Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Północny Sabat - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 marca 2026
3059 pkt
punktów Virtualo

Północny Sabat - ebook

Klątwa z przeszłości. Miłość spętana przeznaczeniem. Walka o przyszłość zaczyna się teraz.

Życie Dalii, młodej warszawskiej zielarki, jest poukładane i przewidywalne. Jej codzienność to praca w ezoterycznej kawiarni i celebrowanie wolnych wieczorów. Do czasu. Gdy jej brat znika bez śladu podczas badań na Ślęży, Dalia rusza na jego poszukiwania. Wszystkie tropy prowadzą do niewielkiego antykwariatu, którego właściciel wciąga ją w świat, o jakim nie miała pojęcia.

Dalia jest słowiańską Zaklinaczką, a jej pojawienie się uruchomiło klątwę dziesiątkującą Sabat od tysiącleci. W dodatku tym razem przyszła na świat o sto pięćdziesiąt lat za wcześnie, burząc tym samym porządek wszechświata. Choć Dalia dotychczas nie wiedziała nic o swoich umiejętnościach, gotowa jest zrobić wszystko, by uratować Sabat przed zagładą. Odkrywa też, co łączy ją z Teowojem – mężczyzną, obok którego nie potrafi przejść obojętnie i z którym w każdym poprzednim wcieleniu ginęła od ostrza Łowcy.

Czy tym razem przeznaczenie da się oszukać? A może miłość jest tylko kolejnym elementem pułapki?

Idealna propozycja dla fanek i fanów twórczości Deborah Harkness, Diany Gabaldon i Karen Marie Moning.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-971128-7-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

PRZYMIERZE

Dzień 1, rano

– Weles – wykładowczyni mówiła zapewne tak głośno, jak tylko mogła, a i tak w wielkiej auli wychodziło to zbyt cicho – był nie tylko panem Nawii, ale przede wszystkim pierwszym i najpotężniejszym magiem. Często utożsamiany jest z synkretycznym bóstwem hellenistyczno-egipskim Hermesem Trismegistosem, od którego wywodzony jest hermetyzm, do dziś uważany za jedną z najważniejszych w historii ludzkości odmian czarostwa. Ale najpotężniejszym bogiem w rodzimym panteonie jest Świętowit…

Dalia słuchała wykładu, ale prawie go nie słyszała. W rękach cały czas obracała niewielką seledynową kopertę. Wczoraj ktoś zostawił ją w skrzynce pocztowej Arii – klubokawiarni, której była właścicielką i zarazem jednym z dwóch pracowników. Koperta zaadresowana była do niej. W środku znalazła zaś pomiętą karteczkę z jednym zdaniem. „Antykwariat na Brackiej”. I mały przedmiot, którego nie potrafiła zidentyfikować.

Okrąg wykonany w całości z suszonych ziół, kwiatów i gałązek przeplecionych srebrnymi nićmi. Tak wyglądał na pierwszy rzut oka, ale gdy spróbowała oderwać jeden z kwiatów, nie udało jej się to, bo w dotyku jego struktura bardziej przypominała stal niż materiał organiczny. Spędziła wczoraj cały wieczór, przeglądając swoje książkowe zbiory i próbując znaleźć w nich opis albo rysunek czegoś, co choćby z grubsza przypominało ten przedmiot. Nie znalazła jednak absolutnie nic. W pierwszej chwili, gdy go otrzymała, jej myśli poszybowały w stronę brata. Szybko jednak zmieniła zdanie. Branko nie miał w zwyczaju wynosić z katedry archeologii znalezisk, a jeśli jakimś cudem wpadłby na taki pomysł, to nie wygłupiałby się, tylko napisał, po co to wysyła. Zbyt wiele czasu i pracy włożył w swój doktorat, aby rujnować sobie karierę oskarżeniami o kradzież. Z drugiej strony ten przedmiot rzeczywiście wyglądał jak coś, co Bran mógłby wykopać na jednym ze stanowisk.

Chciała z nim o tym porozmawiać, ale nie widziała go już od kilku dni i zaczynała się poważnie martwić. Wcześniej zdarzało mu się znikać i pojawiać się po jakimś czasie, ale zawsze się odzywał. SMS, telefon albo choćby głupi sygnał jednoznacznie wskazujący nadawcę. Raz nawet zamiast wiadomości przysłał jej po prostu zakupy, które miał tego dnia zrobić. Teraz na morzu nastała zupełna cisza.

Nie to, że rozliczali się wzajemnie z czasu spędzanego osobno, w końcu byli rodzeństwem, a nie małżeństwem. Coś jej jednak intuicyjnie nie grało. Zwłaszcza że od kilku tygodni Bran zachowywał się, jakby ktoś mu zresetował umysł i zaprogramował go od nowa. Zawsze bardzo mocno stąpał po ziemi i mogła liczyć na niego jak na zegar atomowy. To dzięki niemu prowadziła Arię, a nie pracowała w call center którejś z warszawskich korporacji. Gdy przyszedł moment decyzji, bez wahania wziął na siebie połowę ryzyka finansowego, choć nie miał gwarancji, że Aria okaże się sukcesem. Pomagał też Dalii w sprawach codziennych. Obowiązki w domu, o ile nie wyjeżdżał, zawsze dzielili na pół. Ale w ostatnich trzech tygodniach została z rozwalającym się żoliborskim mieszkaniem ciotki sama. Bo Bran albo zapomniał czegoś zrobić, albo zrobił to tak, że musiała poprawiać. Przez większość czasu chodził zamyślony, jakby tu i teraz go nie dotyczyło. W dodatku irytował się najmniejszymi drobnostkami, co w ogóle nie było w jego stylu. Bran nie był małostkowy, a irytację zazwyczaj zachowywał dla siebie.

Miała kilka teorii, w tym taką, że jej wiecznie zapracowany brat w końcu sobie kogoś znalazł. Nie przywiązywała się jednak do niej zbytnio. Nieraz widziała go w akcji z kobietami i owszem, bywało, że zachowywał się wtedy irracjonalnie, ale nigdy nie wpływało to na ich relację. Do tej pory to właśnie Dalia była pierwszą osobą, której przedstawiał kandydatki na przyszłe panie Abaris. Podobnie jak jemu zdarzało się wchodzić w rolę starszego brata i odganiać facetów, którzy nie rozumieli, co się do nich mówi. Przytrafiały im się sprzeczki, ale nigdy poważne. W ostatnią niedzielę po raz pierwszy skoczyli sobie do gardła. I po raz pierwszy Dalia uznała, że może czas zamieszkać osobno. Podzieliła się z Branem tym przemyśleniem, kiedy oboje wystarczająco ochłonęli, czym w końcu zaskarbiła sobie jego uwagę. Przeprosił i wspomniał coś o jakimś ważnym projekcie. Tego wieczoru wszystko na chwilę wróciło do normy. Oglądali wspólnie film i jedli bardzo późną kolację, na którą składały się w większości mało zdrowe rzeczy.

Rano, gdy się obudziła, Brana już nie było. Dzisiaj mijał piątek i zarazem piąty dzień, kiedy nie miała od niego żadnych wieści. Nie licząc dziwnie wibrującego w jej dłoni artefaktu, który z dużym prawdopodobieństwem wysłał nie on, tylko jakiś dowcipny klient Arii. Niepokój o Brana powoli, ale skutecznie, przesłaniał jej wszystkie inne sfery życia.

Na ten wykład przyszła w nadziei, że czegoś się dowie, bo wykładowczyni znała Brana bardzo dobrze. Kiedyś nawet się spotykali, ale doszli do wniosku, że seks i praca nie idą w parze. Nadal jednak pozostawali przyjaciółmi – i jeśli ktoś mógł coś wiedzieć o pracy Brana, to właśnie ona.

– Według legend każde ze słowiańskich bóstw posiada swój własny artefakt, z którym jest nierozerwalnie związane. Choć na razie teza ta opiera się tylko na podaniach i wierzeniach, bo badacze nie znaleźli na to dowodów materialnych. Do tej pory odkryto niewiele źródeł dotyczących zarówno mitologii słowiańskiej, jak i dawnych wierzeń. Nie oznacza to jednak, że w ogóle ich nie ma. – Przerwała na chwilę i napiła się wody. – Słowianom, tak jak innym ludom przedchrześcijańskim, bliska była religia naturalna. Dawne kulty miały sporo cech wspólnych niezależnie od tego, gdzie były wyznawane. Bardzo często pozostawały w ścisłym związku z przyrodą. Równie często też zawierały elementy magiczne. Bogowie słowiańscy mają swoje odpowiedniki w naturalnych procesach lub zjawiskach. Swarożyc: światło i słońce, Perun: błyskawica, Weles jest tożsamy z nocą i od niego pochodzi magia, czyli spoina świata, która zbudowana jest na żywiołach. O właśnie! I to jest kolejny mianownik religii naturalnych. Żywioły. Odwołania do nich znajdziecie w wielu źródłach, którymi posługujemy się przy badaniu kultów.

– Co pani ma na myśli, mówiąc o magii?

Dalia spojrzała w stronę chłopaka w okularach, który dołączył do dyskusji. Znała ten ton. Za każdym razem, kiedy padało słowo „zaklęcie” lub „magia”, w głosie osoby, która je wypowiadała, pobrzmiewała drwina przemieszana z nadzieją. Odwieczny konflikt pomiędzy rozumem a ludzką potrzebą wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Ona też go odczuwała. Od dziesięciu lat, czyli od swoich szesnastych urodzin, kiedy po raz pierwszy to poczuła. TO przez wielkie T. Rozedrganie, jakby każda komórka jej ciała zamierzała pójść w innym kierunku.

Znikąd pojawiały się wówczas migreny, przerwy w życiorysie i zjawiska, które – przynajmniej w teorii – nie powinny mieć miejsca. Najgorsze jednak były majaki na jawie, żywo przypominające wspomnienia, których nie rozpoznawała. Były one tak realistyczne, tak znajome, że często traciła granicę pomiędzy snem a jawą. Zupełnie jakby teoria światów równoległych uparła się, żeby na niej właśnie udowodnić swoją prawdziwość.

Ciotka, która wychowywała ją w zastępstwie rodziców, starała się pomóc, jak umiała. Do osiemnastych urodzin odwiedziły chyba wszystkich neurologów i psychiatrów, żaden jednak nie potrafił powiedzieć, co się z nią dzieje. Ci ostatni uparcie dawali jej leki, których przyjmowania równie uparcie odmawiała. Bran dosłownie prowadził ją przez te dwa lata szaleństwa za rękę. Aż w końcu, po wielu próbach i błędach, dotarła do sedna sprawy.

Emocje.

Emocje popychały ją w objęcia migreny i podsuwały obrazy oraz odczucia, których normalny człowiek mieć nie powinien. Każdy wybuch gniewu, każda histeria lub skrajne szczęście prowadziły ją wprost w objęcia szaleństwa. Tamtego dnia, w swoje osiemnaste urodziny, powiedziała „dość”. Zablokowała w sobie cały świat. Do perfekcji opanowała przyglądanie się z boku rzeczom, które usilnie pchały się na front. Trenowała. Rok. Drugi. Testowała swoje granice, naginała je do tej nowej rzeczywistości, w której chciała się zamknąć.

Aż w końcu wygrała. Smutek. Radość. Złość. Wszystko odeszło, została tylko pustka.

Jej najwierniejsza towarzyszka. Błoga nicość rzeczywistości przecinanej wydarzeniami, ale nie emocjami. Dalia miewała jeszcze ostre migreny, ale majaki nigdy już nie powróciły. I żywiła ogromną nadzieję, że tak pozostanie, bo po kolejnych dwóch latach podobnych do tamtych miałaby tylko dwie drogi: psychiatryk albo skok z mostu.

– Tu dochodzimy do sedna kolejnych zajęć.

Wykładowczyni zrobiła unik i dodała:

– Czym było czarostwo dawniej, czym jest teraz i jak interpretowane jest przez współczesnych badaczy Słowian.

Kobieta spojrzała na zegarek.

– Porozmawiamy o tym w przyszłym tygodniu, jak również o tym, czy teoria, że Mieszko był wikingiem, ma jakiekolwiek podstawy w nauce.

Z sali posypały się dalsze pytania, ale Dalia szybko zebrała swoje rzeczy i podeszła do wykładowczyni.

– Dzień dobry pani. Nazywam się Dalia Abaris. Jestem siostrą…

– Brana – dokończyła za nią kobieta – Pamiętam cię, spotkałyśmy się kilka lat temu na jego urodzinach. Nie mów do mnie „pani”, bo się staro czuję. Mam na imię Anna.

– Branko od kilku dni się nie odzywa. Pomyślałam, że może pani… że może coś wiesz.

Jej słowa przywitała cisza. Anna patrzyła chwilę na swoje notatki, a potem znowu przeniosła na nią wzrok.

– Dzwonił do mnie miesiąc temu i mówił o znalezisku, na które natknął się na Ślęży. Przyjechał tydzień później i pokazał mi, co znalazł. Szczerze mówiąc, niczego takiego do tej pory nie widziałam. Wysłaliśmy próbki do laboratorium, ale wyniki były co najmniej nieprzekonujące. Czasowo nie pasuje do miejsca, w którym przedmiot ten został znaleziony.

– To znaczy?

– To znaczy – podjęła Anna – że otoczenie wskazuje na czasy tuż przedchrześcijańskie, ale sam przedmiot jest znacznie, znaczenie starszy. I bardzo osobliwy. Materiał, z którego został wykonany, ma inną strukturę niż te, z którymi do tej pory się zetknęliśmy.

– I co się stało z tym przedmiotem?

Anna wzruszyła ramionami.

– To, co zwykle. Zrobiliśmy dokumentację, zabezpieczyliśmy i wpisaliśmy do uczelnianego rejestru. Miałam go wysłać do konserwatora, ale Bran poprosił, żebym się jeszcze wstrzymała. Chciał sprawdzić, czy czegoś nie pominęli na stanowisku. Dlatego właśnie planował wrócić na Ślężę. – Kobieta zamilkła, ale po chwili podjęła temat. – Kilka dni po tym, jak wyjechał, szukało go tutaj dwóch facetów. Szczerze mówiąc, przestraszyłam się trochę, bo nie wydawało mi się, żeby to byli jego znajomi. Zadzwoniłam od razu do Brana i powiedziałam mu o tym, rzecz jasna. Odpowiedział, żebym się nie martwiła, i w okrągłych słowach polecił mi pilnować własnego nosa.

Gdyby nie powód, dla którego Dalia tutaj przyszła, może nawet by się uśmiechnęła.

– Kiedy dokładnie z nim rozmawiałaś?

Anna zamyśliła się na chwilę.

– Tydzień temu – odpowiedziała. – Ostatni raz słyszałam go w piątek.

Dalia rozważyła w głowie różne opcje. Branko musiał wiedzieć, że Anna będzie pierwszą osobą, do której jego siostra przyjdzie po informacje. A jeśli wiedział, to pozostawało liczyć na to, że zdawał sobie sprawę z konsekwencji swojego działania.

Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej przesyłkę.

– Czy to ten przedmiot badaliście?

Reakcja Anny była natychmiastowa. Oczy rozszerzyły jej się ze zdziwienia, a ręka powędrowała w stronę znaleziska.

– Właśnie tak. Skąd, u licha, go masz?

– Ktoś go przysłał na adres Arii. Teraz już przynajmniej wiem, że to Bran. I że musi być gdzieś w Warszawie, bo na kopercie, w której to podrzucił, nie było stempla pocztowego.

Anna na chwilę ucichła, skupiając swoją uwagę jedynie na przedmiocie. Położyła go sobie na dłoni, jakby chciała go zważyć, a potem obróciła parę razy, przyglądając się jego strukturze.

Po kilku chwilach go zwróciła.

– Jeśli Bran ci to wysłał, to widocznie miał bardzo ważny powód. Najlepiej schowaj go aż do jego powrotu. Nie jest to oficjalna procedura i nie powinnam tego robić, ale… Bran zazwyczaj wie, co robi. – Wyjęła z torby telefon.

– Prześlę ci zaraz numer do drugiego archeologa, Piotra, z którym pracował na Ślęży. Może on powie ci więcej. – Szybko wystukała odpowiednią komendę w telefonie i po chwili w torebce Dalii rozbrzmiał dźwięk przychodzącej wiadomości.

– Dziękuję, bardzo mi pomogłaś.

Anna spojrzała na nią uważnie.

– Mam prośbę. Jak go znajdziesz, powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił, dobrze? Nie wiem, jak długo zdołam ukryć przed władzami uczelni, że znalezisko zaginęło.

Dalia pożegnała się, zarzuciła torbę na ramię i wyszła z sali. W głowie miała kompletny chaos. Nic nie składało się w całość, a wręcz wydawało się, że z minuty na minutę wszystko coraz bardziej się rozjeżdża. Powinna odczuć ulgę, że Branko wrócił do Warszawy, ale jej nie odczuwała. Co on sobie myślał? Że wyśle jej coś i wszystko będzie w porządku? W dodatku coś, co ukradł? I po co w ogóle chciał, żeby miała ten artefakt? Dlaczego, do cholery, nie wręczył jej go osobiście, tylko zostawił w Arii? Nie mógł napisać normalnego listu?

Zeszła na parter do głównego hallu i wyciągnęła z szatni swój płaszcz. A potem wyjęła telefon i przejrzała wiadomości. Kilka SMS-ów od dostawców i kilka à propos dzisiejszego wieczoru… i ani jednego słowa od Brana.

Wybrała jego numer i czekała cierpliwie, ale nie odebrał. W końcu włączyła się poczta głosowa. Dalia rozłączyła się, nie widząc sensu w nagrywaniu kolejnej wiadomości. Wyszukała w SMS-ach numer do kolegi Brana, który dała jej Anna, zapisała go w pamięci telefonu i spróbowała raz jeszcze. Kolejne pudło. Brak odpowiedzi.

Żałowała, że nie ma jej kto zastąpić w Arii, bo najchętniej drążyłaby dalej i poszła za ciosem do antykwariatu na Brackiej. Nie było jednak takiej możliwości. Piotrek, jej asystent, miał dzisiaj wolne, a z rana w pracy zastępowała ją w drodze wyjątku jej przyjaciółka Paulina.

Dalia roztarła skronie. Najwyraźniej Bran tymi wszystkimi zagadkami chciał doprowadzić ją do szału. Gdyby nie milczał jak zaklęty od kilku dni, byłaby na niego nieźle wkurzona.

Zrezygnowana wrzuciła telefon z powrotem do torby i wyszła na zewnątrz.

* * *

Teowoj leżał płasko na dachu jednej z przedwojennych kamienic przy Wilczej i obserwował mężczyznę, który bez wątpienia był martyrem Przymierza. Westchnął. Ta pieprzona walka o przetrwanie nigdy nie dawała o sobie zapomnieć – nawet jeśli teoretycznie nic mu nie groziło, bo klątwa w tej inkarnacji nie wchodziła w moc. Problem tkwił w tym, że martyra również nie powinno tu być. A jednak szedł sobie spokojnie w samym centrum Warszawy, nie próbując się nawet ukrywać. Coś się zmieniało, a Teowoj, choć świadomy tej zmiany, nie mógł uchwycić jej istoty. Zrobił telefonem parę ostatnich zdjęć, zanim martyr skręcił w Marszałkowską i zniknął mu z oczu. Natychmiast wysłał je do Dobrowoja. A potem powoli przesunął się w stronę okna dachowego. Zamknął je szczelnie za sobą i rozejrzał się po mieszkaniu, upewniając się, że nie zostawia żadnych śladów. Rzadko włamywał się do domów, bo zazwyczaj wystarczały dachy, ale tym razem było to konieczne.

Gdy wychodził na klatkę, stare, choć odrestaurowane drzwi cicho jęknęły. Założył na głowę kaptur i nie zapalając światła, zbiegł po schodach. Wyszedł na ulicę.

Na dworze przywitała go wichura. Z pokrytego chmurami nieba biła delikatna poświata, preludium zbliżającej się śnieżycy. Temperatura musiała oscylować wokół zera, bo wydychane powietrze zamieniało się w obłok. Kolosalna zmiana. Jeszcze parę dni temu wystarczał jedynie podkoszulek. Teo zapiął kurtkę i włożył rękawice. W pobliżu nie było nikogo. Śródmieście spowijała senna mgła, typowa dla wczesnego jesiennego poranka. Zazwyczaj lubił się szwendać o tej porze po Warszawie, ale teraz z ulgą otworzył drzwi swojego czerwonego jeepa i usiadł za kierownicą.

Dopiero, gdy znalazł się poza zasięgiem wiatru, dotarło do niego, że coś się zmieniło również w jego ciele. Głowa lekko pulsowała i przeszywały go dreszcze, które wywołać mogła tylko rosnąca gorączka. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak się czuł. Chory. Zmęczony. Wyzuty z sił.

Na pewno nie w tym życiu.

Rozprostował palce na kierownicy, odpalił silnik i ogrzewanie, a potem ruszył w stronę swojego mokotowskiego apartamentu. Musiał zabrać stamtąd kilka rzeczy, bo nie planował do niego wracać przez kolejne dwa tygodnie. Aż do Przesilenia Światów⁠*.

Zastał tam dokładnie to, co zostawił. Brudne kieliszki w kuchennym zlewie i skotłowaną pościel. Pozostałości po nocy spędzonej z obcą kobietą, której nie miał ochoty już nigdy spotkać. Efekty okraszonego alkoholem wieczoru. W ogóle rzadko tu sypiał, właściwie tylko wtedy, kiedy kończył późno pracę i nie chciało mu się przedzierać na drugą stronę miasta, albo wtedy, kiedy potrzebował samotności. Dlatego mieszkanie wyglądało tak, jak wyglądało. W pełni urządzona była tylko kuchnia. Resztę umeblowania stanowiły łóżko, drewniana skrzynia, mała szafka i kilka pudeł.

Jeśli chodzi o kobiety, to zazwyczaj korzystał z ich łóżek i wychodził, gdy tylko skończył. Szybko, czysto, bez niedomówień. Nie miał zamiaru wikłać siebie i ich w sytuacje, z których nie miało prawa nic powstać. Ale tę, której imienia nawet nie pamiętał, nie tylko tu przyprowadził, ale pozwolił też jej zostać na noc… Zapłacił za to porannym kacem i sytuacją, z której żadne wyjście nie było dobre. Znowu. Bo o tym, że kilka tygodni temu przespał się z Senją, nie chciał nawet myśleć. I do tej pory zachodził w głowę, jak do tego doszło.

Jedyne usprawiedliwienie, jakie miał, to fakt, że zbliżał się pierwszy listopada, a z nim Przesilenie światów. W tym czasie nie potrafił być sam. I nie chodziło tylko o klątwę, która w tak brutalny sposób pozbawiała jego i innych Zaklinaczy życia. Chodziło o nią. O piątą sabatową wiedźmę. Nienawidził wcieleń, w których się pojawiała, a jednocześnie to właśnie ona stanowiła centrum jego wszechświata. Jedno krótkie życie z nią za trzy kolejne normalnej długości bez niej. W takim rachunku matematycznym obracał się, odkąd sięgała jego pamięć, czyli od czasów sprzed obecnej cywilizacji. Cierpliwie znosił wszystkie poranki dotkliwie przypominające pustkę, którą ta kobieta pozostawiała po sobie na kolejne trzysta pięćdziesiąt lat. Zabijał w myślach wspomnienia wszystkich spędzonych razem chwil, bo nienawidził przypominania sobie o tym, czego nie mógł mieć. Nie żeby to pomagało, bo Pamięć Zaklinacza⁠*, jego pamięć – ta wredna suka – dbała o to, aby miał co zabijać. Szczególnie przed Przesileniem. Szczególnie gdy, tak jak teraz, trawiła go gorączka.

Podszedł do drewnianej skrzyni stojącej obok łóżka i wyciągnął z niej swoje noże oraz mały pistolet. Schował je tutaj, bo nie sądził, aby były mu potrzebne. Teraz wolał je mieć przy sobie, choć sam racjonalnie nie potrafiłby wyjaśnić dlaczego. Potem uprzątnął lodówkę z resztek jedzenia, bez ceregieli wrzucił je do worka na śmieci, zawiązał go i wystawił za drzwi. Po raz ostatni rzucił okiem na mieszkanie, upewniwszy się, że wszystko jest tak, jak powinno, wyszedł i zamknął wszystkie zamki.

* * *

W drodze do domu Sabatu Teo starał się nie myśleć o tym, co się działo z jego ciałem. Skoncentrował się wyłącznie na jeździe, którą mocno utrudniały oblodzone drogi. Po dziesięciu minutach minął rogatki Warszawy i z ulgą skręcił z wylotówki na żwirówkę prowadzącą przez las. Zanim dojechał na swój parking, na dworze zrobiło się już zupełnie jasno, a poranna mgła opadła.

Wokół panowała cisza. Rad, który zawsze odprawiał rytuały o świcie, najwyraźniej jeszcze nie wstał albo już gdzieś wyszedł. Ostatnie tygodnie spędzał prawie wyłącznie w swoim antykwariacie. Obsesyjnie podchodził do wszelkich nowych zbiorów, które trafiały w jego ręce. Czyścił je i czytał od deski do deski, jakby od tego zależało jego życie. Teo już dawno przestał wierzyć, że znajdą sposób na klątwę w starożytnych zbiorach. Łowca, którego poszukiwali od zarania dziejów, nadal pozostawał poza ich zasięgiem, a klątwa dopełniała się nieubłaganie.

I z każdą inkarnacją zbierając coraz większe żniwo. Dlatego w żaden sposób nie komentował książkowej obsesji brata, nawet jeśli kwestionował jej zasadność.

Zapalił światło w hallu i natychmiast odwrócił się w stronę schodów, skąd dobiegł go cichy szelest. Wbrew jego założeniom Rad nie tylko był w domu, ale też siedział po ciemku w welwetowym fotelu nieopodal schodów prowadzących na piętro. Wokół leżały porozkładane książki. Teo zdziwił się tą sytuacją o tyle, że w ciągu kilku ostatnich tygodni jego brat opuszczał swój gabinet lub sabatową bibliotekę w zasadzie jedynie po to, aby wyjść do pracy albo do kuchni po jedzenie.

– Przedprzesileniowa psychoza osiąga nowe poziomy?

Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku przy drzwiach. Rad wyglądał, jakby nie spał całą noc. Siedział nieruchomo i przyglądał się swoim dłoniom, a właściwie temu, co w nich trzymał. Księdze Stworzycieli. Czoło miał zmarszczone jak zawsze, gdy o czymś intensywnie rozmyślał. W końcu podniósł na niego wzrok.

– Dawno cię nie było. Zabawiałeś się gdzie popadnie, jak rozumiem?

– Nie twoja sprawa – mruknął Teo z niechęcią.

Nie zamierzał wdawać się z bratem w dyskusję o kobietach. Nigdy tego nie robili i nie widział powodu, żeby teraz zaczynać.

– Nie moja. Chyba że robisz coś tak ekstremalnie głupiego, jak przespanie się z Senją.

Teo poczuł, jak dopada go złość. Nie mógł się tylko zdecydować na co; czy na Senję, za to, że najwyraźniej nie umiała trzymać języka za zębami, czy na siebie za własną głupotę, czy na brata, że wpieprza nos w nie swoje sprawy. Otworzył usta, by wysłać go do diabła albo jeszcze dalej, ale się rozmyślił. Co by to zmieniło? Z przygody łóżkowej z Senją nie miało prawa wyjść nic dobrego. Czy chciał, czy nie, musiał przyznać bratu rację. A ostatnia rzecz, której teraz potrzebował, to mało konstruktywna i niczego niewnosząca kłótnia. Zwłaszcza że żaden z nich nie myślał do końca trzeźwo.

– Nie wyglądasz za dobrze – stwierdził sucho Rad.

– Mało spałem. – Teo wyciągnął telefon i otworzył aplikację ze zdjęciami, które zrobił martyrowi. – Spójrz.

Odwrócił wyświetlacz w stronę brata. Rad pochylił się nad nim, a po chwili na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie.

– Co on, u licha, tu robi?

– Nie wiem, ale wysłałem już zdjęcia Młodemu. Nie sądzę, żeby miał kłopot z lokalizacją tego faceta. Wkrótce się odezwie.

Minął brata i poszedł do kuchni, słysząc za swoimi plecami jego kroki. Musiał pozbyć się tych cholernych dreszczy. Musiał myśleć jasno. Otworzył szafkę, w której trzymali przygotowane przez Nikolinę lekarstwa, i przekładał małe buteleczki z lekami, dopóki nie znalazł właściwej. Reany. Odkręcił korek, ale Rad go powstrzymał.

– Reana nie pomoże ci na gorączkę. Potrzebujesz tego.

Podał mu inną buteleczkę, w kolorze leśnej zieleni. Tak dawno Teo nie potrzebował żadnych leków, że zapomniał, co jest na co. Rad miał rację. Reana działała na skaleczenia i uszkodzenia związane z krwią. Z infekcjami i gorączką najlepiej radziła sobie dareana. Otworzył butelkę, wylał sobie kilka kropel bezpośrednio na język i zaraz się skrzywił. Zdążył również zapomnieć, że Nikolina nigdy nie żałowała w swoich specyfikach berberysu.

Oparł się dłońmi o zlew i oddychał głęboko do czasu, kiedy dreszcze ustały. Na szczęście sabatowe leki działały błyskawicznie. Przetarł zmęczone oczy.

– Jak to, kurwa, jest w ogóle możliwe, że martyr jest aktywny? – warknął Rad.

Teo spojrzał na brata zdziwiony. Rzadko się wkurzał, a jeszcze rzadziej przeklinał.

– Nie wiadomo, czy jest aktywny – odpowiedział.

– Jasne. Żaden z nich nie wydaje się aktywny, dopóki nie wejdzie nam pod nóż. – Rad westchnął. – Jadę do Weli, mam mnóstwo towaru do rozłożenia przed otwarciem. Zadzwoń, jak Młody się odezwie.

Sięgnął po wiszącą na poręczy krzesła puchową kurtkę. Zanim wyszedł, na moment się odwrócił.

– Naprawdę staram się jej nie nienawidzić w taki dzień jak dzisiaj.

Teo patrzył bezwiednie na drzwi, które zamknęły się za bratem. Rozumiał go, na Welesa, rozumiał go bardzo dobrze. Nawet jeśli w tej inkarnacji piąta sabatowa wiedźma nie istniała, samo jej wspomnienie niosło za sobą szaleństwo. Większość Zaklinaczy, zarówno tych, którzy ciągle jeszcze żyli, jak i tych, którzy odeszli w nicość, myślała o niej tak samo. Mimo to on nie potrafił tak się czuć. Nie potrafił jej nienawidzić, nawet jeśli przynosiła ze sobą klątwę. Nawet jeśli za sto pięćdziesiąt lat po raz kolejny miał poczuć chłód noża Łowcy na swojej szyi. Nawet jeśli po raz kolejny miał stracić dla niej głowę, jak pozbawione rozumu zwierzę.

Przetarł dłońmi twarz. Musiał odpocząć. Sen przynosił reset, którego jego umysł i ciało desperacko potrzebowały. Nalał do szklanki wody i wypił ją duszkiem, a potem poszedł na górę do sypialni. Wyłączył telefon i po prostu opadł na łóżko z zamiarem przespania kolejnych kilku godzin.

* Przesilenie Światów – noc z 1 na 2 listopada; w powieści moment, gdy granica między światem żywych a umarłych jest najcieńsza.

* Pamięć Zaklinacza – w powieści zdolność Zaklinaczy Sabatu do zachowywania wspomnień z poprzednich wcieleń.Rozdział 2

WELA

Na dworze panował niewiarygodny jak na połowę października ziąb. Jeszcze nie padało, ale wilgoć dosłownie wisiała w powietrzu, a chodniki od jej nadmiaru przybierały barwę mchu.

Dalia okryła się szczelnie swoim zamszowym zielonym płaszczem, po raz kolejny zastanawiając się, dlaczego ciągle go nosi, zamiast kupić sobie coś porządniejszego. Wrzucała pod niego tylko kolejne warstwy, ale mimo to wiatr hulał pod nim jak na górskiej hali. Zwłaszcza gdy znajdowała się pomiędzy wieżowcami w centrum miasta, gdzie osławione korytarze powietrzne działały ciągle z pełną mocą.

Do Arii zawitała pół godziny później. Akurat, by zwolnić Paulinę, która przebierała już w progu nogami.

– Muszę lecieć, ale mam nadzieję, że nie zapomniałaś o dzisiaj?

Nie, nie zapomniała, choć przez chwilę myślała, żeby jakoś się z tego wykręcić. Wiedziała, że większość znajomych Pauliny traktuje ją jak dziwoląga. Już sam fakt prowadzenia ezoterycznej klubokawiarni zachęcał do przyklejenia jej łatki świra. W dodatku rzadko brała udział w ich burzliwych dyskusjach. Nie dlatego, że nie interesowało jej to, o czym rozmawiali. Po pierwsze miała introwertyczną naturę, która niechętnie rywalizowała z ekstrawertykami. A po drugie dyskusje zazwyczaj wiązały się z emocjami, a tych wystrzegała się jak ognia. Na wszelki wypadek więc po prostu się w nie nie angażowała. Paulina jednak była dla niej – poza bratem – najbliższą osobą i Dalia nie chciała jej zawieść. Znały się z licealnej ławki. I tak jak Bran, Paulina utrzymywała Dalię na powierzchni, gdy ta prawie tonęła podczas swojego dwuletniego szaleństwa.

– Jasne, że nie. Przyjadę po dwudziestej pierwszej, jak ogarnę wszystko tutaj.

– Coś się stało?

– Tak… nie. – Dalia się zawahała. – Nie wiem.

– Wykorzystałaś wszystkie możliwości – zaśmiała się Paulina i dodała: – Czyli nie ma dramatu, ale coś poruszyło twoją mało wzruszalną powłokę?

Dalia uśmiechnęła się lekko, słysząc taki opis.

– Martwię się o Brana. Od pięciu dni nie mam z nim kontaktu. – Informację o skradzionym artefakcie zostawiła dla siebie.

Paulina zmarszczyła brwi, ale szybko się rozpogodziła.

– Och, to Bran. Pewnie zakopał się tak głęboko, że nie może znaleźć wyjścia. Nie martw się na zapas. Na pewno się odezwie. Tak czy siak, do zobaczenia wieczorem. I jakby się coś działo, cokolwiek, to dawaj znać. Ja albo Adam po ciebie podjedziemy.

Dalia pożegnała Paulinę klasycznym warszawskim cmoknięciem w policzek. Naprawdę chciała podzielać jej optymizm, ale tym razem jakoś go brakowało. Praca, musiała zająć się pracą.

Szybko oceniła sytuację. O tej porze Aria zazwyczaj świeciła pustkami, dzisiaj jednak przy stolikach siedziało paru gości. Weszła za bar i zrobiła sobie kawę.

Zakochała się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Oczywiście dwa lata temu, kiedy zapożyczyła się po czubek głowy, aby ją kupić, Aria wyglądała zupełnie inaczej. Przypominała zwykłą metę, jedną z tych, gdzie ostatnich klientów trzeba było wynosić nad ranem przed wejście. Dalia zmieniła spelunę w pełną roślinności klubokawiarnię, gdzie goście mogli nie tylko napić się jednej z herbat ziołowych, których miała w ofercie ogromną liczbę, ale też bezpiecznie poflirtować z tematami powszechnie uważanymi za tajemne. I była z niej niezwykle dumna, bo efekt wypracowała naprawdę niesamowity. Stworzyła Rio de Janeiro w środku Warszawy.

Największą dumą napawały ją zielone ściany odgradzające pomieszczenia, pomiędzy którymi poupychała małe żarówki. W czasie nawadniania w powietrzu unosiła się lekka mgła, nie na tyle gęsta, aby klienci walczyli o tytuł miss lub mistera mokrego podkoszulka, wystarczająca jednak, aby rozbijać blask lampek. Całość tworzyła niesamowicie nastrojowy spektakl cieni i świateł, który naprawdę zachwycał.

Dalia miała dużo szczęścia. Wieść o nietypowej knajpie szybko rozeszła się bocznymi kanałami i Aria prawie od razu stała się miejscem kultowym. Klientów miała bez liku. Na szczęście, bo jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie, zanim będzie mogła wykaraskać się z bankierskich objęć i odetchnąć pełną, niezadłużoną piersią.

Zawiązała sobie na biodrach fartuch ochronny i zabrała się do przygotowywania zamówionych mieszanek. Najwięcej oczywiście – jak to w piątek – na bazie astragalusa. Jej klienci dawno już nauczyli się, że „nie tylko kawą człowiek wstaje i imprezuje”. Zresztą zawsze miała do ziół smykałkę i połączenie astragalusa z żeń-szeniem oraz kilkoma innymi składnikami od razu stało się hitem. Dalia intuicyjnie czuła, jak łączyć rośliny, znała ich właściwości, wiedziała, które trują, a które dają konkretnego kopa. W zasadzie można powiedzieć, że się z tą wiedzą urodziła, bo jej rodzice, ciotka, a także Bran umieli co najwyżej zaparzyć miętę. A ona jakimś cudem potrafiła przygotowywać mieszanki ziołowe, które spełniały swoją funkcję i do tego dobrze smakowały. Skończyła nawet studia botaniczne, ale bardziej po to, aby upewnić się, że jej wiedza jest wartościowa, i uzyskać dyplom, dzięki któremu mogła zioła hodować i je sprzedawać. Bez ziół nie byłoby Arii. A bez Arii nie uwielbiałaby tak bezgranicznie swojej pracy, jak Bran kochał swoje wykopaliska.

Rzuciła się w wir pracy i dzień minął jak zwykle nie wiadomo kiedy. Gdy tylko ostatni klient zniknął za drzwiami, poszła na zaplecze. Czekało na nią jeszcze kilka tomów, które miała włączyć do kolekcji czytelniczej, i sporo bibelotów wymagających metkowania.

Usiadła przy biurku i sięgnęła po pierwszą z nowości. _Mitologia Słowian_, ostatnie wydanie, wzbogacone o najnowsze odkrycia. Otworzyła ją i przyglądała się chwilę rysunkom i tytułom. Nie mogła się jednak skoncentrować, bo jej myśli uparcie wracały do Brana i tajemniczego przedmiotu. Sięgnęła do torby, wyjęła go na biurko. Ponownie powiodła po nim palcem, chłonąc energię, która od niego płynęła. Ujęła jeden z płatków i znowu spróbowała go oderwać, licząc się z tym, że Bran urwie jej za to głowę. Nic jednak nie zdziałała. Nawet się nie pokruszył. Nie drgnął. _Nada_.

Przeniosła wzrok na karteczkę, którą brat dołączył do artefaktu. „Antykwariat na Brackiej”. Miała zamiar iść tam jutro, kiedy Kuba ogarnie w Arii poranną zmianę. Wpisała hasło w wyszukiwarkę i od razu znalazła.

„Wela – antykwariat na Brackiej” – tak brzmiała pełna nazwa. Z opisu strony wynikało, że to najstarsze tego typu miejsce w Warszawie. Przechodziła tamtędy setki razy, ale nigdy nie zwróciła na nie uwagi. W sumie nic dziwnego. Na zdjęciu Wela wyglądała jak sklep z innej epoki i zupełnie nie pasowała do swojego otoczenia. Witryna przedstawiała różne konfiguracje książkowego chaosu, ledwo widocznego zresztą przez zabrudzoną warszawskim deszczem szybę. Zapewne według wielu powinna już dawno zniknąć z centrum nowoczesnego miasta. W dodatku właściciel Weli najwyraźniej preferował rozwiązania siłowe, bo zamiast technologii antywłamaniowej, przed kradzieżą sklep chroniła opuszczana metalowa krata.

Dalia spojrzała na zegarek. Dochodziła ósma. Impreza Pauliny.

Z niechęcią zamknęła komputer i poszła do łazienki. Włożyła czerwoną wieczorową sukienkę, którą zabrała rano z domu, i w ekspresowym tempie się umalowała. A potem dopiła zimną już kawę, włączyła alarm i pozamykała zamki.

Na zewnątrz ciągle wiało i padało, jeszcze gorzej niż przed południem. Na ulicach nie było prawie nikogo, za to wszystkie puby i restauracje pękały w szwach. Ściągnęła sznurki kaptura tak mocno, że widziała głównie swoje wysokie oficerki rozbryzgujące wodę na zalanych chodnikach. Drogę do rotundy pokonywała niemalże na pamięć, robiąc uniki przed wirującymi w powietrzu zasuszonymi liśćmi i papierami, które zamiast do kosza, trafiły na ziemię, a potem w objęcia wichury. Prawie dotarła już na miejsce, gdy zmieniła zdanie, jednocześnie wymyślając sobie po cichu za głupotę. Nie potrafiła się jednak powstrzymać. Musiała chociaż do Weli zajrzeć, na chwilkę, pozwolić sobie dosłownie na rzut okiem, nawet jeśli będzie musiała dzisiaj pocałować klamkę. Gdy tylko podjęła tę decyzję, mogłaby przysiąc, że tajemniczy artefakt Brana w jej kieszeni zawibrował, jakby nie spodobało mu się to, co działo się w jej głowie. Zignorowała dziwne wrażenie i ruszyła z powrotem w stronę Brackiej, z nadzieją, że wiatr nie zrzuci na nią dachówek z pobliskich budynków.

* * *

O dziwo w Weli ciągle paliło się światło, choć tabliczka na drzwiach głosiła: „zamknięte”. Dalia spróbowała szczęścia i pociągnęła za klamkę. Drzwi z głuchym jękiem ustąpiły, a w sklepie rozszedł się dźwięk zawieszonego nad nimi dzwonka. Mimo to nikt z obsługi nie pojawił się na horyzoncie.

Rozejrzała się z ciekawością po wnętrzu, urzeczona nim prawie tak samo jak Arią, kiedy po raz pierwszy do niej weszła. Wysokie sufity nadawały pomieszczeniom przestrzeni. Na ścianach wisiały uginające się pod ciężarem książek półki, a liczba gadżetów i bibelotów, poukrywanych w różnych zakamarkach sklepu, biła na głowę to, co Dalia sprzedawała w Arii. Całości dopełniało kilka poustawianych w rogach lamp świecących wystarczająco jasno, aby móc swobodnie przeglądać książki, ale nie agresywnie, bez zaburzania atmosfery pomieszczenia.

Nad kasą wisiał element, który w ogóle nie pasował do reszty staromodnego wystroju – granatowy neon z napisem „Wela”. Poza terminalem do kart płatniczych i prądem chyba jedyny znak, że cywilizacja mimo wszystko tu dotarła. Najbardziej niezwykły widok stanowiło jednak rosnące pośrodku sklepu drzewo, z korzeniami powplatanymi pomiędzy starą drewnianą podłogę. A właściwie deski podłogi zostały tak ułożone, aby omijać korzenie, a jednocześnie idealnie się do nich dopasować.

Jakim cudem wcześniej tutaj nie trafiła? Miejsce wydawało się dla niej stworzone. Uwielbiała takie wnętrza i sama próbowała podobny efekt uzyskać w Arii. Miała ochotę rozsiąść się w wygodnym, welurowym fotelu stojącym nieopodal pierwszego z regałów, zaszyć się tutaj na dobre miesiące i powoli zgłębiać zawartość półek. Powieść palcami po książkach, poczuć ich fakturę, doświadczyć struktury papieru. Chciała dotknąć tego przedziwnego drzewa, które jakimś cudem, pomimo bardzo skąpego światła, rosło sobie w najlepsze w zamkniętym pomieszczeniu. Przede wszystkim jednak nie mogła się oprzeć wrażeniu, że już tu była.

Zdjęła kaptur, strzepując przy okazji na podłogę parę kropel deszczu.

– Masz kłopot z czytaniem? Sklep jest zamknięty.

Drgnęła na dźwięk niskiego głosu, który doszedł ją zza regału. Sekundę później w przejściu ukazał się nieprzeciętnie wysoki i potężnie zbudowany mężczyzna, nijak niepasujący do stereotypu starszego antykwariusza w okularach grubszych niż denka butelek. Jego postura naprawdę robiła wrażenie. Jeśli o to chodzi, mógłby spokojnie zawstydzać chłopców z NBA w koszykarskich wsadach. Nie to jednak przykuwało w nim uwagę najbardziej. Bił od niego majestat godny co najmniej koronowanej głowy. Dumny, wyprostowany mężczyzna z onieśmielającą pewnością siebie. Skrzywił się, gdy zobaczył pod jej stopami kałużę. Jego wzrok powędrował powoli do góry, a gdy dotarł do jej twarzy, książka, którą trzymał w ręku, wylądowała z hukiem na podłodze.

Powiedzieć, że ją również zamurowało, to za mało. Myśl o tym, że już tu była, w tym samym antykwariacie, z tym samym mężczyzną o orzechowych oczach i gęstych, brązowych włosach w żaden sposób nie chciała się odczepić. Brzęczała w głowie tak samo, jak podesłany przez Brana przedmiot brzęczał w jej kieszeni. Mężczyzna wydawał się równie zaskoczony tym spotkaniem. Choć może „zaskoczony” to nie było najtrafniejsze określenie. Wyglądał jak człowiek, który zobaczył niechcianą zjawę.

Wywracała do góry nogami pokłady pamięci, aby umiejscowić gdzieś antykwariusza i to miejsce, ale nic nie znalazła. Zaledwie mgliste wspomnienie czegoś, czego nie umiała nawet sklasyfikować.

– Skąd, na Welesa, się tu wzięłaś? – odezwał się w końcu mężczyzna. – Nie powinno cię tu być.

A zatem się znali. Dokładnie tak, jak podpowiadał jej własny instynkt. Dokładnie tak, jak wrzeszczał głos w jej głowie. Tylko skąd?

– A gdzie powinnam być według ciebie?

Znowu go zaskoczyła, widziała to w niedokończonych gestach. W tym, jak zamarł. Milczał, a za tym milczeniem kryły się tysiące niewypowiedzianych słów. Tysiące emocji tak sprzecznych, że wręcz niemożliwych we współistnieniu. W końcu jego twarz zaczęła się zmieniać, tężeć. Niedowierzanie stopniowo ustępowało wściekłości, przed którą normalnie Dalia uciekałaby gdzie pieprz rośnie. Nie mogła się jednak ruszyć, uwięziona we własnym umyśle.

– Czynisz sobie żarty? – warknął, robiąc krok w jej kierunku.

Instynktownie cofnęła się i zderzyła z drzwiami. Czynisz sobie żarty? – powtórzyła za nim w myślach. Kto w ogóle używał takiego języka?

– Jaki masz problem? – zapytała szybko, opanowując strach, który niechciany wkradł się do jej głosu.

Antykwariusz ponownie ruszył w jej kierunku, nie spuszczając oczu z twarzy Dalii nawet na ułamek sekundy, ale zatrzymał się gwałtownie obok pierwszego regału. I gdzieś pomiędzy krokami nastąpiła w nim kolejna zmiana. Złość, która jeszcze przed chwilą go dławiła, ulotniła się, jakby nagle zdał sobie sprawę, co robiło jego ciało. Upłynęły kolejne sekundy i jeszcze kilka. W końcu, w przeciwieństwie do niej, był już całkiem spokojny.

– Najwyraźniej pomyliłem cię z kimś – zamilkł na chwilę, po czym dodał: – I najwyraźniej mnie nie znasz. Co mogę zatem dla ciebie zrobić?

Nie były to do końca przeprosiny, ale z drugiej strony nie liczyła na nie. Nie wyglądał na mężczyznę, któremu słowo „przepraszam” łatwo przechodzi przez gardło.

Co to właściwie znaczyło: „najwyraźniej mnie nie znasz”? Zupełnie jakby chciała zrobić mu na złość tym, że go nie poznawała. Jeszcze raz przeskanowała swoje wspomnienia, ale oprócz mglistego déjà vu nie miała absolutnie nic. Wracały do niej za to innego rodzaju myśli. O dwuletnim szaleństwie, które niemalże doprowadziło ją do utraty zmysłów. O tych wszystkich majakach, ludziach, których nie było, zjawiskach, które nie powinny mieć miejsca. O snach, w których widziała siebie samą utopioną w kałuży krwi. Każdy epizod tego szaleństwa zaczynał się tak jak teraz, delikatnym pulsowaniem z tyłu głowy, które szybko przeradzało się w horror bólu i nieproszonych wizji. Wzdrygnęła się, odrzucając wszelkie niewyjaśnione sprawy, i zebrała się do kupy, przypominając sobie, po co właściwie tu przyszła. Wyciągnęła z kieszeni kopertę z kartką, którą dostała wraz z artefaktem, ale sam przedmiot zostawiła schowany. Po pierwsze był kradziony, a po drugie tak podpowiadał jej instynkt, który działał teraz na pełnych obrotach, najwyraźniej odbierając jakieś sygnały, których ona na poziomie świadomości nie rozumiała.

– Dostałam ten list od brata, z którym od kilku dni nie mam kontaktu. Wiesz coś na ten temat? Może znasz jego?

Nie darowała sobie kąśliwości.

Podszedł do niej na wyciągnięcie ramion. Powietrze jeszcze bardziej zgęstniało od energii, którą emanował. Silnej, męskiej energii, którą – tak jak wszystko tutaj – dobrze znała, choć nie miała pojęcia skąd. Wziął od niej kopertę, wyjął karteczkę i przestudiował jej zawartość, a na jego czole pojawiła się poprzeczna, głęboka zmarszczka. Niezbity dowód na to, że miał więcej lat, niż wyglądał na pierwszy rzut oka.

– Jak się nazywa twój brat? – zapytał krótko, oddając jej karteczkę.

– Branko Abaris.

Antykwariusz milczał dłuższą chwilę, a zmarszczka na jego czole jeszcze się pogłębiła.

– Nie znam go – odpowiedział w końcu, pocierając dwudniowy zarost. – I nie mam pojęcia, dlaczego cię tu przysłał.

W jego głosie usłyszała coś, co nazywała połowiczną prawdą albo w skrócie – półprawdą. W głowie miała radar do ich wykrywania, bo sama często je wypowiadała. Nie widziała jednak, jak zmusić go do szczerości. Powoli też dosięgało ją rozczarowanie; uzmysłowiła sobie, że przez cały dzień, odkąd dowiedziała się, że to Bran wysłał jej ten dziwny przedmiot, upatrywała w antykwariacie na Brackiej swojej szansy na uspokojenie stale rosnącej trwogi. Stało się jednak inaczej.

– No cóż. – Sięgnęła odruchowo po swoją wizytówkę, ale zrezygnowała z pomysłu zostawienia jej antykwariuszowi. Wolała być tą, która kontroluje sytuację, a nie tą, która jest kontrolowana. – Zajrzę tutaj za kilka dni, na wypadek gdyby coś ci przyszło do głowy.

Antykwariusz wzruszył ramionami i odwrócił się do niej plecami.

– Jak chcesz. – Podniósł z podłogi książkę, którą upuścił na jej widok, i odłożył ją na półkę.

Dalia zapięła płaszcz i sięgnęła po kaptur, ale nie zdążyła go założyć. Migrena zaatakowała ją z ogromną siłą. Bezwiednie jęknęła, zachwiała się i złapała za wystający fragment parapetu, próbując opanować zawroty głowy. Mężczyzna w sekundę znalazł się przy niej i złapał ją za rękę. Coś do niej powiedział, ale go nie słyszała, przytłoczona bólem, który coraz bardziej przybierał na sile. Musiała jak najszybciej stąd wyjść. Nie chciała pozwolić na to, aby w jego obecności wydarzył się kolejny epizod, a do tego wszystko zmierzało.

Szarpnęła mocno za drzwi. Jej płaszcz zafalował na wietrze, a kosmyki włosów wydostały się spod kaptura. Huragan przybrał na sile i praktycznie zagłuszył hałas miasta. Mimo to gdzieś na granicy kakofonii dźwięków usłyszała cichy pomruk, a właściwie zaledwie jego echo, nie więcej jak szept niesiony pograniczem snu i jawy. _Do zobaczenia, Dalka_.

Odwróciła się natychmiast i spojrzała na antykwariusza. Siedział na wysokim barowym stołku przy kasie i trzymał przy uchu telefon, nie poświęcając jej już żadnej uwagi. Czy naprawdę to usłyszała? Nie przedstawiła się mu przecież, a nawet jeśli, to nikt nie mówił do niej „Dalka”. Nikt poza jej bratem. Czy to, czego tu doświadczała, było prawdziwe? A może po latach znów ocierała się o szaleństwo?

Drżącymi rękami przeczesywała zawartość torebki w poszukiwaniu tabletek przeciwbólowych. Gdy je w końcu znalazła, od razu przyjęła większą dawkę. Chłód przenikał ją na wskroś, ale tym razem przyjmowała go z wdzięcznością. Oparła się o zimny mur kamienicy, nabierając łapczywie powietrza, topiąc się w głębi niechcianych doznań, czekając na ulgę. Zastosowała wszystkie techniki zablokowania emocji, jakich tylko się nauczyła. Z każdym kolejnym oddechem ból głowy powoli ustępował, a rzeczywistość wracała do normy. Po kilku minutach wciągania lodowatego powietrza ból zelżał, a po kilkunastu na powrót odzyskała nad sobą kontrolę. Nienawidziła braku kontroli. Irytowało ją, że jej brat przysłał ją w to miejsce. Nie radziła sobie z tym, że zaginął, a ona nie mogła na to nic poradzić. Mogła jedynie znaleźć w swojej głowie pudło z napisem „nie dotykać”, wsadzić do niego antykwariat wraz z antykwariuszem i już nigdy go nie otwierać. Tak też zrobiła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij