-
nowość
-
promocja
Polowanie na czarownice. Część 3 - ebook
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 kwietnia 2026
E-book:
EPUB,
MOBI
Polowanie na czarownice. Część 3 - ebook
Policjanci z Ostrobotni wciąż poszukują nieuchwytnego mordercy. Ostatnie wypadki sprawiają, że wiosenne miesiące są dla mieszkańców regionu koszmarem z najgorszego snu. Na domiar złego dwie kolejne ofiary przepadają jak kamień w wodę. Czy uda się wreszcie rozwiązać tę mrożącą krew w żyłach sprawę?
„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-91-8076-875-7 |
| Rozmiar pliku: | 4,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czwartek, 2 maja 2024 roku
GISELA
Technicy kryminalistyki przybyli do domu rodziny Thelanderów wczesnym rankiem.
‒ Nie mogę uwierzyć, że Dan nie żyje – powiedziała Carina, stojąc obok Giseli przy kuchennym oknie i patrząc na zaparkowane przy ulicy radiowozy.
Wielu sąsiadów wyszło na schody i z zaciekawieniem obserwowało wydarzenia rozgrywające się w tej zazwyczaj spokojnej dzielnicy.
Carina zwróciła się do Giseli:
‒ Zniknął z mojego życia raz na zawsze. – Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który zniknął, gdy zobaczyła poważną minę siostry.
‒ Technicy przeszukają cały dom, żeby znaleźć dowody, które wyjaśnią okoliczności śmierci Dana, kto go zamordował i dlaczego – zauważyła Gisela.
‒ Ale przecież zamordowano go na plaży – zdziwiła się Carina.
‒ To nic. Policja i tak będzie szukać śladów w domu, a już na pewno przejrzą jego komputer. Wtedy znajdą mojego pendrive’a, więc będą próbowali znaleźć odciski palców i DNA u niego w gabinecie i w innych pokojach, o ile już tego nie zrobili.
Carina wzruszyła ramionami.
‒ Włamanie to nie to samo co morderstwo – stwierdziła.
Gisela starała się nie denerwować. Siostra nie była policjantką. Nie miała pojęcia, w jaki sposób pracuje policja.
‒ Rozumowanie policji będzie wyglądać następująco – zaczęła tłumaczyć. ‒ Osoba, która włamała się do Thelanderów, żeby wgrać zdjęcia pornograficzne na komputer Dana, mogła mieć powód, żeby go zabić.
Carina zakryła usta dłonią.
‒ Myślisz, że będą cię podejrzewać o zabójstwo Dana?
‒ Tego się właśnie boję. Muszę coś szybko wymyślić.
‒ Tylko co? – spytała zrezygnowana Carina.
Gisela wpatrywała się w okno. Technicy włożyli kombinezony.
Podjechał kolejny radiowóz i zaparkował przed domem Thelanderów. Z samochodu wysiadł Joakim Borgström, dawny kolega Giseli ze szkoły. Podszedł do techników i zamienił z nimi kilka słów. Włożył ochraniacze na buty i gumowe rękawiczki. Następnie wszedł do środka.
Gisela musiała odzyskać pendrive’a. I to jak najprędzej.
‒ Już wiem – rzuciła, po czym wybiegła na zewnątrz.
Mignęła legitymacją policyjną technikom stojącym przy bramie.
‒ Pracuję z inspektorem Joakimem Borgströmem – powiedziała.
Zerknęli przelotnie w jej stronę, nie zwracając uwagi, że legitymacja nie była wydana w Szwecji.
‒ Jest w środku – odparł jeden z nich.
Gisela weszła do domu Dana Thelandera. Słyszała, jak Joakim rozmawia z kimś w kuchni. Szybko wślizgnęła się do gabinetu zamordowanego. Komputer wciąż tam był. Całe szczęście jeszcze go nie zabrali. Zrobiła parę długich kroków i znalazła się przy dysku twardym. Pochyliła się i wyjęła pendrive’a. Ręce drżały jej tak bardzo, że niemal go upuściła. Jednak się udało. Odzyskała go, zanim Joakim i jego funkcjonariusze zabrali sprzęt do laboratorium. Z ulgą ścisnęła mały nośnik pamięci w dłoni. Wzięła kilka wdechów, by uspokoić rozszalałe bicie serca.
Następnie zdecydowanie ruszyła w stronę kuchni. Zapukała we framugę drzwi, by zwrócić uwagę Joakima.
‒ Gisela?! Co tu robisz?
Joakim spojrzał na nią, nie ukrywając zdziwienia.
‒ Szukałam cię.
‒ Jak widzisz, jesteśmy w trakcie rewizji, więc nie możesz tu być. Nie muszę chyba tego mówić tak doświadczonej śledczej jak ty.
‒ Oczywiście, że nie. Po prostu Carina się martwi, że ona i jej rodzina też mogą być w niebezpieczeństwie. Obiecałam, że zrobię, co w mojej mocy, i dowiem się jak najwięcej.
‒ Czy ma powody, żeby się martwić? – spytał Joakim.
‒ Nie, skąd. Ale wiesz, jaka ona jest.
Twarz inspektora złagodniała.
‒ Powiedz siostrze, że może być spokojna. Traktujemy to jako odosobniony przypadek. Morderca Dana nie stanowi raczej zagrożenia dla kogokolwiek innego.
‒ Skąd ta pewność? – dociekała Gisela.
Joakim uśmiechnął się krzywo.
‒ Nie mogę ci powiedzieć. Dobrze o tym wiesz. Zachowujesz się jak nachalna reporterka. Idź już do domu. Mamy tu robotę do wykonania.
‒ Dobra, w porządku. Daj znać, jeśli będę mogła w czymś pomóc.
W drodze do wyjścia Gisela schowała pendrive’a do kieszeni spodni.
Miała jedynie nadzieję, że Dan Thelander nie zdążył uruchomić komputera, gdy nośnik pamięci był podłączony. Freddy twierdził, że nie da się powiązać pliku z nią. Ale czy na pewno?
CHRYSTAL
Chrystal Fisher jeszcze się nie przyzwyczaiła do jasnych nocy w Finlandii. Ani do życia z rodziną Ingvesów w Kråklundzie, które tak bardzo różniło się od jej codzienności w Sydney. Choć przecież właśnie po to tu przyjechała ‒ żeby doświadczyć czegoś nowego.
Wstała z łóżka i rozsunęła zasłony. Wyjrzała przez okno i się cofnęła.
W ogrodzie stał mężczyzna. Patrzył w górę, w stronę jej sypialni.
Szybko zaciągnęła zasłony i zrobiła duży krok do tyłu. Przez dłuższą chwilę stała pośrodku pokoju, nie wiedząc, co robić. Czy to ten sam człowiek, który stał na drodze przed domem tydzień wcześniej? Nie miała pewności. Wtedy widziała go niewyraźnie w gęstej mgle. A teraz tylko przelotnie na niego zerknęła. Powoli podkradła się z powrotem do okna. Wsunęła palce wskazujące pomiędzy materiał i wyjrzała na zewnątrz przez niewielką szparę.
Nieznajomy nadal tam stał.
Miał na sobie czarną bluzę z kapturem naciągniętym na głowę, rzucającym ciemny cień na twarz. Budził w niej strach. Ciężko oddychała. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Czy powinna powiedzieć Ingvesom, że w ogrodzie jest obcy mężczyzna? Czy ją wyśmieją? Może miał prawo tam być? Na przykład przyszedł, żeby umyć okna lub przyciąć żywopłot. Chrystal nie chciała wyjść na bojaźliwą. Była w Finlandii dopiero od niecałych dwóch tygodni i nie znała zbyt dobrze Ingvesów ani okolicy.
Zawsze uważała, że warto byłoby zobaczyć, jak wygląda życie w innej części świata. Dlatego po ukończeniu studiów zgłosiła się do agencji au pair i wybrała Finlandię, ponieważ ten kraj od wielu lat uznawano za najszczęśliwszy na świecie. Jak dotąd nadal nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak uważano. Było tu zimno, a pogoda co chwilę się zmieniała. Mieszkańcy Kråklundy wydawali się ponurzy i małomówni, choć mogło to mieć coś wspólnego z morderstwami, o których opowiadał policjant. Zapytała Veery i Thomasa Ingvesów o te zbrodnie, ale nie chcieli o tym rozmawiać. Powiedzieli tylko, żeby nie wspominała o tym przy dzieciach, bo mogłyby się przestraszyć.
Chrystal się ubrała i zeszła do kuchni. Wszyscy już siedzieli przy stole, na którym czekało śniadanie. Sok pomarańczowy, chleb żytni, kefir, ser i szynka. Chrystal od wielu lat była weganką, ale w Finlandii poszła na kompromis w kwestii diety. Uznała to za najprostsze rozwiązanie. Nadal unikała mięsa oraz ryb, lecz zdarzało jej się zjeść jajka i nabiał, jeśli nie miała innego wyjścia.
‒ Dzień dobry, Chrystal ‒ przywitała się Veera z silnym fińskim akcentem. ‒ Dobrze spałaś?
Dziewczyna skinęła głową.
‒ To świetnie. Dzieci chciały pójść na górę cię obudzić, ale powiedziałam im, żeby dały ci jeszcze trochę pospać. Chodź, zjesz z nami śniadanie. Thomas już pojechał do pracy, ja też muszę niedługo wyjść. Najpierw jednak chciałam omówić z tobą plan dnia chłopców.
Chrystal usiadła i nalała sobie kawy do kubka. Próbowała zapamiętać wszystko, co musi zrobić. Odwieźć dzieci do szkoły i przedszkola, potem je odebrać. Młodszy syn Ingvesów miał iść po południu do kolegi, a starszy na lekcję gry na flecie i trening hokeja. Usiłowała sobie przypomnieć, gdzie się znajduje lodowisko. Już raz tam była, ale jechała z Thomasem i nie zwracała uwagi na drogę.
‒ Pomyślałam, że kiedy dzieci będą w szkole, mogłabyś posprzątać w domu i zrobić zakupy na weekend. Fajnie mieć to wcześniej z głowy – zauważyła Veera.
Chrystal planowała pobiegać w lesie, jednak bez słowa przyjęła listę zadań do zrobienia. Będzie musiała się wybrać na jogging wieczorem. Zmrok zapadł dopiero około dwudziestej drugiej.
Veera wstała od stołu.
‒ Posprzątasz, proszę, po śniadaniu? Trochę się spieszę – rzuciła.
‒ Nie ma sprawy – odparła Chrystal.
‒ Czy chcesz jeszcze o coś zapytać, zanim wyjdę? W razie czego po prostu do mnie zadzwoń. Mam telefon cały czas przy sobie.
Chrystal zawahała się przez chwilę, po czym się odezwała:
‒ Jak się obudziłam, wyjrzałam przez okno i widziałam w ogrodzie jakiegoś mężczyznę. Wiesz, kim on jest?
‒ Mężczyznę w naszym ogrodzie? ‒ Veera zmarszczyła czoło. ‒ Jak wyglądał?
‒ Nie przyjrzałam mu się zbyt dokładnie, ale wydawał się raczej młody, w moim wieku albo ciut starszy. Był ubrany na czarno.
‒ Hm, w okolicy nie ma zbyt wielu młodych chłopaków. To mógł być Robin Snellman, z pobliskiego gospodarstwa, choć nie bardzo rozumiem, co miałby robić u nas w ogrodzie. Może szukał swoich psów? Przeważnie biegają luzem i ciągle uciekają.
Nic nie wskazywało na to, by mężczyzna szukał zbiegłych czworonogów, lecz Chrystal zachowała to spostrzeżenie dla siebie.
Veera ściągnęła brwi.
‒ Na twoim miejscu trzymałabym się z daleka od Robina Snellmana. Coś z nim jest nie tak.
CARINA
‒ Kto dzwonił? – spytał Jonny, gdy Carina się rozłączyła.
‒ Policja. Chcą, żebyśmy przyszli jutro na przesłuchanie. Gisela też ma przyjść.
‒ Dlaczego chcą z nami rozmawiać? Przecież nie znaliśmy Dana.
‒ Wiem. Ale byliśmy jednymi z ostatnich ludzi, którzy go widzieli.
Jonny posłał jej badawcze spojrzenie.
‒ Dan był prawie pewny, że już się kiedyś spotkaliście – zauważył.
Carina wiedziała, że musi powiedzieć mężowi o gwałcie. Policjanci prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa Dana Thelandera będą grzebać w jego przeszłości i istnieje duża szansa, że trafią na jej dawne zgłoszenie o przestępstwie.
Zebrała się na odwagę i wyznała:
‒ Muszę ci o czymś opowiedzieć…
Starała się mówić rzeczowo. Tłumiła emocje. Jakby mówiła o kimś innym.
Jonny chodził tam i z powrotem po pokoju. Stawał się coraz bardziej nerwowy. Zacisnął dłonie w pięści. Unikał wzroku Cariny. Ona też nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Bała się, że się rozsypie. Kiedy skończyła, Jonny uderzył pięścią w ścianę tak mocno, że w płycie gipsowej powstała dziura.
‒ Co za skurwiel! ‒ wrzasnął. ‒ Dobrze, że już nie żyje. Inaczej skręciłbym mu kark!
‒ Uspokój się, Jonny ‒ przerwała mu Carina, po czym wstała. ‒ Jeszcze, nie daj Boże, dzieci cię usłyszą.
Mężczyzna wziął głęboki wdech. Cały się trząsł.
‒ Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś? – spytał. ‒ Myślałem, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic.
‒ Nie masz pojęcia, ile razy chciałam ci o tym powiedzieć. Ale nie umiałam. Poza tym to wydarzyło się tak dawno temu. Naprawdę starałam się zostawić to wszystko za sobą.
Jonny przeczesał włosy dłońmi.
‒ Wiesz, co to oznacza?
‒ Co masz na myśli?
‒ Że oboje mieliśmy powód, żeby zabić Dana Thelandera.
Carina opadła z powrotem na łóżko.
‒ Przepraszam. To wszystko moja wina.
Jonny usiadł obok niej i ją przytulił.
‒ To nie twoja wina. Musimy tylko uzgodnić, co jutro powiemy policji.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Potem Carina zapytała:
‒ Dlaczego robiłeś pranie w środku nocy i wziąłeś prysznic, kiedy wróciłeś z plaży?
Jonny spojrzał na nią z przerażeniem w oczach.
‒ Chyba nie myślisz, że to ja go zabiłem?
‒ Oczywiście, że nie. Ale policja prawdopodobnie nabierze podejrzeń, jeśli się o tym dowie.
‒ Wiesz, że nie znoszę zapachu dymu. Strasznie śmierdziałem po całym wieczorze spędzonym przy ognisku. Nie chciałem się obudzić z tym zapachem we włosach i na ubraniach, dlatego po powrocie się wykąpałem i wyprałem ubrania, które miałem na sobie.
Carina uznała, że wyjaśnienie męża brzmi rozsądnie.
‒ Lepiej nie wspominać o tym policji – stwierdziła.
‒ Skoro już poruszyliśmy ten temat, to gdzie byłaś tej nocy? Wyszłaś z domu po moim powrocie? Kiedy się obudziłem, bo musiałem iść do toalety, nie było cię w łóżku. Ani na dole.
‒ Nie mogłam spać. Wyszłam na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
‒ O tym też lepiej nie mówić policji – zasugerował Jonny i mocno przytulił żonę.
LINUS
Zapomniał swojej ulubionej bluzy z mieszkania i w drodze z pracy do domu zajechał tam, żeby ją zabrać. Zanim wysiadł z samochodu, spojrzał na zegarek. Była dopiero szesnasta. To dobrze. Josefin powinna nadal być w biurze, które wynajmowała w mieście.
Jakże się mylił.
Już na klatce schodowej usłyszał muzykę dochodzącą z mieszkania. Josefin puszczała na cały regulator swoją imprezową playlistę, tę, której słuchała, gdy była w dobrym nastroju.
Linus wahał się, czy w ogóle wchodzić. Zależało mu jednak na bluzie.
Nie miał odwagi wejść bez pukania, wiedząc, że w mieszkaniu jest Josefin. Mimo że miał klucze, postanowił zadzwonić do drzwi.
Josefin otworzyła z szerokim uśmiechem. Miała na sobie czarną, obcisłą sukienkę, misternie upięty kok, a usta pomalowane na seksowny rubinowy odcień. Wyglądała tak przepięknie, że zaniemówił.
‒ Cześć – wydusił w końcu.
Josefin najwyraźniej spodziewała się kogoś innego, bo kiedy zobaczyła, że to Linus, przestała się uśmiechać, a jej twarz przybrała surowy wyraz. Skrzyżowała ręce na piersi.
‒ Co ty tu robisz? To, że niedawno się ze sobą przespaliśmy, nie oznacza, że możesz przychodzić, kiedy chcesz, bez uprzedzenia. Jeżeli to ma się udać, musimy szanować wzajemnie swoją prywatność.
‒ Przepraszam. Myślałem, że cię nie będzie. Chciałem tylko zabrać bluzę, którą tu zostawiłem.
‒ Dobrze, wejdź. Ale na przyszłość będę wdzięczna, jak najpierw do mnie zadzwonisz. Mogę mieć gości.
Gniew Josefin zaskoczył Linusa. Mówiła tak, jakby ich związek naprawdę się skończył. Jakby nie widziała możliwości powrotu do tego, co było wcześniej. Nie docierało do niego, że to koniec ich małżeństwa. Albo po prostu wypierał to ze świadomości.
Wszedł do sypialni i wziął bluzę. Mieszkanie wydawało się znacznie przytulniejsze, kiedy przebywała w nim Josefin. Pachniało świeżością, a na kuchennym stole stał wazon z wielkim bukietem kwiatów. Czy dostała go od jakiegoś mężczyzny? Na parapecie paliła się świeczka zapachowa. Wnętrze po prostu tętniło życiem, kiedy była tu Josefin.
‒ Znalazłeś to, czego szukałeś? – spytała.
‒ Tak, dziękuję, że mnie wpuściłaś.
‒ Nie ma sprawy, w końcu ty też tu mieszkasz – stwierdziła Josefin łagodniejszym tonem.
‒ Czy nie powinniśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło w noc Walpurgii?
‒ Słuchaj, nie mam teraz na to czasu. Szczerze mówiąc, myślę, że powinniśmy o tym po prostu zapomnieć.
Jak Linus mógł zapomnieć, że na chwilę odzyskał żonę, po czym równie szybko ją stracił?
Miał wrażenie, że Josefin się spieszy.
Zebrał się na odwagę i zapytał:
‒ Wychodzisz?
‒ Tak, idę na kolację z… bliską mi osobą.
Nie dociekał, czy chodzi o mężczyznę. I tak czuł się wystarczająco zdruzgotany.
Josefin przechyliła głowę. Popatrzyła na niego dobrze mu znanym wzrokiem.
Westchnęła i zwróciła się do męża:
‒ Myślisz, że twoi rodzice mogliby się zająć dziećmi przez kilka godzin któregoś dnia w przyszłym tygodniu? Ty i ja mamy sporo do omówienia. Będzie nam łatwiej, jak dzieci nie będą nam przeszkadzać.
W sercu Linusa zatliła się iskierka nadziei.
‒ Jasne. Załatwię to. Kiedy?
Przygryzła wargę.
‒ Muszę sprawdzić w kalendarzu. Dam znać. Tylko nie rób sobie zbyt wielkich nadziei.
Rozłożyła ręce, jakby już przepraszała za to, że zamierza złamać mu serce.
Linus przełknął ślinę.
‒ Jasne. Odezwij się, jak już będziesz znać datę – rzucił, mijając Josefin.
Chciał stamtąd jak najszybciej uciec.
Zastanawiał się, czy mężczyzna, z którym Josefin miała zjeść kolację, był tą samą osobą, która kilka tygodni wcześniej zostawiła w kuchni paczkę papierosów i zapalniczkę.
ROBIN
Ścieżka biegowa w Kråklundzie przebiegała przez las położony w pobliżu gospodarstwa. Była oświetlona, a zimą służyła jako trasa do narciarstwa biegowego. Kiedy Robin był dzieckiem, w weekendy biegało tam lub jeździło na nartach dużo ludzi. W połowie drogi, na polanie na szczycie wzgórza, znajdowała się wiata z miejscem do grillowania. Robin często chodził tamtędy na spacer z psami wraz z rodzicami. Kiedy docierali do wiaty, mama wyjmowała termos z gorącą czekoladą, a tata rozpalał ogień w palenisku, nad którym piekli kiełbaski. Tamte czasy wydawały się bardzo odległe. Obecnie tylko nieliczni tu przychodzili, a wiata się zawaliła.
Robin zaparkował na parkingu na początku trasy. Przyjeżdżał tu też przez dwa poprzednie dni. Wytypował ofiarę. Codziennie wieczorem biegła tą samą ścieżką i około osiemnastej piętnaście mijała miejsce wybrane przez Robina.
Policja nadal sprawdzała i przetrzymywała ich SUV-y. W tej sytuacji Pia wynajęła jeden samochód, ten, w którym jej syn właśnie siedział: mały, czerwony i nieodpowiedni do tego, co planował, ale uznał, że ofiara powinna się zmieścić na tylnym siedzeniu. Wziął ze sobą koc, żeby ją nim przykryć. Nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył ją przez szybę.
Zza zakrętu wybiegła dwudziestokilkuletnia dziewczyna, ubrana w zielone legginsy i beżową wiatrówkę, lecz to nie na nią czekał Robin. Śledził ją wzrokiem, aż zniknęła w głębi lasu. Zerknął na zegarek. Dochodził kwadrans po osiemnastej. Ofiara miała tu być lada chwila. Wypatrywał jej między drzewami. Nadbiegała. Miała czarny strój sportowy, a na głowie różową opaskę. Kucyk kołysał się w rytm jej kroków. Biegła w słuchawkach na uszach i nie zwracała uwagi na otoczenie. Podobnie jak w poprzednie wieczory, była całkowicie skupiona na trasie, bieganiu i utrzymaniu tempa, które bez przerwy sprawdzała na smartwatchu.
Robin wysiadł z samochodu i schował się za krzakami. Czekał na odpowiedni moment, by zaatakować. Najpierw usłyszał jej kroki na miękkim, pokrytym igłami podłożu. Ciche jak szept. Potem ‒ jej oddech, który stawał się trochę cięższy, kiedy biegła pod górę. Dało mu to dodatkową przewagę. Porywanie jej o tej porze wydawało się ryzykowne, ponieważ na zewnątrz nadal było jasno. W pobliżu nie widział jednak zbyt wielu ludzi.
Przygotował się. Nasączył szmatkę środkiem usypiającym, który zabrał z kliniki weterynaryjnej. Skulił się. Sprawdził, czy żadne auto nie wjeżdża na parking. Wyprostował się. Przyjął pozycję do ataku.
Kobieta była raptem kilka metrów od krzaków, w których się ukrył.
Wstrzymał oddech.
Trzy metry, dwa metry, metr.
Minęła go. Lekkim krokiem przebiegła obok jego kryjówki.
Tym razem też mu się nie udało.
Został za krzakami, dopóki nie uspokoił oddechu.
Następnie wsiadł z powrotem do samochodu i wrócił do domu.Piątek, 3 maja 2024 roku
GISELA
Pokój przesłuchań przypominał ten w komisariacie w Vaasie, z tą zasadniczą różnicą, że w Finlandii to Gisela kontrolowała sytuację, a teraz to ją mieli przesłuchiwać.
‒ Czy znałaś Dana Thelandera? – zaczął Joakim Borgström.
Nie brzmiało to jak oskarżenie. Gisela nie była podejrzana o zabójstwo Dana. Została wezwana na przesłuchanie w charakterze świadka. Dlaczego więc czuła się winna?
Pot zbierał się na skroniach i pod pachami. Serce tłukło się jak oszalałe. Była pewna, że Joakim słyszy jego dudnienie w ciszy między pytaniami.
Jak przestępcy sobie z tym radzili? Jak udawało im się kłamać podczas przesłuchania, zachowując kamienną twarz? Prawdopodobnie dobrze o niej świadczyło, że sama tak nie umie. W tej chwili jednak żałowała, że swoim zachowaniem zdradza poczucie winy. Istniała bowiem jeszcze inna kategoria przestępców. Ci, którzy nie potrafili ukrywać emocji. Ci, których łatwo było złamać w trakcie przesłuchania.
‒ Giselo? Znałaś Dana Thelandera? – powtórzył Joakim, a inspektorka zdała sobie sprawę, że jeszcze nie odpowiedziała na pytanie.
Przełknęła ślinę.
‒ Nie, nie znałam go. Po raz pierwszy spotkałam go w noc Walpurgii, przy ognisku na plaży. Właśnie wprowadził się z rodziną do domu obok Cariny i Jonny’ego.
‒ Rozmawiałaś z nim?
‒ Trochę.
‒ O czym?
‒ Nie pamiętam dokładnie. Zapewne o niczym istotnym – odparła Gisela.
Wtedy uświadomiła sobie, że Joakim miał również przesłuchać Jonny’ego i że ten prawdopodobnie pamiętał, o czym rozmawiali.
‒ Mój szwagier wspomniał, że to ja prowadzę śledztwo w sprawie kobiet spalonych na stosie w Wielkanoc. Dan wydawał się zainteresowany tymi zabójstwami. Zadał kilka pytań, a ja unikałam odpowiedzi.
Joakim zmarszczył czoło.
‒ Dlaczego twój szwagier rozmawiał z Danem o twoim dochodzeniu? Z tego, co mówisz, dopiero się poznali.
Gisela wzruszyła ramionami. Siliła się na swobodny ton.
‒ Jonny ma najnudniejszą pracę na świecie. Jest inwestorem wysokiego ryzyka. ‒ Ośmieliła się uśmiechnąć, a Joakim odpowiedział tym samym. ‒ Mój zawód fascynuje wielu ludzi, zwłaszcza gdy dzieje się coś naprawdę strasznego. Pewnie wiesz, co mam na myśli.
Joakim skinął głową, przyznając jej rację, po czym jego twarz szybko nabrała surowego wyrazu.
Spojrzał w papiery i wyraźnie unikał kontaktu wzrokowego.
‒ Jesteś przekonana, że nigdy przedtem nie spotkałaś Dana Thelandera?
‒ Tak, jestem całkowicie pewna – zapewniła Gisela.
Przynajmniej nie kłamała. Mimo to wcale nie czuła się spokojniejsza. Była przekonana, że Joakim zaraz ją zapyta, dlaczego w takim razie znaleźli jej odciski palców, DNA lub ślady stóp u Thelanderów.
Przez chwilę między policjantami panowała niezręczna cisza, po czym odezwał się Borgström:
‒ Nie wiem, jak to powiedzieć, ale chyba od razu przejdę do rzeczy. ‒ Wyjął coś z plastikowego woreczka. ‒ Technicy znaleźli tę przypinkę w gabinecie Dana Thelandera. Czy należy do ciebie?
Gisela pokręciła głową.
‒ Zauważyłem, że miałaś taką samą przypiętą do kurtki, kiedy wpadliśmy na siebie w parku miejskim w Lund. A dzisiaj już jej tam nie ma.
Joakim przyjrzał się przypince i przeczytał na głos:
‒ V.S.K. Domyślam się, że to skrót od Vasa Simklubb, mam rację? Wygooglowałem to. Dziwny zbieg okoliczności, nie uważasz?
Gisela miała ochotę strzelić sobie w łeb. Co za głupi błąd! Udawała, że przygląda się uważnie tej cholernej przypince klubowej, którą kupiła w chwili słabości za namową Linusa.
‒ Możliwe, że to moja ‒ przyznała.
‒ Da się to łatwo sprawdzić, wystarczy dać do analizy DNA i odciski palców – stwierdził Joakim.
Inspektorka nie wiedziała, czy jej kolega po fachu mówi poważnie, czy się z nią droczy.
Wzięła łyk wody, by zyskać na czasie i uspokoić przyspieszone tętno. Lekko kręciło jej się w głowie.
‒ Musiałam ją zgubić, kiedy cię szukałam.
Pot spływał jej po plecach. Przeczesała ręką włosy po raz setny, od kiedy weszła do pokoju przesłuchań. Tak zachowywał się tylko ktoś, kto czuł się winny. Musiała się opanować.
‒ Nie pamiętam, żebyś wchodziła do gabinetu Dana Thelandera. Rozmawialiśmy w kuchni. Po co miałabyś wchodzić do jego gabinetu?
‒ Zajrzałam do kilku innych pokoi, zanim cię znalazłam.
Wolała nie mówić nic więcej. Nie wiedziała, gdzie dokładnie znaleźli tę przypinkę.
Zebrała się na odwagę i spojrzała Joakimowi w oczy.
‒ Chyba nie sądzisz, że to ja zamordowałam Dana Thelandera tylko dlatego, że moja przypinka była u niego w domu? Myślałam, że został zamordowany na plaży.
Gisela przestraszyła się, że posunęła się za daleko, i nagle zamilkła.
– Podejrzewam, że wiesz coś, czego jeszcze nam nie powiedziałaś – stwierdził Joakim, wbijając w nią wzrok.
Inspektorka zastanawiała się, ile razy sama mówiła to samo osobom, które przesłuchiwała.
‒ Nie wiem nic, czego wy nie wiecie. Nigdy przedtem nie spotkałam Dana Thelandera i nie mam pojęcia, kto mógłby go zabić – skłamała.
Mogłaby wymienić co najmniej dwie osoby, które miały ku temu powody. Jej siostra. I szwagier.
Joakim rozpromienił się w radosnym uśmiechu.
‒ Giselo, tylko się tak z tobą droczę! Przecież to jasne, że nie podejrzewam cię o zamordowanie Dana. Ha, ha, szkoda, że nie widziałaś swojej miny. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że jesteś winna.
Policjant śmiał się głośno z własnego żartu.
Gisela usiłowała się uśmiechnąć, ale cała jej twarz zesztywniała, mięśnie odmówiły posłuszeństwa.
‒ Mam nadzieję, że wkrótce złapiecie sprawcę. Muszę wracać do Vaasy. Mam własne śledztwo w sprawie morderstwa, które trzeba doprowadzić do końca.
Joakim przestał się śmiać.
‒ Chyba się nie obraziłaś się, co? To był tylko taki żart, na który mogą sobie pozwolić starzy przyjaciele. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.
‒ Naprawdę nieźle ci to wyszło. Nawet się trochę przestraszyłam – powiedziała Gisela, wymuszając uśmiech.
‒ No dobrze, już cię nie męczę. Nie mam podstaw, żeby cię tu dłużej trzymać. W razie czego wiem, jak się z tobą skontaktować.
Gisela wstała. Uścisnęła mu dłoń i na drżących nogach jak najszybciej opuściła komisariat. Dopiero w samochodzie odetchnęła z ulgą. Zdjęła marynarkę i tak jak się obawiała, pod pachami miała wielkie plamy potu.
ANKI
Anki Luukela z ogromnym wysiłkiem pokonywała ostatnie wzniesienie. Jeszcze tylko kilkaset metrów, a potem teren się wyrównywał i stopniowo opadał. Sprawdziła tętno i czas na smartwatchu. Tego dnia miała naprawdę dobre wyniki. Gdyby udało jej się utrzymać takie tempo przez całą drogę, pobiłaby swój życiowy rekord. Zbliżała się do zagajnika. Mocno odepchnęła się od ziemi i wydłużyła kroki. Właśnie chciała przyspieszyć, gdy z krzaków wyskoczył zamaskowany mężczyzna. Wszystko działo się tak szybko. Anki nie zdążyła zareagować, kiedy napastnik ją złapał. Próbowała go kopnąć, ale udało mu się odskoczyć. Przyłożył jej do twarzy szmatkę śmierdzącą jakimś środkiem chemicznym. Przycisnął ją tak mocno, że Anki trudno było oddychać przez nos i musiała wziąć głęboki wdech przez usta. Chemiczny smak wypełnił jej gardło. Ciało drętwiało, ale kiedy mężczyzna usiłował zepchnąć ją ze ścieżki, niechcący upuścił szmatkę. Anki była mocno zamroczona, ale też wysportowana, miała czarny pas w kickboxingu. Wciągnęła głęboko świeże leśne powietrze. Ciało działało jak na autopilocie. Kierowała nim pamięć mięśniowa. Kobieta uniosła łokieć i uderzyła napastnika w brzuch. Jęknął i na sekundę rozluźnił uścisk. Anki wzięła jeszcze kilka głębokich wdechów, po czym się zamachnęła i trafiła mężczyznę prosto w nos. Maska natychmiast przesiąkła krwią, która kapała mu na ubranie.
Agresor splunął i zaklął, lecz najwyraźniej nie zamierzał się poddać. Machał rękami na oślep, próbując ponownie złapać swoją ofiarę. Anki zaś odzyskała równowagę i wykonała dropkick. Trafiła idealnie, napastnik runął na ziemię jak ścięta sosna. Kobieta, zamiast uciekać, co wydawałoby się rozsądnym posunięciem, usiadła mu na plecach. Był nieprzytomny albo martwy, nie miała pewności i w tej chwili jej to nie obchodziło. Skrępowała mu ręce na plecach. Związała je opaską, którą ściągnęła sobie z głowy. Dopiero gdy się upewniła, że naprawdę udało jej się go unieruchomić, odetchnęła i zadzwoniła na policję. Tymczasem zdjęła mężczyźnie kaptur z twarzy. Wyglądał znacznie młodziej, niż się spodziewała.
ROBIN
Zwiędłe igły kłuły go w policzek. Czuł przez spodnie wilgotną ziemię. Leżał na brzuchu przygnieciony dużym ciężarem. Nie mógł poruszać rękami. Co się stało? Jak się tu znalazł? Bolała go głowa. Drzewa tańczyły mu przed oczami.
Robin nie rozumiał, dlaczego to się tak źle skończyło. Postępował zgodnie z planem. Z wielkim trudem próbował się podnieść, ale nie był w stanie. Coś go powstrzymywało. Obrócił głowę, by sprawdzić, co to takiego, ale wtedy poczuł cios w potylicę, zakręciło mu się w głowie i zrobiło mu się niedobrze. Intensywny ból przeszył mu czaszkę. Znowu uderzył policzkiem o pokrytą igłami ziemię.
Wszystko stało się czarne.
Kiedy się obudził, leżał przywiązany do noszy. Nad nim pochylała się jakaś przepiękna kobieta. Najpierw pomyślał, że umarł i trafił do nieba. Że ta piękność to anioł. Potem zobaczył jednak policyjny mundur i ją rozpoznał. To ona aresztowała jego ojca. Jej oczy płonęły nienawiścią, a twarz wykrzywiła się w paskudnym grymasie.
‒ Naprawdę myślałeś, że ci się upiecze? – wycedziła przez mocno zaciśnięte zęby.
Chwyciła Robina za kołnierz i potrząsnęła nim tak mocno, że zgrzytnęły mu zęby. Inny funkcjonariusz ją odciągnął.
‒ Uspokój się, Tuulo. Nie jest tego wart – powiedział.
Potem Robin dostał zastrzyk w ramię i znów wszystko wokół poczerniało.
GISELA
Kiedy zapadł zmrok, Gisela, Jonny i Carina udali się do salonu z butelką wina. Na górze dzieci grały głośno w grę komputerową. Carina podeszła do drzwi i wsłuchała się w odgłosy płynące z piętra.
‒ Są całkowicie pochłonięci grą. Możemy spokojnie porozmawiać.
Wreszcie mieli chwilę, by podsumować wrażenia z dzisiejszego przesłuchania.
‒ Przez cały czas strasznie się bałam – zaczęła Carina. ‒ Czułam się jak przestępczyni tylko dlatego, że się tam znalazłam. Byłam przerażona, że się wygadam i policja się dowie, że mieliśmy z Jonnym powód, żeby zabić Dana Thelandera.
‒ Ale nic nie powiedziałaś, prawda? – spytał z niepokojem Jonny.
‒ No coś ty. Nikt poza nami nie wie, co Dan mi zrobił.
‒ Jeszcze – zauważyła Gisela. ‒ Jak policja zacznie grzebać w przeszłości Dana, pewnie trafią na twoje imię.
Carina, która właśnie napełniała sobie kieliszek, wzdrygnęła się, przez co wylała trochę wina na biały dywan. Szybko wstała i zniknęła w kuchni. Po chwili wróciła ze szmatką i paczką soli.
‒ Zostaw to. – Jonny wyrwał ją z nerwowego wycierania plamy. ‒ I tak zamierzasz tu wszystko urządzić od nowa.
Carina go nie słuchała. Zabrudzenie nie schodziło, więc posypała je solą.
Gisela zwróciła się do szwagra:
‒ O co cię pytali?
‒ Pewnie o to, o co zwykle pytają. Czy dobrze znałem Dana, czy spotkałem go wcześniej. O której godzinie opuściliśmy ognisko i co robiłem potem.
Gisela przypomniała sobie, że Jonny wziął prysznic, kiedy wrócił do domu tego wieczoru.
‒ Chcieli wiedzieć, co konkretnie robiłem między drugą a czwartą nad ranem – kontynuował.
‒ To znaczy, że Dan zginął, jak już byłeś w domu – stwierdziła Gisela, która słyszała, jak Jonny wracał do domu o północy.
‒ Tak, kiedy się rozeszliśmy, jeszcze żył. Wracali z nami też inni ludzie, paru imprezowiczów ze Skanör.
‒ Co powiedziałeś policji? – spytała zaniepokojona Carina.
Znowu nalała sobie wina. Kiedy piła, lekko drżała jej ręka.
‒ Że spałem jak zabity. – Jonny mrugnął.
‒ To dobrze – stwierdziła Carina, zerkając w kieliszek.
Gisela się zastanawiała, o czym myśli jej siostra.
‒ Miejmy nadzieję, że to już koniec – uspokajała. ‒ Policja wkrótce znajdzie sprawcę, zobaczysz.
‒ Miejmy nadzieję… – Jonny przeczesał włosy palcami. ‒ Zastanawiam się tylko, dlaczego Dan wrócił na plażę w środku nocy.
Gisela przyznała, że to dziwne, nie miała jednak czasu dłużej o tym myśleć, ponieważ w tym momencie zadzwoniła Tuula i opowiedziała jej o tym, co się wydarzyło w Kråklundzie.
Kiedy się rozłączyły, inspektorka wstała z fotela.
‒ Muszę wracać do Vaasy. Polecę jutro pierwszym samolotem. Morderca znów zaatakował. Próbował porwać kolejną kobietę, ale tym razem, na szczęście, mu się nie udało.
Carina chwyciła ją za ramię.
‒ Nie wyjeżdżaj, proszę ‒ błagała, mocno się do niej tuląc.
‒ Muszę. Ale niedługo wrócę. Obiecuję. Nie musisz się już martwić o Dana Thelandera. Wszystko będzie dobrze ‒ zapewniła i spojrzała wymownie na Jonny’ego, który natychmiast wstał.
Podszedł do Cariny i ją objął.
‒ Masz mnie – powiedział.
‒ A jeśli… a jeśli policja wróci? – martwiła się Carina.
Nie wyjaśniła, czego się boi, a Gisela nie była pewna, czy chce to wiedzieć.
GISELA
Technicy kryminalistyki przybyli do domu rodziny Thelanderów wczesnym rankiem.
‒ Nie mogę uwierzyć, że Dan nie żyje – powiedziała Carina, stojąc obok Giseli przy kuchennym oknie i patrząc na zaparkowane przy ulicy radiowozy.
Wielu sąsiadów wyszło na schody i z zaciekawieniem obserwowało wydarzenia rozgrywające się w tej zazwyczaj spokojnej dzielnicy.
Carina zwróciła się do Giseli:
‒ Zniknął z mojego życia raz na zawsze. – Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który zniknął, gdy zobaczyła poważną minę siostry.
‒ Technicy przeszukają cały dom, żeby znaleźć dowody, które wyjaśnią okoliczności śmierci Dana, kto go zamordował i dlaczego – zauważyła Gisela.
‒ Ale przecież zamordowano go na plaży – zdziwiła się Carina.
‒ To nic. Policja i tak będzie szukać śladów w domu, a już na pewno przejrzą jego komputer. Wtedy znajdą mojego pendrive’a, więc będą próbowali znaleźć odciski palców i DNA u niego w gabinecie i w innych pokojach, o ile już tego nie zrobili.
Carina wzruszyła ramionami.
‒ Włamanie to nie to samo co morderstwo – stwierdziła.
Gisela starała się nie denerwować. Siostra nie była policjantką. Nie miała pojęcia, w jaki sposób pracuje policja.
‒ Rozumowanie policji będzie wyglądać następująco – zaczęła tłumaczyć. ‒ Osoba, która włamała się do Thelanderów, żeby wgrać zdjęcia pornograficzne na komputer Dana, mogła mieć powód, żeby go zabić.
Carina zakryła usta dłonią.
‒ Myślisz, że będą cię podejrzewać o zabójstwo Dana?
‒ Tego się właśnie boję. Muszę coś szybko wymyślić.
‒ Tylko co? – spytała zrezygnowana Carina.
Gisela wpatrywała się w okno. Technicy włożyli kombinezony.
Podjechał kolejny radiowóz i zaparkował przed domem Thelanderów. Z samochodu wysiadł Joakim Borgström, dawny kolega Giseli ze szkoły. Podszedł do techników i zamienił z nimi kilka słów. Włożył ochraniacze na buty i gumowe rękawiczki. Następnie wszedł do środka.
Gisela musiała odzyskać pendrive’a. I to jak najprędzej.
‒ Już wiem – rzuciła, po czym wybiegła na zewnątrz.
Mignęła legitymacją policyjną technikom stojącym przy bramie.
‒ Pracuję z inspektorem Joakimem Borgströmem – powiedziała.
Zerknęli przelotnie w jej stronę, nie zwracając uwagi, że legitymacja nie była wydana w Szwecji.
‒ Jest w środku – odparł jeden z nich.
Gisela weszła do domu Dana Thelandera. Słyszała, jak Joakim rozmawia z kimś w kuchni. Szybko wślizgnęła się do gabinetu zamordowanego. Komputer wciąż tam był. Całe szczęście jeszcze go nie zabrali. Zrobiła parę długich kroków i znalazła się przy dysku twardym. Pochyliła się i wyjęła pendrive’a. Ręce drżały jej tak bardzo, że niemal go upuściła. Jednak się udało. Odzyskała go, zanim Joakim i jego funkcjonariusze zabrali sprzęt do laboratorium. Z ulgą ścisnęła mały nośnik pamięci w dłoni. Wzięła kilka wdechów, by uspokoić rozszalałe bicie serca.
Następnie zdecydowanie ruszyła w stronę kuchni. Zapukała we framugę drzwi, by zwrócić uwagę Joakima.
‒ Gisela?! Co tu robisz?
Joakim spojrzał na nią, nie ukrywając zdziwienia.
‒ Szukałam cię.
‒ Jak widzisz, jesteśmy w trakcie rewizji, więc nie możesz tu być. Nie muszę chyba tego mówić tak doświadczonej śledczej jak ty.
‒ Oczywiście, że nie. Po prostu Carina się martwi, że ona i jej rodzina też mogą być w niebezpieczeństwie. Obiecałam, że zrobię, co w mojej mocy, i dowiem się jak najwięcej.
‒ Czy ma powody, żeby się martwić? – spytał Joakim.
‒ Nie, skąd. Ale wiesz, jaka ona jest.
Twarz inspektora złagodniała.
‒ Powiedz siostrze, że może być spokojna. Traktujemy to jako odosobniony przypadek. Morderca Dana nie stanowi raczej zagrożenia dla kogokolwiek innego.
‒ Skąd ta pewność? – dociekała Gisela.
Joakim uśmiechnął się krzywo.
‒ Nie mogę ci powiedzieć. Dobrze o tym wiesz. Zachowujesz się jak nachalna reporterka. Idź już do domu. Mamy tu robotę do wykonania.
‒ Dobra, w porządku. Daj znać, jeśli będę mogła w czymś pomóc.
W drodze do wyjścia Gisela schowała pendrive’a do kieszeni spodni.
Miała jedynie nadzieję, że Dan Thelander nie zdążył uruchomić komputera, gdy nośnik pamięci był podłączony. Freddy twierdził, że nie da się powiązać pliku z nią. Ale czy na pewno?
CHRYSTAL
Chrystal Fisher jeszcze się nie przyzwyczaiła do jasnych nocy w Finlandii. Ani do życia z rodziną Ingvesów w Kråklundzie, które tak bardzo różniło się od jej codzienności w Sydney. Choć przecież właśnie po to tu przyjechała ‒ żeby doświadczyć czegoś nowego.
Wstała z łóżka i rozsunęła zasłony. Wyjrzała przez okno i się cofnęła.
W ogrodzie stał mężczyzna. Patrzył w górę, w stronę jej sypialni.
Szybko zaciągnęła zasłony i zrobiła duży krok do tyłu. Przez dłuższą chwilę stała pośrodku pokoju, nie wiedząc, co robić. Czy to ten sam człowiek, który stał na drodze przed domem tydzień wcześniej? Nie miała pewności. Wtedy widziała go niewyraźnie w gęstej mgle. A teraz tylko przelotnie na niego zerknęła. Powoli podkradła się z powrotem do okna. Wsunęła palce wskazujące pomiędzy materiał i wyjrzała na zewnątrz przez niewielką szparę.
Nieznajomy nadal tam stał.
Miał na sobie czarną bluzę z kapturem naciągniętym na głowę, rzucającym ciemny cień na twarz. Budził w niej strach. Ciężko oddychała. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Czy powinna powiedzieć Ingvesom, że w ogrodzie jest obcy mężczyzna? Czy ją wyśmieją? Może miał prawo tam być? Na przykład przyszedł, żeby umyć okna lub przyciąć żywopłot. Chrystal nie chciała wyjść na bojaźliwą. Była w Finlandii dopiero od niecałych dwóch tygodni i nie znała zbyt dobrze Ingvesów ani okolicy.
Zawsze uważała, że warto byłoby zobaczyć, jak wygląda życie w innej części świata. Dlatego po ukończeniu studiów zgłosiła się do agencji au pair i wybrała Finlandię, ponieważ ten kraj od wielu lat uznawano za najszczęśliwszy na świecie. Jak dotąd nadal nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak uważano. Było tu zimno, a pogoda co chwilę się zmieniała. Mieszkańcy Kråklundy wydawali się ponurzy i małomówni, choć mogło to mieć coś wspólnego z morderstwami, o których opowiadał policjant. Zapytała Veery i Thomasa Ingvesów o te zbrodnie, ale nie chcieli o tym rozmawiać. Powiedzieli tylko, żeby nie wspominała o tym przy dzieciach, bo mogłyby się przestraszyć.
Chrystal się ubrała i zeszła do kuchni. Wszyscy już siedzieli przy stole, na którym czekało śniadanie. Sok pomarańczowy, chleb żytni, kefir, ser i szynka. Chrystal od wielu lat była weganką, ale w Finlandii poszła na kompromis w kwestii diety. Uznała to za najprostsze rozwiązanie. Nadal unikała mięsa oraz ryb, lecz zdarzało jej się zjeść jajka i nabiał, jeśli nie miała innego wyjścia.
‒ Dzień dobry, Chrystal ‒ przywitała się Veera z silnym fińskim akcentem. ‒ Dobrze spałaś?
Dziewczyna skinęła głową.
‒ To świetnie. Dzieci chciały pójść na górę cię obudzić, ale powiedziałam im, żeby dały ci jeszcze trochę pospać. Chodź, zjesz z nami śniadanie. Thomas już pojechał do pracy, ja też muszę niedługo wyjść. Najpierw jednak chciałam omówić z tobą plan dnia chłopców.
Chrystal usiadła i nalała sobie kawy do kubka. Próbowała zapamiętać wszystko, co musi zrobić. Odwieźć dzieci do szkoły i przedszkola, potem je odebrać. Młodszy syn Ingvesów miał iść po południu do kolegi, a starszy na lekcję gry na flecie i trening hokeja. Usiłowała sobie przypomnieć, gdzie się znajduje lodowisko. Już raz tam była, ale jechała z Thomasem i nie zwracała uwagi na drogę.
‒ Pomyślałam, że kiedy dzieci będą w szkole, mogłabyś posprzątać w domu i zrobić zakupy na weekend. Fajnie mieć to wcześniej z głowy – zauważyła Veera.
Chrystal planowała pobiegać w lesie, jednak bez słowa przyjęła listę zadań do zrobienia. Będzie musiała się wybrać na jogging wieczorem. Zmrok zapadł dopiero około dwudziestej drugiej.
Veera wstała od stołu.
‒ Posprzątasz, proszę, po śniadaniu? Trochę się spieszę – rzuciła.
‒ Nie ma sprawy – odparła Chrystal.
‒ Czy chcesz jeszcze o coś zapytać, zanim wyjdę? W razie czego po prostu do mnie zadzwoń. Mam telefon cały czas przy sobie.
Chrystal zawahała się przez chwilę, po czym się odezwała:
‒ Jak się obudziłam, wyjrzałam przez okno i widziałam w ogrodzie jakiegoś mężczyznę. Wiesz, kim on jest?
‒ Mężczyznę w naszym ogrodzie? ‒ Veera zmarszczyła czoło. ‒ Jak wyglądał?
‒ Nie przyjrzałam mu się zbyt dokładnie, ale wydawał się raczej młody, w moim wieku albo ciut starszy. Był ubrany na czarno.
‒ Hm, w okolicy nie ma zbyt wielu młodych chłopaków. To mógł być Robin Snellman, z pobliskiego gospodarstwa, choć nie bardzo rozumiem, co miałby robić u nas w ogrodzie. Może szukał swoich psów? Przeważnie biegają luzem i ciągle uciekają.
Nic nie wskazywało na to, by mężczyzna szukał zbiegłych czworonogów, lecz Chrystal zachowała to spostrzeżenie dla siebie.
Veera ściągnęła brwi.
‒ Na twoim miejscu trzymałabym się z daleka od Robina Snellmana. Coś z nim jest nie tak.
CARINA
‒ Kto dzwonił? – spytał Jonny, gdy Carina się rozłączyła.
‒ Policja. Chcą, żebyśmy przyszli jutro na przesłuchanie. Gisela też ma przyjść.
‒ Dlaczego chcą z nami rozmawiać? Przecież nie znaliśmy Dana.
‒ Wiem. Ale byliśmy jednymi z ostatnich ludzi, którzy go widzieli.
Jonny posłał jej badawcze spojrzenie.
‒ Dan był prawie pewny, że już się kiedyś spotkaliście – zauważył.
Carina wiedziała, że musi powiedzieć mężowi o gwałcie. Policjanci prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa Dana Thelandera będą grzebać w jego przeszłości i istnieje duża szansa, że trafią na jej dawne zgłoszenie o przestępstwie.
Zebrała się na odwagę i wyznała:
‒ Muszę ci o czymś opowiedzieć…
Starała się mówić rzeczowo. Tłumiła emocje. Jakby mówiła o kimś innym.
Jonny chodził tam i z powrotem po pokoju. Stawał się coraz bardziej nerwowy. Zacisnął dłonie w pięści. Unikał wzroku Cariny. Ona też nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Bała się, że się rozsypie. Kiedy skończyła, Jonny uderzył pięścią w ścianę tak mocno, że w płycie gipsowej powstała dziura.
‒ Co za skurwiel! ‒ wrzasnął. ‒ Dobrze, że już nie żyje. Inaczej skręciłbym mu kark!
‒ Uspokój się, Jonny ‒ przerwała mu Carina, po czym wstała. ‒ Jeszcze, nie daj Boże, dzieci cię usłyszą.
Mężczyzna wziął głęboki wdech. Cały się trząsł.
‒ Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś? – spytał. ‒ Myślałem, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic.
‒ Nie masz pojęcia, ile razy chciałam ci o tym powiedzieć. Ale nie umiałam. Poza tym to wydarzyło się tak dawno temu. Naprawdę starałam się zostawić to wszystko za sobą.
Jonny przeczesał włosy dłońmi.
‒ Wiesz, co to oznacza?
‒ Co masz na myśli?
‒ Że oboje mieliśmy powód, żeby zabić Dana Thelandera.
Carina opadła z powrotem na łóżko.
‒ Przepraszam. To wszystko moja wina.
Jonny usiadł obok niej i ją przytulił.
‒ To nie twoja wina. Musimy tylko uzgodnić, co jutro powiemy policji.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Potem Carina zapytała:
‒ Dlaczego robiłeś pranie w środku nocy i wziąłeś prysznic, kiedy wróciłeś z plaży?
Jonny spojrzał na nią z przerażeniem w oczach.
‒ Chyba nie myślisz, że to ja go zabiłem?
‒ Oczywiście, że nie. Ale policja prawdopodobnie nabierze podejrzeń, jeśli się o tym dowie.
‒ Wiesz, że nie znoszę zapachu dymu. Strasznie śmierdziałem po całym wieczorze spędzonym przy ognisku. Nie chciałem się obudzić z tym zapachem we włosach i na ubraniach, dlatego po powrocie się wykąpałem i wyprałem ubrania, które miałem na sobie.
Carina uznała, że wyjaśnienie męża brzmi rozsądnie.
‒ Lepiej nie wspominać o tym policji – stwierdziła.
‒ Skoro już poruszyliśmy ten temat, to gdzie byłaś tej nocy? Wyszłaś z domu po moim powrocie? Kiedy się obudziłem, bo musiałem iść do toalety, nie było cię w łóżku. Ani na dole.
‒ Nie mogłam spać. Wyszłam na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
‒ O tym też lepiej nie mówić policji – zasugerował Jonny i mocno przytulił żonę.
LINUS
Zapomniał swojej ulubionej bluzy z mieszkania i w drodze z pracy do domu zajechał tam, żeby ją zabrać. Zanim wysiadł z samochodu, spojrzał na zegarek. Była dopiero szesnasta. To dobrze. Josefin powinna nadal być w biurze, które wynajmowała w mieście.
Jakże się mylił.
Już na klatce schodowej usłyszał muzykę dochodzącą z mieszkania. Josefin puszczała na cały regulator swoją imprezową playlistę, tę, której słuchała, gdy była w dobrym nastroju.
Linus wahał się, czy w ogóle wchodzić. Zależało mu jednak na bluzie.
Nie miał odwagi wejść bez pukania, wiedząc, że w mieszkaniu jest Josefin. Mimo że miał klucze, postanowił zadzwonić do drzwi.
Josefin otworzyła z szerokim uśmiechem. Miała na sobie czarną, obcisłą sukienkę, misternie upięty kok, a usta pomalowane na seksowny rubinowy odcień. Wyglądała tak przepięknie, że zaniemówił.
‒ Cześć – wydusił w końcu.
Josefin najwyraźniej spodziewała się kogoś innego, bo kiedy zobaczyła, że to Linus, przestała się uśmiechać, a jej twarz przybrała surowy wyraz. Skrzyżowała ręce na piersi.
‒ Co ty tu robisz? To, że niedawno się ze sobą przespaliśmy, nie oznacza, że możesz przychodzić, kiedy chcesz, bez uprzedzenia. Jeżeli to ma się udać, musimy szanować wzajemnie swoją prywatność.
‒ Przepraszam. Myślałem, że cię nie będzie. Chciałem tylko zabrać bluzę, którą tu zostawiłem.
‒ Dobrze, wejdź. Ale na przyszłość będę wdzięczna, jak najpierw do mnie zadzwonisz. Mogę mieć gości.
Gniew Josefin zaskoczył Linusa. Mówiła tak, jakby ich związek naprawdę się skończył. Jakby nie widziała możliwości powrotu do tego, co było wcześniej. Nie docierało do niego, że to koniec ich małżeństwa. Albo po prostu wypierał to ze świadomości.
Wszedł do sypialni i wziął bluzę. Mieszkanie wydawało się znacznie przytulniejsze, kiedy przebywała w nim Josefin. Pachniało świeżością, a na kuchennym stole stał wazon z wielkim bukietem kwiatów. Czy dostała go od jakiegoś mężczyzny? Na parapecie paliła się świeczka zapachowa. Wnętrze po prostu tętniło życiem, kiedy była tu Josefin.
‒ Znalazłeś to, czego szukałeś? – spytała.
‒ Tak, dziękuję, że mnie wpuściłaś.
‒ Nie ma sprawy, w końcu ty też tu mieszkasz – stwierdziła Josefin łagodniejszym tonem.
‒ Czy nie powinniśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło w noc Walpurgii?
‒ Słuchaj, nie mam teraz na to czasu. Szczerze mówiąc, myślę, że powinniśmy o tym po prostu zapomnieć.
Jak Linus mógł zapomnieć, że na chwilę odzyskał żonę, po czym równie szybko ją stracił?
Miał wrażenie, że Josefin się spieszy.
Zebrał się na odwagę i zapytał:
‒ Wychodzisz?
‒ Tak, idę na kolację z… bliską mi osobą.
Nie dociekał, czy chodzi o mężczyznę. I tak czuł się wystarczająco zdruzgotany.
Josefin przechyliła głowę. Popatrzyła na niego dobrze mu znanym wzrokiem.
Westchnęła i zwróciła się do męża:
‒ Myślisz, że twoi rodzice mogliby się zająć dziećmi przez kilka godzin któregoś dnia w przyszłym tygodniu? Ty i ja mamy sporo do omówienia. Będzie nam łatwiej, jak dzieci nie będą nam przeszkadzać.
W sercu Linusa zatliła się iskierka nadziei.
‒ Jasne. Załatwię to. Kiedy?
Przygryzła wargę.
‒ Muszę sprawdzić w kalendarzu. Dam znać. Tylko nie rób sobie zbyt wielkich nadziei.
Rozłożyła ręce, jakby już przepraszała za to, że zamierza złamać mu serce.
Linus przełknął ślinę.
‒ Jasne. Odezwij się, jak już będziesz znać datę – rzucił, mijając Josefin.
Chciał stamtąd jak najszybciej uciec.
Zastanawiał się, czy mężczyzna, z którym Josefin miała zjeść kolację, był tą samą osobą, która kilka tygodni wcześniej zostawiła w kuchni paczkę papierosów i zapalniczkę.
ROBIN
Ścieżka biegowa w Kråklundzie przebiegała przez las położony w pobliżu gospodarstwa. Była oświetlona, a zimą służyła jako trasa do narciarstwa biegowego. Kiedy Robin był dzieckiem, w weekendy biegało tam lub jeździło na nartach dużo ludzi. W połowie drogi, na polanie na szczycie wzgórza, znajdowała się wiata z miejscem do grillowania. Robin często chodził tamtędy na spacer z psami wraz z rodzicami. Kiedy docierali do wiaty, mama wyjmowała termos z gorącą czekoladą, a tata rozpalał ogień w palenisku, nad którym piekli kiełbaski. Tamte czasy wydawały się bardzo odległe. Obecnie tylko nieliczni tu przychodzili, a wiata się zawaliła.
Robin zaparkował na parkingu na początku trasy. Przyjeżdżał tu też przez dwa poprzednie dni. Wytypował ofiarę. Codziennie wieczorem biegła tą samą ścieżką i około osiemnastej piętnaście mijała miejsce wybrane przez Robina.
Policja nadal sprawdzała i przetrzymywała ich SUV-y. W tej sytuacji Pia wynajęła jeden samochód, ten, w którym jej syn właśnie siedział: mały, czerwony i nieodpowiedni do tego, co planował, ale uznał, że ofiara powinna się zmieścić na tylnym siedzeniu. Wziął ze sobą koc, żeby ją nim przykryć. Nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył ją przez szybę.
Zza zakrętu wybiegła dwudziestokilkuletnia dziewczyna, ubrana w zielone legginsy i beżową wiatrówkę, lecz to nie na nią czekał Robin. Śledził ją wzrokiem, aż zniknęła w głębi lasu. Zerknął na zegarek. Dochodził kwadrans po osiemnastej. Ofiara miała tu być lada chwila. Wypatrywał jej między drzewami. Nadbiegała. Miała czarny strój sportowy, a na głowie różową opaskę. Kucyk kołysał się w rytm jej kroków. Biegła w słuchawkach na uszach i nie zwracała uwagi na otoczenie. Podobnie jak w poprzednie wieczory, była całkowicie skupiona na trasie, bieganiu i utrzymaniu tempa, które bez przerwy sprawdzała na smartwatchu.
Robin wysiadł z samochodu i schował się za krzakami. Czekał na odpowiedni moment, by zaatakować. Najpierw usłyszał jej kroki na miękkim, pokrytym igłami podłożu. Ciche jak szept. Potem ‒ jej oddech, który stawał się trochę cięższy, kiedy biegła pod górę. Dało mu to dodatkową przewagę. Porywanie jej o tej porze wydawało się ryzykowne, ponieważ na zewnątrz nadal było jasno. W pobliżu nie widział jednak zbyt wielu ludzi.
Przygotował się. Nasączył szmatkę środkiem usypiającym, który zabrał z kliniki weterynaryjnej. Skulił się. Sprawdził, czy żadne auto nie wjeżdża na parking. Wyprostował się. Przyjął pozycję do ataku.
Kobieta była raptem kilka metrów od krzaków, w których się ukrył.
Wstrzymał oddech.
Trzy metry, dwa metry, metr.
Minęła go. Lekkim krokiem przebiegła obok jego kryjówki.
Tym razem też mu się nie udało.
Został za krzakami, dopóki nie uspokoił oddechu.
Następnie wsiadł z powrotem do samochodu i wrócił do domu.Piątek, 3 maja 2024 roku
GISELA
Pokój przesłuchań przypominał ten w komisariacie w Vaasie, z tą zasadniczą różnicą, że w Finlandii to Gisela kontrolowała sytuację, a teraz to ją mieli przesłuchiwać.
‒ Czy znałaś Dana Thelandera? – zaczął Joakim Borgström.
Nie brzmiało to jak oskarżenie. Gisela nie była podejrzana o zabójstwo Dana. Została wezwana na przesłuchanie w charakterze świadka. Dlaczego więc czuła się winna?
Pot zbierał się na skroniach i pod pachami. Serce tłukło się jak oszalałe. Była pewna, że Joakim słyszy jego dudnienie w ciszy między pytaniami.
Jak przestępcy sobie z tym radzili? Jak udawało im się kłamać podczas przesłuchania, zachowując kamienną twarz? Prawdopodobnie dobrze o niej świadczyło, że sama tak nie umie. W tej chwili jednak żałowała, że swoim zachowaniem zdradza poczucie winy. Istniała bowiem jeszcze inna kategoria przestępców. Ci, którzy nie potrafili ukrywać emocji. Ci, których łatwo było złamać w trakcie przesłuchania.
‒ Giselo? Znałaś Dana Thelandera? – powtórzył Joakim, a inspektorka zdała sobie sprawę, że jeszcze nie odpowiedziała na pytanie.
Przełknęła ślinę.
‒ Nie, nie znałam go. Po raz pierwszy spotkałam go w noc Walpurgii, przy ognisku na plaży. Właśnie wprowadził się z rodziną do domu obok Cariny i Jonny’ego.
‒ Rozmawiałaś z nim?
‒ Trochę.
‒ O czym?
‒ Nie pamiętam dokładnie. Zapewne o niczym istotnym – odparła Gisela.
Wtedy uświadomiła sobie, że Joakim miał również przesłuchać Jonny’ego i że ten prawdopodobnie pamiętał, o czym rozmawiali.
‒ Mój szwagier wspomniał, że to ja prowadzę śledztwo w sprawie kobiet spalonych na stosie w Wielkanoc. Dan wydawał się zainteresowany tymi zabójstwami. Zadał kilka pytań, a ja unikałam odpowiedzi.
Joakim zmarszczył czoło.
‒ Dlaczego twój szwagier rozmawiał z Danem o twoim dochodzeniu? Z tego, co mówisz, dopiero się poznali.
Gisela wzruszyła ramionami. Siliła się na swobodny ton.
‒ Jonny ma najnudniejszą pracę na świecie. Jest inwestorem wysokiego ryzyka. ‒ Ośmieliła się uśmiechnąć, a Joakim odpowiedział tym samym. ‒ Mój zawód fascynuje wielu ludzi, zwłaszcza gdy dzieje się coś naprawdę strasznego. Pewnie wiesz, co mam na myśli.
Joakim skinął głową, przyznając jej rację, po czym jego twarz szybko nabrała surowego wyrazu.
Spojrzał w papiery i wyraźnie unikał kontaktu wzrokowego.
‒ Jesteś przekonana, że nigdy przedtem nie spotkałaś Dana Thelandera?
‒ Tak, jestem całkowicie pewna – zapewniła Gisela.
Przynajmniej nie kłamała. Mimo to wcale nie czuła się spokojniejsza. Była przekonana, że Joakim zaraz ją zapyta, dlaczego w takim razie znaleźli jej odciski palców, DNA lub ślady stóp u Thelanderów.
Przez chwilę między policjantami panowała niezręczna cisza, po czym odezwał się Borgström:
‒ Nie wiem, jak to powiedzieć, ale chyba od razu przejdę do rzeczy. ‒ Wyjął coś z plastikowego woreczka. ‒ Technicy znaleźli tę przypinkę w gabinecie Dana Thelandera. Czy należy do ciebie?
Gisela pokręciła głową.
‒ Zauważyłem, że miałaś taką samą przypiętą do kurtki, kiedy wpadliśmy na siebie w parku miejskim w Lund. A dzisiaj już jej tam nie ma.
Joakim przyjrzał się przypince i przeczytał na głos:
‒ V.S.K. Domyślam się, że to skrót od Vasa Simklubb, mam rację? Wygooglowałem to. Dziwny zbieg okoliczności, nie uważasz?
Gisela miała ochotę strzelić sobie w łeb. Co za głupi błąd! Udawała, że przygląda się uważnie tej cholernej przypince klubowej, którą kupiła w chwili słabości za namową Linusa.
‒ Możliwe, że to moja ‒ przyznała.
‒ Da się to łatwo sprawdzić, wystarczy dać do analizy DNA i odciski palców – stwierdził Joakim.
Inspektorka nie wiedziała, czy jej kolega po fachu mówi poważnie, czy się z nią droczy.
Wzięła łyk wody, by zyskać na czasie i uspokoić przyspieszone tętno. Lekko kręciło jej się w głowie.
‒ Musiałam ją zgubić, kiedy cię szukałam.
Pot spływał jej po plecach. Przeczesała ręką włosy po raz setny, od kiedy weszła do pokoju przesłuchań. Tak zachowywał się tylko ktoś, kto czuł się winny. Musiała się opanować.
‒ Nie pamiętam, żebyś wchodziła do gabinetu Dana Thelandera. Rozmawialiśmy w kuchni. Po co miałabyś wchodzić do jego gabinetu?
‒ Zajrzałam do kilku innych pokoi, zanim cię znalazłam.
Wolała nie mówić nic więcej. Nie wiedziała, gdzie dokładnie znaleźli tę przypinkę.
Zebrała się na odwagę i spojrzała Joakimowi w oczy.
‒ Chyba nie sądzisz, że to ja zamordowałam Dana Thelandera tylko dlatego, że moja przypinka była u niego w domu? Myślałam, że został zamordowany na plaży.
Gisela przestraszyła się, że posunęła się za daleko, i nagle zamilkła.
– Podejrzewam, że wiesz coś, czego jeszcze nam nie powiedziałaś – stwierdził Joakim, wbijając w nią wzrok.
Inspektorka zastanawiała się, ile razy sama mówiła to samo osobom, które przesłuchiwała.
‒ Nie wiem nic, czego wy nie wiecie. Nigdy przedtem nie spotkałam Dana Thelandera i nie mam pojęcia, kto mógłby go zabić – skłamała.
Mogłaby wymienić co najmniej dwie osoby, które miały ku temu powody. Jej siostra. I szwagier.
Joakim rozpromienił się w radosnym uśmiechu.
‒ Giselo, tylko się tak z tobą droczę! Przecież to jasne, że nie podejrzewam cię o zamordowanie Dana. Ha, ha, szkoda, że nie widziałaś swojej miny. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że jesteś winna.
Policjant śmiał się głośno z własnego żartu.
Gisela usiłowała się uśmiechnąć, ale cała jej twarz zesztywniała, mięśnie odmówiły posłuszeństwa.
‒ Mam nadzieję, że wkrótce złapiecie sprawcę. Muszę wracać do Vaasy. Mam własne śledztwo w sprawie morderstwa, które trzeba doprowadzić do końca.
Joakim przestał się śmiać.
‒ Chyba się nie obraziłaś się, co? To był tylko taki żart, na który mogą sobie pozwolić starzy przyjaciele. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.
‒ Naprawdę nieźle ci to wyszło. Nawet się trochę przestraszyłam – powiedziała Gisela, wymuszając uśmiech.
‒ No dobrze, już cię nie męczę. Nie mam podstaw, żeby cię tu dłużej trzymać. W razie czego wiem, jak się z tobą skontaktować.
Gisela wstała. Uścisnęła mu dłoń i na drżących nogach jak najszybciej opuściła komisariat. Dopiero w samochodzie odetchnęła z ulgą. Zdjęła marynarkę i tak jak się obawiała, pod pachami miała wielkie plamy potu.
ANKI
Anki Luukela z ogromnym wysiłkiem pokonywała ostatnie wzniesienie. Jeszcze tylko kilkaset metrów, a potem teren się wyrównywał i stopniowo opadał. Sprawdziła tętno i czas na smartwatchu. Tego dnia miała naprawdę dobre wyniki. Gdyby udało jej się utrzymać takie tempo przez całą drogę, pobiłaby swój życiowy rekord. Zbliżała się do zagajnika. Mocno odepchnęła się od ziemi i wydłużyła kroki. Właśnie chciała przyspieszyć, gdy z krzaków wyskoczył zamaskowany mężczyzna. Wszystko działo się tak szybko. Anki nie zdążyła zareagować, kiedy napastnik ją złapał. Próbowała go kopnąć, ale udało mu się odskoczyć. Przyłożył jej do twarzy szmatkę śmierdzącą jakimś środkiem chemicznym. Przycisnął ją tak mocno, że Anki trudno było oddychać przez nos i musiała wziąć głęboki wdech przez usta. Chemiczny smak wypełnił jej gardło. Ciało drętwiało, ale kiedy mężczyzna usiłował zepchnąć ją ze ścieżki, niechcący upuścił szmatkę. Anki była mocno zamroczona, ale też wysportowana, miała czarny pas w kickboxingu. Wciągnęła głęboko świeże leśne powietrze. Ciało działało jak na autopilocie. Kierowała nim pamięć mięśniowa. Kobieta uniosła łokieć i uderzyła napastnika w brzuch. Jęknął i na sekundę rozluźnił uścisk. Anki wzięła jeszcze kilka głębokich wdechów, po czym się zamachnęła i trafiła mężczyznę prosto w nos. Maska natychmiast przesiąkła krwią, która kapała mu na ubranie.
Agresor splunął i zaklął, lecz najwyraźniej nie zamierzał się poddać. Machał rękami na oślep, próbując ponownie złapać swoją ofiarę. Anki zaś odzyskała równowagę i wykonała dropkick. Trafiła idealnie, napastnik runął na ziemię jak ścięta sosna. Kobieta, zamiast uciekać, co wydawałoby się rozsądnym posunięciem, usiadła mu na plecach. Był nieprzytomny albo martwy, nie miała pewności i w tej chwili jej to nie obchodziło. Skrępowała mu ręce na plecach. Związała je opaską, którą ściągnęła sobie z głowy. Dopiero gdy się upewniła, że naprawdę udało jej się go unieruchomić, odetchnęła i zadzwoniła na policję. Tymczasem zdjęła mężczyźnie kaptur z twarzy. Wyglądał znacznie młodziej, niż się spodziewała.
ROBIN
Zwiędłe igły kłuły go w policzek. Czuł przez spodnie wilgotną ziemię. Leżał na brzuchu przygnieciony dużym ciężarem. Nie mógł poruszać rękami. Co się stało? Jak się tu znalazł? Bolała go głowa. Drzewa tańczyły mu przed oczami.
Robin nie rozumiał, dlaczego to się tak źle skończyło. Postępował zgodnie z planem. Z wielkim trudem próbował się podnieść, ale nie był w stanie. Coś go powstrzymywało. Obrócił głowę, by sprawdzić, co to takiego, ale wtedy poczuł cios w potylicę, zakręciło mu się w głowie i zrobiło mu się niedobrze. Intensywny ból przeszył mu czaszkę. Znowu uderzył policzkiem o pokrytą igłami ziemię.
Wszystko stało się czarne.
Kiedy się obudził, leżał przywiązany do noszy. Nad nim pochylała się jakaś przepiękna kobieta. Najpierw pomyślał, że umarł i trafił do nieba. Że ta piękność to anioł. Potem zobaczył jednak policyjny mundur i ją rozpoznał. To ona aresztowała jego ojca. Jej oczy płonęły nienawiścią, a twarz wykrzywiła się w paskudnym grymasie.
‒ Naprawdę myślałeś, że ci się upiecze? – wycedziła przez mocno zaciśnięte zęby.
Chwyciła Robina za kołnierz i potrząsnęła nim tak mocno, że zgrzytnęły mu zęby. Inny funkcjonariusz ją odciągnął.
‒ Uspokój się, Tuulo. Nie jest tego wart – powiedział.
Potem Robin dostał zastrzyk w ramię i znów wszystko wokół poczerniało.
GISELA
Kiedy zapadł zmrok, Gisela, Jonny i Carina udali się do salonu z butelką wina. Na górze dzieci grały głośno w grę komputerową. Carina podeszła do drzwi i wsłuchała się w odgłosy płynące z piętra.
‒ Są całkowicie pochłonięci grą. Możemy spokojnie porozmawiać.
Wreszcie mieli chwilę, by podsumować wrażenia z dzisiejszego przesłuchania.
‒ Przez cały czas strasznie się bałam – zaczęła Carina. ‒ Czułam się jak przestępczyni tylko dlatego, że się tam znalazłam. Byłam przerażona, że się wygadam i policja się dowie, że mieliśmy z Jonnym powód, żeby zabić Dana Thelandera.
‒ Ale nic nie powiedziałaś, prawda? – spytał z niepokojem Jonny.
‒ No coś ty. Nikt poza nami nie wie, co Dan mi zrobił.
‒ Jeszcze – zauważyła Gisela. ‒ Jak policja zacznie grzebać w przeszłości Dana, pewnie trafią na twoje imię.
Carina, która właśnie napełniała sobie kieliszek, wzdrygnęła się, przez co wylała trochę wina na biały dywan. Szybko wstała i zniknęła w kuchni. Po chwili wróciła ze szmatką i paczką soli.
‒ Zostaw to. – Jonny wyrwał ją z nerwowego wycierania plamy. ‒ I tak zamierzasz tu wszystko urządzić od nowa.
Carina go nie słuchała. Zabrudzenie nie schodziło, więc posypała je solą.
Gisela zwróciła się do szwagra:
‒ O co cię pytali?
‒ Pewnie o to, o co zwykle pytają. Czy dobrze znałem Dana, czy spotkałem go wcześniej. O której godzinie opuściliśmy ognisko i co robiłem potem.
Gisela przypomniała sobie, że Jonny wziął prysznic, kiedy wrócił do domu tego wieczoru.
‒ Chcieli wiedzieć, co konkretnie robiłem między drugą a czwartą nad ranem – kontynuował.
‒ To znaczy, że Dan zginął, jak już byłeś w domu – stwierdziła Gisela, która słyszała, jak Jonny wracał do domu o północy.
‒ Tak, kiedy się rozeszliśmy, jeszcze żył. Wracali z nami też inni ludzie, paru imprezowiczów ze Skanör.
‒ Co powiedziałeś policji? – spytała zaniepokojona Carina.
Znowu nalała sobie wina. Kiedy piła, lekko drżała jej ręka.
‒ Że spałem jak zabity. – Jonny mrugnął.
‒ To dobrze – stwierdziła Carina, zerkając w kieliszek.
Gisela się zastanawiała, o czym myśli jej siostra.
‒ Miejmy nadzieję, że to już koniec – uspokajała. ‒ Policja wkrótce znajdzie sprawcę, zobaczysz.
‒ Miejmy nadzieję… – Jonny przeczesał włosy palcami. ‒ Zastanawiam się tylko, dlaczego Dan wrócił na plażę w środku nocy.
Gisela przyznała, że to dziwne, nie miała jednak czasu dłużej o tym myśleć, ponieważ w tym momencie zadzwoniła Tuula i opowiedziała jej o tym, co się wydarzyło w Kråklundzie.
Kiedy się rozłączyły, inspektorka wstała z fotela.
‒ Muszę wracać do Vaasy. Polecę jutro pierwszym samolotem. Morderca znów zaatakował. Próbował porwać kolejną kobietę, ale tym razem, na szczęście, mu się nie udało.
Carina chwyciła ją za ramię.
‒ Nie wyjeżdżaj, proszę ‒ błagała, mocno się do niej tuląc.
‒ Muszę. Ale niedługo wrócę. Obiecuję. Nie musisz się już martwić o Dana Thelandera. Wszystko będzie dobrze ‒ zapewniła i spojrzała wymownie na Jonny’ego, który natychmiast wstał.
Podszedł do Cariny i ją objął.
‒ Masz mnie – powiedział.
‒ A jeśli… a jeśli policja wróci? – martwiła się Carina.
Nie wyjaśniła, czego się boi, a Gisela nie była pewna, czy chce to wiedzieć.
więcej..