Polowanie na czarownice. Część 1 - ebook
Mieszkańcy malowniczej Ostrobotni przygotowują się do Świąt Wielkanocnych. Pogodną i beztroską atmosferę zaburza jednak makabryczne odkrycie. W dymiących popiołach ogniska leży bowiem zwęglone ciało kobiety. Jakby tego było mało, nazajutrz tubylcy odnajdują zwłoki kolejnych ofiar.
Gisela Forsell robi wszystko, by ująć sprawcę potwornych morderstw. Trudne śledztwo okazuje się mieć nieoczekiwane konsekwencje dla jej prywatnego życia…
„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-91-8076-674-6 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Poniedziałek, 25 marca 2024 roku
LUNA
Dzień, w którym porwano Lunę Måndotter, zaczął się jak każdy inny. Rano przeprowadziła sesję uzdrawiania online, a po południu pochłonęły ją przygotowania związane z obchodami zbliżającej się pełni Księżyca.
Lunę rozpierała duma, że jest czarownicą, a właściwie wiccanką, jak wolały się nazywać współczesne wiedźmy. Wywodziła się z rodu utalentowanych czarownic, którego korzenie sięgały wielu pokoleń wstecz, aż do końca siedemnastego wieku, kiedy doszło do jednego z ostatnich przypadków spalenia na stosie kobiety praktykującej czary, Vilhelminy Månsson.
O północy członkowie kowenu zwanego Kręgiem Księżyca mieli odprawić tradycyjną ceremonię związaną z celebrowaniem pełni Księżyca i jak zwykle było wiele do zrobienia. Luna czuła się trochę zestresowana. Nie potrafiła odnaleźć w sobie spokoju. Jako arcykapłanka odpowiadała za wszystkie zakupy i planowanie. Ragnar, arcykapłan Kręgu, był w tej kwestii zupełnie bezużyteczny, ale przynajmniej zapewniał im przestrzeń do odprawiania rytuałów i celebrowania świąt wiccańskich.
Na liście zakupów Luny znalazły się między innymi kadzidła i świece oraz sól i woda do oczyszczenia miejsca i uczestników Kręgu, a także wino na imprezę po zakończeniu ceremonii. Wino wydawało się niemal najważniejsze, przynajmniej dla niektórych wiccan. Musiała też kupić nową tunikę, bo te, które miała, były już stare i zniszczone. Bardzo chciała powitać pełnię Księżyca w pełnej harmonii wyglądu i ducha. Spakowała do plecaka wszystkie rytualne akcesoria: kielich, obosieczny sztylet i różdżkę. Ragnar obiecał, że narąbie drewna na palenisko w miejscu ceremonii i na całą noc do kominka w chacie pozbawionej odpowiedniej izolacji. Po zachodzie słońca temperatura wewnątrz spadała poniżej zera.
Do ich kowenu dołączyli nowi członkowie zwerbowani przez Lunę, dlatego musiała pamiętać o spisaniu przebiegu rytuałów i wcześniej przedstawić im właściwą kolejność, żeby nowicjusze wiedzieli, co robić i mówić w różnych momentach ceremonii.
Luna obejrzała się, wychodząc z budynku, w którym mieszkała ze swoją dziewczyną Sussi. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. W ciągu minionego tygodnia wielokrotnie jej się wydawało, że ktoś ją śledzi. Choć było to tylko przeczucie, od narastającego niepokoju przeszły ją ciarki. Omiotła wzrokiem ulicę, nie zauważyła jednak nic szczególnego. Wzdłuż drogi stały samochody, ruch uliczny toczył się w naturalnym tempie, piesi kulili się, chroniąc przed lodowatym wiatrem.
Luna stłumiła nieprzyjemne uczucie. Naciągnęła czapkę na uszy. Na wietrze szeleściły kolorowe wstążki zdobiące nagie gałęzie. Ziemię nadal pokrywała warstwa śniegu. Centrum miasta było oddalone od mieszkania Luny raptem o kilkaset metrów. Weszła do sklepu Alko i po kilku minutach wyszła z kartonem wina. Przecięła Hovrättsesplanaden i doszła do rynku, pośrodku którego stała olbrzymich rozmiarów pisanka, umieszczona tam najwyraźniej niedawno przez radnych miasta Vaasa. Kiedy Luna ostatnio tędy przechodziła, jeszcze go tam nie widziała. Minęła grupkę dzieci podziwiających tę dekorację. Mimowolnie się uśmiechnęła, słysząc, jak dziewczynka z żółtymi piórkami we włosach pyta kogoś, czy to jajko jest z czekolady.
Następnie udała się do galerii handlowej Rewell. Zatrzymała się przed drzwiami obrotowymi. Rozejrzała się po rynku. Potarła kark, gładząc zjeżone na nim włoski. Nikt nie chce mnie skrzywdzić, to tylko wyobraźnia, przekonywała samą siebie i wróciła do załatwiania swoich spraw, a miała ich jeszcze kilka. Każde wykonane zadanie odhaczała z listy.
W sklepach w galerii handlowej znalazła wszystko, czego szukała. Pozostało jej jeszcze sporo czasu, żeby dotrzeć na miejsce, skąd o szesnastej miała zostać odebrana.
Ostatni raz się obejrzała, po czym wyszła na rynek, niosąc w obu rękach torby z zakupami. Spojrzała w niebo. Było bezchmurne, co dobrze wróżyło wieczornemu spotkaniu. Liczyła, że uda im się w nocy wyraźnie zobaczyć Księżyc w pełni. Choć miała sporo do niesienia, postanowiła pójść na miejsce spotkania pieszo. Nie miała daleko. Poza tym spacer dałby jej czas na uspokojenie i zebranie myśli oraz zwizualizowanie wieczornej ceremonii.
Przeniosła się w myślach na leśną polanę, gdzie stała wraz z innymi członkami Kręgu Księżyca, zarówno starymi, jak i nowymi. Utworzyli rytualny krąg i wpatrywali się w magiczny Księżyc w pełni na czarnym nocnym niebie. Ponad nimi szumiały korony drzew, a płomienie świec tańczyły wśród pni. Ogień w palenisku wyrzucał iskry w powietrze. Luna zwróciła się do Bogini, dziękując jej za wszystko oraz prosząc o błogosławieństwo i obdarowanie miłością, zdrowiem, radością i mądrością. O ochronę przed wszelkim złem. Modliła się o pomoc w rozwoju osobistym i jako wiccanka.
Luna minęła zacumowany przy moście statek z restauracją Faros, po czym ruszyła w kierunku wyspy Vasklot. Szła mostem pod wiatr, który z każdą chwilą przybierał na sile, twarz niemal jej drętwiała.
Miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją śledzi, ogarniało ją coraz silniejsze przeczucie, że wydarzy się coś strasznego. Przystanęła i się rozejrzała. Poza nią nie było tu innych przechodniów. Po chwili wahania skręciła w boczną drogę prowadzącą z mostu na wyspę Sandö. Nie widziała żadnego samochodu na dużym parkingu przy plaży. Osoba, z którą się umówiła, jeszcze po nią nie przyjechała.
Latem ten popularny teren rekreacyjny tętnił życiem. Jednak o tej porze roku wyspa wyglądała jak wymarła. Luna się zastanawiała, dlaczego chciał się z nią spotkać właśnie tutaj. Wybór tego miejsca wydał jej się dziwny. Spojrzała na zegarek. Pozostało jeszcze kilka minut. Serce z podekscytowania biło jej coraz szybciej, jak zwykle, gdy zbliżała się ceremonia. Pragnęła jak najszybciej znów być ze wspólnotą. Było w tym coś magicznego, kiedy wszyscy razem stali w blasku boskiego Księżyca, otwierali serca dla Matki Ziemi i czuli jedność z naturą.
Luna doświadczyła wielu pełni Księżyca, i zawsze tak samo fascynowała ją jego moc i otaczająca to wydarzenie aura tajemniczości. Zgodnie z wierzeniami wiccan Bogini objawiała się w trzech fazach Księżyca, kolejno jako Dziewica, Matka i Starucha. Luna uważała, że Księżyc symbolizuje dobro, choć z drugiej strony miała świadomość, że to ciało niebieskie może również ożywić złe moce.
Pogrążona w myślach niemal nie zauważyła samochodu, który zatrzymał się obok niej. Ktoś silnymi rękami chwycił ją od tyłu, a do jej twarzy przycisnął szmatkę nasączoną jakimś środkiem chemicznym. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Nie zdążyła zareagować i nagle zrobiło jej się ciemno przed oczami, a świat wokół niej zniknął.
GISELA
Gisela gwałtownym ruchem odpędziła komara, który siadł na kołnierzyku jej koszuli. Nagranie wreszcie dobiegło końca. Postanowiła, że więcej nie wystąpi w dokumencie true crime. Nieważne, jak silną presję wywrą na nią przełożeni, będą musieli znaleźć kogoś innego, kto zechce udzielić wywiadu. Na przykład mogliby poprosić Tuulę. W przeciwieństwie do Giseli uwielbiała być w centrum uwagi. Zbrodnie, do których doszło zeszłej jesieni w okresie halloweenowym, miały w sobie wszystkie elementy, by przyciągnąć żądnych sensacji widzów, a komendant policji nalegał, żeby to właśnie Gisela, jako osoba odpowiedzialna za śledztwo, wypowiedziała się w tej sprawie.
Producent uniósł palec wskazujący i zakreślił nim w powietrzu małe kółko.
‒ Mamy to!
Rozległy się pojedyncze, niemrawe oklaski ekipy filmowej, które szybko ucichły.
Prowadzący program wstał z turkusowego aksamitnego fotela i uścisnął dłoń Giseli.
‒ Dziękujemy, że zechciała pani po raz kolejny uczestniczyć w naszym programie. Otrzymaliśmy bardzo pozytywny odzew na temat pani wystąpienia w filmie dokumentalnym o morderstwach bożonarodzeniowych. Widzowie postrzegają panią jako sympatyczną i szczerą osobę. Uważają również, że pani skański dialekt jest czarujący. Miejmy nadzieję, że czeka nas więcej interesujących śledztw w sprawie morderstw – rzekł, obdarzając ją olśniewającym uśmiechem prezentera.
Gisela jednak nie odwzajemniła uśmiechu. Uważała bowiem za niesmaczne wykorzystywanie ludzkiego cierpienia na potrzeby rozrywki i żałowała, że wzięła w tym udział.
Do pomieszczenia wszedł stażysta, pchając przed sobą wózek z tradycyjnym szwedzkim wielkanocnym napojem påskmust w plastikowych kubkach oraz miską oblanych czekoladą pianek w kształcie kurczaczków.
‒ O, jak miło, trochę słodkości, żeby uczcić kolejną udaną produkcję. – Producent rozpostarł ręce z entuzjazmem godnym dyrektora cyrku, prezentującego brawurowe akrobacje na trapezie.
Z uwagi na sukces pierwszej serii dokumentów producenci mogli się bardziej postarać i poczęstować gości czymś lepszym niż napój bezalkoholowy i pianki, pomyślała Gisela. Mimo to nie odmówiła. Postanowiła chwilę zostać i porozmawiać z pozostałymi członkami ekipy filmowej. Następnie przeprosiła wszystkich, tłumacząc, że musi iść, gdyż czeka na nią prawdziwa praca w komisariacie.
Kwadrans później Gisela była z powrotem w wydziale kryminalnym. Czuła się lekko zdezorientowana, ilekroć przekraczała próg jednostki. Zimą budynek policji przeszedł gruntowny remont, między innymi zainstalowano nowsze komputery i wprowadzono otwartą przestrzeń. Temu drugiemu Gisela sprzeciwiała się od samego początku. Nikt jednak się tym nie przejął i nie słuchał jej postulatów w kwestii prywatności i spokoju w pracy. Zdaniem firmy konsultingowej, zatrudnionej do opracowania koncepcji, nowa aranżacja przestrzeni sprzyjała komunikacji między zespołami i ułatwiała przepływ informacji.
Gisela przemykała zygzakiem między biurkami, co chwilę się zatrzymując, by odpowiedzieć na pytania dotyczące nagrania i wysłuchać komentarzy na temat swojego wyglądu. Nadal miała na twarzy pełny telewizyjny makijaż, a jej włosy układały się w delikatne fale, w niczym nieprzypominające ptasiego gniazda, z jakim zwykle chodziła. Wreszcie dotarła do swojego miejsca pracy, gdzie znajdowało się jej biurko, które odgrodziła od pozostałych ruchomymi ściankami działowymi, usiłując zapewnić sobie w tym kącie więcej prywatności. Była ona jednak tylko pozorna. Jeśli naprawdę chciało się pracować w spokoju, należało założyć słuchawki z redukcją szumów. Żeby zaś omówić poufne informacje, trzeba było zarezerwować znajdujące się pośrodku biura, oszklone dźwiękoszczelne pomieszczenie, albo kabinę, jak je wszyscy nazywali.
Gisela głośno westchnęła, czytając podsumowanie ich najnowszej sprawy. Grupa młodych mężczyzn – po zdecydowanie zbyt wielu drinkach wypitych podczas wieczoru kawalerskiego – uznała, że dobrym pomysłem będzie zorganizowanie prawdziwego polowania na wielkanocne zające. Panowie zabrali ze sobą strzelby i udali się do lasu strzelać do niewinnych zwierząt. Prawdziwych, takich, które można było podać na wielkanocny obiad. Nie dość, że sezon polowań na szaraki w tym roku już się skończył, to na dodatek jeden z mężczyzn przypadkowo postrzelił przyszłego pana młodego. Wódka, broń i faceci buzujący testosteronem rzadko tworzyli udane połączenie. Gisela przydzieliła sprawę Linusowi.
Wyjrzała przez ścianki działowe, by zapytać Linusa o aktualne informacje na temat stanu rannego mężczyzny. Kiedy ostatnio rozmawiali o tej sprawie, poszkodowany przebywał na oddziale intensywnej terapii. Obawiała się, że wypadek trzeba będzie potraktować jako sprawę o zabójstwo lub nieumyślne spowodowanie śmierci. Krzesło Linusa stało puste. Gisela przypomniała sobie, że wyszedł wcześniej, by odebrać bliźniaków z przedszkola, mimo że w tym tygodniu dzieci były pod opieką Josefin.
LINUS
Kiedy Linus wszedł do przedszkola, przyjęcie wielkanocne w grupie Biedronek trwało w najlepsze. Czekał w szatni wraz z dwojgiem innych rodziców wpatrzonych w komórki. Ze świetlicy dochodziły radosne głosy dzieci. Bliźniacy przez cały poprzedni tydzień bez przerwy rozmawiali o tym dniu. Najpierw mieli malować pisanki, potem zjeść wielkanocne ciasto upieczone przez przedszkolaki. Zgodnie z tradycją uroczystość zakończyła się tańcem wokół wielkanocnych gałązek, które dzieci zebrały na przedszkolnym podwórku i ozdobiły własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Malte i Max chodzili w kółko, śpiewając różne piosenki z wymyślonymi tekstami związanymi z Wielkanocą do melodii popularnych dziecięcych utworów. Wychowawcy byli naprawdę kreatywni. Linusowi tak te wielkanocne przyśpiewki utkwiły w głowie, że złapał się w pracy na tym, jak je nuci.
W sali dzieci śpiewały na całe gardło zabawnie zmienioną wersję znanej kolędy. Kiedy ucichły ostatnie dźwięki, tłum wybuchnął oklaskami i okrzykami radości.
Jedna z opiekunek głośno zagwizdała, by przebić się przez gwar i ponownie przyciągnąć uwagę przedszkolaków.
‒ Dzieci, które nie idą do domu po przyjęciu wielkanocnym, mogą wyjść na dwór się pobawić i tam poczekać na rodziców.
Po chwili do szatni wbiegło kilkanaścioro podekscytowanych maluchów i zaczęło zakładać kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Malte i Max ze śladami po farbach na rękach, ubraniach i twarzach jednocześnie rzucili się na Linusa z taką siłą, że o mało go nie przewrócili.
‒ Dobrze się bawiliście? – spytał.
‒ Taaak! – krzyknęli chórem bliźniacy i kilkoro innych dzieci.
Wychowawczyni przebrana za kurczaka zaraz dołączyła do przedszkolaków, by pomóc najmłodszym się ubrać.
‒ Jedziemy do domu – rzekł Linus.
‒ Czy to tydzień z mamą czy z tobą? – zastanawiał się Malte.
‒ Z mamą. Odwiozę was do domu. Mama już tam na was czeka.
Dwadzieścia minut później Linus zatrzymał się w dzielnicy Gamla Vasa przed czerwonym drewnianym domem, który kupił wraz z Josefin, gdy się dowiedzieli, że jest w ciąży z Lailą, najstarszą z ich czworga dzieci. Bliźniacy radośnie wyskoczyli z samochodu i pobiegli do drzwi wejściowych, gdzie czekała na nich mama z wyciągniętymi ramionami. Uściskała synków, po czym chłopcy prędko wślizgnęli się do środka.
‒ Cześć – przywitał się Linus.
‒ Cześć – odparła Josefin.
‒ Czy Laila i Harri są w domu?
Kiedy nie był z dziećmi, tęsknił za nimi tak bardzo, że pękało mu serce.
‒ Nie, niestety. Harri jest u kolegi, a Laila prosto po szkole miała iść na trening pływacki. Niedługo po nią pojedziemy – wyjaśniła Josefin, spoglądając na zegarek.
‒ Może chcesz, żebym odebrał Lailę i odwiózł ją do domu? W ten sposób nie będziesz musiała zabierać ze sobą Maltego i Maxa.
‒ Dziękuję, to miło z twojej strony, ale już odebrałeś bliźniaków z przedszkola, mimo że to mój tydzień z dziećmi.
‒ To żaden kłopot. To są też moje dzieci. Lubię spędzać z nimi czas.
Josefin skrzyżowała ręce na piersi.
‒ Naprawdę? Inaczej to wyglądało, kiedy mieszkaliśmy razem. Wolałeś pracować, niż spędzać czas z rodziną.
Linus ugryzł się w język.
‒ Proszę, Josefin, nie kłóćmy się teraz o to. Wiem, że nie byłem najlepszym ojcem, ale kocham nasze dzieci… I kocham ciebie.
Wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź Josefin, która w tym momencie luźno opuściła ręce wzdłuż ciała.
‒ Nie zaczynaj znowu. Potrzebuję więcej czasu.
Linus chciał zapytać, ile dokładnie czasu jej potrzeba, ale wiedział, że lepiej tego nie robić.
‒ Spokojnie, poczekam – odparł, usiłując nie okazać frustracji.
Separacja była pomysłem Josefin. Linus nie miał nic do powiedzenia. Choć miało to być tylko tymczasowe rozwiązanie, z każdym dniem rosły w nim obawy, że przerodzi się to w coś trwałego.
Twarz Josefin złagodniała.
‒ Pomyślałam, że w sobotę moglibyśmy pojechać razem, całą rodziną, na ognisko wielkanocne do Kråklundy. O ile nie masz innych planów, oczywiście.
‒ Bardzo chętnie ‒ ucieszył się Linus, czując, że nadzieja, którą utracił, ożyła w nim na nowo.
Uczucie to towarzyszyło mu przez całą drogę powrotną, lecz zniknęło, gdy tylko przekroczył próg niewielkiego mieszkania w południowej części Vaasy, w którym mieszkał na zmianę z Josefin. Co drugi tydzień, kiedy Josefin opiekowała się dziećmi w domu w Gamla Vasa, Linus wprowadzał się tutaj. Następnie przenosił się do ich willi. Celem takiego układu było pozostawienie dzieci w ich dotychczasowym domu. To również wymyśliła Josefin. Słyszała, że nowy trend w rozwodach, zwany pieczą gniazdową czy z angielskiego birdnesting, stanowił dobre rozwiązanie na proces przejściowy – z myślą o potrzebach dzieci.
Linus zastanawiał się, do czego ma prowadzić ten proces przejściowy. Gdyby to on decydował, wszyscy mieszkaliby cały czas razem w jednym domu.
LUNA
Czuła każdy mięsień, głowa tętniła bólem. Ręce miała związane za plecami. Sznur wbijał się w nadgarstki. Kopała i rzucała się w każdą stronę, usiłując się uwolnić. Jednak trzymający ją rozwścieczeni mężczyźni okazali się zbyt silni. Zakryli jej głowę, przez co nic nie widziała i oddychała z trudem. Nie miała pojęcia, gdzie jest ani dokąd ją zabierają. Wiedziała tylko, że nie wyjdzie z tego żywa.
Nagle porywacze ją puścili, a wtedy nogi się pod nią ugięły i zaczęła się chwiać na boki, ledwo utrzymując równowagę.
‒ Czarownica musi umrzeć – wysyczał jej wtem do ucha oprawca wściekłym głosem.
Ktoś mocno popchnął ją w plecy i przewróciła się na ziemię.
Wpadła w bezdenną otchłań. Spadające ciało wydawało się nieważkie. Ból ustąpił. Myśli oderwały się od rzeczywistości. Czekała, aż uderzy o ziemię, ale upadek nie nastąpił.
Luna usiadła, ciężko dysząc. Znów miała koszmar. Sny o jej przodkini Vilhelminie Månsson stały się w ostatnich dniach intensywniejsze. Kobieta została stracona na Häxberget, Górze Czarownic, w prowincji Ångermanland dwudziestego marca tysiąc sześćset siedemdziesiątego szóstego roku, w najświętszy dzień w roku, kiedy następuje równowaga między ciemnością a światłem. Według rodzinnej legendy Vilhelminie zarzucono zabranie dzieci i wnuków na sabat czarownic do Blåkulli, gdzie mieli uczestniczyć w diabelskiej uczcie. Jej sąsiadów i rodzinę zostali zmuszeni, by zeznawać przeciwko niej pod groźbą tortur. Jeden zawistny krewny oskarżył Vilhelminę o czary. Przodkini Luny była wdową, a krewny chciał przejąć gospodarstwo, które odziedziczyła po mężu. W tamtych czasach czary uznawano za najgorsze przestępstwo, jakiego mogła się dopuścić kobieta, a oskarżoną niemal zawsze palono na stosie. Vilhelmina zaprzeczyła zarzutom o praktykowanie czarów i spółkowanie z diabłem. Wtedy poddano ją próbie wody. Mówiono, że czarownice nie toną, ponieważ wyrzekły się chrztu. Łowca czarownic i jego pomocnicy związali Vilhelminie ręce za plecami i wrzucili ją do rzeki. Kobieta przeżyła próbę, jednak wówczas spalono ją na stosie po uprzednim ścięciu głowy.
Luna, wciąż oszołomiona po koszmarnym śnie, przesunęła dłonią po karku, jakby chciała się upewnić, że głowa nadal trzyma się szyi. Na drugiej ręce miała kajdanki przypięte krótkim łańcuchem do wezgłowia łóżka. Luna bez przekonania pociągnęła za łańcuch.
Najpierw próbowała się uwolnić. Szarpała za łańcuch, kopała w łóżko i drapała ścianę, aż połamała wszystkie paznokcie, a palce pokryły się krwią. Teraz straciła już wolę walki.
Pomieszczenie, w którym się znajdowała, było małe i bez okien. Leżała na dolnej pryczy piętrowego łóżka z metalową ramą przykręconą do ściany. Z sufitu zwisała goła żarówka dająca słabe światło. Łańcuch był na tyle długi, że Luna mogła dosięgnąć drugiej ściany w tym wąskim pokoju, nie dawała jednak rady dojść do drzwi. W kącie stało wiadro, gdzie mogła załatwiać swoje potrzeby, a na podłodze ktoś zostawił butelkę wody. Sięgnęła po nią i choć męczyło ją pragnienie, wzięła tylko kilka łyków. Bała się, że jak woda się skończy, nikt więcej nie doniesie. Opadła z powrotem na łóżko. Poczuła ogromne osłabienie. Ponieważ nie było okien, nie miała pojęcia, która jest godzina, czy jest dzień, czy noc.
Ponownie zamknęła oczy i odmówiła po cichu modlitwę do Bogini. Próbowała się odprężyć i oczyścić umysł ze wszystkich zmartwień. Wyobraziła sobie Księżyc w pełni, świecący jasno na czarnym niebie. Skupiła się na oddechu, mimo że nie była w stanie go kontrolować. Kurz i pleśń w celi utrudniały oddychanie. Łóżko aż się zatrzęsło, kiedy dostała ostrego ataku kaszlu. Pragnęła poczuć, jak energia przepływa przez jej ciało, lecz miała wręcz wrażenie, że wewnętrzna moc powoli ją opuszcza. Otworzyła oczy i rozejrzała się po ciemnej przestrzeni, gdzie cienie tańczyły na ścianach w migoczącym świetle żarówki. Pełnia Księżyca symbolizuje śmierć, pomyślała ponuro.
Nie wierzyła, że uda jej się wyjść stąd cało.
LUNA
Dzień, w którym porwano Lunę Måndotter, zaczął się jak każdy inny. Rano przeprowadziła sesję uzdrawiania online, a po południu pochłonęły ją przygotowania związane z obchodami zbliżającej się pełni Księżyca.
Lunę rozpierała duma, że jest czarownicą, a właściwie wiccanką, jak wolały się nazywać współczesne wiedźmy. Wywodziła się z rodu utalentowanych czarownic, którego korzenie sięgały wielu pokoleń wstecz, aż do końca siedemnastego wieku, kiedy doszło do jednego z ostatnich przypadków spalenia na stosie kobiety praktykującej czary, Vilhelminy Månsson.
O północy członkowie kowenu zwanego Kręgiem Księżyca mieli odprawić tradycyjną ceremonię związaną z celebrowaniem pełni Księżyca i jak zwykle było wiele do zrobienia. Luna czuła się trochę zestresowana. Nie potrafiła odnaleźć w sobie spokoju. Jako arcykapłanka odpowiadała za wszystkie zakupy i planowanie. Ragnar, arcykapłan Kręgu, był w tej kwestii zupełnie bezużyteczny, ale przynajmniej zapewniał im przestrzeń do odprawiania rytuałów i celebrowania świąt wiccańskich.
Na liście zakupów Luny znalazły się między innymi kadzidła i świece oraz sól i woda do oczyszczenia miejsca i uczestników Kręgu, a także wino na imprezę po zakończeniu ceremonii. Wino wydawało się niemal najważniejsze, przynajmniej dla niektórych wiccan. Musiała też kupić nową tunikę, bo te, które miała, były już stare i zniszczone. Bardzo chciała powitać pełnię Księżyca w pełnej harmonii wyglądu i ducha. Spakowała do plecaka wszystkie rytualne akcesoria: kielich, obosieczny sztylet i różdżkę. Ragnar obiecał, że narąbie drewna na palenisko w miejscu ceremonii i na całą noc do kominka w chacie pozbawionej odpowiedniej izolacji. Po zachodzie słońca temperatura wewnątrz spadała poniżej zera.
Do ich kowenu dołączyli nowi członkowie zwerbowani przez Lunę, dlatego musiała pamiętać o spisaniu przebiegu rytuałów i wcześniej przedstawić im właściwą kolejność, żeby nowicjusze wiedzieli, co robić i mówić w różnych momentach ceremonii.
Luna obejrzała się, wychodząc z budynku, w którym mieszkała ze swoją dziewczyną Sussi. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. W ciągu minionego tygodnia wielokrotnie jej się wydawało, że ktoś ją śledzi. Choć było to tylko przeczucie, od narastającego niepokoju przeszły ją ciarki. Omiotła wzrokiem ulicę, nie zauważyła jednak nic szczególnego. Wzdłuż drogi stały samochody, ruch uliczny toczył się w naturalnym tempie, piesi kulili się, chroniąc przed lodowatym wiatrem.
Luna stłumiła nieprzyjemne uczucie. Naciągnęła czapkę na uszy. Na wietrze szeleściły kolorowe wstążki zdobiące nagie gałęzie. Ziemię nadal pokrywała warstwa śniegu. Centrum miasta było oddalone od mieszkania Luny raptem o kilkaset metrów. Weszła do sklepu Alko i po kilku minutach wyszła z kartonem wina. Przecięła Hovrättsesplanaden i doszła do rynku, pośrodku którego stała olbrzymich rozmiarów pisanka, umieszczona tam najwyraźniej niedawno przez radnych miasta Vaasa. Kiedy Luna ostatnio tędy przechodziła, jeszcze go tam nie widziała. Minęła grupkę dzieci podziwiających tę dekorację. Mimowolnie się uśmiechnęła, słysząc, jak dziewczynka z żółtymi piórkami we włosach pyta kogoś, czy to jajko jest z czekolady.
Następnie udała się do galerii handlowej Rewell. Zatrzymała się przed drzwiami obrotowymi. Rozejrzała się po rynku. Potarła kark, gładząc zjeżone na nim włoski. Nikt nie chce mnie skrzywdzić, to tylko wyobraźnia, przekonywała samą siebie i wróciła do załatwiania swoich spraw, a miała ich jeszcze kilka. Każde wykonane zadanie odhaczała z listy.
W sklepach w galerii handlowej znalazła wszystko, czego szukała. Pozostało jej jeszcze sporo czasu, żeby dotrzeć na miejsce, skąd o szesnastej miała zostać odebrana.
Ostatni raz się obejrzała, po czym wyszła na rynek, niosąc w obu rękach torby z zakupami. Spojrzała w niebo. Było bezchmurne, co dobrze wróżyło wieczornemu spotkaniu. Liczyła, że uda im się w nocy wyraźnie zobaczyć Księżyc w pełni. Choć miała sporo do niesienia, postanowiła pójść na miejsce spotkania pieszo. Nie miała daleko. Poza tym spacer dałby jej czas na uspokojenie i zebranie myśli oraz zwizualizowanie wieczornej ceremonii.
Przeniosła się w myślach na leśną polanę, gdzie stała wraz z innymi członkami Kręgu Księżyca, zarówno starymi, jak i nowymi. Utworzyli rytualny krąg i wpatrywali się w magiczny Księżyc w pełni na czarnym nocnym niebie. Ponad nimi szumiały korony drzew, a płomienie świec tańczyły wśród pni. Ogień w palenisku wyrzucał iskry w powietrze. Luna zwróciła się do Bogini, dziękując jej za wszystko oraz prosząc o błogosławieństwo i obdarowanie miłością, zdrowiem, radością i mądrością. O ochronę przed wszelkim złem. Modliła się o pomoc w rozwoju osobistym i jako wiccanka.
Luna minęła zacumowany przy moście statek z restauracją Faros, po czym ruszyła w kierunku wyspy Vasklot. Szła mostem pod wiatr, który z każdą chwilą przybierał na sile, twarz niemal jej drętwiała.
Miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją śledzi, ogarniało ją coraz silniejsze przeczucie, że wydarzy się coś strasznego. Przystanęła i się rozejrzała. Poza nią nie było tu innych przechodniów. Po chwili wahania skręciła w boczną drogę prowadzącą z mostu na wyspę Sandö. Nie widziała żadnego samochodu na dużym parkingu przy plaży. Osoba, z którą się umówiła, jeszcze po nią nie przyjechała.
Latem ten popularny teren rekreacyjny tętnił życiem. Jednak o tej porze roku wyspa wyglądała jak wymarła. Luna się zastanawiała, dlaczego chciał się z nią spotkać właśnie tutaj. Wybór tego miejsca wydał jej się dziwny. Spojrzała na zegarek. Pozostało jeszcze kilka minut. Serce z podekscytowania biło jej coraz szybciej, jak zwykle, gdy zbliżała się ceremonia. Pragnęła jak najszybciej znów być ze wspólnotą. Było w tym coś magicznego, kiedy wszyscy razem stali w blasku boskiego Księżyca, otwierali serca dla Matki Ziemi i czuli jedność z naturą.
Luna doświadczyła wielu pełni Księżyca, i zawsze tak samo fascynowała ją jego moc i otaczająca to wydarzenie aura tajemniczości. Zgodnie z wierzeniami wiccan Bogini objawiała się w trzech fazach Księżyca, kolejno jako Dziewica, Matka i Starucha. Luna uważała, że Księżyc symbolizuje dobro, choć z drugiej strony miała świadomość, że to ciało niebieskie może również ożywić złe moce.
Pogrążona w myślach niemal nie zauważyła samochodu, który zatrzymał się obok niej. Ktoś silnymi rękami chwycił ją od tyłu, a do jej twarzy przycisnął szmatkę nasączoną jakimś środkiem chemicznym. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Nie zdążyła zareagować i nagle zrobiło jej się ciemno przed oczami, a świat wokół niej zniknął.
GISELA
Gisela gwałtownym ruchem odpędziła komara, który siadł na kołnierzyku jej koszuli. Nagranie wreszcie dobiegło końca. Postanowiła, że więcej nie wystąpi w dokumencie true crime. Nieważne, jak silną presję wywrą na nią przełożeni, będą musieli znaleźć kogoś innego, kto zechce udzielić wywiadu. Na przykład mogliby poprosić Tuulę. W przeciwieństwie do Giseli uwielbiała być w centrum uwagi. Zbrodnie, do których doszło zeszłej jesieni w okresie halloweenowym, miały w sobie wszystkie elementy, by przyciągnąć żądnych sensacji widzów, a komendant policji nalegał, żeby to właśnie Gisela, jako osoba odpowiedzialna za śledztwo, wypowiedziała się w tej sprawie.
Producent uniósł palec wskazujący i zakreślił nim w powietrzu małe kółko.
‒ Mamy to!
Rozległy się pojedyncze, niemrawe oklaski ekipy filmowej, które szybko ucichły.
Prowadzący program wstał z turkusowego aksamitnego fotela i uścisnął dłoń Giseli.
‒ Dziękujemy, że zechciała pani po raz kolejny uczestniczyć w naszym programie. Otrzymaliśmy bardzo pozytywny odzew na temat pani wystąpienia w filmie dokumentalnym o morderstwach bożonarodzeniowych. Widzowie postrzegają panią jako sympatyczną i szczerą osobę. Uważają również, że pani skański dialekt jest czarujący. Miejmy nadzieję, że czeka nas więcej interesujących śledztw w sprawie morderstw – rzekł, obdarzając ją olśniewającym uśmiechem prezentera.
Gisela jednak nie odwzajemniła uśmiechu. Uważała bowiem za niesmaczne wykorzystywanie ludzkiego cierpienia na potrzeby rozrywki i żałowała, że wzięła w tym udział.
Do pomieszczenia wszedł stażysta, pchając przed sobą wózek z tradycyjnym szwedzkim wielkanocnym napojem påskmust w plastikowych kubkach oraz miską oblanych czekoladą pianek w kształcie kurczaczków.
‒ O, jak miło, trochę słodkości, żeby uczcić kolejną udaną produkcję. – Producent rozpostarł ręce z entuzjazmem godnym dyrektora cyrku, prezentującego brawurowe akrobacje na trapezie.
Z uwagi na sukces pierwszej serii dokumentów producenci mogli się bardziej postarać i poczęstować gości czymś lepszym niż napój bezalkoholowy i pianki, pomyślała Gisela. Mimo to nie odmówiła. Postanowiła chwilę zostać i porozmawiać z pozostałymi członkami ekipy filmowej. Następnie przeprosiła wszystkich, tłumacząc, że musi iść, gdyż czeka na nią prawdziwa praca w komisariacie.
Kwadrans później Gisela była z powrotem w wydziale kryminalnym. Czuła się lekko zdezorientowana, ilekroć przekraczała próg jednostki. Zimą budynek policji przeszedł gruntowny remont, między innymi zainstalowano nowsze komputery i wprowadzono otwartą przestrzeń. Temu drugiemu Gisela sprzeciwiała się od samego początku. Nikt jednak się tym nie przejął i nie słuchał jej postulatów w kwestii prywatności i spokoju w pracy. Zdaniem firmy konsultingowej, zatrudnionej do opracowania koncepcji, nowa aranżacja przestrzeni sprzyjała komunikacji między zespołami i ułatwiała przepływ informacji.
Gisela przemykała zygzakiem między biurkami, co chwilę się zatrzymując, by odpowiedzieć na pytania dotyczące nagrania i wysłuchać komentarzy na temat swojego wyglądu. Nadal miała na twarzy pełny telewizyjny makijaż, a jej włosy układały się w delikatne fale, w niczym nieprzypominające ptasiego gniazda, z jakim zwykle chodziła. Wreszcie dotarła do swojego miejsca pracy, gdzie znajdowało się jej biurko, które odgrodziła od pozostałych ruchomymi ściankami działowymi, usiłując zapewnić sobie w tym kącie więcej prywatności. Była ona jednak tylko pozorna. Jeśli naprawdę chciało się pracować w spokoju, należało założyć słuchawki z redukcją szumów. Żeby zaś omówić poufne informacje, trzeba było zarezerwować znajdujące się pośrodku biura, oszklone dźwiękoszczelne pomieszczenie, albo kabinę, jak je wszyscy nazywali.
Gisela głośno westchnęła, czytając podsumowanie ich najnowszej sprawy. Grupa młodych mężczyzn – po zdecydowanie zbyt wielu drinkach wypitych podczas wieczoru kawalerskiego – uznała, że dobrym pomysłem będzie zorganizowanie prawdziwego polowania na wielkanocne zające. Panowie zabrali ze sobą strzelby i udali się do lasu strzelać do niewinnych zwierząt. Prawdziwych, takich, które można było podać na wielkanocny obiad. Nie dość, że sezon polowań na szaraki w tym roku już się skończył, to na dodatek jeden z mężczyzn przypadkowo postrzelił przyszłego pana młodego. Wódka, broń i faceci buzujący testosteronem rzadko tworzyli udane połączenie. Gisela przydzieliła sprawę Linusowi.
Wyjrzała przez ścianki działowe, by zapytać Linusa o aktualne informacje na temat stanu rannego mężczyzny. Kiedy ostatnio rozmawiali o tej sprawie, poszkodowany przebywał na oddziale intensywnej terapii. Obawiała się, że wypadek trzeba będzie potraktować jako sprawę o zabójstwo lub nieumyślne spowodowanie śmierci. Krzesło Linusa stało puste. Gisela przypomniała sobie, że wyszedł wcześniej, by odebrać bliźniaków z przedszkola, mimo że w tym tygodniu dzieci były pod opieką Josefin.
LINUS
Kiedy Linus wszedł do przedszkola, przyjęcie wielkanocne w grupie Biedronek trwało w najlepsze. Czekał w szatni wraz z dwojgiem innych rodziców wpatrzonych w komórki. Ze świetlicy dochodziły radosne głosy dzieci. Bliźniacy przez cały poprzedni tydzień bez przerwy rozmawiali o tym dniu. Najpierw mieli malować pisanki, potem zjeść wielkanocne ciasto upieczone przez przedszkolaki. Zgodnie z tradycją uroczystość zakończyła się tańcem wokół wielkanocnych gałązek, które dzieci zebrały na przedszkolnym podwórku i ozdobiły własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Malte i Max chodzili w kółko, śpiewając różne piosenki z wymyślonymi tekstami związanymi z Wielkanocą do melodii popularnych dziecięcych utworów. Wychowawcy byli naprawdę kreatywni. Linusowi tak te wielkanocne przyśpiewki utkwiły w głowie, że złapał się w pracy na tym, jak je nuci.
W sali dzieci śpiewały na całe gardło zabawnie zmienioną wersję znanej kolędy. Kiedy ucichły ostatnie dźwięki, tłum wybuchnął oklaskami i okrzykami radości.
Jedna z opiekunek głośno zagwizdała, by przebić się przez gwar i ponownie przyciągnąć uwagę przedszkolaków.
‒ Dzieci, które nie idą do domu po przyjęciu wielkanocnym, mogą wyjść na dwór się pobawić i tam poczekać na rodziców.
Po chwili do szatni wbiegło kilkanaścioro podekscytowanych maluchów i zaczęło zakładać kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Malte i Max ze śladami po farbach na rękach, ubraniach i twarzach jednocześnie rzucili się na Linusa z taką siłą, że o mało go nie przewrócili.
‒ Dobrze się bawiliście? – spytał.
‒ Taaak! – krzyknęli chórem bliźniacy i kilkoro innych dzieci.
Wychowawczyni przebrana za kurczaka zaraz dołączyła do przedszkolaków, by pomóc najmłodszym się ubrać.
‒ Jedziemy do domu – rzekł Linus.
‒ Czy to tydzień z mamą czy z tobą? – zastanawiał się Malte.
‒ Z mamą. Odwiozę was do domu. Mama już tam na was czeka.
Dwadzieścia minut później Linus zatrzymał się w dzielnicy Gamla Vasa przed czerwonym drewnianym domem, który kupił wraz z Josefin, gdy się dowiedzieli, że jest w ciąży z Lailą, najstarszą z ich czworga dzieci. Bliźniacy radośnie wyskoczyli z samochodu i pobiegli do drzwi wejściowych, gdzie czekała na nich mama z wyciągniętymi ramionami. Uściskała synków, po czym chłopcy prędko wślizgnęli się do środka.
‒ Cześć – przywitał się Linus.
‒ Cześć – odparła Josefin.
‒ Czy Laila i Harri są w domu?
Kiedy nie był z dziećmi, tęsknił za nimi tak bardzo, że pękało mu serce.
‒ Nie, niestety. Harri jest u kolegi, a Laila prosto po szkole miała iść na trening pływacki. Niedługo po nią pojedziemy – wyjaśniła Josefin, spoglądając na zegarek.
‒ Może chcesz, żebym odebrał Lailę i odwiózł ją do domu? W ten sposób nie będziesz musiała zabierać ze sobą Maltego i Maxa.
‒ Dziękuję, to miło z twojej strony, ale już odebrałeś bliźniaków z przedszkola, mimo że to mój tydzień z dziećmi.
‒ To żaden kłopot. To są też moje dzieci. Lubię spędzać z nimi czas.
Josefin skrzyżowała ręce na piersi.
‒ Naprawdę? Inaczej to wyglądało, kiedy mieszkaliśmy razem. Wolałeś pracować, niż spędzać czas z rodziną.
Linus ugryzł się w język.
‒ Proszę, Josefin, nie kłóćmy się teraz o to. Wiem, że nie byłem najlepszym ojcem, ale kocham nasze dzieci… I kocham ciebie.
Wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź Josefin, która w tym momencie luźno opuściła ręce wzdłuż ciała.
‒ Nie zaczynaj znowu. Potrzebuję więcej czasu.
Linus chciał zapytać, ile dokładnie czasu jej potrzeba, ale wiedział, że lepiej tego nie robić.
‒ Spokojnie, poczekam – odparł, usiłując nie okazać frustracji.
Separacja była pomysłem Josefin. Linus nie miał nic do powiedzenia. Choć miało to być tylko tymczasowe rozwiązanie, z każdym dniem rosły w nim obawy, że przerodzi się to w coś trwałego.
Twarz Josefin złagodniała.
‒ Pomyślałam, że w sobotę moglibyśmy pojechać razem, całą rodziną, na ognisko wielkanocne do Kråklundy. O ile nie masz innych planów, oczywiście.
‒ Bardzo chętnie ‒ ucieszył się Linus, czując, że nadzieja, którą utracił, ożyła w nim na nowo.
Uczucie to towarzyszyło mu przez całą drogę powrotną, lecz zniknęło, gdy tylko przekroczył próg niewielkiego mieszkania w południowej części Vaasy, w którym mieszkał na zmianę z Josefin. Co drugi tydzień, kiedy Josefin opiekowała się dziećmi w domu w Gamla Vasa, Linus wprowadzał się tutaj. Następnie przenosił się do ich willi. Celem takiego układu było pozostawienie dzieci w ich dotychczasowym domu. To również wymyśliła Josefin. Słyszała, że nowy trend w rozwodach, zwany pieczą gniazdową czy z angielskiego birdnesting, stanowił dobre rozwiązanie na proces przejściowy – z myślą o potrzebach dzieci.
Linus zastanawiał się, do czego ma prowadzić ten proces przejściowy. Gdyby to on decydował, wszyscy mieszkaliby cały czas razem w jednym domu.
LUNA
Czuła każdy mięsień, głowa tętniła bólem. Ręce miała związane za plecami. Sznur wbijał się w nadgarstki. Kopała i rzucała się w każdą stronę, usiłując się uwolnić. Jednak trzymający ją rozwścieczeni mężczyźni okazali się zbyt silni. Zakryli jej głowę, przez co nic nie widziała i oddychała z trudem. Nie miała pojęcia, gdzie jest ani dokąd ją zabierają. Wiedziała tylko, że nie wyjdzie z tego żywa.
Nagle porywacze ją puścili, a wtedy nogi się pod nią ugięły i zaczęła się chwiać na boki, ledwo utrzymując równowagę.
‒ Czarownica musi umrzeć – wysyczał jej wtem do ucha oprawca wściekłym głosem.
Ktoś mocno popchnął ją w plecy i przewróciła się na ziemię.
Wpadła w bezdenną otchłań. Spadające ciało wydawało się nieważkie. Ból ustąpił. Myśli oderwały się od rzeczywistości. Czekała, aż uderzy o ziemię, ale upadek nie nastąpił.
Luna usiadła, ciężko dysząc. Znów miała koszmar. Sny o jej przodkini Vilhelminie Månsson stały się w ostatnich dniach intensywniejsze. Kobieta została stracona na Häxberget, Górze Czarownic, w prowincji Ångermanland dwudziestego marca tysiąc sześćset siedemdziesiątego szóstego roku, w najświętszy dzień w roku, kiedy następuje równowaga między ciemnością a światłem. Według rodzinnej legendy Vilhelminie zarzucono zabranie dzieci i wnuków na sabat czarownic do Blåkulli, gdzie mieli uczestniczyć w diabelskiej uczcie. Jej sąsiadów i rodzinę zostali zmuszeni, by zeznawać przeciwko niej pod groźbą tortur. Jeden zawistny krewny oskarżył Vilhelminę o czary. Przodkini Luny była wdową, a krewny chciał przejąć gospodarstwo, które odziedziczyła po mężu. W tamtych czasach czary uznawano za najgorsze przestępstwo, jakiego mogła się dopuścić kobieta, a oskarżoną niemal zawsze palono na stosie. Vilhelmina zaprzeczyła zarzutom o praktykowanie czarów i spółkowanie z diabłem. Wtedy poddano ją próbie wody. Mówiono, że czarownice nie toną, ponieważ wyrzekły się chrztu. Łowca czarownic i jego pomocnicy związali Vilhelminie ręce za plecami i wrzucili ją do rzeki. Kobieta przeżyła próbę, jednak wówczas spalono ją na stosie po uprzednim ścięciu głowy.
Luna, wciąż oszołomiona po koszmarnym śnie, przesunęła dłonią po karku, jakby chciała się upewnić, że głowa nadal trzyma się szyi. Na drugiej ręce miała kajdanki przypięte krótkim łańcuchem do wezgłowia łóżka. Luna bez przekonania pociągnęła za łańcuch.
Najpierw próbowała się uwolnić. Szarpała za łańcuch, kopała w łóżko i drapała ścianę, aż połamała wszystkie paznokcie, a palce pokryły się krwią. Teraz straciła już wolę walki.
Pomieszczenie, w którym się znajdowała, było małe i bez okien. Leżała na dolnej pryczy piętrowego łóżka z metalową ramą przykręconą do ściany. Z sufitu zwisała goła żarówka dająca słabe światło. Łańcuch był na tyle długi, że Luna mogła dosięgnąć drugiej ściany w tym wąskim pokoju, nie dawała jednak rady dojść do drzwi. W kącie stało wiadro, gdzie mogła załatwiać swoje potrzeby, a na podłodze ktoś zostawił butelkę wody. Sięgnęła po nią i choć męczyło ją pragnienie, wzięła tylko kilka łyków. Bała się, że jak woda się skończy, nikt więcej nie doniesie. Opadła z powrotem na łóżko. Poczuła ogromne osłabienie. Ponieważ nie było okien, nie miała pojęcia, która jest godzina, czy jest dzień, czy noc.
Ponownie zamknęła oczy i odmówiła po cichu modlitwę do Bogini. Próbowała się odprężyć i oczyścić umysł ze wszystkich zmartwień. Wyobraziła sobie Księżyc w pełni, świecący jasno na czarnym niebie. Skupiła się na oddechu, mimo że nie była w stanie go kontrolować. Kurz i pleśń w celi utrudniały oddychanie. Łóżko aż się zatrzęsło, kiedy dostała ostrego ataku kaszlu. Pragnęła poczuć, jak energia przepływa przez jej ciało, lecz miała wręcz wrażenie, że wewnętrzna moc powoli ją opuszcza. Otworzyła oczy i rozejrzała się po ciemnej przestrzeni, gdzie cienie tańczyły na ścianach w migoczącym świetle żarówki. Pełnia Księżyca symbolizuje śmierć, pomyślała ponuro.
Nie wierzyła, że uda jej się wyjść stąd cało.
więcej..