-
nowość
-
promocja
Pokochaj mnie. Tom 3 - ebook
Pokochaj mnie. Tom 3 - ebook
Poppy Hathaway kocha swoją ekscentryczną rodzinę, choć czasem marzy o odrobinie normalności. Los ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Na jej drodze staje Harry Rutledge, tajemniczy hotelarz, wynalazca i człowiek o ogromnym majątku oraz wpływach sięgających najwyższych kręgów londyńskiego towarzystwa.
Gdy ich flirt zagraża reputacji Poppy, młoda kobieta zaskakuje wszystkich i przyjmuje oświadczyny Harry’ego. Dopiero po ślubie odkrywa, że mąż, choć darzy ją namiętnością, nie potrafi ofiarować jej miłości.
Harry przez całe życie trzymał ludzi na dystans, nie przewidział jednak, że jego przenikliwa i urzekająca żona nie zadowoli się pozorami małżeństwa. Pragnie być mu bliska pod każdym względem. I pragnie jego serca.
Gdy w mroku pojawia się niebezpieczny wróg, Harry musi dokonać wyboru. Jeśli chce zatrzymać Poppy u swego boku, będzie musiał zaryzykować więcej, niż kiedykolwiek zamierzał i oddać jej nie tylko ciało, lecz także duszę.
„Pokochaj mnie” to trzeci tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181537031 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Londyn
Hotel Rutledge
Maj 1852 roku
Nadzieje Poppy Hathaway na przyzwoite małżeństwo właśnie miały zostać zniweczone – i to przez małą fretkę.
Niestety Poppy rzuciła się w pościg za Dodgerem po korytarzach hotelu Rutledge, zanim przypomniała sobie pewien istotny fakt: dla tego zwierzęcia prosta linia oznaczała zazwyczaj co najmniej siedem zygzaków.
– Dodger – wyrzuciła z siebie kobieta desperackim tonem. – Wracaj. Dam ci ciasteczko. Wszystkie moje wstążki do włosów, cokolwiek! Albo zrobię z ciebie etolę…
Przysięgła sobie, że gdy tylko złapie ulubieńca siostry, poinformuje kierownictwo Rutledge, że Beatrix przetrzymuje w ich rodzinnym apartamencie dzikie stworzenia, naruszając tym samym regulamin hotelu. Oczywiście, mogło to pociągnąć za sobą usunięcie siłą z budynku całego klanu Hathawayów, ale w tej chwili Poppy wcale o to nie dbała.
Dodger ukradł list miłosny, który Poppy otrzymała tego ranka od Michaela Bayninga i obecnie nic na świecie nie liczyło się dla niej bardziej niż odzyskanie listu. Brakowało tylko, by Dodger ukrył bilecik w publicznym miejscu, gdzie każdy mógłby go znaleźć. Wtedy szanse Poppy na poślubienie szanowanego i bezdyskusyjnie najcudowniejszego młodego dżentelmena na świecie zostałyby bezpowrotnie utracone.
Dodger biegał po pełnych przepychu korytarzach Rutledge, zataczając pętle i cały czas pozostawał poza jej zasięgiem. List trzymał długimi przednimi zębami.
Mknąc za nim, Poppy modliła się, by nikt jej nie zobaczył. Hotel miał co prawda nieposzlakowaną opinię, ale przyzwoita młoda dama nigdy nie opuszczała swojego apartamentu bez eskorty. A jej dama do towarzystwa, panna Marks, wciąż jeszcze leżała w łóżku. Beatrix natomiast wybrała się na przejażdżkę z ich siostrą, Amelią.
– Zapłacisz mi za to, Dodger!
To psotne stworzenie żyło w przekonaniu, że świat stworzony został dla jego rozrywki. Musiał zajrzeć do każdego kosza i pojemnika, nie przepuścił żadnej pończosze, grzebieniowi i chusteczce. Dodger kradł rzeczy osobiste i zostawiał je w stertach pod krzesłami i sofami, ucinał sobie drzemki w szufladach z czystą bielizną, a w swoim nieposłuszeństwie był tak zabawny, że cała rodzina Hathawayów przymykała oczy na jego występki.
Gdy Poppy zwracała uwagę na jego skandaliczne zachowanie, Beatrix zawsze przepraszała i obiecywała, że Dodger już nigdy tego nie zrobi, a potem była szczerze zdumiona, gdy okazywało się, że fretka w ogóle nie zważa na jej żarliwe kazania. Poppy kochała młodszą siostrę i tylko dla niej tolerowała to okropne stworzenie.
Tym razem jednak Dodger posunął się za daleko. Fretka przystanęła w kącie, obejrzała się, by sprawdzić, czy nadal jest ścigana i w radosnym podnieceniu odtańczyła mały taniec wojenny, składający się z serii podskoków, które wyrażały czystą rozkosz. Poppy nadal zamierzała go zamordować, ale nie mogła nie zauważyć, jaki Dodger jest uroczy.
– I tak zginiesz – oznajmiła, podchodząc do niego najspokojniej, jak tylko umiała. – Oddaj mi list.
Fretka przemknęła przez kolumnadową klatkę schodową, skonstruowaną tak, by wpuszczać do środka jak najwięcej światła słonecznego na wszystkie trzy piętra hotelu. Poppy zaczęła się zastanawiać, jak długo jeszcze będzie musiała go ścigać. Dodger nigdy się nie męczył, a Rutledge był ogromny – zajmował pięć kamienic w dzielnicy teatrów.
– Tak właśnie – mruknęła pod nosem – wygląda życie Hathawaya. Nieszczęśliwe wypadki... dzikie zwierzęta... pożary... klątwy... skandale...
Poppy gorąco kochała swą rodzinę, ale marzyła o cichym, normalnym życiu, które w przypadku Hathawayów po prostu nie było możliwe. Pragnęła spokoju. Przewidywalności.
Dodger podbiegł do drzwi biura intendenta na trzecim piętrze, należącego do pana Brimbleya. Intendent był starszym mężczyzną z obfitym białym wąsem, którego końcówki każdego ranka nacierał woskiem. Hathawayowie wielokrotnie już gościli w hotelu Rutledge, Poppy wiedziała więc z doświadczenia, że Brimbley składa swoim przełożonym szczegółowy raport za każdym razem, gdy coś się wydarzy na jego piętrze. Gdyby dowiedział się, co ona tu robi, list zostałby skonfiskowany, a tajemnica związku Poppy i Michaela ujrzałaby światło dzienne. Ojciec Michaela, lord Andover, nigdy nie zaakceptowałby mariażu, splamionego choćby cieniem niestosowności.
Poppy wstrzymała oddech i przywarła plecami do ściany, gdy Brimbley wyszedł z gabinetu z dwoma członkami personelu Rutledge.
– Idź natychmiast do dyrekcji, Harkins – powiedział intendent. – Chcę, byś dokładnie przyjrzał się kwestii rachunków za pokój pana W. Nieraz twierdził, że opłaty są zawyżone, choć nie było to prawdą. Myślę, że najlepiej będzie od teraz wręczać mu do podpisu rachunek za każdą usługę.
– Dobrze, panie Brimbley. – Trzej mężczyźni oddalili się korytarzem.
Poppy ostrożnie podkradła się do drzwi i zajrzała do środka. W dwóch połączonych pokojach nie było najwyraźniej nikogo.
– Dodger – szepnęła nagląco, gdy zobaczyła fretkę czmychającą pod krzesło. – Dodger, chodź tu natychmiast!
Jej rozkaz sprowokował tylko kolejną serię podskoków.
Poppy przygryzła dolną wargę i przeszła przez próg. Główne biuro było pokaźnych rozmiarów, stało w nim masywne biurko pokryte stertą ksiąg i papierów. Jeden obity bordową skórą fotel ktoś przysunął do biurka, drugi stał przy kominku z marmurowym gzymsem.
Dodger stał przy biurku i wpatrywał się w Poppy jasnymi oczami. Jego wąsy drżały nad listem. Zamarł w bezruchu i nie spuszczał wzroku z kobiety, która zbliżała się do niego cal po calu.
– Właśnie – szeptała kojącym głosem, wyciągając powoli rękę. – Dobra fretka, kochana fretka... – Gdy od listu dzielił ją jeden ruch, Dodger wśliznął się pod biurko.
Czerwona z wściekłości Poppy rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby wywabić Dodgera z jego kryjówki. Zauważyła na kominku srebrny świecznik i spróbowała go zdjąć. Świecznik jednak ani drgnął. Był na stałe przymocowany do gzymsu.
Nagle na oczach zdumionej Poppy cała ściana kominka bezszelestnie się obróciła. Westchnęła z podziwu dla mechanicznego geniuszu drzwi, które obracały się gładkim automatycznym ruchem. To, co wyglądało na solidną cegłę, okazało się tylko fasadą.
Dodger radośnie wyjrzał zza biurka i rzucił się do szczeliny.
– O nie – szepnęła Poppy bez tchu. – Dodger, nie waż się tego zrobić!
Fretka jednak w ogóle jej nie słuchała. A co gorsza, z zewnątrz dobiegł Poppy głos pana Brimbleya, który najwyraźniej wracał do pokoju.
– Oczywiście trzeba też poinformować pana Rutledge’a. Umieść to w raporcie. I pod żadnym pozorem nie zapominaj...
Nie mając czasu na rozważanie swych opcji i konsekwencji, Poppy przemknęła przez szparę w kominku, a drzwi zamknęły się za nią.
Stała w mroku, czekając i przysłuchując się temu, co działo się w biurze. Najwyraźniej jej obecność pozostała niezauważona. Pan Brimbley kontynuował rozmowę o raportach i kłopotach administracyjnych.
Poppy pomyślała, że może upłynąć dużo czasu, zanim intendent znów opuści biuro. Może należałoby poszukać innej drogi wyjścia. Oczywiście mogłaby po prostu wyjść przez kominek i zdradzić swoją obecność panu Brimbleyowi, nie potrafiła sobie jednak nawet wyobrazić, z iloma kłopotami by się to wiązało.
Rozejrzała się wokół i stwierdziła, że znalazła się w długim korytarzu, oświetlonym rozproszonym światłem. Podniosła głowę i zobaczyła świetlik, podobny do tych, których używali starożytni Egipcjanie, by określać pozycje gwiazd i planet.
Usłyszała skradanie się fretki.
– Cóż, Dodger – mruknęła – ty nas w to wplątałeś, więc może pomożesz mi znaleźć drzwi?
Dodger posłusznie pobiegł korytarzem i zniknął w mroku. Poppy westchnęła ciężko i poszła za nim. Postanowiła nie poddawać się panice, bo pośród licznych nieszczęść, które przez całe lata spadały na Hathawayów, nauczyła się, że utrata głowy nigdy nie pomaga w kłopotliwej sytuacji.
Torując sobie drogę w ciemnościach, trzymała dłoń na ścianie, by nie stracić orientacji. Przeszła zaledwie kilka jardów, gdy usłyszała szuranie. Zamarła w bezruchu i zaczęła nasłuchiwać.
Panowała idealna cisza.
Jej nerwy napięły się jak postronki, a serce zaczęło tłuc się w piersi, gdy dostrzegła przed sobą żółte światło lampy, które zaraz zgasło.
Nie była sama w korytarzu. Odgłosy kroków były coraz bliżej. Ktoś najwyraźniej szedł w jej kierunku.
Poppy doszła do wniosku, że to zupełnie odpowiednia chwila, by zacząć panikować. Odwróciła się na pięcie przerażona i pomknęła w kierunku, z którego przyszła. Ucieczka mrocznym korytarzem przed nieznanym napastnikiem była nowością nawet dla Hathawayówny. Przeklinała pod nosem ciężkie spódnice, podnosząc je do góry. Osoba, która ją ścigała, była jednak zbyt szybka, by zdołała jej umknąć.
Krzyknęła, gdy ktoś schwytał ją brutalnie. Ogromny mężczyzna zatrzymał ją w pół kroku i przyciągnął do siebie. Dłonią przycisnął jej głowę do ramienia.
– Powinnaś wiedzieć – dobiegł ją niski, zimny głos – że jeśli nacisnę odrobinę mocniej, złamię ci kark. Jak się nazywasz i co tu robisz?Rozdział 2
Poppy nie mogła zebrać myśli. Krew szumiała jej w uszach, a ciasny uścisk napastnika był bolesny. Pierś, o którą się opierała plecami, była twarda jak skała.
– To pomyłka – zdołała wykrztusić. – Proszę...
Przechylił jej głowę jeszcze bardziej, tak że poczuła szczypanie nerwów w stawie pomiędzy szyją a ramieniem.
– Jak się nazywasz? – powtórzył łagodnie.
– Poppy Hathaway – wydusiła. – Bardzo przepraszam. Nie chciałam...
– Poppy? – Ucisk zelżał.
– Tak. – Dlaczego wypowiedział jej imię w taki sposób, jakby ją znał? – A pan musi być... z personelu hotelowego?
Zignorował jej pytanie. Jego dłoń przesunęła się lekko po jej ramionach i przedzie sukni, jakby czegoś szukała. Jej serce łopotało w piersi jak skrzydła małego ptaszka.
– Nie – zdołała wykrztusić pomiędzy urywanymi oddechami, wyginając się, by uniknąć jego dotyku.
– Skąd się tu wzięłaś? – Odwrócił ją twarzą do siebie. Nikt dotychczas nie traktował Poppy tak obcesowo. Stali bardzo blisko siebie i w świetle dostrzegła jego surowe pociągłe rysy i błysk w głęboko osadzonych oczach.
Jęknęła, gdy poczuła ostry ból w szyi. Dotknęła dłonią karku, by rozmasować mięśnie.
– Ja... ścigałam fretkę i kominek w biurze pana Brimbleya się otworzył, i przeszliśmy przezeń, a potem próbowałam odnaleźć jakieś inne wyjście.
Wyjaśnienie było zupełnie nonsensowne, ale nieznajomy chyba dał mu wiarę.
– Fretkę? Jedno ze zwierząt twojej siostry?
– Tak – odparła zdumiona Poppy. Potarła kark i jęknęła. – Ale skąd pan… czy my się znamy? Nie, proszę mnie nie dotykać, jak... Au!
Odwrócił ją tyłem do siebie i położył dłonie po obu stronach jej szyi.
– Nie ruszaj się. – Jego dotyk był wprawny i pewny, gdy masował czułe mięśnie. – Jeśli spróbujesz uciekać, złapię cię.
Poppy, drżąc, poddała się ugniatającym jej ciało palcom i zaczęła się zastanawiać, czy znalazła się na łasce szaleńca. Nacisnął mocniej, budząc w niej uczucie, które nie było ani bólem, ani przyjemnością, lecz nieznajomą mieszaniną obydwu. Westchnęła i zaczęła się wiercić. Ku jej zdumieniu, pieczenie w napiętych nerwach osłabło, a mięśnie się rozluźniły. Zamarła i odetchnęła głęboko, pochylając głowę.
– Lepiej? – zapytał, gładząc kciukami jej kark i wsuwając je pod delikatną koronkę na wysokim kołnierzyku sukni.
Wytrącona z równowagi Poppy spróbowała odsunąć się od nieznajomego, ale on natychmiast znów zacisnął dłonie na jej ramionach. Chrząknęła, siląc się na pełen godności ton.
– Proszę, by mnie pan stąd wyprowadził. Moja rodzina pana wynagrodzi. Nie będą zadawać żadnych...
– Oczywiście. – Uwolnił ją powoli. – Nikt nie używa tego korytarza bez mojego pozwolenia. Założyłem po prostu, że znalazła się tu pani w niecnym celu.
Uwaga mogła zostać uznana za przeprosiny, choć w tonie, którym ją wypowiedziano, nie było ani cienia skruchy.
– Zapewniam, że moim jedynym celem było odnalezienie tego okropnego stworzenia.
Dodger zaszeleścił rąbkiem jej spódnic. Nieznajomy pochylił się i schwytał fretkę. Trzymając ją za kark, podał ją Poppy.
– Dziękuję. – Gibkie ciało fretki zwiotczało pod jej dotykiem. List zniknął. – Dodger, ty przeklęty złodzieju... Gdzie on jest? Co z nim zrobiłeś?
– Czego pani szuka?
– Listu – odparła Poppy z napięciem. – Dodger go ukradł i przyniósł tutaj... musi tu gdzieś być.
– Na pewno się znajdzie.
– Ale to ważne.
– Oczywiście, w przeciwnym razie nie zadałaby sobie pani tyle trudu, by go odzyskać. Proszę pójść ze mną.
Poppy niechętnie się zgodziła i pozwoliła ująć się za łokieć.
– Dokąd idziemy?
Nie usłyszała odpowiedzi.
– Wolałabym, by nikt się o tym nie dowiedział.
– Jestem pewien.
– Czy mogę liczyć na pana dyskrecję? Muszę za wszelką cenę unikać skandali.
– Młode damy pragnące uniknąć skandalu powinny chyba zostawać w swoich apartamentach – wytknął jej.
– Zapewniam pana, że nie mam nic przeciwko pozostawianiu w moim apartamencie. Musiałam wyjść przez Dodgera. Muszę odzyskać ten list. Jestem przekonana, że moja rodzina wynagrodzi panu wszelki trud, jeśli…
– Cisza.
Bez trudu odnajdywał drogę w zacienionym korytarzu, ściskając łokieć Poppy delikatnie, lecz stanowczo. Nie poszli do biura pana Brimbleya, lecz w przeciwnym kierunku.
W końcu nieznajomy zatrzymał się i pchnął drzwi ukryte w ścianie.
– Proszę wejść do środka.
Poppy z wahaniem weszła do dobrze oświetlonego pokoju, chyba saloniku, z rzędem okien weneckich wychodzących na ulicę. W jednym rogu stał ciężki dębowy stół kreślarski, a wszystkie ściany zajmowały półki z książkami. W powietrzu unosił się przyjemny i dziwnie znajomy zapach... wosk świec, welinowy papier, atrament i kurz z książek... pachniało jak w dawnym gabinecie ojca.
Poppy odwróciła się do nieznajomego, który wszedł do pokoju i zamknął za sobą ukryte drzwi.
Nie potrafiła ocenić jego wieku – wydawał się nie mieć więcej niż trzydzieści kilka lat, ale otaczała go aura cynizmu, która dawała do zrozumienia, że widział już w życiu zbyt wiele, by dać się czymkolwiek zaskoczyć. Miał gęste, czarne jak noc, doskonale obcięte włosy i jasną karnację, z którą kontrastowały ciemne brwi. Był diabelnie przystojny z tymi mocnymi brwiami, prostym nosem i zaciśniętymi ponuro wargami. Ostra, nieustępliwa linia jego podbródka znamionowała rysy mężczyzny, który wszystko – w tym również siebie – traktował zbyt poważnie.
Poppy zaczerwieniła się, gdy spojrzała w jego niezwykłe oczy... intensywnie zielone z ciemnymi obwódkami, ocienione szczeciniastymi czarnymi rzęsami. Jego wzrok zdawał się ją pochłaniać. Zauważyła blade cienie pod jego oczami, które jednak w żadnym razie nie odejmowały mu urody.
Dżentelmen powiedziałby teraz coś miłego, kojącego, nieznajomy jednak milczał. Dlaczego tak się w nią wpatrywał? Kim był i jaką władzę sprawował w tym miejscu? Musiała coś powiedzieć, by przerwać to milczenie.
– Zapach książek i świec przypomina mi gabinet ojca.
Mężczyzna podszedł do niej, a ona wzdrygnęła się instynktownie. Oboje zamarli w bezruchu. Pytania wypełniały pokój, jakby ktoś narysował je w powietrzu niewidzialnym atramentem.
– Pani ojciec zmarł niedawno, o ile wiem. – Jego głos doskonale do niego pasował: był gładki, mroczny, nieugięty. Mężczyzna miał interesujący akcent, nie całkiem brytyjski.
Poppy ze zdumieniem skinęła głową.
– A matka pani zmarła wkrótce po nim – dodał.
– Skąd... skąd pan to wie?
– Do moich obowiązków należy wiedzieć jak najwięcej o gościach hotelu.
Dodger zaczął się wiercić w jej objęciach. Poppy pochyliła się i postawiła go na podłodze. Fretka wspięła się na masywny fotel przy kominku i usadowiła się wygodnie na aksamitnym obiciu.
Poppy znów spojrzała na nieznajomego. Miał na sobie piękne ciemne ubranie, skrojone z wyrafinowaną swobodą. Nie miał przy tym żadnych szpilek w fularze, złotych guzików przy koszuli ani innych ozdób, które mogłyby wskazywać na jego zamożność. Z kieszonki szarej kamizelki zwisał tylko zwykły łańcuszek od zegarka.
– Mówi pan jak Amerykanin – zauważyła.
– Buffalo, Nowy Jork – odparł. – Ale mieszkam tu już od jakiegoś czasu.
– Jest pan pracownikiem pana Rutledge’a?
Udzielił jej odpowiedzi skinieniem głowy.
– Zapewne jednym z jego kierowników?
Jego twarz była nieprzenikniona.
– Coś w tym rodzaju.
Poppy podeszła do drzwi.
– W takim razie zostawię pana pańskim obowiązkom, panie...
– Potrzebuje pani odpowiedniej eskorty, by wrócić do pokoju.
Poppy zastanawiała się nad tym przez chwilę. Czy powinna poprosić go, by posłał po jej damę do towarzystwa? Nie... panna Marks na pewno wciąż jeszcze spała. Miała za sobą ciężką noc. Czasami nawiedzały ją koszmary, po których przez cały dzień była roztrzęsiona i wyczerpana. Nie zdarzało się to często, ale w takich chwilach Poppy i Beatrix starały się zapewnić jej jak najwięcej wypoczynku.
Nieznajomy przyglądał się kobiecie przez chwilę.
– Czy mam posłać po pokojówkę, by panią odprowadziła?
Z początku Poppy zamierzała się zgodzić. Nie chciała jednak czekać na nią w jego towarzystwie, nawet przez kilka minut. Nie ufała mu w najmniejszym stopniu.
Gdy dostrzegł jej wahanie, jego usta wykrzywiły się w sardonicznym uśmiechu.
– Gdybym chciał panią zniewolić, już dawno bym to zrobił.
Słysząc obcesowe stwierdzenie, Poppy zarumieniła się jeszcze bardziej.
– Pan tak twierdzi. Ale z tego, co wiem, może się pan po prostu bardzo powoli do tego zbierać.
Odwrócił głowę, a gdy znów na nią spojrzał, jego oczy się śmiały.
– Jest pani bezpieczna, panno Hathaway. – W jego głosie także pobrzmiewał śmiech. – Naprawdę. Proszę pozwolić mi posłać po pokojówkę.
Rozbawienie zupełnie odmieniło jego twarz, wydobywając z niej tyle ciepła i uroku, że Poppy aż zaniemówiła. Jej serce zaczęło tłoczyć do żył nowe, przyjemne uczucie.
Gdy podszedł do sznura od dzwonka, przypomniała sobie o zaginionym liście.
– Czy czekając, moglibyśmy poszukać listu, który zaginął w korytarzu? Muszę go odzyskać.
– Dlaczego? – zapytał, odwracając się do niej.
– Z powodów osobistych – odparła krótko.
– Jest od mężczyzny?
Posłała mu miażdżące spojrzenie, którego nauczyła się od panny Marks.
– To nie pańska sprawa.
– Wszystko, co ma miejsce w tym hotelu, jest moją sprawą. – Spojrzał na nią uważnie. – Jest od mężczyzny, w przeciwnym razie by pani zaprotestowała.
Poppy zmarszczyła brwi i odwróciła się. Podeszła do półek na ścianie zastawionych osobliwymi przedmiotami.
Stał tam między innymi pozłacany emaliowany samowar, duży nóż w ozdobionej koralikami pochwie, kolekcja prymitywnych kamiennych rzeźb i glinianych naczyń, egipski zagłówek, egzotyczne monety, pudełka ze wszelkich możliwych materiałów, coś, co wyglądało jak żelazny miecz z zardzewiałym ostrzem i szkło powiększające do czytania.
– Co to za pokój? – zapytała, nie mogąc się oprzeć.
– Gabinet osobliwości pana Rutledge’a. Część kolekcji to jego zbiory, resztę otrzymał od zagranicznych gości. Może pani rzucić okiem, jeśli pani chce.
Poppy poczuła zaciekawienie, przypominając sobie, jak wielu obcokrajowców gościło już w tym hotelu – europejscy książęta, szlachta i członkowie corps diplomatique. Pan Rutledge musiał otrzymywać niezwykłe podarki.
Przystanęła, by przyjrzeć się bliżej zdobionej drogimi kamieniami srebrnej figurce konia, uwiecznionego w półgalopie.
– Przepiękna.
– Prezent od księcia Yizhu z Chin – powiedział mężczyzna, stając za nią. – Niebiański koń.
Zafascynowana Poppy przesunęła palcami po grzbiecie figurki.
– Książę jest już po koronacji. Został cesarzem Xianfeng – odparła. – Cóż za ironia, nie sądzi pan?
Nieznajomy spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Dlaczego pani tak sądzi?
– Bo jego imię koronacyjne tłumaczy się jako „powszechny dobrobyt”. Trudno o takim mówić, gdy krajem wstrząsają wewnętrzne rebelie.
– Sądzę, że wyzwania, jakie stawia przed nim Europa, są nawet bardziej niebezpieczne.
– Tak – zgodziła się Poppy ze smutkiem, odkładając figurkę na miejsce. – Ciekawe, jak długo jeszcze chińska suwerenność zdoła opierać się tym najazdom.
Jej towarzysz stał tak blisko, że czuła zapach jego mydła do golenia. Spojrzał na nią z napięciem.
– Nie znam zbyt wielu kobiet, z którymi można rozmawiać o polityce Dalekiego Wschodu.
Poczuła rumieniec na policzkach.
– Moja rodzina toczy dosyć oryginalne dyskusje przy kolacji. Przynajmniej na tyle, że moje siostry i ja zawsze bierzemy w nich udział. Moja dama do towarzystwa uważa, że możemy tak robić w zaciszu domowym, ale radziła mi, bym nie afiszowała się ze swoim wykształceniem w miejscach publicznych. To odstrasza starających się.
– W takim razie musi pani uważać. – Uśmiechnął się miękko. – Szkoda byłoby, gdyby jakiś inteligentny komentarz wymknął się pani w nieodpowiednim momencie.
Poppy odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Pokojówka zjawiła się znacznie szybciej, niż przypuszczała. Nieznajomy poszedł jej otworzyć. Uchylił drzwi i mruknął coś do młodej dziewczyny, która skłoniła się i zniknęła.
– Dokąd ona poszła? – zapytała Poppy z konsternacją. – Miała mnie przecież odeskortować do mojego pokoju.
– Posłałem ją po herbatę.
Poppy aż zaniemówiła.
– Nie mogę wypić z panem herbaty.
– To nie potrwa długo. Poślą ją na górę windą.
– To nieistotne. Nawet gdybym miała czas, nie mogłabym wypić z panem herbaty! Jestem pewna, że rozumie pan, jakie byłoby to niestosowne.
– Prawie tak jak skradanie się po hotelu bez eskorty.
Nachmurzyła się.
– Nie skradałam się, ścigałam fretkę. – Gdy dotarła do niej śmieszność jej oświadczenia, zarumieniła się jeszcze bardziej. – To nie była moja wina. Znajdę się w bardzo poważnych tarapatach, jeśli natychmiast nie wrócę do pokoju. Jeśli będziemy czekać, może pan wplątać się w skandal, a tego pan Rutledge z pewnością by nie pochwalił.
– Fakt.
– Proszę więc wezwać pokojówkę z powrotem.
– Za późno. Musimy poczekać, aż wróci z herbatą.
Poppy westchnęła ciężko.
– Cóż za okropny poranek. – Zerknęła na fretkę i zobaczyła kępki kłaczków i końskiego włosia szybujące w powietrzu. Zbladła. – Dodger, nie!
– Co się stało? – zapytał mężczyzna, podążając za Poppy, która popędziła w kierunku zajętej fretki.
– On zjada pana fotel – stwierdziła ponuro, chwytając zwierzę w objęcia. – A raczej fotel pana Rutledge’a. Chyba wije sobie gniazdo. Tak mi przykro. – Spojrzała na dziurę w kosztownym aksamitnym obiciu. – Zapewniam pana, że moja rodzina pokryje wszelkie koszty.
– Nic się nie stało. W budżecie hotelu jest wydzielony specjalny fundusz na takie naprawy.
Poppy opadła na kolana – co wcale nie jest proste, gdy ma się na sobie gorset i usztywnione halki – i zaczęła garściami upychać wypełniacz w dziurze.
– Jeśli zajdzie taka potrzeba, dostarczę panu pisemne oświadczenie, w którym wyjaśnię, jak to się stało.
– A pani reputacja? – zapytał miękko nieznajomy, podnosząc ją z kolan.
– Moja reputacja jest niczym w porównaniu z utratą źródła utrzymania. Mogą pana za to zwolnić. Na pewno ma pan rodzinę, żonę, dzieci. Ja jakoś przeżyję kompromitację, ale pan może nie być w stanie tak szybko znaleźć nowej posady.
– To bardzo miłe z pani strony – powiedział, odbierając Poppy fretkę i kładąc ją z powrotem w fotelu – ale ja nie mam rodziny. I nikt nie może mnie zwolnić.
– Dodger! – zawołała Poppy, gdy kłęby włosia znów zaczęły fruwać w powietrzu. Fretka najwyraźniej doskonale się bawiła.
– Fotel i tak jest zniszczony. Proszę mu na to pozwolić.
Poppy zdumiała się, widząc, z jaką łatwością nieznajomy godzi się poświęcić kosztowny mebel dla rozrywki zwierzęcia.
– Pan zupełnie nie przypomina innych zarządców hotelu.
– A pani innych kobiet.
Uśmiechnęła się do niego cierpko.
– Już mi to mówiono.
Niebo powlekło się ołowiem. Na pokryte żwirem i brukiem ulice spadła ciężka mżawka, spłukując gryzący kurz, który unosił się spod kół przejeżdżających pojazdów.
Poppy ostrożnie podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Przechodnie otwierali parasole i szli dalej.
Straganiarze tłoczyli się na chodniku, zachwalając swoje towary niecierpliwymi okrzykami. Sprzedawali dosłownie wszystko: powiązaną w warkocze cebulę i imbryki, kwiaty, zapałki, skowronki i słowiki w klatkach. Ci ostatni naprawdę utrudniali życie Hathawayom, bo Beatrix upierała się przy ratowaniu każdego żywego stworzenia, które znalazło się w zasięgu jej wzroku. Ich szwagier, pan Rohan, był więc zmuszany do kupowania mnóstwa ptaków i wpuszczania ich potem na wolność na terenie ich wiejskiej posiadłości. Rohan przysięgał, że jest właścicielem połowy populacji ptaków w Hampshire.
Poppy odwróciła się od okna i zobaczyła, że nieznajomy opiera się ramieniem o jedną z półek. Patrzył na nią tak, jakby nie wiedział, co ma o niej myśleć. Jego sylwetka była zrelaksowana, ale Poppy wyczuwała wyraźnie, że gdyby tylko spróbowała ucieczki, natychmiast by ją pochwycił.
– Dlaczego nie jest pani zaręczona? – zapytał z oburzającą bezpośredniością. – Bywa pani w towarzystwie od dwóch, trzech lat?
– Od trzech – odparła Poppy obronnym tonem.
– Pani rodzina ma ogromny majątek, można więc założyć, że w grę wchodzi pokaźny posag. A pani brat jest wicehrabią, to kolejna zaleta. Dlaczego jeszcze nie wyszła pani za mąż?
– Zawsze zadaje pan tak osobiste pytania ludziom, których dopiero pan poznał?
– Nie zawsze. Pani wydaje mi się szczególnie... interesująca.
Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym wzruszyła ramionami.
– Nie chciałabym za męża żadnego z dżentelmenów, których w ciągu ostatnich trzech lat spotkałam. Żaden z nich nie wydał mi się nawet odrobinę pociągający.
– A jaki typ panią pociąga?
– Ktoś, z kim mogłabym dzielić ciche, zwyczajne życie.
– Większość młodych kobiet marzy o przygodach i romansie.
Uśmiechnęła się cierpko.
– Ja z kolei wyjątkowo cenię sobie prozaiczność.
– Czy nie sądzi pani, że Londyn to nie najlepsze miejsce, by szukać cichego, zwyczajnego życia?
– Oczywiście. Ale ja mogę szukać tylko tu. – Wiedziała, że powinna zamilknąć. Nie było potrzeby snuć dalszych wyjaśnień. Poppy jednak uwielbiała rozmawiać i tak jak Dodger nie mógł oprzeć się szufladzie pełnej podwiązek, tak ona nie potrafiła zwalczyć swej gadatliwości. – Problem powstał, gdy mój brat, lord Ramsay, odziedziczył tytuł.
Nieznajomy uniósł brwi.
– To problem?
– O tak. Widzi pan, nikt z nas nie był na to przygotowany. Byliśmy dalekimi kuzynami poprzedniego lorda Ramsaya. Tytuł przypadł Leo w wyniku serii niespodziewanych zgonów. Hathawayowie nie mieli pojęcia o etykiecie, nie wiedzieliśmy nic na temat bywania w towarzystwie. Byliśmy naprawdę szczęśliwi w Primrose Place.
Przypomniała sobie pełną radości, krytą strzechą chatkę, ogród, w którym ojciec hodował swoje słynne róże aptekarskie, kłapouche belgijskie króliki, które mieszkały w klatce za domem, stosy książek w każdym kącie. Teraz opuszczona chatka obracała się w ruinę, a ogród leżał odłogiem.
– Nie można jednak cofnąć czasu. – Pochyliła się, by przyjrzeć się przedmiotowi na dolnej półce. – Co to? Ach, tak. Astrolabium. – Podniosła mosiężny dysk z wygrawerowanymi talerzami, na brzegu którego widniały cyfry oznaczające stopnie kąta.
– Wie pani, co to jest astrolabium?
– Oczywiście, to narzędzie, którego używają astronomowie i nawigatorzy. Astrolodzy również. – Poppy spojrzała na malutką mapę gwiazd wyrytą na jednym z dysków. – To jest perskie. Musi mieć około pięciuset lat.
– Pięćset dwanaście.
Poppy uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Mój tata był uczonym specjalizującym się w epoce średniowiecza. Miał całą kolekcję takich astrolabiów. Nauczył mnie nawet, jak je robić z drewna, sznurka i gwoździa. – Ostrożnie odłożyła dysk. – Kiedy się pan urodził?
Nieznajomy zawahał się, jakby nie podobało mu się, że musi udzielić tak osobistej informacji.
– Pierwszego listopada.
– Jest pan więc Skorpionem.
– Wierzy pani w astrologię? – zapytał z odcieniem drwiny w głosie.
– A nie powinnam?
– Nie ma żadnych naukowych podstaw.
– Mój ojciec zachęcał mnie do otwartości na takie kwestie. – Przesunęła palcem po mapie nieba i uśmiechnęła się chytrze. – Skorpiony są raczej bezwzględne, wie pan? Dlatego właśnie jednemu z nich Artemida nakazała uśmiercić swego wroga, Oriona. W nagrodę umieściła skorpiona na niebie.
– Nie jestem bezwzględny. Robię po prostu, co trzeba, by osiągnąć cel.
– I to nie jest bezwzględność? – zapytała Poppy ze śmiechem.
– Bezwzględność zakłada okrucieństwo.
– A pan nie jest okrutny?
– Tylko wtedy, gdy muszę.
Rozbawienie Poppy zniknęło.
– Człowiek nigdy nie musi być okrutny.
– Nie widziała pani zbyt wiele, skoro pani tak sądzi.
Poppy postanowiła nie kontynuować tego tematu. Stanęła na palcach, by dojrzeć zawartość najwyższej półki. Stała na niej kolekcja intrygujących blaszanych zabawek.
– A to co?
– Automaty.
– Do czego służą?
Nieznajomy zdjął z półki jedną z zabawek i podał jej.
Poppy uważnie się jej przyjrzała. Na okrągłym postumencie stały malutkie konie wyścigowe, każdy na swoim torze. Poppy pociągnęła za sznurek, zwisający z boku postumentu. Uruchomiła tym wewnętrzny mechanizm – konie zerwały się do biegu, dokładnie tak jak na wyścigach.
Roześmiała się z zachwytem.
– Jakie to zmyślne! Szkoda, że moja siostra Beatrix nie może tego zobaczyć. Skąd to się tu wzięło?
– Pan Rutledge konstruuje je w wolnym czasie, dla relaksu.
– Mogę obejrzeć pozostałe? – Poppy była oczarowana tymi zabawkami, a raczej małymi cudami techniki. Znalazła tam admirała Nelsona na pokładzie miotanego falami okrętu, małpkę wspinającą się na bananowiec, kota igrającego z myszą, poskramiacza lwów strzelającego z bata i lwa, który potrząsał na to głową.
Wyraźnie zachwycony entuzjazmem Poppy mężczyzna pokazał jej obrazek na ścianie, przedstawiający pary tańczące walca na balu. Na jej oczach obrazek ożył, dżentelmeni poprowadzili swe partnerki w rytm muzyki.
– Wielkie nieba! – powiedziała zdumiona Poppy. – Jak to możliwe?
– To mechanizm zegarowy. – Zdjął obrazek ze ściany i pokazał jej jego tył. – Tu jest, przymocowany do koła zamachowego tą taśmą. Bolce wprawiają w ruch te dźwignie... tutaj... a to z kolei uruchamia pozostałe dźwignie.
– Niezwykłe! – Na fali entuzjazmu Poppy całkiem zapomniała o powściągliwości i ostrożności. – Pan Rutledge musi być niezwykle utalentowany. Przypomina mi to biografię mnicha franciszkańskiego Rogera Bacona, którą niedawno czytałam. Mój ojciec był gorącym wielbicielem jego prac. Ojczulek Bacon również parał się wynalazczością, przez co został nawet oskarżony o czary. Podobno kiedyś zbudował mechaniczną głowę z brązu, która... – Urwała gwałtownie, uświadamiając sobie, że znów trajkocze. – Widzi pan? I tak właśnie robię na wszystkich balach i wieczorkach. To między innymi dlatego nie cieszę się wielkim wzięciem.
Nieznajomy się uśmiechnął.
– Myślałem, że na tego typu spotkaniach właśnie należy rozmawiać.
– Ale nie tak jak ja.
Oboje odwrócili głowy, słysząc stukanie do drzwi. Pokojówka wróciła.
– Muszę już iść – stwierdziła niespokojnie Poppy. – Moja dama do towarzystwa będzie zła, jeśli się obudzi i zobaczy, że mnie nie ma.
Ciemnowłosy mężczyzna wpatrywał się z nią przez długą chwilę.
– Jeszcze z panią nie skończyłem – oznajmił ze zdumiewającą swobodą. Zupełnie tak, jakby nigdy w życiu nie usłyszał odmowy. Jakby planował zatrzymać ją tak długo, jak sobie tego życzył.
Poppy odetchnęła głęboko.
– Niemniej jednak wychodzę – odparła spokojnie i podeszła do drzwi.
Ruszył za nią i oparł dłoń na framudze.
Poppy spojrzała na niego z obawą. W jej gardle, nadgarstkach i w kolanach odezwało się gwałtowne pulsowanie. Stał zbyt blisko, prawie stykał się z nią swym długim twardym ciałem. Przytuliła się do ściany.
– Zanim pani wyjdzie – powiedział miękko – dam pani radę. Młoda kobieta nie powinna samotnie spacerować po hotelu, to niebezpieczne. Niech pani nie podejmuje więcej równie głupiego ryzyka.
Poppy zesztywniała.
– Ten hotel cieszy się nieposzlakowaną opinią. Nie mam się czego obawiać.
– Oczywiście, że tak – mruknął. – Choćby tego.
Zanim zdołała pomyśleć, poruszyć się, czy chociaż odetchnąć, pochylił głowę i zawładnął jej ustami.
Zdumiona Poppy zamarła pod jego miękkimi palącymi wargami, tak subtelnymi w swych naleganiach, że nawet nie wiedziała, kiedy jej własne wargi się rozchyliły. Nieznajomy dotknął jej podbródka i uniósł jej głowę do góry.
Otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Poppy wdychała jego ponętny zapach, woń kadzidła i piżma, krochmalu i męskiej skóry. Wiedziała, że powinna walczyć w jego ramionach... ale jego usta przekonywały tak czule, tak zmysłowo, obiecywały rozkosz i niebezpieczeństwo. Przesunął wargi na jej szyję, wyczuł puls i zsunął się niżej, obsypując ją lekkimi jak jedwab pocałunkami, aż zaczęła drżeć.
– Nie – zaprotestowała słabo.
Chwycił jej podbródek delikatnie i zmusił ją, by na niego spojrzała. Oboje zamarli. Gdy Poppy w końcu podniosła wzrok, zauważyła w jego oczach błysk konsternacji i wrogości, jakby nieznajomy właśnie dokonał jakiegoś nieprzyjemnego odkrycia.
Puścił ją ostrożnie i otworzył drzwi.
– Proszę wnieść tacę – polecił pokojówce, która stanęła na progu.
Służąca natychmiast wypełniła rozkaz. Była zbyt dobrze wyszkolona, by pokazać po sobie zdziwienie na widok Poppy.
Mężczyzna podniósł Dodgera, który spał głęboko w fotelu i podał go Poppy. Wzięła od niego zwierzątko, mrucząc coś niezrozumiale, i ułożyła je sobie w zagięciu ramienia. Fretka nawet nie otworzyła oczu. Jej malutkie serce biło miarowo pod jej palcami.
– Czy to wszystko, proszę pana? – zapytała pokojówka.
– Nie, odprowadź tę damę do jej apartamentu. I wróć tu, by mnie poinformować, że dotarła bezpiecznie.
– Dobrze, panie Rutledge.
Pan Rutledge?
Serce Poppy stanęło. Odwróciła się, by spojrzeć na nieznajomego. W jego zielonych oczach błysnęły diaboliczne ogniki. Dosłownie delektował się jej jawnym zdumieniem.
Harry Rutledge... tajemniczy właściciel hotelu, który wiedzie życie pustelnika. Nie tak go sobie wyobrażała.
Zdumiona i przerażona Poppy odwróciła się. Gdy przeszła przez próg, drzwi zamknęły się za nią cicho. Cóż to za podły człowiek, by tak się bawić jej kosztem! Na szczęście zapewne nigdy go już nie zobaczy.
Wyszła na korytarz w towarzystwie pokojówki... nawet nie podejrzewając, że ta chwila odmieniła całe jej życie.Rozdział 5
Pan Bayning otrzymał zaproszenie już następnego dnia i ku ogromnej radości Poppy natychmiast je zaakceptował.
– Teraz to już tylko kwestia czasu – powiedziała Poppy Beatrix, z trudem powstrzymując się, by nie skakać jak Dodger. – Zostanę żoną Michaela Bayninga. Kocham go, kocham wszystkich i wszystko... Kocham nawet twoją śmierdzącą starą fretkę, Bea!
Poppy i Beatrix przygotowywały się do spaceru. Był ciepły słoneczny dzień, a hotelowe ogrody zalały się powodzią kwiatów.
– Nie mogę się doczekać wyjścia – oznajmiła Poppy, wyglądając przez okno na rozległe klomby. – Kwiaty są prawie tak piękne jak w Hampshire.
– Nie zgadzam się – stwierdziła Beatrix. – Są zbyt uporządkowane. Ale lubię spacerować po ogrodzie różanym Rutledge. Powietrze pachnie w nim tak słodko. Wiesz, rozmawiałam z głównym ogrodnikiem kilka dni temu, gdy wyszłam na spacer z Camem i Amelią. Zdradził mi swój sekretny sposób na piękne i zdrowe róże.
– Jaki to sposób?
– Wywar z ryb, ocet i odrobina cukru. Opryskuje je taką mieszanką, zanim zakwitną. Uwielbiają to.
Poppy zmarszczyła nos.
– Cóż za odrażająca mikstura.
– Ogrodnik powiedział, że stary pan Rutledge wyjątkowo ceni róże, a część najbardziej egzotycznych w jego ogrodzie to podarunki od różnych osób. Lawendowe są na przykład z Chin, te czerwone z Francji, a...
– Stary pan Rutledge?
– Cóż, ogrodnik nie powiedział, że pan Rutledge jest stary, ale... po prostu nie umiem myśleć o nim inaczej.
– Dlaczego?
– Jest taki strasznie tajemniczy, nikt go nigdy nie widuje. Przypominają mi się historie o szalonym starym królu Jerzym, zamkniętym w swoich apartamentach w Windsorze. – Beatrix uśmiechnęła się radośnie. – Może trzymają pana Rutledge’a na strychu.
– Bea – szepnęła Poppy nagląco, przepełniona potrzebą zwierzenia się komuś. – Zaraz pęknę, jeśli ci czegoś nie powiem, ale to tajemnica.
W oczach jej siostry błysnęło zainteresowanie.
– Co to takiego?
– Najpierw obiecaj mi, że nikomu nie powiesz.
– Obiecuję.
– Przysięgnij na coś.
– Przysięgam na świętego Franciszka, patrona wszystkich zwierząt. – Widząc wahanie Poppy, Beatrix dodała z entuzjazmem: – Gdyby porwała mnie banda piratów na swój statek i groziła mi, że każą mi skoczyć z trapu prosto w paszcze wygłodniałych rekinów, jeśli nie wydam twojej tajemnicy, i tak bym im nie powiedziała. Gdyby związał mnie jakiś łotr i rzucił pod kopyta galopujących koni zakutych w żelazo, a jedynym ratunkiem przed stratowaniem byłoby wydanie twojej tajemnicy, i tak bym mu nie powiedziała. Gdyby...
– Dobrze, przekonałaś mnie – przerwała jej Poppy z uśmiechem. Zaciągnęła siostrę w kąt pokoju. – Poznałam pana Rutledge’a – powiedziała.
Oczy Beatrix zaokrągliły się ze zdziwienia.
– Naprawdę? Kiedy?
– Wczoraj rano. – Poppy opowiedziała jej całą historię, opisując dokładnie sekretny korytarz, pokój osobliwości i samego pana Rutledge’a. Pominęła tylko kwestię pocałunku, bo jeśli o nią chodziło, nie miał on w ogóle miejsca.
– Tak cię przepraszam za Dodgera – oznajmiła płomiennie Beatrix. – Przepraszam w jego imieniu.
– Nic się nie stało, Bea. Chociaż... Szkoda, że zgubił list. Dopóki jednak nikt go nie znajdzie, nie będzie chyba problemów.
– Więc pan Rutledge nie jest zniedołężniałym szaleńcem? – zapytała Beatrix z nutą rozczarowania w głosie.
– Ależ skąd.
– A jak wygląda?
– Jest całkiem przystojny. Bardzo wysoki, i…
– Tak wysoki jak Merripen?
Kev Merripen zamieszkał z Hathawayami po tym, jak jego tabor został zaatakowany przez Anglików, którzy chcieli przepędzić Cyganów ze swej ziemi. Rannego chłopca porzucono przy rzece na pewną śmierć, ale Hathawayowie go znaleźli i już z nimi został. Niedawno ożenił się z ich starszą siostrą, Winnifred. Merripen podjął się trudu zarządzania posiadłością Ramsay pod nieobecność Leo. Nowożeńcy byli bardzo szczęśliwi z tego, że sezon mogą spędzić w Hampshire, rozkoszując się pięknem i względną prywatnością Ramsay House.
– Nikt nie jest tak wysoki jak Merripen – stwierdziła Poppy. – Ale pan Rutledge i tak jest wysoki, ma ciemne włosy i przeszywające zielone oczy... – Poczuła ucisk w żołądku, gdy je sobie przypomniała.
– Polubiłaś go?
Poppy się zawahała.
– Pan Rutledge jest... niepokojący. Bardzo czarujący, ale widać po nim, że stać go dosłownie na wszystko. Jak upadły anioł z wiersza Williama Blake’a.
– Szkoda, że go nie spotkałam – oznajmiła tęsknie Beatrix. – I szkoda, że nie widziałam jego pokoju osobliwości. Zazdroszczę ci, Poppy. Mnie od tak dawna nie przydarzyło się nic interesującego.
Poppy roześmiała się cicho.
– Przecież właśnie bierzesz udział w londyńskim sezonie.
Beatrix wywróciła oczami.
– Londyński sezon jest równie interesujący co wyścigi ślimaków. W styczniu. Martwych ślimaków nawet.
– Dziewczęta, jestem gotowa – dobiegł ich radosny głos panny Marks, która zaraz potem weszła do pokoju. – Weźcie parasolki, nie chcecie przecież opalić buzi.
Wszystkie trzy opuściły apartament i pełnym godności krokiem ruszyły długim korytarzem. Zanim zdążyły jednak dotrzeć do schodów, dobiegł ich zgiełk zupełnie nielicujący z godnością hotelu.
Męskie głosy mieszały się w powietrzu – niektóre wzburzone, a jeden naprawdę rozgniewany. Słychać było też obcy akcent, ciężkie dudnienie i dziwne metaliczne grzechotanie.
– Co do diabła... – mruknęła panna Marks pod nosem.
Wyszły zza rogu i zatrzymały się gwałtownie na widok pół tuzina mężczyzn ściśniętych przy kuchennej windzie. Powietrze rozdarł przeraźliwy wrzask.
– Czy to kobieta? – zapytała Poppy, blednąc. – Dziecko?
– Zostańcie tutaj – poleciła im panna Marks. – Spróbuję dowiedzieć się...
Wszystkie trzy wzdrygnęły się, słysząc kolejną serię wrzasków, w których wyraźnie pobrzmiewała panika.
– To dziecko – powiedziała Poppy, ruszając do przodu mimo wyraźnego zakazu panny Marks. – Musimy mu pomóc.
Beatrix ją wyprzedziła.
– To nie dziecko – zawołała przez ramię. – To małpka!