Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pokochaj mnie. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Pokochaj mnie. Tom 3 - ebook

Poppy Hathaway kocha swoją ekscentryczną rodzinę, choć czasem marzy o odrobinie normalności. Los ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Na jej drodze staje Harry Rutledge, tajemniczy hotelarz, wynalazca i człowiek o ogromnym majątku oraz wpływach sięgających najwyższych kręgów londyńskiego towarzystwa.

Gdy ich flirt zagraża reputacji Poppy, młoda kobieta zaskakuje wszystkich i przyjmuje oświadczyny Harry’ego. Dopiero po ślubie odkrywa, że mąż, choć darzy ją namiętnością, nie potrafi ofiarować jej miłości.

Harry przez całe życie trzymał ludzi na dystans, nie przewidział jednak, że jego przenikliwa i urzekająca żona nie zadowoli się pozorami małżeństwa. Pragnie być mu bliska pod każdym względem. I pragnie jego serca.

Gdy w mroku pojawia się niebezpieczny wróg, Harry musi dokonać wyboru. Jeśli chce zatrzymać Poppy u swego boku, będzie musiał zaryzykować więcej, niż kiedykolwiek zamierzał i oddać jej nie tylko ciało, lecz także duszę.

„Pokochaj mnie” to trzeci tom serii „Rodzina Hathaway”, pełnej emocji sagi o ekscentrycznej rodzinie, która nie zawsze przestrzega zasad.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181537031
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

Lon­dyn
Ho­tel Ru­tledge
Maj 1852 roku

Na­dzieje Poppy Ha­tha­way na przy­zwo­ite mał­żeń­stwo wła­śnie miały zo­stać zni­we­czone – i to przez małą fretkę.

Nie­stety Poppy rzu­ciła się w po­ścig za Do­dge­rem po ko­ry­ta­rzach ho­telu Ru­tledge, za­nim przy­po­mniała so­bie pe­wien istotny fakt: dla tego zwie­rzę­cia pro­sta li­nia ozna­czała za­zwy­czaj co naj­mniej sie­dem zyg­za­ków.

– Do­dger – wy­rzu­ciła z sie­bie ko­bieta de­spe­rac­kim to­nem. – Wra­caj. Dam ci cia­steczko. Wszyst­kie moje wstążki do wło­sów, co­kol­wiek! Albo zro­bię z cie­bie etolę…

Przy­się­gła so­bie, że gdy tylko zła­pie ulu­bieńca sio­stry, po­in­for­muje kie­row­nic­two Ru­tledge, że Be­atrix prze­trzy­muje w ich ro­dzin­nym apar­ta­men­cie dzi­kie stwo­rze­nia, na­ru­sza­jąc tym sa­mym re­gu­la­min ho­telu. Oczy­wi­ście, mo­gło to po­cią­gnąć za sobą usu­nię­cie siłą z bu­dynku ca­łego klanu Ha­tha­wayów, ale w tej chwili Poppy wcale o to nie dbała.

Do­dger ukradł list mi­ło­sny, który Poppy otrzy­mała tego ranka od Mi­cha­ela Bay­ninga i obec­nie nic na świe­cie nie li­czyło się dla niej bar­dziej niż od­zy­ska­nie li­stu. Bra­ko­wało tylko, by Do­dger ukrył bi­le­cik w pu­blicz­nym miej­scu, gdzie każdy mógłby go zna­leźć. Wtedy szanse Poppy na po­ślu­bie­nie sza­no­wa­nego i bez­dy­sku­syj­nie naj­cu­dow­niej­szego mło­dego dżen­tel­mena na świe­cie zo­sta­łyby bez­pow­rot­nie utra­cone.

Do­dger bie­gał po peł­nych prze­py­chu ko­ry­ta­rzach Ru­tledge, za­ta­cza­jąc pę­tle i cały czas po­zo­sta­wał poza jej za­się­giem. List trzy­mał dłu­gimi przed­nimi zę­bami.

Mknąc za nim, Poppy mo­dliła się, by nikt jej nie zo­ba­czył. Ho­tel miał co prawda nie­po­szla­ko­waną opi­nię, ale przy­zwo­ita młoda dama ni­gdy nie opusz­czała swo­jego apar­ta­mentu bez eskorty. A jej dama do to­wa­rzy­stwa, panna Marks, wciąż jesz­cze le­żała w łóżku. Be­atrix na­to­miast wy­brała się na prze­jażdżkę z ich sio­strą, Ame­lią.

– Za­pła­cisz mi za to, Do­dger!

To psotne stwo­rze­nie żyło w prze­ko­na­niu, że świat stwo­rzony zo­stał dla jego roz­rywki. Mu­siał zaj­rzeć do każ­dego ko­sza i po­jem­nika, nie prze­pu­ścił żad­nej poń­czo­sze, grze­bie­niowi i chu­s­teczce. Do­dger kradł rze­czy oso­bi­ste i zo­sta­wiał je w ster­tach pod krze­słami i so­fami, uci­nał so­bie drzemki w szu­fla­dach z czy­stą bie­li­zną, a w swoim nie­po­słu­szeń­stwie był tak za­bawny, że cała ro­dzina Ha­tha­wayów przy­my­kała oczy na jego wy­stępki.

Gdy Poppy zwra­cała uwagę na jego skan­da­liczne za­cho­wa­nie, Be­atrix za­wsze prze­pra­szała i obie­cy­wała, że Do­dger już ni­gdy tego nie zrobi, a po­tem była szcze­rze zdu­miona, gdy oka­zy­wało się, że fretka w ogóle nie zważa na jej żar­liwe ka­za­nia. Poppy ko­chała młod­szą sio­strę i tylko dla niej to­le­ro­wała to okropne stwo­rze­nie.

Tym ra­zem jed­nak Do­dger po­su­nął się za da­leko. Fretka przy­sta­nęła w ką­cie, obej­rzała się, by spraw­dzić, czy na­dal jest ści­gana i w ra­do­snym pod­nie­ce­niu od­tań­czyła mały ta­niec wo­jenny, skła­da­jący się z se­rii pod­sko­ków, które wy­ra­żały czy­stą roz­kosz. Poppy na­dal za­mie­rzała go za­mor­do­wać, ale nie mo­gła nie za­uwa­żyć, jaki Do­dger jest uro­czy.

– I tak zgi­niesz – oznaj­miła, pod­cho­dząc do niego naj­spo­koj­niej, jak tylko umiała. – Od­daj mi list.

Fretka prze­mknęła przez ko­lum­na­dową klatkę scho­dową, skon­stru­owaną tak, by wpusz­czać do środka jak naj­wię­cej świa­tła sło­necz­nego na wszyst­kie trzy pię­tra ho­telu. Poppy za­częła się za­sta­na­wiać, jak długo jesz­cze bę­dzie mu­siała go ści­gać. Do­dger ni­gdy się nie mę­czył, a Ru­tledge był ogromny – zaj­mo­wał pięć ka­mie­nic w dziel­nicy te­atrów.

– Tak wła­śnie – mruk­nęła pod no­sem – wy­gląda ży­cie Ha­tha­waya. Nie­szczę­śliwe wy­padki... dzi­kie zwie­rzęta... po­żary... klą­twy... skan­dale...

Poppy go­rąco ko­chała swą ro­dzinę, ale ma­rzyła o ci­chym, nor­mal­nym ży­ciu, które w przy­padku Ha­tha­wayów po pro­stu nie było moż­liwe. Pra­gnęła spo­koju. Prze­wi­dy­wal­no­ści.

Do­dger pod­biegł do drzwi biura in­ten­denta na trze­cim pię­trze, na­le­żą­cego do pana Brim­bleya. In­ten­dent był star­szym męż­czy­zną z ob­fi­tym bia­łym wą­sem, któ­rego koń­cówki każ­dego ranka na­cie­rał wo­skiem. Ha­tha­way­owie wie­lo­krot­nie już go­ścili w ho­telu Ru­tledge, Poppy wie­działa więc z do­świad­cze­nia, że Brim­bley składa swoim prze­ło­żo­nym szcze­gó­łowy ra­port za każ­dym ra­zem, gdy coś się wy­da­rzy na jego pię­trze. Gdyby do­wie­dział się, co ona tu robi, list zo­stałby skon­fi­sko­wany, a ta­jem­nica związku Poppy i Mi­cha­ela uj­rza­łaby świa­tło dzienne. Oj­ciec Mi­cha­ela, lord An­do­ver, ni­gdy nie za­ak­cep­to­wałby ma­riażu, spla­mio­nego choćby cie­niem nie­sto­sow­no­ści.

Poppy wstrzy­mała od­dech i przy­warła ple­cami do ściany, gdy Brim­bley wy­szedł z ga­bi­netu z dwoma człon­kami per­so­nelu Ru­tledge.

– Idź na­tych­miast do dy­rek­cji, Har­kins – po­wie­dział in­ten­dent. – Chcę, byś do­kład­nie przyj­rzał się kwe­stii ra­chun­ków za po­kój pana W. Nie­raz twier­dził, że opłaty są za­wy­żone, choć nie było to prawdą. My­ślę, że naj­le­piej bę­dzie od te­raz wrę­czać mu do pod­pisu ra­chu­nek za każdą usługę.

– Do­brze, pa­nie Brim­bley. – Trzej męż­czyźni od­da­lili się ko­ry­ta­rzem.

Poppy ostroż­nie pod­kra­dła się do drzwi i zaj­rzała do środka. W dwóch po­łą­czo­nych po­ko­jach nie było naj­wy­raź­niej ni­kogo.

– Do­dger – szep­nęła na­gląco, gdy zo­ba­czyła fretkę czmy­cha­jącą pod krze­sło. – Do­dger, chodź tu na­tych­miast!

Jej roz­kaz spro­wo­ko­wał tylko ko­lejną se­rię pod­sko­ków.

Poppy przy­gry­zła dolną wargę i prze­szła przez próg. Główne biuro było po­kaź­nych roz­mia­rów, stało w nim ma­sywne biurko po­kryte stertą ksiąg i pa­pie­rów. Je­den obity bor­dową skórą fo­tel ktoś przy­su­nął do biurka, drugi stał przy ko­minku z mar­mu­ro­wym gzym­sem.

Do­dger stał przy biurku i wpa­try­wał się w Poppy ja­snymi oczami. Jego wąsy drżały nad li­stem. Za­marł w bez­ru­chu i nie spusz­czał wzroku z ko­biety, która zbli­żała się do niego cal po calu.

– Wła­śnie – szep­tała ko­ją­cym gło­sem, wy­cią­ga­jąc po­woli rękę. – Do­bra fretka, ko­chana fretka... – Gdy od li­stu dzie­lił ją je­den ruch, Do­dger wśli­znął się pod biurko.

Czer­wona z wście­kło­ści Poppy ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, czym mo­głaby wy­wa­bić Do­dgera z jego kry­jówki. Za­uwa­żyła na ko­minku srebrny świecz­nik i spró­bo­wała go zdjąć. Świecz­nik jed­nak ani drgnął. Był na stałe przy­mo­co­wany do gzymsu.

Na­gle na oczach zdu­mio­nej Poppy cała ściana ko­minka bez­sze­lest­nie się ob­ró­ciła. Wes­tchnęła z po­dziwu dla me­cha­nicz­nego ge­niu­szu drzwi, które ob­ra­cały się gład­kim au­to­ma­tycz­nym ru­chem. To, co wy­glą­dało na so­lidną ce­głę, oka­zało się tylko fa­sadą.

Do­dger ra­do­śnie wyj­rzał zza biurka i rzu­cił się do szcze­liny.

– O nie – szep­nęła Poppy bez tchu. – Do­dger, nie waż się tego zro­bić!

Fretka jed­nak w ogóle jej nie słu­chała. A co gor­sza, z ze­wnątrz do­biegł Poppy głos pana Brim­bleya, który naj­wy­raź­niej wra­cał do po­koju.

– Oczy­wi­ście trzeba też po­in­for­mo­wać pana Ru­tledge’a. Umieść to w ra­por­cie. I pod żad­nym po­zo­rem nie za­po­mi­naj...

Nie ma­jąc czasu na roz­wa­ża­nie swych opcji i kon­se­kwen­cji, Poppy prze­mknęła przez szparę w ko­minku, a drzwi za­mknęły się za nią.

Stała w mroku, cze­ka­jąc i przy­słu­chu­jąc się temu, co działo się w biu­rze. Naj­wy­raź­niej jej obec­ność po­zo­stała nie­zau­wa­żona. Pan Brim­bley kon­ty­nu­ował roz­mowę o ra­por­tach i kło­po­tach ad­mi­ni­stra­cyj­nych.

Poppy po­my­ślała, że może upły­nąć dużo czasu, za­nim in­ten­dent znów opu­ści biuro. Może na­le­ża­łoby po­szu­kać in­nej drogi wyj­ścia. Oczy­wi­ście mo­głaby po pro­stu wyjść przez ko­mi­nek i zdra­dzić swoją obec­ność panu Brim­bley­owi, nie po­tra­fiła so­bie jed­nak na­wet wy­obra­zić, z iloma kło­po­tami by się to wią­zało.

Ro­zej­rzała się wo­kół i stwier­dziła, że zna­la­zła się w dłu­gim ko­ry­ta­rzu, oświe­tlo­nym roz­pro­szo­nym świa­tłem. Pod­nio­sła głowę i zo­ba­czyła świe­tlik, po­do­bny do tych, któ­rych uży­wali sta­ro­żytni Egip­cja­nie, by okre­ślać po­zy­cje gwiazd i pla­net.

Usły­szała skra­da­nie się fretki.

– Cóż, Do­dger – mruk­nęła – ty nas w to wplą­ta­łeś, więc może po­mo­żesz mi zna­leźć drzwi?

Do­dger po­słusz­nie po­biegł ko­ry­ta­rzem i znik­nął w mroku. Poppy wes­tchnęła ciężko i po­szła za nim. Po­sta­no­wiła nie pod­da­wać się pa­nice, bo po­śród licz­nych nie­szczęść, które przez całe lata spa­dały na Ha­tha­wayów, na­uczyła się, że utrata głowy ni­gdy nie po­maga w kło­po­tli­wej sy­tu­acji.

To­ru­jąc so­bie drogę w ciem­no­ściach, trzy­mała dłoń na ścia­nie, by nie stra­cić orien­ta­cji. Prze­szła za­le­d­wie kilka jar­dów, gdy usły­szała szu­ra­nie. Za­marła w bez­ru­chu i za­częła na­słu­chi­wać.

Pa­no­wała ide­alna ci­sza.

Jej nerwy na­pięły się jak po­stronki, a serce za­częło tłuc się w piersi, gdy do­strze­gła przed sobą żółte świa­tło lampy, które za­raz zga­sło.

Nie była sama w ko­ry­ta­rzu. Od­głosy kro­ków były co­raz bli­żej. Ktoś naj­wy­raź­niej szedł w jej kie­runku.

Poppy do­szła do wnio­sku, że to zu­peł­nie od­po­wied­nia chwila, by za­cząć pa­ni­ko­wać. Od­wró­ciła się na pię­cie prze­ra­żona i po­mknęła w kie­runku, z któ­rego przy­szła. Ucieczka mrocz­nym ko­ry­ta­rzem przed nie­zna­nym na­past­ni­kiem była no­wo­ścią na­wet dla Ha­tha­way­ówny. Prze­kli­nała pod no­sem cięż­kie spód­nice, pod­no­sząc je do góry. Osoba, która ją ści­gała, była jed­nak zbyt szybka, by zdo­łała jej umknąć.

Krzyk­nęła, gdy ktoś schwy­tał ją bru­tal­nie. Ogromny męż­czy­zna za­trzy­mał ją w pół kroku i przy­cią­gnął do sie­bie. Dło­nią przy­ci­snął jej głowę do ra­mie­nia.

– Po­win­naś wie­dzieć – do­biegł ją ni­ski, zimny głos – że je­śli na­ci­snę odro­binę moc­niej, zła­mię ci kark. Jak się na­zy­wasz i co tu ro­bisz?Roz­dział 2

Poppy nie mo­gła ze­brać my­śli. Krew szu­miała jej w uszach, a cia­sny uścisk na­past­nika był bo­le­sny. Pierś, o którą się opie­rała ple­cami, była twarda jak skała.

– To po­myłka – zdo­łała wy­krztu­sić. – Pro­szę...

Prze­chy­lił jej głowę jesz­cze bar­dziej, tak że po­czuła szczy­pa­nie ner­wów w sta­wie po­mię­dzy szyją a ra­mie­niem.

– Jak się na­zy­wasz? – po­wtó­rzył ła­god­nie.

– Poppy Ha­tha­way – wy­du­siła. – Bar­dzo prze­pra­szam. Nie chcia­łam...

– Poppy? – Ucisk ze­lżał.

– Tak. – Dla­czego wy­po­wie­dział jej imię w taki spo­sób, jakby ją znał? – A pan musi być... z per­so­nelu ho­te­lo­wego?

Zi­gno­ro­wał jej py­ta­nie. Jego dłoń prze­su­nęła się lekko po jej ra­mio­nach i prze­dzie sukni, jakby cze­goś szu­kała. Jej serce ło­po­tało w piersi jak skrzy­dła ma­łego ptaszka.

– Nie – zdo­łała wy­krztu­sić po­mię­dzy ury­wa­nymi od­de­chami, wy­gi­na­jąc się, by unik­nąć jego do­tyku.

– Skąd się tu wzię­łaś? – Od­wró­cił ją twa­rzą do sie­bie. Nikt do­tych­czas nie trak­to­wał Poppy tak ob­ce­sowo. Stali bar­dzo bli­sko sie­bie i w świe­tle do­strze­gła jego su­rowe po­cią­głe rysy i błysk w głę­boko osa­dzo­nych oczach.

Jęk­nęła, gdy po­czuła ostry ból w szyi. Do­tknęła dło­nią karku, by roz­ma­so­wać mię­śnie.

– Ja... ści­ga­łam fretkę i ko­mi­nek w biu­rze pana Brim­bleya się otwo­rzył, i prze­szli­śmy prze­zeń, a po­tem pró­bo­wa­łam od­na­leźć ja­kieś inne wyj­ście.

Wy­ja­śnie­nie było zu­peł­nie non­sen­sowne, ale nie­zna­jomy chyba dał mu wiarę.

– Fretkę? Jedno ze zwie­rząt two­jej sio­stry?

– Tak – od­parła zdu­miona Poppy. Po­tarła kark i jęk­nęła. – Ale skąd pan… czy my się znamy? Nie, pro­szę mnie nie do­ty­kać, jak... Au!

Od­wró­cił ją ty­łem do sie­bie i po­ło­żył dło­nie po obu stro­nach jej szyi.

– Nie ru­szaj się. – Jego do­tyk był wprawny i pewny, gdy ma­so­wał czułe mię­śnie. – Je­śli spró­bu­jesz ucie­kać, zła­pię cię.

Poppy, drżąc, pod­dała się ugnia­ta­ją­cym jej ciało pal­com i za­częła się za­sta­na­wiać, czy zna­la­zła się na ła­sce sza­leńca. Na­ci­snął moc­niej, bu­dząc w niej uczu­cie, które nie było ani bó­lem, ani przy­jem­no­ścią, lecz nie­zna­jomą mie­sza­niną oby­dwu. Wes­tchnęła i za­częła się wier­cić. Ku jej zdu­mie­niu, pie­cze­nie w na­pię­tych ner­wach osła­bło, a mię­śnie się roz­luź­niły. Za­marła i ode­tchnęła głę­boko, po­chy­la­jąc głowę.

– Le­piej? – za­py­tał, gła­dząc kciu­kami jej kark i wsu­wa­jąc je pod de­li­katną ko­ronkę na wy­so­kim koł­nie­rzyku sukni.

Wy­trą­cona z rów­no­wagi Poppy spró­bo­wała od­su­nąć się od nie­zna­jo­mego, ale on na­tych­miast znów za­ci­snął dło­nie na jej ra­mio­nach. Chrząk­nęła, si­ląc się na pe­łen god­no­ści ton.

– Pro­szę, by mnie pan stąd wy­pro­wa­dził. Moja ro­dzina pana wy­na­gro­dzi. Nie będą za­da­wać żad­nych...

– Oczy­wi­ście. – Uwol­nił ją po­woli. – Nikt nie używa tego ko­ry­ta­rza bez mo­jego po­zwo­le­nia. Za­ło­ży­łem po pro­stu, że zna­la­zła się tu pani w nie­cnym celu.

Uwaga mo­gła zo­stać uznana za prze­pro­siny, choć w to­nie, któ­rym ją wy­po­wie­dziano, nie było ani cie­nia skru­chy.

– Za­pew­niam, że moim je­dy­nym ce­lem było od­na­le­zie­nie tego okrop­nego stwo­rze­nia.

Do­dger za­sze­le­ścił rąb­kiem jej spód­nic. Nie­zna­jomy po­chy­lił się i schwy­tał fretkę. Trzy­ma­jąc ją za kark, po­dał ją Poppy.

– Dzię­kuję. – Gib­kie ciało fretki zwiot­czało pod jej do­ty­kiem. List znik­nął. – Do­dger, ty prze­klęty zło­dzieju... Gdzie on jest? Co z nim zro­bi­łeś?

– Czego pani szuka?

– Li­stu – od­parła Poppy z na­pię­ciem. – Do­dger go ukradł i przy­niósł tu­taj... musi tu gdzieś być.

– Na pewno się znaj­dzie.

– Ale to ważne.

– Oczy­wi­ście, w prze­ciw­nym ra­zie nie za­da­łaby so­bie pani tyle trudu, by go od­zy­skać. Pro­szę pójść ze mną.

Poppy nie­chęt­nie się zgo­dziła i po­zwo­liła ująć się za ło­kieć.

– Do­kąd idziemy?

Nie usły­szała od­po­wie­dzi.

– Wo­la­ła­bym, by nikt się o tym nie do­wie­dział.

– Je­stem pe­wien.

– Czy mogę li­czyć na pana dys­kre­cję? Mu­szę za wszelką cenę uni­kać skan­dali.

– Młode damy pra­gnące unik­nąć skan­dalu po­winny chyba zo­sta­wać w swo­ich apar­ta­men­tach – wy­tknął jej.

– Za­pew­niam pana, że nie mam nic prze­ciwko po­zo­sta­wia­niu w moim apar­ta­men­cie. Mu­sia­łam wyjść przez Do­dgera. Mu­szę od­zy­skać ten list. Je­stem prze­ko­nana, że moja ro­dzina wy­na­gro­dzi panu wszelki trud, je­śli…

– Ci­sza.

Bez trudu od­naj­dy­wał drogę w za­cie­nio­nym ko­ry­ta­rzu, ści­ska­jąc ło­kieć Poppy de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo. Nie po­szli do biura pana Brim­bleya, lecz w prze­ciw­nym kie­runku.

W końcu nie­zna­jomy za­trzy­mał się i pchnął drzwi ukryte w ścia­nie.

– Pro­szę wejść do środka.

Poppy z wa­ha­niem we­szła do do­brze oświe­tlo­nego po­koju, chyba sa­lo­niku, z rzę­dem okien we­nec­kich wy­cho­dzą­cych na ulicę. W jed­nym rogu stał ciężki dę­bowy stół kre­ślar­ski, a wszyst­kie ściany zaj­mo­wały półki z książ­kami. W po­wie­trzu uno­sił się przy­jemny i dziw­nie zna­jomy za­pach... wosk świec, we­li­nowy pa­pier, atra­ment i kurz z ksią­żek... pach­niało jak w daw­nym ga­bi­ne­cie ojca.

Poppy od­wró­ciła się do nie­zna­jo­mego, który wszedł do po­koju i za­mknął za sobą ukryte drzwi.

Nie po­tra­fiła oce­nić jego wieku – wy­da­wał się nie mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści kilka lat, ale ota­czała go aura cy­ni­zmu, która da­wała do zro­zu­mie­nia, że wi­dział już w ży­ciu zbyt wiele, by dać się czym­kol­wiek za­sko­czyć. Miał gę­ste, czarne jak noc, do­sko­nale ob­cięte włosy i ja­sną kar­na­cję, z którą kon­tra­sto­wały ciemne brwi. Był dia­bel­nie przy­stojny z tymi moc­nymi brwiami, pro­stym no­sem i za­ci­śnię­tymi po­nuro war­gami. Ostra, nie­ustę­pliwa li­nia jego pod­bródka zna­mio­no­wała rysy męż­czy­zny, który wszystko – w tym rów­nież sie­bie – trak­to­wał zbyt po­waż­nie.

Poppy za­czer­wie­niła się, gdy spoj­rzała w jego nie­zwy­kłe oczy... in­ten­syw­nie zie­lone z ciem­nymi ob­wód­kami, ocie­nione szcze­ci­nia­stymi czar­nymi rzę­sami. Jego wzrok zda­wał się ją po­chła­niać. Za­uwa­żyła blade cie­nie pod jego oczami, które jed­nak w żad­nym ra­zie nie odej­mo­wały mu urody.

Dżen­tel­men po­wie­działby te­raz coś mi­łego, ko­ją­cego, nie­zna­jomy jed­nak mil­czał. Dla­czego tak się w nią wpa­try­wał? Kim był i jaką wła­dzę spra­wo­wał w tym miej­scu? Mu­siała coś po­wie­dzieć, by prze­rwać to mil­cze­nie.

– Za­pach ksią­żek i świec przy­po­mina mi ga­bi­net ojca.

Męż­czy­zna pod­szedł do niej, a ona wzdry­gnęła się in­stynk­tow­nie. Oboje za­marli w bez­ru­chu. Py­ta­nia wy­peł­niały po­kój, jakby ktoś na­ry­so­wał je w po­wie­trzu nie­wi­dzial­nym atra­men­tem.

– Pani oj­ciec zmarł nie­dawno, o ile wiem. – Jego głos do­sko­nale do niego pa­so­wał: był gładki, mroczny, nie­ugięty. Męż­czy­zna miał in­te­re­su­jący ak­cent, nie cał­kiem bry­tyj­ski.

Poppy ze zdu­mie­niem ski­nęła głową.

– A matka pani zmarła wkrótce po nim – do­dał.

– Skąd... skąd pan to wie?

– Do mo­ich obo­wiąz­ków na­leży wie­dzieć jak naj­wię­cej o go­ściach ho­telu.

Do­dger za­czął się wier­cić w jej ob­ję­ciach. Poppy po­chy­liła się i po­sta­wiła go na pod­ło­dze. Fretka wspięła się na ma­sywny fo­tel przy ko­minku i usa­do­wiła się wy­god­nie na ak­sa­mit­nym obi­ciu.

Poppy znów spoj­rzała na nie­zna­jo­mego. Miał na so­bie piękne ciemne ubra­nie, skro­jone z wy­ra­fi­no­waną swo­bodą. Nie miał przy tym żad­nych szpi­lek w fu­la­rze, zło­tych gu­zi­ków przy ko­szuli ani in­nych ozdób, które mo­głyby wska­zy­wać na jego za­moż­ność. Z kie­szonki sza­rej ka­mi­ze­lki zwi­sał tylko zwy­kły łań­cu­szek od ze­garka.

– Mówi pan jak Ame­ry­ka­nin – za­uwa­żyła.

– Buf­falo, Nowy Jork – od­parł. – Ale miesz­kam tu już od ja­kie­goś czasu.

– Jest pan pra­cow­ni­kiem pana Ru­tledge’a?

Udzie­lił jej od­po­wie­dzi ski­nie­niem głowy.

– Za­pewne jed­nym z jego kie­row­ni­ków?

Jego twarz była nie­prze­nik­niona.

– Coś w tym ro­dzaju.

Poppy po­de­szła do drzwi.

– W ta­kim ra­zie zo­sta­wię pana pań­skim obo­wiąz­kom, pa­nie...

– Po­trze­buje pani od­po­wied­niej eskorty, by wró­cić do po­koju.

Poppy za­sta­na­wiała się nad tym przez chwilę. Czy po­winna po­pro­sić go, by po­słał po jej damę do to­wa­rzy­stwa? Nie... panna Marks na pewno wciąż jesz­cze spała. Miała za sobą ciężką noc. Cza­sami na­wie­dzały ją kosz­mary, po któ­rych przez cały dzień była roz­trzę­siona i wy­czer­pana. Nie zda­rzało się to czę­sto, ale w ta­kich chwi­lach Poppy i Be­atrix sta­rały się za­pew­nić jej jak naj­wię­cej wy­po­czynku.

Nie­zna­jomy przy­glą­dał się ko­bie­cie przez chwilę.

– Czy mam po­słać po po­ko­jówkę, by pa­nią od­pro­wa­dziła?

Z po­czątku Poppy za­mie­rzała się zgo­dzić. Nie chciała jed­nak cze­kać na nią w jego to­wa­rzy­stwie, na­wet przez kilka mi­nut. Nie ufała mu w naj­mniej­szym stop­niu.

Gdy do­strzegł jej wa­ha­nie, jego usta wy­krzy­wiły się w sar­do­nicz­nym uśmie­chu.

– Gdy­bym chciał pa­nią znie­wo­lić, już dawno bym to zro­bił.

Sły­sząc ob­ce­sowe stwier­dze­nie, Poppy za­ru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej.

– Pan tak twier­dzi. Ale z tego, co wiem, może się pan po pro­stu bar­dzo po­woli do tego zbie­rać.

Od­wró­cił głowę, a gdy znów na nią spoj­rzał, jego oczy się śmiały.

– Jest pani bez­pieczna, panno Ha­tha­way. – W jego gło­sie także po­brzmie­wał śmiech. – Na­prawdę. Pro­szę po­zwo­lić mi po­słać po po­ko­jówkę.

Roz­ba­wie­nie zu­peł­nie od­mie­niło jego twarz, wy­do­by­wa­jąc z niej tyle cie­pła i uroku, że Poppy aż za­nie­mó­wiła. Jej serce za­częło tło­czyć do żył nowe, przy­jemne uczu­cie.

Gdy pod­szedł do sznura od dzwonka, przy­po­mniała so­bie o za­gi­nio­nym li­ście.

– Czy cze­ka­jąc, mo­gli­by­śmy po­szu­kać li­stu, który za­gi­nął w ko­ry­ta­rzu? Mu­szę go od­zy­skać.

– Dla­czego? – za­py­tał, od­wra­ca­jąc się do niej.

– Z po­wo­dów oso­bi­stych – od­parła krótko.

– Jest od męż­czy­zny?

Po­słała mu miaż­dżące spoj­rze­nie, któ­rego na­uczyła się od panny Marks.

– To nie pań­ska sprawa.

– Wszystko, co ma miej­sce w tym ho­telu, jest moją sprawą. – Spoj­rzał na nią uważ­nie. – Jest od męż­czy­zny, w prze­ciw­nym ra­zie by pani za­pro­te­sto­wała.

Poppy zmarsz­czyła brwi i od­wró­ciła się. Po­de­szła do pó­łek na ścia­nie za­sta­wio­nych oso­bli­wymi przed­mio­tami.

Stał tam mię­dzy in­nymi po­zła­cany ema­lio­wany sa­mo­war, duży nóż w ozdo­bio­nej ko­ra­li­kami po­chwie, ko­lek­cja pry­mi­tyw­nych ka­mien­nych rzeźb i gli­nia­nych na­czyń, egip­ski za­głó­wek, eg­zo­tyczne mo­nety, pu­dełka ze wszel­kich moż­li­wych ma­te­ria­łów, coś, co wy­glą­dało jak że­la­zny miecz z za­rdze­wia­łym ostrzem i szkło po­więk­sza­jące do czy­ta­nia.

– Co to za po­kój? – za­py­tała, nie mo­gąc się oprzeć.

– Ga­bi­net oso­bli­wo­ści pana Ru­tledge’a. Część ko­lek­cji to jego zbiory, resztę otrzy­mał od za­gra­nicz­nych go­ści. Może pani rzu­cić okiem, je­śli pani chce.

Poppy po­czuła za­cie­ka­wie­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak wielu ob­co­kra­jow­ców go­ściło już w tym ho­telu – eu­ro­pej­scy ksią­żęta, szlachta i człon­ko­wie corps di­plo­ma­ti­que. Pan Ru­tledge mu­siał otrzy­my­wać nie­zwy­kłe po­darki.

Przy­sta­nęła, by przyj­rzeć się bli­żej zdo­bio­nej dro­gimi ka­mie­niami srebr­nej fi­gurce ko­nia, uwiecz­nio­nego w pół­ga­lo­pie.

– Prze­piękna.

– Pre­zent od księ­cia Yizhu z Chin – po­wie­dział męż­czy­zna, sta­jąc za nią. – Nie­biań­ski koń.

Za­fa­scy­no­wana Poppy prze­su­nęła pal­cami po grzbie­cie fi­gurki.

– Książę jest już po ko­ro­na­cji. Zo­stał ce­sa­rzem Xian­feng – od­parła. – Cóż za iro­nia, nie są­dzi pan?

Nie­zna­jomy spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

– Dla­czego pani tak są­dzi?

– Bo jego imię ko­ro­na­cyjne tłu­ma­czy się jako „po­wszechny do­bro­byt”. Trudno o ta­kim mó­wić, gdy kra­jem wstrzą­sają we­wnętrzne re­be­lie.

– Są­dzę, że wy­zwa­nia, ja­kie sta­wia przed nim Eu­ropa, są na­wet bar­dziej nie­bez­pieczne.

– Tak – zgo­dziła się Poppy ze smut­kiem, od­kła­da­jąc fi­gurkę na miej­sce. – Cie­kawe, jak długo jesz­cze chiń­ska su­we­ren­ność zdoła opie­rać się tym na­jaz­dom.

Jej to­wa­rzysz stał tak bli­sko, że czuła za­pach jego my­dła do go­le­nia. Spoj­rzał na nią z na­pię­ciem.

– Nie znam zbyt wielu ko­biet, z któ­rymi można roz­ma­wiać o po­li­tyce Da­le­kiego Wschodu.

Po­czuła ru­mie­niec na po­licz­kach.

– Moja ro­dzina to­czy do­syć ory­gi­na­lne dys­ku­sje przy ko­la­cji. Przy­naj­mniej na tyle, że moje sio­stry i ja za­wsze bie­rzemy w nich udział. Moja dama do to­wa­rzy­stwa uważa, że mo­żemy tak ro­bić w za­ci­szu do­mo­wym, ale ra­dziła mi, bym nie afi­szo­wała się ze swoim wy­kształ­ce­niem w miej­scach pu­blicz­nych. To od­stra­sza sta­ra­ją­cych się.

– W ta­kim ra­zie musi pani uwa­żać. – Uśmiech­nął się miękko. – Szkoda by­łoby, gdyby ja­kiś in­te­li­gentny ko­men­tarz wy­mknął się pani w nie­od­po­wied­nim mo­men­cie.

Poppy ode­tchnęła z ulgą, gdy usły­szała dys­kretne pu­ka­nie do drzwi. Po­ko­jówka zja­wiła się znacz­nie szyb­ciej, niż przy­pusz­czała. Nie­zna­jomy po­szedł jej otwo­rzyć. Uchy­lił drzwi i mruk­nął coś do mło­dej dziew­czyny, która skło­niła się i znik­nęła.

– Do­kąd ona po­szła? – za­py­tała Poppy z kon­ster­na­cją. – Miała mnie prze­cież ode­skor­to­wać do mo­jego po­koju.

– Po­sła­łem ją po her­batę.

Poppy aż za­nie­mó­wiła.

– Nie mogę wy­pić z pa­nem her­baty.

– To nie po­trwa długo. Po­ślą ją na górę windą.

– To nie­istotne. Na­wet gdy­bym miała czas, nie mo­gła­bym wy­pić z pa­nem her­baty! Je­stem pewna, że ro­zu­mie pan, ja­kie by­łoby to nie­sto­sowne.

– Pra­wie tak jak skra­da­nie się po ho­telu bez eskorty.

Na­chmu­rzyła się.

– Nie skra­da­łam się, ści­ga­łam fretkę. – Gdy do­tarła do niej śmiesz­ność jej oświad­cze­nia, za­ru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej. – To nie była moja wina. Znajdę się w bar­dzo po­waż­nych ta­ra­pa­tach, je­śli na­tych­miast nie wrócę do po­koju. Je­śli bę­dziemy cze­kać, może pan wplą­tać się w skan­dal, a tego pan Ru­tledge z pew­no­ścią by nie po­chwa­lił.

– Fakt.

– Pro­szę więc we­zwać po­ko­jówkę z po­wro­tem.

– Za późno. Mu­simy po­cze­kać, aż wróci z her­batą.

Poppy wes­tchnęła ciężko.

– Cóż za okropny po­ra­nek. – Zer­k­nęła na fretkę i zo­ba­czyła kępki kłacz­ków i koń­skiego wło­sia szy­bu­jące w po­wie­trzu. Zbla­dła. – Do­dger, nie!

– Co się stało? – za­py­tał męż­czy­zna, po­dą­ża­jąc za Poppy, która po­pę­dziła w kie­runku za­ję­tej fretki.

– On zjada pana fo­tel – stwier­dziła po­nuro, chwy­ta­jąc zwie­rzę w ob­ję­cia. – A ra­czej fo­tel pana Ru­tledge’a. Chyba wije so­bie gniazdo. Tak mi przy­kro. – Spoj­rzała na dziurę w kosz­tow­nym ak­sa­mit­nym obi­ciu. – Za­pew­niam pana, że moja ro­dzina po­kryje wszel­kie koszty.

– Nic się nie stało. W bu­dże­cie ho­telu jest wy­dzie­lony spe­cjalny fun­dusz na ta­kie na­prawy.

Poppy opa­dła na ko­lana – co wcale nie jest pro­ste, gdy ma się na so­bie gor­set i usztyw­nione halki – i za­częła gar­ściami upy­chać wy­peł­niacz w dziu­rze.

– Je­śli zaj­dzie taka po­trzeba, do­star­czę panu pi­semne oświad­cze­nie, w któ­rym wy­ja­śnię, jak to się stało.

– A pani re­pu­ta­cja? – za­py­tał miękko nie­zna­jomy, pod­no­sząc ją z ko­lan.

– Moja re­pu­ta­cja jest ni­czym w po­rów­na­niu z utratą źró­dła utrzy­ma­nia. Mogą pana za to zwol­nić. Na pewno ma pan ro­dzinę, żonę, dzieci. Ja ja­koś prze­żyję kom­pro­mi­ta­cję, ale pan może nie być w sta­nie tak szybko zna­leźć no­wej po­sady.

– To bar­dzo miłe z pani strony – po­wie­dział, od­bie­ra­jąc Poppy fretkę i kła­dąc ją z po­wro­tem w fo­telu – ale ja nie mam ro­dziny. I nikt nie może mnie zwol­nić.

– Do­dger! – za­wo­łała Poppy, gdy kłęby wło­sia znów za­częły fru­wać w po­wie­trzu. Fretka naj­wy­raź­niej do­sko­nale się ba­wiła.

– Fo­tel i tak jest znisz­czony. Pro­szę mu na to po­zwo­lić.

Poppy zdu­miała się, wi­dząc, z jaką ła­two­ścią nie­zna­jomy go­dzi się po­świę­cić kosz­towny me­bel dla roz­rywki zwie­rzę­cia.

– Pan zu­peł­nie nie przy­po­mina in­nych za­rząd­ców ho­telu.

– A pani in­nych ko­biet.

Uśmiech­nęła się do niego cierpko.

– Już mi to mó­wiono.

Niebo po­wle­kło się oło­wiem. Na po­kryte żwi­rem i bru­kiem ulice spa­dła ciężka mżawka, spłu­ku­jąc gry­zący kurz, który uno­sił się spod kół prze­jeż­dża­ją­cych po­jaz­dów.

Poppy ostroż­nie po­de­szła do okna i wyj­rzała na ulicę. Prze­chod­nie otwie­rali pa­ra­sole i szli da­lej.

Stra­ga­nia­rze tło­czyli się na chod­niku, za­chwa­la­jąc swoje to­wary nie­cier­pli­wymi okrzy­kami. Sprze­da­wali do­słow­nie wszystko: po­wią­zaną w war­ko­cze ce­bulę i im­bryki, kwiaty, za­pałki, skow­ronki i sło­wiki w klat­kach. Ci ostatni na­prawdę utrud­niali ży­cie Ha­tha­wayom, bo Be­atrix upie­rała się przy ra­to­wa­niu każ­dego ży­wego stwo­rze­nia, które zna­la­zło się w za­sięgu jej wzroku. Ich szwa­gier, pan Ro­han, był więc zmu­szany do ku­po­wa­nia mnó­stwa pta­ków i wpusz­cza­nia ich po­tem na wol­ność na te­re­nie ich wiej­skiej po­sia­dło­ści. Ro­han przy­się­gał, że jest wła­ści­cie­lem po­łowy po­pu­la­cji pta­ków w Hamp­shire.

Poppy od­wró­ciła się od okna i zo­ba­czyła, że nie­zna­jomy opiera się ra­mie­niem o jedną z pó­łek. Pa­trzył na nią tak, jakby nie wie­dział, co ma o niej my­śleć. Jego syl­we­tka była zre­lak­so­wana, ale Poppy wy­czu­wała wy­raź­nie, że gdyby tylko spró­bo­wała ucieczki, na­tych­miast by ją po­chwy­cił.

– Dla­czego nie jest pani za­rę­czona? – za­py­tał z obu­rza­jącą bez­po­śred­nio­ścią. – Bywa pani w to­wa­rzy­stwie od dwóch, trzech lat?

– Od trzech – od­parła Poppy obron­nym to­nem.

– Pani ro­dzina ma ogromny ma­ją­tek, można więc za­ło­żyć, że w grę wcho­dzi po­kaźny po­sag. A pani brat jest wi­ceh­ra­bią, to ko­lejna za­leta. Dla­czego jesz­cze nie wy­szła pani za mąż?

– Za­wsze za­daje pan tak oso­bi­ste py­ta­nia lu­dziom, któ­rych do­piero pan po­znał?

– Nie za­wsze. Pani wy­daje mi się szcze­gól­nie... in­te­re­su­jąca.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się nad od­po­wie­dzią, po czym wzru­szyła ra­mio­nami.

– Nie chcia­ła­bym za męża żad­nego z dżen­tel­me­nów, któ­rych w ciągu ostat­nich trzech lat spo­tka­łam. Ża­den z nich nie wy­dał mi się na­wet odro­binę po­cią­ga­jący.

– A jaki typ pa­nią po­ciąga?

– Ktoś, z kim mo­gła­bym dzie­lić ci­che, zwy­czajne ży­cie.

– Więk­szość mło­dych ko­biet ma­rzy o przy­go­dach i ro­man­sie.

Uśmiech­nęła się cierpko.

– Ja z ko­lei wy­jąt­kowo ce­nię so­bie pro­za­icz­ność.

– Czy nie są­dzi pani, że Lon­dyn to nie naj­lep­sze miej­sce, by szu­kać ci­chego, zwy­czaj­nego ży­cia?

– Oczy­wi­ście. Ale ja mogę szu­kać tylko tu. – Wie­działa, że po­winna za­milk­nąć. Nie było po­trzeby snuć dal­szych wy­ja­śnień. Poppy jed­nak uwiel­biała roz­ma­wiać i tak jak Do­dger nie mógł oprzeć się szu­fla­dzie peł­nej pod­wią­zek, tak ona nie po­tra­fiła zwal­czyć swej ga­da­tli­wo­ści. – Pro­blem po­wstał, gdy mój brat, lord Ram­say, odzie­dzi­czył ty­tuł.

Nie­zna­jomy uniósł brwi.

– To pro­blem?

– O tak. Wi­dzi pan, nikt z nas nie był na to przy­go­to­wany. By­li­śmy da­le­kimi ku­zy­nami po­przed­niego lorda Ram­saya. Ty­tuł przy­padł Leo w wy­niku se­rii nie­spo­dzie­wa­nych zgo­nów. Ha­tha­way­owie nie mieli po­ję­cia o ety­kie­cie, nie wie­dzie­li­śmy nic na te­mat by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie. By­li­śmy na­prawdę szczę­śliwi w Prim­rose Place.

Przy­po­mniała so­bie pełną ra­do­ści, krytą strze­chą chatkę, ogród, w któ­rym oj­ciec ho­do­wał swoje słynne róże ap­te­kar­skie, kła­po­uche bel­gij­skie kró­liki, które miesz­kały w klatce za do­mem, stosy ksią­żek w każ­dym ką­cie. Te­raz opusz­czona chatka ob­ra­cała się w ru­inę, a ogród le­żał odło­giem.

– Nie można jed­nak cof­nąć czasu. – Po­chy­liła się, by przyj­rzeć się przed­mio­towi na dol­nej półce. – Co to? Ach, tak. Astro­la­bium. – Pod­nio­sła mo­siężny dysk z wy­gra­we­ro­wa­nymi ta­le­rzami, na brzegu któ­rego wid­niały cy­fry ozna­cza­jące stop­nie kąta.

– Wie pani, co to jest astro­la­bium?

– Oczy­wi­ście, to na­rzę­dzie, któ­rego uży­wają astro­no­mo­wie i na­wi­ga­to­rzy. Astro­lo­dzy rów­nież. – Poppy spoj­rzała na ma­lutką mapę gwiazd wy­rytą na jed­nym z dys­ków. – To jest per­skie. Musi mieć około pię­ciu­set lat.

– Pięć­set dwa­na­ście.

Poppy uśmiech­nęła się z sa­tys­fak­cją.

– Mój tata był uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w epoce śre­dnio­wie­cza. Miał całą ko­lek­cję ta­kich astro­la­biów. Na­uczył mnie na­wet, jak je ro­bić z drewna, sznurka i gwoź­dzia. – Ostroż­nie odło­żyła dysk. – Kiedy się pan uro­dził?

Nie­zna­jomy za­wa­hał się, jakby nie po­do­bało mu się, że musi udzie­lić tak oso­bi­stej in­for­ma­cji.

– Pierw­szego li­sto­pada.

– Jest pan więc Skor­pio­nem.

– Wie­rzy pani w astro­lo­gię? – za­py­tał z od­cie­niem drwiny w gło­sie.

– A nie po­win­nam?

– Nie ma żad­nych na­uko­wych pod­staw.

– Mój oj­ciec za­chę­cał mnie do otwar­to­ści na ta­kie kwe­stie. – Prze­su­nęła pal­cem po ma­pie nieba i uśmiech­nęła się chy­trze. – Skor­piony są ra­czej bez­względne, wie pan? Dla­tego wła­śnie jed­nemu z nich Ar­te­mida na­ka­zała uśmier­cić swego wroga, Oriona. W na­grodę umie­ściła skor­piona na nie­bie.

– Nie je­stem bez­względny. Ro­bię po pro­stu, co trzeba, by osią­gnąć cel.

– I to nie jest bez­względ­ność? – za­py­tała Poppy ze śmie­chem.

– Bez­względ­ność za­kłada okru­cień­stwo.

– A pan nie jest okrutny?

– Tylko wtedy, gdy mu­szę.

Roz­ba­wie­nie Poppy znik­nęło.

– Czło­wiek ni­gdy nie musi być okrutny.

– Nie wi­działa pani zbyt wiele, skoro pani tak są­dzi.

Poppy po­sta­no­wiła nie kon­ty­nu­ować tego te­matu. Sta­nęła na pal­cach, by doj­rzeć za­war­tość naj­wyż­szej półki. Stała na niej ko­lek­cja in­try­gu­ją­cych bla­sza­nych za­ba­wek.

– A to co?

– Au­to­maty.

– Do czego służą?

Nie­zna­jomy zdjął z półki jedną z za­ba­wek i po­dał jej.

Poppy uważ­nie się jej przyj­rzała. Na okrą­głym po­stu­men­cie stały ma­lut­kie ko­nie wy­ści­gowe, każdy na swoim to­rze. Poppy po­cią­gnęła za sznu­rek, zwi­sa­jący z boku po­stu­mentu. Uru­cho­miła tym we­wnętrzny me­cha­nizm – ko­nie ze­rwały się do biegu, do­kład­nie tak jak na wy­ści­gach.

Ro­ze­śmiała się z za­chwy­tem.

– Ja­kie to zmyślne! Szkoda, że moja sio­stra Be­atrix nie może tego zo­ba­czyć. Skąd to się tu wzięło?

– Pan Ru­tledge kon­stru­uje je w wol­nym cza­sie, dla re­laksu.

– Mogę obej­rzeć po­zo­stałe? – Poppy była ocza­ro­wana tymi za­baw­kami, a ra­czej ma­łymi cu­dami tech­niki. Zna­la­zła tam ad­mi­rała Nel­sona na po­kła­dzie mio­ta­nego fa­lami okrętu, małpkę wspi­na­jącą się na ba­na­no­wiec, kota igra­ją­cego z my­szą, po­skra­mia­cza lwów strze­la­ją­cego z bata i lwa, który po­trzą­sał na to głową.

Wy­raź­nie za­chwy­cony en­tu­zja­zmem Poppy męż­czy­zna po­ka­zał jej ob­ra­zek na ścia­nie, przed­sta­wia­jący pary tań­czące walca na balu. Na jej oczach ob­ra­zek ożył, dżen­tel­meni po­pro­wa­dzili swe part­nerki w rytm mu­zyki.

– Wiel­kie nieba! – po­wie­działa zdu­miona Poppy. – Jak to moż­liwe?

– To me­cha­nizm ze­ga­rowy. – Zdjął ob­ra­zek ze ściany i po­ka­zał jej jego tył. – Tu jest, przy­mo­co­wany do koła za­ma­cho­wego tą ta­śmą. Bolce wpra­wiają w ruch te dźwi­gnie... tu­taj... a to z ko­lei uru­cha­mia po­zo­stałe dźwi­gnie.

– Nie­zwy­kłe! – Na fali en­tu­zja­zmu Poppy cał­kiem za­po­mniała o po­wścią­gli­wo­ści i ostroż­no­ści. – Pan Ru­tledge musi być nie­zwy­kle uta­len­to­wany. Przy­po­mina mi to bio­gra­fię mni­cha fran­cisz­kań­skiego Ro­gera Ba­cona, którą nie­dawno czy­ta­łam. Mój oj­ciec był go­rą­cym wiel­bi­cie­lem jego prac. Oj­czu­lek Ba­con rów­nież pa­rał się wy­na­laz­czo­ścią, przez co zo­stał na­wet oskar­żony o czary. Po­do­bno kie­dyś zbu­do­wał me­cha­niczną głowę z brązu, która... – Urwała gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że znów traj­ko­cze. – Wi­dzi pan? I tak wła­śnie ro­bię na wszyst­kich ba­lach i wie­czor­kach. To mię­dzy in­nymi dla­tego nie cie­szę się wiel­kim wzię­ciem.

Nie­zna­jomy się uśmiech­nął.

– My­śla­łem, że na tego typu spo­tka­niach wła­śnie na­leży roz­ma­wiać.

– Ale nie tak jak ja.

Oboje od­wró­cili głowy, sły­sząc stu­ka­nie do drzwi. Po­ko­jówka wró­ciła.

– Mu­szę już iść – stwier­dziła nie­spo­koj­nie Poppy. – Moja dama do to­wa­rzy­stwa bę­dzie zła, je­śli się obu­dzi i zo­ba­czy, że mnie nie ma.

Ciem­no­włosy męż­czy­zna wpa­try­wał się z nią przez długą chwilę.

– Jesz­cze z pa­nią nie skoń­czy­łem – oznaj­mił ze zdu­mie­wa­jącą swo­bodą. Zu­peł­nie tak, jakby ni­gdy w ży­ciu nie usły­szał od­mowy. Jakby pla­no­wał za­trzy­mać ją tak długo, jak so­bie tego ży­czył.

Poppy ode­tchnęła głę­boko.

– Nie­mniej jed­nak wy­cho­dzę – od­parła spo­koj­nie i po­de­szła do drzwi.

Ru­szył za nią i oparł dłoń na fra­mu­dze.

Poppy spoj­rzała na niego z obawą. W jej gar­dle, nad­garst­kach i w ko­la­nach ode­zwało się gwał­towne pul­so­wa­nie. Stał zbyt bli­sko, pra­wie sty­kał się z nią swym dłu­gim twar­dym cia­łem. Przy­tu­liła się do ściany.

– Za­nim pani wyj­dzie – po­wie­dział miękko – dam pani radę. Młoda ko­bieta nie po­winna sa­mot­nie spa­ce­ro­wać po ho­telu, to nie­bez­pieczne. Niech pani nie po­dej­muje wię­cej rów­nie głu­piego ry­zyka.

Poppy ze­sztyw­niała.

– Ten ho­tel cie­szy się nie­po­szla­ko­waną opi­nią. Nie mam się czego oba­wiać.

– Oczy­wi­ście, że tak – mruk­nął. – Choćby tego.

Za­nim zdo­łała po­my­śleć, po­ru­szyć się, czy cho­ciaż ode­tchnąć, po­chy­lił głowę i za­wład­nął jej ustami.

Zdu­miona Poppy za­marła pod jego mięk­kimi pa­lą­cymi war­gami, tak sub­tel­nymi w swych na­le­ga­niach, że na­wet nie wie­działa, kiedy jej wła­sne wargi się roz­chy­liły. Nie­zna­jomy do­tknął jej pod­bródka i uniósł jej głowę do góry.

Oto­czył ją ra­mie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie. Poppy wdy­chała jego po­nętny za­pach, woń ka­dzi­dła i piżma, kroch­malu i mę­skiej skóry. Wie­działa, że po­winna wal­czyć w jego ra­mio­nach... ale jego usta prze­ko­ny­wały tak czule, tak zmy­słowo, obie­cy­wały roz­kosz i nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­su­nął wargi na jej szyję, wy­czuł puls i zsu­nął się ni­żej, ob­sy­pu­jąc ją lek­kimi jak je­dwab po­ca­łun­kami, aż za­częła drżeć.

– Nie – za­pro­te­sto­wała słabo.

Chwy­cił jej pod­bró­dek de­li­kat­nie i zmu­sił ją, by na niego spoj­rzała. Oboje za­marli. Gdy Poppy w końcu pod­nio­sła wzrok, za­uwa­żyła w jego oczach błysk kon­ster­na­cji i wro­go­ści, jakby nie­zna­jomy wła­śnie do­ko­nał ja­kie­goś nie­przy­jem­nego od­kry­cia.

Pu­ścił ją ostroż­nie i otwo­rzył drzwi.

– Pro­szę wnieść tacę – po­le­cił po­ko­jówce, która sta­nęła na progu.

Słu­żąca na­tych­miast wy­peł­niła roz­kaz. Była zbyt do­brze wy­szko­lona, by po­ka­zać po so­bie zdzi­wie­nie na wi­dok Poppy.

Męż­czy­zna pod­niósł Do­dgera, który spał głę­boko w fo­telu i po­dał go Poppy. Wzięła od niego zwie­rzątko, mru­cząc coś nie­zro­zu­miale, i uło­żyła je so­bie w za­gię­ciu ra­mie­nia. Fretka na­wet nie otwo­rzyła oczu. Jej ma­lut­kie serce biło mia­rowo pod jej pal­cami.

– Czy to wszystko, pro­szę pana? – za­py­tała po­ko­jówka.

– Nie, od­pro­wadź tę damę do jej apar­ta­mentu. I wróć tu, by mnie po­in­for­mo­wać, że do­tarła bez­piecz­nie.

– Do­brze, pa­nie Ru­tledge.

Pan Ru­tledge?

Serce Poppy sta­nęło. Od­wró­ciła się, by spoj­rzeć na nie­zna­jo­mego. W jego zie­lo­nych oczach bły­snęły dia­bo­liczne ogniki. Do­słow­nie de­lek­to­wał się jej jaw­nym zdu­mie­niem.

Harry Ru­tledge... ta­jem­ni­czy wła­ści­ciel ho­telu, który wie­dzie ży­cie pu­stel­nika. Nie tak go so­bie wy­obra­żała.

Zdu­miona i prze­ra­żona Poppy od­wró­ciła się. Gdy prze­szła przez próg, drzwi za­mknęły się za nią ci­cho. Cóż to za podły czło­wiek, by tak się ba­wić jej kosz­tem! Na szczę­ście za­pewne ni­gdy go już nie zo­ba­czy.

Wy­szła na ko­ry­tarz w to­wa­rzy­stwie po­ko­jówki... na­wet nie po­dej­rze­wa­jąc, że ta chwila od­mie­niła całe jej ży­cie.Roz­dział 5

Pan Bay­ning otrzy­mał za­pro­sze­nie już na­stęp­nego dnia i ku ogrom­nej ra­do­ści Poppy na­tych­miast je za­ak­cep­to­wał.

– Te­raz to już tylko kwe­stia czasu – po­wie­działa Poppy Be­atrix, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się, by nie ska­kać jak Do­dger. – Zo­stanę żoną Mi­cha­ela Bay­ninga. Ko­cham go, ko­cham wszyst­kich i wszystko... Ko­cham na­wet twoją śmier­dzącą starą fretkę, Bea!

Poppy i Be­atrix przy­go­to­wy­wały się do spa­ceru. Był cie­pły sło­neczny dzień, a ho­te­lowe ogrody za­lały się po­wo­dzią kwia­tów.

– Nie mogę się do­cze­kać wyj­ścia – oznaj­miła Poppy, wy­glą­da­jąc przez okno na roz­le­głe klomby. – Kwiaty są pra­wie tak piękne jak w Hamp­shire.

– Nie zga­dzam się – stwier­dziła Be­atrix. – Są zbyt upo­rząd­ko­wane. Ale lu­bię spa­ce­ro­wać po ogro­dzie ró­ża­nym Ru­tledge. Po­wie­trze pach­nie w nim tak słodko. Wiesz, roz­ma­wia­łam z głów­nym ogrod­ni­kiem kilka dni temu, gdy wy­szłam na spa­cer z Ca­mem i Ame­lią. Zdra­dził mi swój se­kretny spo­sób na piękne i zdrowe róże.

– Jaki to spo­sób?

– Wy­war z ryb, ocet i odro­bina cu­kru. Opry­skuje je taką mie­szanką, za­nim za­kwitną. Uwiel­biają to.

Poppy zmarsz­czyła nos.

– Cóż za od­ra­ża­jąca mik­stura.

– Ogrod­nik po­wie­dział, że stary pan Ru­tledge wy­jąt­kowo ceni róże, a część naj­bar­dziej eg­zo­tycz­nych w jego ogro­dzie to po­da­runki od róż­nych osób. La­wen­dowe są na przy­kład z Chin, te czer­wone z Fran­cji, a...

– Stary pan Ru­tledge?

– Cóż, ogrod­nik nie po­wie­dział, że pan Ru­tledge jest stary, ale... po pro­stu nie umiem my­śleć o nim ina­czej.

– Dla­czego?

– Jest taki strasz­nie ta­jem­ni­czy, nikt go ni­gdy nie wi­duje. Przy­po­mi­nają mi się hi­sto­rie o sza­lo­nym sta­rym królu Je­rzym, za­mknię­tym w swo­ich apar­ta­men­tach w Wind­so­rze. – Be­atrix uśmiech­nęła się ra­do­śnie. – Może trzy­mają pana Ru­tledge’a na stry­chu.

– Bea – szep­nęła Poppy na­gląco, prze­peł­niona po­trzebą zwie­rze­nia się ko­muś. – Za­raz pęknę, je­śli ci cze­goś nie po­wiem, ale to ta­jem­nica.

W oczach jej sio­stry bły­snęło za­in­te­re­so­wa­nie.

– Co to ta­kiego?

– Naj­pierw obie­caj mi, że ni­komu nie po­wiesz.

– Obie­cuję.

– Przy­się­gnij na coś.

– Przy­się­gam na świę­tego Fran­ciszka, pa­trona wszyst­kich zwie­rząt. – Wi­dząc wa­ha­nie Poppy, Be­atrix do­dała z en­tu­zja­zmem: – Gdyby po­rwała mnie banda pi­ra­tów na swój sta­tek i gro­ziła mi, że każą mi sko­czyć z trapu pro­sto w pasz­cze wy­głod­nia­łych re­ki­nów, je­śli nie wy­dam two­jej ta­jem­nicy, i tak bym im nie po­wie­działa. Gdyby zwią­zał mnie ja­kiś łotr i rzu­cił pod ko­pyta ga­lo­pu­ją­cych koni za­ku­tych w że­lazo, a je­dy­nym ra­tun­kiem przed stra­to­wa­niem by­łoby wy­da­nie two­jej ta­jem­nicy, i tak bym mu nie po­wie­działa. Gdyby...

– Do­brze, prze­ko­na­łaś mnie – prze­rwała jej Poppy z uśmie­chem. Za­cią­gnęła sio­strę w kąt po­koju. – Po­zna­łam pana Ru­tledge’a – po­wie­działa.

Oczy Be­atrix za­okrą­gliły się ze zdzi­wie­nia.

– Na­prawdę? Kiedy?

– Wczo­raj rano. – Poppy opo­wie­działa jej całą hi­sto­rię, opi­su­jąc do­kład­nie se­kretny ko­ry­tarz, po­kój oso­bli­wo­ści i sa­mego pana Ru­tledge’a. Po­mi­nęła tylko kwe­stię po­ca­łunku, bo je­śli o nią cho­dziło, nie miał on w ogóle miej­sca.

– Tak cię prze­pra­szam za Do­dgera – oznaj­miła pło­mien­nie Be­atrix. – Prze­pra­szam w jego imie­niu.

– Nic się nie stało, Bea. Cho­ciaż... Szkoda, że zgu­bił list. Do­póki jed­nak nikt go nie znaj­dzie, nie bę­dzie chyba pro­ble­mów.

– Więc pan Ru­tledge nie jest znie­do­łęż­nia­łym sza­leń­cem? – za­py­tała Be­atrix z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie.

– Ależ skąd.

– A jak wy­gląda?

– Jest cał­kiem przy­stojny. Bar­dzo wy­soki, i…

– Tak wy­soki jak Mer­ri­pen?

Kev Mer­ri­pen za­miesz­kał z Ha­tha­way­ami po tym, jak jego ta­bor zo­stał za­ata­ko­wany przez An­gli­ków, któ­rzy chcieli prze­pę­dzić Cy­ga­nów ze swej ziemi. Ran­nego chłopca po­rzu­cono przy rzece na pewną śmierć, ale Ha­tha­way­owie go zna­leźli i już z nimi zo­stał. Nie­dawno oże­nił się z ich star­szą sio­strą, Win­ni­fred. Mer­ri­pen pod­jął się trudu za­rzą­dza­nia po­sia­dło­ścią Ram­say pod nie­obec­ność Leo. No­wo­żeńcy byli bar­dzo szczę­śliwi z tego, że se­zon mogą spę­dzić w Hamp­shire, roz­ko­szu­jąc się pięk­nem i względną pry­wat­no­ścią Ram­say Ho­use.

– Nikt nie jest tak wy­soki jak Mer­ri­pen – stwier­dziła Poppy. – Ale pan Ru­tledge i tak jest wy­soki, ma ciemne włosy i prze­szy­wa­jące zie­lone oczy... – Po­czuła ucisk w żo­łądku, gdy je so­bie przy­po­mniała.

– Po­lu­bi­łaś go?

Poppy się za­wa­hała.

– Pan Ru­tledge jest... nie­po­ko­jący. Bar­dzo cza­ru­jący, ale wi­dać po nim, że stać go do­słow­nie na wszystko. Jak upa­dły anioł z wier­sza Wil­liama Blake’a.

– Szkoda, że go nie spo­tka­łam – oznaj­miła tę­sk­nie Be­atrix. – I szkoda, że nie wi­dzia­łam jego po­koju oso­bli­wo­ści. Za­zdrosz­czę ci, Poppy. Mnie od tak dawna nie przy­da­rzyło się nic in­te­re­su­ją­cego.

Poppy ro­ze­śmiała się ci­cho.

– Prze­cież wła­śnie bie­rzesz udział w lon­dyń­skim se­zo­nie.

Be­atrix wy­wró­ciła oczami.

– Lon­dyń­ski se­zon jest rów­nie in­te­re­su­jący co wy­ścigi śli­ma­ków. W stycz­niu. Mar­twych śli­ma­ków na­wet.

– Dziew­częta, je­stem go­towa – do­biegł ich ra­do­sny głos panny Marks, która za­raz po­tem we­szła do po­koju. – Weź­cie pa­ra­solki, nie chce­cie prze­cież opa­lić buzi.

Wszyst­kie trzy opu­ściły apar­ta­ment i peł­nym god­no­ści kro­kiem ru­szyły dłu­gim ko­ry­ta­rzem. Za­nim zdą­żyły jed­nak do­trzeć do scho­dów, do­biegł ich zgiełk zu­peł­nie nie­li­cu­jący z god­no­ścią ho­telu.

Mę­skie głosy mie­szały się w po­wie­trzu – nie­które wzbu­rzone, a je­den na­prawdę roz­gnie­wany. Sły­chać było też obcy ak­cent, cięż­kie dud­nie­nie i dziwne me­ta­liczne grze­cho­ta­nie.

– Co do dia­bła... – mruk­nęła panna Marks pod no­sem.

Wy­szły zza rogu i za­trzy­mały się gwał­tow­nie na wi­dok pół tu­zina męż­czyzn ści­śnię­tych przy ku­chen­nej win­dzie. Po­wie­trze roz­darł prze­raź­liwy wrzask.

– Czy to ko­bieta? – za­py­tała Poppy, bled­nąc. – Dziecko?

– Zo­stań­cie tu­taj – po­le­ciła im panna Marks. – Spró­buję do­wie­dzieć się...

Wszyst­kie trzy wzdry­gnęły się, sły­sząc ko­lejną se­rię wrza­sków, w któ­rych wy­raź­nie po­brzmie­wała pa­nika.

– To dziecko – po­wie­działa Poppy, ru­sza­jąc do przodu mimo wy­raź­nego za­kazu panny Marks. – Mu­simy mu po­móc.

Be­atrix ją wy­prze­dziła.

– To nie dziecko – za­wo­łała przez ra­mię. – To małpka!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij