-
nowość
-
promocja
Półpacierz - ebook
Półpacierz - ebook
Od dziesięcioleci życiem i śmiercią w górskiej dolinie rządzi istota, uwięziona w cieniu Appalachów. Teraz gdy ma szansę wreszcie zrzucić okowy, pojawia się człowiek zdolny zniweczyć dekady przygotowań.
Łowca nagród Abner Ephraim Ranoux, zwany Półpacierzem, przybywa do Nowego Narakort tropem ściganego przestępcy. W egzystencję miasta wkracza nowoczesny świat, nie zawsze za sprawą uczciwych przedsięwzięć.
Ranouxa, żywą legendę, wyprzedza sława, ściągając nań uwagę ludzi trzymających Nowe Narakort w szachu gangsterskiej zimnej wojny. Sprawy bardzo szybko przybierają niekorzystny obrót.
Półpacierz meandruje pomiędzy interesami i wpływami gangsterów, polityków i zabójców na pasku wszechwładnej agencji detektywistycznej. Odkrywa ciało młodej dziewczyny: córka burmistrza została zamordowana za pomocą narkotyku. Podejrzenie pada na łowcę, który sam staje się od tej chwili ściganą zwierzyną.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68593-36-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Western jest jak stara ballada: znasz refren nawet jeśli nigdy go nie słyszałeś. Koń, pył pogranicza, miasteczko z jedną ulicą i ostatni sprawiedliwy. Ma to swój nieodparty urok. Historie o twardych mężczyznach i nie mniej twardych kobietach, o honorze i robieniu „właściwej rzeczy”. To jedna z tych rzeczy, która albo chwyta człowieka od razu, albo na zawsze pozostaje obojętną.
Mnie chwyciło, gdy siedząc na dywanie, oglądałem z dziadkiem Bonanzę. Zresztą gdyby nie dziadek Józek (choć tak naprawdę miał na imię Tomasz) nie zobaczyłbym Trylogii Dolarowej. Dziadek uwielbiał westerny. Żałuję, że nie zdążyłem mu pokazać tego, który napisałem.
Półpacierz to bohater, który czekał długo na swoją opowieść. Jako rewolwerowiec zmagający się z osobowością wieloraką, narodził się dawno temu na warszawskim Żoliborzu. Sama postać to jednak za mało. Po kilku nieudanych próbach, chybionych pomysłach i wyrzuconych rozdziałach, zacząłem pisać tę wersję powieści w dwa tysiące szesnastym roku. Skończyłem pisać w dwa tysiące dwudziestym pierwszym. Niniejszy wstęp piszę pod koniec grudnia roku dwa tysiące dwudziestego piątego, na krótko przed oddaniem maszynopisu do wydawnictwa. Szmat czasu.
Półpacierz powstawał długo, bo od samego początku nie miał być zwykłą opowieścią o pograniczu. Chciałem opowieści, która zaskakuje, myli tropy i jednocześnie bawi się konwencją. Gdy już sądziłem, że ta opowieść, w nawet skrajnie pulpowym wariancie nigdy nie powstanie, znalazłem do niej wytrych. Bo cóż by się stało – zapytałem sam siebie – gdyby wampir trafił na pustynię? I czegóż miałby tam szukać?
Pif paf! Strzelam z biodra, powtarzając za AC/DC. Zapadki przeskoczyły, mechanizm w mojej głowie zaszumiał, układając wzór fabuły.
To był moment olśnienia. W jednej chwili nie pisałem już westernu o poganiaczach bydła, rewolwerowcach i nieuczciwych ranczerach. Pisałem western, w którym w pewnej mieścinie spotyka się bardzo niecodzienna menażeria. Menażeria wyekwipowana w butaforia i kostiumy z rekwizytorni horroru. A skoro już udziwniać, to czemu nie sięgnąć po detale ze steampunka? Western ma swoich wiernych wyznawców, horror ma swoich wiernych wyznawców. Hybryda tych gatunków to stąpanie po cienkim lodzie. Z drugiej strony któż nie lubi Wild Wild West albo Cowboys & Aliens? Kto nie pamięta gonitwy za pociągiem w trzeciej części Back to the Future? Weird West to cudowny gatunek, w którym wszystkie chwyty są dozwolone.
W tym miejscu powinienem napisać coś mądrego o „przekraczaniu granic gatunków”, ale prawda jest prostsza: bałem się, że wszyscy pokręcą głowami i pójdą czytać coś bardziej przewidywalnego. Szczęśliwie przypomniał mi się Popalong Cassidy – kowboj-potwór z telewizorem zamiast głowy i apetytem na ludzinę – powołany do życia przez Joego Lansdale’a w The Drive-In 2. Zresztą cała ta powieść zgina wyobraźnię pod zadziwiającymi kątami. Półpacierz przy tym typku mógłby uchodzić za postać z kart książek Jacka Schaefera.
Finalnie, ta powieść jest listem miłosnym. Kocham 3:10 do Yumy, Bez przebaczenia, Prawdziwe męstwo, Trylogię dolarową, Siedmiu wspaniałych (nawet jeśli to tani rip-off Siedmiu samurajów), filmy Kurosawy. No bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że bez Yojimbo nie powstałby Za garść dolarów. Kocham b-klasowe horrory z lat osiemdziesiątych. Mam nadzieję, drogi czytelniku, że jeśli lubisz klasyczny western, odnajdziesz tutaj znajome migawki. A jeśli lubisz horror — mam nadzieję, że uśmiechniesz się, widząc gatunkowe kalki puszczone w ruch w nieco niestandardowej oprawie.
A jeśli nie lubisz ani jednego, ani drugiego… cóż. Być może i tak zostaniesz na chwilę. Bo dziwne historie działają jak ognisko w rozgwieżdżoną noc: przyciągają.
Na koniec — parę słów podziękowań. Minęła prawie dekada od napisania pierwszego akapitu tej opowieści. Wiele się zmieniło w międzyczasie. Dziękuję za tę podróż wszystkim, którzy pomogli „Półpacierzowi” szczęśliwie dotrzeć do celu. Jestem wdzięczny mojej żonie, która towarzyszyła mi od początku, wierzyła w Półpacierza i zachęcała do jego ukończenia. Jestem także wdzięczny Tobie, drogi Czytelniku, że zechciałeś po niego sięgnąć. Myślę, że starczy. Pora ruszyć na szlak, mamy coś do załatwienia.Prolog
Tu nadal można było znaleźć porośnięte chwastami groby bezimiennych głupców. Tu nadal ziemię znaczyły koleiny dróg wyżłobione kołami dyliżansów poczty ekspresowej. Miasta na Wschodnim Wybrzeżu z wolna oplatała sieć telegraficzna, kończąca się na granicy morza traw. Dolina, choć ciągnęła się wraz z rzeką aż po północne Missisipi, gdzie osiągała swój kres w hrabstwie Yoknapatawpha, zdawała się być ostatnią rubieżą pierwotnej natury w krainie stali oraz postępu.
Pochód ludzi ciągnął w popołudniowym słońcu, skrzącym liście miedzianą barwą. Farmerzy, czarnoskórzy robotnicy, biali domokrążcy, osadnicy oraz imigranci sunęli błotnistą drogą. Nikt jednak nie krzyczał, nikt nie klął, nie poganiał i złorzeczył. Wszyscy zdawali się w pełni skupieni na pokonaniu duktu. Ci, co szli pierwszy raz rozmawiali szeptem, strzelając na boki oczami. Ci, którzy choć raz przeszli szlak trwali w pełnym milczenia napięciu, rachując kolejne zakręty i punkty orientacyjne.
Nieliczni rozglądali się, szukając w zaroślach kamieni milowych, majaczących pośród poskręcanych krzaków oraz skarlałych drzew.
Droga przez dolinę nie była bezpieczna. Nie o tej porze roku, gdy licho chodziło między ludźmi, igrając z życiem i śmiercią.
Wóz zakołysał się nagle, grzęznąc na moment w koleinie. Zadzwoniły szklane butle i słoiki poustawiane w skrzyniach na pace. Koń, zabiedzona chabeta, zarżał boleśnie, ale nikogo to nie obeszło.
– Patrz tam! – Mężczyzna o twarzy ciemnej i pomarszczonej klepnął siedzące obok dziecko. – Patrz uważnie. Wygląda jak przegniły, rozłupany słup. Widzisz?
Chłopiec niechętnie spojrzał we wskazanym kierunku. Oczy dziecka rozszerzyły się w wyrazie zainteresowania i strachu.
– Możesz przemierzyć wszystkie stany, a nigdzie takiego widoku nie uświadczysz. Tak jest… Babka mi opowiadała o tych rzeźbionych palach, sterczących przy drodze i zapomnianych rozstajach. Tak jest – powtórzył, spoglądając wymownie na potomka. – Onegdaj ludzie palili przy tych słupach ognie.
– Po co?
Stary mężczyzna uśmiechnął się, widząc spojrzenie siedzącej naprzeciw kobieciny. W jej oczach dostrzegł niepokój.
– Nie należy o takich sprawach mówić – odparł w końcu, nabijając kukurydzianą fajkę. – O diabłach, smyku, co między ludźmi chadzały… – zaniósł się kaszlem. – Ale to już dawne dzieje, bo teraz ludzie jak ziemia długa i szeroka, noszą w sobie Dobrą Nowinę. Nawet ci czerwonoskórzy poganie.
Zdawało się, że starzec całkowicie utonął we własnych myślach. Z pochmurną miną spoglądał na drogę wypełnioną zakurzonym tłumem. Ludzie maszerowali, prowadząc objuczone zwierzęta oraz wozy, wspomagając się wzajemnie ukłonami, gestykulacjami, zdawkowymi uśmiechami. Urywane rozmowy zlewały się z szumem starych drzew, porastających brzegi Yoknapatawphy. Starzy i młodzi liczyli niecierpliwie zakręty pozostałe do granicy lasu. Do umownej linii, za którą będą mogli porzucić wymuszoną przez dukt kolumnę i iść swobodniej. Ostatnia prosta przez zielone morze i, jak Bóg da, przed zachodem słońca dotrą do Nowego Narakort.
Wszyscy, za wyjątkiem siedzącego na mule mężczyzny. Zamarł z uniesioną ręką i rozdziawionymi ustami.
– Uciszcie się wszyscy!
Gorączkowo potoczył wzrokiem po mijających go ludziach. Nikt jednak nie podchwycił jego rozgorączkowanego spojrzenia. Jedynie samotny jeździec na karym wierzchowcu przystanął z boku, przyglądając się z uwagą.
– Cisza! Czy nic nie słyszycie?!
Mężczyzna przytknął wymięty kapelusz do ucha, po czym uderzył piętami w boki zwierzęcia i ruszył w poprzek drogi ku gęstwinie porastającej skarpę. Przestraszone zwierzę zaparło się na skraju zbocza. Mężczyzna z krzykiem runął w dół.
Przyglądający się temu jeździec rozejrzał się uważnie, ale nikt z wlokących się leśnym szlakiem nie zainteresował się losem szaleńca. Jedynie niewielka grupa Indian, przyspieszając kroku, pochyliła głowy, wskazując na rozkołysane drzewa i krzewy.
Konny przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Nie było wyraźnego powodu, dla którego powinien ruszać śladem najwyraźniej obłąkanego człowieka. Intrygowało go jednak to, że nikt z podróżnych nawet nie spojrzał za człowiekiem, który przepadł w gęstwinie. Niespodziewanie poczuł lekki ucisk w skroniach. Po chwili znajomy, śpiewny głos rozległ się w jego głowie:
Ludzie cisi są zakałą świata!
I odpycha on ich ustawicznie,
Coraz dalej, coraz skorzej, z ziemi…
Aż nareszcie mówią: to jest wariat!
Jeździec na czarnym koniu nie lubił, gdy myśli nieoczekiwanie rozpadały się na dwie mętne połówki. Przez lata usiłował na wiele sposobów ograniczyć natarczywe wtręty obcego bytu gnieżdżącego się w jego umyśle, ale przypominało to beznadziejną walkę z wiatrakami.
– Milcz – mruknął pod nosem, ledwie poruszając spękanymi ustami. – Nie potrzebuję twoich rad. I tych diabelskich deklamacji też nie.
Zacisnął szczęki, chrząknął i splunął przez zęby. Odprowadzany samymi spojrzeniami, w milczeniu ruszył śladem szaleńca, łowiąc uchem niesiony przez wiatr śpiew. Ledwie zjechał ze szlaku, poczuł znajome mrowienie. Skóra na piersi ścierpła przenikana raz po raz falami delikatnego swędzenia rozlewającymi się wokół talizmanu. Ignorując nieprzyjemne doznania, powoli sunął przez chaszcze, pozwalając koniowi wybierać drogę.
Zwierzęta były znacznie czulsze na wibracje świata niż ludzie.
Spadek otwierał się na szerokie, kamieniste rozlewisko rzeki, płynącej leniwym nurtem. Wzdłuż obu brzegów ciągnęły się długie płycizny oddzielone ciemną smugą wody.
Było już za późno.
Przy zwalonym pniaku w przemoczonej bieliźnie klęczały dwie kobiety. Śpiewając i przybierając co rusz bardziej wyzywającą pozycję, prały zszarzałe łachmany. Niedbale namaczały poszarpane koszule i spodnie, uśmiechając się zalotnie do mężczyzny stojącego po kostki w rzece. Miętolił kapelusz w dłoni, niewiele robiąc sobie z rozbitej głowy.
Jak zahipnotyzowany przyglądał się kusicielkom. Raz po raz oblizywał usta, dysząc trąc krocze.
Jedna z kobiet uniosła głowę, spoglądając ponad ramieniem głupca wchodzącego coraz głębiej w topiel. Siedzący w siodle kowboj pozdrowił kusicielkę skinieniem głowy, zaciskając przy tym dłoń na łęku. Drugą wsparł na udzie, blisko broni.
Kobieta dotknęła koniuszkiem języka dolnej wargi, posyłając konnemu wyzywający uśmiech. Odgarnęła mokre włosy, wyginając lubieżnie ciało. Kowboj ani drgnął.
Naraz obie kobiety uniosły się z kolan i, wciąż śpiewając, ruszyły przez wodę w stronę mężczyzny w kapeluszu. Ich biodra kołysały się jak nadbrzeżne trzciny. Plusk Yoknapatawphy nasilał się, zlewając ze śpiewem w jeden nęcący szum.
Siedzący na karym koniu jeździec nie patrzył na sunące przez lodowatą wodę kobiety. Nie patrzył na mężczyznę wpatrzonego w ślicznotki. Jego uwagę zwróciło porzucone pranie; dostrzegł brunatne plamy, wyglądające na zaschnięte plamy krwi.
Na przekór woli, śpiew obu nimf wbijał się w umysł mężczyzny, starając się ukoić błogością i uśpić. Pieśń jednak gubiła się pośród strzępów myśli w refleksach obcej duszy. Łowca uśmiechnął się chłodno, widząc zdziwienie malujące się na obliczach kobiet. Na jedno uderzenie serca słowa przeklętego śpiewu załamały się, gubiąc hipnotyczną harmonię.
Ukryj się, Skierko – patrzaj! Balladyna
Zbłąkana w lesie tu nadchodzi, sina
Okropnie blada, z rozpuszczonym włosem.
– Zamilcz – syknął. – Nic mi to nie mówi.
Tymczasem kusicielki zbliżyły się do nieświadomej zagrożenia zdobyczy. Zaśmiały się, jednocześnie otaczając naiwnego głupca. Smukłe dłonie oraz ramiona oplatały tors mężczyzny niczym wijące się węże, raz po raz smagając jego policzki. Czarnowłosa uśmiechnęła się drapieżnie. Mężczyzna otworzył usta, wpatrując się pożądliwie w jej krągłe piersi oblepione mokrym płótnem. Nieporadnie spróbował położyć jej dłoń na biodrze, ale potknął się, wpadając prosto w toń. Kobiety zakołysały się nad nim, posyłając jednocześnie łowcy butne spojrzenia.
– I co powiesz, przystojniaku? – melodyjnie zaszczebiotała pierwsza.
– Jaki tam z niego przystojniak – prychnęła druga. – Stary dziad z siwą brodą i krzywo zrośniętą gębą! Tego już mamy, nim będziemy się radować.
Zakołysały biodrami. Blade dłonie bez trudu wyciągnęły mężczyznę z wody. Zasypały go krwawymi pocałunkami, kąsając policzki, gryząc wargi, zlizując strużki krwi.
– Chciałbyś dotknąć moich cycuszków?
– Niczego bardziej…
Zaśmiały się dziko.
Wtenczas by dziki zapęd, co mną dotąd miota,
Wypadł z duszy, jak z łodzi miotanej niecnota,
Który burze sprowadza i bałwany pieni.
Płynęlibyśmy cicho po życia przestrzeni,
Chociażby los groźnymi falami powiewał,
Jak syrena bym nad nie wzbijał się i śpiewał.
– Domyśliłem się – mruknął jeździec. Położył dłoń na rękojeści rewolwera, ale nie dobył broni. Nie potrafił jednak zdecydować, czy powinien interweniować. W umyśle łowcy rozbrzmiał głos:
One go zeżrą!
– Coś muszą – szepnął pod nosem.
Porzucony muł spoglądał smętnie na swego pana, którego los za chwilę miał się dopełnić. Jedna z kobiet odwróciła się nagle w stronę jeźdźca. Mokre włosy oplatały alabastrową, napiętą skórę, a czarne oczy rozszerzyły się gwałtownie.
Łowca skrzywił się w nieszczerym uśmiechu. Jedna z syren w odpowiedzi gniewnie błysnęła rzędem igłowatych zębów. Druga złożyła łapczywy pocałunek na karku ofiary, chwyciła nieszczęśnika za kołnierz i jednym pchnięciem posłała w odmęty.
– Był stracony nim tu zlazł – mruknął łowca nosowym, południowym akcentem.
– Możliwe – głos mężczyzny zafalował, łamiąc się pod naporem świszczących głosek, wibrującym zgłoskami i manierą mieszkańców Nowego Yorku. – Może prowadziła go zła gwiazda. A może to twoja wina.
– Może – zgodził się jeździec, odzyskując swój głos i lekko śpiewny akcent. Odczekał chwilę, aż ustanie drapanie w gardle i splunął przez zęby. Ciemna toń bez śladu zamknęła się nad głową nieszczęsnego miłośnika syrenich śpiewów. Jedynie stary kapelusz obracał się jeszcze pomiędzy wirami. Przerażony muł kwilił, kopiąc bezradnie nabrzeżne kamienie.
Zwierzęta są czulsze na wibracje świata niż ludzie.
***
Jeździec zawrócił karego, wracając na szlak. Idący od doliny wiatr przyniósł zapach butwiejącego drewna. Gdzieś trzasnęły uderzające o siebie konary, skrzypiąc niczym uchylane wieko trumny. Upiorne echo niosło się po całym lesie. Łowca postawił kołnierz płaszcza, ruszając śladem pielgrzymów wędrujących znikąd donikąd.
Podróżny wjechał wreszcie na rozległą dolinę przeciętą wstęgą rzeki. Falujące morze traw rozbijało się o liczne pagórki oraz skalne zaczyny górskich gigantów. Sine szczyty rzucały chłodne cienie na rozsiane w dole, niezbyt liczne farmy.
Nad lasem, ponad górskim zboczem szybował jastrząb. Zatoczył krąg, grzejąc się w promieniach słońca i nagle runął w dół, ku trawom, ku zdobyczy. Łowca kiwnął z uznaniem głową, kierując się ku miastu. Czuł coraz większy głód.Rozdział pierwszy
Ta historia zaczęła się od awantury o trupa.
Na przedmieściu znajdowało się puste klepisko i każdy, kto chciał minąć słupy podtrzymujące tablicę z nazwą „Nowe Narakort”, musiał przejechać obok szubienicy. Stała na samym środku placu, trudna do zignorowania. Po górnej belce dreptały rozwrzeszczane wrony, zerkające raz po raz ku kłębiącemu się w dole ludzkiemu potokowi.
Popołudniowe słońce przeciskało się pomiędzy górskimi graniami, ale tłum nadal okupował upstrzoną niskimi budynkami Maine Street. Główną ulicę miasta otaczały równe kwartały, zabudowane przysadzistymi budynkami zaspokajającymi potrzeby potomków traperów, osadników oraz ludzi lasu. Wszystkie jak jeden dekorowały barwne wstęgi, przydając otoczeniu pompatycznego kiczu. Obrazu dopełniały drewniane budy transformatorów Jabłoczkowa, widoczny znak postępu a zarazem prawdziwa karta atutowa miasta.
Nowe Narakort, jak wiele innych mieścin uprzywilejowanych potęgą apeironu, usiłowało pozbyć się opinii prowincjonalnej dziury na rzecz dobrze rokującego przyczółka industrializacji. I jak wiele innych miast aspirujących do miana amerykańskiego snu puchło chorobliwie, strasząc koszmarem bezguścia. Żywe dekoracje, jarmarczny duch oraz serpentyny nieudolnie tuszowały nieoheblowaną surowość zabudowy. Charakteru miejsca, ani zamieszkujących go ludzi, nie można jednak zmienić z dnia na dzień. Pstre wstęgi oraz chińskie lampiony migotały w kałużach zbierających się w co głębszych koleinach i wydeptanych dołach.
Mężczyzna prowadzący konia, meandrował pomiędzy zlewiskami gnojówki i błocka. Wytarty, wojskowy płaszcz łopotał na wietrze niczym porwany żagiel. Wszechobecny pył, chłonąc pot, lgnął do ciała lepką skorupą, od której cierpła skóra. Przybysz wyglądał jak kroczące pośród śmiertelników Licho. Pilnując ronda kapelusza, sunął pośród farmerskich wozów oraz wózków obwoźnych sprzedawców i wędrownych rzemieślników. Ciżba przesączała się przez ulice miasta wabiona ułudą zarobku, obietnicą wątpliwej zabawy i iluzją równości.
Tłum jak ławica zbijał się i rozciągał, rozstępując we wszystkich kierunkach. W oczekiwaniu na nadchodzące obchody ludzie ciągnęli niczym sępy do padliny, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Dostojne damy, mężczyźni w garniturach, farmerzy, kowboje, praczki, szwaczki, umorusane dzieciaki oraz Bóg jeden wie, kto jeszcze.
Nieznajomy zatrzymał się nieopodal budynku zajmowanego przez biuro szeryfa. Ledwie kilka kroków dalej masywne drewniane pale dźwigały dwupiętrowy budynek, a za nim kolejny i kolejny. Tak otwierało się Nowe Narakort na zbłąkanych podróżnych: szubienicą oraz więzieniem.
Nikt jednak nie zwracał uwagi na ponure symbole miasta. Wszyscy skupiali uwagę na rozgorączkowanym bohaterze ulicznego przedstawienia.
A temu wcale nie było do śmiechu.
Wokół obalonego wozu wrzało. Dwójka dzieci z pełnym napięcia oczekiwaniem wtulała się w poły spłowiałej sukienki matki. Kobieta nerwowo spoglądała to na męża dźwigającego się z kolan, to na starowinkę pochyloną nad rozbitą trumną. Siwowłosa kobiecina starała się domknąć wieko w asyście grabarzy.
Rodzina otoczyła przewrócony wóz, niczym ostatni punkt obrony. Grabarz wraz z pomocnikiem usiłowali przyjść im w sukurs, wpychając nieporadnie zwłoki do trumny. Ku uciesze gawiedzi znaleźli się tacy, co utrzymywali, że sam fakt pakowania Murzyna do sosnowego pudła to zbędna fatyga.
– A może jeszcze konie i bydło tam zaczniecie grzebać? Albo starego Borga!
Od jednej z grup mężczyzn odkleiła się garstka poganiaczy bydła w poplamionych koszulach i wyświechtanych kapeluszach. Zagrzani do boju alkoholem i okrzykami gawiedzi, puścili w ruch łokcie oraz pięści.
– Mój ojciec to weteran! – krzyczał przygarbiony czarnoskóry mężczyzna o szybko puchnącym policzku. Mimo gniewu, nie zdobył się na odwagę, by spojrzeć białym w oczy. – Walczył jako ochotnik w pięćdziesiątym czwartym regimencie piechoty Massachusetts! Bił się o Fort Wagner i ocalił…
Jeden z osiłków doskoczył do czarnoskórego i wymierzył mu cios w twarz. Zaatakowany zatoczył się, upadając na przewrócony wóz, obok którego leżała trumna. Kolejnemu uderzeniu zawtórował nieprzyjemny dźwięk pękającej kości.
– Kop w pysk! Się czarnuchowi należy!
Łowca nagród pokręcił głową, spoglądając na stojącego opodal szeryfa. Stał ze skrzyżowanymi ramionami, wsparty o słup podtrzymujący dach i przyglądał się rozbojowi.
– Zamilcz, chłopcze – rzucił pogardliwie napastnik i zarechotał, patrząc na plującego krwią mężczyznę. – Może tu takich jak ty nie wiesza się za uszy, ale znaj swoje miejsce.
Jeden z poganiaczy zbliżył się do roztrzęsionego właściciela zakładu pogrzebowego i bezceremonialnie wyrżnął pięścią pomocnika.
– Precz stąd, kopidole! Wynocha!
– Nie godzi się…
Uderzony grabarz zawirował na pięcie, mało nie padając w błoto. Czerwone plamy znaczyły elegancki frak oraz koszulę.
Przybysz ponownie spojrzał w kierunku mężczyzny noszącego lśniącą gwiazdę wpiętą w połę marynarki. Szeryf, przygładził wąsy, odbierając kubek od zastępcy. Nieśpiesznie upił łyk, jakby to był kolejny leniwy dzień, zesłany przez Pana ku wytchnieniu maluczkich.
Tymczasem poganiacze robili swoje. Kopniakami wepchnęli czarnoskórego w koleinę wypełnioną spienioną gnojówką. Jeden z kowbojów studził, pilnował, aby ani grabarz, ani jego pomocnicy, ani nikt z gapiów nie przyszedł z pomocą. Tłukł na odlew każdego, kto choćby chciał pomóc wstać bitym. Chudy przedsiębiorca pogrzebowy po kolejnym razie z jękiem zgiął się wpół. Nie miał szans w starciu z młodszymi i silniejszymi osiłkami zahartowanymi życiem w siodle.
– Wyprzęgnij konia, Johnny! – krzyknął zwalisty poganiacz ze spłowiałą czerwoną chustą zasupłaną wokół szyi. – Bez chabety nigdzie nie pojadą.
Pielgrzym sam jeden, zaśmiał się złośliwie,
Wzniósł rękę, ścisnął i uderzył mściwie.
Łowca się skrzywił.
– To zły pomysł – mruknął pod nosem.
Masz lepszy, kapitanie?
Mężczyzna w wojskowym płaszczu westchnął pod nosem, jakby nie do końca był zadowolony z tego, co właśnie postanowił zrobić.
– Odsuńcie się. – Głos miał szorstki niczym żwir chrzęszczący pod obcasem.
Dopiero teraz spojrzenia gapiów skupiły się na obcym. Nie był stary, ani młody, lecz przydługie włosy oraz broda miały kolor pieprzu zmieszanego z solą. Odrzucił poły płaszcza, odsłaniając zawieszone na biodrach dwa pasy z rewolwerami. Oba zdobiły owalne klamry. Na jednej wybito litery „US”, na drugiej „CSA” w wieńcu laurowym.
Dłonie w skórzanych rękawicach oparł na rękojeściach. Ale to nie broń wzbudziła konsternację. W tym dzikim kraju, w cieniu wiecznie ośnieżonych gór Appalachów, każdy chodził uzbrojony. Nikt już jednak nie nosił barw wojsk Konfederacji. Stare uniformy potrafiły ściągać kłopoty, zwłaszcza po północnej stronie Mount Mitchell. Mężczyzna w znoszonym mundurze wyglądał jak siewca kłopotów, obłąkany upiór przeszłości. Brakowało jedynie pary sępów, szybujących pośród chmur w oczekiwaniu na żer.
Nieznajomy uśmiechnął się brzydko, spoglądając na karawan i pobitego grabarza.
Rosły kowboj wyprostował się, otwierając i zamykając dłonie. Pięści miał jak kule armatnie. Jego towarzysze rozsypali się wokół, otaczając intruza. Dwóch miało złamane nosy. Jeden siną pręgę blizny wokół policzka. Cała piątka zaś wyglądała jak chodzące kłopoty. Ospowaty olbrzym splunął, szczerząc czarne od tytoniu zęby.
– Precz! – sarknął. – Nie potrzeba nam tu takich.
Konfederat powolnym ruchem uniósł dłonie, ale zamiast podnieść ręce w geście poddania, co nakazywałby zdrowy rozsądek, zatknął kciuki za pasy z bronią.
– Pięknie – mruknął obcy ni to do siebie, ni to do lokalsów. Kątem oka dostrzegł nerwowy gest jednego z nich. Natychmiast ruszył szybkim krokiem w jego stronę. Ze wszystkich możliwych scenariuszy wybrał ten najprostszy, najbrutalniejszy i najskuteczniejszy: frontalny atak.
Konfederat wykonał zwód, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i wyrżnął draba prosto w szczękę, równocześnie wyrywając mu rewolwer. Zakręcił nim młynka i, chwytając za lufę, zamienił go w tłuczek do mięsa. Zręcznie uskoczył, unikając potężnego uderzenia i oddał cios.
Zakotłowało się. Przybysz był szybki. Cios, garda, obrót zwieńczony kolejnym ciosem; uskok i atak gruchoczący zęby. Zadawał bezlitosne uderzenia, które łamały kości i wyrywały stawy.
Muskularna sylwetka zdawała się płynąć w powietrzu, gdy kolejny unik zakończył się piorunującym uderzeniem po błyskawicznym wypadzie. Ktoś krzyknął, zachrzęściły kości i następny oponent, ciągnąc za sobą krwawą smugę, padł w uliczne błocko. Trzech mężczyzn leżało, czwarty, charcząc i dławiąc się własną krwią, usiłował dźwignąć się z kolan. Szło mu nietęgo. Piąty uniósł ręce w geście poddania.
Nieznajomy omiótł wzrokiem widzów. Żaden z gapiów, patrząc na pobitych, nie miał odwagi podejść.
W tym momencie szeryf wkroczył do akcji. Huk wystrzału zamroził czas, wstrzymując wszelki ruch.
– Dość tego! – ryknął szeryf. – Jeff, pozbieraj kuzynów. Wy zakopcie go w końcu. – Wskazał palcem na grabarza. – W ziemi dla czarnych, za miastem. A ty do mnie! – Wymierzył czarne oko rewolweru Smith & Wesson Model 3 w obcego.
Przybysz westchnął, pokręcił głową i spokojnym krokiem ruszył za stróżem prawa.
***
Wszystko w biurze szeryfa wyglądało na nowe, nawet fotel trzeszczał świeżo spasowanymi łączeniami. Tylko strach oraz kwaśny zapach potu były takie jak zawsze.
Rosły, młody czarnoskóry stojący z uniesionymi rękami przywiązanymi do nisko osadzonej poziomej belki. Niedzielną koszulę znaczyły plamy krwi. Szeryf minął nieszczęśnika i usadowił się w fotelu. Spojrzał na łowcę nagród, ale na jego surowym obliczu nie dostrzegł żadnych emocji. Przez chwilę przyglądał się znoszonemu płaszczowi wojskowemu z wciąż widocznymi obszyciami oficerskimi armii konfederackiej. Nie podobał mu się ten człowiek, nie podobał mu się spokój i pewność siebie bijące od rewolwerowca. A najbardziej nie podobał mu się ten znoszony łach armii, która pochłonęła część jego życia. Zabębnił palcami o blat stołu i skupił uwagę na chłopaku szarpiącym się na powrozie.
– Jak masz na imię, synu?
Pobity rozchylił wyschnięte usta.
– Wergil.
Szeryf rozparł się na krześle, podziwiając guziki własnej koszuli. Zerknął na łowcę nagród, jakby to wszystko tłumaczyło.
– Otóż Wergil twierdzi, że w jego osadzie grasują nocą jacyś biali rabusie. I ponoć kogoś podziurawili! – Szeryf zadudnił palcami. – Nie znoszę, gdy ktoś łamie prawo. Dlatego zapytałem młodego Wergila, kto, jak, dlaczego. Ale równie dobrze mógłbym zapytać o sens życia! Nie usłyszałem żadnych odpowiedzi.
Świsnęła rózga. Chłopak, uderzony przez zastępcę szeryfa, zatrząsł się z bólu, ale nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. Łowca widział, jak Murzyn zagryza usta do krwi.
– Podejrzewam więc – szeryf kiwnął na więźnia – że ten tu łże. Stroi sobie żarty z majestatu prawa. Ze mnie. Możliwe, że chce mnie i moich ludzi wprowadzić w błąd, gdy w mieście coś ważnego się wydarzy. Poproszę jeszcze dwa razy, Joseph.
Kat z uśmiechem uderzył namaczaną w wodzie rózgą. Sprężysta witka z oczaru wirginijskiego na krótki moment owinęła się wokół żeber chłopaka, zostawiając rubinową pręgę. Plecy chłopaka wyglądały jak jedna wielka gorejąca rana.
– Frederick Warren jest jednak na to za mądry.
Chłopak, kołysząc się na powrozie, załkał boleśnie.
– Tak jest, „Munny”! Tak jest! Głupio zrobiłem.
Frederick „Munny” Warren uśmiechnął się pobłażliwie, prawie przepraszająco, jakby ktoś przez pomyłkę stwierdził, że właśnie został nowym prezydentem USA. Odchrząknął znacząco.
– Prawo to podstawa naszej cywilizacji.
Niespodziewanie uchyliły się boczne drzwi. Nim przejście przesłonił beczkowaty wąsacz, pomiędzy framugą, a tęgim ramieniem mignął rząd stalowych krat. Strażnik zatrzymał się w progu, tarasując przejście.
– Myślę, że wystarczy tej lekcji. – „Munny” strzelił palcami, puszczając oko do oprawców. Ci jak na komendę zluzowali linę, pozwalając chłopakowi opaść na kolana. – Wergil, zabieraj się stąd. Tylnymi drzwiami. I jak Boga kocham, nie pokazuj mi się więcej na oczy. Nie zapomnij kapelusza!
Jeden z mężczyzn noszących odznakę zastępcy chwycił filcowy kapelusz, który najpewniej więcej czasu spędzał w pudle niż na głowie właściciela i z uśmiechem go zgniótł. Chłopak trzęsącymi się dłońmi odebrał własność i, słaniając się na nogach, wytoczył tylnymi drzwiami.
Dwóch zastępców szeryfa o obliczach ludzi skorych do bitki natychmiast straciło zainteresowanie ofiarą. Szurając nogami, wychynęli na zewnątrz, obstawiając wejście do biura. Ze strzelbami w dłoniach leniwie wodzili wzrokiem za przechodniami. Nie przeszkadzało im to jednak od czasu do czasu zaglądać do wnętrza biura, na obcego w konfederackim płaszczu.
Błysk w oku zdradzał, że Frederick „Munny” Warren znalazł się w swoim żywiole. Kopnięciem popchnął krzesło ku przybyszowi, wskazując miejsce po przeciwnej stronie biurka.
– Poharatałeś Delorejów. Niezbyt mądrze. Masz jakieś imię, Johnny Reb?
Miał bokobrody, ciemne przeszyte srebrnym włosem, teraz gniewnie nastroszone, przez co przypominał rozjuszonego rosomaka. Czubkiem palca podsunął zjeżdżające z nosa okulary. Przyjrzał się podwójnemu splotowi zdobiącemu rękawy konfederackiego płaszcza.
– Nie pytam z ciekawości, a dla ułatwienia rozmowy. Normalnie, niewiele by mnie to obchodziło, ale dzisiaj masz pecha.
Stróż prawa zmierzył obcego nieprzychylnym, taksującym spojrzeniem doświadczonego zabijaki.
– Zacznijmy raz jeszcze. Nazywam się Warren, ale zwykle ludzie mówią do mnie szeryfie. Pewnie ciężko teraz dostać pasujące do kompletu? – Wycelował palcem w przetrzebione mosiężne guziki kamizelki. – Przestaliście je produkować niedługo po tym, jak spuściliśmy wam łomot.
Mężczyzna w płaszczu kiwnął głową. Przygładził brodę, świdrując Warrena spojrzeniem. Szeryf poprawił okulary, nie odwracając wzroku. Rewolwerowiec uśmiechnął się cierpko.
– Abner Ephraim Ranoux.
Szeryf kiwnął głową.
– Słyszałem o tobie. A może raczej czytałem. Jak chyba każdy… Myślałem, że będziesz wyższy.
Zastępcy szeryfa zarechotali jak na komendę.
– Osobiście uważam te historyjki o tobie za kupę końskiego łajna. Ta o pociągu widmo – prychnął rozbawiony. – Pismaka mocno poniosło. Ale do rzeczy. To jest porządne miasto i nie potrzebujemy tu takich, do których jeszcze nie dotarło, że wojna się skończyła.
– Byłem pod Gettysburgiem. Widziałem, jak się kończy.
Warren w milczeniu obrócił się do stojącej nieopodal kozy i zdjął z palnika dzbanek. Po chwili namysłu ustawił na biurku dwa emaliowane kubki. Zapachniało lekko przypaloną kawą.
– Ja też. Broniłem Wzgórza Cmentarnego, gdy wysłaliście na śmierć hordy tych waszych nieszczęśników.
Ranoux uśmiechnął się, choć paskudna blizna przecinająca twarz sprawiała, że bardziej wyglądało to na szyderczy grymas niż przyjazny gest. Szeryf ukrył twarz za kubkiem kawy.
– To było piekielnie długie tysiąc pięćset jardów – odparł obojętnie przybysz. – Pamiętam każdy krok, każdy lej, każdy rów. Pamiętam krzyk i gwizd kul. – Głos mężczyzny stał się chropowaty. – Wiesz, jak świszczą nadlatujące kartacze? – Południowiec sięgnął po kubek i pociągnął solidny łyk. – Brzmią jak jęk palonych w piekle dusz, Jankesie.
Odstawił prawie całkowicie opróżnione naczynie. Szeryf przygładził wąsy, kiwając porozumiewawczo na swoich ludzi. Dopiero teraz opuścili strzelby.
– Wojna się skończyła – powtórzył szeryf Warren. – Dla wszystkich.
– Tak mówią – zgodził się Południowiec. – Mam tu sprawę do załatwienia. Szukam kogoś – oznajmił Ranoux i rzucił na stół wyjęty zza pazuchy wymięty list gończy.
Warren przyjrzał się wizerunkowi utrwalonemu pomiędzy krzykliwym „Ścigany”, a działającą na wyobraźnię sumką. Odruchowo zerknął na ścianę upstrzoną podobnymi afiszami, ale nie znalazł duplikatu.
Pokręcił głową. Z uśmiechem błąkającym się wokół ust sięgnął do szuflady, wyciągając zaczytany egzemplarz powieści groszowej. Postrzępione kartki sterczały spomiędzy okładek.
– Przez chwilę myślałem, żeś przywlókł się tu, żeby zakatrupić jakieś monstrum – burknął, rzucając na stół sfatygowany egzemplarz taniej powieści, której bohater z okładki dziwnie przypominał Ranouxa. – Trochę mi ulżyło! Już się bałem, że jakieś piekielne wendigo zalęgło się w tutejszych górach. Bo wiesz, akurat w dolinie coś ludzi mocno poszarpało.
Łowca nagród przeniósł spojrzenie z wymiętej okładki na list gończy.
– Nie pamiętam tego – zełgał gładko. – Nigdy nie wiem, co on tam wypisuje.
– Nie pamięta… – Szeryf parsknął. – A ten tu, chyba aż tak bardzo nie narozrabiał na tym łez padole. Inaczej jego gęba by szpeciła moją ścianę. – Zwrócił ogłoszenie łowcy nagród.
– Przyjrzyj się uważnie. Zabił trzech ludzi.
Strażnik poruszył się, zerkając na drabów stojących przy wejściu do biura. Obaj skupili swoją uwagę na plecach przybysza.
Warren nie dał się zepchnąć do defensywy. Zsunął okulary, spojrzał wymownie na grubasa. To wystarczyło, aby strażnik stanął prosto jak Bóg przykazał.
– Może zabił, może nie – odparł siwiejący stróż prawa. – Nie mam czasu na domniemania. Ktoś napadł na farmę. Straszna jatka. Do tego dwóch ludzi wykrwawiło się na śmierć, po tym jak ktoś ich pociął w zaułku. A na dokładkę właśnie zaczął się nasz doroczny festyn. – Szeryf huknął dłonią o blat biurka. – Masa przybłędów, farmerów z okolicznych dolin oraz czerwonoskórych ze swoimi squaw, skórami i kocami. Już jeden samosąd na czarnuchu się odbył, a zaraz będzie kolejny, dla odmiany na Indiańcu. Wybacz więc, ale twój chłoptyś i trzy obce trupy gdzieś daleko, nic mnie nie obchodzą.
Łowca nagród w milczeniu przyglądał się ciskającemu gromy mężczyźnie. Dopiero teraz zrozumiał, że to, co brał za obojętność, faktycznie było zmęczeniem.
– Jest tu jakiś porządny koński doktor?
– Langston. Prowadzi publiczną stajnię. – Warren opadł na fotel. – Załatw, co musisz, zaznaj północnej gościnności, zjedz placek i ruszaj w swoją stronę. Nie potrzeba mi tu dodatkowych kłopotów. – Uśmiechnął się krzywo, ale już bez nuty złośliwości. – Na twoim miejscu poszukałbym innego zlecenia. Gdzieś daleko stąd.
Ranoux nie odpowiedział. Złożył list gończy i ruszył do drzwi. Zerknął jeszcze na ślady krwi na podłodze i, patrząc strażnikowi prosto w oczy, splunął mu pod nogi.