POPEŁNIŁEM FLIRT - ebook
Spotykasz ludzi z zupełnie różnych światów — ktoś kręci filmy, ktoś był w wojsku, ktoś składał śluby przed Bogiem — i nagle każdy z nich potrafi wywrócić twoje życie do góry nogami. Pierwsze dotknięcia, niepewne pocałunki i napięcia, których nie da się zignorować, mieszają się z humorem, absurdami codzienności i gorzką lekcją, że miłość nie zawsze przychodzi wprost… ale czasem zostawia ślad, którego nie da się zapomnieć. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-480-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
— A może podoba ci się Jack?
— Dlaczego miałby mi się podobać Jack, przecież to chłopak? — zapytałem.
— Bo masz zeszyt cały zapisany jego imieniem.
Moja ciotka od lat patrzyła na mnie podejrzliwie. I zresztą nadal tak patrzy.
Ja natomiast rozpocząłem rozwiązywanie umysłowej łamigłówki, zastanawiając się, czy rzeczywiście patrzę na niego tak, jak powinienem przecież patrzeć na Rose.
Zadawałem sobie pytanie: czy miałem obowiązek spoglądania jedynie na kobiety, czy może rozmyślanie o mężczyznach, to jednak nic złego? Nie było to jeszcze dla mnie jasne. Miałem raptem osiem lat.
Jednak już wtedy wiedziałem, co filmowa para robi w tym zaparowanym Renault CB Coupe de Ville, tuż pod dolnym pokładem i że na pewno nie było to ogrzewanie zmarzniętej Rose, jak mi tłumaczyła później moja mama. Z pewnością oboje wykorzystali odpowiednią do tego „naturalną grzałkę” należącą do Jacka.
Ten fragment zapadł mi w pamięć i uruchomił proces trwający przez następne lata — szukanie odpowiedzi na to, kim był dla mnie Jack. Nie zapominajmy też o egoizmie panny DeWitt Bukater, która uznała, że rozciągnie się samotnie na dwumetrowych drzwiach, mogących spokojnie pomieścić trzy osoby.
Z pewnością każdy ma swój własny, osobisty wyzwalacz seksualności i to był właśnie mój — Jack Dawson stał się moim pierwszym crushem. I pierwszym, który umarł.
Zacząłem dostrzegać atrakcyjność w chłopakach. Czułem do nich dziwny pociąg, którego nie potrafiłem nazwać — i który z czasem stawał się coraz silniejszy.
Dziewczyny też mi się podobały. Z tym że one wydawały się bardziej dostępne, niemal dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Przy każdym spotkaniu rodzinnym — na święta, urodziny czy inne okazje — zawsze słyszałem to samo zdanie: „I jak tam, Mateuszku, masz jakąś pannę na oku?”. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc odpowiadałem, że jeszcze żadna mnie nie zainteresowała.
Któregoś dnia rozmyślałem nad tym, aby zapytać moją matkę, czy mogą mi się podobać również chłopcy. Czy jest to w ogóle możliwe, że mógłbym mieć chłopaka, zważywszy na to, że wszyscy dookoła wiążą się z płcią przeciwną. Czy ja mogę być inny? Przede wszystkim chciałem wiedzieć, czy jest to zdrowe i normalne. Jednak nie odważyłem się zadać tego pytania. Może ze strachu, a może przez to, co działo się w domu.
Miałem tylko matkę, gdyż ojciec zniknął. Ba, nawet się nie pojawił. Zrobił angielskie wyjście jeszcze przed moimi narodzinami, jak to mi tłumaczyła od najmłodszych lat.
— Nie pytaj mnie o niego, czemu cię to w ogóle interesuje? Weź się lepiej za lekcje — kwitowała każde następne pytanie o ojca.
Nurtował mnie fakt, że każdy z mojej klasy miał tatę, a ja jedynie absztyfikanta matki, którego nie mogłem nawet określić mianem ojczyma. Zresztą nie chciałem.
Odkąd pamiętam, czułem do niego niewyobrażalną niechęć.
Jędrzej — albo Łysy, jak nazywało go najbliższe otoczenie — także nie pałał do mnie rodzinną sympatią. Wręcz przeciwnie.
— Może ten mały pedał w końcu coś zrobi? — Był pierwszą osobą, od której usłyszałem to określenie, nie wiedząc jeszcze, co ono oznacza.
Myślałem, że obraża mnie, nazywając częścią roweru. Bo w końcu stawiało się na niej but, a ja często czułem się jak deptany różnymi epitetami, których na ogół jeszcze nie rozumiałem.
Widziałem również, jak traktuje moją matkę. Słyszałem kłótnie, kolejne obelgi wystrzeliwane w jej stronę, które często zawierały moje imię.
— Wziąłem cię razem z twoim jebanym bachorem! — usłyszałem pewnego razu.
Nie wiedziałem, dlaczego tak mnie nienawidzi. Nawet dziecko jest w stanie wyczuć czyjąś niechęć. Nic mu przecież nie zrobiłem.
Pewnego czerwcowego dnia pojechałem razem z dziadkami na działkę. Telefony komórkowe były jeszcze rzadkością i nie można się było z nami skontaktować. Kiedy wróciliśmy do domu dziadków, zastaliśmy tam moją mamę. Całą posiniaczoną, z purpurową plamą tuż pod lewym okiem.
Wytłumaczyła to jak każda kobieta, która pada ofiarą przemocy domowej: „Przewróciłam się, nic mi nie jest”. Kuśtykała przy tym z salonu do kuchni.
Wiedziałem, co się stało. Że nie był to rezultat upadku, tylko agresji Jędrzeja — i jego upodobania do podnoszenia ręki na kobiety.
Jednakże wszelkie starania zostały zamiecione pod dywan, bo — jak to podsumował mój dziadek, również entuzjasta twierdzenia, że „miejsce baby jest przy garach” — najwidoczniej zasłużyła.
To było jak dorzucenie drewna do ogniska nienawiści, jaką czułem do Łysego. Czekałem na moment, w którym pojawią się płomienie, żebym mógł spalić paraliżujący strach tkwiący we mnie. Potrzebowałem tylko większej odwagi — i tego, by być trochę starszym.
Obawiałem się „potknięcia”, jak w przypadku mojej matki, jednak z bardziej drastycznym finałem.
Widząc, że moja mama wybrała udawanie szczęśliwego domu, zdecydowałem, że skoro nie mam na nic wpływu, zrobię to samo. Wybrałem pozorną obojętność, która po części zamknęła przede mną tak zwaną „dziecięcą radość” ze świąt Bożego Narodzenia, Dnia Dziecka czy nawet urodzin.
Uwagę skupiłem jednak na tym, czy mogę być atrakcyjny dla chłopaków, i na postrzeganiu siebie jako osoby psychicznie zdrowej.
— Mamo, mogę o coś zapytać?
— O co?
— Kim jest gej? — usłyszałem to określenie w jednym z filmów, który leciał właśnie w telewizji.
— Skąd to pytanie? — odburknęła.
— No ona tak nazwała tego faceta, o którym opowiadała — wskazałem palcem aktorkę na ekranie telewizora.
— Nie zadawaj mi głupich pytań, czas spać — odpowiedziała, ignorując mój problem.
Skoro było to durne pytanie, tym bardziej musiałem znać na nie odpowiedź. Cóż, dziecięca ciekawość bardzo mi pasowała. Lubiłem durne pytania, zwłaszcza gdy ktoś nie chciał mi na nie odpowiedzieć. Zawsze czułem w tym drugie dno, co jeszcze bardziej mnie intrygowało. Zastanawiałem się intensywnie, dlaczego odprawia się mnie z kwitkiem.
Z drugiej strony takie ignorowanie moich pytań — nawet najzwyklejszych i codziennych — mobilizowało mnie do szukania odpowiedzi na własną rękę.
Jako dziecko uwielbiałem słodycze. Nie raz i nie dwa, dostawałem niezłe manto za doszczętne splądrowanie barku, gdzie trzymano słodkości.
Namiętność do łakoci była tak perfidna, że babciną choinkę, po brzegi wypełnioną pysznymi, wiszącymi czekoladowymi cukierkami, objadłem w jeden wieczór.
Mając jednak na uwadze rodzinne doświadczenie w zamiataniu brudów i zacieraniu śladów, zastąpiłem zawartość sreberek plasteliną, którą pewnej nocy poczęstowała się moja babcia, gdy akurat naszła ją ochota na słodkie. W najgorszym razie musiałaby oddać protezę do czyszczenia, jednak do tego nie doszło. A ja kolejny raz dostałem i cięgi, i kilkudniowy zakaz otwierania barku, który swoim głośnym i specyficznym dźwiękiem obwieszczał domownikom, że się do niego dobieram.
Któregoś razu, przeszukując cały dom, który wyprzątnięty został ze wszystkich słodyczy, natknąłem się na intrygujące znalezisko. Było to pierwsze porno, jakie ujrzały moje oczy — bezspornie należące do Łysego.
Bez wątpienia zdarzyło mi się zerknąć na zakazane programy, które leciały po północy, jednak niczego interesującego dla mnie w nich nie było. Widziałem jedynie kobietę skaczącą po mężczyźnie, krzyczącą z jakiegoś nieznanego powodu. Co prawda wiedziałem, czym jest seks, ale nie byłem świadomy, na czym dokładnie polega. W którą „dziurę” wkłada się penisa i jak głęboko. Można oczywiście w obie, ale wszystko to było jeszcze przede mną. W końcu jednak uzupełniłem wiedzę.
Była to kaseta VHS, na okładce której znajdowali się dwaj mężczyźni i jedna kobieta. _O, to można kogoś zaprosić_ — pomyślałem. Wyciągnąwszy kasetę, podniosłem książeczkę, która spadła na ziemię. Była wypełniona fotografiami z rozmaitymi pozycjami, łącznie z informacją, że można wsadzić w każdą poniższą „nieszczelność”. Ciekawe, czy Łysy z matką też kogoś czasami zapraszają — zacząłem gdybać. Na pewno baczniej przyglądałem się ich znajomym, którzy nas odwiedzali w weekendy, kombinując, że za każdym razem, kiedy już wygonią mnie do łóżka, mogą robić to, co tamta trójka na okładce kasety.
Kilka dni później, korzystając z tego, że, jak to często bywało, zostałem sam w domu, postanowiłem pójść o krok dalej i zapoznać się z zawartością nagrania. Włączyłem odtwarzacz i wpadłem w osłupienie; siedziałem bez ruchu, z otwartymi ustami. Po raz pierwszy widziałem nagich ludzi, zwłaszcza w takiej sytuacji. Pierwsze w życiu porno, w dodatku grupowe — a moją uwagę przyciągnęli jedynie mężczyźni. Z ciekawością obserwowałem, co robią, jak się dotykają, jak posługują się swoimi „narządami”, które przynajmniej wtedy, według mnie, wydawały się olbrzymie i trochę obrzydliwe. _Ciekawe, czy każdy ma taki sam rozmiar_ — przechodziło mi przez głowę. Nie rozumiałem jednak, co do siebie krzyczeli. Całość była wyprodukowana za zachodnią granicą, więc „mów do mnie brzydko po niemiecku” miało dla mnie swoją premierę.
Moja ciekawość rosła nie tylko w odniesieniu do wielkości penisów i pytania, czy kiedy dorosnę, także będę posiadaczem tak imponującego przyrodzenia. Coraz bardziej nurtowała mnie również kwestia kierunku moich zainteresowań płciowych. Raczej myślałem o rozmaitych facetach. Parę lat później moja pierwsza polucja była rezultatem rozmyślania o nagim torsie Marka Wahlberga.
W domu spotykałem się z ignorancją, a szkoła również nie należała do łatwych i bezpiecznych miejsc. Można powiedzieć, że trafiałem z deszczu pod rynnę.
— Ej, uszaty, lubisz ciągnąć druta? — krzyknął jeden z tak zwanych sportowców.
— Co?
— Ciągnąć druta, bo jesteś pedziem — dodał, po czym cała jego gromadka wybuchła śmiechem.
— Nie, nie lubię — odpowiedziałem, nie wiedząc nawet, co to oznacza.
I nie była to pierwsza tego typu szkolna sytuacja. Co prawda, z niektórymi osobami koleguję się do dziś, z innymi wymieniamy się serdecznościami w social mediach, jednak wtedy był to koszmar.
Od samego początku łatwiej było mi dogadywać się z dziewczynami, co szybko stało się powodem kpin ze strony płci męskiej — wtedy jeszcze chłopięcej. Nie miałem ani jednego szkolnego kumpla. A jeśli jakiś się pojawiał, niemal od razu przechodził na ciemną stronę mocy, zadając się z tymi, dla których byłem jedynie workiem treningowym.
Zdarzały się też szkolne koleżanki, które — widząc moją słabość — rzekomo brały mnie pod swoje skrzydła, oferując przyjaźń, by chwilę później wystrzelić we mnie nienawiścią. Zawsze były blisko. Rozmawiały ze mną na przerwach, niby stawały w mojej obronie, gdy ktoś rzucał obelgami. A jednak za moimi plecami to one śmiały się najgłośniej. W grupie zapewniały, że są po mojej stronie, by po cichu znaleźć sposób, jak wyładować na mnie własne frustracje.
Nigdy nie zapomnę samotności, którą czułem każdej jesieni, na początku roku szkolnego — świadomości, że znów czeka mnie kolejny etap nieustającej walki o akceptację, szacunek, poczucie przynależności i po prostu przetrwanie. Zapadałem wtedy w coś na kształt mentalnej śpiączki, modląc się, by ten rok minął jak najszybciej.
Przez lata byłem obserwatorem, zbierałem okruchy wiedzy dotyczące seksualności i gromadziłem je w pamięci. Cały czas wyczekiwałem jednak okazji do wykorzystania ich w praktyce. Tylko co się wtedy tak naprawdę stanie? — rozmyślałem.
Rok dwa tysiące czwarty, sierpień. Olimpiada w Atenach.
— Jedziemy do Zwierzynka — oznajmiła moja matka.
W Zwierzynku, wiosce położonej nieopodal Stargardu (dawniej Stargardu Szczecińskiego), swój letni dom miała jedna z jej przyjaciółek — Anka.
— Będzie tam Przemek, więc nie grozi ci nuda — dodała.
Kilka dni później byliśmy już na miejscu, a ja rozkoszowałem się zapachem siana i lasu, melodyjnym wokalem okolicznych ptaków, połączonym z błogą ciszą z dala od miejskiego zgiełku i ciągłego pierdolenia Łysego tuż za plecami.
— Przemek! — krzyknęła Anka. — Zaraz pewnie przyjdzie, poszedł po ręczniki.
Dom, będący wówczas w trakcie remontu, pamiętał jeszcze czasy sprzed Hitlera. Na podłogach wykładzina, która dwoiła się i troiła, aby ukryć stary, sfatygowany parkiet, idealnie pasowała do zapachu, będącego mieszanką wapna ściennego, połączonego wonią świeżego, wiejskiego kopru, dobiegającego z garnka gotującej się zupy.
— Cześć, pamiętasz mnie? — Przemek przybiegł z wyciągniętą dłonią.
Byliśmy w tym samym wieku, choć on był wyższy o głowę. Miał niezwykle sympatyczny i szczery uśmiech.
— Tak, coś tam pamiętam — odpowiedziałem, przywołując zamglone obrazy z wczesnego dzieciństwa, kiedy ostatnio się widzieliśmy.
Wypakowaliśmy rzeczy z samochodu i zaraz usiedliśmy wszyscy na ganku. Nie był zadaszony, a kiedy zaczęło robić się ciemno, dostrzegłem morze gwiazd — białych, migoczących punktów, w które wpatrywałem się z nostalgią.
— Liczysz? — zapytał Przemek.
— Co liczę?
— Gwiazdy. Liczyłeś kiedyś, ile ich jest? — dodał, dołączając do obserwacji nieba, które tej nocy było niezwykle czyste.
— Nie, ale liczyłem świetlówki w szkole — od razu zauważyłem gafę. To jakby ktoś powiedział „pięknie pachniesz”, a ty, z durnym i dziwacznym uśmiechem, odpowiadasz „dzięki, myłem się”. Miałem nadzieję, że puści to mimo uszu. W każdym razie nadal spoglądał w górę.
A ja obserwowałem jego młodzieńcze policzki, duże jak na ten wiek dłonie, które splótł na owłosionych kolanach. I ten błysk w oku — idealnie komponujący się z gwieździstym niebem.
— Co tam jest? — wskazałem palcem na starą, białą przyczepę campingową, która stała nieopodal stodoły.
— Nasza sypialnia — uśmiechnął się.
— Będziemy tam spać? Razem? — dodałem niepewnym głosem.
— Mhm. Nie lubisz przyczep? — wciąż się uśmiechał.
— Nigdy nie spałem w przyczepie.
— Kiedyś musi być ten pierwszy raz — skwitował.
Był bardzo pewny siebie. Może mnie kokietował, może w ten sposób mnie sprawdzał. Jednak, mając w pamięci szkolne doświadczenia i epizody z nierealnymi męskimi przyjaźniami, stwierdziłem, że lepiej się nie wychylać, zwłaszcza z seksualnymi pytaniami i zagwozdkami. Przynajmniej nie na początku.
Godzinę później leżeliśmy dokładnie pół metra od siebie.
Na czymś, czego nie można było nazwać łóżkiem ani dwoma łóżkami — deski o szerokości około metra, ustawione w literę „L”, posiadały jedynie cienki, piankowy materac. Ze względu na ułożenie oferowały dwie możliwości: albo będę miał jego stopy na głowie, albo nasze głowy będą bardzo blisko siebie, wręcz za blisko, lub na odwrót. Wybraliśmy opcję z głowami leżącymi jak najdalej od siebie.
— Może puszczę radio z telefonu?
— Masz radio w telefonie? — zapytałem zdziwiony, bo sam nie miałem nawet jeszcze zwykłej komórki.
Leżeliśmy i wsłuchiwaliśmy się w nocną listę przebojów, niezwykle rozluźniających. Pamiętam, że akurat puszczali „Viva Forever” Spice Girls. Bez słowa, a jedynie z szumem naszych oddechów i otoczeni zimną poświatą latarki, dobiegającą z jego ultra nowoczesnego telefonu z kolorowym wyświetlaczem.
— O czym myślisz? — wyszeptał, jakby dokładnie wiedział, że czekam na to jedno pytanie.
— O niczym szczególnym — odpowiedziałem, rozmyślając o tym, jak mogą smakować jego usta i co bym czuł, gdyby znalazł się kilka centymetrów od mojej twarzy.
— Całowałeś się kiedyś z dziewczyną? — wypalił znienacka.
— Jasne, z dwiema lub trzema.
Gówno prawda. Nie licząc lustra i swojego odbicia, mój dorobek wynosił słodkie, pieprzone zero.
— Nie pamiętasz, z iloma się lizałeś? Dobry jesteś. Mnie też się zdarzyło dwa razy.
Po chwili ciszy zapytał, czy pocałowałem kiedyś chłopaka.
— Nie — odpowiedziałem po chwili. Nie kłamałem, ale nie wiem, czemu poczekałem z odpowiedzią. Może podświadomie chciałem zbudować napięcie. Może miałem to we krwi — intrygi i spekulacje. Ze szmaty jedwabiu nie zrobisz.
— A chciałbyś? — dociekał.
— Nie. Nie wiem. Nie, nie sądzę — miałem wrażenie, że zdemaskowałem swoje wewnętrzne rozkminy względem tego, kim mogą być dla mnie mężczyźni.
— A Ty? — zapytałem chwilę później, a moje słowa padły w grobowej ciszy.
— Nie.
— Nie całowałeś, czy nie chciałbyś?
— Jedno i drugie. Czas spać, bo rano musimy wstać — wyłączył muzykę i odwrócił się w drugą stronę.
Nie wiedziałem, co spowodowało załamanie i zakończenie pogaduch. Trochę żałowałem, bo przez chwilę miałem nadzieję, że może i on ma podobne myśli jak ja. Może również miał poczucie „bycia chorym psychicznie”, jak to rzucano na szkolnych korytarzach zaraz po słowie „pedał”.
Następnego ranka tuż po śniadaniu, pojechaliśmy całą paczką nad pobliskie jezioro, w okolicy miasteczka Trzebawie.
— Ej! Chodź się kąpać! — zawołał Przemek, stojąc do kolan w wodzie, z której przed chwilą się wynurzył.
— Idę.
Czekał na mnie w czarnych obcisłych slipach, ociekając wodą, przez którą miał ciemniejsze włosy na ciele i dzięki której mokry materiał uwydatniał zawartość kąpielówek. A on sam patrzył na mi prosto w oczu spoza zasłony spadających mu na twarz włosów.
— Nie utopisz się, spokojnie. Jak będzie trzeba, to zrobimy sztuczne oddychanie — zaśmiał się, znikając w niebiesko-zielonym jeziorze.
Już ja wiedziałem, jak wygląda taka resuscytacja. Oglądałem „Słoneczny Patrol” i widziałem, jak Pamela Anderson stosowała metodę usta-usta, ratując jednego z niedoszłych topielców. Swoją drogą nigdy nie zwracałem uwagi na jej spory, mocno wyeksponowany biust. Tonięcie i odratowanie przez Przemka wydało mi się całkiem ciekawym pomysłem.
— Dawaj. Wyrzuć mnie — podpłynął tuż obok.
— To znaczy?
— Złącz łapy, a ja stanę i wyrzucisz mnie do góry.
Zgodziłem się. Złapał mnie za ramiona, patrząc głęboko w oczy i delikatnie się uśmiechając po czym wsunął stopę w moje dłonie. Próbowałem go wybić w górę z całych sił. Nieoczekiwanie jego czarne, mokre i wyeksponowane niczym biust Pameli slipki, znalazły się w zasięgu mojego wzroku. Niebezpiecznie bliskiego zasięgu. Poczułem nagły ucisk w klatce piersiowej. Następnie w brzuchu, a finalnie między nogami.
Przypływ „ciśnienia”, który przychodził niespodziewanie i na który nie miałem wpływu, był wynikiem spotkania bliskiego, ale jeszcze nie pierwszego stopnia.
Chcąc nie chcąc, zmuszony siłą wyższą, odczekałem, aż minie, i chwilę później wróciłem na plażę do reszty wczasowiczów.
Tej nocy było podobnie — relaksująca muzyka, szmer oddechu, intymny błysk światła z telefonu i zapach lekkiej stęchlizny, którym była przesycona przyczepa. Różnicą była lokalizacja jego głowy, która znajdowała się blisko moich przykrytych lawendowym prześcieradłem stóp.
— Fajnie było dzisiaj. Nie lubisz pływać?
— Lubię, ale jakoś tak, nie wiem… — urwałem, bezwiednie lawirując, odtwarzając „majtkową”, nieudolną scenę rodem z filmu _Dirty Dancing_: Patrick Swayze i Jennifer Grey. Minus Jennifer.
— Nie odpowiedziałeś mi wczoraj na pytanie — wyszeptałem.
— Które?
— Dobrze wiesz które. — Wiedział, co mam na myśli. Na sto procent wiedział.
— Nie, i myślę, że tak — stwierdził tajemniczo, z satysfakcją, pewnym siebie głosem. — Jak widzisz mężczyznę, chłopaka, to co o nim myślisz? — dodał po chwili, patrząc w sufit.
— Zastanawiam się jak to jest. Jak to jest dotykać ustami jego ust, jak pachnie z bliska i jak ciepła jest jego skóra — wyrzuciłem nie bacząc na ewentualne konsekwencje: odrzucenie czy dezorientację. Poczułem niezwykłą ulgę, że mogłem to powiedzieć na głos, gdy ktoś słucha.
— Masz kogoś konkretnego na myśli? — zapytał Przemek.
— Niekoniecznie — myślałem właśnie o nim (i o Marku Walhbergu), ale do tego nie odważyłem się już przyznać — A ty?
— A ja nie myślę. Nie rozmyślam. Może kiedyś. Co powiesz na grę? — zmienił temat, siadając energicznie na swojej części leżanki.
Spod prześcieradła wystawały jego umięśnione od siatkówki, opalone łydki, które w słabym kolorze świetle bijącym od telefonu wydawały się jeszcze ciemniejsze.
— Może porównamy sobie wacki i ten, kto ma większego, wygrywa? — rzucił.
Zatkało mnie. Łudziłem się, że chodzi mu o jakieś kalambury, albo słowną grę w statki.
Chwile później siedzieliśmy obok siebie, oparci o kant plastikowego okna, naciągając plecami pożółkłą ze starości firankę.
Siedzieliśmy w ciszy w majtkach, ale bez koszulek. Tak też każdej nocy spaliśmy. Było gorąco, zwłaszcza rano, kiedy sierpniowe słońce nagrzewało plastikowy dach przyczepy.
Po chwili pewną dłonią złapał mnie za udo. Nasze oddechy niesamowicie przyspieszyły, a przez całe moje ciało przebiegały dreszcze.
Odwzajemniłem się dotknięciem — także uda, nieco wyżej, ale nadal w neutralnym rejonie. Przemek drugą dłonią złapał mnie za policzek.
Zacząłem się pocić. Serce waliło jak dzwony w katedrze Notre Dame, a ja wyczuwałem każdą kroplę krwi, przepływającą przez moje żyły jak sztormowe fale.
— Mogę się na tobie położyć? — zapytał, dysząc.
— Tak. — Nawet przez chwilę nie żałowałem tej odpowiedzi.
Leżeliśmy na sobie kilkanaście minut w bieliźnie, ocierając się o siebie aż nam wszystko w majtkach zesztywniało.
Nie poszliśmy jednak ani o krok dalej. Może dlatego, że żaden z nas się nie odważył, bądź ze względu na to, że obaj mieliśmy dopiero po czternaście lat i najwyraźniej potrzebowaliśmy więcej symptomów, dzięki którym moglibyśmy się zdefiniować.
Nazajutrz obudziłem się na swoim miejscu, natomiast Przemka w przyczepie nie było.
— Gdzie Przemek? — zapytałem Anki, która zajęta była przygotowywaniem olbrzymiej patelni jajecznicy. Jajka pochodziły z pobliskiej fermy.
— Poszedł na rower. Pokłóciliście się? — zapytała, odgarniając ciemnobrązowe włosy.
— Nie, dlaczego? Nie pokłóciliśmy się — złapałem kawałek bagietki i poszedłem do salonu.
Siedząc na starej, skórzanej kanapie, podgryzałem ciepłe, pszenne pieczywo, oglądając olimpiadę w Atenach, której otwarcie odbyło się kilka dni wcześniej.
Nie potrafiłem ułożyć myśli. Ułożyć tego, co się wczoraj wydarzyło i co to oznacza. Czy może Przemek zmagał się z tymi samymi pytaniami? Może żałował naszego nocnego koncertu dotyku i oddechu. Siedziałem wpatrzony w pudło telewizora czekając, kiedy go zobaczę, być może po raz ostatni.
— Jędrzej jutro przyjedzie — rzuciła moja matka, wchodząc z wiaderkiem kopru, szczypiorku i wielkich malinowych pomidorów.
Zajebiście — pomyślałem, nadal zapychając się bagietką.
Godzinę później pojechałem z mamą i bratem na zakupy. Przez całą drogę wypatrywałem roweru.
Tuż po powrocie dowiedziałem się, że Przemek pojechał na kilka dni do swojego kuzynostwa, które mieszkało kilkanaście kilometrów dalej.
Przez resztę pobytu wpatrywałem się w miejsce, gdzie wcześniej leżeliśmy razem. W miejsce, gdzie leżeliśmy na sobie. Szukałem echa dźwięku nocnej listy przebojów i oddechu, którego na mi brakowało. Wyłapywałem jedynie donośny jazgot Łysego, paradującego ze swoim piwnym brzuchem po ganku, na którym kilka dni wcześniej Przemek i ja wpatrywaliśmy się w błyszczące gwiazdy.
Koncentrowałem na tym, dlaczego się ze mną nie pożegnał. Dlaczego uciekł. Może się bał bardziej niż ja.
Tego lata już się nie spotkaliśmy. Następnego też nie. Ale jak to mówią: nigdy nie mów nigdy.
Mimo upływu lat pewne rzeczy nie uległy zmianie.
— Ty kurwo, mieszkasz u mnie, żyjesz za moje. — Muszę przyznać, że Łysy był w formie. Jednak, tego dnia coś we mnie pękło.
Wcześniej w szkole zgraja szkolnych oprychów postanowiła zaciągnąć mnie w ciemny kąt piwnicznej szatni i ogołocić z ostatnich drobniaków, obrzucając przy okazji serią obelg, których większość dotyczyła mojej rzekomej orientacji seksualnej.
— I co pedale, gdzie twoje koleżaneczki? — ściskali mnie za szyję coraz mocniej.
— Co tu się dzieje? Odsuńcie się od niego. Natychmiast! — do szatni wkroczyła znienawidzona przez uczniów nauczycielka wiedzy o społeczeństwie.
— I tak mu nie obciągniesz ruro, bo nie masz chuja! — wykrzyczeli w drodze do najbliższego wyjścia.
— Postaw się albo spędzisz najbliższe dwa lata jako ofiara — powiedziała, pomagając mi wstać z podłogi. — Nie wiesz, jak to jest? Nie wiesz, jak oni funkcjonują, że żerują na słabych? To osiedlowe mendy, najpewniej skończą na zasiłku z siedmioma bachorami i bitą żoną. Albo zrobią karierę osiedlowych pijaczków, będą wysiadywać pod sklepem i hodować piwne brzuchy — pokiwała głową i poszła.
Uczucie, że jestem zakałą społeczeństwa, towarzyszyło mi cały czas. Byłem chłopakiem bez ojca, za to z odstającymi uszami, które były obiektem kpin i wyśmiewania wśród rówieśników. Mieszkałem w domu, gdzie bezwłosy mieszkaniec naszego „rodzinnego ogniska” czasami rzucał przezwisko „uszaty”. W dodatku nie lubiłem sportu, trzymałem z dziewczynami i prawdopodobnie byłem homo, czego wówczas sam nie rozumiałem, o czym tak dosadnie informowano mnie wyzwiskami i przemocą.
Każdy ma osobisty próg wytrzymałości, zwłaszcza na wczesnym etapie rozwoju, kiedy środowisko wykorzystuje momenty naszej słabości, żerując na nich jak sępy na padlinie. Atakowany w domu i w szkole zbliżałem się do punktu krytycznego. Wszędzie, gdzie przebywałem, znalazł się ktoś, kto krok po kroku, świadomie lub nie, odbierał mi chęć do życia i poczucie przynależności, którego tak bardzo potrzebowałem. Nie miałem swojego miejsca i czułem się niepotrzebny. Miałem wrażenie, że jeśli odkryję swoją seksualność i nie będzie ona zgodna z panującymi powszechnie schematami, to zostanę wypędzony i przeklęty. Sięgnąłem po najgorszą z możliwych opcji i chciałem rozwiązać to na swój durny sposób — zakończyć to całe niezrozumienie, wieczne pytania, pogardę, brak czułości i brak bezpieczeństwa.
Od znajomej osiedlowej lekomanki, której mama — również lekomanka, jakimś sposobem zdobywała duże ilości farmaceutycznych cudeniek, udało mi się zakupić za równe piętnaście złotych tabletki, które rzekomo miały pomóc mi porządnie zasnąć i jak to określiła — „obudzić się w lepszym dla mnie świecie”. W innym ciele, w całkowicie innym otoczeniu.
Długo zastanawiałem się nad tym, czy ten ruch, ten głupi niedojrzały ruch jest rozwiązaniem moich problemów, których nikt nie zauważał — lub też je podważał, uznając za mało ważne i nie wymagające pomocy.
Każda kolejna kłótnia pomiędzy moją matką a Łysym, dobiegająca zza ściany, dawała mi część odpowiedzi, co powinienem, co mógłbym zrobić, aby przestać patrzeć na ten wrogi świat.
— A ten pederasta?! — krzyknął któregoś wieczoru, pijany, jak to miał w zwyczaju.
Miałem pigułki przed sobą, zapakowane jedynie w śniadaniową zrywkę. Były średniej wielkości, o brązowawym kolorze i matowej otoczce. Od dziecka miałem problemy z połykaniem większych tabletek; bałem się, że mogę się zakrztusić i udusić, co byłoby bolesnym przeżyciem. Problem „wąskiego gardła” rozwiązałem dopiero parę lat później.
Siedziałem i dumałem. Biłem się z myślami o tym, co będzie z moim bratem, jak poradzi sobie moja matka i czy to jakoś na nią wpłynie. Nie obwiniałem jej o to, że żyjemy w tak horrendalnym domu, ale winiłem ją za to, że nie potrafi tego zakończyć. Była za słaba i wbrew pozornie hardemu charakterowi — bała się. Obawiała się tego, czy sobie poradzi z dwójką dzieciaków i do czego jest zdolny Łysy. A ten znany był z rzucania różnego rodzaju gróźb, nieważne czy była to moja matka, czy ja, czy nawet moja babcia.
Poszedłem po szklankę wody, nadal rozmyślając nad tym co zrobić, gdy usłyszałem dźwięk dochodzący z sypialni. Nie był to film, nie była to muzyka. Było to pieprzenie. Pieprzenie, które nastąpiło chwilę po mocnym huku uderzenia pięścią w pomarańczową ścianę, na której pozostał tłusty od kurczaka z rożna ślad, usłyszanym chwilę przed wyjściem z mojego pokoju.
Rozejrzałem się dookoła: butelka wódki stojącą na stole, rząd puszek po piwie ustawionych przy śmietniku i nicość. Pierdolona nicość. Był to tylko budynek. Bez uczuć, bez ciepła, przepełniony kłamstwem i złudnym, obrazem rodziny.
Nalałem wody do szklanki; idąc do pokoju, zatrzymałem się przed lustrem. Nie widziałem smutku. Widziałem pustkę. Chwilę później wysypałem zawartość woreczka na dłoń i wrzuciłem do gardła wszystkie siedem pigułek.
Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Przed oczami przewinęły mi się obrazy minionych lat. Widziałem moich pradziadków, którzy zawsze opowiadali mi o przeżyciach podczas wojny, psy, krążące przez lata po zakamarkach naszego domu, powracał do mnie czar pamiętnych wakacji. Ach, Przemek… — pomyślałem. Co gorsza przypomniał mi się ten pieprzony niemiecki pornol sprzed kilku lat. Klasyka. W swoim czasie znajdowałem już nowsze, nagrane na płytkach, ale zawsze schowane w tym samym miejscu — w szafie tuż pod spodniami.
Mijały minuty, a ja byłem żywy, bardzo daleki od snu. Może jak walnie, to znienacka — przypuszczałem.
Po kilkunastu minutach poczułem nieznośny ból brzucha. Po prostu tortury. Moje jelita grały bolesny niekończący się koncert.
Finalnie, cały boży dzień spędziłem w toalecie, wyrzucając z siebie wszystko — miałem wrażenie, że nawet obiad komunijny sprzed lat.
— Coś ty mi dała?! — Kilka nocy później dorwałem lekomankę na osiedlowym podwórku.
— Coś, co cię może czegoś nauczy. Kiedyś to docenisz. A teraz podziękuj i spierdalaj — odparła ssąc lizaka, a potem odwróciła się i poszła. Wolałem z nią nie zadzierać, wiedziałem z kim się trzyma.
Wyjątkowo nigdy nie powiedziałem o tym mojej rodzinie. Nigdy też się do tego nie przyznałem ani w szkole, ani nawet swoim przyjaciołom. Była to chwila słabości, której nie chciałem i nie mogłem pokazać. Miałem na uwadze też to, co powiedziała mi nauczycielka w szatni — że ludzie lubią żerować na słabych. Z biegiem lat widzę, że był to kompletny, niepotrzebny idiotyzm. Nie dlatego, że odebrałbym sobie życie, ale dlatego, że poddałbym się bez walki. Zatem najpierw powinniśmy się nauczyć kłamać, a dopiero później kochać, tocząc niekończącą się bitwę.
Ciotka Agata — serdeczna przyjaciółka mojej matki, którą znałem od dziecka — wzięła mnie wtedy pod swoje skrzydła, próbując ochronić mnie przed chaosem w domu: od moich myśli o odebraniu sobie życia (co mogła podejrzewać, choć oficjalnie nie wiedziała), przez trudne relacje z matką, aż po wrogie nastawienie Łysego. Jej ciepła obecność stała się dla mnie prawdziwym oparciem, które podniosło mnie na duchu i jakimś stopniu przywróciło poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałem, że zawsze mam miejsce, gdzie mogę uciec.
Lata mijały, a ja skupiłem się na nauce, aby dostać się do wybranego przez siebie technikum ekonomicznego; zaraz po jego ukończeniu uciekłbym jak najdalej. Plan to już połowa sukcesu.
Seksualne zagwozdki odstawiłem na boczny tor. Rozpływałem się czasami wspominając ciężar nastoletniego, a jednak już męskiego ciała Przemka, które tak utkwiło mi w pamięci. Czy parę lat później byłoby inaczej? Czy moglibyśmy posunąć się dalej? Może doszlibyśmy do zdjęcia majtek i ocierania się o siebie, co rozpaliło by nas obu do czerwoności.
Wakacje — w końcu wakacje. Minęły kolejne dwa lata, a ja zakończyłem pierwszy rok w wymarzonej szkole średniej, gdzie w końcu miałem spokój i lubiliśmy się prawie z całą klasą. Czekały mnie dwa miesiące laby i wakacje nad morzem. Uczcijmy to masturbacją! — rzuciłem w myślach po powrocie z zakończenia roku szkolnego.
Miałem już swoje porno, czy to na płycie — po kryjomu zamówione na jednym z portali aukcyjnych, czy też te online, na znalezionych przeze mnie pikantnych i darmowych stronach. Jednak dryfowałem czasami pomiędzy tymi hetero, a homo. Potrzebowałem jeszcze paru wskazówek — miały się pojawić tego lata.
Sierpień dwa tysiące siódmego roku.
Jak co roku, razem z mamą i bratem wyjechaliśmy na kilka tygodni nad polskie morze, do magicznej miejscowości o równie magicznej nazwie: Grzybowo. Jednak tym samym stanowczo nie zabierając konkubenta mojej matki ze sobą. Łysy zajęty był tajemniczą przyjaciółką — prostytutką. Komizm sytuacji jest taki, że owocem ich gorącego i płatnego romansu okazała się równie płatna wpadka, w postaci latorośli, której istnienie ukrywał następnych parę lat.
Były to pierwsze wakacje, kiedy moja ciekawość cielesna przekształciła się w niesamowitą dociekliwość. Mimo, że byłem już pewien swojej seksualności, brakowało mi jednak kropki nad „i” czy może raczej swoistej pieczątki potwierdzającej to, co czułem.
Z jednej strony, chodząc po miasteczku z rodziną, widziałem swoich rówieśników trzymających się za ręce i zastanawiałem się, czy może jednak powinienem poszukać sobie żeńskiej połówki, z którą robiłbym dokładnie to samo. Bo przecież tylko takie relacje społeczeństwo wówczas akceptowało. Z drugiej zaś, rozglądałem się za „wypukłościami” w slipach na plaży. Myślałem sobie wtedy — ciekawe, co tam dokładnie jest, jak wygląda na żywo, jak to jest mieć go przed sobą. A jeśli już się go ma to, co się z nim robi. Czy może trzeba do niego zalotnie mrugnąć, pocałować, a może od razu włożyć do ust, a jeśli tak, to jak głęboko? Oczywiście, przez głowę przewijały mi się milion pytań. Głowiłem się również nad tym, jak zareagowaliby ludzie, gdybym szedł teraz ze swoim chłopakiem ramię w ramię, dłonią w dłoń. Zapewne po pierwszym metrze dostalibyśmy kuflem w łeb, tudzież epitetem z gatunku tych, które ciągle padały pod moim adresem jeszcze parę lat wcześniej.
Edukacja seksualna wówczas nie była na takim poziomie jak teraz. Homoseksualista nazywany był „pederastą” lub „pedałem”, a homoseksualizm „modą z Zachodu”.
Siedząc na plaży wśród tylu „namiotów” dookoła, czułem się jak w diabetyk w cukierni. Zdecydowałem się w końcu zrobić następny krok.
W czasach, kiedy w social mediach królowała Nasza Klasa, a na randki umawialiśmy się na czacie Interii, istniało coś takiego jak esemesowe „anonse”. Znałem je bardzo dobrze, bo nie raz, nie dwa, wspólnie z towarzystwem śledziliśmy kolejne nowe, atrakcyjne propozycje seksualne, które ludzie puszczali w eter. Nie należało to jednak do najtańszych przedsięwzięć zważywszy, że koszt jednego zgłoszenia przekroczył — bagatela pięć złotych, a ja miałem na koncie dziesięć. Jednak niestrudzony i konsekwentny, a zarazem zaciekawiony i pełen dziwnego głodu — wysłałem anons.
Nie zważałem na to, że jestem na rodzinnych wakacjach. Może dlatego, że nie zdawałem sobie sprawy, do czego właściwie może dojść. Byłem zmęczony jedzeniem oczami i tak jak popularne kilka lat wcześniej pokemony, oznajmiłem, że nadszedł czas na transformację.
Na mój anons, który zawierał szczątkowe informacje, takie pseudonim, numer telefonu i wiek, odpowiedział trzydziestoparoletni mężczyzna. Była to swojego rodzaju rosyjska ruletka albo Koło Fortuny, bo nie miało się pojęcia, co można otrzymać.
Po powrocie do hotelu przez godzinę zastanawiałem się co robić. Starałem się przemyśleć wszystkie za i przeciw. Odpowiedzieć na takie pytania jak: czy jestem w ogóle gotowy, co zrobić, jeśli on okaże się starym pasztetem? Po intensywnych przemyśleniach, podjąłem decyzję, aby iść na całość, trzymając kciuki by nie wrócić z zonkiem.
Umówiłem się z nim przy charakterystycznej knajpie, do której miałem około stu metrów.
Powiedziałem mamie, że idę na lody i po pocztówki. Właściwie nawet jej nie okłamałem. Dochodząc do umówionego miejsca biłem się z myślami, czy dobrze robię. Z jednej strony chciałem zawrócić, ale z drugiej ciekawość nie dawała mi spokoju.
Napisał, że siedzi w niebieskim audi, tuż przy lodziarni. Podchodząc do samochodu poczułem kolosalny uścisk w gardle, jednak bez chwili zastanowienia wsiadłem.
Przedstawiliśmy się sobie i na pierwszy rzut oka wydawał się okej. Pamiętam niebieskie oczy i krótko przystrzyżone blond włosy. Na swój sposób był przystojny, chociaż nie miałem jeszcze określonego typu urody, który mnie pociągał. Chyba, że był to Mark Wahlberg, Jared Leto, albo świętej pamięci Waldemar Goszcz. Przez pierwsze dziesięć minut jechaliśmy praktycznie bez słowa. Poczułem lekką obawę przed wywiezieniem za granicę i sprzedaniem na młodą męską prostytutkę dla starych pryków, albo na handel organami.
— Arek — wyciągał „grabę” na powitanie.
— Max — skłamałem, pamiętając Mariusza Maxa Kolonko z porannego reportażu.
— Skąd jesteś? — zapytał z delikatnym, ale pewnym siebie uśmiechem.
— Z Krakowa — odparłem, nadal kłamiąc, oczywiście.
— Na długo? — zapytał ponownie.
— Pojutrze wyjeżdżamy — odpowiedziałem, tym razem mówiąc prawdę.
— A gdzie dokładnie jedziemy? — zdziwiłem się, widząc las dookoła.
— Zobaczysz — odpowiedział, patrząc przed siebie.
— O chuj — pomyślałem, utwierdzając się w przekonaniu, iż w jutrzejszej gazecie pojawi się artykuł o odnalezieniu zakopanych zwłok nastolatka na trasie pomiędzy Kołobrzegiem, a Grzybowem.
Po kilkunastu kilometrach, na szczęście — przynajmniej miałem taką nadzieję — dojechaliśmy do małego, drewnianego domku, który znajdował się wśród innych małych drewnianych domków. Całość przypominała rodzinne ogródki działkowe.
Z lekką niepewnością wysiadłem z auta i podążyłem za nim do wejścia. Był bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Moją uwagę przykuły jednak jego buty — ani ładne, ani modne; przypominały obdarte halówki z czterema paskami.
Arkadiusz bez pytania podał mi wodę i obdarował uśmiechem.
Przez pierwsze dziesięć minut siedziałem na fotelu, ponieważ moja randka zniknęła w drzwiach innego pomieszczenia. Było schludnie i dość komfortowo. Po chwili dostrzegłem dziwny obraz, wiszący tuż nade mną, przedstawiający morskie fale i foki.
Usłyszałem zbliżające się kroki.
Wszedł.
Nagi.
Pierwszy raz widziałem nagiego mężczyznę, który stał — zaledwie cztery metry ode mnie. Chyba, żeby odjąć od tych metrów tak ze dwadzieścia centymetrów.
Nie wiem czy ja tak na niego podziałałem, czy może się jakoś wspomógł w tamtym pomieszczeniu, ale wyszedł zwarty i gotowy.
Nieszczególnie wiedziałem co robić, ale on widząc moje roztargnienie, przejął inicjatywę.
Delikatnie mnie rozebrał, całując po szyi i zalotnie się uśmiechając.
Z pewnością nie byłem pierwszym niepewnym nastolatkiem, którego zaprosił i wziął w obroty. Pozbywałem się ubrania, ale wróciły wątpliwości. Jednak chęć zdobycia wreszcie jakiegoś doświadczenia i kipiące libido postawiłem na pierwszym miejscu.
Wszystko działo się tak szybko, że niespodziewanie sprawy przyjęły całkowicie inny obrót, niż wtedy, kiedy działy się w mojej głowie. Początkowe założenia i oczekiwania, całkowicie się zmieniły. W końcu głównie o to chodziło — o ewolucję i pójście na całość, więc nie protestując poszedłem i doszedłem.
Wszystko trwało około pół godziny, chociaż w moim odczuciu była to cała wieczność.
Pochwalił mnie twierdząc, że mam umiejętności niczym osoba doświadczona seksualnie. Z biegiem czasu mogę mu przyznać rację — poszło mi całkiem sprawnie. Przyznałem sobie cztery na pięć gwiazdek oraz tytuł debiutanta roku.
Szczęśliwie Arkadiusz okazał się szarmancki i odwiózł mnie z powrotem pod lodziarnię. Podziękował życząc udanej reszty pobytu w mieście i odjechał. Modliłem się, aby nazwa miejscowości — Grzybowo — nie była jednak zwiastunem najbliższych tygodni.
Wracając do hotelu czułem się jak nastoletnia dziwka. Czy właśnie popełniłem wielki błąd? Co ja zrobiłem… — nieustannie powtarzałem w głowie.
Czułem na sobie jego zapach. Nie tylko perfum, ale też tego, co było rezultatem finału naszego spotkania. Zastanawiałem się, czy właśnie tak powinien wyglądać mój pierwszy raz z facetem. W dodatku obcym, który mógłby być moim sporo starszym bratem. Skonsumowany w jakimś drewnianym domku z dziwacznym obrazem.
Po powrocie na szczęście nikogo nie zastałem w pokoju. Pewnie poszli na lody, stanowczo inne niż te, które sam miałem godzinę wcześniej, pomyślałem.
Wylądowałem w wannie, siedziałem skulony przy lecącej wodzie, otoczony chmurą pary wodnej. Czułem się trochę jak w filmie. Jednak bez łez, a z dziwnym poczuciem winy, przełamanym lekkim nienasyceniem. Było to dla mnie nowe doświadczenie, pierwsze tego typu, w którym poszedłem na całość i które z tajemniczą ochotą mógłbym powtórzyć. Ale z kimś innym, żeby mieć porównanie. Zastanawiałem się tylko — jak? Czy po powrocie, mam ponownie zaprzyjaźnić się z anonsami, a może istnieją jakieś specjalne portale randkowe, których jeszcze nie odkryłem. Było to nowe dla mnie pole, które z pewnością chciałem wybadać. Finalnie miałem poczucie spełnienia, a nawet zadowolenia. W sporej mierze dlatego, że miałem to już za sobą. Może jeszcze spróbuję z dziewczyną, tak dla pewności? Zastanawiałem się obserwując z balkonu zachód słońca, chowającego się za lustrem morza. Pocztówki! Zapomniałem o pocztówkach! — moich przepustek do wyjścia. Matka mnie zabije.