Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pomóż mi odejść - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lutego 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Pomóż mi odejść - ebook

Katherine dorastała w domu, w którym słabość była porażką, a cudze ambicje ważyły więcej niż jej własne potrzeby. Przeprowadzka do Daverton i nowa szkoła tylko pogłębiają poczucie samotności, aż do chwili, gdy w jej życiu pojawiają się dwie osoby, które sprawiają, że po raz pierwszy przestaje się czuć niewidzialna.

Osiemnaste urodziny zapowiadały się wyjątkowo – niewinna gra, lista zadań i obietnica dobrej zabawy. Zamiast tego Katherine odnajduje ciała swoich rodziców, a wydarzenie to na zawsze zmienia bieg jej życia.

Gdy po miesiącach próbuje odzyskać równowagę, otrzymuje list z żądaniem, które nie pozostawia wyboru: czternaście dni, dziesięć tysięcy funtów i groźba śmierci. Ktoś zna jej sekrety, śledzi każdy krok i z niepokojącą precyzją burzy wszystko, co wydawało się prawdą. Im bliżej jest odpowiedzi, tym wyraźniej widzi, że śmierć rodziców była dopiero początkiem – a zaufanie jedynej osobie, która pojawia się na jej drodze, może okazać się równie niebezpieczne, co konieczne.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-41-8
Rozmiar pliku: 712 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Gdy­bym wie­dzia­ła, że przy­bie­gniesz, to nie sko­czy­ła­bym z tego kli­fu.

Nie dła­wi­ła­bym się sło­ną wodą, któ­ra od­bie­ra­ła ży­cie ka­wa­łek po ka­wa­łku, se­kun­da po se­kun­dzie. Nie pró­bo­wa­ła­bym za wszel­ką cenę za­czerp­nąć po­wie­trza, wpusz­cza­jąc płyn do płuc. Nie czu­ła­bym tego roz­ry­wa­jące­go od środ­ka, okrut­ne­go bólu.

Nie na­pi­sa­ła­bym li­stu, nie wło­ży­ła go do pla­sti­ko­wej skrzyn­ki i nie zo­sta­wi­ła w tym wa­żnym dla mnie miej­scu. Nie uśmiech­nęła­bym się, po­zwa­la­jąc łzom spły­nąć po po­licz­kach i wy­lądo­wać na mi­ęk­kim mchu.

Gdy­bym wie­dzia­ła, że pędzi­łeś do mnie na zła­ma­nie kar­ku, to cze­ka­ła­bym na cie­bie.

Sta­ła­bym nad urwi­skiem, wpa­tru­jąc się w naj­pi­ęk­niej­szy za­chód sło­ńca, jaki dane mi było zo­ba­czyć, aż usły­sza­ła­bym za sobą dźwi­ęk kro­ków. Od­wró­ci­ła­bym się i spoj­rza­ła pro­sto w two­je oczy, nie po­wstrzy­mu­jąc łez bólu i ulgi, po­mie­sza­nych ze sobą jak spląta­ne pa­jęcze nici.

Po­de­szła­bym ostro­żnie, z wa­ha­niem i po­ka­za­ła, że już nie chcę wal­czyć. Nie chcę pro­wa­dzić woj­ny z tobą, sobą i ca­łym świa­tem.

Może pa­dła­bym na ko­la­na albo w two­je ob­jęcia, pod­da­ła się lo­so­wi i wszyst­kie­mu, co ma się wy­da­rzyć. Po­zwo­li­ła­bym ci się mną za­opie­ko­wać, wy­ci­ągnąć z tej bez­den­nej roz­pa­czy.

Gdy­bym wie­dzia­ła, że przyj­dziesz, to nie znik­nęła­bym z tego świa­ta szes­na­ste­go lip­ca dwa ty­si­ące dwu­dzie­ste­go czwar­te­go roku.1

Chy­ba od za­wsze wi­zja śmier­ci po­do­ba­ła mi się bar­dziej niż myśl o ży­ciu.

Pierw­szej nocy po prze­pro­wadz­ce sta­łam na je­dy­nym mo­ście w Da­ver­ton i opie­ra­łam łok­cie o ba­rier­ki. Ksi­ężyc ospa­le su­nął po nie­bie wśród mi­liar­dów gwiazd. Cie­ka­we, czy on rów­nież czuł się sa­mot­ny w tym błysz­czącym tłu­mie.

Ode­rwa­łam wzrok od od­da­lo­nych o lata świetl­ne świad­ków mo­je­go cier­pie­nia. Spoj­rza­łam na ciem­ną, nie­spo­koj­ną wodę i wsłu­cha­łam w plusk fal obi­ja­jących się o kon­struk­cję mo­stu. My­śla­łam o tym, żeby sko­czyć. Tak ła­two jest prze­jść przez za­bez­pie­cze­nie, sta­nąć nad prze­pa­ścią i zro­bić krok w przód.

Zbyt ła­two.

Moja mat­ka, dum­na, stąpa­jąca twar­do po zie­mi Ca­ro­li­ne Ha­rvey, pew­nie by­ła­by zde­gu­sto­wa­na tymi my­śla­mi. Po­wie­dzia­ła­by tyl­ko: „Ple­cy pro­sto, pod­bró­dek do góry, Ka­the­ri­ne”, a oj­ciec ski­nąłby gło­wą.

Przez na­stęp­ne lata wie­le razy za­sta­na­wia­łam się, czy war­to było tam­tej nocy ob­ró­cić się na pi­ęcie, zo­sta­wić most za ple­ca­mi i wró­cić do domu, po­rzu­ca­jąc my­śli o sa­mo­bój­stwie. Gdy­bym zde­cy­do­wa­ła się sko­czyć, to wszyst­ko by­ło­by prost­sze.

Czu­łam chłód me­ta­lu przez ma­te­riał kurt­ki, ale nie za­bra­łam rąk. Na­dal upar­cie sta­łam w tym sa­mym miej­scu. My­śla­łam o tym, gdzie i kim będę o tej sa­mej po­rze za rok.

Czy tak samo będę my­śleć o prze­szło­ści? Czy ko­lej­ny raz będę się wpa­try­wać w ciem­ną wodę, ma­rząc o tym, by mnie za­bra­ła? A może będę szczęśli­wa? Albo cho­ciaż moje ży­cie sta­nie się względ­nie nor­mal­ne?

We­dług ro­dzi­ców prze­pro­wadz­ka mia­ła być dla nas szan­są na nowe, lep­sze ży­cie, roz­wój fir­my, na­wi­ąza­nie wspó­łprac, po­zna­nie wpły­wo­wych lu­dzi, zo­sta­wie­nie za sobą wszyst­kie­go, co złe. Ja by­łam in­ne­go zda­nia. Z dnia na dzień stra­ci­łam zna­jo­mych i ulu­bio­ne miej­sca, z któ­ry­mi wi­ąza­ły się ty­si­ące pi­ęk­nych, ale też bo­le­snych wspo­mnień. In­for­ma­cja o wy­pro­wadz­ce za­sko­czy­ła mnie jak ku­beł lo­do­wa­tej wody wy­la­nej pro­sto na gło­wę. Nie chcia­łam wy­je­żdżać i zo­sta­wiać tego, co to­wa­rzy­szy­ło mi przez sie­dem­na­ście lat ży­cia. Na­wet przy­krych rze­czy.

Nie­ste­ty nikt nie dał mi wy­bo­ru.

_Ple­cy pro­sto, pod­bró­dek do góry, Ka­the­ri­ne._

W lu­tym sta­nęłam przed pi­ętro­wym do­mem z bia­ły­mi ścia­na­mi i wie­lo­spa­do­wym, sza­rym da­chem. Wcze­śniej bu­dy­nek wi­dzia­łam je­dy­nie na zdjęciach, na któ­rych rów­nież spra­wiał wra­że­nie, jak­by nie miał du­szy. W ta­kim ra­zie może mie­li­śmy coś wspól­ne­go.

Przy­gląda­łam się scep­tycz­nie miej­scu, gdzie spędzę naj­bli­ższe lata.

Dom z ze­wnątrz pre­zen­to­wał się bar­dzo ład­nie, nie dało się temu za­prze­czyć. Był oto­czo­ny ide­al­nie przy­ci­ętym traw­ni­kiem, któ­ry wy­glądał aż na­zbyt do­brze jak na tę porę roku – prze­szło mi na­wet przez myśl, że może po­przed­ni wła­ści­cie­le po­trak­to­wa­li go far­bą, żeby wy­glądał jak z pocz­tów­ki. Prze­cze­sa­łam tra­wę bu­tem. Pra­wie się uśmiech­nęłam na tę ab­sur­dal­ną myśl. Je­dy­nie moi ro­dzi­ce by­li­by zdol­ni zro­bić coś ta­kie­go, żeby wy­pa­ść le­piej w oczach in­nych. Często mu­sia­łam so­bie przy­po­mi­nać, że nie wszy­scy byli tacy jak oni.

Ści­ska­łam ner­wo­wo rącz­kę wa­liz­ki, w któ­rej za­mknęłam moje do­tych­cza­so­we ży­cie. To za­baw­ne, że mi­lio­ny se­kund, ty­si­ące wspo­mnień i set­ki osób, któ­re po­ja­wi­ły się na mo­jej dro­dze, po­tra­fi­ło zmie­ścić się w czy­mś tak nie­wiel­kim. Jak­by to, co prze­ży­łam, zu­pe­łnie nic nie zna­czy­ło.

Po­win­nam się cie­szyć, że w ko­ńcu otrzy­mam mo­żli­wo­ść funk­cjo­no­wa­nia po swo­je­mu, bez tych wszyst­kich ogra­ni­czeń, za­ka­zów, na­ka­zów i eg­zy­sto­wa­nia w za­mkni­ęciu, ale nie po­tra­fi­łam. Dom w Da­ver­ton – mia­stecz­ku po­ło­żo­nym nie­da­le­ko Lon­dy­nu – był je­dy­nie ko­lej­ną klat­ką, z któ­rej nie mo­głam uciec. Tym ra­zem jed­nak pręty błysz­cza­ły szcze­rym zło­tem, jak­by pró­bo­wa­ły prze­ko­nać, że to wca­le nie wi­ęzie­nie. Nie da­łam się na to na­brać.

W ro­dzin­nym mie­ście pla­no­wa­łam wszyst­ko na­pra­wić, zmie­nić swo­je ży­cie, a za­miast tego zmu­szo­no mnie do po­rzu­ce­nia prze­szło­ści i stwo­rze­nia hi­sto­rii na nowo. Jak jasz­czur­ka mia­łam od­rzu­cić ogon, a po­tem cze­kać, aż wy­ro­śnie na­stęp­ny. Ka­za­no mi wy­rzu­cić ma­skę przy­le­ga­jącą ści­śle do twa­rzy i przy­wdziać ko­lej­ną, po­ma­lo­wa­ną na inne ko­lo­ry.

Nie by­łam na to go­to­wa. Nie po­tra­fi­łam wy­pu­ścić z ob­jęć tego, cze­go tak kur­czo­wo trzy­ma­łam się w Ma­isey.

Pod­czas gdy moi ro­dzi­ce bły­ska­wicz­nie się za­akli­ma­ty­zo­wa­li i za­czy­na­li bu­do­wać swo­je far­ma­ceu­tycz­ne im­pe­rium od nowa, ja, jak za­gu­bio­na owca, nie mo­głam od­na­le­źć swo­je­go miej­sca w tym świe­cie. Czu­łam się sa­mot­na i wy­ob­co­wa­na. Może i w ro­dzin­nym mie­ście nie mia­łam przy­ja­ciół, ale było mi do­brze w zna­jo­mym tłu­mie. Tęsk­ni­łam za sta­rym ży­ciem tak bar­dzo, że aż do­skwie­rał mi fi­zycz­ny ból.

Tra­fi­łam do li­ceum po­ło­żo­ne­go naj­bli­żej na­sze­go domu. W pierw­szy dzień snu­łam się za­gu­bio­na po sza­ro-bor­do­wych ko­ry­ta­rzach, trzy­pi­ętro­wy bu­dy­nek przy­po­mi­nał la­bi­rynt. Nie py­ta­łam ni­ko­go o dro­gę ani o po­moc, bo gdy tyl­ko my­śla­łam o tej mo­żli­wo­ści, w gło­wie grzmia­ły sło­wa mat­ki: „W ka­żdej sy­tu­acji mu­sisz ra­dzić so­bie sama. Pro­sze­nie o po­moc to sła­bo­ść. Ha­rvey­owie nie są sła­bi, Ka­the­ri­ne”.

Więc nie oka­zy­wa­łam sła­bo­ści. Cho­dzi­łam od sali do sali, aż od­naj­dy­wa­łam od­po­wied­nią. Ra­dze­nie so­bie na wła­sną rękę sku­tecz­nie od­wra­ca­ło uwa­gę od sa­mot­no­ści i zaj­mo­wa­ło tak dużo cza­su, że nie star­cza­ło go na in­te­gra­cję. Poza tym żad­na oso­ba z kla­sy nie kwa­pi­ła się do po­zna­nia mnie. Nie zo­sta­łam ofi­cjal­nie przed­sta­wio­na, a imio­na i na­zwi­ska ró­wie­śni­ków od­kry­wa­łam przy­pad­ko­wo z ka­żdą ko­lej­ną lek­cją. Zde­cy­do­wa­nie nie na­rze­ka­łam na ten stan rze­czy, nie mia­łam ocho­ty na za­wie­ra­nie zna­jo­mo­ści. Wo­la­łam sku­pić się na za­jęciach i eks­plo­ro­wa­niu ko­lej­nych za­ka­mar­ków szko­ły.

Cza­sa­mi ło­wi­łam krót­kie spoj­rze­nia rzu­ca­ne w moją stro­nę, to był je­dy­ny okruch uwa­gi, jaki otrzy­my­wa­łam od kla­sy. Naj­częściej przy­ła­py­wa­łam na tym ru­do­wło­są pie­gu­skę. Po pi­ątym ra­zie prze­sta­łam zwra­cać na nią uwa­gę. Wy­szłam z za­ło­że­nia, że może się ga­pić do woli, je­śli nie robi nic po­nad to.

Po ośmiu go­dzi­nach za­jęć wca­le nie śpie­szy­ło mi się do domu. Wy­szłam wol­nym kro­kiem za tłu­mem pędzącym do ży­cia po­zasz­kol­ne­go. Ja go nie mia­łam, więc nie pcha­łam się do przo­du. Po­śród lu­dzi mi­gnęła wście­kle ruda czu­pry­na, ale tym ra­zem dziew­czy­na nie zwró­ci­ła na mnie uwa­gi. Z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wa­łam, jak wsia­dła na ro­wer miej­ski, cho­ciaż chod­nik po­kry­ty był cien­ką war­stwą śnie­gu. Po­my­śla­łam, że to bar­dzo sła­by po­my­sł, ale uda­ło jej się utrzy­mać rów­no­wa­gę. Od­pro­wa­dzi­łam ją wzro­kiem, gdy wy­je­żdża­ła za bra­my szko­ły.

Spędzi­łam po­po­łud­nie na wa­łęsa­niu się po mie­ście, po­zna­wa­łam oko­li­cę. Prze­szłam obok kina, mi­nęłam dwo­rzec au­to­bu­so­wy i dwu­pi­ętro­wą ga­le­rię han­dlo­wą. Oko­ło szó­stej zro­bi­ło mi się zim­no, więc wstąpi­łam do ka­wiar­ni po go­rącą her­ba­tę na wy­nos i ru­szy­łam w dro­gę do domu. Wzi­ęłam pierw­szy łyk, na­wet nie zdąży­łam otwo­rzyć ust po dru­gi, bo tuż przede mną ja­kiś chło­pak ru­nął jak dłu­gi na brud­ny śnieg.

Pro­sto na twarz.

Bo w dło­niach trzy­mał kar­ton piz­zy.

Sta­łam przez chwi­lę w bez­ru­chu, zbyt za­sko­czo­na ca­łym za­jściem, by jak­kol­wiek za­re­ago­wać. Do­pie­ro gdy wspa­rł się na łok­ciach i unió­sł gło­wę, odło­ży­łam pa­pie­ro­wy ku­bek na ław­kę obok i sta­nęłam nad po­szko­do­wa­nym. Oglądał uwa­żnie kar­ton, któ­re­mu nie dał wy­pa­ść z rąk.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­ta­łam, sta­jąc nad nim.

Szyb­ko oce­ni­łam skut­ki: brud­na, mo­kra twarz, uwa­lo­na kurt­ka i wy­sy­pa­ne z brązo­wej tor­by pod­ręcz­ni­ki szkol­ne. Rzu­ci­łam na nie okiem – to były wy­da­nia uży­wa­ne w mo­jej szko­le.

– Piz­za jest cała? – Pa­trzył na kar­ton, pró­bu­jąc nie­udol­nie wstać. Gdy­by odło­żył go na zie­mię, po­szło­by mu to o wie­le spraw­niej. On jed­nak wy­da­wał się bar­dziej przej­mo­wać je­dze­niem niż swo­im sta­nem, jak­by wy­łączył in­stynkt prze­trwa­nia.

– Chy­ba tak – od­pa­rłam, wędru­jąc wzro­kiem po brązo­wych wło­sach przy­kle­jo­nych do za­ró­żo­wio­nych po­licz­ków i wpa­da­jących do oczu. – Po­móc ci? Może po­trzy­mam? – Nie wiem, po co za­py­ta­łam, bo od razu za­bra­łam mu z rąk zbęd­ny ba­last.

– Dzi­ęki – mruk­nął. Sta­nął na nogi, skrzy­wił się na wi­dok brud­nej kurt­ki i za­czął ją otrze­py­wać rów­nie brud­ny­mi i mo­kry­mi ręko­ma.

Kil­ka osób prze­szło obok, zer­ka­jąc na nas z za­cie­ka­wie­niem. Spu­ści­łam gło­wę i sku­pi­łam uwa­gę na pstro­ka­tym logo piz­ze­rii. Cie­płe opa­ko­wa­nie przy­jem­nie ogrze­wa­ło pal­ce, a aro­ma­tycz­ny za­pach cia­sta spra­wił, że w ustach ze­bra­ła się śli­na. Daw­no nie ja­dłam fast fo­odów.

Zo­ba­czy­łam, że chło­pak sko­ńczył już nie­udol­nie wy­cie­rać ubra­nie. Po chwi­li na­sze oczy się spo­tka­ły, a ja uj­rza­łam błękit­ne jak bez­chmur­ne nie­bo tęczów­ki i po­czu­łam, że już kie­dyś się spo­tka­li­śmy.

On jed­nak szyb­ko prze­rwał kon­takt wzro­ko­wy i za­brał się za zbie­ra­nie swo­ich rze­czy. Po­śpiesz­nie wrzu­cił prze­mok­ni­ęte pod­ręcz­ni­ki do tor­by, po czym wzi­ął ode mnie kar­ton. Raz jesz­cze po­dzi­ęko­wał, po­tem od­da­lił się ener­gicz­nym kro­kiem. Od­pro­wa­dzi­łam go spoj­rze­niem, aż znik­nął za ro­giem kre­mo­we­go bu­dyn­ku. Wpa­try­wa­łam się jesz­cze przez chwi­lę w miej­sce, w któ­rym stra­ci­łam go z oczu, du­ma­jąc nad tym dziw­nym zda­rze­niem. Po chwi­li ode­tchnęłam głębo­ko i chwy­ci­łam her­ba­tę, nie­ste­ty zdąży­ła już osty­gnąć.

Nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go niż po­wrót do domu.

Ro­dzi­ce jak zwy­kle pra­co­wa­li do pó­źna, więc za­sta­łam pu­ste czte­ry ścia­ny. Wło­ży­łam do­mo­we ciu­chy i wy­szłam do psa. Nie­na­wi­dzi­łam tego, że Pian­ka była w za­mkni­ęciu. Mimo że buda zo­sta­ła do­brze przy­go­to­wa­na do ni­skich tem­pe­ra­tur, a klat­ka mia­ła za­da­sze­nie, nie po­tra­fi­łam się po­go­dzić z tym, że za­bro­nio­no temu ko­cha­ne­mu zwie­rzęciu prze­kra­czać próg domu. Prze­cież pies to brud­ne, głu­pie stwo­rze­nie, któ­re za­bu­rza­ło ich po­czu­cie per­fek­cjo­ni­zmu. A nie daj Boże, żeby Pian­ka ota­rła się o kom­bi­ne­zon mat­ki i zo­sta­wi­ła na nim sie­rść. Wte­dy świat na pew­no by spło­nął.

W rze­czy­wi­sto­ści sucz­ka zo­sta­ła ku­pio­na po to, by ocie­plić wi­ze­ru­nek ro­dzi­ny Ha­rvey­ów. I tyl­ko oni wie­dzie­li, że za wy­so­ki­mi mu­ra­mi po­se­sji po­jęcie wol­no­ści zmie­nia­ło de­fi­ni­cję na: „masz swo­ją kar­tę, prze­cież mo­żesz ku­pić wszyst­ko, co chcesz”, a mi­ło­ść była wy­ra­ża­na w fun­tach.

Wy­pu­ści­łam owczar­ka nie­miec­kie­go, któ­ry od razu za­czął ska­kać ze szczęścia, pró­bu­jąc do­si­ęgnąć mo­jej twa­rzy języ­kiem. Śmia­łam się gło­śno, nie przej­mu­jąc zu­pe­łnie za­bło­co­ny­mi ła­pa­mi i ga­lo­na­mi śli­ny. Ciem­ne, błysz­czące oczy ga­pi­ły się na mnie z ta­kim uwiel­bie­niem, że aż pęka­ło mi ser­ce. Wła­śnie to było dla mnie de­fi­ni­cją mi­ło­ści. Trzy­dzie­sto­pi­ęcio­ki­lo­we szczęście.

Ma­rzec przy­nió­sł nie tyl­ko wio­snę, pod­czas któ­rej wszyst­ko za­czy­na­ło kwit­nąć, a po­wie­trze sta­ło się lżej­sze i bar­dziej przej­rzy­ste, ale ta­kże szan­sę na to, że coś w moim ży­ciu zmie­ni się na lep­sze.

Mi­nął mie­si­ąc od prze­pro­wadz­ki i pierw­sze­go dnia w no­wej szko­le. Po nie­zli­czo­nych zer­k­ni­ęciach w moją stro­nę cie­kaw­ska ko­le­żan­ka w ko­ńcu zu­pe­łnym przy­pad­kiem zy­ska­ła moją uwa­gę. Zo­sta­ły­śmy przy­dzie­lo­ne z Vi­vien do wspól­ne­go pro­jek­tu na za­jęciach z che­mii. Zo­sta­wa­ły­śmy po szko­le w bi­blio­te­ce, żad­na na­wet nie za­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nia u któ­re­jś w domu. Z po­cząt­ku od­zy­wa­ły­śmy się tyl­ko z ko­niecz­no­ści, a po­tem roz­mo­wy na­tu­ral­nie scho­dzi­ły na inne te­ma­ty. Po­ma­łu do­wia­dy­wa­ły­śmy się ró­żnych bła­ho­stek na swój te­mat. Już po kil­ku dniach wie­dzia­łam, że moja nowa zna­jo­ma ko­cha­ła su­kien­ki w kwiat­ki, ni­g­dy nie mia­ła żad­ne­go zwie­rzęcia i wo­la­ła przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne niż ści­słe. Nie by­łam za bar­dzo otwar­ta w re­la­cjach, więc nie opo­wia­da­łam za dużo o so­bie. Mimo to Vi­vien wy­ci­ąga­ła ze mnie drob­ne cie­ka­wost­ki i fak­ty, a ja na­wet tego nie za­uwa­ża­łam.

Nie za­re­je­stro­wa­łam rów­nież mo­men­tu, w któ­rym za­częły­śmy sia­dać obok sie­bie na za­jęciach. Wszyst­ko dzia­ło się płyn­nie, na­tu­ral­nie, jak­by od za­wsze mia­ło tak być. My­śla­łam, że będę przy­tło­czo­na nową zna­jo­mo­ścią, ale wca­le tak się nie sta­ło. Czu­łam się do­brze. Vi­vien swo­im cie­płem, wy­ro­zu­mia­ło­ścią i cier­pli­wo­ścią za­skar­bi­ła so­bie miej­sce w moim ser­cu. Pod­cho­dzi­ła do mnie ostro­żnie, ni­cze­go nie ro­bi­ła za szyb­ko. Na­wet nie mia­łam po­jęcia, że po­trze­bo­wa­łam ta­kiej oso­by w swo­im ży­ciu.

Po in­cy­den­cie z chło­pa­kiem z piz­zą wy­pa­try­wa­łam go wśród uczniów li­ceum. Nie wiem cze­mu, może po pro­stu po­trze­bo­wa­łam sku­pić na czy­mś my­śli. Zna­la­złam go szyb­ko, bo dzień po tam­tym spo­tka­niu. Wte­dy jesz­cze nie mia­łam kogo o nie­go za­py­tać, ale pó­źniej Vi­vien po­wie­dzia­ła, że to The­odor Gra­ves. Zna­ła go je­dy­nie ze sły­sze­nia, nie wy­ró­żniał się ni­czym szcze­gól­nym. Nie przy­zna­łam tego na głos, ale zu­pe­łnie się z nią nie zga­dza­łam. Za­wsze szu­ka­łam na ko­ry­ta­rzu czy w sto­łów­ce jego brązo­wej, locz­ko­wa­tej czu­pry­ny, ro­bi­łam to zu­pe­łnie nie­świa­do­mie.

Nie by­łam w sta­nie opi­sać ogro­mu mo­je­go zdzi­wie­nia, gdy pew­ne­go mar­co­we­go dnia wła­śnie ten chło­pak prze­kro­czył próg mo­je­go domu.

Ro­dzi­ce nie po­zwa­la­li mi za­pra­szać zna­jo­mych, więc jego obec­no­ść sta­no­wi­ła dla mnie coś nie­zwy­kłe­go, wy­jąt­ko­we­go. W ży­ciu nie po­my­śla­ła­bym, że to on jako pierw­szy mnie od­wie­dzi.

Stał w holu, obok ko­bie­ty ubra­nej tak samo ele­ganc­ko jak on. Mimo stro­ju wy­gląda­ła na miłą i cie­płą oso­bę. By­łam cie­ka­wa, czy to tyl­ko myl­ne złu­dze­nie, czy może na­praw­dę zu­pe­łnie nie pa­so­wa­ła na zna­jo­mą mo­ich ro­dzi­ców.

Sza­ry gar­ni­tur Theo ga­sił de­li­kat­nie ło­bu­zer­ską uro­dę, dzi­ęki nie­mu spra­wiał wra­że­nie po­wa­żne­go mło­dzie­ńca, a nie ta­kiej cia­py, za jaką go mia­łam. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły, a chło­pak wy­dał się spe­szo­ny moją obec­no­ścią jesz­cze bar­dziej niż ja jego. Oprzy­tom­nia­łam, za­nim któ­reś z ro­dzi­ców za­uwa­ży­ło, że otwar­cie ga­pi­łam się na go­ścia.

Oj­ciec za­pro­wa­dził ich do sa­lo­nu, a mat­ka po­de­szła do mnie z su­ro­wą miną. In­ten­syw­ny za­pach per­fum spra­wił, że mia­łam ocho­tę się od­su­nąć.

– Ta ko­bie­ta to na­sza furt­ka do lep­szej przy­szło­ści, będzie­my dzi­siaj ne­go­cjo­wać umo­wę na dys­try­bu­cję le­ków do jej ap­tek. Za­bierz tego chłop­ta­sia, żeby nie prze­szka­dzał – roz­ka­za­ła cierp­ko. – I za­cho­wuj się. – Zmie­rzy­ła mnie su­ro­wym wzro­kiem. – Ple­cy pro­sto, pod­bró­dek do góry, Ka­the­ri­ne.

Ski­nęłam gło­wą, na­wet nie my­śla­łam o sprze­ci­wie. Cie­szy­łam się z tego po­le­ce­nia, bo nie­na­wi­dzi­łam tych ofi­cjal­nych spo­tkań biz­ne­so­wych. Brzy­dzi­łam się fa­łszy­wy­mi uśmie­cha­mi, za­kła­ma­ną ser­decz­no­ścią i kom­ple­men­ta­mi na po­kaz.

We­szłam za mat­ką do sa­lo­nu. Go­ście za­jęli już miej­sca, tak samo jak oj­ciec. Mat­ka uśmiech­nęła się sze­ro­ko, ocie­ka­jąc śli­skim kłam­stwem. Za­ło­ży­ła blond wło­sy za ozdo­bio­ne zło­ty­mi kol­czy­ka­mi uszy.

– Pa­tri­cio, The­odo­rze, to Ka­the­ri­ne. – Po­ło­ży­ła ko­ści­stą rękę na moim ra­mie­niu. Unio­słam lek­ko kąci­ki ust. – Może twój sio­strze­niec opro­wa­dzi Ka­the­ri­ne po mie­ście? Je­ste­śmy tu już mie­si­ąc, a nie mie­li­śmy na­wet oka­zji po­znać do­brze oko­li­cy. – Za­śmia­ła się krót­ko, na po­zór ser­decz­nie.

Ro­bi­łam wszyst­ko, by się nie skrzy­wić.

Po­zo­sta­li przy­zna­li, że to świet­ny po­my­sł, więc wy­szli­śmy.

The­odor sze­dł obok mnie w nie­zręcz­nej ci­szy. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć, więc nie od­zy­wa­łam się wca­le. Scho­wa­łam ręce do kie­sze­ni cien­kie­go płasz­cza i po pro­stu pa­trzy­łam pod nogi.

– Tooo… gdzie chcesz iść? – spy­tał, zer­ka­jąc na mnie.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Zja­dła­bym piz­zę – po­wie­dzia­łam pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy.

Chło­pak uśmiech­nął się sze­ro­ko, w nie­bie­skich oczach bły­snęło za­do­wo­le­nie.

– Chy­ba się za­przy­ja­źni­my – stwier­dził lek­ko, po czym za­czął szu­kać w te­le­fo­nie naj­bli­ższej piz­ze­rii.

Jego sło­wa oka­za­ły się pro­ro­cze.

Na­stęp­ne go­dzi­ny spędzi­li­śmy na je­dze­niu, wa­łęsa­niu się po mie­ście i sie­dze­niu na pla­cu za­baw. Roz­ma­wia­li­śmy o ni­czym, ale to było po­cząt­kiem wszyst­kie­go.

Nie za­ini­cjo­wa­łam pierw­sze­go kro­ku z Vi­vien, więc tym ra­zem po­sta­no­wi­łam się prze­ła­mać i wy­ci­ągnąć rękę do The­odo­ra. Coś ci­ągnęło mnie w stro­nę tego roz­trze­pa­ne­go, bez­tro­skie­go mi­ło­śni­ka nie­zdro­we­go je­dze­nia. Dla­te­go ko­lej­ne­go dnia przy­sia­dłam się do nie­go na lun­chu w szko­le. Po­tem dru­gi raz, a na­stęp­nie nie­zli­czo­ną ilo­ść ko­lej­nych ra­zów. I tak już zo­sta­ło. Na­sza trój­ka za­częła się spo­ty­kać w sto­łów­ce, bi­blio­te­ce… i nie wia­do­mo, kie­dy sta­li­śmy się nie­roz­łącz­ni.

Zna­jo­mo­ść z nimi spra­wi­ła, że za­częłam czuć się do­brze w no­wej szko­le, a miesz­ka­nie w Da­ver­ton nie wy­da­wa­ło się już ta­kie strasz­ne. Po­wo­li oswa­ja­łam się z my­ślą, że prze­pro­wadz­ka może nie była aż taka zła.

Przy­ja­źni­li­śmy się we trój­kę do­pie­ro od dwóch mie­si­ęcy, więc za­sko­czy­ło mnie, gdy Vi­vien za­dzwo­ni­ła dzień przed mo­imi uro­dzi­na­mi i stwier­dzi­ła, że przy­go­to­wa­ła z Theo nie­spo­dzian­kę.

– Nie mogę ci nic po­wie­dzieć – zru­ga­ła mnie po ko­lej­nej pró­bie wy­ci­ągni­ęcia in­for­ma­cji. – Po pro­stu ju­tro rano znaj­dziesz ko­per­tę, otwo­rzysz ją i wszyst­kie­go się do­wiesz.

– Ko­per­tę? To zna­czy, że tu przyj­dzie­cie? – spy­ta­łam, a moje ser­ce za­bi­ło moc­niej.

– Nie, ale zo­ba­czy­my się pó­źniej.

– Więc skąd we­źmie się u mnie ta ko­per­ta? – do­py­ty­wa­łam nie­cier­pli­wie. Za­sta­na­wia­łam się, co wy­my­śli­li ci kon­spi­ra­to­rzy. Było tyle mo­żli­wo­ści! Cie­ka­wo­ść zże­ra­ła mnie od środ­ka.

– Kate, nie po­wiem ci nic wi­ęcej, więc nie do­py­tuj! To nie­spo­dzian­ka, co mówi samo za sie­bie, że nie mo­żesz nic wie­dzieć. – Vi­vien wes­tchnęła, a w słu­chaw­ce coś za­sze­le­ści­ło. Do­my­śli­łam się, że prze­by­wa­ła wła­śnie na mie­ście. – Po pro­stu od razu, jak wsta­niesz, to otwórz ko­per­tę. Resz­ty do­wiesz się po­tem.

Przy­gry­złam ner­wo­wo war­gę, wpa­tru­jąc się w su­fit. Nie lu­bi­łam nie­spo­dzia­nek, strasz­nie mnie stre­so­wa­ły. W gło­wie po­ja­wia­ło się co­raz wi­ęcej py­tań: a co, je­śli ubio­rę się nie­od­po­wied­nio do tego, co za­pla­no­wa­li? Wsko­czę w su­kien­kę i san­da­łki, a pój­dzie­my na go­kar­ty, albo będę się pół dnia szy­ko­wać, a na ko­niec się oka­że, że w ogó­le ni­g­dzie nie idzie­my. By­ło­by mi okrop­nie głu­pio i czu­ła­bym, że coś ze­psu­łam. Mimo wszyst­ko nie na­ci­ska­łam na Vi­vien, bo wie­dzia­łam, że po­tra­fi być upar­ta. Pew­nie wła­śnie dla­te­go to ona za­dzwo­ni­ła, Theo prze­gra­łby tę roz­mo­wę. Wzi­ęłam głębo­ki wdech, uzna­jąc swo­ją po­ra­żkę w tej ma­łej bi­twie.

– Okej, w po­rząd­ku. Czy­li nie do­wiem się ni­cze­go wi­ęcej? – upew­ni­łam się ostat­ni raz.

– Nie ma opcji.

– No do­brze. Więc… do ju­tra? – Przy­gry­złam pa­zno­kieć kciu­ka.

– Do ju­tra! Wy­śpij się – po­le­ci­ła i bły­ska­wicz­nie za­ko­ńczy­ła po­łącze­nie, bym nie mo­gła za­dać ko­lej­ne­go py­ta­nia, któ­re ci­snęło się na usta.

Mam się wy­spać? Pla­nu­ją coś męczące­go? A może po pro­stu będzie dłu­go trwa­ło?

Chwy­ci­łam jed­ną z le­żących obok po­du­szek i wci­snęłam w nią twarz, po czym wy­do­by­łam z sie­bie coś mi­ędzy wark­ni­ęciem a pi­skiem.

Nie spa­łam zbyt do­brze, choć sta­ra­łam się ze wszyst­kich sił prze­stać my­śleć i ana­li­zo­wać. Prze­wra­ca­łam się z boku na bok, co chwi­lę od­rzu­ca­łam ko­łdrę, żeby po kil­ku mi­nu­tach z po­wro­tem się nią otu­lić. Wła­śnie dla­te­go o pierw­szej w nocy z gło­wą pe­łną po­nu­rych my­śli wy­szłam po kry­jo­mu na spa­cer, a pó­źniej sie­dzia­łam na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie w swo­im po­ko­ju, ob­ser­wu­jąc ciem­ne nie­bo. My­śla­łam o wszyst­kim, co upar­cie nie chcia­ło wy­jść z gło­wy i za­pla­ta­ło co­raz wi­ęcej nici, w któ­re, chcąc nie chcąc, wpa­da­łam.

Tuż przed za­śni­ęciem stwier­dzi­łam, że chy­ba wo­la­ła­bym nie mieć żad­nej nie­spo­dzian­ki, a je­dy­nie do­stać SMS-y z ży­cze­nia­mi. To uła­twi­ło­by spra­wę.

Rano zmie­ni­łam zda­nie.

Trzy­na­ste­go maja obu­dzi­łam się oko­ło siód­mej i – choć ci­ężko było otwo­rzyć oczy – to od razu wy­sko­czy­łam z łó­żka. Prze­ci­ągnęłam się, zie­wa­jąc. Prze­ta­rłam za­spa­ne, opuch­ni­ęte po­wie­ki. Z nie­spo­dzie­wa­ną eks­cy­ta­cją ro­zej­rza­łam się w po­szu­ki­wa­niu ko­per­ty i po­czu­łam lek­ki za­wód, gdy mój wzrok jej nie od­na­la­zł. Już mia­łam za­miar ze­jść na par­ter, ale in­tu­icja pod­po­wie­dzia­ła mi, żeby obej­rzeć się za sie­bie. Wte­dy za­uwa­ży­łam nie­wiel­ki pro­sto­kącik na jed­nej z ozdob­nych po­du­szek. Uśmiech­nęłam się. W dwóch kro­kach zna­la­złam się z po­wro­tem na łó­żku i chwy­ci­łam upra­gnio­ne zna­le­zi­sko. Obej­rza­łam ciem­ną, ele­ganc­ką ko­per­tę z dwóch stron, ale poza moim imie­niem na­pi­sa­nym bia­łym mar­ke­rem ni­cze­go nie za­uwa­ży­łam. Otwo­rzy­łam ją, po czym wy­jęłam zło­żo­ną na pół kart­kę.

Kate!

Dzi­siaj są two­je osiem­na­ste uro­dzi­ny, sto lat!!!

Je­steś o krok bli­żej do si­wych wło­sów i za­ni­ków pa­mi­ęci, cho­ciaż te już za­czy­nasz mieć. Ale i tak lep­sze to niż si­wie­nie.

Chce­my ży­czyć ci wszyst­kie­go, co naj­lep­sze, więc:

– żeby ni­g­dy Ci nas nie za­bra­kło,

– wi­ęcej fast fo­odo­wych pi­ąt­ków,

– spe­łnie­nia ma­rzeń,

– wi­ęcej wia­ry w sie­bie i że­byś częściej się do­ce­nia­ła!

Mamy dla Cie­bie nie­spo­dzian­kę, ale sama mu­sisz po nią przy­jść. W ko­per­cie jest li­sta za­dań, mu­sisz wy­ko­nać je wszyst­kie do pi­ątej. Rów­no o pi­ątej wi­dzi­my się w miej­scu, do któ­re­go za­pro­wa­dzą Cię wspó­łrzęd­ne. Bez wy­pe­łnio­nych za­dań nie przy­cho­dź!

Theo i Vi­vien

Prze­pe­łnio­na eks­cy­ta­cją wy­jęłam dru­gą kart­kę. Czy­ta­łam wszyst­kie dzie­si­ęć punk­tów z wy­pie­ka­mi na twa­rzy i tak dużą ra­do­ścią, że aż się nią za­chły­snęłam. Strasz­nie cie­szy­ło mnie, że przy­ja­cie­le zor­ga­ni­zo­wa­li dla mnie coś wy­jąt­ko­we­go. Ni­g­dy nie do­sta­łam tak świet­ne­go pre­zen­tu na uro­dzi­ny ani żad­ną inną oka­zję.

Nie stre­so­wa­łam się już tak bar­dzo nie­wia­do­mą, bo na li­ście zna­la­zły się pew­ne wska­zów­ki od­no­śnie do tego, jak mia­łam się przy­go­to­wać. Uśmiech­nęłam się z ulgą. Na­wet o to za­dba­li.

Pe­łna no­wej ener­gii wy­le­cia­łam z po­ko­ju z kart­ką w dło­ni, sta­ra­jąc się nie ha­ła­so­wać.

Zo­sta­wi­łam na chwi­lę li­stę na bla­cie ku­chen­nym, żeby za­jąć się je­dze­niem. Pierw­szy z dzie­si­ęciu punk­tów – zjedz swo­je ulu­bio­ne śnia­da­nie. Może cho­dzi­ło im o wy­sko­cze­nie do ka­wiar­ni albo za­mó­wie­nie naj­bar­dziej nie­zdro­we­go fast fo­oda, ja­kie­go tyl­ko się dało, ale moim ulu­bio­nym śnia­da­niem była ja­jecz­ni­ca z chle­bem gru­bo po­sma­ro­wa­nym ma­słem. Wy­jęłam więc po­trzeb­ne rze­czy i po­ło­ży­łam je na mar­mu­ro­wym bla­cie, a wte­dy moją uwa­gę przy­ku­ła kart­ka przy­wie­szo­na do lo­dów­ki.

Je­ste­śmy w pra­cy. Za­mów so­bie kre­wet­ki, wró­ci­my wie­czo­rem.

Spoj­rza­łam na wy­jęte jaj­ka. Za­wie­si­łam na nich wzrok na kil­ka se­kund, uzmy­sła­wia­jąc so­bie, że mimo prze­pro­wadz­ki i tych wszyst­kich zmian na lep­sze nie­któ­re rze­czy po­zo­sta­ły na swo­im miej­scu.

Usma­ży­łam jaj­ka z pa­pry­ką, po­mi­do­rem i szyn­ką, na­ło­ży­łam na po­sma­ro­wa­ne ma­słem krom­ki i zja­dłam ze sma­kiem, wpa­tru­jąc się w wi­dok za oknem. O tej po­rze lu­dzi kręci­ło się nie­wie­lu, więc po pro­stu po­dzi­wia­łam ogró­dek.

W maju wio­sna była w pe­łnym roz­kwi­cie. Wy­bu­dzi­ła z zi­mo­we­go snu wi­ęk­szo­ść kwia­tów i po­zo­sta­łych ro­ślin, dzi­ęki cze­mu mia­łam na czym za­wie­sić oko. Przez ogród oczy­wi­ście do­cho­dzi­ło wi­ęcej obo­wi­ąz­ków, ale to ża­den pro­blem – mama za­trud­nia­ła ogrod­ni­ka. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że ko­cha­ła swo­je róże bar­dziej niż lu­dzi. Nie an­ga­żo­wa­ła się oso­bi­ście w ich pie­lęgna­cję, za to często po­dzi­wia­ła, jak pi­ęk­nie kwi­tły. Sia­da­ła na le­ża­ku z kie­lisz­kiem wina tuż obok krze­wów. Po­tra­fi­ła spędzać tam dłu­gie go­dzi­ny.

Po śnia­da­niu wzi­ęłam szyb­ki, zim­ny prysz­nic, po czym wło­ży­łam bia­łą ko­szul­kę i brązo­we dre­sy, czy­li jak na­ka­zał dru­gi punkt li­sty – wsko­czy­łam w wy­god­ne ciu­chy. Do­pro­wa­dzi­łam się do po­rząd­ku i za­bra­łam za trze­cie za­da­nie. W tym celu przy­pi­ęłam smycz do skó­rza­nej ob­ro­ży Pian­ki i wy­szłam na go­dzin­ny spa­cer. Na­wet bez li­sty bym to zro­bi­ła, bo uwiel­bia­łam na­sze wędrów­ki. Wie­le wy­si­łku i cza­su wy­ma­ga­ło na­ucze­nie jej cho­dze­nia na lu­źnej smy­czy i in­nych rze­czy spra­wia­jących, że psiak stał się praw­dzi­wym anio­łem, ale było war­to.

Prze­mie­rza­ły­śmy ulicz­ki spo­koj­nym kro­kiem, a po­go­da była tak pi­ęk­na, że aż mia­łam ocho­tę za­nu­cić coś pod no­sem. Po­wści­ągli­wo­ść jed­nak zro­bi­ła swo­je, wi­ężąc w my­ślach sło­wa usły­sza­nej nie­daw­no pio­sen­ki.

Okrąży­ły­śmy park, nie de­cy­du­jąc się na prze­chadz­kę w cie­niu drzew. Tym ra­zem wy­jąt­ko­wo mia­łam ocho­tę ło­wić ka­żdy po­szcze­gól­ny pro­mień sło­ńca pa­da­jący na moją bla­dą twarz. Za­zwy­czaj uni­ka­łam opa­la­nia przez nad­mier­ną wra­żli­wo­ść skó­ry, ale w tam­tym mo­men­cie or­ga­nizm chy­ba do­ma­gał się wi­ta­mi­ny D.

Do­cho­dzi­ła trze­cia, a ja mia­łam do zre­ali­zo­wa­nia jesz­cze dwa za­da­nia. Cze­ka­ło mnie pó­jście do ga­le­rii han­dlo­wej i ode­bra­nie za­mó­wie­nia w skle­pie odzie­żo­wym, a na­stęp­nie uda­nie się w wy­zna­czo­ne miej­sce. Z lek­ką nie­pew­no­ścią prze­mie­rza­łam spa­ce­rem mia­sto, za­sta­na­wia­jąc się, co też mo­gła wy­my­ślić ta dwój­ka. Po trzy­dzie­stu mi­nu­tach wi­zy­tę w skle­pie mia­łam za sobą, przy­spie­szy­łam tro­chę kro­ku w dro­dze po­wrot­nej. Ręce wręcz świerz­bi­ły, żeby otwo­rzyć pa­pie­ro­wą, ele­ganc­ką tor­bę i wy­jąć z niej ubra­nia owi­ni­ęte bia­łym ma­te­ria­łem. By­łam pra­wie pew­na, że spe­cjal­nie spa­ko­wa­no za­mó­wie­nie tak, że­bym nie mo­gła po­dej­rzeć, co jest w środ­ku przed po­wro­tem do domu.

Za­mknęłam Pian­kę w koj­cu, przy­gry­za­jąc war­gę. Nie cier­pia­łam jej tam zo­sta­wiać. Błysz­czące oczy za­wsze wte­dy pa­trzy­ły na mnie z ra­do­ścią, choć wo­la­ła­bym zo­ba­czyć w nich iry­ta­cję albo zło­ść, ale za ka­żdym ra­zem wi­dzia­łam tyl­ko bez­gra­nicz­ną mi­ło­ść. To jesz­cze moc­niej ła­ma­ło mi ser­ce.

Po­gła­ska­łam pysk przez kra­ty, za­ci­ska­jąc usta w li­nię.

– Prze­pra­szam, Pia­nu­siu. Ju­tro pój­dzie­my na dłu­ższy spa­cer, co? – spy­ta­łam ci­cho, na co za­mer­da­ła ogo­nem. Mu­sia­łam iść, bo oczy za­cho­dzi­ły mi łza­mi.

Gdy by­łam już w sy­pial­ni, po­śpiesz­nie wy­jęłam za­war­to­ść pa­pie­ro­wej tor­by. W moje dło­nie tra­fił miły w do­ty­ku śnie­żno­bia­ły ma­te­riał. Wy­ci­ągnęłam przed sie­bie ręce, by obej­rzeć go w ca­ło­ści. Opa­dł aż do podło­gi, a moim oczom uka­za­ła się naj­pi­ęk­niej­sza su­kien­ka, jaką kie­dy­kol­wiek trzy­ma­łam.

Ko­per­to­wy, lek­ko marsz­czo­ny de­kolt świet­nie do­pe­łnia­ła ko­ron­ko­wa ta­siem­ka umiej­sco­wio­na w ta­lii. Taki sam ma­te­riał znaj­do­wał się na fal­ban­kach przy ko­ńców­kach ręka­wów. Dół na­to­miast był pro­sty i lu­źny. Su­kien­ka per­fek­cyj­nie wpa­so­wa­ła się w styl boho, któ­ry bar­dzo mi się po­do­bał. Mo­gła­bym śmia­ło pó­jść w niej do ślu­bu or­ga­ni­zo­wa­ne­go w ogro­dzie taką cie­płą wio­sną jak ta. Ta myśl spra­wi­ła, że ko­lej­ny raz po­czu­łam się zbi­ta z tro­pu.

_Do­kąd w ta­kim ra­zie idzie­my?_

Sta­ra­jąc się nie my­śleć za dużo, po­sta­no­wi­łam ją za­ło­żyć, po czym od razu zła­pa­łam za ko­sme­tycz­kę. Taka kre­acja zde­cy­do­wa­nia za­słu­gi­wa­ła na przy­naj­mniej pod­sta­wo­wy ma­ki­jaż. Jesz­cze za­nim usia­dłam przy biur­ku, okręci­łam się kil­ka razy wo­kół wła­snej osi, a lek­ki ma­te­riał wi­ro­wał ra­zem ze mną. Czu­łam się jak ksi­ężnicz­ka. Do­tknęłam za­ró­żo­wio­nych, go­rących po­licz­ków. Zde­cy­do­wa­nie trze­ba było zro­bić coś z twa­rzą.

Za­war­to­ść ko­sme­tycz­ki nie po­zwo­li­ła na wie­le, więc po pro­stu uży­łam lek­kie­go pod­kła­du, pu­dru, po­ma­lo­wa­łam rzęsy i na­ło­ży­łam bez­barw­ny błysz­czyk na usta. Jak na mnie, to i tak moc­ny ma­ki­jaż. Na co dzień nie ma­lo­wa­łam się w ogó­le, ale cza­sa­mi ro­dzi­ce wy­ma­ga­li, że­bym ja­koś się pre­zen­to­wa­ła.

Na­stęp­nie roz­cze­sa­łam wło­sy i po­zwo­li­łam ru­do­brązo­wym fa­lom spły­wać lu­źno po ple­cach. Na ko­niec za­ło­ży­łam ma­le­ńkie, srebr­ne kol­czy­ki. Do­pie­ro wte­dy po­czu­łam, że pa­so­wa­łam do tej su­kien­ki i za­słu­gi­wa­łam na nią. Bra­ko­wa­ło tyl­ko ksi­ęcia na bia­łym ko­niu i kwie­ci­ste­go wian­ka we wło­sach.

Roz­e­mo­cjo­no­wa­na zer­k­nęłam na ze­gar wi­szący nad ko­mo­dą. Na szczęście mia­łam jesz­cze tro­chę cza­su na do­tar­cie do wy­zna­czo­ne­go miej­sca, więc po­szłam szu­kać od­po­wied­nich bu­tów i to­reb­ki. Głu­pio by­ło­by iść w zno­szo­nych tramp­kach.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach i pod­jęciu trud­nej de­cy­zji, któ­rą to­reb­kę wy­brać, wresz­cie by­łam go­to­wa. Wrzu­ci­łam lo­ka­li­za­cję z li­sty za­dań w apli­ka­cję GPS w te­le­fo­nie i zmarsz­czy­łam brwi, za­sko­czo­na wy­ni­kiem. Wpi­sa­łam jesz­cze raz, ale po­now­nie wy­świe­tli­ło się to samo. Ku­si­ło mnie, żeby za­dzwo­nić do Vi­vien z py­ta­niem, czy to na pew­no to miej­sce, ale przy­po­mnia­łam so­bie jej sta­now­cze po­le­ce­nie, żeby nie dzwo­nić przed na­szym spo­tka­niem.

Wes­tchnęłam. Nie­po­kój rósł stop­nio­wo w moim wnętrzu. Po­sta­no­wi­łam, że w osta­tecz­no­ści skon­tak­tu­ję się z nimi po do­tar­ciu do celu. Może wca­le się nie po­my­li­li, chcąc wy­słać mnie na zu­pe­łne pust­ko­wie, gdzie na ma­pie wi­docz­na była tyl­ko dro­ga i ota­cza­jąca ją po­la­na. Prze­cież nie zro­bi­li­by so­bie ze mnie żar­tu w moje uro­dzi­ny, praw­da?

Za­mó­wi­łam tak­sów­kę i kil­ka mi­nut przed szó­stą by­li­śmy na miej­scu. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu przy dro­dze znaj­do­wał się bu­dy­nek, któ­ry nie zo­stał za­zna­czo­ny w apli­ka­cji. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, za­pła­ci­łam tak­sów­ka­rzo­wi, wy­sia­dłam z auta i po­de­szłam do po­se­sji. Sko­ro tyl­ko ten obiekt znaj­do­wał się w pro­mie­niu kil­ku­set jar­dów, to mu­sia­ło cho­dzić o nie­go.

Że­la­zne kra­ty bra­my wjaz­do­wej opla­tał ła­ńcuch, zwi­sa­ła z nie­go roz­wa­lo­na kłód­ka. Pchnęłam de­li­kat­nie pra­we skrzy­dło. Za­skrzy­pia­ło. Bra­ma ustąpi­ła z ła­two­ścią.

Nie­pew­nie we­szłam na te­ren po­sia­dło­ści. Z ka­żdą se­kun­dą co­raz bar­dziej mia­łam wra­że­nie, że da­łam się na­brać przy­ja­cio­łom. Mimo wszyst­ko ufa­łam im, więc brnęłam w to da­lej, z na­dzie­ją, że za chwi­lę ta dwój­ka wy­sko­czy skądś, krzy­cząc „nie­spo­dzian­ka!”.

Za­ro­śni­ęty chwa­sta­mi chod­nik pro­wa­dził do drzwi we­jścio­wych. Wszyst­ko wo­kół wy­gląda­ło na bar­dzo za­nie­dba­ne, jak­by nikt nie za­glądał tam od wie­lu lat. Bluszcz piął się po wy­so­kim bu­dyn­ku aż po dru­gie pi­ętro. Przy­pa­tru­jąc się roz­le­głym pnączom, do­strze­głam le­d­wo wi­docz­ną ta­blicz­kę. Po­de­szłam i kie­ro­wa­na in­tu­icją od­su­nęłam ro­śli­ny na bok. Roz­chy­li­łam lek­ko usta, gdy moim oczom uka­za­ła się na­zwa obiek­tu.

Szpi­tal Psy­chia­trycz­ny imie­nia Ale­xan­dra Wil­l­so­na.

Nie było opcji, że mie­li­śmy spo­tkać się w tak upior­nym miej­scu. Na­wet gdy­by chcie­li zro­bić mi żart, nie wie­rzy­łam, że mó­głby być aż tak głu­pi.

_To musi być po­my­łka._

Wy­jęłam te­le­fon z to­reb­ki, wy­bra­łam nu­mer Vi­vien. Usły­sza­łam pierw­szy sy­gnał i wzdry­gnęłam się z za­sko­cze­nia, bo ze środ­ka bu­dyn­ku roz­le­gł się dźwi­ęk dzwon­ka jej smart­fo­na. Pró­bo­wa­łam zlo­ka­li­zo­wać, skąd do­cho­dził, ale po­łącze­nie zo­sta­ło ze­rwa­ne. Wy­bra­łam nu­mer ko­lej­ny raz, a wte­dy znów usły­sza­łam me­lo­dię.

Czy­li jed­nak byli we­wnątrz, nie prze­sły­sza­łam się. Nie po­do­ba­ło mi się to. Po­wo­li za­czy­na­łam ża­ło­wać, że w ogó­le wy­szłam z domu.

Za­dzwo­ni­łam jesz­cze do Theo, ale nie ode­brał.

Spoj­rza­łam w stro­nę dro­gi do­jaz­do­wej, za­ci­ska­jąc usta. My­śla­łam o tym, żeby po pro­stu od­wró­cić się na pi­ęcie i po­ma­sze­ro­wać z po­wro­tem, ale coś pod­ku­si­ło mnie do zo­sta­nia. Może ogrom­na na­dzie­ja, że jed­nak nie po­my­li­łam się co do przy­ja­ciół? Prze­cież Vi­vien na pew­no spraw­dzi­ła kil­ka razy lo­ka­li­za­cję z li­sty, ona za­wsze mu­sia­ła się upew­nić, że zro­bi­ła wszyst­ko do­brze.

Pe­łna na­pi­ęcia chwy­ci­łam ma­te­riał su­kien­ki, żeby o nic nie za­ha­czy­ła, i po­de­szłam do drzwi. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­le­źć tę po­kręco­ną dwój­kę i zro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Mia­łam już dość tych nie­wia­do­mych, tra­ci­łam cier­pli­wo­ść.

Zła­pa­łam za mo­si­ężną, zdo­bio­ną klam­kę i pchnęłam ci­ężkie drzwi. Spo­dzie­wa­łam się, że otwie­ra­niu będzie to­wa­rzy­szy­ło skrzy­pie­nie, jed­nak po­wi­ta­ło mnie je­dy­nie przy­pra­wia­jące o gęsią skór­kę echo od­bi­ja­jące się od pu­stych ścian.

Mój wzrok od razu padł na nie­wiel­kie pło­mie­nie ta­ńczące na kno­tach pod wpły­wem prze­ci­ągu. Świe­ce two­rzy­ły kli­ma­tycz­ne prze­jście pro­wa­dzące po scho­dach na pi­ętro. Wosk ka­pał na be­to­no­wą podło­gę pe­łną ku­rzu, po­żó­łkłych kar­tek, szkła i rze­czy, któ­rych chy­ba nie chcia­łam iden­ty­fi­ko­wać. Nie­któ­re okna były po­za­bi­ja­ne drew­nia­ny­mi pły­ta­mi, a w in­nych bra­ko­wa­ło szyb.

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wa­łam to hol z dwo­ma ko­ry­ta­rza­mi po prze­ciw­nych stro­nach oraz sze­ro­ki­mi scho­da­mi. Nie by­łam za do­bra z hi­sto­rii, ale ten bu­dy­nek zde­cy­do­wa­nie nie zo­stał wy­bu­do­wa­ny w tym stu­le­ciu. Wy­glądał jak ze sta­rych, czar­no-bia­łych hor­ro­rów, a świe­ce tyl­ko po­tęgo­wa­ły to wra­że­nie.

– Halo? – za­wo­ła­łam nie­pew­nie.

Mia­łam na­dzie­ję, że szyb­ko znaj­dę Viv albo Theo. Ostat­nie, cze­go chcia­łam, to ba­wie­nie się w cho­wa­ne­go w opusz­czo­nym szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym. Sama myśl o tym, gdzie wła­śnie by­łam, przy­pra­wia­ła o gęsią skór­kę.

Po­sta­no­wi­łam podążyć wy­ty­czo­ną dro­gą, bo moje wo­ła­nie spo­tka­ło się z ci­szą. Bu­dy­nek oka­zał się na tyle duży, że mo­gli mnie nie usły­szeć. Wła­śnie to so­bie wma­wia­łam.

– Je­ste­ście tu?! – krzy­cza­łam, po­ko­nu­jąc stop­nie. Znów nie do­cze­ka­łam się od­po­wie­dzi.

We­szłam na pi­ętro i ro­zej­rza­łam się po podłu­żnym holu. Do dziu­ra­we­go dy­wa­nu roz­ci­ąga­jące­go się po ca­łej dłu­go­ści przy­cze­pio­ne były po­czer­nia­łe gumy do żu­cia i inne lep­kie rze­czy. Wy­krzy­wi­łam twarz w gry­ma­sie znie­sma­cze­nia i za­da­rłam wy­żej su­kien­kę, żeby nic jej nie do­tknęło. Już wy­star­cza­jąco obrzy­dzał mnie fakt, że coś mo­gło przy­kle­ić się do bu­tów.

Wzdry­gnęłam się, gdy te­le­fon w mo­jej to­reb­ce za­czął wi­bro­wać. Jed­ną ręką zła­pa­łam fa­łdy ma­te­ria­łu, a dru­gą wy­grze­ba­łam smart­fon. Ude­rzy­ła we mnie mie­szan­ka ulgi i iry­ta­cji na wi­dok nu­me­ru Theo.

– Szu­kam was, gdzie je­ste­ście? – spy­ta­łam od razu, idąc da­lej dro­gą wy­ty­czo­ną przez świe­ce. Mi­ja­łam ob­dra­pa­ne drzwi i po­miesz­cze­nia, któ­re we fra­mu­gach mia­ły same za­wia­sy. W ich wnętrzach wi­dzia­łam je­dy­nie po­ła­ma­ne de­ski i ru­pie­cie.

– Już je­steś? Gdzie? – zdzi­wił się chło­pak.

– We­szłam na pi­ętro.

– Na pi­ętro? Cze­kaj, już idę.

Mi­nęłam za­kręt, za nim znaj­do­wa­ły się brązo­we, ma­syw­ne drzwi. Już chcia­łam za­wró­cić, ale moją uwa­gę przy­ku­ła me­lo­dia do­cho­dząca z po­miesz­cze­nia. Przy­po­mi­na­ła dźwi­ęk gra­jącej po­zy­tyw­ki. Sku­pi­łam się na niej przez mo­ment, bo mia­łam wra­że­nie, że skądś ją zna­łam.

– Do­bra, zna­la­złam was. – Uśmiech­nęłam się pod no­sem. – Swo­ją dro­gą, dzwo­ni­łam wcze­śniej do Vi­vien i sły­sza­łam jej dzwo­nek, to was zdra­dzi­ło.

– Ale Vi­vien po­je­cha­ła po… – Urwał, jak­by nie chciał zdra­dzić za dużo. – Jesz­cze jej nie ma. Wy­sze­dłem po cie­bie i ni­g­dzie cię nie wi­dzę.

– Może się mi­nęli­ście? Wcho­dzę do środ­ka – oznaj­mi­łam, ła­pi­ąc za klam­kę.

– Jak to wcho­dzisz? – spy­tał wy­ra­źnie zdez­o­rien­to­wa­ny. – Prze­cież bym cię wi­dział, gdy­byś szła. Po­cze­kaj przed pa­ła­cem, wyj­dę po cie­bie.

– Pa­ła­cem? – Zmarsz­czy­łam brwi, otwie­ra­jąc drzwi na oścież.

– Tak. Je­steś w Gold Pa­la­ce, tak?

Chcia­łam od­po­wie­dzieć, ale na­gle za­po­mnia­łam, jak się mówi. Te­le­fon wy­śli­zgnął się z dło­ni, z gło­śni­ka wy­do­by­wa­ły się sło­wa, któ­re zu­pe­łnie już do mnie nie do­cie­ra­ły.

Dwie po­sta­ci.

Coś ciem­ne­go.

Za­pach rdzy.

Szum w uszach tak gło­śny, że aż sły­sza­łam pisk.

A po­tem nic. A może wszyst­ko.

Na środ­ku po­miesz­cze­nia le­że­li moi ro­dzi­ce.

Wpa­try­wa­li się w su­fit pu­sty­mi, ma­to­wy­mi ocza­mi. Jak­by wca­le nie byli mar­twi. Jak­by po pro­stu ogląda­li coś wi­docz­ne­go tyl­ko dla nich.

Mi­nęły dwa moc­ne ude­rze­nia ser­ca, pod­czas któ­rych sku­pi­łam się na ka­łu­ży krwi. Do gło­wy przy­szła ab­sur­dal­na myśl, że wy­gląda­li jak wy­spa po­środ­ku czer­wo­ne­go je­zio­ra. Me­lo­dyj­ka gra­na przez po­zy­tyw­kę po­wo­li prze­bi­ja­ła się do mo­jej świa­do­mo­ści, ide­al­nie wpa­so­wy­wa­ła się do tego ob­ra­zu.

Po­czu­łam się tak, jak­bym wła­śnie zje­żdża­ła stro­mo w dół na ko­lej­ce gór­skiej. Nie mo­głam zła­pać od­de­chu, wszyst­kie wnętrz­no­ści ści­snęły się nie­przy­jem­nie, a nogi się pode mną ugi­ęły.

Po chwi­li oprzy­tom­nia­łam. Rzu­ci­łam się w stro­nę ro­dzi­ców. Mój umy­sł prze­łączył się w ja­kiś au­to­ma­tycz­ny tryb. Bez za­sta­no­wie­nia wy­ko­ny­wa­łam ru­chy, chy­ba wca­le ich nie kon­tro­lo­wa­łam. Spraw­dzi­łam im puls, ale go nie wy­czu­łam. Nie za­sta­na­wia­jąc się nad ni­czym, przy­stąpi­łam do uci­ska­nia klat­ki pier­sio­wej mamy. Zu­pe­łnie zi­gno­ro­wa­łam fakt, że mia­ła na so­bie po­pla­mio­ną krwią, po­dziu­ra­wio­ną ko­szu­lę.

– Da­lej, da­lej! Od­dy­chaj! – krzy­cza­łam w amo­ku, wci­ąż uci­ska­jąc. Przy­ło­ży­łam drżące war­gi do ust mamy, by wy­ko­nać sztucz­ne od­dy­cha­nie, ale za­miast tego z mo­je­go gar­dła wy­do­był się szloch.

Wzi­ęłam głębo­ki wdech i kon­ty­nu­owa­łam re­su­scy­ta­cję. To wszyst­ko trwa­ło kil­ka mi­nut, a może całą wiecz­no­ść. Prze­sta­łam do­pie­ro wte­dy, gdy bra­kło mi sił. Opa­dłam na ko­la­na, du­sząc się łza­mi. Ta­rłam upar­cie drżące, za­krwa­wio­ne ręce o ma­te­riał swo­jej bia­łej su­kien­ki.

Pra­wie nie usły­sza­łam dzwon­ka te­le­fo­nu Vi­vien, któ­ry le­żał obok jed­nej z dwóch ko­lumn. Ga­pi­łam się na nie­go tępym wzro­kiem, nie by­łam w sta­nie się po­ru­szyć. Wy­da­wa­ło mi się, że pa­trzę na sie­bie z boku. Po chwi­li wsta­łam, po­de­szłam, chwy­ci­łam urządze­nie i ode­bra­łam. Nie mia­łam na­wet po­jęcia, kto dzwo­nił, bo ob­raz roz­mył się od łez. Chcia­łam tyl­ko we­zwać po­go­to­wie i umrzeć ra­zem z ro­dzi­ca­mi.

Ści­snęłam moc­no smart­fon, jak­by to mia­ło po­móc i za­brać ból.

– To ta­kie wku­rza­jące, że pa­su­je ci ta su­kien­ka – stwier­dził zmo­du­lo­wa­ny głos.

– Co? – wy­du­ka­łam szep­tem.

– Pa­su­je do cie­bie. Niby czy­sta biel, a brud­na od krwi i grze­chów. Ide­al­nie cię opi­su­je, praw­da?

– To ty? Ty to zro­bi­łeś? Je­steś tu? – py­ta­łam, po­wstrzy­mu­jąc od­ruch wy­miot­ny.

– My to zro­bi­li­śmy, Kate. MY. By­łem tyl­ko two­imi ręka­mi, na­rzędziem. A może po pro­stu spe­łniam ma­rze­nia.

Mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko wo­kół na­gle uci­chło, a czas zwol­nił. Wbi­łam moc­niej drżące pal­ce w te­le­fon.

– Ty cho­ry po­je­bie! O czym ty mó­wisz?! Cze­mu to zro­bi­łeś?! Kim je­steś?! – wy­dzie­ra­łam się do te­le­fo­nu.

– Bóg po pro­stu wy­słu­chał mo­dlitw, Kate. Może wy­słu­cha ko­lej­nych.

Po tych sło­wach po­łącze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne. Trwa­łam w bez­ru­chu, wpa­tru­jąc się w bla­dą twarz mamy przy­sło­ni­ętą gęsty­mi lo­ka­mi. Na­wet one były po­kry­te krwią. Wło­sy, o któ­re tak bar­dzo dba­ła. Wy­da­wa­ła mnó­stwo pie­ni­ędzy na za­bie­gi, spędza­ła ogrom cza­su na do­mo­wej pie­lęgna­cji.

Na­wet te pie­przo­ne wło­sy.

Odło­ży­łam gdzieś te­le­fon, zbli­ży­łam się do niej. W amo­ku za­częłam wy­cie­rać zło­ci­ste pu­kle o swo­ją su­kien­kę. Chcia­łam, żeby znik­nęła krew, któ­ra je zle­pi­ła. Chcia­łam, żeby wszyst­ko znik­nęło. Te­raz, na­tych­miast.

W ta­kich oko­licz­no­ściach zna­la­zła mnie po­li­cja.

A w tle gra­ła do­brze zna­na mi me­lo­dia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij