Ponizej Zera - ebook
Zima na Antarktydzie nie wybacza błędów. Stacja badawcza „Aurora” zostaje całkowicie odcięta od świata przez potężną burzę magnetyczną i huragan. Nieliczna załoga zostaje uwięziona w stalowej puszce przy temperaturze minus sześćdziesięciu stopni Celsjusza. Kiedy w zamkniętej od zewnątrz chłodni zostają znalezione zamarznięte zwłoki geologa, doktor Ewa Kamińska dokonuje wstrząsającego odkrycia – to brutalne morderstwo, a zabójca wciąż jest wśród nich
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 901 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wiatr uderzał w zewnętrzne poszycie stacji badawczej „Aurora” z jednostajnym, ogłuszającym rykiem. Brzmiało to tak, jakby stalowa konstrukcja znajdowała się w gardle ogromnej, wściekłej bestii, która lada moment zaciśnie szczęki.
Doktor Ewa Kamińska otworzyła oczy i wpatrywała się w sufit swojej ciasnej, bezokiennej kajuty. Syntetyczne, białe światło lampy jarzeniowej nad pryczą bezlitośnie obnażało każdą rysę na metalowych panelach. Zegarek na jej nadgarstku wskazywał 06:15. Poranek, choć to słowo na Antarktydzie dawno straciło swoje pierwotne znaczenie. Słońce od kilku dni ledwie muskało horyzont, by zaraz potem zatonąć w ołowianych chmurach, a teraz, u progu nocy polarnej, świat za grubymi na kilkanaście centymetrów szybami z pleksiglasu pogrążał się w niekończącym się, atramentowym mroku.
Ewa powoli usiadła, krzyżując ramiona na piersi. Nawet tutaj, w ogrzewanym sektorze mieszkalnym, czuła pełzający po podłodze chłód. Termometry na zewnątrz stacji wskazywały minus sześćdziesiąt stopni Celsjusza. Temperatura, w której ludzkie ciało poddaje się w kilka minut. Skóra pęka, płyny ustrojowe zamarzają, a płuca odmawiają posłuszeństwa, rozrywane przez krystalizujące się w nich powietrze. Ewa, z wykształcenia lekarz medycyny ratunkowej, doskonale znała fizjologię śmierci z wychłodzenia. Zbyt doskonale.
Sześć miesięcy, pomyślała, pocierając zmęczone oczy. Sześć miesięcy w tej stalowej puszce, odcięci od reszty planety. Idealne miejsce na pokutę.
Wstała, naciągając na siebie gruby, wełniany sweter. Nie miała ochoty na towarzystwo, ale rutyna była jedynym, co trzymało ich z dala od szaleństwa. Poranny apel w mesie był świętością kapitana Nowaka.
Kiedy Ewa pchnęła ciężkie, hermetyczne drzwi swojej kajuty i weszła na główny korytarz, uderzył ją zapach taniej kawy i ozonu z pracujących systemów recyrkulacji powietrza. Korytarz był wąski, przypominał wnętrze łodzi podwodnej, a każdy krok odbijał się głuchym echem od metalowej podłogi.
Weszła do mesy. Oświetlenie tutaj było nieco cieplejsze, imitujące poranne słońce, co miało oszukiwać ich rytm dobowy. Przy długim, przykręconym do podłogi stole siedziała już większość załogi. Borys Sokołow, potężnie zbudowany inżynier o dłoniach wielkości bochenków chleba, z ponurą miną pochłaniał jajecznicę z proszku. Obok niego, wyraźnie zgarbiony i z cieniami pod oczami, siedział Filip. Informatyk wpatrywał się w ekran swojego tabletu, machinalnie przeżuwając sucharka. Na drugim końcu stołu Anna Zawadzka, najmłodsza w ekipie biolog, nerwowo skubała skórki przy paznokciach, wpatrując się w czarny ekran monitora podwieszonego pod sufitem, który normalnie wyświetlał obraz z kamer zewnętrznych. Teraz był tylko zlepkiem szarych szumów.
– Burza magnetyczna znowu położyła nam łączność? – rzuciła Ewa, nalewając sobie kawy z termosu. Jej głos brzmiał sucho, niemal szorstko.
Filip podniósł wzrok znad tabletu. Jego oczy były czerwone. – Gorzej. Wiatr zerwał główny kabel od anteny na dachu modułu C. Przez całą noc słyszałem, jak coś uderza o poszycie przy śluzie. Myślałem, że to kawałki lodu, ale system pokazuje utratę sygnału. Jesteśmy głusi i ślepi. Zgłoszenie tego do bazy na wybrzeżu poczeka, aż ten huragan zelżeje.
– Jeśli w ogóle zelżeje – mruknął Borys, nie podnosząc wzroku znad talerza. – System grzewczy pracuje na dziewięćdziesięciu procentach. Generator pożera paliwo jak wściekły. Z taką temperaturą na zewnątrz nawet nasze rury mogą zacząć pękać, jeśli chociaż na godzinę spadnie ciśnienie.
Zanim Ewa zdążyła odpowiedzieć, do mesy wszedł kapitan Nowak. Był mężczyzną po pięćdziesiątce, o siwiejących, krótko ściętych włosach i twarzy pooranej głębokimi zmarszczkami – pamiątkami po dekadach spędzonych w najsurowszych rejonach świata. Miał na sobie polar polowy, a w dłoni trzymał gruby plik wydruków diagnostycznych. Zawsze emanował chłodnym, wojskowym autorytetem.
– Dzień dobry – powiedział Nowak, stając na szczycie stołu. Zlustrował zebranych wzrokiem. Jego brwi natychmiast zmarszczyły się w gęstą linię. – Gdzie jest Tomasz?
Zapadła ciężka cisza. Wiatr za ścianami zdawał się na moment przybrać na sile.
Anna rozejrzała się nerwowo, zaciskając dłonie na kubku. – Myślałam... myślałam, że jeszcze śpi. Wczoraj wieczorem siedział długo w swoim laboratorium. Mówił coś o kalibracji rdzeni lodowych. Był bardzo pobudzony, prawie w ogóle się nie odzywał w trakcie kolacji.
Nowak westchnął ciężko i sięgnął po ścienny interkom. Wcisnął przycisk z numerem kajuty geologa. – Tomek, tu Nowak. Rusz tyłek, mamy odprawę. Osiem minut spóźnienia.
Głośnik odpowiedział tylko cichym, statycznym trzaskiem. Nowak spróbował ponownie, tym razem wzywając laboratorium geologiczne. Ten sam rezultat. Kapitan odwrócił się do Ewy. Ich spojrzenia się skrzyżowały, a między nimi przemknęło nieme zrozumienie. Na Antarktydzie nikt nie spóźnia się bez powodu, a ignorowanie wezwań dowódcy oznaczało jedno z dwojga: awarię systemu lub kłopoty.
– Filip, sprawdź logi z systemów bezpieczeństwa. Kiedy ostatni raz karta Tomasza odbiła się w czytniku? – rzucił Nowak, ruszając już w stronę drzwi. – Ewa, idziesz ze mną do jego kajuty.
Nie podoba mi się to, przemknęło Ewie przez myśl, gdy odstawiła nietkniętą kawę. Wczoraj wyglądał jak człowiek, który zobaczył ducha. Cokolwiek znalazł w tych swoich odwiertach, pochłaniało go bez reszty.
Szli szybko metalowym korytarzem. Drzwi do kajuty Tomasza były zamknięte, ale panel jarzył się na zielono, co oznaczało, że nie zostały zaryglowane od wewnątrz. Nowak pchnął je bez wahania. Wnętrze uderzyło ich stęchłym zapachem potu i kawy. Łóżko było idealnie pościelone – nikt w nim minionej nocy nie spał. Na biurku panował chaos: rozrzucone wykresy sejsmiczne, otwarty, wygaszony laptop, obok na wpół wypity kubek z brunatną cieczą.
Głos Filipa zaszczekał w krótkofalówce przy pasku kapitana: – Kapitanie... system logowania pokazuje, że Tomasz opuścił główny moduł wczoraj o 23:15. Wszedł do śluzy powietrznej numer jeden.
Ewa poczuła, jak lodowaty dreszcz przesuwa się wzdłuż jej kręgosłupa, ignorując gruby sweter. – Śluza? Po co miałby wychodzić na zewnątrz w trakcie takiej burzy? To samobójstwo.
– Filip, czy on wrócił? – zapytał ostro Nowak, ignorując pytanie lekarki.
– Nie ma logowania powrotnego, kapitanie. Ale czujniki przy zewnętrznym magazynie żywności zarejestrowały spadek napięcia na zamku cyfrowym około północy. To sto metrów od śluzy. Może poszedł po zapasy i tam utknął?
Nowak odwrócił się do Ewy. Jego twarz była napięta, szczęki zaciśnięte tak mocno, że bielały mu knykcie. – Jeśli jest w głównej chłodni od północy i nie działa tam ogrzewanie modułowe...
– Mamy przed sobą martwego człowieka – dokończyła Ewa z klinicznym, pozbawionym emocji chłodem, który zawsze na siebie nakładała w sytuacjach kryzysowych. Mechanizm obronny. Wyparcie. – W chłodni magazynowej bazowa temperatura to minus dwadzieścia, ale bez dodatkowego zasilania przy tej pogodzie spadnie do temperatury otoczenia w ciągu dwóch godzin.
– Ubieramy się – rzucił krótko Nowak. – Skafandry typu A, pełna asekuracja termiczna i liny. Widzimy się w śluzie za pięć minut.
Pięć minut później Ewa stała w śluzie powietrznej, czując na sobie ciężar ponad dwudziestu kilogramów sprzętu. Kombinezon ciśnieniowy, zasilany z małych baterii umieszczonych na pasie, lekko pulsował, rozprowadzając ciepło wzdłuż jej kończyn. Na głowie miała gruby hełm z goglami termicznymi, w rękawicach z domieszką kevlaru ledwie mogła zgiąć palce. Nowak stał obok, przypinając gruby, stalowy karabińczyk do uprzęży na jej klatce piersiowej. Drugi koniec żółtej, syntetycznej liny przypiął do siebie.
– Pięćdziesiąt metrów w linii prostej do magazynu! – krzyknął Nowak, żeby przebić się przez szum pomp odsysających powietrze ze śluzy. – Trzymasz się blisko! Jeśli coś pójdzie nie tak, szarpiesz linę dwa razy i wracamy! Zrozumiano, doktor Kamińska?!
– Zrozumiano! – odkrzyknęła.
Czerwone światło ostrzegawcze zamigotało, po czym zmieniło kolor na zielony. Potężne stalowe wrota zewnętrzne powoli przesunęły się z sykiem hydrauliki.
Natura uderzyła w nich natychmiast, z brutalnością fizycznego ciosu. Ewa zachwiała się, gdy huraganowy wiatr uderzył w jej klatkę piersiową, grożąc przewróceniem na plecy. Świat przed nią nie istniał. Był tylko wirujący, biało-szary chaos, ściana pędzącego z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę lodu, który brzmiał jak startujący odrzutowiec. Widoczność spadała do zaledwie metra. Gdyby nie napięta lina, łącząca ją z sylwetką Nowaka, zgubiłaby się po kilku sekundach.
Ruszyli przed siebie. Każdy krok wymagał nieludzkiego wysiłku, zapierania się butami o oblodzony grunt, wbijania kolców w zamarzniętą skałę. Mróz przenikał przez warstwy izolacji, kąsając skórę na twarzy tam, gdzie maska nie przylegała idealnie. Ewa słyszała tylko własny, nierówny oddech w komunikatorze i ogłuszający ryk zamieci. Pięćdziesiąt metrów wydawało się dystansem maratońskim.
Nagle lina napięła się mocno. Nowak zatrzymał się. Ewa dopadła do niego, stając niemal ramię w ramię. Wyłaniający się z zamieci masywny, przypominający wojskowy bunkier kształt był zewnętrznym magazynem żywności – chłodnią.
Kapitan zapalił potężną latarkę taktyczną przymocowaną do ramienia, snop światła z trudem przecinał zamieć. Oświetlił grubą pokrywę śnieżną przed podwójnymi, stalowymi drzwiami magazynu.
Ewa zmrużyła oczy pod goglami. Jej serce zaczęło bić szybciej, gdy dostrzegła to, co zafascynowało Nowaka.
W gęstym, szybko nawiewanym śniegu, częściowo już zasypane, widniały wyraźne ślady potężnych butów arktycznych. Głębokie wyrwy w białym puchu.
– Widzisz to?! – głos Nowaka zatrzeszczał w jej słuchawce. Kapitan wskazał rękawicą na ziemię. – Wszedł do środka! Ślady prowadzą prosto pod drzwi!
Ewa podeszła bliżej, walcząc z wiatrem. Przeanalizowała ścieżkę. Faktycznie. Odkształcenia w śniegu układały się w idealną linię prowadzącą od strony bazy prosto do stalowych wrót. Jednak po chwili poczuła nieprzyjemny uścisk w żołądku. Jej analityczny umysł lekarza wychwycił anomalię, absurd sytuacji.
– Kapitanie! – krzyknęła do mikrofonu, kucając przy śladach, tuż pod drzwiami. – One prowadzą tylko w jedną stronę! Nie ma śladów powrotnych! Jeśli wszedł, to wciąż tam jest!
Nowak dopadł do drzwi i chwycił za potężną, stalową klamkę. Szarpnął z całej siły. Ani drgnęło.
Światło jego latarki przesunęło się w dół, na wysokości pasa. Ewa wstrzymała oddech.
Przez grube uszy przyspawane do lewego i prawego skrzydła wrót przeciągnięta była masywna, tytanowa kłódka przemysłowa. Była zatrzaśnięta na głucho. Pokrywał ją szron, a otwór na klucz był częściowo zalepiony lodem.
Ewa wpatrywała się w kłódkę z absolutnym niezrozumieniem. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, próbując pogodzić sprzeczne informacje. Ślady w śniegu wskazywały bez cienia wątpliwości, że ktoś podszedł do drzwi i wszedł do środka. Ale kłódka była na zewnątrz. Zamknięta z zewnątrz. Niemożliwe jest zatrzaśnięcie zewnętrznej kłódki, będąc w środku. A nikt stąd nie wyszedł. Śnieg był wokół idealnie gładki, poza jedną, pojedynczą linią kroków w stronę magazynu.
– Co do cholery... – zaklął Nowak w komunikatorze. Opuścił dłonie, patrząc to na zamek, to na Ewę. – Zamknięte od zewnątrz. Jak on...
Nie dokończył. Odepchnął się od drzwi i sięgnął do ciężkiej torby narzędziowej, którą miał przypiętą do uda. Wyciągnął przenośną, zasilaną z akumulatora szlifierkę kątową z grubą tarczą do cięcia metalu – sprzęt ratunkowy, który zawsze zabierali przy wyjściach na wypadek zaklinowania się włazów od lodu.
– Odsuń się! – rozkazał, odpalając urządzenie.
Ewa cofnęła się o krok. Wysoki pisk obracającej się z ogromną prędkością tarczy przebił się nawet przez wycie huraganu. Nowak przyłożył ostrze do stalowego pałąka kłódki. Snop pomarańczowych i białych iskier wystrzelił w powietrze, natychmiast gasnąc w lodowatej zamieci. Zapach palonego metalu dotarł do nozdrzy Ewy nawet przez filtry powietrza w jej hełmie.
Cięcie trwało długie minuty. Tytan stawiał potężny opór, a ręce Nowaka trzęsły się z wysiłku i mrozu. Wreszcie rozległ się głośny trzask. Gruba stal pękła. Nowak odrzucił dymiącą szlifierkę na śnieg, złapał rozżarzoną kłódkę przez grubą rękawicę i rzucił ją w bok.
– Gotowa?! – krzyknął, łapiąc za obie połówki drzwi.
Ewa skinęła głową, przełykając ślinę, która nagle wydała jej się przypominać gęsty piasek.
Kapitan szarpnął. Ciężkie zawiasy jęknęły rozpaczliwie, krusząc nawis lodu, i wrota otworzyły się na zewnątrz.
Z wnętrza chłodni buchnęło jeszcze gorsze zimno, niosące ze sobą specyficzny zapach przemrożonego mięsa i surowych warzyw zdeponowanych tu na czas nocy polarnej. Nowak skierował snop latarki w głąb pomieszczenia o powierzchni małego garażu.
Początkowo widzieli tylko rzędy stalowych półek, wypełnionych drewnianymi skrzyniami i aluminiowymi pojemnikami. Wiatr zaczął nawiewać śnieg do środka, tworząc białe wiry na betonowej podłodze.
Snop światła przesunął się na sam koniec magazynu, między dwie wieże skrzyń z zaopatrzeniem. Światło zatrzymało się.
Ewa poczuła, jak grunt usuwa jej się spod stóp, a krew pulsuje w skroniach tępym, rytmicznym bólem.
Pod ścianą siedział Tomasz.
Miał na sobie jedynie lekki, wewnętrzny strój roboczy – szare spodnie dresowe i rozpiętą koszulę flanelową. Żadnej kurtki. Żadnych gogli. Nawet rękawic. Jego skóra miała upiorny, woskowo-biały odcień z głębokimi, granatowymi plamami wybroczyn na odsłoniętych ramionach i szyi. Oczy geologa były szeroko otwarte, wpatrzone w puste przestrzenie magazynu. Źrenice całkowicie rozszerzone. Na rzęsach i brwiach osiadł gruby, krystaliczny szron, przypominający makabryczną koronę z lodu.
Zamarzł na kość. Jego ciało, poskręcane w nienaturalnej, embrionalnej pozycji z ramionami wzniesionymi do góry – jakby w ostatnich sekundach życia próbował zasłonić się przed niewidzialnym wrogiem – stanowiło groteskowy pomnik w tej lodowej krypcie.
Ewa wpatrywała się w otwarte wrota, w leżącą na śniegu kłódkę, w brak śladów ucieczki i w końcu w martwe ciało. Jej umysł krzyczał. To przeczyło prawom fizyki. Przeczyło logice.
Ktoś – lub coś – weszło do chłodni razem z nim, zostawiając ślady. Zostawiło go na pewną śmierć, zamknęło masywne drzwi od zewnątrz na zatrzaskową kłódkę... a potem zniknęło bez śladu, rozpływając się w antarktycznej zamieci.
– Boże wszechmogący – usłyszała w słuchawce ochrypły szept kapitana Nowaka, który wolno opuścił latarkę.
Rozpoczynała się noc polarna. A śmierć właśnie zapukała do ich drzwi.ROZDZIAŁ DRUGI
Metalowy blat stołu sekcyjnego przeraźliwie zgrzytnął, gdy Ewa z trudem odwróciła zesztywniałe ciało Tomasza na plecy. Dźwięk ten, przypominający tarcie kamienia o stal, odbił się od sterylnych, wyłożonych białymi kafelkami ścian ambulatorium. Lampa bezcieniowa, zawieszona tuż nad stołem, rzucała nienaturalnie ostre, kliniczne światło, które wydobywało z mroku każdy, nawet najbardziej makabryczny detal.
W pomieszczeniu unosił się słodkawo-metaliczny zapach topniejącego lodu wymieszany z wonią płynu odkażającego i potu. Krople wody, powstające z roztapiającego się szronu pokrywającego ubranie i włosy geologa, z głuchym pluskiem uderzały o stalową rynnę odpływową stołu. Plask. Plask. Dźwięk ten odmierzał czas niczym upiorny metronom.