Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Polowanie na czarownice. Część 3 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 kwietnia 2026
3592 pkt
punktów Virtualo

Polowanie na czarownice. Część 3 - ebook

Policjanci z Ostrobotni wciąż poszukują nieuchwytnego mordercy. Ostatnie wypadki sprawiają, że wiosenne miesiące są dla mieszkańców regionu koszmarem z najgorszego snu. Na domiar złego dwie kolejne ofiary przepadają jak kamień w wodę. Czy uda się wreszcie rozwiązać tę mrożącą krew w żyłach sprawę?
„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8076-875-7
Rozmiar pliku: 4,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Czwar­tek, 2 maja 2024 roku

GI­SELA

Tech­nicy kry­mi­na­li­styki przy­byli do domu ro­dziny The­lan­de­rów wcze­snym ran­kiem.

‒ Nie mogę uwie­rzyć, że Dan nie żyje – po­wie­działa Ca­rina, sto­jąc obok Gi­seli przy ku­chen­nym oknie i pa­trząc na za­par­ko­wane przy ulicy ra­dio­wozy.

Wielu są­sia­dów wy­szło na schody i z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wało wy­da­rze­nia roz­gry­wa­jące się w tej za­zwy­czaj spo­koj­nej dziel­nicy.

Ca­rina zwró­ciła się do Gi­seli:

‒ Znik­nął z mo­jego ży­cia raz na za­wsze. – Na jej twa­rzy po­ja­wił się sze­roki uśmiech, który znik­nął, gdy zo­ba­czyła po­ważną minę sio­stry.

‒ Tech­nicy prze­szu­kają cały dom, żeby zna­leźć do­wody, które wy­ja­śnią oko­licz­no­ści śmierci Dana, kto go za­mor­do­wał i dla­czego – za­uwa­żyła Gi­sela.

‒ Ale prze­cież za­mor­do­wano go na plaży – zdzi­wiła się Ca­rina.

‒ To nic. Po­li­cja i tak bę­dzie szu­kać śla­dów w domu, a już na pewno przej­rzą jego kom­pu­ter. Wtedy znajdą mo­jego pen­drive’a, więc będą pró­bo­wali zna­leźć od­ci­ski pal­ców i DNA u niego w ga­bi­ne­cie i w in­nych po­ko­jach, o ile już tego nie zro­bili.

Ca­rina wzru­szyła ra­mio­nami.

‒ Wła­ma­nie to nie to samo co mor­der­stwo – stwier­dziła.

Gi­sela sta­rała się nie de­ner­wo­wać. Sio­stra nie była po­li­cjantką. Nie miała po­ję­cia, w jaki spo­sób pra­cuje po­li­cja.

‒ Ro­zu­mo­wa­nie po­li­cji bę­dzie wy­glą­dać na­stę­pu­jąco – za­częła tłu­ma­czyć. ‒ Osoba, która wła­mała się do The­lan­de­rów, żeby wgrać zdję­cia por­no­gra­ficzne na kom­pu­ter Dana, mo­gła mieć po­wód, żeby go za­bić.

Ca­rina za­kryła usta dło­nią.

‒ My­ślisz, że będą cię po­dej­rze­wać o za­bój­stwo Dana?

‒ Tego się wła­śnie boję. Mu­szę coś szybko wy­my­ślić.

‒ Tylko co? – spy­tała zre­zy­gno­wana Ca­rina.

Gi­sela wpa­try­wała się w okno. Tech­nicy wło­żyli kom­bi­ne­zony.

Pod­je­chał ko­lejny ra­dio­wóz i za­par­ko­wał przed do­mem The­lan­de­rów. Z sa­mo­chodu wy­siadł Jo­akim Borg­ström, dawny ko­lega Gi­seli ze szkoły. Pod­szedł do tech­ni­ków i za­mie­nił z nimi kilka słów. Wło­żył ochra­nia­cze na buty i gu­mowe rę­ka­wiczki. Na­stęp­nie wszedł do środka.

Gi­sela mu­siała od­zy­skać pen­drive’a. I to jak naj­prę­dzej.

‒ Już wiem – rzu­ciła, po czym wy­bie­gła na ze­wnątrz.

Mi­gnęła le­gi­ty­ma­cją po­li­cyjną tech­ni­kom sto­ją­cym przy bra­mie.

‒ Pra­cuję z in­spek­to­rem Jo­aki­mem Borg­strömem – po­wie­działa.

Zer­k­nęli prze­lot­nie w jej stronę, nie zwra­ca­jąc uwagi, że le­gi­ty­ma­cja nie była wy­dana w Szwe­cji.

‒ Jest w środku – od­parł je­den z nich.

Gi­sela we­szła do domu Dana The­lan­dera. Sły­szała, jak Jo­akim roz­ma­wia z kimś w kuchni. Szybko wśli­zgnęła się do ga­bi­netu za­mor­do­wa­nego. Kom­pu­ter wciąż tam był. Całe szczę­ście jesz­cze go nie za­brali. Zro­biła parę dłu­gich kro­ków i zna­la­zła się przy dysku twar­dym. Po­chy­liła się i wy­jęła pen­drive’a. Ręce drżały jej tak bar­dzo, że nie­mal go upu­ściła. Jed­nak się udało. Od­zy­skała go, za­nim Jo­akim i jego funk­cjo­na­riu­sze za­brali sprzęt do la­bo­ra­to­rium. Z ulgą ści­snęła mały no­śnik pa­mięci w dłoni. Wzięła kilka wde­chów, by uspo­koić roz­sza­lałe bi­cie serca.

Na­stęp­nie zde­cy­do­wa­nie ru­szyła w stronę kuchni. Za­pu­kała we fra­mugę drzwi, by zwró­cić uwagę Jo­akima.

‒ Gi­sela?! Co tu ro­bisz?

Jo­akim spoj­rzał na nią, nie ukry­wa­jąc zdzi­wie­nia.

‒ Szu­ka­łam cię.

‒ Jak wi­dzisz, je­ste­śmy w trak­cie re­wi­zji, więc nie mo­żesz tu być. Nie mu­szę chyba tego mó­wić tak do­świad­czo­nej śled­czej jak ty.

‒ Oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu Ca­rina się mar­twi, że ona i jej ro­dzina też mogą być w nie­bez­pie­czeń­stwie. Obie­ca­łam, że zro­bię, co w mo­jej mocy, i do­wiem się jak naj­wię­cej.

‒ Czy ma po­wody, żeby się mar­twić? – spy­tał Jo­akim.

‒ Nie, skąd. Ale wiesz, jaka ona jest.

Twarz in­spek­tora zła­god­niała.

‒ Po­wiedz sio­strze, że może być spo­kojna. Trak­tu­jemy to jako od­osob­niony przy­pa­dek. Mor­derca Dana nie sta­nowi ra­czej za­gro­że­nia dla ko­go­kol­wiek in­nego.

‒ Skąd ta pew­ność? – do­cie­kała Gi­sela.

Jo­akim uśmiech­nął się krzywo.

‒ Nie mogę ci po­wie­dzieć. Do­brze o tym wiesz. Za­cho­wu­jesz się jak na­chalna re­por­terka. Idź już do domu. Mamy tu ro­botę do wy­ko­na­nia.

‒ Do­bra, w po­rządku. Daj znać, je­śli będę mo­gła w czymś po­móc.

W dro­dze do wyj­ścia Gi­sela scho­wała pen­drive’a do kie­szeni spodni.

Miała je­dy­nie na­dzieję, że Dan The­lan­der nie zdą­żył uru­cho­mić kom­pu­tera, gdy no­śnik pa­mięci był pod­łą­czony. Freddy twier­dził, że nie da się po­wią­zać pliku z nią. Ale czy na pewno?

CHRY­STAL

Chry­stal Fi­sher jesz­cze się nie przy­zwy­cza­iła do ja­snych nocy w Fin­lan­dii. Ani do ży­cia z ro­dziną In­gve­sów w Kråklun­dzie, które tak bar­dzo róż­niło się od jej co­dzien­no­ści w Syd­ney. Choć prze­cież wła­śnie po to tu przy­je­chała ‒ żeby do­świad­czyć cze­goś no­wego.

Wstała z łóżka i roz­su­nęła za­słony. Wyj­rzała przez okno i się cof­nęła.

W ogro­dzie stał męż­czy­zna. Pa­trzył w górę, w stronę jej sy­pialni.

Szybko za­cią­gnęła za­słony i zro­biła duży krok do tyłu. Przez dłuż­szą chwilę stała po­środku po­koju, nie wie­dząc, co ro­bić. Czy to ten sam czło­wiek, który stał na dro­dze przed do­mem ty­dzień wcze­śniej? Nie miała pew­no­ści. Wtedy wi­działa go nie­wy­raź­nie w gę­stej mgle. A te­raz tylko prze­lot­nie na niego zer­k­nęła. Po­woli pod­kra­dła się z po­wro­tem do okna. Wsu­nęła palce wska­zu­jące po­mię­dzy ma­te­riał i wyj­rzała na ze­wnątrz przez nie­wielką szparę.

Nie­zna­jomy na­dal tam stał.

Miał na so­bie czarną bluzę z kap­tu­rem na­cią­gnię­tym na głowę, rzu­ca­ją­cym ciemny cień na twarz. Bu­dził w niej strach. Ciężko od­dy­chała. Serce wa­liło jej w piersi jak osza­lałe. Czy po­winna po­wie­dzieć In­gve­som, że w ogro­dzie jest obcy męż­czy­zna? Czy ją wy­śmieją? Może miał prawo tam być? Na przy­kład przy­szedł, żeby umyć okna lub przy­ciąć ży­wo­płot. Chry­stal nie chciała wyjść na bo­jaź­liwą. Była w Fin­lan­dii do­piero od nie­ca­łych dwóch ty­go­dni i nie znała zbyt do­brze In­gve­sów ani oko­licy.

Za­wsze uwa­żała, że warto by­łoby zo­ba­czyć, jak wy­gląda ży­cie w in­nej czę­ści świata. Dla­tego po ukoń­cze­niu stu­diów zgło­siła się do agen­cji au pair i wy­brała Fin­lan­dię, po­nie­waż ten kraj od wielu lat uzna­wano za naj­szczę­śliw­szy na świe­cie. Jak do­tąd na­dal nie po­tra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego tak uwa­żano. Było tu zimno, a po­goda co chwilę się zmie­niała. Miesz­kańcy Kråklundy wy­da­wali się po­nu­rzy i ma­ło­mówni, choć mo­gło to mieć coś wspól­nego z mor­der­stwami, o któ­rych opo­wia­dał po­li­cjant. Za­py­tała Ve­ery i Tho­masa In­gve­sów o te zbrod­nie, ale nie chcieli o tym roz­ma­wiać. Po­wie­dzieli tylko, żeby nie wspo­mi­nała o tym przy dzie­ciach, bo mo­głyby się prze­stra­szyć.

Chry­stal się ubrała i ze­szła do kuchni. Wszy­scy już sie­dzieli przy stole, na któ­rym cze­kało śnia­da­nie. Sok po­ma­rań­czowy, chleb żytni, ke­fir, ser i szynka. Chry­stal od wielu lat była we­ganką, ale w Fin­lan­dii po­szła na kom­pro­mis w kwe­stii diety. Uznała to za naj­prost­sze roz­wią­za­nie. Na­dal uni­kała mięsa oraz ryb, lecz zda­rzało jej się zjeść jajka i na­biał, je­śli nie miała in­nego wyj­ścia.

‒ Dzień do­bry, Chry­stal ‒ przy­wi­tała się Ve­era z sil­nym fiń­skim ak­cen­tem. ‒ Do­brze spa­łaś?

Dziew­czyna ski­nęła głową.

‒ To świet­nie. Dzieci chciały pójść na górę cię obu­dzić, ale po­wie­dzia­łam im, żeby dały ci jesz­cze tro­chę po­spać. Chodź, zjesz z nami śnia­da­nie. Tho­mas już po­je­chał do pracy, ja też mu­szę nie­długo wyjść. Naj­pierw jed­nak chcia­łam omó­wić z tobą plan dnia chłop­ców.

Chry­stal usia­dła i na­lała so­bie kawy do kubka. Pró­bo­wała za­pa­mię­tać wszystko, co musi zro­bić. Od­wieźć dzieci do szkoły i przed­szkola, po­tem je ode­brać. Młod­szy syn In­gve­sów miał iść po po­łu­dniu do ko­legi, a star­szy na lek­cję gry na fle­cie i tre­ning ho­keja. Usi­ło­wała so­bie przy­po­mnieć, gdzie się znaj­duje lo­do­wi­sko. Już raz tam była, ale je­chała z Tho­ma­sem i nie zwra­cała uwagi na drogę.

‒ Po­my­śla­łam, że kiedy dzieci będą w szkole, mo­gła­byś po­sprzą­tać w domu i zro­bić za­kupy na week­end. Faj­nie mieć to wcze­śniej z głowy – za­uwa­żyła Ve­era.

Chry­stal pla­no­wała po­bie­gać w le­sie, jed­nak bez słowa przy­jęła li­stę za­dań do zro­bie­nia. Bę­dzie mu­siała się wy­brać na jog­ging wie­czo­rem. Zmrok za­padł do­piero około dwu­dzie­stej dru­giej.

Ve­era wstała od stołu.

‒ Po­sprzą­tasz, pro­szę, po śnia­da­niu? Tro­chę się spie­szę – rzu­ciła.

‒ Nie ma sprawy – od­parła Chry­stal.

‒ Czy chcesz jesz­cze o coś za­py­tać, za­nim wyjdę? W ra­zie czego po pro­stu do mnie za­dzwoń. Mam te­le­fon cały czas przy so­bie.

Chry­stal za­wa­hała się przez chwilę, po czym się ode­zwała:

‒ Jak się obu­dzi­łam, wyj­rza­łam przez okno i wi­dzia­łam w ogro­dzie ja­kie­goś męż­czy­znę. Wiesz, kim on jest?

‒ Męż­czy­znę w na­szym ogro­dzie? ‒ Ve­era zmarsz­czyła czoło. ‒ Jak wy­glą­dał?

‒ Nie przyj­rza­łam mu się zbyt do­kład­nie, ale wy­da­wał się ra­czej młody, w moim wieku albo ciut star­szy. Był ubrany na czarno.

‒ Hm, w oko­licy nie ma zbyt wielu mło­dych chło­pa­ków. To mógł być Ro­bin Snel­l­man, z po­bli­skiego go­spo­dar­stwa, choć nie bar­dzo ro­zu­miem, co miałby ro­bić u nas w ogro­dzie. Może szu­kał swo­ich psów? Prze­waż­nie bie­gają lu­zem i cią­gle ucie­kają.

Nic nie wska­zy­wało na to, by męż­czy­zna szu­kał zbie­głych czwo­ro­no­gów, lecz Chry­stal za­cho­wała to spo­strze­że­nie dla sie­bie.

Ve­era ścią­gnęła brwi.

‒ Na twoim miej­scu trzy­ma­ła­bym się z da­leka od Ro­bina Snel­l­mana. Coś z nim jest nie tak.

CA­RINA

‒ Kto dzwo­nił? – spy­tał Jonny, gdy Ca­rina się roz­łą­czyła.

‒ Po­li­cja. Chcą, że­by­śmy przy­szli ju­tro na prze­słu­cha­nie. Gi­sela też ma przyjść.

‒ Dla­czego chcą z nami roz­ma­wiać? Prze­cież nie zna­li­śmy Dana.

‒ Wiem. Ale by­li­śmy jed­nymi z ostat­nich lu­dzi, któ­rzy go wi­dzieli.

Jonny po­słał jej ba­daw­cze spoj­rze­nie.

‒ Dan był pra­wie pewny, że już się kie­dyś spo­tka­li­ście – za­uwa­żył.

Ca­rina wie­działa, że musi po­wie­dzieć mę­żowi o gwał­cie. Po­li­cjanci pro­wa­dzący śledz­two w spra­wie mor­der­stwa Dana The­lan­dera będą grze­bać w jego prze­szło­ści i ist­nieje duża szansa, że tra­fią na jej dawne zgło­sze­nie o prze­stęp­stwie.

Ze­brała się na od­wagę i wy­znała:

‒ Mu­szę ci o czymś opo­wie­dzieć…

Sta­rała się mó­wić rze­czowo. Tłu­miła emo­cje. Jakby mó­wiła o kimś in­nym.

Jonny cho­dził tam i z po­wro­tem po po­koju. Sta­wał się co­raz bar­dziej ner­wowy. Za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Uni­kał wzroku Ca­riny. Ona też nie była w sta­nie spoj­rzeć mu w oczy. Bała się, że się roz­sy­pie. Kiedy skoń­czyła, Jonny ude­rzył pię­ścią w ścianę tak mocno, że w pły­cie gip­so­wej po­wstała dziura.

‒ Co za skur­wiel! ‒ wrza­snął. ‒ Do­brze, że już nie żyje. Ina­czej skrę­cił­bym mu kark!

‒ Uspo­kój się, Jonny ‒ prze­rwała mu Ca­rina, po czym wstała. ‒ Jesz­cze, nie daj Boże, dzieci cię usły­szą.

Męż­czy­zna wziął głę­boki wdech. Cały się trząsł.

‒ Dla­czego ni­gdy mi o tym nie po­wie­dzia­łaś? – spy­tał. ‒ My­śla­łem, że nie mamy przed sobą żad­nych ta­jem­nic.

‒ Nie masz po­ję­cia, ile razy chcia­łam ci o tym po­wie­dzieć. Ale nie umia­łam. Poza tym to wy­da­rzyło się tak dawno temu. Na­prawdę sta­ra­łam się zo­sta­wić to wszystko za sobą.

Jonny prze­cze­sał włosy dłońmi.

‒ Wiesz, co to ozna­cza?

‒ Co masz na my­śli?

‒ Że oboje mie­li­śmy po­wód, żeby za­bić Dana The­lan­dera.

Ca­rina opa­dła z po­wro­tem na łóżko.

‒ Prze­pra­szam. To wszystko moja wina.

Jonny usiadł obok niej i ją przy­tu­lił.

‒ To nie twoja wina. Mu­simy tylko uzgod­nić, co ju­tro po­wiemy po­li­cji.

Przez dłuż­szą chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu. Po­tem Ca­rina za­py­tała:

‒ Dla­czego ro­bi­łeś pra­nie w środku nocy i wzią­łeś prysz­nic, kiedy wró­ci­łeś z plaży?

Jonny spoj­rzał na nią z prze­ra­że­niem w oczach.

‒ Chyba nie my­ślisz, że to ja go za­bi­łem?

‒ Oczy­wi­ście, że nie. Ale po­li­cja praw­do­po­dob­nie na­bie­rze po­dej­rzeń, je­śli się o tym do­wie.

‒ Wiesz, że nie zno­szę za­pa­chu dymu. Strasz­nie śmier­dzia­łem po ca­łym wie­czo­rze spę­dzo­nym przy ogni­sku. Nie chcia­łem się obu­dzić z tym za­pa­chem we wło­sach i na ubra­niach, dla­tego po po­wro­cie się wy­ką­pa­łem i wy­pra­łem ubra­nia, które mia­łem na so­bie.

Ca­rina uznała, że wy­ja­śnie­nie męża brzmi roz­sąd­nie.

‒ Le­piej nie wspo­mi­nać o tym po­li­cji – stwier­dziła.

‒ Skoro już po­ru­szy­li­śmy ten te­mat, to gdzie by­łaś tej nocy? Wy­szłaś z domu po moim po­wro­cie? Kiedy się obu­dzi­łem, bo mu­sia­łem iść do to­a­lety, nie było cię w łóżku. Ani na dole.

‒ Nie mo­głam spać. Wy­szłam na ze­wnątrz za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza.

‒ O tym też le­piej nie mó­wić po­li­cji – za­su­ge­ro­wał Jonny i mocno przy­tu­lił żonę.

LI­NUS

Za­po­mniał swo­jej ulu­bio­nej bluzy z miesz­ka­nia i w dro­dze z pracy do domu za­je­chał tam, żeby ją za­brać. Za­nim wy­siadł z sa­mo­chodu, spoj­rzał na ze­ga­rek. Była do­piero szes­na­sta. To do­brze. Jo­se­fin po­winna na­dal być w biu­rze, które wy­naj­mo­wała w mie­ście.

Jakże się my­lił.

Już na klatce scho­do­wej usły­szał mu­zykę do­cho­dzącą z miesz­ka­nia. Jo­se­fin pusz­czała na cały re­gu­la­tor swoją im­pre­zową play­li­stę, tę, któ­rej słu­chała, gdy była w do­brym na­stroju.

Li­nus wa­hał się, czy w ogóle wcho­dzić. Za­le­żało mu jed­nak na blu­zie.

Nie miał od­wagi wejść bez pu­ka­nia, wie­dząc, że w miesz­ka­niu jest Jo­se­fin. Mimo że miał klu­cze, po­sta­no­wił za­dzwo­nić do drzwi.

Jo­se­fin otwo­rzyła z sze­ro­kim uśmie­chem. Miała na so­bie czarną, ob­ci­słą su­kienkę, mi­ster­nie upięty kok, a usta po­ma­lo­wane na sek­sowny ru­bi­nowy od­cień. Wy­glą­dała tak prze­pięk­nie, że za­nie­mó­wił.

‒ Cześć – wy­du­sił w końcu.

Jo­se­fin naj­wy­raź­niej spo­dzie­wała się ko­goś in­nego, bo kiedy zo­ba­czyła, że to Li­nus, prze­stała się uśmie­chać, a jej twarz przy­brała su­rowy wy­raz. Skrzy­żo­wała ręce na piersi.

‒ Co ty tu ro­bisz? To, że nie­dawno się ze sobą prze­spa­li­śmy, nie ozna­cza, że mo­żesz przy­cho­dzić, kiedy chcesz, bez uprze­dze­nia. Je­żeli to ma się udać, mu­simy sza­no­wać wza­jem­nie swoją pry­wat­ność.

‒ Prze­pra­szam. My­śla­łem, że cię nie bę­dzie. Chcia­łem tylko za­brać bluzę, którą tu zo­sta­wi­łem.

‒ Do­brze, wejdź. Ale na przy­szłość będę wdzięczna, jak naj­pierw do mnie za­dzwo­nisz. Mogę mieć go­ści.

Gniew Jo­se­fin za­sko­czył Li­nusa. Mó­wiła tak, jakby ich zwią­zek na­prawdę się skoń­czył. Jakby nie wi­działa moż­li­wo­ści po­wrotu do tego, co było wcze­śniej. Nie do­cie­rało do niego, że to ko­niec ich mał­żeń­stwa. Albo po pro­stu wy­pie­rał to ze świa­do­mo­ści.

Wszedł do sy­pialni i wziął bluzę. Miesz­ka­nie wy­da­wało się znacz­nie przy­tul­niej­sze, kiedy prze­by­wała w nim Jo­se­fin. Pach­niało świe­żo­ścią, a na ku­chen­nym stole stał wa­zon z wiel­kim bu­kie­tem kwia­tów. Czy do­stała go od ja­kie­goś męż­czy­zny? Na pa­ra­pe­cie pa­liła się świeczka za­pa­chowa. Wnę­trze po pro­stu tęt­niło ży­ciem, kiedy była tu Jo­se­fin.

‒ Zna­la­złeś to, czego szu­ka­łeś? – spy­tała.

‒ Tak, dzię­kuję, że mnie wpu­ści­łaś.

‒ Nie ma sprawy, w końcu ty też tu miesz­kasz – stwier­dziła Jo­se­fin ła­god­niej­szym to­nem.

‒ Czy nie po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać o tym, co się wy­da­rzyło w noc Wal­pur­gii?

‒ Słu­chaj, nie mam te­raz na to czasu. Szcze­rze mó­wiąc, my­ślę, że po­win­ni­śmy o tym po pro­stu za­po­mnieć.

Jak Li­nus mógł za­po­mnieć, że na chwilę od­zy­skał żonę, po czym rów­nie szybko ją stra­cił?

Miał wra­że­nie, że Jo­se­fin się spie­szy.

Ze­brał się na od­wagę i za­py­tał:

‒ Wy­cho­dzisz?

‒ Tak, idę na ko­la­cję z… bli­ską mi osobą.

Nie do­cie­kał, czy cho­dzi o męż­czy­znę. I tak czuł się wy­star­cza­jąco zdru­zgo­tany.

Jo­se­fin prze­chy­liła głowę. Po­pa­trzyła na niego do­brze mu zna­nym wzro­kiem.

Wes­tchnęła i zwró­ciła się do męża:

‒ My­ślisz, że twoi ro­dzice mo­gliby się za­jąć dziećmi przez kilka go­dzin któ­re­goś dnia w przy­szłym ty­go­dniu? Ty i ja mamy sporo do omó­wie­nia. Bę­dzie nam ła­twiej, jak dzieci nie będą nam prze­szka­dzać.

W sercu Li­nusa za­tliła się iskierka na­dziei.

‒ Ja­sne. Za­ła­twię to. Kiedy?

Przy­gry­zła wargę.

‒ Mu­szę spraw­dzić w ka­len­da­rzu. Dam znać. Tylko nie rób so­bie zbyt wiel­kich na­dziei.

Roz­ło­żyła ręce, jakby już prze­pra­szała za to, że za­mie­rza zła­mać mu serce.

Li­nus prze­łknął ślinę.

‒ Ja­sne. Ode­zwij się, jak już bę­dziesz znać datę – rzu­cił, mi­ja­jąc Jo­se­fin.

Chciał stam­tąd jak naj­szyb­ciej uciec.

Za­sta­na­wiał się, czy męż­czy­zna, z któ­rym Jo­se­fin miała zjeść ko­la­cję, był tą samą osobą, która kilka ty­go­dni wcze­śniej zo­sta­wiła w kuchni paczkę pa­pie­ro­sów i za­pal­niczkę.

RO­BIN

Ścieżka bie­gowa w Kråklun­dzie prze­bie­gała przez las po­ło­żony w po­bliżu go­spo­dar­stwa. Była oświe­tlona, a zimą słu­żyła jako trasa do nar­ciar­stwa bie­go­wego. Kiedy Ro­bin był dziec­kiem, w week­endy bie­gało tam lub jeź­dziło na nar­tach dużo lu­dzi. W po­ło­wie drogi, na po­la­nie na szczy­cie wzgó­rza, znaj­do­wała się wiata z miej­scem do gril­lo­wa­nia. Ro­bin czę­sto cho­dził tam­tędy na spa­cer z psami wraz z ro­dzi­cami. Kiedy do­cie­rali do wiaty, mama wyj­mo­wała ter­mos z go­rącą cze­ko­ladą, a tata roz­pa­lał ogień w pa­le­ni­sku, nad któ­rym pie­kli kieł­ba­ski. Tamte czasy wy­da­wały się bar­dzo od­le­głe. Obec­nie tylko nie­liczni tu przy­cho­dzili, a wiata się za­wa­liła.

Ro­bin za­par­ko­wał na par­kingu na po­czątku trasy. Przy­jeż­dżał tu też przez dwa po­przed­nie dni. Wy­ty­po­wał ofiarę. Co­dzien­nie wie­czo­rem bie­gła tą samą ścieżką i około osiem­na­stej pięt­na­ście mi­jała miej­sce wy­brane przez Ro­bina.

Po­li­cja na­dal spraw­dzała i prze­trzy­my­wała ich SUV-y. W tej sy­tu­acji Pia wy­na­jęła je­den sa­mo­chód, ten, w któ­rym jej syn wła­śnie sie­dział: mały, czer­wony i nie­od­po­wiedni do tego, co pla­no­wał, ale uznał, że ofiara po­winna się zmie­ścić na tyl­nym sie­dze­niu. Wziął ze sobą koc, żeby ją nim przy­kryć. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek zo­ba­czył ją przez szybę.

Zza za­krętu wy­bie­gła dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia dziew­czyna, ubrana w zie­lone leg­ginsy i be­żową wia­trówkę, lecz to nie na nią cze­kał Ro­bin. Śle­dził ją wzro­kiem, aż znik­nęła w głębi lasu. Zer­k­nął na ze­ga­rek. Do­cho­dził kwa­drans po osiem­na­stej. Ofiara miała tu być lada chwila. Wy­pa­try­wał jej mię­dzy drze­wami. Nad­bie­gała. Miała czarny strój spor­towy, a na gło­wie ró­żową opa­skę. Ku­cyk ko­ły­sał się w rytm jej kro­ków. Bie­gła w słu­chaw­kach na uszach i nie zwra­cała uwagi na oto­cze­nie. Po­dob­nie jak w po­przed­nie wie­czory, była cał­ko­wi­cie sku­piona na tra­sie, bie­ga­niu i utrzy­ma­niu tempa, które bez prze­rwy spraw­dzała na smar­twat­chu.

Ro­bin wy­siadł z sa­mo­chodu i scho­wał się za krza­kami. Cze­kał na od­po­wiedni mo­ment, by za­ata­ko­wać. Naj­pierw usły­szał jej kroki na mięk­kim, po­kry­tym igłami pod­łożu. Ci­che jak szept. Po­tem ‒ jej od­dech, który sta­wał się tro­chę cięż­szy, kiedy bie­gła pod górę. Dało mu to do­dat­kową prze­wagę. Po­ry­wa­nie jej o tej po­rze wy­da­wało się ry­zy­kowne, po­nie­waż na ze­wnątrz na­dal było ja­sno. W po­bliżu nie wi­dział jed­nak zbyt wielu lu­dzi.

Przy­go­to­wał się. Na­są­czył szmatkę środ­kiem usy­pia­ją­cym, który za­brał z kli­niki we­te­ry­na­ryj­nej. Sku­lił się. Spraw­dził, czy żadne auto nie wjeż­dża na par­king. Wy­pro­sto­wał się. Przy­jął po­zy­cję do ataku.

Ko­bieta była rap­tem kilka me­trów od krza­ków, w któ­rych się ukrył.

Wstrzy­mał od­dech.

Trzy me­try, dwa me­try, metr.

Mi­nęła go. Lek­kim kro­kiem prze­bie­gła obok jego kry­jówki.

Tym ra­zem też mu się nie udało.

Zo­stał za krza­kami, do­póki nie uspo­koił od­de­chu.

Na­stęp­nie wsiadł z po­wro­tem do sa­mo­chodu i wró­cił do domu.Pią­tek, 3 maja 2024 roku

GI­SELA

Po­kój prze­słu­chań przy­po­mi­nał ten w ko­mi­sa­ria­cie w Va­asie, z tą za­sad­ni­czą róż­nicą, że w Fin­lan­dii to Gi­sela kon­tro­lo­wała sy­tu­ację, a te­raz to ją mieli prze­słu­chi­wać.

‒ Czy zna­łaś Dana The­lan­dera? – za­czął Jo­akim Borg­ström.

Nie brzmiało to jak oskar­że­nie. Gi­sela nie była po­dej­rzana o za­bój­stwo Dana. Zo­stała we­zwana na prze­słu­cha­nie w cha­rak­te­rze świadka. Dla­czego więc czuła się winna?

Pot zbie­rał się na skro­niach i pod pa­chami. Serce tłu­kło się jak osza­lałe. Była pewna, że Jo­akim sły­szy jego dud­nie­nie w ci­szy mię­dzy py­ta­niami.

Jak prze­stępcy so­bie z tym ra­dzili? Jak uda­wało im się kła­mać pod­czas prze­słu­cha­nia, za­cho­wu­jąc ka­mienną twarz? Praw­do­po­dob­nie do­brze o niej świad­czyło, że sama tak nie umie. W tej chwili jed­nak ża­ło­wała, że swoim za­cho­wa­niem zdra­dza po­czu­cie winy. Ist­niała bo­wiem jesz­cze inna ka­te­go­ria prze­stęp­ców. Ci, któ­rzy nie po­tra­fili ukry­wać emo­cji. Ci, któ­rych ła­two było zła­mać w trak­cie prze­słu­cha­nia.

‒ Gi­selo? Zna­łaś Dana The­lan­dera? – po­wtó­rzył Jo­akim, a in­spek­torka zdała so­bie sprawę, że jesz­cze nie od­po­wie­działa na py­ta­nie.

Prze­łknęła ślinę.

‒ Nie, nie zna­łam go. Po raz pierw­szy spo­tka­łam go w noc Wal­pur­gii, przy ogni­sku na plaży. Wła­śnie wpro­wa­dził się z ro­dziną do domu obok Ca­riny i Jonny’ego.

‒ Roz­ma­wia­łaś z nim?

‒ Tro­chę.

‒ O czym?

‒ Nie pa­mię­tam do­kład­nie. Za­pewne o ni­czym istot­nym – od­parła Gi­sela.

Wtedy uświa­do­miła so­bie, że Jo­akim miał rów­nież prze­słu­chać Jonny’ego i że ten praw­do­po­dob­nie pa­mię­tał, o czym roz­ma­wiali.

‒ Mój szwa­gier wspo­mniał, że to ja pro­wa­dzę śledz­two w spra­wie ko­biet spa­lo­nych na sto­sie w Wiel­ka­noc. Dan wy­da­wał się za­in­te­re­so­wany tymi za­bój­stwami. Za­dał kilka py­tań, a ja uni­ka­łam od­po­wie­dzi.

Jo­akim zmarsz­czył czoło.

‒ Dla­czego twój szwa­gier roz­ma­wiał z Da­nem o twoim do­cho­dze­niu? Z tego, co mó­wisz, do­piero się po­znali.

Gi­sela wzru­szyła ra­mio­nami. Si­liła się na swo­bodny ton.

‒ Jonny ma naj­nud­niej­szą pracę na świe­cie. Jest in­we­sto­rem wy­so­kiego ry­zyka. ‒ Ośmie­liła się uśmiech­nąć, a Jo­akim od­po­wie­dział tym sa­mym. ‒ Mój za­wód fa­scy­nuje wielu lu­dzi, zwłasz­cza gdy dzieje się coś na­prawdę strasz­nego. Pew­nie wiesz, co mam na my­śli.

Jo­akim ski­nął głową, przy­zna­jąc jej ra­cję, po czym jego twarz szybko na­brała su­ro­wego wy­razu.

Spoj­rzał w pa­piery i wy­raź­nie uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego.

‒ Je­steś prze­ko­nana, że ni­gdy przed­tem nie spo­tka­łaś Dana The­lan­dera?

‒ Tak, je­stem cał­ko­wi­cie pewna – za­pew­niła Gi­sela.

Przy­naj­mniej nie kła­mała. Mimo to wcale nie czuła się spo­koj­niej­sza. Była prze­ko­nana, że Jo­akim za­raz ją za­pyta, dla­czego w ta­kim ra­zie zna­leźli jej od­ci­ski pal­ców, DNA lub ślady stóp u The­lan­de­rów.

Przez chwilę mię­dzy po­li­cjan­tami pa­no­wała nie­zręczna ci­sza, po czym ode­zwał się Borg­ström:

‒ Nie wiem, jak to po­wie­dzieć, ale chyba od razu przejdę do rze­czy. ‒ Wy­jął coś z pla­sti­ko­wego wo­reczka. ‒ Tech­nicy zna­leźli tę przy­pinkę w ga­bi­ne­cie Dana The­lan­dera. Czy na­leży do cie­bie?

Gi­sela po­krę­ciła głową.

‒ Za­uwa­ży­łem, że mia­łaś taką samą przy­piętą do kurtki, kiedy wpa­dli­śmy na sie­bie w parku miej­skim w Lund. A dzi­siaj już jej tam nie ma.

Jo­akim przyj­rzał się przy­pince i prze­czy­tał na głos:

‒ V.S.K. Do­my­ślam się, że to skrót od Vasa Sim­klubb, mam ra­cję? Wy­go­oglo­wa­łem to. Dziwny zbieg oko­licz­no­ści, nie uwa­żasz?

Gi­sela miała ochotę strze­lić so­bie w łeb. Co za głupi błąd! Uda­wała, że przy­gląda się uważ­nie tej cho­ler­nej przy­pince klu­bo­wej, którą ku­piła w chwili sła­bo­ści za na­mową Li­nusa.

‒ Moż­liwe, że to moja ‒ przy­znała.

‒ Da się to ła­two spraw­dzić, wy­star­czy dać do ana­lizy DNA i od­ci­ski pal­ców – stwier­dził Jo­akim.

In­spek­torka nie wie­działa, czy jej ko­lega po fa­chu mówi po­waż­nie, czy się z nią dro­czy.

Wzięła łyk wody, by zy­skać na cza­sie i uspo­koić przy­spie­szone tętno. Lekko krę­ciło jej się w gło­wie.

‒ Mu­sia­łam ją zgu­bić, kiedy cię szu­ka­łam.

Pot spły­wał jej po ple­cach. Prze­cze­sała ręką włosy po raz setny, od kiedy we­szła do po­koju prze­słu­chań. Tak za­cho­wy­wał się tylko ktoś, kto czuł się winny. Mu­siała się opa­no­wać.

‒ Nie pa­mię­tam, że­byś wcho­dziła do ga­bi­netu Dana The­lan­dera. Roz­ma­wia­li­śmy w kuchni. Po co mia­ła­byś wcho­dzić do jego ga­bi­netu?

‒ Zaj­rza­łam do kilku in­nych po­koi, za­nim cię zna­la­złam.

Wo­lała nie mó­wić nic wię­cej. Nie wie­działa, gdzie do­kład­nie zna­leźli tę przy­pinkę.

Ze­brała się na od­wagę i spoj­rzała Jo­aki­mowi w oczy.

‒ Chyba nie są­dzisz, że to ja za­mor­do­wa­łam Dana The­lan­dera tylko dla­tego, że moja przy­pinka była u niego w domu? My­śla­łam, że zo­stał za­mor­do­wany na plaży.

Gi­sela prze­stra­szyła się, że po­su­nęła się za da­leko, i na­gle za­mil­kła.

– Po­dej­rze­wam, że wiesz coś, czego jesz­cze nam nie po­wie­dzia­łaś – stwier­dził Jo­akim, wbi­ja­jąc w nią wzrok.

In­spek­torka za­sta­na­wiała się, ile razy sama mó­wiła to samo oso­bom, które prze­słu­chi­wała.

‒ Nie wiem nic, czego wy nie wie­cie. Ni­gdy przed­tem nie spo­tka­łam Dana The­lan­dera i nie mam po­ję­cia, kto mógłby go za­bić – skła­mała.

Mo­głaby wy­mie­nić co naj­mniej dwie osoby, które miały ku temu po­wody. Jej sio­stra. I szwa­gier.

Jo­akim roz­pro­mie­nił się w ra­do­snym uśmie­chu.

‒ Gi­selo, tylko się tak z tobą dro­czę! Prze­cież to ja­sne, że nie po­dej­rze­wam cię o za­mor­do­wa­nie Dana. Ha, ha, szkoda, że nie wi­dzia­łaś swo­jej miny. Gdy­bym cię nie znał, po­my­ślał­bym, że je­steś winna.

Po­li­cjant śmiał się gło­śno z wła­snego żartu.

Gi­sela usi­ło­wała się uśmiech­nąć, ale cała jej twarz ze­sztyw­niała, mię­śnie od­mó­wiły po­słu­szeń­stwa.

‒ Mam na­dzieję, że wkrótce zła­pie­cie sprawcę. Mu­szę wra­cać do Va­asy. Mam wła­sne śledz­two w spra­wie mor­der­stwa, które trzeba do­pro­wa­dzić do końca.

Jo­akim prze­stał się śmiać.

‒ Chyba się nie ob­ra­zi­łaś się, co? To był tylko taki żart, na który mogą so­bie po­zwo­lić sta­rzy przy­ja­ciele. Prze­pra­szam, nie mo­głem się po­wstrzy­mać.

‒ Na­prawdę nie­źle ci to wy­szło. Na­wet się tro­chę prze­stra­szy­łam – po­wie­działa Gi­sela, wy­mu­sza­jąc uśmiech.

‒ No do­brze, już cię nie mę­czę. Nie mam pod­staw, żeby cię tu dłu­żej trzy­mać. W ra­zie czego wiem, jak się z tobą skon­tak­to­wać.

Gi­sela wstała. Uści­snęła mu dłoń i na drżą­cych no­gach jak naj­szyb­ciej opu­ściła ko­mi­sa­riat. Do­piero w sa­mo­cho­dzie ode­tchnęła z ulgą. Zdjęła ma­ry­narkę i tak jak się oba­wiała, pod pa­chami miała wiel­kie plamy potu.

ANKI

Anki Lu­ukela z ogrom­nym wy­sił­kiem po­ko­ny­wała ostat­nie wznie­sie­nie. Jesz­cze tylko kil­ka­set me­trów, a po­tem te­ren się wy­rów­ny­wał i stop­niowo opa­dał. Spraw­dziła tętno i czas na smar­twat­chu. Tego dnia miała na­prawdę do­bre wy­niki. Gdyby udało jej się utrzy­mać ta­kie tempo przez całą drogę, po­bi­łaby swój ży­ciowy re­kord. Zbli­żała się do za­gaj­nika. Mocno ode­pchnęła się od ziemi i wy­dłu­żyła kroki. Wła­śnie chciała przy­spie­szyć, gdy z krza­ków wy­sko­czył za­ma­sko­wany męż­czy­zna. Wszystko działo się tak szybko. Anki nie zdą­żyła za­re­ago­wać, kiedy na­past­nik ją zła­pał. Pró­bo­wała go kop­nąć, ale udało mu się od­sko­czyć. Przy­ło­żył jej do twa­rzy szmatkę śmier­dzącą ja­kimś środ­kiem che­micz­nym. Przy­ci­snął ją tak mocno, że Anki trudno było od­dy­chać przez nos i mu­siała wziąć głę­boki wdech przez usta. Che­miczny smak wy­peł­nił jej gar­dło. Ciało drę­twiało, ale kiedy męż­czy­zna usi­ło­wał ze­pchnąć ją ze ścieżki, nie­chcący upu­ścił szmatkę. Anki była mocno za­mro­czona, ale też wy­spor­to­wana, miała czarny pas w kick­bo­xingu. Wcią­gnęła głę­boko świeże le­śne po­wie­trze. Ciało dzia­łało jak na au­to­pi­lo­cie. Kie­ro­wała nim pa­mięć mię­śniowa. Ko­bieta unio­sła ło­kieć i ude­rzyła na­past­nika w brzuch. Jęk­nął i na se­kundę roz­luź­nił uścisk. Anki wzięła jesz­cze kilka głę­bo­kich wde­chów, po czym się za­mach­nęła i tra­fiła męż­czy­znę pro­sto w nos. Ma­ska na­tych­miast prze­sią­kła krwią, która ka­pała mu na ubra­nie.

Agre­sor splu­nął i za­klął, lecz naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał się pod­dać. Ma­chał rę­kami na oślep, pró­bu­jąc po­now­nie zła­pać swoją ofiarę. Anki zaś od­zy­skała rów­no­wagę i wy­ko­nała drop­kick. Tra­fiła ide­al­nie, na­past­nik ru­nął na zie­mię jak ścięta so­sna. Ko­bieta, za­miast ucie­kać, co wy­da­wa­łoby się roz­sąd­nym po­su­nię­ciem, usia­dła mu na ple­cach. Był nie­przy­tomny albo mar­twy, nie miała pew­no­ści i w tej chwili jej to nie ob­cho­dziło. Skrę­po­wała mu ręce na ple­cach. Zwią­zała je opa­ską, którą ścią­gnęła so­bie z głowy. Do­piero gdy się upew­niła, że na­prawdę udało jej się go unie­ru­cho­mić, ode­tchnęła i za­dzwo­niła na po­li­cję. Tym­cza­sem zdjęła męż­czyź­nie kap­tur z twa­rzy. Wy­glą­dał znacz­nie mło­dziej, niż się spo­dzie­wała.

RO­BIN

Zwię­dłe igły kłuły go w po­li­czek. Czuł przez spodnie wil­gotną zie­mię. Le­żał na brzu­chu przy­gnie­ciony du­żym cię­ża­rem. Nie mógł po­ru­szać rę­kami. Co się stało? Jak się tu zna­lazł? Bo­lała go głowa. Drzewa tań­czyły mu przed oczami.

Ro­bin nie ro­zu­miał, dla­czego to się tak źle skoń­czyło. Po­stę­po­wał zgod­nie z pla­nem. Z wiel­kim tru­dem pró­bo­wał się pod­nieść, ale nie był w sta­nie. Coś go po­wstrzy­my­wało. Ob­ró­cił głowę, by spraw­dzić, co to ta­kiego, ale wtedy po­czuł cios w po­ty­licę, za­krę­ciło mu się w gło­wie i zro­biło mu się nie­do­brze. In­ten­sywny ból prze­szył mu czaszkę. Znowu ude­rzył po­licz­kiem o po­krytą igłami zie­mię.

Wszystko stało się czarne.

Kiedy się obu­dził, le­żał przy­wią­zany do no­szy. Nad nim po­chy­lała się ja­kaś prze­piękna ko­bieta. Naj­pierw po­my­ślał, że umarł i tra­fił do nieba. Że ta pięk­ność to anioł. Po­tem zo­ba­czył jed­nak po­li­cyjny mun­dur i ją roz­po­znał. To ona aresz­to­wała jego ojca. Jej oczy pło­nęły nie­na­wi­ścią, a twarz wy­krzy­wiła się w pa­skud­nym gry­ma­sie.

‒ Na­prawdę my­śla­łeś, że ci się upie­cze? – wy­ce­dziła przez mocno za­ci­śnięte zęby.

Chwy­ciła Ro­bina za koł­nierz i po­trzą­snęła nim tak mocno, że zgrzyt­nęły mu zęby. Inny funk­cjo­na­riusz ją od­cią­gnął.

‒ Uspo­kój się, Tu­ulo. Nie jest tego wart – po­wie­dział.

Po­tem Ro­bin do­stał za­strzyk w ra­mię i znów wszystko wo­kół po­czer­niało.

GI­SELA

Kiedy za­padł zmrok, Gi­sela, Jonny i Ca­rina udali się do sa­lonu z bu­telką wina. Na gó­rze dzieci grały gło­śno w grę kom­pu­te­rową. Ca­rina po­de­szła do drzwi i wsłu­chała się w od­głosy pły­nące z pię­tra.

‒ Są cał­ko­wi­cie po­chło­nięci grą. Mo­żemy spo­koj­nie po­roz­ma­wiać.

Wresz­cie mieli chwilę, by pod­su­mo­wać wra­że­nia z dzi­siej­szego prze­słu­cha­nia.

‒ Przez cały czas strasz­nie się ba­łam – za­częła Ca­rina. ‒ Czu­łam się jak prze­stęp­czyni tylko dla­tego, że się tam zna­la­złam. By­łam prze­ra­żona, że się wy­ga­dam i po­li­cja się do­wie, że mie­li­śmy z Jon­nym po­wód, żeby za­bić Dana The­lan­dera.

‒ Ale nic nie po­wie­dzia­łaś, prawda? – spy­tał z nie­po­ko­jem Jonny.

‒ No coś ty. Nikt poza nami nie wie, co Dan mi zro­bił.

‒ Jesz­cze – za­uwa­żyła Gi­sela. ‒ Jak po­li­cja za­cznie grze­bać w prze­szło­ści Dana, pew­nie tra­fią na twoje imię.

Ca­rina, która wła­śnie na­peł­niała so­bie kie­li­szek, wzdry­gnęła się, przez co wy­lała tro­chę wina na biały dy­wan. Szybko wstała i znik­nęła w kuchni. Po chwili wró­ciła ze szmatką i paczką soli.

‒ Zo­staw to. – Jonny wy­rwał ją z ner­wo­wego wy­cie­ra­nia plamy. ‒ I tak za­mie­rzasz tu wszystko urzą­dzić od nowa.

Ca­rina go nie słu­chała. Za­bru­dze­nie nie scho­dziło, więc po­sy­pała je solą.

Gi­sela zwró­ciła się do szwa­gra:

‒ O co cię py­tali?

‒ Pew­nie o to, o co zwy­kle py­tają. Czy do­brze zna­łem Dana, czy spo­tka­łem go wcze­śniej. O któ­rej go­dzi­nie opu­ści­li­śmy ogni­sko i co ro­bi­łem po­tem.

Gi­sela przy­po­mniała so­bie, że Jonny wziął prysz­nic, kiedy wró­cił do domu tego wie­czoru.

‒ Chcieli wie­dzieć, co kon­kret­nie ro­bi­łem mię­dzy drugą a czwartą nad ra­nem – kon­ty­nu­ował.

‒ To zna­czy, że Dan zgi­nął, jak już by­łeś w domu – stwier­dziła Gi­sela, która sły­szała, jak Jonny wra­cał do domu o pół­nocy.

‒ Tak, kiedy się ro­ze­szli­śmy, jesz­cze żył. Wra­cali z nami też inni lu­dzie, paru im­pre­zo­wi­czów ze Ska­nör.

‒ Co po­wie­dzia­łeś po­li­cji? – spy­tała za­nie­po­ko­jona Ca­rina.

Znowu na­lała so­bie wina. Kiedy piła, lekko drżała jej ręka.

‒ Że spa­łem jak za­bity. – Jonny mru­gnął.

‒ To do­brze – stwier­dziła Ca­rina, zer­ka­jąc w kie­li­szek.

Gi­sela się za­sta­na­wiała, o czym my­śli jej sio­stra.

‒ Miejmy na­dzieję, że to już ko­niec – uspo­ka­jała. ‒ Po­li­cja wkrótce znaj­dzie sprawcę, zo­ba­czysz.

‒ Miejmy na­dzieję… – Jonny prze­cze­sał włosy pal­cami. ‒ Za­sta­na­wiam się tylko, dla­czego Dan wró­cił na plażę w środku nocy.

Gi­sela przy­znała, że to dziwne, nie miała jed­nak czasu dłu­żej o tym my­śleć, po­nie­waż w tym mo­men­cie za­dzwo­niła Tu­ula i opo­wie­działa jej o tym, co się wy­da­rzyło w Kråklun­dzie.

Kiedy się roz­łą­czyły, in­spek­torka wstała z fo­tela.

‒ Mu­szę wra­cać do Va­asy. Po­lecę ju­tro pierw­szym sa­mo­lo­tem. Mor­derca znów za­ata­ko­wał. Pró­bo­wał po­rwać ko­lejną ko­bietę, ale tym ra­zem, na szczę­ście, mu się nie udało.

Ca­rina chwy­ciła ją za ra­mię.

‒ Nie wy­jeż­dżaj, pro­szę ‒ bła­gała, mocno się do niej tu­ląc.

‒ Mu­szę. Ale nie­długo wrócę. Obie­cuję. Nie mu­sisz się już mar­twić o Dana The­lan­dera. Wszystko bę­dzie do­brze ‒ za­pew­niła i spoj­rzała wy­mow­nie na Jonny’ego, który na­tych­miast wstał.

Pod­szedł do Ca­riny i ją ob­jął.

‒ Masz mnie – po­wie­dział.

‒ A je­śli… a je­śli po­li­cja wróci? – mar­twiła się Ca­rina.

Nie wy­ja­śniła, czego się boi, a Gi­sela nie była pewna, czy chce to wie­dzieć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij