Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • nowość
  • promocja
  • Empik Go W empik go

Polska anarchia - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
25 marca 2025
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Polska anarchia - ebook

Czy to cechy narodowe rodzą anarchię, czy charakter narodowy rodzi warcholstwo, egoizm, czy prywata, żądza władzy i przywilejów jest przynależna ludom nad Wisłą i Bugiem; czy to jednak system władzy, porządek (a właściwie nieporządek) prawny, nieporządek państwa…

 

Kategoria: Popularnonaukowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8241-118-8
Rozmiar pliku: 4,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rzecz­po­spo­lita Obojga Na­ro­dów w okre­sie naj­więk­szego za­sięgu te­ry­to­rial­nego, ok. 1635, oraz zie­mie póź­niej utra­cone.

.

Ko­li­zja li­tew­ska

.

Na za­chod­nim skraju Pusz­czy Rud­nic­kiej, nad piękną Me­re­czanką, nieco po­wy­żej uj­ścia do niej le­śnej rzeczki Sol­czy, leży mia­steczko Ol­kie­niki. Przy to­rze ko­le­jo­wym z War­szawy do Wilna ist­nieje sta­cyjka tej na­zwy, ale te­atru wy­da­rzeń, o któ­rych za chwilę, z okien po­ciągu nie wi­dać. Kraj tam­tej­szy od­zna­cza się po­sęp­nym uro­kiem, jest piasz­czy­sty, po­ro­sły so­śniną i bar­dzo ubogi. Ostat­niej je­sieni XVII stu­le­cia skon­fe­de­ro­wana szlachta li­tew­ska roz­ło­żyła się pod Ol­kie­ni­kami obo­zem. Dwu­na­sto­ty­sięczną prze­szło ar­mię długo gnę­bił chłód, za­nim do­nie­siono, że trak­tem gro­dzień­skim nad­ciąga od strony Wilna nie­przy­ja­ciel. Był nim Ka­zi­mierz Jan Sa­pieha, het­man wielki li­tew­ski i wo­je­woda wi­leń­ski.

Działo się to w li­sto­pa­dzie 1700 roku, na sa­mym nie­mal po­czątku pa­no­wa­nia Au­gu­sta II Moc­nego, króla Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Na­ro­dów i księ­cia Sak­so­nii. Nowy mo­nar­cha zdą­żył już przed paru laty po­waż­nie zmniej­szyć woj­sko li­tew­skie i zor­ga­ni­zo­wać w Grod­nie pu­bliczną ce­re­mo­nię ła­ma­nia sztan­da­rów roz­wią­za­nych puł­ków. Wojna do­mowa, upusz­cza­jąca krwi pod­da­nym, nie mu­siała go zbyt­nio mar­twić. Au­gust za­mie­rzał wpro­wa­dzić ład, opie­ra­jąc się na wła­snych, nie­miec­kich, na czer­wono przy­stro­jo­nych re­gi­men­tach. Oka­zji po temu miała do­star­czyć kam­pa­nia prze­ciwko Szwe­cji, pro­wa­dzona do spółki z ca­rem Pio­trem I i Chry­stia­nem duń­skim. Dzia­ła­nia już się roz­po­częły i przy­nio­sły pierw­sze nie­po­wo­dze­nia. Nie udało się za­sko­czyć i wziąć Rygi. Szwedzki do­wódca pa­trolu wy­krył, że fury cią­gnące nocą do mia­sta, rze­komo na targ, wiozą broń, a idący przy nich chłopi to prze­brani sa­scy gre­na­die­rzy. W sierp­niu osiem­na­sto­letni Ka­rol XII bły­ska­wicz­nie roz­bił Da­nię i po­dyk­to­wał jej po­kój.

Au­gust II nie pa­tro­no­wał zgro­ma­dzo­nej pod Ol­kie­ni­kami szlach­cie. Ona za­częła się bu­rzyć i rwać do broni już za po­przed­niego pa­no­wa­nia. To Jan III był tym, który po­sta­no­wił się­gnąć po stary, od stu­leci za­po­mniany spo­sób. Wła­sne do­świad­cze­nie go po­uczyło, że wy­su­wa­nie jed­nego wiel­kiego pana prze­ciwko dru­giemu do ni­czego nie pro­wa­dzi. Wczo­raj­szy pro­te­go­wany, wziąw­szy górę, na­za­jutrz zmie­nia bo­wiem front, za­czyna ro­bić to samo, co czy­nił po­przed­nik. Ma­gnat spy­cha ma­gnata i za­raz zaj­muje jego miej­sce. Bruź­dzili kró­lowi Pa­co­wie, więc po­parł Sa­pie­hów. Lecz kiedy i ci sta­nęli oko­niem, Jan III po­ru­szył szlachtę, roz­ją­trzoną uci­skiem kró­le­wiąt.

Niech nam lu­dzie ów­cze­śni wła­snymi sło­wami opo­wie­dzą, co zna­czył wtedy na Li­twie ród Sa­pie­hów:

Na­przód bo­wiem Ka­zi­mierz Jan Sa­pieha był wo­je­wodą wi­leń­skim i het­ma­nem wiel­kim. Brat zaś jego, Be­ne­dykt, pod­skar­bim Wiel­kiego Księ­stwa Li­tew­skiego. Sy­no­wie zaś Ka­zi­mie­rza Jana Sa­piehy tymi ho­no­rami byli uczczeni: je­den był mar­szał­kiem wiel­kim, drugi stol­ni­kiem, a trzeci ko­niu­szym Wiel­kiego Księ­stwa Li­tew­skiego . Któ­rzy wszy­scy przy do­mo­wej wiel­kiej for­tu­nie i bę­dąc jesz­cze do tego przez kró­lów pa­nów i Rzecz­po­spo­litą wsparci róż­nymi be­ne­fi­cjami, sta­ro­stwami, dzier­ża­wami... A do tego skarb Wiel­kiego Księ­stwa Li­tew­skiego bę­dąc w Sa­pie­żyń­skim Domu...

Na­iwna re­la­cja star­czy za wszel­kie ana­lizy „me­cha­ni­zmów”. Po­tęga ma­te­rialna, o ja­kiej darmo by ma­rzył skarb w War­sza­wie, sku­pie­nie w jed­nej ro­dzi­nie naj­waż­niej­szych urzę­dów spra­wo­wa­nych do­ży­wot­nio i nie­od­po­wie­dzial­nie! W Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Na­ro­dów tylko wła­dzy kró­lew­skiej jak gdyby bra­kło, ma­gnacka osią­gała wręcz wy­jąt­kowy sto­pień kon­cen­tra­cji. I w tym wła­śnie wzglę­dzie Li­twa zde­cy­do­wa­nie gó­ro­wała nad Pol­ską. Sa­pie­ho­wie mieli po­przed­ni­ków. Byli nimi Pa­co­wie, Ra­dzi­wił­ło­wie, Gasz­toł­do­wie.

Jan III po­ru­szył prze­ciwko wiel­mo­żom szlachtę. Oręż, któ­rym przed dwu­stu laty z po­wo­dze­niem po­słu­gi­wał się Jan Ol­bracht, te­raz za­wiódł. Za­rdze­wiał, po­psuł się. Za długo le­żał w ru­pie­ciarni. A naj­waż­niej­sze, że od­wykł słu­żyć wła­ści­wej ręce.

„Wszystka Pol­ska mó­wiła nie­mal, że dla kol­li­zji li­tew­skiej gi­nie” – na­pi­sał ano­ni­mowy au­tor Kro­niczki li­tew­skiej, od­no­szą­cej się do tych cza­sów. Ba­zy­lia­nin, ksiądz Jan Ole­szew­ski, zo­sta­wił nam po so­bie dzieło o ty­tule, który do­brze od­daje za­równo gust li­te­racki epoki, jak i ko­lo­ryt dzie­jów: Abrys do­mo­wej nie­szczę­śli­wo­ści i we­wnętrz­nej nie­sna­ski, wojny, Ko­rony Pol­skiej i Wiel­kiego Księ­stwa Li­tew­skiego pro in­for­ma­tione po­tom­nym na­stę­pu­ją­cym cza­som przez jedną za­konną osobę światu po­ka­zany i z ża­ło­ścią wy­ra­żony. Nie­pew­nego au­tor­stwa pa­mięt­nik, tra­dy­cyj­nie przy­pi­sy­wany Era­zmowi Otwi­now­skiemu, twier­dzi, że pod sam ko­niec XVII wieku ty­siące lu­dzi ucie­kało z Li­twy, gdzie oczy po­niosą: „jedni do Inf­lant, dru­dzy do Prus Bran­deng­bur­skich po­szli, cum in­fal­li­bili sa­lu­tis iac­tura w kal­wi­nią i lu­te­ra­nią ob­ra­ca­jąc się”. Na­wet życz­liwy Sa­pie­hom bi­skup An­drzej Chry­zo­stom Za­łu­ski mu­siał wy­znać, że „ustały na Li­twie prawo, spra­wie­dli­wość, wstyd; wszystko pod­lega mie­czowi, rzą­dzi, kto moc­niej­szy, a prawa dyk­tuje brzydka na­mięt­ność. Trzeba się oba­wiać, aby za taki ucisk szlachty, choć po­woli, nie na­stą­piła kara Boża...”.

O, quam pul­chrum spec­ta­cu­lum – po­wie­dział pew­nej nocy „Ma­chia­wel li­tew­ski”, pod­skarbi Sa­pieha, przy­glą­da­jąc się pło­ną­cej wio­sce szla­chec­kiej.

Za­zwy­czaj jed­nak nie trzeba było ucie­kać się aż do ta­kich me­tod pa­cy­fi­ka­cji. Brat pod­skar­biego, het­man, roz­po­rzą­dzał wszak środ­kiem nie­za­wod­nym – kwa­te­run­kiem woj­ska. Żoł­nie­rzy oraz ich ko­nie trzeba było kar­mić, ale to jesz­cze nie wszystko. W ów­cze­snym woj­sku li­tew­skim każdy to­wa­rzysz usar­ski, pan­cerny lub pe­ty­hor­ski miał prawo trzy­mać kil­ka­na­ście głów cze­la­dzi, „któ­rym nie pa­no­wie, ale oni pa­nom pła­cili, da­wa­jąc każdy od sie­bie po ta­leru bi­tym i wię­cej dru­dzy, na ty­dzień, do tego i sie­bie, i pana su­sten­to­wali; a ta­kim wolno było ra­bo­wać, co chcieli, na czaty wy­cho­dząc”. Wo­bec ta­kiego re­gu­la­minu służby we­wnętrz­nej cóż dziw­nego, że wsie pu­sto­szały, „że i znaku, gdzie bu­dynki stały, nie zo­stało”?

Jan III prze­cią­gnął był na swoją stronę bi­skupa wi­leń­skiego, Kon­stan­tego Ka­zi­mie­rza Brzo­stow­skiego. W roku 1689, pod­czas sejmu w War­sza­wie, po­seł Ka­zi­mierz Sta­ni­sław Dą­brow­ski, wierny so­jusz­nik naj­pierw Pa­ców, po­tem Sa­pie­hów, ude­rzył hie­rar­chę. W izbie roz­bły­sły sza­ble, a pry­mas Mi­chał Ra­dzie­jow­ski do­tknął ko­ścioły sto­łeczne in­ter­dyk­tem, za­raz zresztą cof­nię­tym z woli nun­cju­sza. (Spór bi­skupa z het­ma­nem nie no­sił cha­rak­teru to­tal­nego, nie wy­klu­czał zgody w in­nych spra­wach. W tym wła­śnie cza­sie Sa­pieha wy­dał Brzo­stow­skiemu nie­szczę­snego Ka­zi­mie­rza Łysz­czyń­skiego, stra­co­nego wkrótce za rze­komy ate­izm, a nie­wąt­pliwe wol­no­my­śli­ciel­stwo).

Pięć lat póź­niej, już u sie­bie, w Wil­nie, Brzo­stow­ski znowu za­sto­so­wał sank­cje ko­ścielne. 8 kwiet­nia 1694 roku, za spu­sto­sze­nie dóbr du­chow­nych przez Ta­ta­rów sa­pie­żyń­skich, rzu­cił klą­twę. Kiedy oso­bi­ście ogła­szał ją w ka­te­drze – „pan het­man na An­to­kolu na wzgardę bi­sku­powi z dział bić ka­zał”. Nun­cjusz i tym ra­zem wdał się w sprawę. Ana­temę cof­nięto. Kat spa­lił pu­blicz­nie jej tekst na rynku wi­leń­skim. Tak chciał Sa­pieha.

W 1696 roku sta­nęła w Brze­ściu pierw­sza an­ty­sa­pie­żyń­ska kon­fe­de­ra­cja szlachty. Prze­wo­dził Hre­hory Ogiń­ski, cho­rąży li­tew­ski. Wspie­rali go Po­cie­jo­wie oraz ro­dzina Krysz­pin-Kir­szensz­te­inów. Byli to miesz­cza­nie z Kró­lewca, któ­rych Jan III umyśl­nie wy­soko awan­so­wał. Król za­bez­pie­czał się, jak wi­dać. Poj­mo­wał, że na czoło ru­chu czy­sto szla­chec­kiego mu­szą się wy­su­nąć inni ma­gnaci, i szu­kał gdzie in­dziej prze­ciw­wagi.

Het­man oto­czył Ogiń­skiego w sa­mym Brze­ściu i gło­dem zmu­sił do ukła­dów. Za­warto ku­lawy kom­pro­mis. Wśród bi­cia dzwo­nów i uro­czy­stego Te Deum we wszyst­kich ko­ścio­łach Sa­pieha wje­chał do mia­sta.

Wcze­sną wio­sną 1698 roku znowu po­szło na ostro (tak się dziw­nie skła­dało, że walki wy­bu­chały gwał­tow­niej w la­tach pa­rzy­stych). Część woj­ska wy­po­wie­działa het­ma­nowi po­słu­szeń­stwo, Ogiń­ski zaś sku­pił swo­ich po­mię­dzy Du­bissą a Nie­wiażą. Go­to­wał się do ener­gicz­nego dzia­ła­nia i pra­gnąc skrze­pić mę­stwo szla­chec­kie, przy­rzekł pod­wład­nym ra­bu­nek Kowna. Za­nim jed­nak udało się urze­czy­wist­nić za­miar, Sa­pieha za­mknął sprzy­się­żo­nych w wi­dłach Nie­mna i Nie­wiaży. Nie wda­jąc się w bi­twę, mar­sza­łek kon­fe­de­racki roz­wią­zał od­działy, od­dał wro­gowi obóz, za­pasy, cho­rą­gwie.

22 lipca Au­gust II do­pro­wa­dził do ro­zejmu. W tej sa­mej jed­nak chwili, kiedy w War­sza­wie przed­sta­wi­ciele zwa­śnio­nych obo­zów kła­dli pod­pisy na do­ku­men­cie po­koju, na po­gra­ni­czu li­tew­sko-pru­skim za­szły wy­padki unie­moż­li­wia­jące go zu­peł­nie. Pod Jur­bor­kiem Mi­chał Sa­pieha, o któ­rym za­raz po­mó­wimy ob­szer­niej, fron­tal­nym ata­kiem ude­rzył na po­now­nie zgro­ma­dzo­nych kon­fe­de­ra­tów. Szlachta po­cząt­kowo biła się dziel­nie, lecz nie wy­trzy­mała ognia dział. Lek­kie cho­rą­gwie ta­tar­skie ści­gały roz­pro­szo­nych. Na placu zo­stało kil­ka­set tru­pów; wielu ucie­ka­ją­cych uto­nęło w Nie­mnie. Nie­do­bitki uszły do Prus.

Te­raz do­piero Sa­pie­ho­wie, zwłasz­cza ci młodsi wie­kiem, roz­hu­lali się bez skru­pu­łów. Zra­żali so­bie wła­sne woj­sko, które wcale nie tak bar­dzo pra­gnęło prze­lewu krwi. Jesz­cze przed star­ciem jur­bor­skim de­pu­taci sił sa­pie­żyń­skich za­warli ze szlachtą ro­zejm w Szku­dach. Za nie­kar­ność i sa­mo­wolę het­man ka­zał stra­cić, ściąć czy też roz­strze­lać oby­dwu tych de­pu­ta­tów, Bo­kieja i Ka­rola Biał­ło­zora.

W sierp­niu te­goż 1698 roku za­wią­zano w Wil­nie nową kon­fe­de­ra­cję. Wo­dzem jej zo­stał Mi­chał Ka­zi­mierz Ko­ciełł, kasz­te­lan wi­teb­ski. Warto po­zwo­lić so­bie na dy­gre­sję, bo po­staci tej na­leży się nieco uwagi.

W nad­nie­meń­skim mia­steczku Bie­nica wzniósł pan Ko­ciełł dla sie­bie pa­łac, dla Stwórcy zaś oraz ber­nar­dy­nów ko­ściół i klasz­tor. Za­wczasu przy­go­to­wał so­bie grób mu­ro­wany w świą­tyni, a czu­jąc bli­ski zgon, za­we­zwał ma­la­rza i ka­zał mu wy­ko­nać swój por­tret. Jesz­cze w po­cząt­kach XX wieku można było oglą­dać w dwo­rze bie­nic­kim ów kon­ter­fekt. Przed­sta­wiał ubra­nego w kon­tusz szlach­cica, u któ­rego stóp le­żały pę­kate mieszki ozna­czone roz­ma­itymi licz­bami. Tuż przed śmier­cią dzie­dzic oświad­czył, że wy­obra­żoną na ma­lunku sumę bie­rze ze sobą do mo­giły i nie da jej ni­komu ru­szyć, chyba żeby „ko­ściół do osta­tecz­nej przy­szedł in­fla­gra­cji”. Któż tylko póź­niej tych pie­nię­dzy nie szu­kał! Prze­ło­żony za­konu, kiedy dach na ere­mie spło­nął, star­sza krewna pew­nego pi­sa­rza pol­skiego... Pan Ko­ciełł od­zna­czał się wi­dać dość ma­ka­bryczną od­mianą po­czu­cia hu­moru.

Zmarł w roku 1722. Oka­załe bu­dowle w Bie­nicy wzno­szono aku­rat wtedy, kiedy „kol­li­zja li­tew­ska” osią­gnęła sam szczyt. W roku 1700, który od po­czątku źle ja­koś wró­żył Sa­pie­hom.

W lu­tym wy­bory mar­szałka try­bu­nału li­tew­skiego nie wy­pa­dły po ich my­śli. Zo­stał nim Ka­rol Ra­dzi­wiłł, po­pie­rany przez dwóch ksią­żąt Wi­śnio­wiec­kich. Wkrótce po­tem pro­sty zbieg oko­licz­no­ści przy­niósł cięż­kie skutki. Wi­leń­ska ulica św. Jana jest wą­ska. Wła­śnie tam or­szak het­mana ze­tknął się nie­spo­dzie­wa­nie z po­jaz­dem Wi­śnio­wiec­kich, któ­rych za­przęg był przy­pad­kiem zu­peł­nie po­dobny do koni Ko­ciełła. Sa­pie­żyń­scy dali ognia, zbo­dli ka­retę ra­pie­rami. Za­nim się nie­po­ro­zu­mie­nie wy­ja­śniło, obaj ksią­żęta ucier­pieli. Prze­pro­siny nie po­mo­gły. Może dla­tego, że je­den z Wi­śnio­wiec­kich miał dwa­dzie­ścia dwa lata, drugi był młod­szy o dwie wio­sny. Kon­fe­de­ra­cja zy­skała po­tęż­nych stron­ni­ków oraz ich na­dworne re­gi­menty.

W lipcu król we­zwał pod­da­nych do mo­bi­li­za­cji w obro­nie gra­nic. Po­przed­nie prze­wi­dy­wa­nia za­wio­dły bo­wiem. Szwe­cja, w któ­rej Au­gust, Piotr I i Da­nia upa­try­wali ła­twy łup, oka­zała się prze­ciw­ni­kiem strasz­nym. Od razu wzięła górę.

Oba obozy li­tew­skie skwa­pli­wie po­słu­chały uni­wer­sa­łów mo­nar­chy. Het­man na nowo zwer­bo­wał pułki, szlachta po­szła na po­spo­lite ru­sze­nie. Pan Ko­ciełł zgro­ma­dził je w sa­mym sercu Wiel­kiego Księ­stwa, pod Oszmianą. („Oszmiań­ski po­wiat – po­wiada Erazm Otwi­now­ski – w wo­je­wódz­twie wi­leń­skim wiel­ko­ścią szlachty prze­wyż­sza inne, że można go in lon­gi­tu­dine et la­ti­tu­dine za wo­je­wódz­two po­czy­tać, na ten po­wiat cała Li­twa za­wsze się za­pa­truje, jako Mała Pol­ska na wo­je­wódz­two san­do­mier­skie”). Szlak bo­jowy za­wiódł kon­fe­de­ra­tów pod Ol­kie­niki. Tam rów­nież zmie­rzał het­man na czele trzech ty­sięcy zbroj­nych i ośmiu dział. Obie strony my­ślały o osta­tecz­nej roz­pra­wie ze sobą, a nie ze Szwe­dami.

W ostat­niej nie­mal chwili, w karcz­mie obok miej­sco­wo­ści Lej­puny, bi­skup Brzo­stow­ski, su­fra­gan Zgier­ski i ka­no­nik Sza­niaw­ski da­rem­nie usi­ło­wali do­pro­wa­dzić do ro­zejmu.

18 li­sto­pada 1700 roku, jesz­cze przed świ­tem, het­man pchnął ku Ol­kie­ni­kom pod­jazd stu osiem­dzie­się­ciu Ta­ta­rów. Jed­no­cze­śnie dwu­na­sto­ty­sięczna ar­mia kon­fe­de­racka wy­szła z obozu, strze­żo­nego na­dal przez dwie cho­rą­gwie. Spo­tka­nie na­stą­piło przy trak­cie gro­dzień­skim.

Dniało, kiedy mię­dzy li­niami za­częli się ście­rać har­cow­nicy. Salwa z dział sa­pie­żyń­skich zmio­tła od razu kil­ku­dzie­się­ciu jeźdź­ców, lecz w tej sa­mej chwili na ty­łach wojsk het­mana po­ka­zała się ława szar­żu­ją­cej ka­wa­le­rii.

Nocą przy­szło kon­fe­de­ra­tom na po­moc jesz­cze ty­siąc sza­bel. Przy­wie­dli je Hre­hory Ogiń­ski i straż­nik li­tew­ski Lu­dwik Kon­stanty Po­ciej. Nie po­łą­czyli się oni jed­nak z głów­nym kor­pu­sem. Za­to­czyli wielki łuk, la­sami wy­szli na tyły wroga. Huk jego dział uznali za sy­gnał do ataku, od frontu zaś dwu­dzie­sto­letni Mi­chał Ser­wacy Wi­śnio­wiecki, „naj­wyż­szy puł­kow­nik wo­je­wództw i po­wia­tów”, ru­szył do swo­ich. Konne tłumy szla­chec­kie ob­sko­czyły ze­wsząd trzy­ty­sięczne woj­sko Sa­pie­hów.

Li­twa. Po­spo­lite ru­sze­nie u brodu. Au­tor: Jó­zef Brandt.

Het­man wraz z bra­tem Be­ne­dyk­tem od razu po­jęli, co się święci, i uszli z placu. Ko­menda prze­szła w ręce ko­niu­szego Mi­chała, tego sa­mego, co dwa lata wcze­śniej tyle do­ka­zy­wał pod Jur­bor­kiem. U sa­pie­żyń­skich naj­męż­niej wal­czyli Ta­ta­rzy. Trzy ich cho­rą­gwie, zu­peł­nie oto­czone na pra­wym skrzy­dle, sza­blami otwo­rzyły so­bie drogę. Od­działy kra­jowe oraz re­gi­menty cu­dzo­ziem­skiego au­to­ra­mentu biły się dość miękko. Za to szlachta, wie­dząc, co ją czeka w ra­zie prze­gra­nej, „ostat­nim po­ty­kała się azar­dem”.

Ka­wa­le­ryj­ska rą­ba­nina trwała przez cały, krótki li­sto­pa­dowy dzień. Ku wie­czo­rowi Sa­pieha wy­słał par­la­men­ta­riu­sza. Za­strze­lono go, za­nim do­tarł, gdzie miał na­ka­zane. Ściem­niło się na do­bre i śnieg za­czął pró­szyć, kiedy ko­niu­szy wraz z pół­tora ty­sią­cem oca­la­łych zło­żył przed Wi­śnio­wiec­kimi broń. Ksią­żęta za­pew­nili mu ży­cie, oso­bi­ście od­sta­wili go do Ol­kie­nik i osa­dzili w klasz­to­rze fran­cisz­ka­nów.

Nie dy­bali oni wcale na gar­dło jeńca. Dużą rolę grać mu­siała sta­nowa so­li­dar­ność ma­gnacka, która spra­wiła, że nie­któ­rzy wiel­może zza Buga, ofi­cjal­nie za­cho­wu­jąc neu­tral­ność, po ci­chu sprzy­jali Sa­pie­hom. Tuż przed ba­ta­lią ol­kie­nicką het­man wielki ko­ronny Sta­ni­sław Ja­bło­now­ski po­de­słał im na po­moc nieco żoł­nie­rzy. Zgod­nie z roz­ka­zem szli oni chył­kiem, grup­kami po kil­ka­na­ście koni, prze­brani i z ukrytą bro­nią.

So­li­dar­ność ma­gnacka była fak­tem, ale nie ją jedną na­leży li­czyć. Zna­czyć coś mu­siała i oso­bi­sta kul­tura. Wiele się tu złego mó­wiło o wiel­moż­nych, wspo­mi­nało na przy­kład na­zwi­sko Pa­ców. A prze­cież to w do­bie ich bez wąt­pie­nia szko­dli­wej prze­wagi na Li­twie, z ich po­le­ce­nia i za ich wła­sne pie­nią­dze sta­nął w Wil­nie na An­to­kolu ko­ściół Świę­tych Pio­tra i Pawła, je­den z naj­wspa­nial­szych za­byt­ków ba­roku na kon­ty­nen­cie.

W Ol­kie­ni­kach try­um­fo­wał mo­tłoch szla­checki. Prze­wa­lały się po mia­steczku tłumy pi­jane do zby­dlę­ce­nia. Ko­ciełł, Ogiń­ski i cho­rąży żmudzki Sta­ni­sław Za­ra­nek nie ża­ło­wali wódki. Przez całą noc roz­no­szono ją ku­fami. Pod sza­blami pa­nów braci pa­dali wzięci do nie­woli stron­nicy Sa­pie­hów. Tak zgi­nął sta­ro­sta bra­sław­ski Mi­chał Woyna i tam­tej­szy cho­rąży Mir­ski. Nie­zmor­do­wa­nie uwi­jał się i pod­ju­dzał „krwawy ksiądz”, ka­no­nik wi­leń­ski Krzysz­tof Biał­ło­zor, ro­dzony brat Ka­rola, stra­co­nego z roz­kazu het­mana. Po­sta­wił na swoim, lecz do­piero nad ra­nem, kiedy szlachta – „prze­ciwko Bogu i su­mie­niu obo­wią­zek przy­rze­czo­nego słowa zła­maw­szy i nie do­trzy­maw­szy... bę­dąc zgrają z pod­po­je­nia trun­kiem zu­chwałą i w za­ja­dło­ści i gnie­wie ra­czej be­stiej okrut­nej ani­żeli lu­dziom po­dobną, na żadną zwierzch­ność i po­wagę ksią­żąt nic nie re­spek­tu­jąc...” – rzu­ciła się na dom klasz­torny ob­sta­wiony wartą.

Żoł­nie­rze Wi­śnio­wiec­kich mocno „wsparli” na­past­ni­ków, obro­nili drzwi. Nie było po­ste­run­ków na da­chu. Po­le­ciały w dół gonty, łaty, kro­kwie. Zdarto de­ski po­wały. Wię­zień uj­rzał nad głową roz­ju­szone gęby, przez okno wtar­gnął do celi ka­no­nik Biał­ło­zor. Śmierć ma­jąc w oczach, Mi­chał Sa­pieha ukląkł przed du­chow­nym. Pro­sił o wy­słu­cha­nie ostat­niej spo­wie­dzi.

– Ot! masz ab­so­lu­cyją! – krzyk­nął ksiądz, bi­jąc klę­czą­cego po twa­rzy.

Wi­śnio­wiec­kim zda­wało się, że zdą­żyli na czas. Wzięli jeńca mię­dzy wła­sne ksią­żęce osoby, pro­wa­dzili go do pod­sta­wio­nej ka­rety.

Wten­czas nie­jaki Świ­der­ski ciął z tyłu w głowę ko­niu­szego, że upadł na zie­mię, a ksią­żęta le­d­wie się sal­wo­wali; tam do­piero fu­ror po­puli do­ka­zy­wała nad nim, roz­rą­bano strasz­li­wie ciało na sztuki, gdzie trzy dni tra­to­wane w bło­cie na ulicy le­żało.

Bi­skup Brzo­stow­ski też chciał ra­to­wać. Sam się z tru­dem ura­to­wał, ucie­ka­jąc do ko­ścioła.

„Tym ter­mi­nem za­koń­czona ta nad Do­mem Sa­pie­żyń­skim Rze­czy­po­spo­li­tej wik­to­ria”. Nie­spełna dwa ty­go­dnie po Ol­kie­ni­kach, 30 li­sto­pada, Ka­rol XII roz­gro­mił pod Na­rwą całe woj­sko Pio­tra Wiel­kiego. Na po­czątku 1702 roku Szwe­dzi za­jęli Wilno, 24 maja byli w War­sza­wie, 7 sierp­nia w Kra­ko­wie.

Jest ab­so­lut­nie pewne, że do­bro kraju nie na­ka­zy­wało wtedy udziału w ko­ali­cji i wojny ze Szwe­cją. (Ka­rol XII też ze swej strony po­peł­nił ka­ta­stro­falny błąd, kiedy wbrew zda­niu do­rad­ców od­rzu­cił po­jed­naw­cze pro­po­zy­cje se­natu pol­skiego i ude­rzył na Rzecz­po­spo­litą. Ge­nialny tak­tyk nie miał naj­mniej­szego po­ję­cia o po­li­tyce ani o stra­te­gii). Pod­su­mo­wa­nie, ze­sta­wie­nie ra­czej, któ­rego trzeba te­raz do­ko­nać, ważne bę­dzie dla ogól­nej oceny po­ło­że­nia, a nie tylko dla sta­cza­nej wów­czas kam­pa­nii.

Pod Ol­kie­ni­kami wal­czyło po obu stro­nach około szes­na­stu ty­sięcy zbroj­nych. Po­przed­nie star­cia też sporo Li­twę kosz­to­wały. Sie­dem­na­ście lat wcze­śniej Wiel­kie Księ­stwo po­słało na wie­deń­ską wy­prawę Jana III dwa­na­ście ty­sięcy woj­ska. Nie uczest­ni­czyło ono w sław­nej bi­twie. „Spóź­niło się”, bo tak chciał het­man, tenże sam Ka­zi­mierz Jan Sa­pieha. W dniu ba­ta­lii było jesz­cze w Pol­sce, w po­bliżu Kra­kowa. Po­tem w szka­radny spo­sób spu­sto­szyło Bogu du­cha winną Sło­wa­cję, ją­trząc Wę­grów prze­ciwko Po­la­kom i mar­nu­jąc przez to za­miar króla współ­pracy z Ma­dzia­rami. 11 li­sto­pada 1683 roku Jan III pi­sał o tym do Ma­ry­sieńki:

Li­twa po za­dzie się wle­cze, omi­ja­jąc z da­leka nie tylko for­tece tu­rec­kie, ale i gra­nice. Byli od nas już tylko o kilka mil, ale nie daw­szy znać o so­bie, ani star­szy­zna zbie­gł­szy przo­dem do nas, jako byli po­winni, zo­stali się cze­goś znowu w kwa­te­rach ce­sar­skich koło Le­wencu, wni­wecz ich ob­ra­ca­jąc i cze­ka­jąc na ja­kieś działa, z któ­rych do kogo oni będą strze­lać, my zgad­nąć nie mo­żemy. Do­syć do­każą, że od Wi­lii przyjdą aż do Cisy cią­gnie­niem z sta­no­wisk do sta­no­wisk, nie wi­dząc nie­przy­ja­ciela.

Ten spo­sób po­stę­po­wa­nia miał tra­dy­cje. Kiedy w li­sto­pa­dzie 1673 roku het­man wielki ko­ronny Jan So­bie­ski od­niósł zna­ko­mite zwy­cię­stwo pod Cho­ci­miem i chciał je do głębi wy­zy­skać, jego li­tew­ski ko­lega Mi­chał Pac za­brał więk­szość swo­ich i od­szedł do domu. Przy tych ko­ro­nia­rzach, któ­rych uczy­nek Paca nie zde­mo­ra­li­zo­wał, wy­trwał Mi­chał Ka­zi­mierz Ra­dzi­wiłł, het­man po­lny, z ty­sią­cem żoł­nie­rzy za­le­d­wie. Do­kład­nie to samo po­wtó­rzyło się je­sie­nią 1674 roku, gdy eks­het­man So­bie­ski był już Ja­nem III. Ar­mia Rze­czy­po­spo­li­tej od­nosi po­wo­dze­nia, świta moż­ność prze­nie­sie­nia dzia­łań na te­ry­to­rium wroga – Pac od­cho­dzi na Li­twę, w obo­zie zo­staje Ra­dzi­wiłł. Mało po­mógł pe­łen obu­rze­nia roz­kaz kró­lew­ski, by de­zer­te­rzy nie wa­żyli się „imie­niem żoł­nie­rzów mia­no­wać”. Pac do­ży­wot­nio pia­sto­wał swą god­ność. Wziął ją po nim Sa­pieha i czy­nił to samo co po­przed­nik. Jedna z dwóch czę­ści skła­do­wych Rze­czy­po­spo­li­tej wy­ła­my­wała, sa­bo­to­wała po­li­tykę wła­snego mo­nar­chy.

Herby szlachty li­tew­skiej, która na­prawdę uczest­ni­czyła w bi­twie pod Wied­niem, wy­ma­lo­wano na pa­miątkę w gro­dzień­skim ko­ściele ber­nar­dy­nów (w tym sa­mym, gdzie się za­czyna ak­cja Ostat­niego sejmu Rze­czy­po­spo­li­tej Rey­monta). Zmie­ściły się wy­god­nie na zwień­cze­niu nawy głów­nej. Ta oko­licz­ność wręcz uzmy­sła­wia sens za­bie­gów Jana III, który po­py­chał zie­miań­stwo prze­ciwko ma­gna­tom. Cho­dziło o urze­czy­wist­nie­nie wła­dzy pań­stwo­wej.

W roku 1683 Wiel­kie Księ­stwo nie po­mo­gło kró­lowi, który za­mie­rzył nie tylko po­ko­nać groź­nego wroga na cu­dzym te­re­nie, swego nie nisz­cząc, lecz zdo­być po­nadto za Kar­pa­tami punkt opar­cia dla re­formy w kraju. Kil­ka­na­ście lat póź­niej Księ­stwo trwo­niło znaczne siły w woj­nie do­mo­wej. Szlachta od­nio­sła suk­ces i wy­zy­skała go w spo­sób rów­nie ka­ta­stro­falny, jak ha­niebny.

Obaj starsi Sa­pie­ho­wie, het­man i pod­skarbi, ucie­kli w prze­bra­niu ku gra­nicy pru­skiej, prze­byli zie­mie elek­tora i nie oparli się aż w Lidz­barku War­miń­skim, u bi­skupa Za­łu­skiego. Z cza­sem wy­lą­do­wali w obo­zie szwedz­kim, stali się przy­się­głymi (do czasu!) stron­ni­kami Ka­rola i przy jego boku szu­kali ze­msty. Wro­go­wie ich od razu po­cią­gnęli, rzecz ja­sna, w prze­ciw­nym kie­runku. Nie oglą­da­jąc się na Ko­ronę ani na wła­snego króla, który la­wi­ro­wał i wo­lałby po­kój, Wiel­kie Księ­stwo za­warło so­jusz z ca­rem, wy­stę­pu­jąc jako „Rzecz­po­spo­lita Li­tew­ska”. Od­dano Pio­trowi twier­dzę w Drui, po­zwo­lono mu wpro­wa­dzać woj­ska do kraju, go­spo­da­rzyć w nim swo­bod­nie. 19 czerwca 1702 roku uka­zało się orę­dzie car­skie do li­tew­skich „bur­mi­strzów, raj­ców, ław­ni­ków, miesz­czan i wszego po­spól­stwa”. Obie­cy­wało roz­ma­ite do­bro­dziej­stwa, za­pra­szało do prze­sie­dla­nia się w głąb Ro­sji. Piotr ob­jął pro­tek­to­rat nad Li­twą. Po­sta­no­wie­nia unii lu­bel­skiej do­raź­nie prze­stały obo­wią­zy­wać. Car­skie in­struk­cje dla dy­plo­ma­tów, acz­kol­wiek tajne, wy­raź­nie zdra­dzają za­miar zu­peł­nego zni­we­cze­nia związku Wiel­kiego Księ­stwa z Ko­roną, przy­ję­cia go pod zwierzch­ność Mo­skwy.

Fi­lary ro­syj­skiego stron­nic­twa na Li­twie to zwy­cię­scy wo­dzo­wie spod Ol­kie­nik. Na pierw­sze wśród nich miej­sce znowu wy­bił się Mi­chał Ser­wacy Wi­śnio­wiecki. Jego po­cząt­kowe skru­puły nie oparły się wi­zji bu­ławy het­mań­skiej. Ni­gdy ich nie ży­wił ofi­cjalny „re­zy­dent Wiel­kiego Księ­stwa Li­tew­skiego” przy ca­rze. Był nim ka­no­nik Krzysz­tof Biał­ło­zor. „Krwawy ksiądz” pod­pi­sy­wał układy Wilna z Mo­skwą, wraz z Pio­trem Wiel­kim po­dró­żo­wał aż do Ar­chan­giel­ska. Mu­siał to po­tem rzew­nie roz­pa­mię­ty­wać w wię­zie­niu, gdzie spę­dził nieco czasu, schwy­tany w roku 1708 przez pod­jazd sa­pie­żyń­ski. Od kary śmierci oca­liła go in­ter­wen­cja ka­pi­tuły wi­leń­skiej, wsparta klą­twą rzu­coną na mia­sto przez bi­skupa, a wy­zwo­liło osta­teczne zwy­cię­stwo od­nie­sione przez jego pro­tek­tora pod Po­łtawą.

Hi­sto­ria za­drwiła po­tęż­nie. Do utrzy­ma­nia i wzmoc­nie­nia związku Pol­ski z Li­twą przy­czy­niła się wal­nie pre­sja mo­skiew­ska. Można śmiało twier­dzić, że do unii lu­bel­skiej do­po­mo­gli Wa­syl III oraz Iwan Groźny, któ­rzy zdo­byli ko­lejno Smo­leńsk i Po­łock, nie­ustę­pli­wie żą­dali Ki­jowa, Ha­li­cza i wszyst­kiego po „Białą Wodę”, czyli po Wi­słę. Te­raz Li­twa w chwili kry­tycz­nej szła sa­mo­pas pod zwierzch­ność pań­stwa, bę­dą­cego dzie­dzicz­nym wro­giem jej wła­śnie, a nie Ko­rony. Znany nam z Ol­kie­nik Sta­ni­sław Za­ra­nek jeź­dził do War­szawy jako po­seł Wiel­kiego Księ­stwa. Za­da­nie jego po­le­gało na zwal­cza­niu ten­den­cji pa­cy­fi­ka­cyj­nych i neu­tra­li­stycz­nych, które prze­wa­żały w Pol­sce. Przy­jąw­szy pro­tek­to­rat Pio­tra, Wilno cią­gnęło za sobą i War­szawę. W roku 1704 cała Rzecz­po­spo­lita za­warła z nim so­jusz, który w da­nych oko­licz­no­ściach rów­nał się dyk­ta­tu­rze cara.

Pań­stwo miało wtedy fa­tal­nego kie­row­nika. Au­gust II po­peł­nił wła­ści­wie prze­stęp­stwo, knu­jąc wojnę i ją roz­po­czy­na­jąc. Kiedy się w roku 1701 opa­mię­tał i pró­bo­wał cof­nąć, fakty do­ko­nane stwo­rzyli jego li­tew­scy pod­dani. Jedni zwią­zali się z Ka­ro­lem, dru­dzy z Pio­trem. W Ko­ro­nie szary ogół chciał po­koju i neu­tral­no­ści, ma­gnaci też byli do ku­pie­nia.

Ze­rwaną chwi­lowo czy też nad­wą­tloną unię pol­sko-li­tew­ską wzno­wiono. Tylko rze­czy­wi­sta su­we­ren­ność już nie po­wró­ciła. Jak wia­domo, ko­lumna Zyg­munta po­zo­stała w War­sza­wie je­dy­nie dla­tego, że Piotr nie zna­lazł spo­sobu prze­wie­zie­nia jej nad Newę, do Pe­ters­burga. Wspo­mniany na po­czątku au­tor Kro­niczki wcale nie prze­sa­dził. Rzecz­po­spo­lita gi­nęła. Pań­stwo prze­stało ist­nieć u schyłku XVIII stu­le­cia. Li­cząc okrą­gło – w ćwierć­wie­cze po wik­to­rii wie­deń­skiej Jana III.

Przy­zwy­cza­ili­śmy się są­dzić, że naj­ciem­niej­sze karty na­szych dzie­jów za­pi­sała doba roz­bio­rów. Moim zda­niem czas „kol­li­zji li­tew­skiej” był gor­szy. Sa­mo­wolny, sprzeczny z pra­wem układ z Pio­trem nie jest mniej ha­niebny od Tar­go­wicy. Za­warli go oby­wa­tele pań­stwa su­we­ren­nego, uro­dzeni i wy­cho­wani nie w tra­dy­cjach za­leż­no­ści, lecz w swo­bo­dzie. Lu­dzie, któ­rzy So­bie­skiego znali, do­bro­wol­nie po­leźli w jarzmo cara, któ­rego siły Szwed wła­śnie zdru­zgo­tał.

Nie ża­ło­wa­łem miej­sca na szcze­góły, sta­ra­łem się po­ka­zać nie tylko sprawy wiel­kiej po­li­tyki, lecz i spo­sób za­cho­wa­nia się tłu­mów, na­wet jed­no­stek. Ob­raz jest zu­peł­nie wy­raźny. Pi­jana tłusz­cza z Ol­kie­nik może po­słu­żyć za sym­bol pa­nu­ją­cych w kraju sto­sun­ków. Być może ci sami lu­dzie na trzeźwo, pod­czas po­koju po­stę­po­wali przy­zwo­icie jako osoby pry­watne. Kon­fe­de­raci zgro­ma­dzeni pod Grod­nem dwa lata wcze­śniej nie ra­bo­wali i nie gwał­cili, trzy­mali się w kar­bach. Jako oby­wa­tele su­we­ren­nego pań­stwa oka­zali się zgrają war­cho­łów pro­wa­dzoną przez ło­trów. Or­ga­nizm Rze­czy­po­spo­li­tej uległ roz­kła­dowi.

Po­czą­tek XVII stu­le­cia wy­glą­dał dość wspa­niale, za­słu­gi­wał na na­zwę Srebr­nego Wieku. Sam jego kres przy­pie­czę­to­wały Ol­kie­niki. Roz­kład do­ko­nał się z prze­ra­ża­jącą szyb­ko­ścią.

------------------------------------------------------------------------

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

------------------------------------------------------------------------Czy dla nas – zwy­kłych czy­tel­ni­ków, czy­ta­czy hi­sto­rii – jest coś bar­dziej fra­pu­ją­cego niż od­po­wiedź na py­ta­nie – co by się stało, gdyby...

A jesz­cze więk­szą przy­jem­no­ścią jest, gdy ta­kie roz­my­śla­nia zo­stają pod­parte ogromną hi­sto­ryczną wie­dzą, jaką pre­zen­tuje nam Pa­weł Ja­sie­nica w książce My­śli o daw­nej Pol­sce. Dla każ­dego, kto choć odro­binę sma­kuje pol­ską hi­sto­rię, za­sta­na­wia się, dla­czego losy po­to­czyły się tak, a nie ina­czej – to do­prawdy praw­dziwa roz­kosz za­głę­bić się w owe dy­wa­ga­cje świa­tłego i mą­drego au­tora, wy­bit­nego znawcy Pol­ski Pia­stów i Ja­giel­lo­nów i po­pły­nąć z nim w wartki nurt wy­da­rzeń tam­tych cza­sów oraz przyj­rzeć się pro­ce­som, które do­pro­wa­dziły Pol­skę do miej­sca, gdzie dziś się znaj­duje.

Zna­ko­mita in­te­lek­tu­alna przy­goda dla tych, któ­rzy lu­bią za­sta­na­wiać się nad prze­szło­ścią.

.

Prze­mi­jają Ja­giel­lo­no­wie na pol­skim tro­nie, umiera bez­po­tom­nie ostatni mę­ski po­to­mek Zyg­munta Sta­rego i Bony – Zyg­munt Au­gust. Przed szlachtą i ma­gna­te­rią staje widmo bez­kró­le­wia. Wa­le­zjusz de­cy­duje się ob­jąć pol­ski tron, ale bar­dziej go kusi tron fran­cu­ski. Przy dru­gim sej­mie elek­cyj­nym w ciągu roku wi­dać oznaki pa­niki. Na pla­nie po­ja­wia się książę Sied­mio­grodu. To czas Anny, sio­stry Zyg­munta Au­gu­sta, która przez po­nad 50 lat swego ży­cia stała w cie­niu wiel­kich spraw kró­le­stwa. Czy zdała eg­za­min z pa­no­wa­nia? Czy star­czyło jej sił i ener­gii, by Rzecz­po­spo­litą pro­wa­dzić w czas za­wie­ru­chy?

W książce Ostat­nia z rodu przy­glą­damy się z bli­ska lo­som Anny Ja­giel­lonki pod­par­tym ogromną hi­sto­ryczną zna­jo­mo­ścią epoki Pawła Ja­sie­nicy.

Dla każ­dego, kto choć odro­binę sma­kuje pol­ską hi­sto­rię, za­sta­na­wia się, dla­czego losy po­to­czyły się tak, a nie ina­czej – to do­prawdy praw­dziwa roz­kosz – za­głę­bić się w owe dy­wa­ga­cje świa­tłego i mą­drego au­tora, wy­bit­nego znawcy Pol­ski Ja­giel­lo­nów i po­pły­nąć z nim w wartki nurt wy­da­rzeń tam­tych cza­sów oraz przyj­rzeć się pro­ce­som, które do­pro­wa­dziły Pol­skę do miej­sca, gdzie dziś się znaj­duje.

Na­prawdę zna­ko­mita in­te­lek­tu­alna przy­goda dla tych, któ­rzy lu­bią za­sta­na­wiać się nad prze­szło­ścią.

.

...Au­tor umiesz­cza swe uwagi w sze­ro­kim kon­tek­ście dzie­jo­wym wcze­snego śre­dnio­wie­cza pol­skiego. Przy­ta­cza­jąc frag­menty kro­nik, uka­zuje re­alia daw­nej epoki, wy­da­rze­nia po­li­tyczne i przede wszyst­kim zwraca uwagę na ich zna­cze­nie dla kształ­to­wa­nia się świa­do­mo­ści zbio­ro­wej Po­la­ków, na war­to­ści ważne dla ich wspól­noty – wol­ność, nie­pod­le­głość, przy­wią­za­nie do wła­snej ziemi i wła­snej tra­dy­cji. Ob­szerny ko­men­tarz, ja­kim au­tor okra­sił tek­sty (tłu­ma­czone z ła­ciny przez zna­ko­mi­tych spe­cja­li­stów), sta­nowi przy­czy­nek do po­zna­nia i lep­szego zro­zu­mie­nia po­trzeb na­szego spo­łe­czeń­stwa także w ty­siąc lat póź­niej.

Ce­nimy po­śród na­szych wiel­kich ro­da­ków Sta­ni­sława Ko­nar­skiego za to, że „ośmie­lił się być mą­drym”. Pa­weł Ja­sie­nica „ośmie­lił się być od­waż­nym”, po­ma­gał przy­swa­jać ro­da­kom tre­ści nie­miesz­czące się w ów­cze­snym ka­no­nie ofi­cjal­nej hi­sto­rii Pol­ski. Po­ka­zy­wał wy­da­rze­nia, które krze­piły serca lu­dzi w cza­sach nie­woli, opo­wia­dał się za tymi war­to­ściami, które uwa­żał za istotne dla pań­stwa, dla na­rodu. Nie był bo­wiem bez­kry­tycz­nym spra­woz­dawcą idei za­war­tych w owych trzech kro­ni­kach. Wy­ja­śniał je, oma­wiał, nie­rzadko kry­ty­ko­wał, czę­sto po­le­mi­zo­wał z ich au­to­rami. Sta­wiał też py­ta­nia, które i dziś skła­niają do re­flek­sji...

Pro­fe­sor Hen­ryk Sam­so­no­wicz

.

Nie do­cze­kał się po­tom­ków ostatni z Ja­giel­lo­nów. Zyg­munt Au­gust za­koń­czył hi­sto­rię li­tew­sko-pol­skiej dy­na­stii. Zo­stała je­dy­nie sio­stra Anna, ale po­wie­rzyć jej ko­rony się nie zde­cy­do­wano. W ciągu nie­spełna roku spi­sano Pacta Co­nventa i wy­słano pro­po­zy­cję pre­ten­den­towi. Przy­je­chał, ko­ronę wziął i po roku uciekł. Pa­no­wie i sejm ra­dzili, to do nich na­le­żał jesz­cze głos de­cy­du­jący, który już nie­długo cał­kiem straci swoją wagę. Tym ra­zem wy­brali zna­ko­mi­cie, ale to nie­stety ostatni do­bry wy­bór.

Na kar­tach Rzecz­po­spo­li­tej Obojga Na­ro­dów staje nad przed oczyma ogrom błę­dów, ja­kie po­czy­nili nasi przod­ko­wie; Pa­weł Ja­sie­nica punk­tuje je pra­wie wszyst­kie, przed­sta­wia­jąc nie­zbite do­wody i fakty. Za­nie­cha­nie re­form, z jed­nej strony fa­na­tyzm, z dru­giej zaś bez­wład, brak stra­te­gicz­nych kon­cep­cji, brak hie­rar­chii po­trzeb i brak po­li­tycz­nego słu­chu Wa­zów zruj­no­wały do­tych­cza­sowy po­rzą­dek i ze­pchnęły w ru­inę myśl re­for­ma­tor­ską i po­li­tyczną swo­ich cza­sów. Jesz­cze siła była, ale nogi już gli­niane...

Dla każ­dego, kto choć odro­binę sma­kuje pol­ską hi­sto­rię, za­sta­na­wia się, dla­czego losy po­to­czyły się tak, a nie ina­czej – to do­prawdy praw­dziwa roz­kosz za­głę­bić się w owe dy­wa­ga­cje świa­tłego i mą­drego au­tora, znawcę wy­bit­nego pol­skiej hi­sto­rii, po­pły­nąć z nim w wartki nurt wy­da­rzeń tam­tych cza­sów i przyj­rzeć się pro­ce­som, które do­pro­wa­dziły Pol­skę do miej­sca, gdzie dziś się znaj­duje.

Na­prawdę zna­ko­mita in­te­lek­tu­alna przy­goda dla tych, któ­rzy lu­bią za­sta­na­wiać się nad prze­szło­ścią.

.

Mści się nie­roz­wią­zana kwe­stia Rusi Ki­jow­skiej. Wy­bu­cha po­wsta­nie, na któ­rego czele stoi Chmiel­nicki z Ko­za­kami. Krwawa ta wojna do­mowa, ty­siące ofiar po jed­nej i po dru­giej stro­nie. A król, bez­radny i bez­zębny, nie słu­cha ni­kogo wie­dziony pla­nami ma­gna­tów ru­skich i li­tew­skich. Do­ni­kąd to pro­wa­dzi.

W gra­nice wkra­cza Ro­sja, trzeba bę­dzie od­dać Smo­leńsk, Ki­jów i Ukra­inę Za­dnie­przań­ską.

Rok póź­niej bę­dzie jesz­cze go­rzej. Po­top szwedzki – naj­bar­dziej nisz­czy­ciel­ski i śmier­cio­no­śny kon­flikt w hi­sto­rii Rze­czy­po­spo­li­tej wy­wo­łany nie­re­al­nymi mrzon­kami i za­pę­dami Wa­zów.

Ła­mie się kraj, wy­nisz­czony i ogra­biony, zmę­czony cią­głymi woj­nami, które wy­da­rzać się nie mu­siały. Nie ma już po­rząd­nego pań­stwa, nie ma już po­rząd­nych sej­mów, jest li­be­rum veto, jest król i ma­gnaci, nikt inny nie de­cy­duje.

I tylko na chwilę ja­śniej­sza gwiazda świeci w Wi­la­no­wie, ale i on nie da już rady uzdro­wić Rzpli­tej. Idzie ku upad­kowi...

Dla każ­dego, kto choć odro­binę sma­kuje pol­ską hi­sto­rię, za­sta­na­wia się, dla­czego losy po­to­czyły się tak, a nie ina­czej – to do­prawdy praw­dziwa roz­kosz za­głę­bić się w owe dy­wa­ga­cje świa­tłego i mą­drego au­tora, wy­bit­nego znawcy pol­skiej hi­sto­rii, po­pły­nąć z nim w wartki nurt wy­da­rzeń tam­tych cza­sów i przyj­rzeć się pro­ce­som, które do­pro­wa­dziły Pol­skę do miej­sca, gdzie dziś się znaj­duje.

Na­prawdę zna­ko­mita in­te­lek­tu­alna przy­goda dla tych, któ­rzy lu­bią za­sta­na­wiać się nad prze­szło­ścią.

.

No i staje się nie­uchronne... Gnu­śni Wet­ty­no­wie i gnu­śny na­ród, skłó­cona, sko­rum­po­wana ma­gna­te­ria, sprze­dajna szlachta – to tak się dzieje w Rzpli­tej. A jed­nak świa­tełko na­dziei nie ga­śnie. Pięk­nie roz­kwita Oświe­ce­nie za ostat­niego króla, za­chwyca bo­gac­twem i ja­sno­ścią my­śli. Na­ród bie­rze się do po­rząd­ków... tylko dla­czego tak późno, za późno... Krzą­ta­nina wo­kół spraw pu­blicz­nych – edu­ka­cji, woj­ska, bu­dżetu, praw miesz­czan i chło­pów – na­po­ty­kają mar­sowe ob­li­cza Wiel­kiej Ka­ta­rzyny i Fry­de­ryka. Ostat­nim wy­sił­kiem przyj­mie Rzecz­po­spo­lita swoją Kon­sty­tu­cję – ale na bar­dzo krótko, na rok! Ze­rwie się jesz­cze do boju wraz z Ko­ściuszką, ale już nie da rady. I po­woli bę­dzie zmie­rzać ku wy­ma­za­niu z mapy Eu­ropy...

Dla każ­dego, kto choć odro­binę sma­kuje pol­ską hi­sto­rię, za­sta­na­wia się, dla­czego losy po­to­czyły się tak, a nie ina­czej – to do­prawdy praw­dziwa roz­kosz za­głę­bić się w owe dy­wa­ga­cje świa­tłego i mą­drego au­tora, wy­bit­nego znawcy pol­skiej hi­sto­rii, po­pły­nąć z nim w wartki nurt wy­da­rzeń tam­tych cza­sów i przyj­rzeć się pro­ce­som, które do­pro­wa­dziły Pol­skę do miej­sca, gdzie dziś się znaj­duje.

Na­prawdę zna­ko­mita in­te­lek­tu­alna przy­goda dla tych, któ­rzy lu­bią za­sta­na­wiać się nad prze­szło­ścią.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: