Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Polowanie na złote runo - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
25,00
2500 pkt
punktów Virtualo

Polowanie na złote runo - ebook

Swobodnie latająca mucha wpada w sieć wydarzeń. Młody doktorant historii sztuki przypadkiem zostaje wplątany w sprawę, której ktoś pilnuje od lat. KGB, politycy, fałszerstwa, intrygi — i trop prowadzący do gułagu oraz człowieka, który miał pojawiać się „nie w swoim czasie”. Przypadek szybko staje się próbą charakteru, pamięci i tożsamości. Lekka sensacja miesza się tu z refleksją historyczną i egzystencjalną, a pod pozornie swobodną narracją pracuje ukryty mechanizm — znaczeń, odbić i powrotów.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788393402304
Rozmiar pliku: 934 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1WILNO

Wybrałem się na Litwę, by zebrać, potrzebne mi do pracy materiały. Po kilku dniach spędzonych w Kownie, pojechałem pociągiem do Wilna. Udałem się do domu aukcyjnego. Nie żeby coś kupić – i tak mnie nie stać – chciałem tylko zobaczyć obraz Petrasa Kalpokasa w oryginale. Nadarzyła się okazja, właśnie go licytowano. Kiedy zaspokoiłem ciekawość, poszedłem na kawę do pobliskiej kawiarni. Poczyniłem tam na świeżo, krótkie notatki, by nie umknęły mi pierwsze wrażenia, ze spotkania ze wspaniałym litewskim malarstwem. Potem, by rozprostować kości, wybrałem się na spacer. Miałem w planie zwiedzić muzea; szczególnie jedno – dom Čiurlionisa – najsłynniejszego artysty. Pamiętam tylko tyle, że nagle zasłabłem na ulicy i ktoś wezwał karetkę.

Obudziłem się w szpitalu. Gdy wróciła mi przytomność, próbowałem rozmawiać z lekarzem. Znałem trochę język litewski, ale wolałem rozmawiać po rosyjsku, słabo nam szło. Miałem zawał czy wylew, może jedno i drugie – niewiele rozumiałem.

W każdym razie spędzałem czas, leżąc w łóżku; musiałem nabrać siły. Po upływie dwóch tygodni mogłem już chodzić i nic nie zagrażało memu zdrowiu. Wysłano mnie więc do innego ośrodka na rehabilitację, gdzie dużo spacerowałem, miałem też zajęcia gimnastyczne. Nie szukałem towarzystwa, nie chciałem. Nade wszystko pragnąłem spokoju. Byłem trochę zeźlony na los z powodu poczucia straty. Nawet nie mogłem czytać, literki mi podskakiwały a myśli nie dało się poskładać do kupy; snułem się więc senny pośród murów szpitala a w głowie, jawiła się totalna pustka. Przyjechałem do Wilna na kilka dni, a tkwiłem tu już prawie miesiąc i to przez jakiś dziwny wypadek. Straciłem też kontakt z ojczyzną, klawiatura telefonu się zacinała w starej Nokii. Zresztą i tak, nie miałem do kogo zadzwonić; chociaż powinienem był, skontaktować się choćby z moim promotorem. Nie czytałem, nie pisałem. Zapadałem w marazm i nawet nie próbowałem zabijać czasu, który mijał leniwie, przelatując przez palce. W pokoju miałem radio. Znalazłem stację w języku polskim, słuchałem wydarzeń i muzyki. Mieszkałem sam, ale w pokoju były dwa łóżka: w połowie białe, w połowie zasłane kocem w kratę. Pokój skromny, w miarę czysty. Proste meble z dykty, stół przykryty obrusem, metalowa lampka, stare krzesła, niedomykająca się szafa. Po tygodniu samotnego przesiadywania, znałem już każdy kąt. Początkowo unikałem spacerów. Jesienna pora roku nie sprzyjała, ale potem stały się obowiązkowe; chodziło się więc czasami i w deszczu. Trawiłem mijające dni, słuchając radia. Pokój obszerny, ale ciemny. Musiałem zawsze mieć zapalone światło. Szpitalne małe okna, wpuszczały tylko kilka niemrawych promieni dnia. Zanim ten marny promień wleciał do pokoju, odbijał się wpierw od wysokiego, ciemnego muru z cegieł za oknem, więc jak wpadał, to go już prawie nie było. Zresztą, szpital przywodził na myśl więzienie, nie dlatego, że nie było swobody, lecz z wyglądu. Otoczony masywnymi murami budynek, przypominał średniowieczny zamek romański. Oparty na grubych, zwalistych ścianach z małymi oknami, rozsiadał się pośród drzew, otoczony będąc dziedzińcem (może został przerobiony z jakiegoś monastyru?).

Pewnego dnia, gdy wróciłem ze spaceru i kładłem płaszcz na jednym z łóżek, zauważyłem dużą, beżową poduszkę na drugim łóżku. Kiedy ją podniosłem, okazało się, że jest z papieru i do tego otwarta!

– Jakaś paczka do mnie? Chyba nie.

Z rozdartej niby-paczki, wystawało jakieś dziwne „coś”, wsunięte w żółty papier, pozaklejany z jednej strony. Tak! Wielka koperta, prymitywnie zrobiona na szybko; chyba w pośpiechu? Wcześniej tu tego nie było – pomyślałem.

– Czyżby ktoś mi podrzucił? – pytałem sam siebie ze zdziwieniem.

– A może przesyłka?

Będąc ciekawy znaleziska, wysunąłem to „coś” z tej nadętej, poklejonej taśmą paczki.

– Orzesz! Co to ma być? – prawie krzyknąłem z obrzydzeniem, widząc czarne, ohydne, niemiłe w dotyku dziwadło. Rozwinąłem to na podłodze, a właściwie samo się rozwinęło. Jak trzymałem w ręce wypadło. Wydawało się, że to jakiś rodzaj grubej makatki, długości może pół metra. Wyszyta na niej jakby twarz albo niewyraźne wzory, wszystko stęchłe, ubłocone, a do tego śmierdziało – fuj! Ubrudziło mi nawet dłonie.

Po chwili naszły mnie niepokojące myśli i zacząłem sobie coś przypominać. Słyszałem dzisiaj w radiu, informację o strzelaninie w mieście, policja szuka jakiegoś pakunku i jakichś ludzi.

Trochę się przestraszyłem. Zacząłem łączyć znalezisko z tamtą akcją. Wyjąłem telefon, z zamiarem zrobienia zdjęcia. Nawet skierowałem światło z bocznej lampki, takiej, co stała na nocnej szafce, ale telefon odmawiał posłuszeństwa; zacinał się i gasł – jak zwykle nie działał. Przeklęta elektronika! – pomyślałem z gniewem zdenerwowany. Chciałem przesłać fotografię komuś w Polsce, może się przyda w rozwiązaniu zagadki? Nic z tego nie wyszło. Zresztą, może i dobrze. Usiadłem na łóżku. Trzeba zebrać myśli i ochłonąć.

– To trochę głupie. Robiąc zdjęcie, sam proszę się o kłopoty. Posiadanie w telefonie foty rzeczy poszukiwanej, to trochę nierozsądne – gadałem do siebie.

Spakowałem więc znalezisko i wrzuciłem pod łóżko. Pobudzony zaistniałą sytuacją, chodziłem po pokoju. Chciałem pójść spać, ale zmieniłem zdanie. Podskoczyło mi ciśnienie i trochę zakręciło w głowie. Podniósłszy płaszcz, ubrałem go ponownie. Najlepiej jakbym wyszedł i już nie wrócił. Gdy tylko wpadłem na ten pomysł, usłyszałem pukanie do drzwi. Nikt nigdy mnie nie odwiedzał, szczególnie o tej porze; nawet pielęgniarka z lekami a kolegów nie miałem. Obchód lekarza był dwie godziny temu i wszystko ze mną było ok.

– Proszę wejść! – Wrzasnąłem, stojąc tak w tym płaszczu na środku pokoju, gotowy do wyjścia. Tymczasem w drzwiach pojawiło się dwóch, schludnie ubranych mężczyzn. Jeden starszy: wysoki, mocnej budowy, ubrany na czarno w kapeluszu i rozpiętym płaszczu. Drugi zaś: niższy i chudy, o wiele młodszy, z blond włosami spadającymi na oczy a spod kurtki jaśniała złota kamizelka. Weszli spokojnie i nonszalancko. Stary rozejrzał się po pokoju, jakby czegoś szukał, po czym, obaj panowie usiedli swobodnie na łóżku, naprzeciwko mnie; widocznie czuli się jak u siebie. Z niepokojem przysiadłem na drugim. Dwie kamienne twarze badawczo przeszywały mnie wzrokiem. Boczna, ustawiona do zdjęcia lampka, rysowała ostrym światłem ponure oblicza, nadając złowrogiego wyrazu. Ten starszy, wysunąwszy się lekko z półcienia, począł coś mówić w moim języku, bardzo spokojnie. Nie powiedział nic wprost – tylko jakieś banialuki, wypuszczał bardzo ogólnikowe wypowiedzi. Młodszy dorzucał do tego coś tam, niezrozumiale. Jeszcze bardziej zaciemniał sprawę. Jak zobaczyli, że nie reaguję na bajdurzenia, młody przestał gadać a przemawiał tylko ten Starszy; malowniczo oświetlony, zupełnie jak w teatrze. W tym czasie Młodszy, ze znudzeniem oparł się plecami o ścianę i zapadł w głębinę cienia. Patrzyłem jak boczne światło eksponuje tylko niewielki skrawek pięknych, jasnych, spadających na oczy włosów. Siedział, właściwie to leżał, przyodziany będąc w białą koszulę, wąska brązową kamizelkę, przyozdobioną wyszywanym żółtym wzorem, co lśnił niczym złoto w świetle scenicznego jupitera. Usadowiony wygodnie, wsunął rękę do kieszeni i gapił się na mnie, jakby chciał mnie poderwać albo speszyć? Pod cienieniem grzywki tlił się iskrą, błysk czarnego, bacznego oka. Na stoliczku obok, leżała otwarta paczka słonych paluszków (mój podwieczorek). Młodszy zerkał to na mnie, to na paluszki. Ten Starszy facet, nieufny, co ciągle gadał, wstał i począł powoli przechadzać się po pokoju. Coś tam dalej ględził, bez zbytniej gestykulacji, tworzył teatr grozy. Udawałem, że nic nie wiem, nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Co było prawdą, przecież nic a nic, nie rozumiałem z tego gadania! Nie napomknęli o żadnej paczce, albo nie skojarzyłem. Wreszcie starszy skończył monolog. Skierował się do wyjścia, też wstałem i odprowadziłem go do drzwi. Młodszy zerwał się z łóżka, podszedł do mnie i szybko wcisnął mi coś w kieszeń płaszcza, przy tym łypnął na mnie zawadiackim spojrzeniem. Sięgnąłem dłonią, i oto, ku mojemu zdziwieniu, znalazłem w kieszeni garść pokruszonych paluszków. Wkurzyło mnie to nieziemsko.

– Co za głupi kawał! – pomyślałem z nieukrywaną złością. Wściekłość ta pochłonęła me lęki i chciałem wrzasnąć, by dali mi spokój, ale trzymając rękę w kieszeni, wyczułem palcami kartkę papieru. Moje ciało na chwilkę zamarło. Zrozumiałem w lot, że to może jakaś informacja, o której „Stary” ma nie wiedzieć; tym bardziej, że „Młody” rzekł z uśmiechem.

– Zjedz sobie paluszków! Kochany.

Pożegnałem się z nimi grzecznie, trzymając cały czas rękę w kieszeni, ubabraną w okruszynach. Zresztą nie wiem: Kim byli? Co robili? Co chcieli? Czy działali razem, czy osobno?

Usiadłem na łóżku, strapiony niezapowiedzianą wizytą. No teraz, to już mnie namierzyli! Pomyślałem ze zgrozą. Tylko nie wiedziałem kto? Policja? Mafia? Czy przypadkowe, drobne złodziejaszki? Gadałem do siebie w myślach.

– O co tu chodzi? Co robić? Uciekać?

– Nie! Nie ma sensu, mogę być śledzony.

Rysowałem w głowie zaistniałą sytuację i swoje położenie.

– Ktoś podrzucił mi pakunek celowo. Dobrze wie, że go mam. Będzie chciał go odebrać. A może, przesyłka nie była dla mnie? Adresat jej szuka i trafił tu. Może pod zły adres? Widocznie jakiś trop, kieruje go do mnie – i słusznie. Skoro nie wiem; o co chodzi, pozostaje mi tylko, udawanie głupiego i czekanie na rozwój wydarzeń.

Postanowiłem żyć, jakby się nic nie stało. Poddam się szpitalnej rutynie: zabiegi rehabilitacyjne, gimnastyka, spacery, posiłki. Niedługo i tak mnie wypuszczą. Stan mój znacznie się poprawił i mogę w sumie, nawet jutro opuścić szpital. Zmęczony dzisiejszymi, dziwacznymi wypadkami, poszedłem spać. W nocy wybudzałem się kilkakrotnie ze stanu zagrożenia, prześladowany będąc przez zwariowane sny. Kiedy zadzwonił alarm na pobudkę, poczułem ulgę. Szybko wstałem na gimnastykę, potem zjadłem śniadanie. Jak co dzień rano, po posiłku wyszedłem sobie na dziedziniec, zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz jak zwykle, stanąłem obok ceglanych murów, które tworzyły zawiłe korytarze i planowałem spacer.

Tędy to pacjenci udawali się na przechadzki do pobliskiego lasku. Alejka między murami zakręcała to w lewo, to w prawo, wiła się i rozgałęziała jak labirynt. Wysokość muru, na oko, może ze dwa metry. Nad nim, wystające czubki drzew iglastego lasu, czy parku, do którego chodziliśmy. Słabe światło słoneczne, przebijając się ledwie przez skłębione chmurzyska, dodawało otuchy na tyle, by pozytywnie nastroić mnie na cały dzień. Rozglądając się dookoła, zobaczyłem jakiegoś starego człowieka. Nie znanego mi wcześniej chudzielca w grubej, kolorowej koszuli i czarnej kamizelce. Szyję miał owinięta pstrokatą szmatką złożoną w trójkąt. Pojawił się niczym zjawa a wyglądał na schorowanego i ubogiego zarazem. Wysuszona twarz, czerwona i pomarszczona jak suszony pomidor, próbowała się do mnie uśmiechać. Otworzył usta, ukazując żółtawe zęby a raczej ich braki. Wyszedł mu jakiś jadowity grymas, zamiast uśmiechu.

– Co się tak gapi i czego chce? – mruczałem do siebie. Beżowy beret na głowie, w palcach skręcony papieros z taniego tytoniu. Przygarbiony chorobami pacjent – pomyślałem. Wzbudził litość na tyle, że obróciłem się w jego stronę. Podszedł do mnie z tym jego grymasem – co chyba miał oznaczać uśmiech – i świdrując mnie małymi, żywymi oczkami spytał.

– Pogoda dobra?

– A no, dobra – odpowiedziałem bez entuzjazmu.

Z małej kieszonki kamizelki, wyjął kawałek białej kredy i chowając w szczelinę muru, powoli mówiąc, dodał z głupawym uśmiechem

– Zakończyłem robotę już. A tu jest mój skład narzędzi.

Staliśmy tak chwilę nieruchomo. On gapiąc się na mnie namolnie, mrużył jak kot te szkliste oczy i czekał, jak zareaguję. Skręt w dłoni mu się dopalał, a gorący popiół dotknął palca; odruchowo wyrzucił niedopałek. Przez głowę, przelał się potok myśli, obrazów, skojarzeń. Poczułem się źle. Lęk mnie ogarnął, ścisnął serce, aż spytałem z oburzeniem w głosie.

– Czy mnie śledzisz? Czy co?

Dał znak oczami, jakby chciał coś niejednoznacznie przekazać. Odwrócił się, odszedł alejką wzdłuż muru i zniknął. Przez kolorowego typka, co wyrósł spod ziemi, mój względny spokój został zaburzony. Zacząłem kojarzyć: podrzucona paczka, tajniacy (co wczoraj u mnie byli), kartka...

– Właśnie, kartka! – prawie krzyknąłem.

Nawet jej nie wyjąłem, może to coś wyjaśni? Jak tylko sięgałem do kieszeni płaszcza, z za zakrętu, z alejki między murami, wyskoczyło trzech facetów. Stanęli przy mnie szybciej, niż zdążyłem zareagować. Otoczyli mnie; jeden miał broń – malutki czarny pistolecik. Serce załomotało mi mocno, a oczy rozwarły z niedowierzania. Żarty się skończyły – pomyślałem. Próbując uciec, chciałem dać susa do labiryntu, ale zagrodzili wejście. Zawróciłem. Pochylając się, szybko skoczyłem w lukę między nimi, przedarłem się jakimś cudem i chyżo ruszyłem do budynku, pędząc w stronę szklanych drzwi. Otworzyłem je jednym pchnięciem i wpadłem na ganek, oni za mną. Było dość wąsko, to mi pomogło! Na zakręcie musieli biec gęsiego, dzięki temu zwolnili. Pchnąłem kolejne szklane drzwi i wpadłem do środka. Próbowałem je za sobą zatrzasnąć. Niestety, jeden z nich – taki rudzielec w brązowej, skórzanej kurtce – wstawił stopę i zablokował twardym butem. Z głupawym uśmiechem, zaczął się z nimi zmagać, a po drugiej stronie, walczyłem z drzwiami ja. – No to passe. Pomyślałem i dałem spokój, nic mi tu nie zrobią. Rudzielec również zaniechał dziecinnej szarpaniny. Zerknąłem na dwóch koleżków stojących za nim. Jeden z brodą,trzymał broń a trzeciego nie pamiętam. Ten z brodą podał pistolet rudzielcowi, temu w brązowej skórze co blokował drzwi. Spanikowałem; ze strachu nie mogłem się nawet poruszyć. Czułem tylko, jak serce wali niemiłosiernie. Rudzielec wyluzował. Zarysował się mu głupawy uśmieszek na twarzy, i ze spokojem wziął broń od brodacza. Złapał za lufę i przekazał mi ją tak, bym mógł swobodnie złapać pistolet za rękojeść. To mnie totalnie zaskoczyło i szybko chwyciłem, odruchowo. W locie myślałem bowiem: „zabiorę broń, będę miał przewagę!”. Niby logiczne objawienie! Tylko, że widząc siebie z pistoletem, spanikowałem i odrzuciłem na podłogę, szybciej niż wziąłem. Może nienabity, skoro mi go dają? – coś mnie tknęło. W głowie miałem mętlik i czułem, że mdleję. Brodacz podniósł pistolet. Spokojnie wrzucił do foliowego woreczka. Widząc to, coś zrozumiałem – albo wydawało mi się, że rozumiem. Miałem taki chwilowy przebłysk głębokiej świadomości, jakby przeczucie wielkiego zagrożenia. W tym czasie, trzej panowie spokojnie się oddalili i zniknęli w cieniach ceglanego labiryntu.

Ogarnięty strachem, udałem się korytarzem w stronę portierni. Siadając w poczekalni, chciałem trochę ochłonąć. Włożyłem rękę w kieszeń, natknąłem się na karteczkę. Wyjąłem i zacząłem rozwijać. Ujrzałem niebieskiej barwy: słowa, cyfry, kreski.

– Nie wiem w jakim to języku, i co to może być?

Mózg mój przechodził frustrację przez niemoc odczytania pisma. Schowałem to szybko, bo pani z recepcji zerkała na mnie podejrzliwie. Nie miałem już ochoty na żadne rozmowy. Pomyślałem tylko.

– No to, mają moje odciski na broni. Tylko kto?2ŚMIERĆ WASYLA

W zakątku Moskwy, właściwie na obrzeżach, zalega ponure osiedle starych domów, ocienionych udrzewionymi ogrodami. Dzieci właśnie kończą lekcje. Kilku rodziców czy opiekunów oczekuje przed szkołą. Dwie nastolatki, co właśnie wyszły, prowadzą żywą rozmowę z jedną kobietą; matką jednej z tych dziewczyn.

Tamara kiwa starszej pani na pożegnanie i wraca do domu, mieszka niedaleko. Mocuje się chwilę z wielkimi, ciężkimi drzwiami i wchodzi do sieni.

– Dziadku, wujek Wasyl zmarł i to nagle!

Zmartwiona udała się do pokoju swojego dziadka Andruszy. Aby sobie ulżyć i jak najszybciej zrzucić ciężar, rozpowiadała tę smutną nowinę. Tym bardziej, że dotyczyła ona kogoś jej bliskiego, przyszywanego wujka, serdecznego kolegi dziadka. Właściwie można by rzec – przyjaciela domu. Przyjaźniła się też od lat z wnuczką Wasyla, Anną, jako że chodziły do jednej szkoły. Zresztą mieszkali po sąsiedzku, parę domów dalej. Dwa dziadki i dwie wnuczki.

Wasyl, człowiek niemłody, kolega Andruszy, miał w zwyczaju, często zabierać wnuczkę Annę do McDonald’s do centrum Moskwy. Leciwy, aczkolwiek krzepki starzec, rozsmakował się na starość fastfoodach, z jemu tylko znanych powodów. Zwykł też był, opowiadać o tym, wszystkim ciekawskim. Jego córka Natasza (ta co zwykle odbierała obie dziwczynki ze szkoły) uważała, że to dziwne fanaberie starego ojca, połączone z wojennymi urojeniami, niechętnie dawała córkę dziadkowi Wasylowi na te wycieczki. Dla Anny, każdy powód dobry, by wyrwać się ze swoim dziadkiem do miasta, na amerykański posiłek; w miarę modny, ale ponoć niezbyt zdrowy. Natomiast dziadek Tamary Andrusza, też nie uznawał takich wypraw kulinarnych. Szydził z Wasyla, choć jednocześnie mawiał „niech każdy się cieszy jesienią życia, jak chce”. Teraz śmierć bliskiego kamrata, wybudziła go z drzemki, jakiej zwykł był zażywać po południu w fotelu. Ożywiony smutną nowiną spytał:

– Jak umarł, co mu się stało?

– Pani Natasza mówiła, że w mieście.

– Zabili go?

– Nie, nie! A czemuż to? Byli w mieście, Wasyl zasłabł. Karetka przyjechała i do szpitala wzięli, ale to nic nie dało.

– Biedny Wasyl. Że też tak musiał skończyć, przez to niezdrowe, amerykańskie żarcie.

– Oj dziadku nie bądź złośliwy! Może to, co innego? A w jego wieku, to wszędzie mogło się zdarzyć.

– Oj tak, moja najmilsza, akurat tak! Aż dziw bierze, że dopiero teraz? Jestem ciekaw, czy zrobią sekcję zwłok, ale nawet jakby zrobili i tak by nic nie znaleźli.

– Co ty dziadku? Znowu te spiskowe teorie z KGB1?

– Uwierz mi najmilsza, wam młodym się to nie wydaje, ale może ktoś sobie o nim przypomniał? Jego teczka zniknęła z NKWD2, jak wiesz, zaraz po wojnie, wraz z teczkami agentów. Kto wie, kto to ma i co tam wyczytał?

– Dziadku, sam mówiłeś tyle razy, że szpiegiem to on na pewno nie był, a teraz takie rzeczy powiadasz, wstydź się.

– Ano, nie był. Tyle, że go za takiego uważano, skoro teczkę mu nawet założyli. Czyli znaczy, że dla kogoś, kiedyś był. A że teczki nie ma, to i zrehabilitować go nie mogli, po śmierci Stalina. Cały czas niejedni uważali, że „Wasyl nieczyste sumienie ma“ – ale kto w Rosji nie ma? Szpiegów pełno było, zawsze. Ale ta dziwna jego śmierć, dzisiaj? To nie daje mi spokoju. Co prawda ci, co o nim gadali „że szpieg” dawno nie żyją, ale porachunki to porachunki.

– Znam to dziadku, słyszałam tyle razy, od samego Wasyla; ale jakoś nie wiążę tego z wojną i szpiegomanią, tym bardziej po tylu latach. Kto by chciał zabić takiego nieszkodliwego, spokojnego staruszka? Ilu gorszych od niego? Żyją sobie teraz dostatnio i chwalą się swoimi brudnymi sprawkami z przeszłości. Tym bardziej, że i on, i ty, mówiliście: „Wasyl agentem żadnym nie był i nikomu nie szkodził”.

– Ano nie był, my to wiedzieli.3PREZES

Za oknem, zielone pnącze zaroiło się białym kwieciem. Pięło się niczym wąż i wyciągając małe języczki, owijało nimi wszystko, co stanęło na drodze. Pomagały one, by cierpliwie wisieć do czasu, gdy łodyga nie podniesie głowy kwiatu i nie nakaże liściom, namnożyć się wokoło. Tydzień po tygodniu, skrada się cichutko na piętrowy, szary dom z płaskim dachem. Oplata każdy kabel, wesprze się na gzymsie. Tuląc swe liście do ścian, układa je tak, jakby nasłuchiwały głosu z wnętrza. Z każdego pączka wypuszcza odnóża, które eksplodują mackami i dziarsko prą, we wszystkich możliwych kierunkach. Łapią się wzajemnie w objęcia, by zrodzić mocniejszy oręż ekspansji. Plątanina i bezład, zarysowują całą ścianę; abstrakcyjnym bazgraniem pnączy, jawi się dom. Wyżej, wyżej. Szerzej, szerzej – szepce natura. Więcej, dalej, mocniej – nakazuje im prawo życia i wszelkiego rozwoju. Toruj sobie drogę bez drogowskazów i pnij się dokądkolwiek zechcesz, nie zważaj na własne ograniczenia. Jeśli skończy się ściana, posiądziesz samą siebie, wracając do swoich gałęzi i kwiatów. Nachyl się, skłoń i dotknij nicią wszystkiego, tylko po to, by móc rosnąć, rosnąć cichutko. Oprzyj się o siebie, gdyż ściana już zakryta całą tobą, po dach. Tylko zima chłodem swym, może przerwać na moment tę wędrówkę. Nieubłaganie nadejdzie, kiedy ty owoce swe zrzucisz na ziemię. Spowolnisz wtedy tempo ekspansji by – zanim wiosna nadejdzie – rozpocząć na nowo wędrówkę bezkresną.

Plecami do okna, siedział w fotelu starszy pan. Siwiejąca głowa wystawała nieznacznie poza skórzane oparcie. Jego zatopiony w cieniu pokój, martwy niczym muzealne wnętrze, hibernował się tak od lat i wyglądał na niezamieszkany. Staroświeckie sprzęty, lekko przetarte z kurzu, ożywały na chwilę, ale tylko w momencie, gdy zwracało się na nie uwagę. Reszta wyglądała tak, jakby od lat nie doznała dotyku dłoni, oprócz kilku wyjątków na biurku: zeszytu, pary długopisów, stosu kartek i skórzanej teczki, opartej o nogę biurka. Zabytkowy telefon zaś, oraz kubek na podstawce, wyglądały na świeżo użyte i jeszcze ciepłe. Na stoliczku z lampką – zakreślającą łuk swym metalowym ramieniem, wysoko nad głową Prezesa – pięło się w górę kilka książek, one też, zdradzały ślady nieznacznego dotyku. Leżały, by być pod ręką, tak w razie czego. Światło szarego dnia rysowało kontury drewnianych, starych mebli. Ukazywały się krzesła z zamierzchłych czasów, skórzana sofa, szafki z rzędami dobrze oprawionych równo książek – niektóre ukryte w szklanych witrynach. Oliwkowa ściana, eksponowała staroświecki obraz w szerokiej, ciemnej ramie; jakiś niebieskawy, słabo widoczny – niby pejzaż. Przy jednym z dwojga dużych okien, olbrzymie ciemno-zielone liście roślin, łapczywie pragnęły światła; lecz tylko kilka z nich, miało to szczęście, by się nim cieszyć tylko połowicznie, bo światła było mało. W pogrążonym w ciszy gabinecie, wtulony w głęboki fotel, drzemał Prezes. Drgnął ręką raz jeden, uchylił powieki szarych oczu, spokój snu przerwało wibrujące echo. Pukanie w stare, dębowe drzwi gabinetu, rozbrzmiało głuchym dudnieniem, wybudzając śpiącego stróża sprawiedliwości. Po chwili słaby głos, zebrał się na to, by odpowiedzieć krótko.

– Proszę.

Do pokoju wtargnął dziarskim krokiem, dobrze zbudowany mężczyzna w sile wieku, odziany w czarną marynarkę. Dzierżąc w dłoni teczkę, podszedł do biurka i usiadł energicznie naprzeciwko flegmatycznego Prezesa.

– Są problemy – zaczął cicho – nasi ludzie byli blisko, ale sprawy się skomplikowały, zanadto.

– To, na pewno… chwilowe – odrzekł matowym głosem niemrawo, zaspany siwy człowiek. Dobywając go z trudem ze studni głębokiego fotela.4UCIECZKA ZE SZPITALA

Broń z odciskami! Przeklęty pistolet! – Zapętlone myśli nie dawały mi spokoju, nie mogłem spać.

– W co zostałem wrobiony?

Zajrzałem pod łóżko.

– Czy jest jeszcze ten przeklęty prezent? Lepiej było go oddać, tym dwóm, co tu byli; miałbym przynajmniej spokój. Muszę zwiać jak najprędzej. Właściwie, już wcześniej podjąłem decyzję o wypisaniu się ze szpitala. Zacząłem się pakować do starej, jedynej walizki; niewiele miałem, to i szybko poszło.

– Wziąć to podrzucone „coś” czy nie?

Dylemat ten, na kilka sekund zatrzymał mnie przy drzwiach. Jeśli nie wezmę, znajdzie sprzątaczka, i będę miał spokój; albo może nie będę miał spokoju? Mogę już nie mieć spokoju, bez względu, czy wezmę, czy nie! Myśli kłębiły się jak stado węży; żadne z rozwiązań nie gwarantowało bezpieczeństwa.

– Zostawię!

Zawsze mogę udać wariata, że nic nie znalazłem, nie widziałem. Myśl ta dała mi ulgę i po tym poznałem, że jest dobra. Opuściłem pokój jak gdyby nigdy nic. Trzymając niewielką walizkę, kierowałem się spokojnie jasnym korytarzem w stronę portierni, by załatwić ostatnie formalności i zdać klucz, podziękować. Rozejrzałem się dokoła, cisza i spokój, zwolniłem więc kroku. Nie trwało to długo, przy recepcji byłem sam i czekałem tylko chwilkę, aż młoda pani z uśmiechem, poda mi wypis. Dostałem teczkę z jakimiś papierami – przypuszczalnie historią choroby – wszystko po litewsku, nic z tego, za bardzo nie rozumiałem. Wyszedłem na ulicę, pytając siebie

– Co robić?, Dokąd jechać?

Najchętniej na lotnisko. Mam trochę pieniędzy, wezmę taksówkę; sprawdziłem w kieszeni.

– Są! I co jeszcze?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij