Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Polowanie na czarownice. Część 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
3799 pkt
punktów Virtualo

Polowanie na czarownice. Część 1 - ebook

Mieszkańcy malowniczej Ostrobotni przygotowują się do Świąt Wielkanocnych. Pogodną i beztroską atmosferę zaburza jednak makabryczne odkrycie. W dymiących popiołach ogniska leży bowiem zwęglone ciało kobiety. Jakby tego było mało, nazajutrz tubylcy odnajdują zwłoki kolejnych ofiar.
Gisela Forsell robi wszystko, by ująć sprawcę potwornych morderstw. Trudne śledztwo okazuje się mieć nieoczekiwane konsekwencje dla jej prywatnego życia…
„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8076-674-6

FRAGMENT KSIĄŻKI

Po­nie­dzia­łek, 25 marca 2024 roku

LUNA

Dzień, w któ­rym po­rwano Lunę Mån­dot­ter, za­czął się jak każdy inny. Rano prze­pro­wa­dziła se­sję uzdra­wia­nia on­line, a po po­łu­dniu po­chło­nęły ją przy­go­to­wa­nia zwią­zane z ob­cho­dami zbli­ża­ją­cej się pełni Księ­życa.

Lunę roz­pie­rała duma, że jest cza­row­nicą, a wła­ści­wie wic­canką, jak wo­lały się na­zy­wać współ­cze­sne wiedźmy. Wy­wo­dziła się z rodu uta­len­to­wa­nych cza­row­nic, któ­rego ko­rze­nie się­gały wielu po­ko­leń wstecz, aż do końca sie­dem­na­stego wieku, kiedy do­szło do jed­nego z ostat­nich przy­pad­ków spa­le­nia na sto­sie ko­biety prak­ty­ku­ją­cej czary, Vil­hel­miny Måns­son.

O pół­nocy człon­ko­wie ko­wenu zwa­nego Krę­giem Księ­życa mieli od­pra­wić tra­dy­cyjną ce­re­mo­nię zwią­zaną z ce­le­bro­wa­niem pełni Księ­życa i jak zwy­kle było wiele do zro­bie­nia. Luna czuła się tro­chę ze­stre­so­wana. Nie po­tra­fiła od­na­leźć w so­bie spo­koju. Jako ar­cy­ka­płanka od­po­wia­dała za wszyst­kie za­kupy i pla­no­wa­nie. Ra­gnar, ar­cy­ka­płan Kręgu, był w tej kwe­stii zu­peł­nie bez­u­ży­teczny, ale przy­naj­mniej za­pew­niał im prze­strzeń do od­pra­wia­nia ry­tu­ałów i ce­le­bro­wa­nia świąt wic­cań­skich.

Na li­ście za­ku­pów Luny zna­la­zły się mię­dzy in­nymi ka­dzi­dła i świece oraz sól i woda do oczysz­cze­nia miej­sca i uczest­ni­ków Kręgu, a także wino na im­prezę po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii. Wino wy­da­wało się nie­mal naj­waż­niej­sze, przy­naj­mniej dla nie­któ­rych wic­can. Mu­siała też ku­pić nową tu­nikę, bo te, które miała, były już stare i znisz­czone. Bar­dzo chciała po­wi­tać peł­nię Księ­życa w peł­nej har­mo­nii wy­glądu i du­cha. Spa­ko­wała do ple­caka wszyst­kie ry­tu­alne ak­ce­so­ria: kie­lich, obo­sieczny szty­let i różdżkę. Ra­gnar obie­cał, że na­rą­bie drewna na pa­le­ni­sko w miej­scu ce­re­mo­nii i na całą noc do ko­minka w cha­cie po­zba­wio­nej od­po­wied­niej izo­la­cji. Po za­cho­dzie słońca tem­pe­ra­tura we­wnątrz spa­dała po­ni­żej zera.

Do ich ko­wenu do­łą­czyli nowi człon­ko­wie zwer­bo­wani przez Lunę, dla­tego mu­siała pa­mię­tać o spi­sa­niu prze­biegu ry­tu­ałów i wcze­śniej przed­sta­wić im wła­ściwą ko­lej­ność, żeby no­wi­cju­sze wie­dzieli, co ro­bić i mó­wić w róż­nych mo­men­tach ce­re­mo­nii.

Luna obej­rzała się, wy­cho­dząc z bu­dynku, w któ­rym miesz­kała ze swoją dziew­czyną Sussi. Nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że jest ob­ser­wo­wana. W ciągu mi­nio­nego ty­go­dnia wie­lo­krot­nie jej się wy­da­wało, że ktoś ją śle­dzi. Choć było to tylko prze­czu­cie, od na­ra­sta­ją­cego nie­po­koju prze­szły ją ciarki. Omio­tła wzro­kiem ulicę, nie za­uwa­żyła jed­nak nic szcze­gól­nego. Wzdłuż drogi stały sa­mo­chody, ruch uliczny to­czył się w na­tu­ral­nym tem­pie, piesi ku­lili się, chro­niąc przed lo­do­wa­tym wia­trem.

Luna stłu­miła nie­przy­jemne uczu­cie. Na­cią­gnęła czapkę na uszy. Na wie­trze sze­le­ściły ko­lo­rowe wstążki zdo­biące na­gie ga­łę­zie. Zie­mię na­dal po­kry­wała war­stwa śniegu. Cen­trum mia­sta było od­da­lone od miesz­ka­nia Luny rap­tem o kil­ka­set me­trów. We­szła do sklepu Alko i po kilku mi­nu­tach wy­szła z kar­to­nem wina. Prze­cięła Ho­vrät­t­se­spla­na­den i do­szła do rynku, po­środku któ­rego stała ol­brzy­mich roz­mia­rów pi­sanka, umiesz­czona tam naj­wy­raź­niej nie­dawno przez rad­nych mia­sta Va­asa. Kiedy Luna ostat­nio tędy prze­cho­dziła, jesz­cze go tam nie wi­działa. Mi­nęła grupkę dzieci po­dzi­wia­ją­cych tę de­ko­ra­cję. Mi­mo­wol­nie się uśmiech­nęła, sły­sząc, jak dziew­czynka z żół­tymi piór­kami we wło­sach pyta ko­goś, czy to jajko jest z cze­ko­lady.

Na­stęp­nie udała się do ga­le­rii han­dlo­wej Re­well. Za­trzy­mała się przed drzwiami ob­ro­to­wymi. Ro­zej­rzała się po rynku. Po­tarła kark, gła­dząc zje­żone na nim wło­ski. Nikt nie chce mnie skrzyw­dzić, to tylko wy­obraź­nia, prze­ko­ny­wała samą sie­bie i wró­ciła do za­ła­twia­nia swo­ich spraw, a miała ich jesz­cze kilka. Każde wy­ko­nane za­da­nie od­ha­czała z li­sty.

W skle­pach w ga­le­rii han­dlo­wej zna­la­zła wszystko, czego szu­kała. Po­zo­stało jej jesz­cze sporo czasu, żeby do­trzeć na miej­sce, skąd o szes­na­stej miała zo­stać ode­brana.

Ostatni raz się obej­rzała, po czym wy­szła na ry­nek, nio­sąc w obu rę­kach torby z za­ku­pami. Spoj­rzała w niebo. Było bez­chmurne, co do­brze wró­żyło wie­czor­nemu spo­tka­niu. Li­czyła, że uda im się w nocy wy­raź­nie zo­ba­czyć Księ­życ w pełni. Choć miała sporo do nie­sie­nia, po­sta­no­wiła pójść na miej­sce spo­tka­nia pie­szo. Nie miała da­leko. Poza tym spa­cer dałby jej czas na uspo­ko­je­nie i ze­bra­nie my­śli oraz zwi­zu­ali­zo­wa­nie wie­czor­nej ce­re­mo­nii.

Prze­nio­sła się w my­ślach na le­śną po­lanę, gdzie stała wraz z in­nymi człon­kami Kręgu Księ­życa, za­równo sta­rymi, jak i no­wymi. Utwo­rzyli ry­tu­alny krąg i wpa­try­wali się w ma­giczny Księ­życ w pełni na czar­nym noc­nym nie­bie. Po­nad nimi szu­miały ko­rony drzew, a pło­mie­nie świec tań­czyły wśród pni. Ogień w pa­le­ni­sku wy­rzu­cał iskry w po­wie­trze. Luna zwró­ciła się do Bo­gini, dzię­ku­jąc jej za wszystko oraz pro­sząc o bło­go­sła­wień­stwo i ob­da­ro­wa­nie mi­ło­ścią, zdro­wiem, ra­do­ścią i mą­dro­ścią. O ochronę przed wszel­kim złem. Mo­dliła się o po­moc w roz­woju oso­bi­stym i jako wic­canka.

Luna mi­nęła za­cu­mo­wany przy mo­ście sta­tek z re­stau­ra­cją Fa­ros, po czym ru­szyła w kie­runku wy­spy Va­sklot. Szła mo­stem pod wiatr, który z każdą chwilą przy­bie­rał na sile, twarz nie­mal jej drę­twiała.

Miała nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś ją śle­dzi, ogar­niało ją co­raz sil­niej­sze prze­czu­cie, że wy­da­rzy się coś strasz­nego. Przy­sta­nęła i się ro­zej­rzała. Poza nią nie było tu in­nych prze­chod­niów. Po chwili wa­ha­nia skrę­ciła w boczną drogę pro­wa­dzącą z mo­stu na wy­spę Sandö. Nie wi­działa żad­nego sa­mo­chodu na du­żym par­kingu przy plaży. Osoba, z którą się umó­wiła, jesz­cze po nią nie przy­je­chała.

La­tem ten po­pu­larny te­ren re­kre­acyjny tęt­nił ży­ciem. Jed­nak o tej po­rze roku wy­spa wy­glą­dała jak wy­marła. Luna się za­sta­na­wiała, dla­czego chciał się z nią spo­tkać wła­śnie tu­taj. Wy­bór tego miej­sca wy­dał jej się dziwny. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Po­zo­stało jesz­cze kilka mi­nut. Serce z pod­eks­cy­to­wa­nia biło jej co­raz szyb­ciej, jak zwy­kle, gdy zbli­żała się ce­re­mo­nia. Pra­gnęła jak naj­szyb­ciej znów być ze wspól­notą. Było w tym coś ma­gicz­nego, kiedy wszy­scy ra­zem stali w bla­sku bo­skiego Księ­życa, otwie­rali serca dla Matki Ziemi i czuli jed­ność z na­turą.

Luna do­świad­czyła wielu pełni Księ­życa, i za­wsze tak samo fa­scy­no­wała ją jego moc i ota­cza­jąca to wy­da­rze­nie aura ta­jem­ni­czo­ści. Zgod­nie z wie­rze­niami wic­can Bo­gini ob­ja­wiała się w trzech fa­zach Księ­życa, ko­lejno jako Dzie­wica, Matka i Sta­ru­cha. Luna uwa­żała, że Księ­życ sym­bo­li­zuje do­bro, choć z dru­giej strony miała świa­do­mość, że to ciało nie­bie­skie może rów­nież oży­wić złe moce.

Po­grą­żona w my­ślach nie­mal nie za­uwa­żyła sa­mo­chodu, który za­trzy­mał się obok niej. Ktoś sil­nymi rę­kami chwy­cił ją od tyłu, a do jej twa­rzy przy­ci­snął szmatkę na­są­czoną ja­kimś środ­kiem che­micz­nym. Wszystko wy­da­rzyło się bar­dzo szybko. Nie zdą­żyła za­re­ago­wać i na­gle zro­biło jej się ciemno przed oczami, a świat wo­kół niej znik­nął.

GI­SELA

Gi­sela gwał­tow­nym ru­chem od­pę­dziła ko­mara, który siadł na koł­nie­rzyku jej ko­szuli. Na­gra­nie wresz­cie do­bie­gło końca. Po­sta­no­wiła, że wię­cej nie wy­stąpi w do­ku­men­cie true crime. Nie­ważne, jak silną pre­sję wy­wrą na nią prze­ło­żeni, będą mu­sieli zna­leźć ko­goś in­nego, kto ze­chce udzie­lić wy­wiadu. Na przy­kład mo­gliby po­pro­sić Tu­ulę. W prze­ci­wień­stwie do Gi­seli uwiel­biała być w cen­trum uwagi. Zbrod­nie, do któ­rych do­szło ze­szłej je­sieni w okre­sie hal­lo­we­eno­wym, miały w so­bie wszyst­kie ele­menty, by przy­cią­gnąć żąd­nych sen­sa­cji wi­dzów, a ko­men­dant po­li­cji na­le­gał, żeby to wła­śnie Gi­sela, jako osoba od­po­wie­dzialna za śledz­two, wy­po­wie­działa się w tej spra­wie.

Pro­du­cent uniósł pa­lec wska­zu­jący i za­kre­ślił nim w po­wie­trzu małe kółko.

‒ Mamy to!

Roz­le­gły się po­je­dyn­cze, nie­mrawe okla­ski ekipy fil­mo­wej, które szybko uci­chły.

Pro­wa­dzący pro­gram wstał z tur­ku­so­wego ak­sa­mit­nego fo­tela i uści­snął dłoń Gi­seli.

‒ Dzię­ku­jemy, że ze­chciała pani po raz ko­lejny uczest­ni­czyć w na­szym pro­gra­mie. Otrzy­ma­li­śmy bar­dzo po­zy­tywny od­zew na te­mat pani wy­stą­pie­nia w fil­mie do­ku­men­tal­nym o mor­der­stwach bo­żo­na­ro­dze­nio­wych. Wi­dzo­wie po­strze­gają pa­nią jako sym­pa­tyczną i szczerą osobę. Uwa­żają rów­nież, że pani skań­ski dia­lekt jest cza­ru­jący. Miejmy na­dzieję, że czeka nas wię­cej in­te­re­su­ją­cych śledztw w spra­wie mor­derstw – rzekł, ob­da­rza­jąc ją olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem pre­zen­tera.

Gi­sela jed­nak nie od­wza­jem­niła uśmie­chu. Uwa­żała bo­wiem za nie­smaczne wy­ko­rzy­sty­wa­nie ludz­kiego cier­pie­nia na po­trzeby roz­rywki i ża­ło­wała, że wzięła w tym udział.

Do po­miesz­cze­nia wszedł sta­ży­sta, pcha­jąc przed sobą wó­zek z tra­dy­cyj­nym szwedz­kim wiel­ka­noc­nym na­po­jem påsk­must w pla­sti­ko­wych kub­kach oraz mi­ską ob­la­nych cze­ko­ladą pia­nek w kształ­cie kur­czacz­ków.

‒ O, jak miło, tro­chę słod­ko­ści, żeby uczcić ko­lejną udaną pro­duk­cję. – Pro­du­cent roz­po­starł ręce z en­tu­zja­zmem god­nym dy­rek­tora cyrku, pre­zen­tu­ją­cego bra­wu­rowe akro­ba­cje na tra­pe­zie.

Z uwagi na suk­ces pierw­szej se­rii do­ku­men­tów pro­du­cenci mo­gli się bar­dziej po­sta­rać i po­czę­sto­wać go­ści czymś lep­szym niż na­pój bez­al­ko­ho­lowy i pianki, po­my­ślała Gi­sela. Mimo to nie od­mó­wiła. Po­sta­no­wiła chwilę zo­stać i po­roz­ma­wiać z po­zo­sta­łymi człon­kami ekipy fil­mo­wej. Na­stęp­nie prze­pro­siła wszyst­kich, tłu­ma­cząc, że musi iść, gdyż czeka na nią praw­dziwa praca w ko­mi­sa­ria­cie.

Kwa­drans póź­niej Gi­sela była z po­wro­tem w wy­dziale kry­mi­nal­nym. Czuła się lekko zdez­o­rien­to­wana, ile­kroć prze­kra­czała próg jed­nostki. Zimą bu­dy­nek po­li­cji prze­szedł grun­towny re­mont, mię­dzy in­nymi za­in­sta­lo­wano now­sze kom­pu­tery i wpro­wa­dzono otwartą prze­strzeń. Temu dru­giemu Gi­sela sprze­ci­wiała się od sa­mego po­czątku. Nikt jed­nak się tym nie prze­jął i nie słu­chał jej po­stu­la­tów w kwe­stii pry­wat­no­ści i spo­koju w pracy. Zda­niem firmy kon­sul­tin­go­wej, za­trud­nio­nej do opra­co­wa­nia kon­cep­cji, nowa aran­ża­cja prze­strzeni sprzy­jała ko­mu­ni­ka­cji mię­dzy ze­spo­łami i uła­twiała prze­pływ in­for­ma­cji.

Gi­sela prze­my­kała zyg­za­kiem mię­dzy biur­kami, co chwilę się za­trzy­mu­jąc, by od­po­wie­dzieć na py­ta­nia do­ty­czące na­gra­nia i wy­słu­chać ko­men­ta­rzy na te­mat swo­jego wy­glądu. Na­dal miała na twa­rzy pełny te­le­wi­zyjny ma­ki­jaż, a jej włosy ukła­dały się w de­li­katne fale, w ni­czym nie­przy­po­mi­na­jące pta­siego gniazda, z ja­kim zwy­kle cho­dziła. Wresz­cie do­tarła do swo­jego miej­sca pracy, gdzie znaj­do­wało się jej biurko, które od­gro­dziła od po­zo­sta­łych ru­cho­mymi ścian­kami dzia­ło­wymi, usi­łu­jąc za­pew­nić so­bie w tym ką­cie wię­cej pry­wat­no­ści. Była ona jed­nak tylko po­zorna. Je­śli na­prawdę chciało się pra­co­wać w spo­koju, na­le­żało za­ło­żyć słu­chawki z re­duk­cją szu­mów. Żeby zaś omó­wić po­ufne in­for­ma­cje, trzeba było za­re­zer­wo­wać znaj­du­jące się po­środku biura, oszklone dźwię­kosz­czelne po­miesz­cze­nie, albo ka­binę, jak je wszy­scy na­zy­wali.

Gi­sela gło­śno wes­tchnęła, czy­ta­jąc pod­su­mo­wa­nie ich naj­now­szej sprawy. Grupa mło­dych męż­czyzn – po zde­cy­do­wa­nie zbyt wielu drin­kach wy­pi­tych pod­czas wie­czoru ka­wa­ler­skiego – uznała, że do­brym po­my­słem bę­dzie zor­ga­ni­zo­wa­nie praw­dzi­wego po­lo­wa­nia na wiel­ka­nocne za­jące. Pa­no­wie za­brali ze sobą strzelby i udali się do lasu strze­lać do nie­win­nych zwie­rząt. Praw­dzi­wych, ta­kich, które można było po­dać na wiel­ka­nocny obiad. Nie dość, że se­zon po­lo­wań na sza­raki w tym roku już się skoń­czył, to na do­da­tek je­den z męż­czyzn przy­pad­kowo po­strze­lił przy­szłego pana mło­dego. Wódka, broń i fa­ceci bu­zu­jący te­sto­ste­ro­nem rzadko two­rzyli udane po­łą­cze­nie. Gi­sela przy­dzie­liła sprawę Li­nu­sowi.

Wyj­rzała przez ścianki dzia­łowe, by za­py­tać Li­nusa o ak­tu­alne in­for­ma­cje na te­mat stanu ran­nego męż­czy­zny. Kiedy ostat­nio roz­ma­wiali o tej spra­wie, po­szko­do­wany prze­by­wał na od­dziale in­ten­syw­nej te­ra­pii. Oba­wiała się, że wy­pa­dek trzeba bę­dzie po­trak­to­wać jako sprawę o za­bój­stwo lub nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Krze­sło Li­nusa stało pu­ste. Gi­sela przy­po­mniała so­bie, że wy­szedł wcze­śniej, by ode­brać bliź­nia­ków z przed­szkola, mimo że w tym ty­go­dniu dzieci były pod opieką Jo­se­fin.

LI­NUS

Kiedy Li­nus wszedł do przed­szkola, przy­ję­cie wiel­ka­nocne w gru­pie Bie­dro­nek trwało w naj­lep­sze. Cze­kał w szatni wraz z dwoj­giem in­nych ro­dzi­ców wpa­trzo­nych w ko­mórki. Ze świe­tlicy do­cho­dziły ra­do­sne głosy dzieci. Bliź­niacy przez cały po­przedni ty­dzień bez prze­rwy roz­ma­wiali o tym dniu. Naj­pierw mieli ma­lo­wać pi­sanki, po­tem zjeść wiel­ka­nocne cia­sto upie­czone przez przed­szko­laki. Zgod­nie z tra­dy­cją uro­czy­stość za­koń­czyła się tań­cem wo­kół wiel­ka­noc­nych ga­łą­zek, które dzieci ze­brały na przed­szkol­nym po­dwórku i ozdo­biły wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­nymi de­ko­ra­cjami. Malte i Max cho­dzili w kółko, śpie­wa­jąc różne pio­senki z wy­my­ślo­nymi tek­stami zwią­za­nymi z Wiel­ka­nocą do me­lo­dii po­pu­lar­nych dzie­cię­cych utwo­rów. Wy­cho­wawcy byli na­prawdę kre­atywni. Li­nu­sowi tak te wiel­ka­nocne przy­śpiewki utkwiły w gło­wie, że zła­pał się w pracy na tym, jak je nuci.

W sali dzieci śpie­wały na całe gar­dło za­baw­nie zmie­nioną wer­sję zna­nej ko­lędy. Kiedy uci­chły ostat­nie dźwięki, tłum wy­buch­nął okla­skami i okrzy­kami ra­do­ści.

Jedna z opie­ku­nek gło­śno za­gwiz­dała, by prze­bić się przez gwar i po­now­nie przy­cią­gnąć uwagę przed­szko­la­ków.

‒ Dzieci, które nie idą do domu po przy­ję­ciu wiel­ka­noc­nym, mogą wyjść na dwór się po­ba­wić i tam po­cze­kać na ro­dzi­ców.

Po chwili do szatni wbie­gło kil­ka­na­ścioro pod­eks­cy­to­wa­nych ma­lu­chów i za­częło za­kła­dać kurtki i spodnie prze­ciw­desz­czowe. Malte i Max ze śla­dami po far­bach na rę­kach, ubra­niach i twa­rzach jed­no­cze­śnie rzu­cili się na Li­nusa z taką siłą, że o mało go nie prze­wró­cili.

‒ Do­brze się ba­wi­li­ście? – spy­tał.

‒ Ta­aak! – krzyk­nęli chó­rem bliź­niacy i kil­koro in­nych dzieci.

Wy­cho­waw­czyni prze­brana za kur­czaka za­raz do­łą­czyła do przed­szko­la­ków, by po­móc naj­młod­szym się ubrać.

‒ Je­dziemy do domu – rzekł Li­nus.

‒ Czy to ty­dzień z mamą czy z tobą? – za­sta­na­wiał się Malte.

‒ Z mamą. Od­wiozę was do domu. Mama już tam na was czeka.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Li­nus za­trzy­mał się w dziel­nicy Gamla Vasa przed czer­wo­nym drew­nia­nym do­mem, który ku­pił wraz z Jo­se­fin, gdy się do­wie­dzieli, że jest w ciąży z La­ilą, naj­star­szą z ich czworga dzieci. Bliź­niacy ra­do­śnie wy­sko­czyli z sa­mo­chodu i po­bie­gli do drzwi wej­ścio­wych, gdzie cze­kała na nich mama z wy­cią­gnię­tymi ra­mio­nami. Uści­skała syn­ków, po czym chłopcy prędko wśli­zgnęli się do środka.

‒ Cześć – przy­wi­tał się Li­nus.

‒ Cześć – od­parła Jo­se­fin.

‒ Czy La­ila i Harri są w domu?

Kiedy nie był z dziećmi, tę­sk­nił za nimi tak bar­dzo, że pę­kało mu serce.

‒ Nie, nie­stety. Harri jest u ko­legi, a La­ila pro­sto po szkole miała iść na tre­ning pły­wacki. Nie­długo po nią po­je­dziemy – wy­ja­śniła Jo­se­fin, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek.

‒ Może chcesz, że­bym ode­brał La­ilę i od­wiózł ją do domu? W ten spo­sób nie bę­dziesz mu­siała za­bie­rać ze sobą Mal­tego i Maxa.

‒ Dzię­kuję, to miło z two­jej strony, ale już ode­bra­łeś bliź­nia­ków z przed­szkola, mimo że to mój ty­dzień z dziećmi.

‒ To ża­den kło­pot. To są też moje dzieci. Lu­bię spę­dzać z nimi czas.

Jo­se­fin skrzy­żo­wała ręce na piersi.

‒ Na­prawdę? Ina­czej to wy­glą­dało, kiedy miesz­ka­li­śmy ra­zem. Wo­la­łeś pra­co­wać, niż spę­dzać czas z ro­dziną.

Li­nus ugryzł się w ję­zyk.

‒ Pro­szę, Jo­se­fin, nie kłóćmy się te­raz o to. Wiem, że nie by­łem naj­lep­szym oj­cem, ale ko­cham na­sze dzieci… I ko­cham cie­bie.

Wstrzy­mał od­dech, cze­ka­jąc na od­po­wiedź Jo­se­fin, która w tym mo­men­cie luźno opu­ściła ręce wzdłuż ciała.

‒ Nie za­czy­naj znowu. Po­trze­buję wię­cej czasu.

Li­nus chciał za­py­tać, ile do­kład­nie czasu jej po­trzeba, ale wie­dział, że le­piej tego nie ro­bić.

‒ Spo­koj­nie, po­cze­kam – od­parł, usi­łu­jąc nie oka­zać fru­stra­cji.

Se­pa­ra­cja była po­my­słem Jo­se­fin. Li­nus nie miał nic do po­wie­dze­nia. Choć miało to być tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, z każ­dym dniem ro­sły w nim obawy, że prze­ro­dzi się to w coś trwa­łego.

Twarz Jo­se­fin zła­god­niała.

‒ Po­my­śla­łam, że w so­botę mo­gli­by­śmy po­je­chać ra­zem, całą ro­dziną, na ogni­sko wiel­ka­nocne do Kråklundy. O ile nie masz in­nych pla­nów, oczy­wi­ście.

‒ Bar­dzo chęt­nie ‒ ucie­szył się Li­nus, czu­jąc, że na­dzieja, którą utra­cił, ożyła w nim na nowo.

Uczu­cie to to­wa­rzy­szyło mu przez całą drogę po­wrotną, lecz znik­nęło, gdy tylko prze­kro­czył próg nie­wiel­kiego miesz­ka­nia w po­łu­dnio­wej czę­ści Va­asy, w któ­rym miesz­kał na zmianę z Jo­se­fin. Co drugi ty­dzień, kiedy Jo­se­fin opie­ko­wała się dziećmi w domu w Gamla Vasa, Li­nus wpro­wa­dzał się tu­taj. Na­stęp­nie prze­no­sił się do ich willi. Ce­lem ta­kiego układu było po­zo­sta­wie­nie dzieci w ich do­tych­cza­so­wym domu. To rów­nież wy­my­śliła Jo­se­fin. Sły­szała, że nowy trend w roz­wo­dach, zwany pie­czą gniaz­dową czy z an­giel­skiego bird­ne­sting, sta­no­wił do­bre roz­wią­za­nie na pro­ces przej­ściowy – z my­ślą o po­trze­bach dzieci.

Li­nus za­sta­na­wiał się, do czego ma pro­wa­dzić ten pro­ces przej­ściowy. Gdyby to on de­cy­do­wał, wszy­scy miesz­ka­liby cały czas ra­zem w jed­nym domu.

LUNA

Czuła każdy mię­sień, głowa tęt­niła bó­lem. Ręce miała zwią­zane za ple­cami. Sznur wbi­jał się w nad­garstki. Ko­pała i rzu­cała się w każdą stronę, usi­łu­jąc się uwol­nić. Jed­nak trzy­ma­jący ją roz­wście­czeni męż­czyźni oka­zali się zbyt silni. Za­kryli jej głowę, przez co nic nie wi­działa i od­dy­chała z tru­dem. Nie miała po­ję­cia, gdzie jest ani do­kąd ją za­bie­rają. Wie­działa tylko, że nie wyj­dzie z tego żywa.

Na­gle po­ry­wa­cze ją pu­ścili, a wtedy nogi się pod nią ugięły i za­częła się chwiać na boki, le­dwo utrzy­mu­jąc rów­no­wagę.

‒ Cza­row­nica musi umrzeć – wy­sy­czał jej wtem do ucha oprawca wście­kłym gło­sem.

Ktoś mocno po­pchnął ją w plecy i prze­wró­ciła się na zie­mię.

Wpa­dła w bez­denną ot­chłań. Spa­da­jące ciało wy­da­wało się nie­waż­kie. Ból ustą­pił. My­śli ode­rwały się od rze­czy­wi­sto­ści. Cze­kała, aż ude­rzy o zie­mię, ale upa­dek nie na­stą­pił.

Luna usia­dła, ciężko dy­sząc. Znów miała kosz­mar. Sny o jej przod­kini Vil­hel­mi­nie Måns­son stały się w ostat­nich dniach in­ten­syw­niej­sze. Ko­bieta zo­stała stra­cona na Häxber­get, Gó­rze Cza­row­nic, w pro­win­cji Ån­ger­man­land dwu­dzie­stego marca ty­siąc sześć­set sie­dem­dzie­sią­tego szó­stego roku, w naj­święt­szy dzień w roku, kiedy na­stę­puje rów­no­waga mię­dzy ciem­no­ścią a świa­tłem. We­dług ro­dzin­nej le­gendy Vil­hel­mi­nie za­rzu­cono za­bra­nie dzieci i wnu­ków na sa­bat cza­row­nic do Blåkulli, gdzie mieli uczest­ni­czyć w dia­bel­skiej uczcie. Jej są­sia­dów i ro­dzinę zo­stali zmu­szeni, by ze­zna­wać prze­ciwko niej pod groźbą tor­tur. Je­den za­wistny krewny oskar­żył Vil­hel­minę o czary. Przod­kini Luny była wdową, a krewny chciał prze­jąć go­spo­dar­stwo, które odzie­dzi­czyła po mężu. W tam­tych cza­sach czary uzna­wano za naj­gor­sze prze­stęp­stwo, ja­kiego mo­gła się do­pu­ścić ko­bieta, a oskar­żoną nie­mal za­wsze pa­lono na sto­sie. Vil­hel­mina za­prze­czyła za­rzu­tom o prak­ty­ko­wa­nie cza­rów i spół­ko­wa­nie z dia­błem. Wtedy pod­dano ją pró­bie wody. Mó­wiono, że cza­row­nice nie toną, po­nie­waż wy­rze­kły się chrztu. Łowca cza­row­nic i jego po­moc­nicy zwią­zali Vil­hel­mi­nie ręce za ple­cami i wrzu­cili ją do rzeki. Ko­bieta prze­żyła próbę, jed­nak wów­czas spa­lono ją na sto­sie po uprzed­nim ścię­ciu głowy.

Luna, wciąż oszo­ło­miona po kosz­mar­nym śnie, prze­su­nęła dło­nią po karku, jakby chciała się upew­nić, że głowa na­dal trzyma się szyi. Na dru­giej ręce miała kaj­danki przy­pięte krót­kim łań­cu­chem do wez­gło­wia łóżka. Luna bez prze­ko­na­nia po­cią­gnęła za łań­cuch.

Naj­pierw pró­bo­wała się uwol­nić. Szar­pała za łań­cuch, ko­pała w łóżko i dra­pała ścianę, aż po­ła­mała wszyst­kie pa­znok­cie, a palce po­kryły się krwią. Te­raz stra­ciła już wolę walki.

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wała, było małe i bez okien. Le­żała na dol­nej pry­czy pię­tro­wego łóżka z me­ta­lową ramą przy­krę­coną do ściany. Z su­fitu zwi­sała goła ża­rówka da­jąca słabe świa­tło. Łań­cuch był na tyle długi, że Luna mo­gła do­się­gnąć dru­giej ściany w tym wą­skim po­koju, nie da­wała jed­nak rady dojść do drzwi. W ką­cie stało wia­dro, gdzie mo­gła za­ła­twiać swoje po­trzeby, a na pod­ło­dze ktoś zo­sta­wił bu­telkę wody. Się­gnęła po nią i choć mę­czyło ją pra­gnie­nie, wzięła tylko kilka ły­ków. Bała się, że jak woda się skoń­czy, nikt wię­cej nie do­nie­sie. Opa­dła z po­wro­tem na łóżko. Po­czuła ogromne osła­bie­nie. Po­nie­waż nie było okien, nie miała po­ję­cia, która jest go­dzina, czy jest dzień, czy noc.

Po­now­nie za­mknęła oczy i od­mó­wiła po ci­chu mo­dli­twę do Bo­gini. Pró­bo­wała się od­prę­żyć i oczy­ścić umysł ze wszyst­kich zmar­twień. Wy­obra­ziła so­bie Księ­życ w pełni, świe­cący ja­sno na czar­nym nie­bie. Sku­piła się na od­de­chu, mimo że nie była w sta­nie go kon­tro­lo­wać. Kurz i pleśń w celi utrud­niały od­dy­cha­nie. Łóżko aż się za­trzę­sło, kiedy do­stała ostrego ataku kaszlu. Pra­gnęła po­czuć, jak ener­gia prze­pływa przez jej ciało, lecz miała wręcz wra­że­nie, że we­wnętrzna moc po­woli ją opusz­cza. Otwo­rzyła oczy i ro­zej­rzała się po ciem­nej prze­strzeni, gdzie cie­nie tań­czyły na ścia­nach w mi­go­czą­cym świe­tle ża­rówki. Peł­nia Księ­życa sym­bo­li­zuje śmierć, po­my­ślała po­nuro.

Nie wie­rzyła, że uda jej się wyjść stąd cało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij