Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi - ebook
Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi - ebook
Przed nami ludzie, którzy nigdy nie weszli do historii.
Teraz po raz pierwszy wychodzą z mroku zapomnienia
Mieszczka Anna Molska odważnie staje przed sędziami i wie, że się nie podda.
Ludwik Skrzetuski tuż przed dokonaniem zajazdu na sąsiada klepie po karku swego wierzchowca i przypomina sobie, jak pierwszy raz ojciec posadził go na konia.
Michał Koźmian zakrwawioną i trzęsącą się dłonią chowa kawałek cukru do kieszeni.
Chłopka Marianna patrzy swoimi modrymi oczami zza kopki siana na pana Walentego Szomańskiego. Powoli dojrzewa między nimi miłość.
Od stawów pełnych ryb nad śląską granicą aż po bezmiar stepu, hen za Chortycę, największą wyspę Dniepru. Od nieba znaczonego mewami ponad bogatym, nadbałtyckim Gdańskiem, poza pełny szarych gołębi stołeczny Kraków, aż ku brzegom Morza Czarnego. Oto Rzeczpospolita Obojga Narodów, wyobrażona, nadwiślańska Sarmacja Polaków, Litwinów, Rusinów i innych nacji, istniejące przez kilkaset lat na równinach Europy środkowej imperium.
Niemal wszyscy są tu uzbrojeni, od szlachcianki i księdza po ostatniego parobka. Życie wisi na włosku i można zginąć każdego dnia.
Jakimś jednak cudem miliony ludzi urodzonych w Polsce sarmackiej między rokiem 1500 a 1800 nie pozabijały się, wytrwały w swej codzienności, dając nam w konsekwencji i życie, i języki, i kulturę.
Jaka była ta Polska naszych przodków? Mateusz Wyżga szuka jej tam, gdzie nikt nie szukał. W tym, co husarz robi, kiedy nie uczestniczy w bitwie, a chłopka, kiedy nie opiekuje się noworodkiem.
Przed nami historia zwykłych ludzi, utkana ze śladów, których nie zatarły upływające wieki.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-524-5 |
| Rozmiar pliku: | 10 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wojna wszystkich przeciwko wszystkim
NAWAŁNICA CEPÓW I SZABEL – BICIE – ŹRÓDŁA PRZEMOCY – NAPADY I ZAJAZDY – INWAZJA PANA SKRZETUSKIEGO – BÓJKI MIĘDZY GROMADAMI – PRAWO I SĄDY – SZLACHCIC W SĄDZIE – PLEBEJ W SĄDZIE – ZAGŁADA DOMU GORĄCZKIEWICZÓW – KARA
Nawałnica cepów i szabel. Wyobraźmy sobie, że zostajemy wrzuceni w sam środek bitwy pod Grunwaldem, tak sugestywnie odmalowanej pędzlem Jana Matejki i piórem Henryka Sienkiewicza. Wokół nas dźwięczą uderzenia metalu o metal, słychać ludzki krzyk, jęki konających, końskie rżenie. Widzimy, jak krew i wydzieliny z rozerżniętych trzewi tworzą szkaradne błocko. Licznik śmierci bezustannie nabija nowe wartości. Podobnie można opisać pierwsze wrażenie, jakie stwarzają zapiski sądowe ze staropolskiej Sarmacji. A takich przeszłość pozostawiła nam chyba najwięcej, bo – jak już wspomnieliśmy – sprawy ważne albo kontrowersyjne należało spisać. Oto przed nami odsłania się cała paleta przemocy psychicznej i fizycznej, jakiej dopuszczali się wobec siebie bliźni w Europie Środkowej, bez względu na granice stanowe, miejsce urodzenia, wyznanie czy język. Do przemocy dochodzi bowiem wzdłuż i w poprzek stanów społecznych.
Ciosy padają z samego dołu drabiny stanowej. Niejakiego pana Sadowskiego poraniło sześciu chłopów w lasach we wsi Wola Błędowa¹. W Płocku miała miejsce sprawa między zaatakowanym dziedzicem osady Leszczyno (dziś zapewne Leszczyn Szlachecki) a jego poddanym, sprawcą pobicia². Ksiądz Stanisław Kurzelowita nie chciał wymierzyć sprawiedliwości swym poddanym z Trątnowic, choć mieli oni poturbować dwóch szlachciców. A jeszcze w zadufaniu prychnął: „bito ich i jeszcze będą bi㔳. Gromada ze wsi Poręba za Bieczem napadła na dwór Romerów w Radlnej, poraniła właściciela, a na koniec porzuciła przed domostwem zwłoki innego człowieka⁴. Pewien chłop miał znaleźć się w grupie, która dokonała najścia na miejscowy dwór i raniła żonę oraz syna administratora. Kiedy pan domu i wsi doprowadził w końcu winowajcę przez sąd grodzki, oskarżony bezczelnie wszystkiemu zaprzeczył. Gdzie indziej jadący drogą szlachcic został napadnięty przez chłopów z pobliskiej osady. Oczami wyobraźni możemy zobaczyć, jak krew pobitego szlachcica wsiąka w ziemny trakt, którym w obu kierunkach podążają chłopskie furmanki. Jak poranionego mężczyznę mijają domokrążcy zwani szotami, dźwigający na barkach swój towar, a tu i ówdzie przemyka służąca wysłana przez gospodynię po sprawunki. Nieszczęsnemu szlachcicowi zabrano konia, ubiór, pieniądze i broń. Ograbiony pociągnął do odpowiedzialności sądowej chłopskich zwierzchników – zarówno dziedzica, jak i dzierżawcę wsi. To scenariusz, który wciąż się powtarza.
Nie tylko przy drogach publicznych agresywne uzbrojone grupy plebejów czyhały na „herbowych”. W ciemności nocy szlachcic goszczący u Żyda arendarza stracił swój dobytek, a inny – zapewne w stanie upojenia alkoholowego – został dokumentnie pobity przy karczmie. Oto szlachcic Domaradzki we własnej karczmie w Bielawach odniósł rany z rąk chłopów z Psar⁵. Gdzieś na Mazowszu, w karczmie prowadzonej przez szlachciankę i jej męża chłopa, pobito dziedzica innej wsi. Znamy też przypadek oberżysty zasadzającego się ze wspólnikami w lesie na szlachcica. Wiele jaśniepaństwa zostało napadniętych w swych – zdawałoby się – bezpiecznych dworkach albo pośród pól.
Zapisał kronikarz miasta Żywiec: „pana Andrzeja Biberstyna Starowiejskiego, w Starej Wsi, poddani w gaju zabili i na grunt pisarzowski do wody zanieśli i tam go wrzucili”. Ciało szlachcica znaleziono po czterech dniach, a następnie pochowano w jego dziedzicznej osadzie, na terenie drewnianej świątyni, która istnieje do dziś⁶. Wynika z tego, że dla niepoznaki zwłoki dziedzica wyniesiono poza wieś i utopiono w jednym z jezior oblewających Pisarzowice, oddalone o kilka kilometrów od Starej Wsi. W innej sprawie z wyroku sądu tego miasta został poćwiartowany ręką kata Jędrzej Krajowski sługa szlachcica Jana Myszkowskiego. Zabił on wraz z innymi poddanymi swojego pana, którego podziurawił puginałem, a któremu jeszcze potem poderżnął gardło. Wszystko za to, że Myszkowski nadgorliwie bił swoją czeladź i poddanych⁷.
W królewskiej wsi Brąszewice zdarzyła się – wspomniana we wstępie – zbrodnia na panu Stanisławie Ostrowskim. Jan, Wawrzyniec i Walenty Ostrowscy, bracia pozostali przy życiu, oskarżyli o morderstwo chłopów Jana Drzazgę z Klonowa i Macieja Czekaja z Brąszewic, a także starostę tych królewskich osad – Stanisława Tarnowskiego, kasztelana sandomierskiego. Może chłopska buta wynikała z faktu, że wspomniani plebeje byli poddanymi zacnego pana senatora i nieraz widzieli, jak pomiata się pomniejszymi figurami szlacheckimi na szachownicy stanowej, przez co sami nabierali wigoru. Sprawa wlokła się dotąd, aż odbił ją naczelny sąd trybunalski w Lublinie, i w końcu trafiła przed sąd wiejski w Brąszewicach. Rozgoryczeni panowie Ostrowscy pozwali dzierżawcę królewszczyzn za niewymierzenie poddanemu sprawiedliwości. Co więcej, nazwali małodusznością to, że jeden z oskarżonych, który był skłócony z ofiarą, jeszcze próbował się wymigać. Padło stwierdzenie, że niedobry to przykład, „aby chłop, zwaśniwszy się na szlachcica, onego zabił, a wyprawiwszy, odwiódł się, _pro certo_ by wszystką szlachtę wybili, gdyż to _genius rusticarum_ zawsze _infensum nobilibus_ właśnie, by Niemiec Polakowi”. Obaj oskarżeni szli w zaparte, że „tego nie są winni uczynku”. Ów duch w nich okrzepł był⁸.
W sporach używano też broni palnej. Gajowy Jan, poddany Teresy Zakrzewskiej ze wsi Książ koło Kościana, miał znieważyć szlachcica Krzysztofa Starzeńskiego i grozić mu strzelbą⁹. Czasem dziedzic posiłkował się sądami po to, by w ten sposób wpłynąć na poddanego, którego się bał. Piotr Sucharzewski, właściciel wsi Strzeszkowo pod Gnieznem, ostrzegał pisemnie swego dzierżawcę Stanisława Mieleckiego, że chłop „Wach Zmyślak nazwany, kmieć z Strzeszkowa, dobrze osiadły, zapewne bierze się zrobić precz , narzekając na ciężkie roboty i częste drogi do miasteczek różnych”. Przenikliwy dziedzic albo sam zauważył, albo mu doniesiono, że „ten Zmyślak sposobił się na niezwyczajne jemu szaty albo suknie z falendyszu przedniego oraz na wóz warowny i w kilka sztuk strzelby, w konie świeże gotowe w drogę, i w kilka połci mięsa wieprzowego”. Prawdziwy sigma chłop. Nic dziwnego, że pan Sucharzewski wolał osobiście nie wdawać się w dysputy z uzbrojonym i wściekłym gospodarzem¹⁰. Takich obaw nie miał już właściciel wsi Skibice, który chłopa Fabiana Petrycego, noszącego się z myślą ucieczki z powodu ucisku, najzwyczajniej wtrącił do dworskiego więzienia¹¹. Broń palna była dość powszechna wśród plebejów, używana dla obrony (albo ataku), jak i na wiwat. W Tenczynku, wsi między Krakowem a Chrzanowem, rodzina Wilków miała chałupę, która „zgorzała w samo południe, w kiermaszną, zda mi się niedzielę, swawolnie strzelając spalili ją , szkoła też w ten czas zgorzała, bo blisko niej była”, jak podaje jeden ze świadków wydarzenia¹².
Pomysły na dopieczenie jaśniepanu poddani mieli niezwykłe. Chłopi z osady Kobylany na Lubelszczyźnie w trakcie potopu szwedzkiego zrabowali z miejscowego dworu przedmioty o wartości czterech tysięcy złotych. Jan Krzysztofek, Świrgolik, Jędrzejek, Banaś, Kuźma, Grzela i kilku innych przebrali się za żołnierzy szwedzkich i w czasie grabieży naśladowali ich mowę i obyczaje. Wystraszony szlachcic Wojciech Szymański zbiegł ze swego domostwa, pozostawiwszy za sobą wszystko – myślał wyłącznie o ratowaniu życia¹³. Różnie wykorzystywano zamieszki wojenne – byle zadbać o własny interes. Kiedy pan Dobrogost Poniński „podczas teraźniejszej wojny szwedzkiej” rezydował w swej osadzie Manieczek, szlachcic Stanisław Żółtowski, „przybrawszy do siebie różnych ludzi, tak szlacheckich, jako i z armatą”, najechał i zajął Ponin, inną osadę Ponińskiego, pokonawszy czeladź domową¹⁴.
Chłopi, niebędący pod względem stanowym równi szlachcie, w ostateczności po swojemu wymierzali sprawiedliwość, kiedy ich godność, honor i interesy zostały nadwyrężone, bo nie szły w parze z interesami pańskimi. Gdy jaśniepan próbował z konia dyktować warunki poddanym, był zeń zrzucany i bity do krwi. By tego dokonać, krzywdziło się najpierw zwierzęta. Po uderzeniu traciły one równowagę bądź niosły dziko jeźdźca, aż ten boleśnie upadał. Potem ofiary napaści okazywały przed sądami rozmaite zranienia, tak jak szlachcic Dionizy Brzostowski, któremu chłop Stanisław Koszka uciął rękę, a który potem, wymachując kikutem, domagał się przed sądem w Krakowie sprawiedliwości¹⁵. Trudno oprzeć się wrażeniu, że śledzimy zapiski sądowe przypominające raport dzienny ze szpitalnego oddziału intensywnej terapii.
Brutalna przemoc fizyczna stanowiła domenę płci męskiej, bez względu na pochodzenie społeczne, ale też właśnie mężczyźni najczęściej padali jej ofiarami, jakby sprawcą krzywdzenia ludzi wszystkich stanów społecznych był nie człowiek, ale testosteron. Powody miały jednak przede wszystkim naturę gospodarczą i wynikały z trosk życia codziennego. Herbowe ofiary napaści okradano z pieniędzy, szat i broni, jakby w ten sposób chciano sobie powetować zapłatę za niewynagrodzoną lub nadprogramową pracę, zarówno pańszczyźnianą, jak i najemną.
O ile w wypadku mężczyzn rzucającą się w oczy przyczyną nagłych zgonów były burdy, bitwy i wypadki, o tyle w wypadku kobiet tę proporcję wyrównywała śmierć okołoporodowa, skoro, jak się przekonamy, umrzeć mogła z tego powodu nawet mniej niż co dziesiąta z nich. Nie oznacza to jednak, że kobiety były bardziej powściągliwe. Znamy sprawę szlachcianki poranionej nożem przez młodą chłopkę we wsi Kurzajama albo pobitego przez poddaną nieletniego syna pana Zdzienickiego z Daszyna w ziemi łęczyckiej¹⁶. Prości mężczyźni nie wahali się podnieść ręki na kobietę z wyższego stanu. Na Pomorzu pani Dorota Wallenrodtowa domagała się od pani Teresy Kruszyńskiej, kasztelanowej gdańskiej, wydania chłopów, braci Dawida i Jana Szperlingów. Ci bowiem, kiedy wracała z Dzierzgonia do pobliskich Prakwic, wraz z towarzyszami mieli ją na drodze publicznej znieważyć, pobić, zawlec do pobliskiej rzeczki i podtapiać. Ich działanie było próbą wymuszenia uwolnienia żony jednego z chłopów, uwięzionej przez szlachciankę w Prakwicach za długi. Mimo aresztowania Szperlingów i skazania ich na ciężkie więzienie oskarżeni zbiegli i nikt nie wiedział dokąd¹⁷. A jeżeli mamy wiedzę o gwałtach dokonanych przez szlachciców na chłopkach, to trzeba też zaznaczyć gwałty, których plebeje dopuszczali się na szlachciankach.
W ostateczności rozwścieczeni chłopi nie tylko zabijają dziedzica, dzierżawcę i ich szlachecką służbę, pana z sąsiednich dóbr czy postronnego szlachcica, lecz także podpalają dwór, folwark (będący podstawą szlacheckiej gospodarki rolnej i hodowlanej) albo zabudowania poddanych. Skarżyli się w lubelskim sądzie grodzkim Jan i Andrzej Krasuscy ze Stępkowa, że chłop Stanisław Kruk miał spalić ich siedliszcze i zamordować ich ojca¹⁸. Ziemianin Kazimierz Girtler pisał, że zupełnie nie rozumie, dlaczego co roku płoną zabudowania we wsi Wróżenice, skoro „pan Józef Wodzicki był dobrym panem”¹⁹.
W ziemi krakowskiej, na pozór spokojniejszej niż wschodnie tereny Rzeczypospolitej, miał miejsce wymowny chłopski samosąd nad szlachtą. Widzimy niejako z „zaświatów”, albo ze światów, które mają dopiero nadejść, jak w Nowej Wsi, należącej do pana Stanisława Oraczowskiego, płonie stodoła. Dzierżawcą osady był Marcin Kącki. Oto miejscowi poddani wzniecili ogień pod jednym ze swych budynków gospodarczych, w którym na nocleg zatrzymało się kilkoro szlachty. Panowie bracia, którzy wybrali stodołę na nocleg, uratowali się z wielkim trudem, ponieważ chłopi zatarasowali wrota. Uciekając, ci pierwsi zostawili na żer płomieni cały dobytek. Później w sądzie wymieniali szkody, które ponieśli z rąk plebejów w nocnym ataku. Stodoła należała do kmiecia Błażka, będącego zresztą pierwszym podejrzanym. Wydarzenia miały miejsce w sierpniu, ziemia w całej okolicy zapewne była sucha jak pieprz. Jak wyjaśniano w skardze, pożar „z szczególnej złości poddanych tamecznych o jedenastej przed północkiem stał się z soboty na niedzielę”. Jan Koniecpolski, wojewodzic bełski, jeden z kilku mężczyzn zgromadzonych w stodole, stracił w ogniu między innymi „kontusz rozmarynowy francuskiego sukna nowy ze złotymi potrzebami” i inne szaty purpurowe i różowe, dwie pary czerwonych butów, grzebień z kości słoniowej, zwierciadło i obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej na blasze miedzianej. Z kolei pan Paweł Gadomski wymieniał wśród swoich zniszczonych przedmiotów skrzynię podróżną, a w niej dokumenty procesowe swego zwierzchnika i jego rodziny przeciw różnym osobom, czarny kontusz na lato z wielkimi złotymi guzikami i diamentami, dwa żupany, nową czapkę podszytą futrem sobola, dwa pasy jedwabne, pościel, dwie pary spodni, buty i szablę w srebrnej oprawie, turecki grzebień i wrocławskie ręczniki. Trzecim nieszczęśnikiem był Aleksander Grabowski, który stracił kilka siodeł wojskowych, ptasią rusznicę z prochownicą i dwa pistolety, kańczug oraz mieszek ze złotymi monetami. Wreszcie Michał Sznitowski, będący jeszcze chłopcem, skarżył się o parę noży francuskich, buty i dziecięcą szablę. Był tam z nimi również chłop Grzegorz Łagowski, woźny sądowy.
Woźnym sądowym mógł zostać i chłop, i mieszczanin, i szlachcic. Na wyrost nazywano woźnego „generałem”, który paradował uroczyście – niby szlachcic – w kontuszu i miał prawo do czynienia swych urzędowych procedur w asyście szlachty. Kandydatów na woźnych (wożących pisma) wskazywały sejmiki. Rekrutowano ich spośród ludzi o nieposzlakowanej opinii i osiadłych. Zamożniejsi plebeje pełniący funkcje urzędnicze przejmowali wzorce i gesty szlachty²⁰. Taki urząd była to niełatwa praca o charakterze służby i polegała na dostarczaniu pozwów i innych dokumentów sądowych, uczestnictwie w kontrolach czy obdukcjach ofiar, składaniu relacji, ogłaszaniu publikacji urzędowych. Woźni występowali masowo na lokalną skalę i dlatego rekrutowali się głównie z chłopstwa²¹. Tak oto plebej, obrósłszy w urzędowe piórka, patrzył szlachcie na ręce i do kieszeni – i robił to w imię prawa, skoro występował jako urzędnik państwowy w sprawach rozliczeń międzyszlacheckich. Ba, patrzył i oceniał naganne postępowanie jaśniepaństwa, kiedy do sądu grodzkiego zgłaszano stosowaną przezeń przemoc. Ale też ryzykował życie, tak jak szlacheccy urzędnicy sądowi i ich pachołkowie. Aparat policyjny był słaby i niedoinwestowany. Prawo pospolite rządziło po swojemu. Podczas swej pracy znajdowali się oni między młotem a kowadłem. Sporo ryzykowali, kiedy musieli dostarczyć pismo procesowe o niekorzystnym brzmieniu krewkiemu sarmacie, ponieważ pierwszy gniew pozwanego mógł spaść właśnie na nich²². Zdarzało się, że woźni sądowi byli przeganiani, bici, więzieni przez zadziornych adresatów przesyłek; niekiedy do nich strzelano albo najzwyczajniej nakazywano dostarczony pozew… zjeść²³.
_Dalsza część w wersji pełnej_