mnie, gdy zatrzymał się przed Ośrodkiem Wsparcia Psychologicznego. Wiedziałem, że Mariusz Sumiński zapisał się na terapię, ale nie przypuszczałem, że rzeczywiście będzie na nią uczęszczał.
Następnie wprawił mnie w zdumienie spotkaniem z pewnym wytatuowanym mężczyzną. Umówili się w jednej z kamienic na Mokotowie. Wyszli na balkon zapalić papierosa. Przez kilka minut gorączkowo o czymś dyskutowali. Chwilę później Mariusz Sumiński pojawił się przed blokiem, ściskając w ręku pakunek zawinięty w papier. Otworzył go w samochodzie. Był to zwitek pieniędzy, na oko dziesięć, może piętnaście tysięcy złotych.
Po raz trzeci Mariusz Sumiński zdziwił mnie tym, że udał się do lokalu bukmacherskiego. Przed wejściem do środka ucałował podarunek. Po godzinie wyszedł z lokalu z pustymi rękami. Wsiadł do auta i się przeżegnał. Dopiero po minucie włączył rap, założył okulary i odjechał w kierunku swojego mieszkania w czteropiętrowym bloku po praskiej stronie Wisły.
Bloku, który zdążyłem już dobrze poznać.
_– Wiele osób uważa, że koszmar w domu przy Cromwell Street zaczął się na długo przed tym, jak Westowie w nim zamieszkali. Fred stwierdził po latach, że był molestowany seksualnie przez matkę i widział, jak ojciec gwałci jego siostry. Sam już jako dziewiętnastolatek miał się dopuścić gwałtu na trzynastoletniej Kitty. Kiedy sprawa wyszła na jaw, a West został aresztowany, przyznał się do molestowania młodych dziewczyn od najmłodszych lat. Ze zdziwieniem spytał śledczych: „Czyż nie wszyscy tak robią?”._
Tego dnia zrozumiałem, na czym polega problem Mariusza Sumińskiego. Po prostu wiódł życie, do którego nie był predestynowany. Niekompatybilne z jego upodobaniami i naturą. Próbował zmienić siebie, zamiast zmienić swoje życie. Korygował nie to, co wymagało korekty i co dało się wyregulować. Błądził. I najwyraźniej Bóg, w którym szukał sprzymierzeńca, nie był w stanie mu w tym pomóc.
Ale ja mogłem.
_– Ten wieloletni koszmar zakończył się dopiero w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku, kiedy to policja przeszukała dom przy Cromwell Street, odnajdując szczątki ofiar Westów. Rok później Fred powiesił się w celi – nie zdążył usłyszeć wyroku. Rosemary została skazana na dożywocie za współudział w dziesięciu morderstwach, do których nigdy się nie przyznała. Obecnie przebywa w Zakładzie Karnym HMP Prison New Hall we Flockton. Dom grozy przy Cromwell Street dwadzieścia pięć w Gloucester został zburzony, by nie stanowić dla nikogo atrakcji turystycznej._
Wysiadłem z mojego Jaguara XE D200 S z silnikiem o pojemności dwóch litrów, z napędem wspomaganym miękką hybrydą o mocy dwustu czterech koni mechanicznych i automatyczną skrzynią biegów. Stanąłem obok auta. Zapatrzyłem się w okna mieszkania Mariusza Sumińskiego. Wyobraziłem sobie, jak wita się z żoną, jak całuje w czoło czteroletnią córkę, jak jedzą wspólnie obiad, jak całą rodziną oglądają bajki. Wyobraziłem sobie, jak Mariusz Sumiński co chwilę zerka ukradkiem na telefon, sprawdzając wyniki sportowe. Jak nie rozmyśla o rozgrywającej się wokół niego rodzinnej sielance, tylko o dziesięciu albo i więcej tysiącach złotych bezmyślnie pozostawionych w kasynie. Jak modli się do swojego nieistniejącego Boga.
Naprawdę lubiłem Mariusza Sumińskiego. I szczerze żałowałem, że wkrótce jego marny żywot dobiegnie końca.
***
– Niech zgadnę. – Mariusz Sumiński poczęstował mnie nieszczerym uśmiechem, którym zwykł witać klientów. – Wpadka z byłą żoną?
– Wpadka, ale nie z byłą żoną. Po prostu wpadka.
– Widzi pan? Może nie zawsze trafiam dziesięć na dziesięć, ale zawsze jestem blisko. Mam czutkę do ludzi.
– Aha.
– Kilka lat temu przyszła do mnie parka. Ona trzydzieści, on trzydzieści pięć lat. Oboje uśmiechnięci, ładni, nowocześni. Ona w ciąży, on w ciąży spożywczej. Powiedziałem, żeby się nie wyrywali z kupowaniem wózków na pięć lat do przodu, bo różnie w życiu może być. Nie jest powiedziane, że za pięć lat dalej będą ze sobą tacy zgodni. I co? Pięć lat później babka przyszła do mnie z innym gachem.
– Gratuluję.
– Mam to po babci. Ona też czytała w ludziach jak w otwartych księgach.
Naprawdę lubiłem Mariusza Sumińskiego. Niektórych drażnią ludzie, którym jadaczka się nie zamyka, ale ja mam dokładnie odwrotnie. Uwielbiam słuchać tych, którym się wydaje, że mają coś do powiedzenia, że są tacy ciekawi. Podobają mi się ich pewność siebie, wiara we własny intelekt, przekonanie o wyjątkowości. Odkąd pamiętam, miałem słabość do jednostek nierozumiejących swojego miejsca na świecie. W końcu _errare humanum est_, błądzić jest rzeczą ludzką.
Poza tym najwygodniej analizuje mi się ludzi, którzy odsłaniają przede mną swoją duszę.
– Pierwsze dziecko, prawda?
Pokiwałem głową.
– Córeczka.
– Kiedy macie termin?
– Za dwa miesiące.
– No to najwyższa pora uzbroić się w akcesoria dzidziusiowe. Skoro przyjechał pan bez żony, zgaduję, że polujecie na fotelik.
– Dobry pan jest.
– Mówiłem. – Mariusz Sumiński uśmiechnął się i odwrócił. – Proszę za mną.
Zaprowadził mnie na drugą stronę sklepu, do królestwa fotelików dziecięcych. Do swojego królestwa. Tekturowego królestwa człowieka nienawidzącego swojej pracy.
– Skoro to pierwsze dziecko, pewnie pan jest zielony w temacie. Nie szkodzi. Po to tu jestem, żeby pomóc. Ale na początek musi mi pan odpowiedzieć na jedno bardzo ważne pytanie. Ile jest warte bezpieczeństwo pańskiego dziecka?
Musiałem się chwilę zastanowić. Poszukać odpowiedzi, jakiej mógłby udzielić uśredniony rodzic.
– Nie ma dla mnie ceny.
– Czyli jest bezcenne.
– Tak.
– Brawo. W takim razie od razu przejdziemy do sprzętu, który będzie adekwatny dla takiego odpowiedzialnego rodzica jak pan, okej?
Słyszałem, że moi koledzy nie robią takich rzeczy. Uważają, że to zbyteczne, nadmiarowe, nadgorliwe. Szkoda im czasu na coś, za co im nikt nie zapłaci. Ale ja jestem innego zdania. Uważam, że trzeba poznać obiekt tak dobrze, jak to tylko możliwe. Zrozumieć go. Wychwycić, w jaki sposób się porusza, czy ma jakieś tiki nerwowe, czy jest ślamazarny, a może wręcz przeciwnie.
Niektóre informacje da się zdobyć na odległość, inne wyłącznie dzięki bezpośredniej rozmowie z obiektem.
– W takim razie już wszystko wiem. Prawie wszystko – wypaliłem po dwudziestu minutach udawania, że interesują mnie foteliki dziecięce. – Muszę tylko porozmawiać z żoną i poczytać opinie w internecie.
Zobaczyłem zawód na twarzy Mariusza Sumińskiego. Próbował przykryć go udawanym zrozumieniem, ale było jasne jak słońce, że miał nadzieję na szybkie sfinalizowane transakcji.
– Czego tylko panu potrzeba.
– Pracuje pan jutro?
– Codziennie.
– A gdybym przyjechał po osiemnastej?
– Sklep jest otwarty do dwudziestej, ale mnie już nie będzie. Po siedemnastej staję się innym człowiekiem.
– Będzie pan polował na swoją wpadkę?
Mariusz Sumiński uniósł dłoń. Obrócił pierścionek pod kciukiem.
– Będę pracował na utrzymanie dawnej wpadki.
– Drugi etat?
– Powiedzmy.
Obserwowałem Mariusza Sumińskiego od wielu dni. Widziałem, jak doktor Jekyll zamienia się w pana Hyde’a, jak zabawny sprzedawca fotelików przeistacza się w zagubionego hazardzistę. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby to, co robi, nazwać pracą.
– W takim razie witam w klubie.
– W sensie?
– Też mam drugie zajęcie. Choć żona mówi, że to bardziej hobby niż praca.
– A co pan robi?
– Gram na giełdzie.
– No proszę. – Mariuszowi Sumińskiemu momentalnie rozszerzyły się źrenice. – I jak panu idzie?
– Czasem udaje mi się zarobić drugą pensję. Czasem więcej. A czasem mniej. Żona mówi, że to hazard. Ale moim zdaniem to bardziej przypomina matematykę, jeśli wiesz, co robisz.
Mariusz Sumiński pokiwał głową.
– Przerabiałem to ze swoją.
– Pan też gra na giełdzie?
Mariusz Sumiński zerknął za siebie. Chciał się upewnić, że nikt nas nie słyszy.
– Poker. Texas Hold’em.
– W internecie?
– Na żywo.
– Nie wiedziałem, że tak można.
Mariusz Sumiński jeszcze raz się odwrócił.
– Znam kilka klubów w Warszawie, w których można grać na duże stawki.
– I jak panu idzie?
– Ostatnio dobrze. Zobaczymy, jak będzie jutro.
Wiedziałem, że Mariusz Sumiński gra w pokera na pieniądze. Wiedziałem też, gdzie to robi. Musiałem się jedynie dowiedzieć, w którym lokalu pojawi się jutro.
– Jeśli lubi pan matematykę, powinien spróbować.
– Pokera? Próbowałem. I nawet lubię. Ale chyba jestem za cienki w uszach, żeby grać na poważnie.
– Jak to mówią: nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz.
– Może i tak…
– W takim razie zapraszam jutro. Gramy w takim apartamencie na Puławskiej, niedaleko Placu Unii. Fajne miejsce, dobra atmosfera. Kulturalni ludzie, żadnej gangsterki.
Udałem, że się zastanawiam.
– Może innym razem.
Mariusz Sumiński posłał mi pobłażliwy uśmiech. Najwidoczniej uznał, że zmiękłem. Że nie jestem taki jak on.
– Jak pan woli. Ale proszę pamiętać, że ma pan dziecko w drodze. Nie należy przepuszczać okazji, które podrzuca nam los.
– Dzięki. Zapamiętam to sobie.
Tym razem ja się uśmiechnąłem.
***
Największym minusem mojej pracy jest to, że bywa nudna. Teoretycznie. Bo przecież inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą.
_– W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku przerażająca seria morderstw wstrząsnęła mieszkańcami Londynu. Między dziewiątym kwietnia a dwudziestym trzecim lipca siedem osób zostało uduszonych we własnych domach. Najmłodsza z nich miała sześćdziesiąt siedem lat, a najstarsza – dziewięćdziesiąt cztery. Za wszystkimi morderstwami stał jeden człowiek – Kenneth Erskine, Dusiciel ze Stockwell._
Inteligentni ludzie potrafią miło spędzać czas, nawet jeżeli gniją po kilka godzin dziennie w samochodzie. A tego niestety często wymagała moja praca. Także tym razem. Musiałem zaparkować niedaleko mieszkania Mariusza Sumińskiego. W starannie wybranym miejscu, którego nie widać na kamerach monitoringu miejskiego. Nie moim Jaguarem XE D200 S, z silnikiem o pojemności dwóch litrów, z napędem wspomaganym miękką hybrydą o mocy dwustu czterech koni mechanicznych i automatyczną skrzynią biegów, tylko Hyundaiem i30 wypożyczonym na fałszywy dowód. Z wnętrzem wyłożonym folią, którą miałem zabrać ze sobą po wykonanej pracy. Starannie wydepilowany i ogolony. W ubraniu niewzbudzającym podejrzeń, ale i nierzucającym się w oczy. Ze słuchawkami w uszach i ulubionym podcastem.
Inteligentni ludzie nie tylko się nie nudzą, ale też potrafią być w dwóch miejscach jednocześnie. Ja na przykład od kilku godzin siedziałem w samochodzie niedaleko bloku Mariusza Sumińskiego, czekając, aż wróci z pokera, a równocześnie delektowałem się _Toscą_ Pucciniego w Operze Narodowej. Wydałem niemal trzysta złotych, aby mieć najlepsze miejsca. I drugie tyle, aby opłacić podobnego do mnie człowieka, który zgodził się ubrać stosownie do okoliczności, wejść z moim biletem do Opery Narodowej i wytrzymać trzy akty.
Czy ktoś byłby w stanie udowodnić, że nie było mnie w tym czasie w Operze Narodowej? Pewnie tak. Ale czy komukolwiek przyszłoby do głowy, aby to zrobić? Wątpię.
Zresztą, żeby tak naprawdę zagiąć na mnie parol, policja musiałaby ustalić, kim jestem, jak się nazywam i jaka stoi za mną historia. A to, w mojej ocenie, graniczyło z cudem.
_– Erskine wchodził do domów swoich ofiar przez niezabezpieczone okna. Klękał na ich klatkach piersiowych, zakrywał im usta lewą ręką, a prawą chwytał za gardło i dusił. Cztery z siedmiu jego ofiar zostały zgwałcone, choć nie jest jasne, czy stało się to przed, czy już po śmierci. Erskine podejrzewany jest także o cztery inne morderstwa staruszków, ale policja nie znalazła wystarczająco silnych dowodów, aby mu je przypisać._
Pokerowe rozgrywki Mariusza Sumińskiego zwykle trwały od trzech do sześciu godzin, w zależności od tego, jak dobrze mu szło. Niestety zwykle kończył wcześnie. Wychodził z kolejnych lokali przybity. Biedniejszy o kilka lub kilkanaście tysięcy złotych. Bogatszy o kolejne długi względem ludzi, wobec których nikt nie chciałby mieć długu. Obserwowałem jego upadek z fascynacją. Zastanawiałem się, czy terapia opłacana pieniędzmi, których realnie nie miał, da jakiś efekt. Ale nic takiego nie następowało. Zawsze wracał: do kasyna, do zakładu bukmacherskiego, do tego czy innego klubu pokerowego. Zawsze grał. Czasem wygrywał, częściej ponosił porażki.
Współczułem mu. Naprawdę lubiłem Mariusza Sumińskiego.
Zależało mi, aby tego dnia był w dobrym humorze. I chyba był.
Mariusz Sumiński mieszkał w jednym z tysięcy niewyróżniających się niczym szczególnym bloków na Pradze-Południe, niedaleko jeziora Balaton i Kanału Gocławskiego. W pokera grał na Mokotowie, dzięki czemu wiedziałem, że zajedzie pod dom od strony Mostu Łazienkowskiego i zaparkuje w niedozwolonym miejscu, w którym często zostawiał swojego Volkswagena Golfa. Przyjechał po trzeciej w nocy, po mniej więcej ośmiu godzinach gry. Wysiadł i dziarskim krokiem ruszył w kierunku domu, do żony i córki. Był ewidentnie zadowolony z siebie. Oczywiście do takiego stopnia, do jakiego może być z siebie zadowolony hazardzista, który akurat miał lepszy dzień.
Wyłączyłem podcast. Wyjąłem słuchawki.
To musiało się wydarzyć szybko. Takie rzeczy zawsze powinny dziać się szybko. Dlatego wysiadłem z samochodu, dopiero gdy Mariusz Sumiński znajdował się kilka metrów ode mnie. Szedł ze spojrzeniem wbitym w telefon, pewnie wertując wyniki meczów, które obstawił albo dopiero miał obstawić. Podniósł wzrok. Rozpoznał we mnie zagubionego przyszłego ojca, któremu przez pół godziny nawijał makaron na uszy, więc odruchowo się uśmiechnął. Ale chwilę później zrozumiał, że nie ma powodów do śmiechu.
Mariusz Sumiński wiedział, że to koniec.
Gdyby świat był sprawiedliwy, o życiu każdego hazardzisty powinien decydować przypadek. Rzut monetą. Czerwone lub czarne. Ślepy los powinien rozsądzać, czy należy im się wieczny urlop w raju, czy dożywotni etat w piekle.
Gdyby świat był sprawiedliwy, wyjąłbym monetę i pozwolił Mariuszowi Sumińskiemu zdecydować: orzeł czy reszka. Wóz albo przewóz. Życie albo śmierć.
Ale świat nie był sprawiedliwy.
Dlatego zamiast monety sięgnąłem po wyposażonego w tłumik Sig Sauera P320 XTen Comp, moją ulubioną broń krótką. Śmiertelnie skuteczną. Choć szkoda, że nie brytyjską.
Sekundę później Mariusz Sumiński uwolnił się od swoich demonów.
Zapakowałem jego ciało do bagażnika, rozpoczynając najmniej przyjemną część pracy. Rozejrzałem się, aby się upewnić, że nikt mnie nie obserwuje. Wsiadłem do Hyundaia i30. Schowałem broń. Przez chwilę się zastanawiałem, czy o niczym nie zapomniałem. Następnie uruchomiłem silnik i włożyłem słuchawki do uszu.
_– Erskine był uzależnionym od rozpuszczalników bezdomnym, który w czasie swoich zbrodni miał dwadzieścia kilka lat. Jego motywacje do dziś są niejasne. Kiedy wchodził na salę rozpraw, funkcjonariusze musieli go powstrzymywać przed masturbacją. Po latach zdiagnozowano u niego przewlekłą schizofrenię i antyspołeczne zaburzenie osobowości. W dwa tysiące dziewiątym roku wyrok skazujący_ Erskine’a _za morderstwa został zniwelowany do nieumyślnego spowodowania śmierci z powodu ograniczonej poczytalności._