Poniżej Zera - ebook
Nie ma ciepła. Nie ma ucieczki. Coś czai się w ciemności.
Paul Vernhard, światowej sławy ksenolog, zostaje zaproszony do wzięcia udziału w niezwykłej wyprawie. Na planecie Karamis II dokonano bowiem wyjątkowego odkrycia – znaleziono statek należący do obcej cywilizacji.
Gdy badacze udają się na miejsce, by obejrzeć znalezisko, odnajdują kokon nieprzypominający niczego znanego ludzkości. Postanawiają przewieźć go do laboratorium i poddać szczegółowym oględzinom. Nie przypuszczają, że tym samym uruchomią lawinę wydarzeń, która odmieni życie ich wszystkich…
Już w stacji badawczej z kokonu wydostaje się tajemnicza, żądna krwi istota. Pracownicy ośrodka rozpoczynają walkę o przetrwanie, w której izolacja i niebezpieczne warunki atmosferyczne będą ich najmniejszym zmartwieniem.
Wkrótce członkowie misji zdadzą sobie sprawę, że ludzka ciekawość naprawdę prowadzi do piekła – tylko że w tym przypadku piekło jest skute lodem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-276-7 |
| Rozmiar pliku: | 707 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ben Thomson przytknął nos do szyby kabiny koparki, próbując złapać jakiś punkt orientacji. Zamieć może nie była jedną z najgorszych, ale i tak dawała im się we znaki. Po dwóch latach pracy w terenie można się było przyzwyczaić, jednak takie przyzwyczajenia niosły ze sobą śmiertelne ryzyko. Ta planeta tylko czekała, aż popełnisz błąd i zasypie cię pod tonami chemicznego śniegu.
Szare, twarde płatki uderzały o szybę. Śnieg tutaj był ponury, przez trujące gazy pozbawiony swego naturalnego koloru.
Ben stwierdził, że wiertło koparki wciąż jest na swoim miejscu, podobnie jak miejsce, w którym kopał – u podnóża lodowej skały. Wydawało mu się, że pojazd trzęsie się przez wirującą śrubę. Odruchowo przyłożył dłoń do hełmu skafandra, by po sekundzie się zreflektować.
– Eddie, widzisz tam coś? – zapytał głośno, starając się, żeby kolega nie wyczuł lekkiej obawy w jego głosie.
Eddie Gibson powinien teraz być na zewnątrz w pobliżu ośmiokołowej, potężnej ciężarówki.
– Wszystko gra, drogi kolego – odparł spokojnym tonem, jak zwykle akcentując słowo „kolego”.
Ben zerknął na lewo i dostrzegł delikatny zarys sylwetki jego skafandra. Odetchnął ciężko i złapał za jedną z dźwigni po prawej.
– Przypomnij mi, żebym się więcej nie pakował w ten syf – oznajmił bez cienia złości.
Eddie w odpowiedzi prychnął, aż słuchawka w hełmie trzasnęła głośno.
– Mnie to mówisz? Nie powinno mnie tu nawet być, to nie moja działka!
Fakt – przyznał mu w duchu rację Ben. Przyjechali tu pobrać próbki z terenu, bo Schneider wykrył silne, magnetyczne odchylenia w okolicy, a ponieważ wszyscy byli zajęci, Gibson musiał pojechać z Thomsonem, żeby mieć na niego oko. Nawet nie dało się tego odłożyć na później. Stary naukowiec był tak podekscytowany, że bezustannie zawracał tyłek dyrektorowi. Ten w końcu poddał się jego namowom.
Tutaj bezpieczeństwo przede wszystkim.
– Dobra, uważaj, wiercę dalej – ostrzegł Ben i poruszył ramieniem koparki, opuszczając świder w dziurę w lodzie.
Powierzchnia była twarda, ale Thomson nie musiał wiercić głęboko. Jednak z każdą kolejną sekundą czuł, że koparka trzęsie się coraz mocniej. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że to nie tylko maszyna, ale cała powierzchnia drży.
– Ben! – krzyknął Gibson, jak tylko ta myśl do niego dotarła. – Lód pod koparką pęka! Wycofaj!
W istocie, na lodowej powierzchni, do tej pory przysypanej warstwą nieco bardziej miękkiego śniegu, pojawiły się głębokie pęknięcia. Thomson z przerażeniem obserwował, jak powierzchnia przed nim zaczyna się zapadać. Natychmiast przerwał wiercenie i wrzucił wsteczny, ale było za późno. Koparka uniosła się lekko i zaczęła przechylać coraz bardziej do przodu.
Gibson chciał pomóc przyjacielowi, ale musiał uważać, by samemu nie wpaść w osuwisko.
Ben odpiął uprząż, otworzył drzwi kabiny i wyskoczył ze środka w ostatniej chwili. Upadł, opierając się na dłoniach, ale niebezpieczeństwo nie minęło. Koparka osuwała się coraz bardziej, a Thomson czuł, jak lód pęka też pod nim. Pozbierał się i odbiegł parę kroków. Gibson złapał go i odciągnął w stronę ciężarówki.
Maszyna zatrzymała się i po kilku sekundach wszystko zamarło. Jedynie w powietrzu unosił się szary puch.
– Wszystko gra, stary? – zapytał Eddie z wyraźną troską.
– Taa – sapnął Ben. W przeciwieństwie do niego Eddie był niewielkiej postury i wyglądał przy nim jak karzełek, a ponieważ Gibson nadal trzymał go za ramię, to z boku wyglądało to dość komicznie. – Ale możesz mnie puścić.
– Wybacz. – Eddie odskoczył od niego jak oparzony.
Wyjął z kieszeni kombinezonu niewielką latarkę i ją włączył. Zaczął iść w stronę koparki, u której widać teraz było jedynie kabinę, ramię i tylne światła.
– Co robisz? – zaniepokoił się Ben.
– Chcę sprawdzić, jak to wygląda – uspokoił go kolega.
– Uważaj, lód może jeszcze popękać – ostrzegł Thomson.
Eddie zignorował go i ostrożnie, krok za krokiem zbliżał się do krawędzi zapadliska. Powstała sporych rozmiarów dziura, dość głęboka. Pod lodem musiała być jakaś pusta przestrzeń i dlatego pod ciężarem maszyny lód pękł. Eddie zaświecił latarką w dół. Śnieżny pył już prawie opadł i mężczyzna zaczął dostrzegać zarys czegoś, co nie było bryłą lodu.
– O ja pierdolę! – wyrwało mu się.
– Co jest? Co się dzieje? – Ben stawał się coraz bardziej nerwowy.
– Lepiej sam zobacz. – Gibson machnął na niego ręką.
Thomson ostrożnie podszedł do niego, bacznie obserwując powierzchnię, po której stąpał. Zatrzymał się przy koledze i spojrzał w miejsce, które ten oświetlał.
– Co to jest, do cholery?
Mężczyźni wymienili się spojrzeniami, po czym znów skierowali wzrok w dół. Spod powierzchni wystawał, częściowo przysypany fragmentami lodowych brył, fragment czegoś dużego o matowo metalicznej powierzchni. Na dole lód był nieco czystszy i wyraźniej mogli zobaczyć zarys odkrytego obiektu. Cokolwiek mieli przed sobą, było to ogromne!
Eddie, gdyby teraz mógł, podrapałby się w czoło z wyraźną konsternacją.
– Chyba będziemy musieli to zgłosić – stwierdził.ROZDZIAŁ 1
KARAMIS II
Nie odrywał wzroku od mikroskopu już od jakiegoś czasu. Dla postronnego obserwatora mógł uchodzić za dziwaka, a całkowity bezruch, jaki temu towarzyszył, przywodził na myśl marmurowy posąg. Jednak koledzy wiedzieli, że to była jego obsesja. Ignorowali więc to, że spędzał w laboratorium długie godziny. Nic na to nie mógł poradzić. Kochał swoją pracę i fascynowały go wszelkiego typu odkrycia. W końcu nie co dzień można było zbadać żywe komórki stworzenia pochodzącego z innej planety. Lecz on nie tylko kochał je badać. Znał się perfekcyjnie na tej robocie i każdy o tym wiedział.
Paul Vernhard był światowej sławy ksenologiem. Zajmował się tym już od piętnastu lat. Wszystkie wolne chwile poświęcał pracy, zapominając o bożym świecie. Nic więc dziwnego, że podskoczył zaskoczony, kiedy ktoś chrząknął z drugiego końca pokoju. Uniósł głowę znad mikroskopu i zobaczył stojącego w drzwiach laboratorium mężczyznę w idealnie wyprasowanym garniturze i z neseserem w ręku. Miał około czterdziestki. Włosy starannie zaczesane do tyłu. Rozglądał się wokół z zaciekawieniem, podziwiając znajdujące się w gablotach kości i fragmenty skór o różnym ubarwieniu i frakturze.
– Przepraszam, nie słyszałem, jak pan wchodził. – Vernhard zdjął swoje gumowe rękawiczki i przyjrzał się uważniej przybyszowi. Zdecydowanie wyglądał mu na jakiegoś gryzipiórka z urzędu. Na pewno nikt z Centrum Badań. Paul znał tu niemal wszystkich. – W czym mogę pomóc?
Mężczyzna spojrzał znów na niego i uśmiechnął się tak, jak mógł to zrobić komornik przychodzący z informacją o zadłużeniu podatkowym.
– Czy mam przyjemność z profesorem Vernhardem? – Miał szorstki, gardłowy głos, zupełnie niepasujący do jego osoby.
– Tak – odparł ostrożnie Vernhard.
Mężczyzna zbliżył się, wyciągając w jego kierunku dłoń.
– James Palmer z korporacji Global Industries – przedstawił się. – Mogę zamienić z panem słowo?
Vernhard uścisnął mu dłoń. Nazwa Global Industries nie była mu obca. Ksenolog skinął głową, żeby usiadł po drugiej stronie stołu, na wysokim krześle. Palmer skorzystał z propozycji, a Paul powrócił do obserwacji przez mikroskop.
– Jak mniemam, kojarzy pan nazwę firmy? – zagadnął Palmer, widząc, że Vernhard nie kwapi się do zadawania pytań.
– Jasne – odrzekł naukowiec i podniósł wzrok na przedstawiciela korporacji. – Pana firma już dwukrotnie zwróciła się do mnie o pomoc.
– Nic dziwnego, biorąc pod uwagę to, czym się zajmujemy… i czym pan się zajmuje – oznajmił Palmer. – Na prośbę moich pracodawców przyjechałem tutaj, aby złożyć panu pewną propozycję.
Vernhard uniósł pytająco brew.
– Może powinienem zatrudnić się w waszej firmie? Przy tak intensywnych poszukiwaniach, mógłbym zbić grube miliony.
Palmer się zaśmiał, najwyraźniej wziął to za dobry dowcip. W rzeczywistości jednak Vernhard nie żartował. W ostatnich latach korporacja Global dokonała kilku przełomowych odkryć w dziedzinie ksenologii, mimo iż jej przeznaczenie było zupełnie inne. Słyszał, że na takich ubocznych dorobkach zarobili kilkadziesiąt milionów.
– Może faktycznie pan powinien. – Palmer z uśmiechem położył neseser na stole laboratoryjnym. – Ale wracając do sprawy… Na jednej z planet, w którą Global Industries zainwestowało spore pieniądze, nasi ludzie znaleźli coś, co z pewnością mogłoby pana zainteresować.
– To znaczy? – Vernhard niechętnie odsunął mikroskop na bok.
Praca będzie musiała poczekać. Nie znosił, kiedy mu przerywano, ale wyczuwał też, kiedy szykuje się coś grubszego. To nie pierwsze takie jego spotkanie.
Palmer potarł nerwowo ręce.
– Mogę powiedzieć, że na planecie ekipa z tamtejszej stacji badawczej znalazła coś, co może być największym przełomem w historii naszej cywilizacji.
Vernhard zaczął bawić się narzędziami leżącymi na metalowej tacy, zastanawiając się nad jego słowami.
– W ciągu ostatnich trzystu lat dokonano wiele takich odkryć – stwierdził beznamiętnie. – O jak wielkim przełomie mówimy?
Palmer zerknął w bok, jakby bojąc się, czy nikt nie podsłuchuje, po czym pochylił się w kierunku ksenologa.
– O tak wielkim, że te wszystkie odkrycia z ostatnich trzystu lat bledną.
Vernhard spojrzał na przedstawiciela firmy, upewniając się, czy ten, aby się z niego nie nabija.
– A co? Znaleźliście jakieś ogromne zwierzę o inteligencji psa? – próbował zażartować.
Palmer pokręcił głową, po czym otworzył neseser i wydobył z niego dziwny przedmiot. Była to jakaś część, może fragment jakiegoś obiektu. Kształtem przypominał kilka ludzkich żeber w nieco większej skali, o rdzawym kolorze. Wręczył go Vernhardowi, a ten zaczął oglądać przedmiot z różnych stron. Wydawał się niesamowicie lekki, a kiedy w niego zastukał, usłyszał głuchy odgłos. Nie było wątpliwości, że przedmiot ten wykonany został z metalu, ale ciężko było mu stwierdzić jakiego.
– Nasi ludzie znaleźli to miesiąc temu, kiedy robili badania w terenie – powiedział Palmer.
Vernhard obracał w rękach przedmiot i nadal nie potrafił stwierdzić, skąd pochodzi. Zaintrygowany, oddał go przedstawicielowi firmy.
– Poddaję się. Wiem tylko, że jest bardzo stary, ale ciężko mi dokładnie oszacować, ile może mieć lat. Wynika to z grubości kamienia, jaki do niego przyległ. Paleontolog powiedziałby więcej. Co to jest?
Palmer z zadowoleniem schował przedmiot z powrotem do nesesera.
– Otóż, panie profesorze, jest to fragment statku – odpowiedział. – Wraku, który nasi ludzie zlokalizowali pod grubą warstwą lodu. Ten kawałek jest wykonany z nieznanego nam metalu.
Tego Vernhard się nie spodziewał. Przez moment chłonął otrzymaną informację, by po chwili się otrząsnąć.
– Wraku? Jakiego wraku?
Wciąż spoglądając Palmerowi w oczy, szukał jakichkolwiek oznak kłamstwa. Nie, on mówił śmiertelnie poważnie.
– Wraku, który spoczywał pod lodem przynajmniej od setek lat – wyjaśnił Palmer. – Tamtejsza ekipa przysłała nam zdjęcia. Prześwietlono powierzchnię całego rejonu i wykryto, że spoczywa tam coś, co wykonane zostało z metalu. Obrazy z prześwietleń pozwoliły ustalić, że wykryty obiekt ma średnicę ponad sześćdziesięciu metrów kwadratowych.
Wyciągnął z teczki kopertę i wyjął z niej arkusz przedstawiający zdjęcia wykonane z lotu ptaka. Vernhard przyjrzał się im dokładnie. Na białym tle, pośród oznaczonych wzniesień i wykresów, wyraźnie widać było ciemniejszy odcień w kształcie półksiężyca. Przyglądał mu się długo i Palmer wyraźnie poczuł się skrępowany. Chrząknął z przepraszającą miną i kiedy udało mu się skupić uwagę ksenologa na sobie, kontynuował:
– Panie profesorze, proszę mi wierzyć. To coś nie jest wytworem człowieka. Jest to odkrycie na skalę światową, przełom w pana dziedzinie. Korporacja proponuje panu współudział w tym przedsięwzięciu. Za coś takiego można dostać Nobla!
– Współudział? – Vernhard zerknął podejrzliwie na swojego gościa.
Palmer znów zrobił przepraszającą minę.
– Global Industries nie jest chciwą korporacją, zapewniam pana. Proponujemy panu jedną piątą zysków. A biorąc pod uwagę, że znaleźne należy się wyłącznie mojej firmie, tak ważne odkrycie przyniesie korporacji miliony dochodu. Będzie pan ustawiony do końca życia.
Vernhard zastanowił się chwilę. Pokusa poznania tak ważnego odkrycia była nie do odparcia. Nad czym się jeszcze zastanawiasz, człowieku? – zapytał się w duchu.
– Powiedział pan, że jest pod lodem – zaczął, wciąż zastanawiając się nad propozycją. – Gdzie dokładnie?
– Na Karamis dwa – odparł Palmer. – Jest to jedna ze śnieżnych planet karłowatych systemu Perseusza, przygotowywana do kolonizacji. Więc jak? Odpowiedź muszę niestety znać już teraz, moi pracodawcy nie mogą czekać. Znalezisko spowalnia pracę tamtejszej stacji badawczej.
Vernhard pierwszy raz usłyszał nazwę Karamis. Z niczym mu się nie kojarzyła. Wciąż spoglądając na zdjęcie, po raz kolejny zaczął w umyśle analizować propozycję współudziału. Palmer czekał cierpliwie, dając mu czas do namysłu. Vernhard podjął decyzję.
– No dobra. Wchodzę w to. Kiedy wyruszamy?
Palmer z zadowoleniem wstał, biorąc swój neseser.
– Proszę stawić się jutro o dziewiątej w kosmoporcie. Będę tam na pana czekał. Bilety już są załatwione. Witam pana w załodze.
***
Podróż do systemu Perseusza trwała prawie trzy tygodnie. Zatrzymali się na jednej ze stacji kosmicznych, gdzie czekał na nich prom, który miał bezpośrednio zawieźć ich na Karamis II. Lot ze stacji do planety miał potrwać kolejne trzy dni. Może i nie lecieli pierwszą klasą, ale prom miał dodatkowe pomieszczenia wypoczynkowe na tylnym pokładzie oraz kuchnię, więc nie musieli całą drogę być przypięci do foteli.
Teraz nadchodził kres podróży i Vernhard już nie mógł się doczekać, kiedy przystąpi do pracy. Statek, którym lecieli, nie prezentował się najlepiej. Był przestarzały, pozbawiony wszelakich wygód i przeraźliwie hałasował. Spanie w przedziale wypoczynkowym nie było złe, jednak ostatnie godziny mieli spędzić w fotelach, blisko dziobu. Naukowiec nie mógł wyjść z podziwu, jak Palmerowi udało się w tym czasie uciąć krótką drzemkę. Towarzyszył im jeszcze jeden osobnik. Szczupły Anglik z przygładzonymi włosami, wiecznie siedzący z nosem w jakiejś książce. Na szyi luźno zwisał mu aparat fotograficzny.
Vernhard co chwilę wyglądał przez maleńki wizjer na ścianie obok. Karamis II był już w zasięgu wzroku. Był to białawy glob o średnicy dwóch tysięcy dwustu trzydziestu pięciu kilometrów, w odcieniach błękitu i szarości.
Profesor upewnił się, czy pasy są dobrze zapięte. Silna uprząż nie pozwalała ruszyć się z miejsca. Ręce mu drżały. Nie cierpiał lotów małymi statkami.
Mężczyzna siedzący naprzeciwko uniósł głowę znad książki i przyjrzał mu się z zaciekawieniem.
– Paul Vernhard, prawda? – zapytał. Mówił płynną angielszczyzną, z lekko nosowym brzmieniem.
Vernhard skinął twierdząco głową, starając się jednocześnie poluźnić trzymającą go uprząż. Mężczyzna wyciągnął do niego rękę, ale po chwili się zreflektował, bo siedzieli za daleko od siebie.
– Kevin Richter z Galactic Express – przedstawił się. – Czytałem pańską książkę na temat gatunków pozaziemskich. Szalenie mi się podobała. Chcę tylko powiedzieć, że to zaszczyt dla mnie móc pracować z tak sławnym człowiekiem jak pan.
Vernhard dopiero teraz zwrócił uwagę na książkę w rękach Anglika. To była książka, którą napisał i opublikował jakieś trzy lata temu. Spędził nad nią dużo czasu. Przywoływała złe wspomnienia, więc Paul skupił całą uwagę na rozmówcy.
– Pracuje pan dla gazety? – spytał Richtera.
– Jestem tu na prośbę pana Palmera i Global Industries, aby napisać artykuł, który rozdmucha historię na cały świat. Im więcej ludzi się dowie, tym większe zyski otrzyma firma. W tej chwili korporacji zależy przede wszystkim na dyskrecji, ale kiedy zostaną zakończone badania, nasza gazeta będzie jedyną, która tę historię opisze szczegółowo.
Vernhard znów spojrzał na małą planetę i wrócił do reportera.
– Był pan już w takich miejscach?
Richter się roześmiał, rozkładając ręce.
– Żyję w pogoni za sensacją, panie Vernhard. Bywałem w niejednym niebezpiecznym miejscu.
Paul skinął głową, wierząc mu. W przejściu prowadzącym do kokpitu pojawił się człowiek w czapce pilota i brązowej skórzanej kurtce z futrzanym kołnierzem. Przecisnął się przez wąskie przejście i spojrzał na pasażerów.
– Za chwilę wejdziemy w atmosferę Karamis – oświadczył. – Zapnijcie pasy i trzymajcie się mocno.
– Dzięki, Rick – rzucił Palmer, a pilot wrócił do kabiny.
Vernhard przechylił się nieco, żeby rzucić okiem na kokpit. Za sterami siedział jeszcze jeden pilot – nieogolony, z długimi, tłustymi włosami. Jego usta pracowicie przeżuwały tytoń. Mruknął coś niewyraźnie do kolegi, a ten odparł mu równie niezrozumiale.
Wstrząsy na pokładzie były coraz silniejsze. Vernhard sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął małą szklaną buteleczkę ze środkami uspokajającymi. Trzęsącymi się rękoma wydobył dwie pigułki i je połknął. Palmer przyglądał mu się, ale nic nie powiedział.
– Za chwilę turbulencje! – Usłyszeli głos od strony kabiny pilotów. – Będzie rzucało jak na karuzeli w wesołym miasteczku, więc bez paniki.
Więc to jeszcze nie są turbulencje? – przeszło mu przez głowę. Spróbował myśleć o czymś przyjemnym, ale ciągłe wstrząsy to utrudniały.
Jeszcze tylko trochę. Jeszcze parę minut i będzie na twardej ziemi. Po tych paru minutach szarpnęło nim najpierw w jeden bok, później w drugi, ale pasy trzymały mocno i nie pozwoliły mu się zsunąć z siedzenia.
– Zawsze tak trzęsie? – zapytał Palmera.
Przedstawiciel korporacji trzymał się podłokietników, patrząc się gdzieś przed siebie.
– Na Karamis dwa prędkość wiatru osiąga do siedemdziesięciu ośmiu kilometrów na godzinę przy najgorszej pogodzie – odparł. – Turbulencje są tutaj zawsze przy lądowaniu. Ale proszę być spokojnym. Holiday i Robinson są świetnymi pilotami, latali już w gorszą pogodę. Znają się na tej robocie, prawda, chłopaki?
Ostatnie zdanie skierował w głąb kokpitu. Odpowiedziały mu niepewne pomruki, potwierdzenia. Potem obaj piloci zaczęli prowadzić, jak na gust Vernharda, zbyt głośną konwersację, która ani trochę go nie uspokoiła.
– Gdzie ta cholerna latarnia? – zapytał sam siebie ten żujący bezustannie tytoń. – Dlaczego nadajnik nic nie łapie?
– Nie jesteśmy jeszcze w odpowiedniej odległości – dodał jego kolega w czapce. – Uważaj, masz silny wiatr z lewej.
– Bez tej latarni jesteśmy ślepi jak krety – mówił dalej ten pierwszy. – Zobacz tylko na tę zadymkę!
Pilotowali prom, wymieniając na przemian różne uwagi i żarciki. Po chwili zauważyli ze swoich miejsc stację. Rick połączył się z nią przez radio. Vernhard zerknął przez wizjer, aby zobaczyć, gdzie są. Widział tylko szalejącą śnieżną zamieć. Gdzieś na horyzoncie zamajaczyły wysokie wzgórza. Na szczęście wstrząsy powoli ustawały, na tyle, że Palmer i Richter odpięli swoje uprzęże. Vernhard tego nie zrobił. Nie odważył się.
Pilot Rick wychylił się ze swojego fotela i krzyknął w stronę pasażerów:
– Zrobimy pełne koło, abyście mogli sobie popatrzeć! Może uda się zrobić panu parę zdjęć, panie Richter.
Reporter złapał za swój aparat i stanął przy wizjerze od strony Vernharda. Palmer dołączył do nich i we trójkę wypatrywali czegokolwiek, co mogło być jakąś budowlą. Jak tylko pojazd przechylił się lekko na prawą stronę, zobaczyli ją jednocześnie.
Budowla była częściowo zasypana przez potężne zaspy. Jej główną konstrukcję stanowiła wielka kopuła, od której odchodziły dwa tunele. Jeden łączył się z dwukrotnie mniejszym kopulastym obiektem, drugi prowadził do jeszcze mniejszego budynku o prostokątnym kształcie. Przy głównej konstrukcji wznosiła się oświetlona wieża satelity.
– Co tutaj dokładnie robicie? – zadał pytanie Richter.
– Współpracujemy z korporacją Terra, która zajmuje się terraformacją planet – wyjaśnił Palmer. – Naszym zadaniem jest uprzednio dokonanie wszelkich możliwych badań oraz przygotowanie planet do budowy większych konstrukcji. Temu służy ten kompleks. Każde badanie czy znalezisko stanowi ważną część w terraformowaniu. Na ich podstawie korporacja Terra tworzy kolonie, przystosowane do nawet surowych warunków, a także wie, jaki ma wprowadzić program do procesorów atmosferycznych. Potem takie cudeńka zmieniają skład atmosfery na tyle, aby człowiek mógł bezpiecznie oddychać. Jest to żmudny i długotrwały proces, ale opłacalny.
Statek wykonał pełny krąg nad stacją, po czym obniżył lot i zawisł nad mniejszą kopułą. Jej dach rozsunął się na boki, ukazując wnętrze lądowiska. Piloci lądowali stopniowo, bez pośpiechu, ponieważ wiatr mógł w każdej chwili szarpnąć stateczkiem, co prowadziłoby do katastrofy. Kiedy w końcu osiadł twardo na płycie lądowiska, dach budynku zamknął się na powrót. Silniki umilkły, a obaj piloci opuścili swoje miejsca. Ten w czapce zerknął na pasażerów i się uśmiechnął.
– No to jesteśmy na miejscu – oznajmił, po czym popatrzył na Vernharda. – Przepraszam, że lot był niewygodny, ale latanie przy silnym wietrze zawsze takie jest.
Vernhard spróbował się uśmiechnąć, ale żołądek zaczął podchodzić mu do gardła.
– W porządku – zdołał wykrztusić. – Świetnie się pan spisał.
Pilot uścisnął mu dłoń.
– Jestem Rick Holiday, a to George Robinson. – Wskazał na kolegę za swoimi plecami. – Myślę, że możemy już bezpiecznie wysiąść. Wentylacja na pewno oczyściła już powietrze hangaru z nieprzyjemnych składników atmosfery.
Palmer się zaśmiał, a Robinson otworzył właz promu. Kiedy Vernhard opuścił pokład, nie wytrzymał. Prędko odszedł na bok, zgiął się wpół i zwymiotował na płytę lądowiska. Potem, wycierając usta chusteczką, wyprostował się w sam raz, by zobaczyć dwóch ludzi, którzy weszli do hangaru. Jeden z nich był starszawym, łysiejącym mężczyzną z siwą brodą i w nałożonym białym kitlu. Drugi, zdecydowanie młodszy, nosił na sobie szary, zadbany kombinezon roboczy. Miał krótkie kasztanowe włosy i nieco wysunięte kości policzkowe. Obaj podeszli do piątki podróżnych i ten młodszy uścisnął najpierw dłoń Palmerowi.
– Cieszę się, że już jesteście – oznajmił zadowolony. – Miło znów pana widzieć, panie Palmer.
– I nawzajem – odparł grzecznie przedstawiciel korporacji.
Następnie Palmer przywitał się ze starszym mężczyzną w kitlu. Tymczasem młodszy zwrócił się do Vernharda:
– Pan zapewne jest tym ksenologiem, o którym słyszeliśmy? – zagadnął. – Nazywam się Trevor Smith. Prowadzę to miejsce. Mam nadzieję, że lot miał pan spokojny.
– Paul Vernhard. – Profesor się przywitał, licząc na to, że nie byli świadkami, jak wymiotował na podłogę, w przeciwnym razie pierwsze wrażenie szlag trafi. – Co do lotu, nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobały takie podróże. W zasadzie nigdy ich nie lubiłem.
Podszedł do nich mężczyzna w kitlu. Energicznie wyciągnął rękę do Vernharda i silnie nią potrząsnął. Wydawał się czymś podekscytowany.
– Profesor Albert Schneider, człowiek nauki i odkrywca nieznanego.
Jego słowa ich rozbawiły. Schneider, niespeszony, mówił dalej:
– Wspaniale, że już tu jesteście, naprawdę wspaniale! Aż palę się, żeby panu pokazać, co udało nam się osiągnąć. Specjalizuję się w genetyce, fizyce i chemii. Chciałbym już poznać opinię eksperta.
– Albert, dopiero co przylecieli – wtrącił Smith. – Pan Vernhard na pewno jest zmęczony podróżą i chciałby coś zjeść, zanim zbada wrak.
Schneider uśmiechnął się zdegustowany, ale skinął głową na zgodę.
– Niemiec? – zagadnął Vernhard, aby zmienić temat.
– Austriak – odparł naukowiec. – Bez specjalnej i fascynującej historii mojego rodowodu. Matka była Szwedką.
Vernhard odwzajemnił uśmiech. Naukowiec wyglądał na sympatycznego staruszka. Holiday, niosąc ciężkie torby, zaczął prowadzić Palmera i Richtera w stronę wyjścia. Smith gestem wskazał, aby podążyć za nimi.
– Proszę czuć się jak u siebie, profesorze. Witamy na Karamis dwa.