Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pokutnik - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
5,00
500 pkt
punktów Virtualo

Pokutnik - ebook

Młodzieniec o imieniu Artur, zachłyśnięty chęcią zdobycia talentu do Magii Światła, dopuszcza się najgorszej zbrodni i niedługo po tym umiera. Jednak to nie koniec, a dopiero początek jego historii. Dostaje drugą szansę, jednak musi wykonać zadanie dla Boga zmarłych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 354 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Marzenie

Był rok 1523.

Siedziałem na stopach – na podłodze w swoim pokoju, ze złożonymi dłońmi, położonymi na kolanach. Na starych świerkowych deskach nasmarowałem wokół siebie krąg, maścią z tłuszczu zwierzęcego.

Szukałem w swojej głowie Słów Kluczy.

Słowa Klucze to specjalne słowa, bez których wypowiedzenia rytuały nie zadziałają.

– Moje teraźniejsze ciało osłabnie, odejdzie w niepamięć – zacząłem wypowiadać Słowa Klucze. – A wraz z nim wspomnienie braku magii, która jest alfą, czyli początkiem wszystkiego. – Drugi krąg, nasmarowany maścią z tłuszczu zwierzęcego na mojej klatce piersiowej, kolejny z elementów potrzebnych do wykonania rytuału, zaczął świecić.

– Wzywam cię do siebie.

Co trzecia osoba po wykonaniu rytuału traci władzę w nogach lub rękach. Nigdy nie przebudza Magii Światła.

– Przybądź do mnie.

Jedna na dziesięć osób po wykonaniu rytuału umiera.

– Magio…

Krąg na podłodze zapalił się. Otworzyłem oczy, a moje iskrzące się źrenice odbijały się w szybach okna, oddzielającego mrok nocy od mojego, rozświetlonego płomieniem kręgu, pokoju.

– Przybądź!

Moje iskrzące źrenice straciły zapał, ogień kręgu przestał płonąć – cały świat zgasł.

W tej ciemności nie wiedziałem czy byłem jedną z tych dwóch osób. Czy byłem ślepy, czy może wciąż widziałem, ale stałem się tą co trzecią i nie mogłem już wstać?

To nie miało dla mnie wtedy znaczenia.

– Nie…

Ważne było tylko to czy pojawiła się magia.

– Nie… Nie. Nie!

Nie pojawiła.

Magia nie pokazała się, więc znów opanowała mnie frustracja. Popchnęła moje ciało, abym zapalił w pokoju świeczkę i rozejrzał się na czym mógłbym wyładować tą frustrację.

– Chcę być tylko taki jak oni – mówiłem do własnego odbicia w oknie. – Dlaczego – zapytałem własne odbicie. – Dlaczego?! Ty... – Podniosłem drewniany pojemnik z maścią i chciałem rozbić nim swój wizerunek.

– Artur! – przerwał mi krzyk dobiegający zza drzwi. To była moja siostra – Alis. Szybkim ruchem chwyciła klamkę i otworzyła drzwi na oścież, krzycząc moje imię.

Alis Lischo. Miała jasnobrązowe włosy ścięte do brody i, wtedy, spięte. Zawsze były spięte, gdy dopiero co wracała ze swojej pracy.

– Mamie się pogorszyło! – krzyczała do mnie. Miała szare plamki pod oczami i bladą twarz, jakby właśnie wstała z grobu, aby przypomnieć mi o umierającej matce. Do tego te zawsze posiniaczone, odsłonięte barki.

– Szybko! – krzyczała do mnie jak do ściany, która tylko odbijała dźwięk z powrotem. – Musi...my... – Spowalniała z każdym kolejnym ruchem źrenic. – Co… Co ty – spoglądała na mnie i na moje otoczenie. – Artur? Znowu? – zapytała z zawodem.

– Co… znowu? Zostaw mnie… – Dopiero co, po nieudanym rytuale, po opadniętej nadziei, odpowiedziałem pełny frustracji.

– Zostawić – Zerwała głowę w bok, zbierając myśli. – Zostawić... – Zamknęła oczy i westchnęła. – Artur. – Alis odwróciła się z powrotem do mnie i spojrzała stanowczo. – Ja nie mogę was zostawić. Jesteśmy rodziną. Trzymamy się razem.

– Gdybym miał Magię Światła – położyłem dłoń na sercu – już dawno bym nas uratował. Gdybym tylko…

– Ale nie masz, Artur! – Alis w końcu nie wytrzymała.

Osłupiałem i nie odezwałem się ani słowem.

– Prze… Przepraszam – Natychmiast ostygła z emocji, spuściła głowę w dół i położyła dłoń na posiniaczonym barku. – Po prostu… Wiesz… Czasem mi ciężko.

Po tych słowach odwróciła się i wyszła z pokoju.

Zostawiłem za sobą zrujnowany od mojego braku czasu pokój i podążyłem za Alis w stronę salonu. Jej słowa chwyciły – nie – musnęły moje serce, zamknięte w klatce obsesji. Klatka miała kraty stworzone z żalu do świata; na zamówienie umysłu – specjalnie dla serca.

Wyszedłem do przedpokoju i powoli zbliżałem się do salonu.

– Mamo! Hej! – krzyki Alis dobiegły do mnie zza drzwi.

– Spokojnie. Spokojnie… – Ochrypły głos mamy uspokajał moją siostrę. – Spokojnie, Alis. Nic mi nie jest – i nagle moja mama zmieniła temat – a co z Arturkiem?

Gdy mama spoglądała w stronę uchylonych drzwi, w których cieniu się ukrywałem, Alis odpowiedziała jej z irytacją.

– A co ma być? – Odeszła krok do tyłu i usiadła na krześle obok łóżka. – Całymi dniami siedzi w swoim pokoju – zerwała głowę w bok i odetchnęła głęboko – nawet nie wyjdzie zobaczyć co u ciebie…

– Alis – mama zaczęła mówić z proszącym spojrzeniem – daj mu czas. Sam musi to zrozumieć.

– Kiedy?! – Alis wybuchła i wstała z krzesła. – Mamo, kiedy on to zrozumie?! Chyba wtedy, kiedy…

– Alis! – mama krzyknęła powstrzymując moją siostrę przed wypowiedzeniem tych słów.

– Ja już tak dłużej nie mogę! Przepraszam! – podbiegła do uchylonych drzwi i spojrzała jeszcze raz na mamę. – Przepraszam. Przepraszam… – Cichła, gasła, gdy łzy płynęły po jej policzkach. I wybiegła z pokoju, nie zauważając nawet brata skrytego w cieniu. Dobiegła do drzwi wejściowych, szarpnęła klamką i uciekła z domu. Z miejsca, w którym nikt jej nie rozumiał.

***

Kolejnego dnia, gdy wróciłem do domu, słońce zaczynało powoli zachodzić.

Otworzyłem stare, skrzypiące, dębowe drzwi i pierwsze co zobaczyłem to moja mama stojąca na nogach. Tak. Ta sama kobieta, która chwilę wcześniej nie mogła wstać z łóżka. Jednak ja, oczekując cudu, nie zauważyłem tego, który wydarzył się przede mną.

– Witaj, synku. – Mama powitała mnie szerokim uśmiechem. W ogóle nie wyglądała jakby cierpiała.

Czy cieszył mnie ten widok? Być może, gdzieś w głębi, tak. Ale nie na zewnątrz. Na zewnątrz byłem ponurym nastolatkiem, którego twarz nie wykonywała jakichś większych ruchów. No, chyba że w grę wchodziła jakaś magia, bądź zielarstwo. Ewentualnie rytuały. Tak, to już w ogóle rozciągało wszerz te niewyraźne wargi.

– Arturku, widziałeś może Alis po drodze? – zapytała z drżącym głosem.

– Alis? Nie… Nie widziałem – odpowiedziałem z zastanowieniem. – A… co się stało?

– Arturku, nasza Alicja nie wróciła do domu. – Mama zaczęła się trząść. – Arturku, tracę siły, muszę się położyć. – Spojrzała na mnie, przypominając sobie po co właściwie wyszedłem do miasta. – Czy udało ci się kupić moje leki?

– Tak…

Oczywiście, że się udało. Udało się kupić dla mamy i jeszcze te dla Artura. Do tych jego rytuałów.

Mamo. Tyle razy cię okłamywałem.

– Arturku, a ile zostało Arków? – zapytała mnie.

Arki to waluta kraju, w którym mieszkałem – Ziemi Łuku.

– Mamo… niestety twoje leki ostatnio mocno podrożały – powiedziałem spoglądając na bok.

– Och nie… Arturku. – Na twarzy mamy znów pokazało się cierpienie. – No dobrze, nic nie poradzimy. Będzie dobrze Arturku, nie martw się.

– Tak, mamo. Będzie dobrze. – Spoglądałem na mamę ze smutkiem, ale w ogóle nie ruszały mnie moje kłamstwa. W samym środku rozpalała się we mnie nadzieja na lepsze jutro za każdym razem, kiedy kupowałem te leki i za każdym razem kiedy kłamałem. Czułem wtedy, że robię coś dobrego.

– Dobrze. – Mama zaczęła kierować się w stronę swojej sypialni, podpierając się przy tym laską, która leżała niedaleko niej, obok starej komody. – Arturku, wracam do łóżka. Proszę. Poszukaj młodszej siostry. Dobrze?

– Tak, oczywiście mamo – odpowiedziałem i zamknąłem za sobą drzwi.

***

Poszedłem w stronę klifów, znajdujących się niedaleko naszej chatki. Gdy pojawiłem się na miejscu, słońce zachodziło. Pomarańczowa kula na horyzoncie topiła się pod wielką taflą wody.

Rozglądałem się za Alis. Idąc w stronę klifów, przeszedłem już wcześniej okoliczne łąki, lasy. I nic. Nigdzie jej nie było. A gdy zobaczyłem słońce na klifach, postanowiłem pójść i obejrzeć je dokładnie. Nie spodziewałem się jednak, że nie tylko mnie ono przyciągnęło.

Moja siostra stała prawie że na krawędzi. Od urwiska oddzielało ją kilka stóp. Od tyłu wyglądała jakby spoglądała w słońce. Podszedłem bliżej. W powietrzu unosił się wiosenny zapach kwiatów. Długie kępy trawy tańczyły w moich nogach, poruszane przez lekki powiew wiatru.

– Alis – przemówiłem.

Moja siostra odwróciła się do mnie. Na jej twarzy widniała niechęć i zmęczenie. Trzymała mnie tak bez odpowiedzi, po prostu wpatrując się w moje oczy.

– Alis… – Skonfundowany kontynuowałem. – Mama martwiła się gdzie się podziewasz. Szuka cię.

– A ty? – odpowiedziała nagle.

– Co... ja? – zapytałem niczego nie rozumiejąc. Choć z perspektywy czasu to było bardzo proste pytanie, tak wtedy kompletnie nie wiedziałem o co jej chodzi.

– Artur. – Alis zrobiła kwaśną minę. – Kim my dla ciebie jesteśmy? Narzędziami?

– C…Co?! – Oburzony wzdrygnąłem się. – O czym ty mówisz?! – Położyłem dłoń na piersi i pochyliłem w jej stronę. – Zależy mi na was! Dlatego! Dlatego to wszystko robię…

– Jeżeli ci na nas zależy to idź do pracy! – Alis również pochyliła się w moją stronę i wskazała na mnie palcem. – I nie wydawaj niepotrzebnie pieniędzy! – Alis cofnęła się po tych słowach. Odwróciła w bok. Położyła dłoń pod brodą podtrzymując ociężałą, pod presją wszystkich wydarzeń, głowę. Po chwili spojrzała na mnie. – Mam już tego dość, dobrze? Ciężko pracuje na te pieniądze. Przyglądałeś się kiedyś jak wyglądają moje barki? Moje plecy? Moje ręce? Jestem wykończona. Mam piętnaście lat i haruje całymi dniami, żeby mama mogła żyć. A ty? – Znów spojrzała w bok. – Ach… Artur. Gdybyś zarabiał, wiesz jak wiele mogłoby się zmienić? Nie tylko ja i mama wyszłybyśmy na tym lepiej. Przecież wciąż mógłbyś… jeżeli tak interesuje cię ta magia… mógłbyś, no nie wiem, rozwijać się jakoś, zdobywać wiedzę. Tak samo zielarstwo. Chcesz pomagać ludziom, tak? Zostań lekarzem, zielarzem. Cokolwiek. Jest przecież tyle możliwości, a ty wciąż tylko o tej Magii i Rycerzach Światła…

– No bo! – Zdjąłem dłoń z piersi i rozłożyłem ręce. – Czy ty wiesz jak wiele można? Czy ty wiesz jak wiele mógłbym uczynić dobra, gdybym tylko…

Gdybym tylko miał tę moc. Magię Światła.

Co stało się dalej?

Ja… zapomniałem. Dopóki nie przypomniała mi ta istota.

Jednak było to coś, co przyszło mi nosić ze sobą już na wieczność.

Rozdział 2

Pakt

Szedłem przez gęsty las. Byłem w miejscu niedostępnym dla zwykłego człowieka. Korony drzew zakazywały mi spojrzeć w niebo, a gęsta mgła unosząca się wokół bawiła się moimi emocjami. Przed każdym krokiem napawała mnie strachem, czy coś nie kryje się w jej objęciach i czy zaraz mnie nie rozszarpie. Ten niekończący się las przepełniała śmierć i nicość. Czułem się całkiem, jakbym był w…

– Artur! Całkiem już oszalałeś! – Znajomy głos pojawił się mojej głowie. To było jakieś niewyraźne wspomnienie.

– Dlaczego to jest dla ciebie aż tak ważne, co? Przecież nie mamy wpływu na to jacy się rodzimy! – Ten głos nie dawał mi spokoju. Ciągle brzmiał w mojej głowie, kiedy ja przemierzałem ten las bez końca nie wiedząc, gdzie tak naprawdę zmierzam.

Szedłem tak już całkiem długo. Po czasie nic już nie słyszałem, nic nie czułem, jednak nie mogłem się powstrzymać od tego, aby iść dalej. Jakaś wielka siła pchała mnie do przodu.

I tak mijał czas, a ja wciąż maszerowałem, aż w końcu zobaczyłem coś innego niż drzewa, krzewy i mgła. To było coś jak… tron. Siedzisko władcy wykonane z kości i pnączy.

Stało przed wielkim drzewem. Największym, jakie dotąd widziałem w tym zaczarowanym lesie.

Przed tronem był pusty plac. Ani jednego wyrastającego drzewa, ani krzewu. Nawet trawa na nim nie rosła. Był to jedynie kawałek popękanej, glinianej ziemi – martwej ziemi. Przygotowanej specjalnie do tego, aby stanął na niej… martwy człowiek?

Niechętnie stanąłem na tym gruncie, który po chwili zaczął się trząść. Coś się zbliżało; coś czego aurę ciężko było opisać. Ogarnął mnie wielki niepokój, który cicho podpowiadał mi, że to co się zaraz stanie jest wagi większej niż cokolwiek, co mnie do tej pory spotkało.

To co się do mnie zbliżało było ogromne. Każdy jego krok dałoby się odczuć na całej powierzchni tego nieskończonego lasu. Przeczucie sugerowało, że może to być pan tych ziem.

Był już coraz bliżej. Czułem to nie tylko ja, ale cały las. Na drzewach pojawiły się kruki. Po chwili zaczęły krakać. Cicho, cichuteńko i coraz bardziej, i bardziej, coraz głośniej, krzyczały coraz głośniej: Osądź! Osądź! Osądź!

Osądź? Pomyślałem. Za co miałbym być sądzony?

– Zabił! Zazdrość! Zabił! – krzyczały kruki otaczające mnie z każdej strony.

– Za… bił? Zabiłem? Kogo… Kogo zabiłem? Kogo mogłem zabić?! Komu to zrobiłem?!

Byłem oszołomiony. Nie pamiętałem co się ze mną stało.

– Siostra! Zabił! Siostrę zabił!

– Zabiłem… siostrę?! – Ta wiadomość sprawiła, że moje powieki uniosły się, odkrywając niewielkie źrenice.

Nie mogłem przestać o tym wszystkim myśleć, nie zauważając przy tym dwóch krwistoczerwonych oczu, patrzących na mnie z cienia. Po chwili zauważyłem je, a z mroku wyszedł przerośnięty humanoidalny jeleń stojący na dwóch nogach. Jego ciało przypominało umięśnioną męską sylwetkę pokrytą brązowym futrem, jednak głowa była jelenia. Jego postura była zgarbiona. Jedyne ubranie jakie nosił to chusta biodrowa zakrywająca części intymne. Do tego bransoletki z kości oraz pnączy na obu nadgarstkach i kostkach. Jego szyję zdobił naszyjnik z pnącza na którego końcu była czaszka kruka.

Szedł w stronę tronu, sporadycznie obrzucając mnie wzrokiem. Każdy jego krok zrzucał liście; sprawiał, że trzęsły się drzewa. Mimo tego, kruki wciąż stały na gałęziach jak sługi, które nie mogą opuścić swego pana.

W końcu usiadł na tronie, podparł pysk grzbietem swojej dłoni, fuknął i wpatrywał się we mnie, jakby zastanawiał się co ze mną zrobić. Jego przeszywające spojrzenie przykuwało mnie do ziemi. Nie mogłem się ruszyć.

– Ja… – To słowo z wielkim trudem opuściło moje usta i natychmiast zostało powstrzymane wielkim rykiem tej istoty. Podejrzewałem, że był wściekły. Natychmiast przestał podpierać głowę, wyprostował się, obie ręce położył na podłokietnikach.

– Artur Lischo. Osiemnaście lat. Przyczyna śmierci: rana kłuta w klatce piersiowej – Humanoidalny jeleń mówił powoli i dokładnie.

Czyli… ja umarłem? Pomyślałem, wpatrując się w jego krwistoczerwone oczy.

W tamtym momencie wróciło wspomnienie całej sytuacji sprzed mojej śmierci. Nagle mój umysł nawiedziła skrucha, a moje ciało zaczęło drżeć.

– Co stało się z dziewczyną?! Tą, którą spotkałem chwilę przed śmiercią?! – Nie zastanawiając się ani przez chwilę, wydarłem z siebie te słowa.

Chwila, pomyślałem, a co z siostrą? Czy ja naprawdę? Dlaczego miałbym…

Byt siedzący przede mną zmrużył oczy i znów fuknął. Wyglądał na rozgniewanego. Nie byłem wtedy pewny czy to przez to, że mu przerwałem, czy przez to, że człowiek który zabił własną siostrę śmie się o kogoś martwić.

Po krótkiej przerwie kontynuował.

– Przewinienia: drobne kradzieże, kłamstwa, oszustwa… – Wymieniał długo, głośno i wyraźnie. Całe życie przeleciało mi przed oczami i wcale nie byłem dumny z tego co usłyszałem. Jednak najgorsze zostawił na koniec.

– …Działania prowadzące do szybszej śmierci matki, zabójstwo siostry i mężczyzny należącego do Zakonu Rycerzy Światła.

Nawet nie wymieniał tych dobrych rzeczy. Zapewne było dla niego oczywiste, że jedna strona wagi została już nieodwracalnie przeciążona.

Z każdym jego słowem coraz więcej emocji zaczęło do mnie wracać. Znów poczułem to obezwładniające uczucie, które nawiedziło mnie gdy umierałem. Znów strach dobrał się do mojego serca i zaciskał je coraz mocniej z każdą sekundą ciszy, która nastała.

Moja pamięć również powoli wracała. Wtedy wszystko stawało się jaśniejsze. Wyglądało to dokładnie tak, jak opisane było w książkach o wierzeniach ludzi z Ziem Środka. Krainy położonej na północ od Ziemi Łuku.

Jestem w Nawii, pomyślałem, i czekam na wyrok, który wyda nie kto inny, niż bóg umarłych.

Weles, bo tak się nazywał, był ogromnym humanoidalnym jeleniem, który sądzi dusze zmarłych, a następnie prowadzi je na łąki Wyraju ptasiego, gdzie pełne szczęścia korzystają z życia wiecznego. Jednak jest też druga opcja dla ludzi niegodnych, aby stąpać po świętej ziemi. Dusze takich ludzi trafiają do Wyraju wężowego, gdzie cierpią wieczne katusze, a tym, kto o tym decyduje jest bóg, który siedzi przede mną, przeszywając swoim spojrzeniem duszę oszpeconą przez blizny moich grzechów.

– Wyrok…

Kropla potu spłynęła po moim czole. Wiedziałem już co powie.

Weles powstał i wykrzyczał słowa, które skazały moją duszę.

– Wieczne potępienie!

Ziemia zaczęła się trząść, jednak ja nie traciłem równowagi. Grunt pękał i tworzyły się ogromne szczeliny, które pochłonęły cały las. Powoli zjadały drzewa, krzewy i wszystko co zielone, trawiąc je i wypluwając wrzące strumienie lawy.

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Pode mną również rozstąpiła się ziemia, jednak ja wisiałem w powietrzu. Wyglądało to tak, jakbym miał tylko zobaczyć gdzie lądują potępieni. Inaczej już pływałbym w płomieniach i cierpiał wieczne męki jak dusze, które otaczały mnie z każdej strony. Ich krzyki były nie do zniesienia. Po tym co tam widziałem słowo “strach” nie było wystarczające. Nie umywało się do emocji, którą czułem.

Weles obserwował mnie, kiedy ja traciłem zmysły, doświadczając na własnej skórze co to prawdziwa rozpacz i brak nadziei. Po chwili usiadł z powrotem na tronie.

– Podpiszesz pakt. – Powaga nie schodziła z jego twarzy. Był małomówny i konkretny.

– Pakt? – Na chwilę wyrwałem się z sideł ściskającego mnie strachu.

– Paragraf pierwszy… – Kartka papieru powstała z płomieni tuż przed moją twarzą i zacząłem słyszeć wysoki, piskliwy głosik pochodzący jakby od niej – …Niżej podpisana dusza zgadza się bezwzględnie służyć o Wielkiemu Welesowi, bogowi prowadzącemu zmarłych po łąkach Nawii, dopóki nie wypełni wszystkich zadań powierzonych jej przez o Wielkiego Welesa. – Kartka powoli zaczęła odkrywać swoją zawartość, napisaną tłustym czarnym atramentem.

– Paragraf drugi. Niżej podpisana dusza będzie wykonywać zadania dla o Wielkiego Welesa, tym samym zyskując szansę na odkupienie.

Te słowa zaczarowały mnie. Sprawiły, że na chwile zapomniałem o wszystkim co do tamtej pory widziałem.

– Paragraf trzeci. Niżej podpisana dusza staje się – po podpisaniu paktu – Pokutnikiem. Oznacza to, że odrodzi się jako człowiek, którego skóra po rozcięciu zagoi się, serce po przebiciu wciąż będzie bić, a po całkowitym rozczłonkowaniu ciała, odrodzi się ono i wynurzy z kałuży krwii. I tak w kółko, póki nie wykona zadań zleconych przez o Wielkiego Welesa.

Nieśmiertelność… Odkupienie?

– Paragraf czwarty. Niżej podpisana dusza…

Czy to naprawdę… takie proste?

– …Jest w stanie zranić innych ludzi, jednak jest to jej bezwzględnie zabronione…

Nieważne, jakie da mi zadanie… skoro nie mogę umrzeć….

– …Tym samym, niżej podpisana dusza wraz z podpisaniem tego paktu, składa również…

Skoro jestem nieśmiertelny, to…

– …Przysięgę Nie Wyrządzania Krzywdy.

Zaraz… Przysięga Nie Wyrządzania Krzywdy?

– Paragraf piąty. Niżej podpisana dusza, łamiąc Przysięgę Nie Wyrządzania Krzywdy jako Pokutnik zbyt wiele razy…

Nieważne, nikogo już nie skrzywdzę, nie tym razem.

– Paragraf dziesiąty…

Nie zamierzam zmarnować tej szansy.

– …Nieposłuszeństwo będzie karane…

Odkupię swoją duszę, choćby nie wiem co.

– Podpisuje ten pakt! Co mam zrobić?! – przerwałem kartce papieru jej monolog.

W miejscu podpisu pojawiło się moje imię i nazwisko zapisane krwią. Następnie pakt spłonął, a ja poczułem jakąś zmianę w samym środku swojego istnienia.

Rozdział 3

Odrodzenie

Odrodziłem się na dnie jeziora. W obcym ciele. Na brzegu falował obraz bandy zbirów.

Poza zalewającą moje uszy wodą, przepełniało mnie coś jeszcze. Magia Światła, którą tak bardzo pragnąłem mieć, była we mnie. Tak samo jak… Magia Mroku.

I do tego jakaś dziwna powinność. Rozkaz od samego Boga zmarłych.

Zabij Licho Ostateczne. Najwyższą w łańcuchu ewolucji Istotę Mroku.

Ból w klatce piersiowej poraził moje ciało. Brakowało tlenu. Choć dla nieśmiertelnego serca nie był to problem, mój umysł przepełniał niepokój.

Skutkiem tego było użycie magii Istot Mroku po raz pierwszy.

Przecięła ona łańcuchy przykute do skał i wyzwoliła półnagiego człowieka z objęć żywiołu, zostawiając po nim tylko smolisto-czarny dym.

I również z dymu wyłoniło się moje ciało, gdy Przeniosło się na brzeg.

Przeniesienie rozkładało ciało, aby to zniknęło w dymie i pojawiło się w miejscu wyznaczonym przez wzrok korzystającego z Magii Mroku.

Zobaczyli mnie ci, którzy utopili tego człowieka. Większość uciekła, zostawiając za sobą jedynie największego – zapewne, przywódcę zgrai.

Odciął mi głowę.

Jednak przed tym, dowiedziałem się, że był rok 1623. Minęło dokładnie sto lat od mojej śmierci.

***

Następnego dnia z rana, ruszył do zleceniodawcy. Po kilku dniach wjechaliśmy do jakiegoś miasta. Niedługo po tym, zatrzymaliśmy się i skrytobójca ku mojemu zaskoczeniu rozmawiał z ludźmi, którzy brzmieli jak strażnicy.

Strażnicy, którzy mówili, że pilnują tej posiadłości, znajdującej się za bramą. Nie byłem pewny czy zleceniodawca jest tak wysoko postawiony, czy o co tu chodzi, jednak jeden z nich rozwiał moje wątpliwości tymi słowami:

– Hrabia Lorenz N. Arkshire oczekuje twojej wizyty.

Hrabia nasłał tych zbirów? O co w tym wszystkim chodzi?

Weszliśmy do środka budynku. Potem słyszałem kroki.

– Schodami do góry – powiedział ktoś wewnątrz.

I znów kroki.

Następnie skrzypienie otwierających się, wielkich wrót, odbijało się od ścian jakiegoś masywnego pomieszczenia.

– Wejść! – wykrzyknął ktoś z pomieszczenia. Miał niski i silny głos.

Skrytobójca mruknął jakby niezadowolony i wszedł do środka.

– W końcu – odezwał się, tym razem nieco wyższy i podstępny głos. – Już myślałem, że zwiałeś z połową umówionej nagrody.

– Skądże znowu. – Skrytobójca odpowiedział tamtemu. – Nie, nie… Wielmożny Hrabio. Ja potrzebuję całości, a nie tylko połowy. – Ucichł na chwilę. – Właściwie, jeżeli mówimy już o nagrodzie…

Hrabio. A więc rozmawiał z hrabią Lorenzem.

– No mów, nie mam całego dnia – wtrącił Lorenz.

– Gustaw. Ten zamożny człowiek, którego kazałeś utopić… był o wiele cięższy do zabicia niż to przedstawiłeś.

Gustaw? Kim był ten zamożny człowiek, którego utopili? Czym zawinił, że ktoś tak wysoko postawiony jak hrabia najął na niego grupę zbirów? Oczekiwałem, że odpowiedź na te pytania dostanę nasłuchując rozmowy z hrabią.

– Waż słowa! Jak zwracasz się do hrabiego?! – wtrącił mężczyzna z niskim i silnym głosem.

W pomieszczeniu nastała cisza.

– Wybacz, hrabio. – Mężczyzna z niskim i silnym głosem wycofał się z rozmowy.

– Po tym jak przykuliśmy go pod wodą, żeby się utopił sukinsyn, już mieliśmy wracać, mając jego odcięty palec z sygnetem przedstawiającym herb rodu Kent, jako dowód… – zaczął Skrytobójca.

– I co się wtedy stało? – zapytał Lorenz.

– …Nagle pojawił się za nami człowiek. Wyłonił się z czarnego dymu, całkiem jakby…

– Jakby użył Przeniesienia, używanego przez Licha Inteligentne? – wtrącił Lorenz.

– Tak – odpowiedział Skrytobójca. – Coś takiego. Widzę, że Hrabiemu czarny dym również kojarzy się tylko z tym.

– A z czym innym? – Lorenz podniósł głos. Dało się w nim wyczuć irytację. – Cholerne potwory… No. Co było dalej?

– Jego nogi były skute kajdanami i stał w samych gaciach, dokładnie tak jak Gustaw, który wcześniej wyzionął ducha pod wodą…

– Że co?! – Coś ciężkiego jakby przewróciło się i uderzyło o ziemię.

– Jednak to nie był on. – dodał Skrytobójca. – Wyglądał całkowicie inaczej. Pierwsze co przyszło mi na myśl, to że Gustaw był tak naprawdę Istotą Mroku… a dokładniej… Lichem Inteligentnym…

– Niemożliwe! – Lorenz podniósł głos jeszcze bardziej. – One już dawno wymarły. Poza tym… Gustaw? Nie ma takiej możliwości. Licha Inteligentne, owszem, mieszały się w życie ludzi, kamuflowały, ale nie aż tak.

– Pomyślałem o tym samym. W dodatku znana nam wiedza o tych stworzeniach nie wspomina nic o zdolnościach metamorfozy. – Skrytobójca wstrzymał się na chwilę. – Jednakże, z wyglądu bardzo je przypominał. Chociażby, te czarne jak węgiel włosy…

– Co zrobiłeś? – Lorenz zapytał go gwałtownie.

– Cóż, moi ludzie uciekli, zostawiając mnie samego. Ale spokojnie Hrabio, wykorzystałem sposób znany już od bardzo dawna: jeżeli trafisz na Istotę Mroku, której nie da się zabić, po prostu odetnij jej głowę. – Skrytobójca wyciągnął moją głowę z sakiewki i pokazał ją Lorenzowi, a ten natychmiast zląkł się, widząc moje czarne włosy.

Hrabia Lorenz był wysoki, wychudzony. Pod nosem rósł mu gęsty wąs. Poza tym miał lekko zapuszczony, siwiejący już zarost, mocno kontrastujący z wąsem. Krótkie brunatne włosy z dłuższą grzywką opadającą lekko na prawą stronę czoła. Pod przekrwionymi oczami miał siwe plamy. Wyglądał na mocno zmęczonego. Miał na sobie granatowy mundur, który sięgał mu prawie do kolan, z pagonami na ramionach i wielkimi guzikami idącymi przez środek ubrania. Do tego czarne spodnie i wysokie, wiązane buty.

Obok Lorenza stał strażnik, ubrany w stalowy napierśnik, nakolanniki i nałokietniki. Pod zbroją miał granatową tunikę i czarne spodnie oraz wysokie buty. Na napierśniku miał wzór przypominający kosę, namalowany granatową farbą. Miał krótko ścięte siwe włosy. Był ogolony, o potężnej budowie.

– Naprawdę wygląda jak licho… niemożliwe, czyżby Gustaw naprawdę był… – Lorenz przyglądał się mojej twarzy, a ja mrugnąłem. – Czy on własnie?!

Lorenz wraz ze strażnikiem widząc, że głowa bez bijącego serca wciąż żyje, ugięli się pod ciężarem strachu. Hrabia cofnął się, a strażnik wyciągnął miecz, co bardzo zaskoczyło Skrytobójcę.

– Co jest? O co chodzi? – zapytał.

– Głupcze, on wciąż żyje! Nie zabiłeś go! – krzyczał Lorenz.

Skrytobójca spojrzał na moją głowę, którą trzymał w swojej dłoni ze spokojem, będąc pewnym, że człowiek lub cokolwiek innego do czego należała, nie jest już w stanie mu zagrozić. Jednak, gdy jego duszą zaczynają szarpać kły lęku, z tej bezbronnej głowy nagle wyrasta kręgosłup, rdzeń wszystkiego, z którego wywodzi się cała reszta, odtwarzająca się od góry do dołu, przez kości i mięśnie aż do skóry.

Przywrócone zostały nawet elementy bez duszy, które były bezpośrednio połączone z ciałem przed oddzieleniem od niego głowy – bielizna i kajdany na nogach.

Skrytobójca natychmiast puścił moją głowę i cofnął się do tyłu.

– Jednak nie sprawdziły się te twoje ludowe wierzenia! – krzyknął Lorenz.

Lorenz niepewny co mogłoby się z nim stać, gdyby coś źle powiedział, mówił bardzo ostrożnie, podczas gdy jego czoło zalewał zimny pot.

– G…Gustaw? – zapytał niepewnie. Chciał wiedzieć czy dobrze zrozumiał swoją sytuację i stoi przed nim niezwykle niebezpieczne Licho Inteligentne, które miało być zwykłym człowiekiem, skazanym przez niego na śmierć.

– Nie jestem człowiekiem, którego kazałeś zabić Hrabio i mam tylko jedno pytanie. – Lorenz zastygł i uważnie wysłuchał tego co miałem do powiedzenia. – Gdzie znajduje się teraz Licho Ostateczne?

– C…Co? Licho Ostateczne… – Lorenz i strażnik spojrzeli na siebie zaskoczeni pytaniem, potem znowu na mnie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij