Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Poniżej Zera - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
3869 pkt
punktów Virtualo

Poniżej Zera - ebook

Nie ma ciepła. Nie ma ucieczki. Coś czai się w ciemności.

Paul Vernhard, światowej sławy ksenolog, zostaje zaproszony do wzięcia udziału w niezwykłej wyprawie. Na planecie Karamis II dokonano bowiem wyjątkowego odkrycia – znaleziono statek należący do obcej cywilizacji.

Gdy badacze udają się na miejsce, by obejrzeć znalezisko, odnajdują kokon nieprzypominający niczego znanego ludzkości. Postanawiają przewieźć go do laboratorium i poddać szczegółowym oględzinom. Nie przypuszczają, że tym samym uruchomią lawinę wydarzeń, która odmieni życie ich wszystkich…

Już w stacji badawczej z kokonu wydostaje się tajemnicza, żądna krwi istota. Pracownicy ośrodka rozpoczynają walkę o przetrwanie, w której izolacja i niebezpieczne warunki atmosferyczne będą ich najmniejszym zmartwieniem.

Wkrótce członkowie misji zdadzą sobie sprawę, że ludzka ciekawość naprawdę prowadzi do piekła – tylko że w tym przypadku piekło jest skute lodem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-276-7
Rozmiar pliku: 707 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Ben Thom­son przy­tknął nos do szy­by ka­bi­ny ko­par­ki, pró­bu­jąc zła­pać ja­kiś punkt orien­ta­cji. Za­mieć mo­że nie by­ła jed­ną z naj­gor­szych, ale i tak da­wa­ła im się we zna­ki. Po dwóch la­tach pra­cy w te­re­nie moż­na się by­ło przy­zwy­cza­ić, jed­nak ta­kie przy­zwy­cza­je­nia nio­sły ze so­bą śmier­tel­ne ry­zy­ko. Ta pla­ne­ta tyl­ko cze­ka­ła, aż po­peł­nisz błąd i za­sy­pie cię pod to­na­mi che­micz­ne­go śnie­gu.

Sza­re, twar­de płat­ki ude­rza­ły o szy­bę. Śnieg tu­taj był po­nu­ry, przez tru­ją­ce ga­zy po­zba­wio­ny swe­go na­tu­ral­ne­go ko­lo­ru.

Ben stwier­dził, że wier­tło ko­par­ki wciąż jest na swo­im miej­scu, po­dob­nie jak miej­sce, w któ­rym ko­pał – u pod­nó­ża lo­do­wej ska­ły. Wy­da­wa­ło mu się, że po­jazd trzę­sie się przez wi­ru­ją­cą śru­bę. Od­ru­cho­wo przy­ło­żył dłoń do heł­mu ska­fan­dra, by po se­kun­dzie się zre­flek­to­wać.

– Ed­die, wi­dzisz tam coś? – za­py­tał gło­śno, sta­ra­jąc się, że­by ko­le­ga nie wy­czuł lek­kiej oba­wy w je­go gło­sie.

Ed­die Gib­son po­wi­nien te­raz być na ze­wnątrz w po­bli­żu ośmio­ko­ło­wej, po­tęż­nej cię­ża­rów­ki.

– Wszyst­ko gra, dro­gi ko­le­go – od­parł spo­koj­nym to­nem, jak zwy­kle ak­cen­tu­jąc sło­wo „ko­le­go”.

Ben zer­k­nął na le­wo i do­strzegł de­li­kat­ny za­rys syl­wet­ki je­go ska­fan­dra. Ode­tchnął cięż­ko i zła­pał za jed­ną z dźwi­gni po pra­wej.

– Przy­po­mnij mi, że­bym się wię­cej nie pa­ko­wał w ten syf – oznaj­mił bez cie­nia zło­ści.

Ed­die w od­po­wie­dzi prych­nął, aż słu­chaw­ka w heł­mie trza­snę­ła gło­śno.

– Mnie to mó­wisz? Nie po­win­no mnie tu na­wet być, to nie mo­ja dział­ka!

Fakt – przy­znał mu w du­chu ra­cję Ben. Przy­je­cha­li tu po­brać prób­ki z te­re­nu, bo Schne­ider wy­krył sil­ne, ma­gne­tycz­ne od­chy­le­nia w oko­li­cy, a po­nie­waż wszy­scy by­li za­ję­ci, Gib­son mu­siał po­je­chać z Thom­so­nem, że­by mieć na nie­go oko. Na­wet nie da­ło się te­go odło­żyć na póź­niej. Sta­ry na­uko­wiec był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że bez­u­stan­nie za­wra­cał ty­łek dy­rek­to­ro­wi. Ten w koń­cu pod­dał się je­go na­mo­wom.

Tu­taj bez­pie­czeń­stwo przede wszyst­kim.

– Do­bra, uwa­żaj, wier­cę da­lej – ostrzegł Ben i po­ru­szył ra­mie­niem ko­par­ki, opusz­cza­jąc świ­der w dziu­rę w lo­dzie.

Po­wierzch­nia by­ła twar­da, ale Thom­son nie mu­siał wier­cić głę­bo­ko. Jed­nak z każ­dą ko­lej­ną se­kun­dą czuł, że ko­par­ka trzę­sie się co­raz moc­niej. Do­pie­ro po chwi­li zdał so­bie spra­wę z te­go, że to nie tyl­ko ma­szy­na, ale ca­ła po­wierzch­nia drży.

– Ben! – krzyk­nął Gib­son, jak tyl­ko ta myśl do nie­go do­tar­ła. – Lód pod ko­par­ką pę­ka! Wy­co­faj!

W isto­cie, na lo­do­wej po­wierzch­ni, do tej po­ry przy­sy­pa­nej war­stwą nie­co bar­dziej mięk­kie­go śnie­gu, po­ja­wi­ły się głę­bo­kie pęk­nię­cia. Thom­son z prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wał, jak po­wierzch­nia przed nim za­czy­na się za­pa­dać. Na­tych­miast prze­rwał wier­ce­nie i wrzu­cił wstecz­ny, ale by­ło za póź­no. Ko­par­ka unio­sła się lek­ko i za­czę­ła prze­chy­lać co­raz bar­dziej do przo­du.

Gib­son chciał po­móc przy­ja­cie­lo­wi, ale mu­siał uwa­żać, by sa­me­mu nie wpaść w osu­wi­sko.

Ben od­piął uprząż, otwo­rzył drzwi ka­bi­ny i wy­sko­czył ze środ­ka w ostat­niej chwi­li. Upadł, opie­ra­jąc się na dło­niach, ale nie­bez­pie­czeń­stwo nie mi­nę­ło. Ko­par­ka osu­wa­ła się co­raz bar­dziej, a Thom­son czuł, jak lód pę­ka też pod nim. Po­zbie­rał się i od­biegł pa­rę kro­ków. Gib­son zła­pał go i od­cią­gnął w stro­nę cię­ża­rów­ki.

Ma­szy­na za­trzy­ma­ła się i po kil­ku se­kun­dach wszyst­ko za­mar­ło. Je­dy­nie w po­wie­trzu uno­sił się sza­ry puch.

– Wszyst­ko gra, sta­ry? – za­py­tał Ed­die z wy­raź­ną tro­ską.

– Taa – sap­nął Ben. W prze­ci­wień­stwie do nie­go Ed­die był nie­wiel­kiej po­stu­ry i wy­glą­dał przy nim jak ka­rze­łek, a po­nie­waż Gib­son na­dal trzy­mał go za ra­mię, to z bo­ku wy­glą­da­ło to dość ko­micz­nie. – Ale mo­żesz mnie pu­ścić.

– Wy­bacz. – Ed­die od­sko­czył od nie­go jak opa­rzo­ny.

Wy­jął z kie­sze­ni kom­bi­ne­zo­nu nie­wiel­ką la­tar­kę i ją włą­czył. Za­czął iść w stro­nę ko­par­ki, u któ­rej wi­dać te­raz by­ło je­dy­nie ka­bi­nę, ra­mię i tyl­ne świa­tła.

– Co ro­bisz? – za­nie­po­ko­ił się Ben.

– Chcę spraw­dzić, jak to wy­glą­da – uspo­ko­ił go ko­le­ga.

– Uwa­żaj, lód mo­że jesz­cze po­pę­kać – ostrzegł Thom­son.

Ed­die zi­gno­ro­wał go i ostroż­nie, krok za kro­kiem zbli­żał się do kra­wę­dzi za­pa­dli­ska. Po­wsta­ła spo­rych roz­mia­rów dziu­ra, dość głę­bo­ka. Pod lo­dem mu­sia­ła być ja­kaś pu­sta prze­strzeń i dla­te­go pod cię­ża­rem ma­szy­ny lód pękł. Ed­die za­świe­cił la­tar­ką w dół. Śnież­ny pył już pra­wie opadł i męż­czy­zna za­czął do­strze­gać za­rys cze­goś, co nie by­ło bry­łą lo­du.

– O ja pier­do­lę! – wy­rwa­ło mu się.

– Co jest? Co się dzie­je? – Ben sta­wał się co­raz bar­dziej ner­wo­wy.

– Le­piej sam zo­bacz. – Gib­son mach­nął na nie­go rę­ką.

Thom­son ostroż­nie pod­szedł do nie­go, bacz­nie ob­ser­wu­jąc po­wierzch­nię, po któ­rej stą­pał. Za­trzy­mał się przy ko­le­dze i spoj­rzał w miej­sce, któ­re ten oświe­tlał.

– Co to jest, do cho­le­ry?

Męż­czyź­ni wy­mie­ni­li się spoj­rze­nia­mi, po czym znów skie­ro­wa­li wzrok w dół. Spod po­wierzch­ni wy­sta­wał, czę­ścio­wo przy­sy­pa­ny frag­men­ta­mi lo­do­wych brył, frag­ment cze­goś du­że­go o ma­to­wo me­ta­licz­nej po­wierzch­ni. Na do­le lód był nie­co czyst­szy i wy­raź­niej mo­gli zo­ba­czyć za­rys od­kry­te­go obiek­tu. Co­kol­wiek mie­li przed so­bą, by­ło to ogrom­ne!

Ed­die, gdy­by te­raz mógł, po­dra­pał­by się w czo­ło z wy­raź­ną kon­ster­na­cją.

– Chy­ba bę­dzie­my mu­sie­li to zgło­sić – stwier­dził.ROZ­DZIAŁ 1

KA­RA­MIS II

Nie od­ry­wał wzro­ku od mi­kro­sko­pu już od ja­kie­goś cza­su. Dla po­stron­ne­go ob­ser­wa­to­ra mógł ucho­dzić za dzi­wa­ka, a cał­ko­wi­ty bez­ruch, ja­ki te­mu to­wa­rzy­szył, przy­wo­dził na myśl mar­mu­ro­wy po­sąg. Jed­nak ko­le­dzy wie­dzie­li, że to by­ła je­go ob­se­sja. Igno­ro­wa­li więc to, że spę­dzał w la­bo­ra­to­rium dłu­gie go­dzi­ny. Nic na to nie mógł po­ra­dzić. Ko­chał swo­ją pra­cę i fa­scy­no­wa­ły go wszel­kie­go ty­pu od­kry­cia. W koń­cu nie co dzień moż­na by­ło zba­dać ży­we ko­mór­ki stwo­rze­nia po­cho­dzą­ce­go z in­nej pla­ne­ty. Lecz on nie tyl­ko ko­chał je ba­dać. Znał się per­fek­cyj­nie na tej ro­bo­cie i każ­dy o tym wie­dział.

Paul Vern­hard był świa­to­wej sła­wy kse­no­lo­giem. Zaj­mo­wał się tym już od pięt­na­stu lat. Wszyst­kie wol­ne chwi­le po­świę­cał pra­cy, za­po­mi­na­jąc o bo­żym świe­cie. Nic więc dziw­ne­go, że pod­sko­czył za­sko­czo­ny, kie­dy ktoś chrząk­nął z dru­gie­go koń­ca po­ko­ju. Uniósł gło­wę znad mi­kro­sko­pu i zo­ba­czył sto­ją­ce­go w drzwiach la­bo­ra­to­rium męż­czy­znę w ide­al­nie wy­pra­so­wa­nym gar­ni­tu­rze i z ne­se­se­rem w rę­ku. Miał oko­ło czter­dziest­ki. Wło­sy sta­ran­nie za­cze­sa­ne do ty­łu. Roz­glą­dał się wo­kół z za­cie­ka­wie­niem, po­dzi­wia­jąc znaj­du­ją­ce się w ga­blo­tach ko­ści i frag­men­ty skór o róż­nym ubar­wie­niu i frak­tu­rze.

– Prze­pra­szam, nie sły­sza­łem, jak pan wcho­dził. – Vern­hard zdjął swo­je gu­mo­we rę­ka­wicz­ki i przyj­rzał się uważ­niej przy­by­szo­wi. Zde­cy­do­wa­nie wy­glą­dał mu na ja­kie­goś gry­zi­piór­ka z urzę­du. Na pew­no nikt z Cen­trum Ba­dań. Paul znał tu nie­mal wszyst­kich. – W czym mo­gę po­móc?

Męż­czy­zna spoj­rzał znów na nie­go i uśmiech­nął się tak, jak mógł to zro­bić ko­mor­nik przy­cho­dzą­cy z in­for­ma­cją o za­dłu­że­niu po­dat­ko­wym.

– Czy mam przy­jem­ność z pro­fe­so­rem Vern­har­dem? – Miał szorst­ki, gar­dło­wy głos, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cy do je­go oso­by.

– Tak – od­parł ostroż­nie Vern­hard.

Męż­czy­zna zbli­żył się, wy­cią­ga­jąc w je­go kie­run­ku dłoń.

– Ja­mes Pal­mer z kor­po­ra­cji Glo­bal In­du­stries – przed­sta­wił się. – Mo­gę za­mie­nić z pa­nem sło­wo?

Vern­hard uści­snął mu dłoń. Na­zwa Glo­bal In­du­stries nie by­ła mu ob­ca. Kse­no­log ski­nął gło­wą, że­by usiadł po dru­giej stro­nie sto­łu, na wy­so­kim krze­śle. Pal­mer sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji, a Paul po­wró­cił do ob­ser­wa­cji przez mi­kro­skop.

– Jak mnie­mam, ko­ja­rzy pan na­zwę fir­my? – za­gad­nął Pal­mer, wi­dząc, że Vern­hard nie kwa­pi się do za­da­wa­nia py­tań.

– Ja­sne – od­rzekł na­uko­wiec i pod­niósł wzrok na przed­sta­wi­cie­la kor­po­ra­cji. – Pa­na fir­ma już dwu­krot­nie zwró­ci­ła się do mnie o po­moc.

– Nic dziw­ne­go, bio­rąc pod uwa­gę to, czym się zaj­mu­je­my… i czym pan się zaj­mu­je – oznaj­mił Pal­mer. – Na proś­bę mo­ich pra­co­daw­ców przy­je­cha­łem tu­taj, aby zło­żyć pa­nu pew­ną pro­po­zy­cję.

Vern­hard uniósł py­ta­ją­co brew.

– Mo­że po­wi­nie­nem za­trud­nić się w wa­szej fir­mie? Przy tak in­ten­syw­nych po­szu­ki­wa­niach, mógł­bym zbić gru­be mi­lio­ny.

Pal­mer się za­śmiał, naj­wy­raź­niej wziął to za do­bry dow­cip. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak Vern­hard nie żar­to­wał. W ostat­nich la­tach kor­po­ra­cja Glo­bal do­ko­na­ła kil­ku prze­ło­mo­wych od­kryć w dzie­dzi­nie kse­no­lo­gii, mi­mo iż jej prze­zna­cze­nie by­ło zu­peł­nie in­ne. Sły­szał, że na ta­kich ubocz­nych do­rob­kach za­ro­bi­li kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów.

– Mo­że fak­tycz­nie pan po­wi­nien. – Pal­mer z uśmie­chem po­ło­żył ne­se­ser na sto­le la­bo­ra­to­ryj­nym. – Ale wra­ca­jąc do spra­wy… Na jed­nej z pla­net, w któ­rą Glo­bal In­du­stries za­in­we­sto­wa­ło spo­re pie­nią­dze, na­si lu­dzie zna­leź­li coś, co z pew­no­ścią mo­gło­by pa­na za­in­te­re­so­wać.

– To zna­czy? – Vern­hard nie­chęt­nie od­su­nął mi­kro­skop na bok.

Pra­ca bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać. Nie zno­sił, kie­dy mu prze­ry­wa­no, ale wy­czu­wał też, kie­dy szy­ku­je się coś grub­sze­go. To nie pierw­sze ta­kie je­go spo­tka­nie.

Pal­mer po­tarł ner­wo­wo rę­ce.

– Mo­gę po­wie­dzieć, że na pla­ne­cie eki­pa z tam­tej­szej sta­cji ba­daw­czej zna­la­zła coś, co mo­że być naj­więk­szym prze­ło­mem w hi­sto­rii na­szej cy­wi­li­za­cji.

Vern­hard za­czął ba­wić się na­rzę­dzia­mi le­żą­cy­mi na me­ta­lo­wej ta­cy, za­sta­na­wia­jąc się nad je­go sło­wa­mi.

– W cią­gu ostat­nich trzy­stu lat do­ko­na­no wie­le ta­kich od­kryć – stwier­dził bez­na­mięt­nie. – O jak wiel­kim prze­ło­mie mó­wi­my?

Pal­mer zer­k­nął w bok, jak­by bo­jąc się, czy nikt nie pod­słu­chu­je, po czym po­chy­lił się w kie­run­ku kse­no­lo­ga.

– O tak wiel­kim, że te wszyst­kie od­kry­cia z ostat­nich trzy­stu lat bled­ną.

Vern­hard spoj­rzał na przed­sta­wi­cie­la fir­my, upew­nia­jąc się, czy ten, aby się z nie­go nie na­bi­ja.

– A co? Zna­leź­li­ście ja­kieś ogrom­ne zwie­rzę o in­te­li­gen­cji psa? – pró­bo­wał za­żar­to­wać.

Pal­mer po­krę­cił gło­wą, po czym otwo­rzył ne­se­ser i wy­do­był z nie­go dziw­ny przed­miot. By­ła to ja­kaś część, mo­że frag­ment ja­kie­goś obiek­tu. Kształ­tem przy­po­mi­nał kil­ka ludz­kich że­ber w nie­co więk­szej ska­li, o rdza­wym ko­lo­rze. Wrę­czył go Vern­har­do­wi, a ten za­czął oglą­dać przed­miot z róż­nych stron. Wy­da­wał się nie­sa­mo­wi­cie lek­ki, a kie­dy w nie­go za­stu­kał, usły­szał głu­chy od­głos. Nie by­ło wąt­pli­wo­ści, że przed­miot ten wy­ko­na­ny zo­stał z me­ta­lu, ale cięż­ko by­ło mu stwier­dzić ja­kie­go.

– Na­si lu­dzie zna­leź­li to mie­siąc te­mu, kie­dy ro­bi­li ba­da­nia w te­re­nie – po­wie­dział Pal­mer.

Vern­hard ob­ra­cał w rę­kach przed­miot i na­dal nie po­tra­fił stwier­dzić, skąd po­cho­dzi. Za­in­try­go­wa­ny, od­dał go przed­sta­wi­cie­lo­wi fir­my.

– Pod­da­ję się. Wiem tyl­ko, że jest bar­dzo sta­ry, ale cięż­ko mi do­kład­nie osza­co­wać, ile mo­że mieć lat. Wy­ni­ka to z gru­bo­ści ka­mie­nia, ja­ki do nie­go przy­legł. Pa­le­on­to­log po­wie­dział­by wię­cej. Co to jest?

Pal­mer z za­do­wo­le­niem scho­wał przed­miot z po­wro­tem do ne­se­se­ra.

– Otóż, pa­nie pro­fe­so­rze, jest to frag­ment stat­ku – od­po­wie­dział. – Wra­ku, któ­ry na­si lu­dzie zlo­ka­li­zo­wa­li pod gru­bą war­stwą lo­du. Ten ka­wa­łek jest wy­ko­na­ny z nie­zna­ne­go nam me­ta­lu.

Te­go Vern­hard się nie spo­dzie­wał. Przez mo­ment chło­nął otrzy­ma­ną in­for­ma­cję, by po chwi­li się otrzą­snąć.

– Wra­ku? Ja­kie­go wra­ku?

Wciąż spo­glą­da­jąc Pal­me­ro­wi w oczy, szu­kał ja­kich­kol­wiek oznak kłam­stwa. Nie, on mó­wił śmier­tel­nie po­waż­nie.

– Wra­ku, któ­ry spo­czy­wał pod lo­dem przy­naj­mniej od se­tek lat – wy­ja­śnił Pal­mer. – Tam­tej­sza eki­pa przy­sła­ła nam zdję­cia. Prze­świe­tlo­no po­wierzch­nię ca­łe­go re­jo­nu i wy­kry­to, że spo­czy­wa tam coś, co wy­ko­na­ne zo­sta­ło z me­ta­lu. Ob­ra­zy z prze­świe­tleń po­zwo­li­ły usta­lić, że wy­kry­ty obiekt ma śred­ni­cę po­nad sześć­dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych.

Wy­cią­gnął z tecz­ki ko­per­tę i wy­jął z niej ar­kusz przed­sta­wia­ją­cy zdję­cia wy­ko­na­ne z lo­tu pta­ka. Vern­hard przyj­rzał się im do­kład­nie. Na bia­łym tle, po­śród ozna­czo­nych wznie­sień i wy­kre­sów, wy­raź­nie wi­dać by­ło ciem­niej­szy od­cień w kształ­cie pół­księ­ży­ca. Przy­glą­dał mu się dłu­go i Pal­mer wy­raź­nie po­czuł się skrę­po­wa­ny. Chrząk­nął z prze­pra­sza­ją­cą mi­ną i kie­dy uda­ło mu się sku­pić uwa­gę kse­no­lo­ga na so­bie, kon­ty­nu­ował:

– Pa­nie pro­fe­so­rze, pro­szę mi wie­rzyć. To coś nie jest wy­two­rem czło­wie­ka. Jest to od­kry­cie na ska­lę świa­to­wą, prze­łom w pa­na dzie­dzi­nie. Kor­po­ra­cja pro­po­nu­je pa­nu współ­udział w tym przed­się­wzię­ciu. Za coś ta­kie­go moż­na do­stać No­bla!

– Współ­udział? – Vern­hard zer­k­nął po­dejrz­li­wie na swo­je­go go­ścia.

Pal­mer znów zro­bił prze­pra­sza­ją­cą mi­nę.

– Glo­bal In­du­stries nie jest chci­wą kor­po­ra­cją, za­pew­niam pa­na. Pro­po­nu­je­my pa­nu jed­ną pią­tą zy­sków. A bio­rąc pod uwa­gę, że zna­leź­ne na­le­ży się wy­łącz­nie mo­jej fir­mie, tak waż­ne od­kry­cie przy­nie­sie kor­po­ra­cji mi­lio­ny do­cho­du. Bę­dzie pan usta­wio­ny do koń­ca ży­cia.

Vern­hard za­sta­no­wił się chwi­lę. Po­ku­sa po­zna­nia tak waż­ne­go od­kry­cia by­ła nie do od­par­cia. Nad czym się jesz­cze za­sta­na­wiasz, czło­wie­ku? – za­py­tał się w du­chu.

– Po­wie­dział pan, że jest pod lo­dem – za­czął, wciąż za­sta­na­wia­jąc się nad pro­po­zy­cją. – Gdzie do­kład­nie?

– Na Ka­ra­mis dwa – od­parł Pal­mer. – Jest to jed­na ze śnież­nych pla­net kar­ło­wa­tych sys­te­mu Per­se­usza, przy­go­to­wy­wa­na do ko­lo­ni­za­cji. Więc jak? Od­po­wiedź mu­szę nie­ste­ty znać już te­raz, moi pra­co­daw­cy nie mo­gą cze­kać. Zna­le­zi­sko spo­wal­nia pra­cę tam­tej­szej sta­cji ba­daw­czej.

Vern­hard pierw­szy raz usły­szał na­zwę Ka­ra­mis. Z ni­czym mu się nie ko­ja­rzy­ła. Wciąż spo­glą­da­jąc na zdję­cie, po raz ko­lej­ny za­czął w umy­śle ana­li­zo­wać pro­po­zy­cję współ­udzia­łu. Pal­mer cze­kał cier­pli­wie, da­jąc mu czas do na­my­słu. Vern­hard pod­jął de­cy­zję.

– No do­bra. Wcho­dzę w to. Kie­dy wy­ru­sza­my?

Pal­mer z za­do­wo­le­niem wstał, bio­rąc swój ne­se­ser.

– Pro­szę sta­wić się ju­tro o dzie­wią­tej w ko­smo­por­cie. Bę­dę tam na pa­na cze­kał. Bi­le­ty już są za­ła­twio­ne. Wi­tam pa­na w za­ło­dze.

***

Po­dróż do sys­te­mu Per­se­usza trwa­ła pra­wie trzy ty­go­dnie. Za­trzy­ma­li się na jed­nej ze sta­cji ko­smicz­nych, gdzie cze­kał na nich prom, któ­ry miał bez­po­śred­nio za­wieźć ich na Ka­ra­mis II. Lot ze sta­cji do pla­ne­ty miał po­trwać ko­lej­ne trzy dni. Mo­że i nie le­cie­li pierw­szą kla­są, ale prom miał do­dat­ko­we po­miesz­cze­nia wy­po­czyn­ko­we na tyl­nym po­kła­dzie oraz kuch­nię, więc nie mu­sie­li ca­łą dro­gę być przy­pię­ci do fo­te­li.

Te­raz nad­cho­dził kres po­dró­ży i Vern­hard już nie mógł się do­cze­kać, kie­dy przy­stą­pi do pra­cy. Sta­tek, któ­rym le­cie­li, nie pre­zen­to­wał się naj­le­piej. Był prze­sta­rza­ły, po­zba­wio­ny wsze­la­kich wy­gód i prze­raź­li­wie ha­ła­so­wał. Spa­nie w prze­dzia­le wy­po­czyn­ko­wym nie by­ło złe, jed­nak ostat­nie go­dzi­ny mie­li spę­dzić w fo­te­lach, bli­sko dzio­bu. Na­uko­wiec nie mógł wyjść z po­dzi­wu, jak Pal­me­ro­wi uda­ło się w tym cza­sie uciąć krót­ką drzem­kę. To­wa­rzy­szył im jesz­cze je­den osob­nik. Szczu­pły An­glik z przy­gła­dzo­ny­mi wło­sa­mi, wiecz­nie sie­dzą­cy z no­sem w ja­kiejś książ­ce. Na szyi luź­no zwi­sał mu apa­rat fo­to­gra­ficz­ny.

Vern­hard co chwi­lę wy­glą­dał przez ma­leń­ki wi­zjer na ścia­nie obok. Ka­ra­mis II był już w za­się­gu wzro­ku. Był to bia­ła­wy glob o śred­ni­cy dwóch ty­się­cy dwu­stu trzy­dzie­stu pię­ciu ki­lo­me­trów, w od­cie­niach błę­ki­tu i sza­ro­ści.

Pro­fe­sor upew­nił się, czy pa­sy są do­brze za­pię­te. Sil­na uprząż nie po­zwa­la­ła ru­szyć się z miej­sca. Rę­ce mu drża­ły. Nie cier­piał lo­tów ma­ły­mi stat­ka­mi.

Męż­czy­zna sie­dzą­cy na­prze­ciw­ko uniósł gło­wę znad książ­ki i przyj­rzał mu się z za­cie­ka­wie­niem.

– Paul Vern­hard, praw­da? – za­py­tał. Mó­wił płyn­ną an­gielsz­czy­zną, z lek­ko no­so­wym brzmie­niem.

Vern­hard ski­nął twier­dzą­co gło­wą, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie po­luź­nić trzy­ma­ją­cą go uprząż. Męż­czy­zna wy­cią­gnął do nie­go rę­kę, ale po chwi­li się zre­flek­to­wał, bo sie­dzie­li za da­le­ko od sie­bie.

– Ke­vin Rich­ter z Ga­lac­tic Express – przed­sta­wił się. – Czy­ta­łem pań­ską książ­kę na te­mat ga­tun­ków po­za­ziem­skich. Sza­le­nie mi się po­do­ba­ła. Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że to za­szczyt dla mnie móc pra­co­wać z tak sław­nym czło­wie­kiem jak pan.

Vern­hard do­pie­ro te­raz zwró­cił uwa­gę na książ­kę w rę­kach An­gli­ka. To by­ła książ­ka, któ­rą na­pi­sał i opu­bli­ko­wał ja­kieś trzy la­ta te­mu. Spę­dził nad nią du­żo cza­su. Przy­wo­ły­wa­ła złe wspo­mnie­nia, więc Paul sku­pił ca­łą uwa­gę na roz­mów­cy.

– Pra­cu­je pan dla ga­ze­ty? – spy­tał Rich­te­ra.

– Je­stem tu na proś­bę pa­na Pal­me­ra i Glo­bal In­du­stries, aby na­pi­sać ar­ty­kuł, któ­ry roz­dmu­cha hi­sto­rię na ca­ły świat. Im wię­cej lu­dzi się do­wie, tym więk­sze zy­ski otrzy­ma fir­ma. W tej chwi­li kor­po­ra­cji za­le­ży przede wszyst­kim na dys­kre­cji, ale kie­dy zo­sta­ną za­koń­czo­ne ba­da­nia, na­sza ga­ze­ta bę­dzie je­dy­ną, któ­ra tę hi­sto­rię opi­sze szcze­gó­ło­wo.

Vern­hard znów spoj­rzał na ma­łą pla­ne­tę i wró­cił do re­por­te­ra.

– Był pan już w ta­kich miej­scach?

Rich­ter się ro­ze­śmiał, roz­kła­da­jąc rę­ce.

– Ży­ję w po­go­ni za sen­sa­cją, pa­nie Vern­hard. By­wa­łem w nie­jed­nym nie­bez­piecz­nym miej­scu.

Paul ski­nął gło­wą, wie­rząc mu. W przej­ściu pro­wa­dzą­cym do kok­pi­tu po­ja­wił się czło­wiek w czap­ce pi­lo­ta i brą­zo­wej skó­rza­nej kurt­ce z fu­trza­nym koł­nie­rzem. Prze­ci­snął się przez wą­skie przej­ście i spoj­rzał na pa­sa­że­rów.

– Za chwi­lę wej­dzie­my w at­mos­fe­rę Ka­ra­mis – oświad­czył. – Za­pnij­cie pa­sy i trzy­maj­cie się moc­no.

– Dzię­ki, Rick – rzu­cił Pal­mer, a pi­lot wró­cił do ka­bi­ny.

Vern­hard prze­chy­lił się nie­co, że­by rzu­cić okiem na kok­pit. Za ste­ra­mi sie­dział jesz­cze je­den pi­lot – nie­ogo­lo­ny, z dłu­gi­mi, tłu­sty­mi wło­sa­mi. Je­go usta pra­co­wi­cie prze­żu­wa­ły ty­toń. Mruk­nął coś nie­wy­raź­nie do ko­le­gi, a ten od­parł mu rów­nie nie­zro­zu­mia­le.

Wstrzą­sy na po­kła­dzie by­ły co­raz sil­niej­sze. Vern­hard się­gnął do kie­sze­ni kurt­ki i wy­jął ma­łą szkla­ną bu­te­lecz­kę ze środ­ka­mi uspo­ka­ja­ją­cy­mi. Trzę­są­cy­mi się rę­ko­ma wy­do­był dwie pi­guł­ki i je po­łknął. Pal­mer przy­glą­dał mu się, ale nic nie po­wie­dział.

– Za chwi­lę tur­bu­len­cje! – Usły­sze­li głos od stro­ny ka­bi­ny pi­lo­tów. – Bę­dzie rzu­ca­ło jak na ka­ru­ze­li w we­so­łym mia­stecz­ku, więc bez pa­ni­ki.

Więc to jesz­cze nie są tur­bu­len­cje? – prze­szło mu przez gło­wę. Spró­bo­wał my­śleć o czymś przy­jem­nym, ale cią­głe wstrzą­sy to utrud­nia­ły.

Jesz­cze tyl­ko tro­chę. Jesz­cze pa­rę mi­nut i bę­dzie na twar­dej zie­mi. Po tych pa­ru mi­nu­tach szarp­nę­ło nim naj­pierw w je­den bok, póź­niej w dru­gi, ale pa­sy trzy­ma­ły moc­no i nie po­zwo­li­ły mu się zsu­nąć z sie­dze­nia.

– Za­wsze tak trzę­sie? – za­py­tał Pal­me­ra.

Przed­sta­wi­ciel kor­po­ra­cji trzy­mał się pod­ło­kiet­ni­ków, pa­trząc się gdzieś przed sie­bie.

– Na Ka­ra­mis dwa pręd­kość wia­tru osią­ga do sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę przy naj­gor­szej po­go­dzie – od­parł. – Tur­bu­len­cje są tu­taj za­wsze przy lą­do­wa­niu. Ale pro­szę być spo­koj­nym. Ho­li­day i Ro­bin­son są świet­ny­mi pi­lo­ta­mi, la­ta­li już w gor­szą po­go­dę. Zna­ją się na tej ro­bo­cie, praw­da, chło­pa­ki?

Ostat­nie zda­nie skie­ro­wał w głąb kok­pi­tu. Od­po­wie­dzia­ły mu nie­pew­ne po­mru­ki, po­twier­dze­nia. Po­tem obaj pi­lo­ci za­czę­li pro­wa­dzić, jak na gust Vern­har­da, zbyt gło­śną kon­wer­sa­cję, któ­ra ani tro­chę go nie uspo­ko­iła.

– Gdzie ta cho­ler­na la­tar­nia? – za­py­tał sam sie­bie ten żu­ją­cy bez­u­stan­nie ty­toń. – Dla­cze­go na­daj­nik nic nie ła­pie?

– Nie je­ste­śmy jesz­cze w od­po­wied­niej od­le­gło­ści – do­dał je­go ko­le­ga w czap­ce. – Uwa­żaj, masz sil­ny wiatr z le­wej.

– Bez tej la­tar­ni je­ste­śmy śle­pi jak kre­ty – mó­wił da­lej ten pierw­szy. – Zo­bacz tyl­ko na tę za­dym­kę!

Pi­lo­to­wa­li prom, wy­mie­nia­jąc na prze­mian róż­ne uwa­gi i żar­ci­ki. Po chwi­li za­uwa­ży­li ze swo­ich miejsc sta­cję. Rick po­łą­czył się z nią przez ra­dio. Vern­hard zer­k­nął przez wi­zjer, aby zo­ba­czyć, gdzie są. Wi­dział tyl­ko sza­le­ją­cą śnież­ną za­mieć. Gdzieś na ho­ry­zon­cie za­ma­ja­czy­ły wy­so­kie wzgó­rza. Na szczę­ście wstrzą­sy po­wo­li usta­wa­ły, na ty­le, że Pal­mer i Rich­ter od­pię­li swo­je uprzę­że. Vern­hard te­go nie zro­bił. Nie od­wa­żył się.

Pi­lot Rick wy­chy­lił się ze swo­je­go fo­te­la i krzyk­nął w stro­nę pa­sa­że­rów:

– Zro­bi­my peł­ne ko­ło, aby­ście mo­gli so­bie po­pa­trzeć! Mo­że uda się zro­bić pa­nu pa­rę zdjęć, pa­nie Rich­ter.

Re­por­ter zła­pał za swój apa­rat i sta­nął przy wi­zje­rze od stro­ny Vern­har­da. Pal­mer do­łą­czył do nich i we trój­kę wy­pa­try­wa­li cze­go­kol­wiek, co mo­gło być ja­kąś bu­dow­lą. Jak tyl­ko po­jazd prze­chy­lił się lek­ko na pra­wą stro­nę, zo­ba­czy­li ją jed­no­cze­śnie.

Bu­dow­la by­ła czę­ścio­wo za­sy­pa­na przez po­tęż­ne za­spy. Jej głów­ną kon­struk­cję sta­no­wi­ła wiel­ka ko­pu­ła, od któ­rej od­cho­dzi­ły dwa tu­ne­le. Je­den łą­czył się z dwu­krot­nie mniej­szym ko­pu­la­stym obiek­tem, dru­gi pro­wa­dził do jesz­cze mniej­sze­go bu­dyn­ku o pro­sto­kąt­nym kształ­cie. Przy głów­nej kon­struk­cji wzno­si­ła się oświe­tlo­na wie­ża sa­te­li­ty.

– Co tu­taj do­kład­nie ro­bi­cie? – za­dał py­ta­nie Rich­ter.

– Współ­pra­cu­je­my z kor­po­ra­cją Ter­ra, któ­ra zaj­mu­je się ter­ra­for­ma­cją pla­net – wy­ja­śnił Pal­mer. – Na­szym za­da­niem jest uprzed­nio do­ko­na­nie wszel­kich moż­li­wych ba­dań oraz przy­go­to­wa­nie pla­net do bu­do­wy więk­szych kon­struk­cji. Te­mu słu­ży ten kom­pleks. Każ­de ba­da­nie czy zna­le­zi­sko sta­no­wi waż­ną część w ter­ra­for­mo­wa­niu. Na ich pod­sta­wie kor­po­ra­cja Ter­ra two­rzy ko­lo­nie, przy­sto­so­wa­ne do na­wet su­ro­wych wa­run­ków, a tak­że wie, ja­ki ma wpro­wa­dzić pro­gram do pro­ce­so­rów at­mos­fe­rycz­nych. Po­tem ta­kie cu­deń­ka zmie­nia­ją skład at­mos­fe­ry na ty­le, aby czło­wiek mógł bez­piecz­nie od­dy­chać. Jest to żmud­ny i dłu­go­trwa­ły pro­ces, ale opła­cal­ny.

Sta­tek wy­ko­nał peł­ny krąg nad sta­cją, po czym ob­ni­żył lot i za­wisł nad mniej­szą ko­pu­łą. Jej dach roz­su­nął się na bo­ki, uka­zu­jąc wnę­trze lą­do­wi­ska. Pi­lo­ci lą­do­wa­li stop­nio­wo, bez po­śpie­chu, po­nie­waż wiatr mógł w każ­dej chwi­li szarp­nąć sta­tecz­kiem, co pro­wa­dzi­ło­by do ka­ta­stro­fy. Kie­dy w koń­cu osiadł twar­do na pły­cie lą­do­wi­ska, dach bu­dyn­ku za­mknął się na po­wrót. Sil­ni­ki umil­kły, a obaj pi­lo­ci opu­ści­li swo­je miej­sca. Ten w czap­ce zer­k­nął na pa­sa­że­rów i się uśmiech­nął.

– No to je­ste­śmy na miej­scu – oznaj­mił, po czym po­pa­trzył na Vern­har­da. – Prze­pra­szam, że lot był nie­wy­god­ny, ale la­ta­nie przy sil­nym wie­trze za­wsze ta­kie jest.

Vern­hard spró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale żo­łą­dek za­czął pod­cho­dzić mu do gar­dła.

– W po­rząd­ku – zdo­łał wy­krztu­sić. – Świet­nie się pan spi­sał.

Pi­lot uści­snął mu dłoń.

– Je­stem Rick Ho­li­day, a to Geo­r­ge Ro­bin­son. – Wska­zał na ko­le­gę za swo­imi ple­ca­mi. – My­ślę, że mo­że­my już bez­piecz­nie wy­siąść. Wen­ty­la­cja na pew­no oczy­ści­ła już po­wie­trze han­ga­ru z nie­przy­jem­nych skład­ni­ków at­mos­fe­ry.

Pal­mer się za­śmiał, a Ro­bin­son otwo­rzył właz pro­mu. Kie­dy Vern­hard opu­ścił po­kład, nie wy­trzy­mał. Pręd­ko od­szedł na bok, zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał na pły­tę lą­do­wi­ska. Po­tem, wy­cie­ra­jąc usta chu­s­tecz­ką, wy­pro­sto­wał się w sam raz, by zo­ba­czyć dwóch lu­dzi, któ­rzy we­szli do han­ga­ru. Je­den z nich był star­sza­wym, ły­sie­ją­cym męż­czy­zną z si­wą bro­dą i w na­ło­żo­nym bia­łym ki­tlu. Dru­gi, zde­cy­do­wa­nie młod­szy, no­sił na so­bie sza­ry, za­dba­ny kom­bi­ne­zon ro­bo­czy. Miał krót­kie kasz­ta­no­we wło­sy i nie­co wy­su­nię­te ko­ści po­licz­ko­we. Obaj po­de­szli do piąt­ki po­dróż­nych i ten młod­szy uści­snął naj­pierw dłoń Pal­me­ro­wi.

– Cie­szę się, że już je­ste­ście – oznaj­mił za­do­wo­lo­ny. – Mi­ło znów pa­na wi­dzieć, pa­nie Pal­mer.

– I na­wza­jem – od­parł grzecz­nie przed­sta­wi­ciel kor­po­ra­cji.

Na­stęp­nie Pal­mer przy­wi­tał się ze star­szym męż­czy­zną w ki­tlu. Tym­cza­sem młod­szy zwró­cił się do Vern­har­da:

– Pan za­pew­ne jest tym kse­no­lo­giem, o któ­rym sły­sze­li­śmy? – za­gad­nął. – Na­zy­wam się Tre­vor Smith. Pro­wa­dzę to miej­sce. Mam na­dzie­ję, że lot miał pan spo­koj­ny.

– Paul Vern­hard. – Pro­fe­sor się przy­wi­tał, li­cząc na to, że nie by­li świad­ka­mi, jak wy­mio­to­wał na pod­ło­gę, w prze­ciw­nym ra­zie pierw­sze wra­że­nie szlag tra­fi. – Co do lo­tu, nie mo­gę po­wie­dzieć, że­by mi się po­do­ba­ły ta­kie po­dró­że. W za­sa­dzie ni­g­dy ich nie lu­bi­łem.

Pod­szedł do nich męż­czy­zna w ki­tlu. Ener­gicz­nie wy­cią­gnął rę­kę do Vern­har­da i sil­nie nią po­trzą­snął. Wy­da­wał się czymś pod­eks­cy­to­wa­ny.

– Pro­fe­sor Al­bert Schne­ider, czło­wiek na­uki i od­kryw­ca nie­zna­ne­go.

Je­go sło­wa ich roz­ba­wi­ły. Schne­ider, nie­spe­szo­ny, mó­wił da­lej:

– Wspa­nia­le, że już tu je­ste­ście, na­praw­dę wspa­nia­le! Aż pa­lę się, że­by pa­nu po­ka­zać, co uda­ło nam się osią­gnąć. Spe­cja­li­zu­ję się w ge­ne­ty­ce, fi­zy­ce i che­mii. Chciał­bym już po­znać opi­nię eks­per­ta.

– Al­bert, do­pie­ro co przy­le­cie­li – wtrą­cił Smith. – Pan Vern­hard na pew­no jest zmę­czo­ny po­dró­żą i chciał­by coś zjeść, za­nim zba­da wrak.

Schne­ider uśmiech­nął się zde­gu­sto­wa­ny, ale ski­nął gło­wą na zgo­dę.

– Nie­miec? – za­gad­nął Vern­hard, aby zmie­nić te­mat.

– Au­striak – od­parł na­uko­wiec. – Bez spe­cjal­nej i fa­scy­nu­ją­cej hi­sto­rii mo­je­go ro­do­wo­du. Mat­ka by­ła Szwed­ką.

Vern­hard od­wza­jem­nił uśmiech. Na­uko­wiec wy­glą­dał na sym­pa­tycz­ne­go sta­rusz­ka. Ho­li­day, nio­sąc cięż­kie tor­by, za­czął pro­wa­dzić Pal­me­ra i Rich­te­ra w stro­nę wyj­ścia. Smith ge­stem wska­zał, aby po­dą­żyć za ni­mi.

– Pro­szę czuć się jak u sie­bie, pro­fe­so­rze. Wi­ta­my na Ka­ra­mis dwa.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij