-
nowość
-
promocja
Pokochaj mnie jutro - ebook
Pokochaj mnie jutro - ebook
Autorka bestsellera „Tokio Ever After” powraca z zabawną i głęboko
poruszającą komedią romantyczną!
Miłość na zawsze? Bzdura!
Siedemnastoletnia Emma Nakamura-Thatcher nie wierzy, że dwoje ludzi może
połączyć prawdziwe, trwałe uczucie – nie po bolesnym rozwodzie rodziców.
Jednak podczas japońskiego Święta Gwiazd ulega prośbie dziadka i wyraża
jedno życzenie: chce dowodu, że miłość istnieje i nigdy się nie kończy.
Życie toczy się dalej aż do momentu, gdy Emma znajduje liścik od kogoś, kto
twierdzi, jest ona jego największą miłością i że pisze do niej z przyszłości. To
musi być żart, prawda? Ale pojawiają się kolejne listy, a każdy z nich ujawnia
sekrety znane tylko Emmie. Czy to się dzieje naprawdę? Nawiązała kontakt z
kimś z przyszłości? Ale z kim?
Kiedy Emma próbuje odgadnąć tożsamość autora listów, uświadamia sobie, że
miłość jest czymś więcej niż mrzonką – jest najpotężniejszą siłą we
wszechświecie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68472-11-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedyś na kominku stało zdjęcie z dnia ślubu moich rodziców. Oprawiona w perłową masę fotografia, na której tulili się do siebie, skadrowani ciasno na tle pomarańczowych ścian małej cukierni. Uwieczniono ich w chwili, gdy karmili się nawzajem pączkami z klonowym lukrem, zastępującymi weselny tort. Na ich serdecznych palcach lśniły obrączki, niedawno kupione w lombardzie.
Mieli ograniczony budżet. Tata pisał właśnie swoją pierwszą książkę, a mama sprzątała domy. Nie było ich stać na wystawne wesele, więc po prostu poszli do sądu. Sędzia udzielił im ślubu między rozprawami o przekroczenie prędkości. Potem wzięli się za ręce, pobiegli do Bavarian Bliss i poprosili cukiernika, żeby zrobił im zdjęcie.
Kiedy byłam mała, brałam tę ramkę do rąk, pocierałam ich twarze na zdjęciu kciukami i prosiłam, żeby opowiedzieli mi tę historię jeszcze raz.
„Jak się poznaliście?”
Najwyraźniej bardzo się kochali.
Dlatego było dla mnie tajemnicą, czemu to wszystko legło w gruzach, dlaczego miłość odeszła.
Zapewne rozpad poprzedziły jakieś sygnały ostrzegawcze, ale w wieku jedenastu lat nie byłam w stanie ich dostrzec. Nie widziałam, że wokół mnie płoną mosty. Kiedy pewnego ranka rodzice poprosili mnie, żebym usiadła, i oświadczyli, że się rozchodzą, doznałam wrażenia, które mogę opisać jako „kompletny szok”.
Tata wyprowadził się tego samego dnia.
Mijały miesiące. W Seattle zaczął się sezon deszczowy. Tata nie wracał do domu. Wręcz przeciwnie, podpisał nową umowę najmu i przeniósł się ze swojego tymczasowego apartamentu dla kadry kierowniczej pod stały adres – do Glenn. Tego dnia mama stała w kuchni i z całych sił powstrzymywała łzy. Myślę, że nie chciała, abym dostrzegła jej smutek.
Rozpad rodziny stał się faktem.
Pragnęłam wszystko naprawić, naprawić nas – i wierzyłam, że potrafię. Wyślizgnęłam się tylnymi drzwiami i popędziłam rowerem przez miasto. Łzy spływały mi po twarzy, mieszając się z deszczem, gdy z całych sił pedałowałam do Glenn. Do mieszkania pod numerem 27.
Tata otworzył mi drzwi. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Kiedy wpuszczał mnie do środka, wiatr zagonił do wnętrza wirujące liście i zostawił je na posadzce.
Usiadłam na nowej kanapie taty, aksamitnej, twardej, śmierdzącej fabryczną chemią. W niczym nie przypominała naszych przytulnych domowych mebli, pachnących gotowanymi posiłkami i odkształconych od naszego ciężaru. Spędziliśmy na nich tyle piątkowych wieczorów, podczas których oglądaliśmy razem filmy.
Tutaj czułam się tak bardzo obca. Tata też nie wyglądał, jakby był u siebie. Nie było w tym mieszkaniu niczego, co miałoby w sobie choć ślad mnie, ślad nas.
– Proszę – błagałam, z trudem chwytając oddech. – Wróć do domu.
Wyrzuciłam z siebie serię niejasnych obietnic. Już zawsze będę myła zęby, kładła się spać o właściwej porze, sprzątała swój talerz po kolacji i pamiętała o opróżnianiu pudełka na drugie śniadanie. Przyrzekałam, że będę grzeczna, że będę lepsza.
Płakałam, i tata też płakał. Wziął mnie za ręce, otarł mi łzy i powiedział łagodnie:
– Nie. Przykro mi, kochanie. Nie mogę.
Wówczas zrozumiałam, co to znaczy kochać i utracić.
Otworzył się przede mną widok na ruiny strzaskanego serca – tamtego dnia poprzysięgłam, że sama nigdy nie pozwolę na uczynienie z mojego serca ruiny.
Zamknęłam za sobą drzwi. Miały się uchylić dopiero w ostatniej klasie liceum.
To wówczas – gdy zaczęły przychodzić listy – wszystko się zmieniło.ROZDZIAŁ 1
Zaczęło się od życzenia.
Nie, wróć.
Niezupełnie. Tak naprawdę zaczęło się od babcinych barchanów.
Tak to właśnie było. Patrząc wstecz, ja, Emma Nakamura-Thatcher, oświadczam, iż moja historia miłosna zaczęła się od kompletu zabudowanych majtek.
Było to latem, w przypadkowe popołudnie w środku tygodnia, a ja znalazłam się w sytuacji, której unikałam przez większość swojego nastoletniego życia: zakupów w dziale bielizny damskiej w towarzystwie mamy.
Powiem tak: jakaś część mnie wcale nie chciała tu być. A kiedy piszę „jakaś część”, to mam na myśli wszystkie części.
Stałam z opuszczoną głową, nucąc pod nosem melodię z głośników, trzymając się z boku i gapiąc na biustonosze z koronkowymi figami w komplecie. W głębi sklepu moja mama grzebała w koszu oznaczonym słowem „Okazja”. Ze wszystkich sił starałam się udawać, że nie przyszłyśmy tu razem.
– Może te? – Mama wyciągnęła z kosza paczkę bielizny marki własnej sklepu. Kosmyki czarnych włosów przylgnęły jej do czoła. Ryła w tym koszu tak intensywnie, że aż się spociła. Super.
– Są w promocji. Za pół ceny.
Krew uderzyła mi do twarzy. Podbiegłam do mamy, oceniając w locie skutki upokorzenia. W dziale bielizny znajdowały się jeszcze dwie inne osoby – starszy pan w grubych okularach, oglądający podkoszulki, oraz dziewczyna za kasą, emanująca luzem. Miała jaskrawofioletową grzywkę, mały kolczyk w nosie i wyraźne kreski na powiekach.
Na szczęście żadne z nich nie dostrzegło maminego podekscytowania. A ona się co prawda nie uśmiechała, ale w jej oczach pełgał niemal dziki blask.
– Czy ja wiem – mruknęłam, przeglądając stos bielizny i rozważając odmienne opcje. Zacisnęłam palce na czymś zupełnie innym: czerwonym, koronkowym, niezwykle seksownym. Jaka dziewczyna mogłaby nosić tego typu bieliznę? Ładna i odważna. Czy ja byłam taką dziewczyną? Nie. A skąd. Miałam siedemnaście lat, codziennie na lunch jadłam to samo i całowałam się dotąd całe dwa razy w życiu.
Pierwszy pocałunek miał miejsce w gimnazjum, w ósmej klasie – z Liamem Huxleyem na placu zabaw. Siedziałam na huśtawce, a on się pochylił i nasze nosy się zetknęły. Próbował jakichś sztuczek z językiem, ale szczerze mówiąc, nie zrobiło to na mnie wrażenia. Odskoczyłam wtedy i unikałam go przez resztę roku, co nie było trudne, bo chodziliśmy na różne zajęcia. Międzyplanetarna przepaść. Los mi sprzyjał – każde z nas poszło do innego liceum.
Drugi pocałunek miał miejsce na plaży. Wystąpił w nim pewien Brandon bez nazwiska. Był lokalsem, mieszkał w pobliżu, a ja przyjechałam z mamą na wakacje. Spędziliśmy cały weekend, wymykając się na wydmy. Wiele się nauczyłam, ukryta w wysokiej trawie. Pięć na pięć gwiazdek. Byłam wtedy kimś innym – nieznaną mi Emmą, której zahamowania rozproszone zostały przez szum fal i słoną bryzę we włosach. Wyobraźcie sobie teraz, jak tęsknie wzdycham.
Liam i Brandon z łatwością dali o sobie zapomnieć. Każda relacja ma swój termin przydatności do spożycia, a ja byłam dziewczyną roztropną, więc nie miałam w zwyczaju raczyć się specjałami, dla których ten termin upłynął.
– Emma?
Zamrugałam.
– Przepraszam. Coś mówiłaś?
Mama pokręciła głową.
– Że tych nie weźmiemy.
Jej twarz była nieumalowana, a dłonie miała spierzchnięte od chemikaliów, których używała do sprzątania cudzych domów.
– Wyglądają na syntetyczne.
Wydarła mi z rąk skrawek czerwonej koronki i potarła kciukami krocze majtek – tak, krocze – po czym sprawdziła metkę i wydała z siebie pełne niezadowolenia cmoknięcie.
– To czysty poliester. Potrzebujesz bawełnianej bielizny. Jest przewiewna.
Mama wrzuciła czerwone figi z powrotem do kosza z okazjami i chwyciła paczkę tych zabudowanych.
– Weźmiemy te.
Cóż. To zamykało sprawę. Podążyłam za nią do kasy.
– Znalazła pani wszystko, czego szukała? – spytała ekspedientka, popatrując na mamę znad skanowanej paczki majtek. Złota plakietka przypięta do krótkiego topu zdradzała jej imię: Camille.
– Tak. – Mama sięgnęła do swojej starej, skórzanej torebki, przetartej na uchwytach i na dnie. – Nie potrzebujemy siatki, mam własną – dodała, wyjmując pomarszczoną plastikową reklamówkę i kładąc ją na ladzie.
Kilka lat temu w stanie Waszyngton wprowadzono za te siatki opłatę w wysokości ośmiu centów. Chodziło o ograniczenie zużycia papierowych i plastikowych jednorazówek. Odtąd cała szafka w naszej kuchni była wypełniona jedną wielką plastikową torbą, która z kolei wypchana była zwiniętymi mniejszymi plastikowymi reklamówkami. Była wielkości arbuza i twarda jak kamień.
Camille uniosła kącik ust, a ja spuściłam wzrok w przypływie zawstydzenia.
Kiedy wszystko zostało już załatwione, mama podała mi plastikową torbę, a ja dyskretnie docisnęłam ją do boku.
Wychodząc, starałam się nie patrzeć nikomu w twarz. Już dawno osiągnęłam mistrzostwo w sztuce wtapiania się w tło. Tak właśnie wyglądało moje życie – bezpieczne, przewidywalne, niewarte, by je zachować w pamięci.
Dotarłyśmy do auta mamy, stojącego na zatłoczonym parkingu. Było to stare Volvo z ręcznie opuszczanymi szybami i tapicerką, której czasy świetności przypadły mniej więcej na rok 1999.
Otworzyłam drzwi i usiadłam za kierownicą, a mama wsunęła się na fotel pasażera. W środku pachniało kawą i starymi płatkami śniadaniowymi.
Właśnie wyjeżdżałam z parkingu, gdy mama oznajmiła:
– Zapisałam cię wczoraj wieczorem do Instytutu Sherwood.
– Co takiego?
Z całej siły wdusiłam hamulec. Kierowca ciężarówki jadącej za nami zatrąbił głośno.
Mama ściągnęła brwi.
– Skup się.
Zdjęłam stopę z pedału hamulca i pojechałyśmy przed siebie.
– Skąd w ogóle wiesz o Sherwood?
Skrzyżowała ramiona na piersi.
– Pan Lebanon napisał do mnie mail. Chciał wiedzieć, czemu nie złożyłaś jeszcze wszystkich dokumentów. Odpowiedziałam, że nic mi nie wiadomo o żadnych dokumentach. Rozmawialiśmy chwilę przez telefon. Sherwood to dla ciebie szansa na przyszłość, Emmo.
Nie mogłam zaprzeczyć. W Sherwood prowadzono program przygotowujący do studiów w zakresie sztuk performatywnych. Każdej jesieni realizowano tam intensywny program zajęć pozalekcyjnych. Liczba miejsc była ograniczona, a konkurencja zażarta. Pod koniec kursu odbywał się występ, w którego ramach każdy uczeń grał solo. Łowcy głów z najważniejszych szkół muzycznych i uniwersytetów siedzieli wówczas na widowni, a potem sączyli ciepły poncz na wieczorku integracyjnym.
Powinnam szaleć z radości, gdy pan Lebanon – mój nauczyciel muzyki – wspomniał mi wiosną o Sherwood. Napisał list polecający i wysłał im nagranie z mojego ostatniego recitalu. Komisja rekrutacyjna odpowiedziała entuzjastycznym „tak”, lecz moja pragmatyczna dusza nie podzielała tego zapału. Już dawno postanowiłam, że pójdę do miejscowej szkoły policealnej albo na Uniwersytet Waszyngtoński. Blisko domu, gdzieś, gdzie mogłabym studiować handel lub pedagogikę, zmierzając solidną ścieżką do przyszłego zawodu.
– Uwielbiasz grać na skrzypcach – ciągnęła mama.
Temu również nie mogłam zaprzeczyć. Pierwszym utworem, jaki zagrałam w życiu, było _Hot Cross Buns_, wykonane na flecie prostym w przedszkolu. Dostałam fioła na punkcie tej piosenki. _Hot Cross Buns_ w salonie, _Hot Cross Buns_ pod kołdrą w środku nocy. _Hot Cross Buns_ w pustej wannie – ponieważ już wtedy potrafiłam rozpoznać, gdzie jest najlepsza akustyka.
Zdumieni tą nagłą obsesją rodzice uznali, że nie mają innego wyjścia, jak tylko zabrać mnie do Music Factory. W sklepie tata położył mi dłonie na ramionach i powiedział: „Wybieraj”. Przesunęłam palcami po szeregu fletów, szarpnęłam za struny gitar, uderzyłam w bębny, aż dotarłam do skrzypiec. Cały mój świat zamarł i ucichł, jakbym poczuła swoje powołanie. Od tamtej pory gram na skrzypcach.
– Pan Lebanon jest zdania, że mogłabyś dostać stypendium na naukę w szkole muzycznej.
Patrzyłam, jak mama szuka w torebce tubki Voltarenu, i ponownie utwierdziłam się w decyzji, że zostaję w domu. Potrzebowała mnie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy z jej rękami było coraz gorzej. Musiałam pomagać jej w domu i zastępować ją w sprzątaniu, kiedy nie mogła rozprostować palców. Mowy nie ma, żebym zostawiła ją samą w imię nieziszczalnego snu o graniu na skrzypcach w college’u – tylko po to, żeby po studiach wpaść w koleiny wiecznej harówki. Pełen etat dla skrzypaczki był równie rzadkim rarytasem co papier toaletowy w szczycie pandemii.
Skupiłam wzrok na drodze, a myśli – na sposobach odwrócenia jej uwagi.
– To nie do wiary, że z nim rozmawiałaś.
– Miły człowiek i ma bardzo przyjemny głos. On jest śpiewakiem? Założę się, że potrafi śpiewać.
Nie spodobał mi się jej marzycielski ton.
– Fuj.
Mama ciągnęła, niezrażona:
– Założę się, że oczy też ma ładne.
Otworzyłam usta i zamknęłam je raptownie, uderzona nagłą świadomością tego, gdzie się znalazłyśmy. Uśmiech mamy również zniknął. W aucie zrobiło się bardzo ponuro. Właśnie mijałyśmy Glenn, kompleks apartamentów wzniesiony wokół starego parku z metalową zjeżdżalnią, która latem przysmażała skórę. To tam mieszkał tata w trakcie rozwodu.
Jasny gwint.
Zapomniałam pojechać naokoło.
Kątem oka widziałam, jak mama zaciska szczęki. Przemknęło między nami niewypowiedziane wspomnienie.
Ja, pędząca na rowerze w ulewnym deszczu i błagająca tatę, żeby wrócił do domu.
Mama była wściekła, kiedy w końcu mnie znalazła, przemoczoną i szlochającą na nowej kanapie taty, z której wciąż sterczała żółta metka z ceną. Skuliliśmy się w tym mieszkaniu całą trójką, uwięzieni w otchłani, na samym dnie krateru nieszczęścia.
Mama odczekała, aż Glenn zniknie w oddali, nim znów zabrała głos.
– Pójdziesz do Sherwood.
Zesztywniałam, wrzuciłam kierunkowskaz, żeby skręcić w lewo, i zaczęłam ją przekonywać, że nie leży to w naszym najlepszym interesie.
– Mamo...
Machnęła ostro dłonią. Nie interesowały jej moje argumenty ani zastrzeżenia.
– Koniec dyskusji.
Spojrzała przez boczną szybę.
– Zaufaj mi. Robię ci przysługę.
Życie jest serią wyborów. Chyba że wszystkich ktoś dokonał za ciebie.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------