-
nowość
Popiół, który z nas zostanie - ebook
Popiół, który z nas zostanie - ebook
Finał bestsellerowej serii „Krew, która nas dzieli”!
Kto by przypuszczał, że w świecie pełnym tajemnic można jeszcze ocalić to, co prawdziwe?
Dakota i Henry próbują odbudować swoją relację, choć wiedzą, że raz utracone zaufanie trudno odzyskać. Napięcie między nimi rośnie, a uczucie, które jeszcze niedawno dawało im siłę, zaczyna gasnąć pod naporem czyhających wokół niebezpieczeństw. Gdy wracają pytania o niewyjaśnioną śmierć ojca dziewczyny, Dakota i Henry muszą zdecydować, czy są gotowi powiedzieć sobie wszystko - nawet jeśli mogłoby to całkowicie zburzyć ich relację.
Kiedy wydaje się, że najgorsze mają za sobą, Lucy znika bez śladu. Dakota, nie mogąc czekać bezczynnie, wyrusza na poszukiwania razem z Erin. Wszystkie tropy prowadzą do Szkocji, do kogoś, kto od dawna śledził każdy ich ruch i kto od dawna czeka na ich przybycie.
Czy bohaterowie przetrwają starcie z wrogiem, który zna wszystkie ich słabości i lęki? Czy z popiołów tego, co zniszczyły kłamstwa i strach, da się ocalić miłość, która wciąż tli się pod powierzchnią? Dowiedz się już teraz i poznaj finał bestsellerowej serii, który zaskoczy nawet tych, którzy byli pewni, że znają już całą prawdę…
Edyta Prusinowska - blogerka, influencerka i ulubienica instagramowej społeczności. W internecie jest znana pod pseudonimem Eniiablog. Jej media społecznościowe śledzą rzesze fanów, a książki czytają setki tysiące czytelników. Zadebiutowała książką „Opowiem o tobie gwiazdom”, która z miejsca podbiła serca czytelników. Jej kolejne książki – „Truskawkowy blond” oraz „Krew, która nas dzieli” powtórzyły ten sukces. Zakochana w podróżach, herbacie jaśminowej i kulturze koreańskiej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8399-523-6 |
| Rozmiar pliku: | 3,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ukryty w mroku drzew patrzył na niepozorny dom, jakby był najwspanialszym pałacem, skrywającym bezcenny skarb.
Odnalazł koniec linii krwi, szczyt starożytnego drzewa, które mogło uzdrowić ich wszystkich. Żywą legendę, do której doprowadziły go stulecia nadziei. Ryzykując własną nieśmiertelność, której wcale nie pragnął, spędzając dekady w podróży, samotny w tej tajemnicy, której nie mógł ofiarować nawet najbliższym przyjaciołom, obawiając się, kto z nich mógłby zamienić się we wroga, mając taką moc na wyciągnięcie ręki.
Co by mógł zrobić, ile zaprzepaścić.
Zamarł, gdy ciszę przerwał płacz dziecka, a w oknie domu zapaliło się światło. Przez odsuniętą zasłonę dostrzegł kobietę, która wyciągnęła z łóżeczka dziewczynkę i przytuliła ją do siebie.
Zaskoczony, po raz pierwszy od czasu przemiany poczuł ukłucie w klatce piersiowej, nie odrywając wzroku od twarzy nieznajomej. Gdyby nie cisza, spokój i chłód tej nocy, pomyślałby, że stanął w płomieniach, czując ciepło na skórze.
Czy to była radość z odkrycia?
Czy sam jej widok wystarczył, żeby już poczuł się człowiekiem?
Łaknął go bardziej niż krwi po przemianie.
Mimowolnie pochylił się do przodu, pochłonięty widokiem kobiety, która kołysała córkę w ramionach. Musiał je ochronić za wszelką cenę. To był jego cel, dla którego do tej pory poświęcił wszystko.
James Winter zrobił pierwszy krok w kierunku domu. Potem następny.
Prosto w przyszłość, jakiej się nie spodziewał.
I uczucia, które w jego martwym sercu były jedynie uśpione.Granica ryzyka
DAKOTA
Cisza w laboratorium była ciężka i nieruchoma, jakby każdy atom powietrza nasłuchiwał tego, co miało się wydarzyć. Białe światło jarzeniówek odbijało się od stalowych blatów i przeszklonych szafek wypełnionych probówkami, pipetami i rzędem szczelnie zamkniętych pojemników.
Z rękawiczką zdjętą z jednej dłoni zawiązywałam gumową opaskę na swoim przedramieniu.
Kątem oka zauważyłam, że Henry utkwił spojrzenie w mojej ręce, jakby jej widok go zahipnotyzował. Nie mrugnął ani razu, obserwując, jak przygotowuję się do pobrania krwi. Jego gardło poruszyło się gwałtownie, gdy przełknął ślinę, i wtedy zorientowałam się, że od dłuższej chwili nie powiedział ani słowa.
– Wszystko gra? – zapytałam, próbując utrzymać neutralny ton. – Mogę odwrócić się w drugą stronę, jeśli ci to przeszkadza.
– Nie ma takiej potrzeby – odparł szybko, odrywając wzrok od mojej ręki, jakby nagle przypomniał sobie, że to nie na miejscu. – Przepraszam. Nie chciałem się gapić.
– Nic się nie stało – odpowiedziałam krótko, chwytając pustą strzykawkę.
Obróciłam ją w palcach, czując znajomy chłód plastiku pod opuszkami, i właśnie wtedy Henry niespodziewanie poderwał się ze stołka. Odsunął się o krok, potem jeszcze jeden, jakby zbyt bliska obecność groziła mu oparzeniem.
– Lepiej będzie, jeśli stanę tutaj – rzucił, kładąc dłoń na krawędzi sąsiedniego stołu, jakby potrzebował oparcia.
– Jak chcesz – mruknęłam, przymierzając się do wkłucia.
Zamknęłam oczy i powoli wciągnęłam powietrze, jakbym chciała uspokoić serce przed tym, co miało nastąpić.
– Jesteś pewna, że tego chcesz? – odezwał się nagle Henry, patrząc na mnie z widocznym zmartwieniem.
– Tak – odpowiedziałam, choć czułam, jak moje palce zaczynają lekko drżeć.
Henry zmrużył oczy, dostrzegając to, czego wolałabym nie zdradzać. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się, jakby z każdym moim ruchem rosła jego niepewność.
– Może naprawdę powinniśmy dać sobie spokój – powiedział tym razem z większą stanowczością, jakby próbował mnie przekonać nie tylko słowami, ale i tonem.
– Nie przerywajmy teraz – odpowiedziałam szybko, zanim zdążyłam zwątpić. Mój głos brzmiał pewnie, ale w środku walczyłam sama ze sobą.
Wstrzymałam oddech i powoli wsunęłam igłę pod skórę. Zignorowałam pieczenie, zacisnęłam palce na tłoku i zaczęłam powoli napełniać strzykawkę krwią.
Nawet dla mnie widok ten był nieprzyjemny. Cienka rurka wypełniała się powoli ciemnoczerwoną cieczą, która sączyła się leniwie. Henry zakrył twarz dłonią, jakby próbował zatrzeć ten obraz w pamięci, po czym odsunął się o kilka kroków, jakby dystans mógł osłabić to, co czuł.
– Gotowe – oznajmiłam spokojnie, przelewając krew ze strzykawki do probówki. Ciemnoczerwona ciecz osiadła na dnie, gęsta i lepka. – Teraz ty.
Henry zbliżył się niechętnie, jakby sam siebie się bał. Jego oczy były ciemne, matowe. Zaciśnięte szczęki, drgające mięśnie – walczył z impulsem, z nagłym, brutalnym głodem, który kazał mu wyrwać mi probówkę i wypić wszystko do ostatniej kropli.
Zakleiłam zgięcie łokcia plastrem i przesunęłam probówkę w jego stronę, czując, jak powietrze między nami gęstnieje.
– Smacznego – rzuciłam z lekkim, niemal prowokacyjnym uśmiechem.
Henry nawet się nie poruszył. Wbił wzrok w probówkę, jakby trzymał w rękach coś skażonego. Twarz miał napiętą, milczał. Wiedziałam, że sam pomysł go odrzuca – nie musiał nic mówić. Wiedziałam, że sam fakt, że to moja krew, był dla niego nie do przełknięcia – zarówno dosłownie, jak i w przenośni.
– Gotowy? – zapytałam.
Ujął probówkę obiema dłońmi, ale przez chwilę tylko patrzył – nieruchomy, spięty. W końcu zamknął oczy, jakby musiał odciąć się od własnych oporów, i wypił. Szybko, jednym ruchem. Gdy otworzył oczy, ciemność ustąpiła – zastąpiło ją intensywne złoto, jakby coś nagle w nim zapłonęło.
– Czujesz coś? – zapytałam.
Przełknął ślinę, odwrócił wzrok i powoli, z wyraźnym zawodem pokręcił głową.
– Tylko większy głód – przyznał, uśmiechając się krzywo, jakby to było coś, czego wcale nie chciał odczuwać.
– Może trzeba chwilę odczekać? – zasugerowałam.
Henry skinął głową, usiedliśmy więc w ciszy, która zdawała się zagęszczać z każdą minutą, i czekaliśmy na rezultat. Nie spodziewaliśmy się jakiegoś spektakularnego efektu, tylko drobnej oznaki, która pozwoliłaby uwierzyć, że to wszystko nie było na darmo.
– O czym myślisz? – rzucił Henry, przerywając ciszę.
Spojrzałam na niego, niepewna, czy powinnam się podzielić tym, co naprawdę krążyło mi po głowie.
– Zastanawiam się, co się stanie, jeśli krew naprawdę zadziała – powiedziałam cicho, badając jego twarz, szukając w niej odpowiedzi.
Henry zmarszczył lekko czoło, ale nie wyglądał na zaniepokojonego.
– Martwisz się?
– Nie – odparłam, czując, że to prawda. – Po prostu zastanawia mnie to, że tyle osób marzy o nieśmiertelności, podczas gdy ty oddałbyś ją za możliwość zjedzenia ulubionego ciasta i ciepło ludzkiej skóry.
– Myślisz, że to brzmi niedorzecznie? – Uniósł lekko kącik ust, jakby chciał rzucić żart, ale w jego oczach było coś cięższego.
– Nie – powiedziałam. – To po prostu… ciekawe.
– Myślę, że ludzie marzą o nieśmiertelności właśnie dlatego, że wiedzą, że nigdy jej nie osiągną – odpowiedział spokojnie. – To bezpieczne marzenie. Nie muszą się z nim konfrontować, nie muszą nic zmieniać. – Zawiesił głos na moment, zanim dodał: – Trudniej jest pragnąć czegoś, co naprawdę możesz mieć. Bo wtedy musisz zapytać sam siebie, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś. Co cię powstrzymuje.
Milczałam. Jego słowa były zbyt celne, żeby zbyć je kolejnym pytaniem.
– To właśnie śmierć nadaje życiu sens – powiedział Henry. – Gdy znika z horyzontu, wszystko, co kiedyś wydawało się ważne, nagle traci znaczenie.
Pokiwałam głową. Nieśmiertelność zawsze wydawała się darem – w bajkach, w filmach, w głowach tych, którzy bali się umrzeć. Ale przypadek Henry’ego pozwolił mi zobaczyć inną perspektywę. Bez końca wszystko traciło sens. Dni przestawały mieć znaczenie, skoro nic się nie kończyło. Bez śmierci nie było po co się starać.
– W każdym razie nie sądzę, żebyś musiała zaprzątać sobie głowę moim stanem – dodał Henry z nutą obojętności w głosie. – Twoja krew nie zadziałała, tak samo jak ostatnim razem.
Wyciągnęłam rękę w jego stronę, by dotknąć jego skóry. Nie musiałam długo trzymać na niej dłoni, żeby poczuć, jak była lodowata.
– Może… może trzeba spróbować inaczej – powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie z lekkim znużeniem, jakby już znał każdą opcję i żadna nie była tego warta.
– O czym ty mówisz?
– Co jeśli nie chodzi o picie? – przerwałam mu. – Może to zbyt… pośrednie. Może potrzebujesz czegoś bardziej bezpośredniego.
Zmarszczył brwi.
– Fizycznego?
Zawahałam się. Wiedziałam, jak to zabrzmi.
– Transfuzja krwi. Bezpośrednio do twojego ciała.
Patrzył na mnie, jakbym zaproponowała coś skrajnie nierozsądnego.
– Do mojego ciała? Dakota, w moich żyłach nie płynie krew. Nie mam układu, który mógłby to przyjąć.
– Wiem – powiedziałam. – Ale wciąż masz żyły. Może to wystarczy. Może wtedy moja krew zareaguje inaczej niż w żołądku.
Zamilkł, napięcie wyraźnie zarysowało się na jego twarzy.
– To głupi pomysł.
– Ale jedyny, jaki nam został – odparłam spokojnie.
Henry potrząsnął głową, jakby próbował odrzucić sam pomysł.
– To nie zadziała. Moje ciało nie funkcjonuje jak ludzkie.
– To nasza ostatnia szansa – odparłam. – Nie zmarnujmy jej.
Henry patrzył na mnie uważnie w milczeniu.
– A poza tym to nie jest niebezpieczne – dodałam. – Mam profesjonalny sprzęt. Obejdzie się bez żadnych szaleństw, żadnych improwizacji. Zrobimy to powoli, z zabezpieczeniem.
Przez chwilę wpatrywał się gdzieś w podłogę, jakby ważył w myślach to, czego nie chciał wypowiedzieć.
Uniósł głowę. W jego oczach była niechęć.
– Proszę, pozwól mi spróbować – powiedziałam błagalnym tonem.
Cisza między nami zgęstniała. Wciąż patrzył na mnie tak, jakby chciał znaleźć coś, co pozwoliłoby mu powiedzieć „nie”.
– Jeden raz – powiedział w końcu. – I na tym skończymy.
Skinęłam głową. Henry nie musiał wiedzieć, że ukrywałam w chłodziarce fiolki ze swoją krwią, z którą próbowałam eksperymentować na własną rękę, uzupełniając zapasy, gdy kończył się jej termin przydatności. Niektóre składniki mroziłam, licząc na to, że z czasem dojdę do przełomu.
– Wystarczy.
Przygotowałam wszystko na metalowym stoliku. Każdy element został przeze mnie równo ułożony: igły w sterylnych opakowaniach, strzykawki, rękawiczki, opaska uciskowa, gaziki, alkohol.
Henry siedział na krześle, nieruchomy jak rzeźba. Obserwował każdy mój ruch, ale nie odezwał się ani słowem. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać – ani strachu, ani zaufania. Tylko napięcie w dłoniach, splecionych mocno na kolanach, zdradzało, że wciąż jeszcze ma ochotę się wycofać.
Włożyłam rękawiczki. Sprawdziłam wszystko jeszcze raz.
– Gotowy? – zapytałam cicho.
Nie odpowiedział od razu. Potem tylko skinął głową.
Siedzieliśmy w milczeniu, gdy pobierałam własną krew, wypełniając worek kolejnymi cennymi kroplami.
Delikatnie owinęłam opaskę wokół jego przedramienia. Skóra była chłodna, niemal marmurowa. Przetarłam miejsce w zgięciu łokcia gazikiem nasączonym alkoholem. Działałam mechanicznie, bo przecież Henry’emu nie groziło żadne zakażenie.
Wsunęłam igłę ostrożnie. Przez chwilę nie działo się nic. Jakby jego ciało w ogóle nie zareagowało. Nie było żadnego znajomego oporu skóry, żadnego drgnięcia mięśnia. Potem przez cienką rurkę zaczęło przesuwać się coś niemal niewidzialnego. Prawie przezroczysty płyn. Gdyby nie delikatne drżenie rurki, mogłabym pomyśleć, że to złudzenie.
Wzięłam worek ze swoją krwią. Była gęsta, czerwona, aż zbyt intensywna w porównaniu z tamtą niemal niewidzialną substancją. Dwie skrajności, które zaraz miały się ze sobą zderzyć.
Krew powoli wślizgiwała się do jego ciała. Czerwień stopniowo zanikała, tonęła w bezbarwnym płynie, który krążył w jego żyłach. Czułam, jak moje serce bije coraz szybciej. Krwi nie ubywało z pojemnika tak szybko, jak powinno, zupełnie jakby jad próbował wypchnąć ją z żył, nie chcąc się połączyć. Wypierały się nawzajem jak dwie substancje, które nigdy nie powinny się spotkać.
– Coś się dzieje? – zapytałam.
Henry pokręcił przecząco głową.
– Poczekajmy chwilę – powiedziałam cicho. – Dajmy temu czas.
Henry skinął głową, zbyt oszczędnie, jakby bał się, że gwałtowny ruch coś przerwie. Oparł się plecami o krzesło, zamknął oczy.
Przez moment żadne z nas się nie odzywało. Tylko cichy dźwięk mojego przyspieszonego oddechu i nierówny rytm czegoś innego. Jakby pod powierzchnią jego skóry coś drgało.
Minęło pięć minut. Wpatrywałam się w niego bez przerwy, próbując wyłapać choćby najdrobniejszą zmianę – w jego oddechu, w napięciu ramion, w kolorze skóry – ale wszystko pozostawało takie samo.
– Wygląda na to, że wszystkie warunki muszą być spełnione, żeby krew zadziałała – powiedziałam z westchnieniem, czując ciężar własnych słów.
– Co? – Podniósł lekko głowę, spoglądając na mnie z niepokojem.
– Potrzebne jest zatrzymanie akcji serca – powiedziałam powoli, ostrożnie dobierając słowa. – Oczywiście tylko na chwilę. Potem można użyć defibrylatora albo adrenaliny. Czegokolwiek, co przywróci jego pracę.
Henry od razu usiadł sztywniej.
– Nie. Absolutnie nie. Nawet tak nie mów – przerwał gwałtownie, jego głos nagle nabrał ostrości. – Nie chcę o tym słyszeć.
– Po prostu potraktujmy to jako naukowy eksperyment.
– Żartujesz sobie? – powtórzył z niedowierzaniem. – Chcesz zatrzymać własne serce i nazywać to eksperymentem?
Wstałam powoli, chcąc podejść bliżej, ale Henry zeskoczył z krzesła i odsunął się, jakby dystans fizyczny mógł ochronić go przed tym, co właśnie usłyszał.
– Henry… – zaczęłam, starając się mówić spokojnie, ale nie dał mi szansy na wyjaśnienia.
– Nie ma takiej opcji – powiedział z determinacją, jego głos był twardy jak stal.
Skinęłam głową, akceptując ciszę, która zapadła między nami. Nie zamierzałam się z nim spierać. Henry wbił we mnie spojrzenie pełne niezłomnej woli. Próbowałam to znieść, utrzymać kontakt wzrokowy, ale w końcu moje oczy uciekły na bok.
Na szczęście napięcie nie zdążyło osiągnąć punktu krytycznego, bo drzwi laboratorium otworzyły się z głośnym skrzypnięciem, które odbiło się echem od ścian. W progu stanęła Erin z tym swoim nieodłącznym, lekko sceptycznym wyrazem twarzy. Jej spojrzenie powoli przesunęło się po nas, rejestrując, jak stoimy naprzeciw siebie.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam w jakiejś romantycznej scenie – rzuciła, unosząc brew w charakterystycznym grymasie, za którym nie wiadomo czy kryło się rozbawienie, czy ironia.
Henry westchnął ciężko, ale ani drgnął, nie robiąc najmniejszego ruchu, by się oddalić.
– Nie – powiedział krótko, bez zbędnych ceregieli. – Po co przyszłaś?
– Przyszłam się pożegnać – oznajmiła Erin, opierając się nonszalancko o framugę drzwi i krzyżując ramiona na piersi. – Wyruszam do Londynu.
Zerknęliśmy na siebie z Henrym, nasze spojrzenia przecięły się w krótkim, pełnym zaskoczenia zetknięciu.
– Do Londynu? – powtórzył Henry, unosząc brew. – Skąd ta nagła decyzja?
– Muszę odetchnąć od Windermore – odparła sucho, choć drżenie w jej głosie sugerowało, że pod tą chłodną fasadą kryje się coś więcej. – Poza tym muszę naprawić swój błąd, zanim będzie za późno.
Zaskoczenie, które poczułam, szybko ustąpiło miejsca podejrzliwości. To nie było zwykłe pożegnanie.
– O czym ty mówisz? – zapytałam.
– To przeze mnie Sofia wciąż żyje. I to moja wina, że jesteś w niebezpieczeństwie – odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Na szczęście znalazłam sposób, żeby cię ochronić. – Zamilkła na moment, jakby ważyła słowa, zanim je wypowie. Światło laboratoryjnych lamp odbijało się w jej oczach, nadając im niemal szklisty blask. – Wiem, że obiecywałam, że zrobimy to razem, ale zrozumiałam, że czekanie nie ma sensu – powiedziała z taką determinacją, że powietrze w pomieszczeniu stało się ciężkie, niemal lepkie od napięcia.
Zrozumiałam, do czego zmierza. Rozmawialiśmy o tym zbyt wiele razy, planowaliśmy każdy szczegół. To nie była niespodzianka, ale i tak poczułam zimny dreszcz, gdy wypowiedziała te słowa.
– Z pomocą Ambrose’a włamię się do biura Rafaela – oznajmiła z kamienną twarzą. – Jestem niemal pewna, że trzyma w nim skradzioną przez Lucy książkę o Izydorze i Leandrze. Jeśli ją znajdę, wszystko się skończy. Nawet jeśli Rafael natknie się na Sofię, nie połączy faktów.
– Dlaczego chcesz to zrobić bez nas? – wyrzuciłam z siebie nagle. – Przecież umawialiśmy się na coś innego.
Erin odwróciła się powoli, jakby musiała powstrzymać się przed przewróceniem oczami.
– Ty nie możesz się ruszyć z domu – powiedziała chłodno. – Wystarczy, że jedna osoba pozna prawdę o twojej krwi, i staniesz się najcenniejszym towarem na rynku wampirów. Henry też nie pójdzie, bo ktoś musi tu zostać i cię pilnować. – Zrobiła pauzę, patrząc na mnie twardo, jakby chciała, żebym zrozumiała powagę sytuacji. – To nie jest kwestia tego, czy robimy to razem, czy osobno – mówiła dalej, artykułując każde słowo z precyzją. – To kwestia czasu. Każda sekunda, którą tu tracimy, to sekunda, w której ty jesteś w niebezpieczeństwie.
Jej słowa uderzyły we mnie jak fala lodowatej wody. W pokoju zapadła nagła cisza, przerywana jedynie monotonnym szumem powietrza wydmuchiwanym przez klimatyzację. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałam temu zaprzeczyć, Erin miała rację. Czas nie był po naszej stronie.
– Ja pójdę – powiedział nagle Henry. – Włamię się do jego gabinetu i znajdę Lucy.
Erin zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, przesuwając wzrokiem od jego butów aż po twarz. Przez moment wydawało się, że się zgodzi, ale zaraz potem stanowczo pokręciła głową.
– To nie twoja walka, Henry. Ja popełniłam błąd, więc ja muszę go naprawić.
– To bez znaczenia, czyj to błąd. Liczy się, kto ma największą szansę, żeby tam wejść i wyjść z tego w całości.
W oczach Erin pojawił się błysk złości, jakby wyzwanie w głosie Henry’ego tylko dolało oliwy do ognia.
– Dlaczego uważasz, że to ty jesteś odpowiednią osobą? – zapytała z przekąsem, krzyżując ramiona na piersi.
– Po prosto pozwól mi iść. – Henry mówił spokojnie, ale w jego głosie słychać było stalową nutę, która nie znosiła sprzeciwu.
Erin pokręciła jednak głową.
– Przykro mi, ale to nie twoja decyzja – warknęła.
Henry zacisnął zęby, jakby musiał trzymać w ryzach słowa, które cisnęły mu się na język. Erin wyprostowała się powoli, wyraźnie pokazując, że nie zamierza ustąpić.
Patrzyła na nas z tą swoją niezłomną determinacją, ale mimo siły jej słów wciąż nie byliśmy przekonani. Może właśnie dlatego postanowiła mówić dalej.
– Mam to pod kontrolą, serio. Wy musicie zostać tutaj i dopilnować, żeby reszta planu się powiodła.
Zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, otworzyła drzwi i wyszła, zostawiając nas samych.
– Nie wiem, skąd w niej tyle uporu – powiedział Henry. – Wszystko musi robić sama.
– Przepraszam – wyrzuciłam nagle, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Gdyby nie to, że musisz mnie pilnować, mógłbyś pojechać razem z nią.
– Nie obwiniaj się – uciął natychmiast z wyraźnym naciskiem. – To nie twoja wina.
– Ale… – zaczęłam, jednak nie pozwolił mi skończyć.
– Żadnych „ale” – przerwał z chłodną stanowczością. – To nie twoja wina. I kropka.
Zacisnęłam wargi. Słowa cisnęły mi się na język, ostre i bolesne, ale połknęłam je, zanim wypłynęły. Nie chciałam zaczynać kolejnej walki.
– Dobrze.
To wszystko, co udało mi się z siebie wydusić. Ani jednego słowa więcej. W środku jednak wszystko we mnie buzowało. Lęk, którego nie mogłam już ukrywać. Myśli, które krążyły w kółko, coraz ciaśniej, coraz szybciej. Czy to się uda? Czy Erin da sobie radę?
Nie miałam odpowiedzi. I nie miałam żadnej pewności. Tylko nadzieję. Trzymałam się jej kurczowo, bo nie zostało mi już nic innego.Zatrzymać wspomnienie
HENRY
Wyszedłem do ogrodu, bo w środku dusiło mnie tak, jakby ściany się na mnie zawaliły. Deszcz padał leniwie, pojedyncze krople spadały mi na ramiona, ale nie zwracałem na nie uwagi. W porównaniu z burzą, która kotłowała się we mnie, ten deszcz był niczym.
Dakota chciała zatrzymać swoje serce, dosłownie, jakby jej życie było tylko kolejnym narzędziem do walki. Powiedziała to spokojnie, jakby to nie było nic wielkiego, jakby można było ot tak przestać istnieć na chwilę i wrócić bez konsekwencji. Ja jednak nie słyszałem w jej słowach żadnej strategii, żadnej logiki. Słyszałem tylko, że była gotowa umrzeć, by mnie ratować.
Zawsze była nieustępliwa. Nie dlatego, że niczego się nie bała, wręcz przeciwnie. Jednak miała w sobie coś, co kazało jej iść dalej mimo lęku. Czasem zbyt daleko. Jej ostatnie pomysły balansowały na granicy rozsądku, choć wypowiadała je z takim przekonaniem, że przez chwilę sam zaczynałem w nie wierzyć. Właśnie to było najbardziej niebezpieczne. Dotarło do mnie, że mogę jej nie powstrzymać. Że jeśli znów coś wymyśli i postawi na swoim, mogę ją stracić szybciej, niż zdążę cokolwiek zrobić. I to przerażało mnie bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek przeżyłem.
Szum liści przerwał moje zamyślenie, jakby sama natura przypomniała mi, że czas wrócić. Otrzepałem spodnie i powoli podniosłem się na nogi.
Wszedłem z powrotem do domu i zatrzymałem się na progu, gdy trafiłem na Erin. Była gotowa do wyjścia, ubrana w obcisły czarny strój, który dodawał jej ruchom jeszcze większej pewności.
– Już wyjeżdżasz? – zapytałem.
– Tak. Pożegnałam się właśnie z Dakotą i miałam cię poszukać, ale jak widać, sam się znalazłeś.
– Byłem w ogrodzie. Wiesz już może, gdzie zamierzasz się zatrzymać?
Erin uniosła brew i uśmiechnęła się filuternie, dokładnie tak jak zawsze.
– Czemu pytasz? Chcesz wpaść z wizytą?
– Pytam, żeby wiedzieć, gdzie cię znaleźć, gdy będziesz potrzebowała pomocy.
Erin przewróciła oczami i parsknęła śmiechem.
– Ja? Potrzebować pomocy? Dobre sobie. Wejdę, zrobię, co trzeba, i wyjdę, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, że tam byłam.
– Tego ci życzę.
Erin uśmiechnęła się, po czym na moment zamilkła, wbijając wzrok gdzieś w odległy punkt na ścianie.
– Zamierzam zatrzymać się w hotelu niedaleko teatru. Będę miała oko na wszystko i miejsce do ukrycia się, jeśli sprawy przybiorą zły obrót.
Spoważniałem, czując, jak waga sytuacji osiada mi na barkach.
– Jesteś pewna, że nie potrzebujesz mojej pomocy? Moglibyśmy z Dakotą chociaż pojechać z tobą do Londynu, żeby dotrzymać ci towarzystwa.
Erin uniosła brew.
– Chcesz ryzykować jej bezpieczeństwo? To nie najlepszy pomysł, żeby znajdowała się tak blisko Rafaela. Szczególnie że nie mamy pewności, ile wie do tej pory.
Zacisnąłem szczęki, gotów się sprzeciwić, ale wiedziałem, że ma rację. To byłoby skrajnie nieodpowiedzialne. Dakota już raz niemal została skrzywdzona w teatrze Rafaela. Nie mogliśmy pozwolić, by to się powtórzyło.
– W takim razie pozostaje mi życzyć ci powodzenia. – Westchnąłem. – Uważaj na siebie. I nie daj się złapać.
– Dzięki.
– Mówię poważnie – dodałem. – Nie możemy pozwolić sobie na to, żeby stracić kogoś jeszcze.
Erin na moment porzuciła swój zadziorny uśmiech. Skinęła głową, jej oczy na chwilę stały się poważne, jakby w końcu zrozumiała powagę tego, co przed nią. Obiecała, że będzie uważać, choć brzmiało to bardziej jak mechaniczne zapewnienie niż prawdziwa deklaracja. Chwyciła swoje rzeczy i wyszła.
Zostałem sam. W głowie wciąż dźwięczały mi jej słowa.
Erin, uparta jak zawsze, musiała postawić na swoim. Choć chciałem ją przekonać, odwieść od tej decyzji, gdzieś w głębi wiedziałem, że ma rację. Nawet gdybym poszedł za nią, cała ta misja byłaby dla mnie tylko tłem. Nie potrafiłbym skupić się na niczym innym, wiedząc, że Dakota została sama. Ona była moim priorytetem – była dla mnie wszystkim.
Westchnąłem i przesunąłem dłonią po twarzy. Zostawiłem korytarz za sobą i ruszyłem w stronę pokoju Dakoty.
Drzwi były uchylone, zza nich biło ciepłe pomarańczowe światło lampy. Pchnąłem je lekko i wszedłem do środka.
– Cześć – rzuciła Dakota, kiedy przekroczyłem próg jej pokoju.
Siedziała na podłodze wśród porozrzucanych zdjęć, jakby tworzyła z nich jakąś mozaikę, która miała na nowo złożyć w całość jej wspomnienia.
– Co robisz? – zapytałem, choć odpowiedź była oczywista.
– Przeglądam stare zdjęcia rodzinne – odparła, nie podnosząc wzroku. – Spójrz na to.
Podszedłem i zobaczyłem fotografię, na której Dakota i jej mama stały przy kuchennym blacie, obie w fartuchach, z rękami pokrytymi mąką i kakao.
– Przysięgam, że niemal czuję ten zapach czekolady – powiedziała cicho Dakota. Jej głos był ciepły, ale w tym cieple krył się cień smutku. – Pamiętam to jak dziś. To był piątkowy wieczór. Byłyśmy zmęczone, ale postanowiłyśmy upiec coś, co nas postawi na nogi.
Spojrzałem na jej twarz, dostrzegając, jak pojedyncza łza spływała powoli po policzku, zostawiając za sobą wilgotny ślad. Nienawidziłem patrzeć, jak płacze. Uniosłem rękę, chcąc delikatnie zetrzeć tę łzę, ale Dakota była szybsza.
– W porządku – powiedziała cicho, choć jej głos nie brzmiał przekonująco.
– Nie musisz przede mną udawać – odparłem.
Nie spojrzała na mnie. Przez dłuższą chwilę tylko przesuwała palcami po brzegu zdjęcia, jakby to mogło w jakiś sposób zatrzymać wspomnienie.
– Czasem boję się, że zapomnę jej głos – powiedziała nagle. – Albo sposób, w jaki się śmiała, kiedy coś ją naprawdę rozbawiło.
Przybliżyłem się, nie przerywając jej.
– Mam w głowie jej obraz, ale to jak patrzenie przez szybę. Jest blisko, ale nie mogę jej dotknąć. Nie mogę zapytać, co tak naprawdę czuła albo czego się bała… – Urwała i przełknęła ślinę. Zacisnęła dłonie na kolanach. – Najgorsze jest jednak to, że czasem jestem na nią zła. Że odeszła i zostawiła mnie tu samą.
– Żal też jest formą miłości – powiedziałem spokojnie.
Dakota pokiwała głową, ale jej oczy znów wypełniły się łzami. Przez chwilę żadna z nich nie spłynęła.
– To niesprawiedliwe – wyszeptała. – Inni mają czas, żeby się pożegnać. Ja nie pamiętam nawet jej ostatnich słów. To wszystko wydarzyło się zbyt szybko. – Jej głos załamał się na końcu, ledwie słyszalny, jakby sama bała się, że wypowiadając te słowa, sprawi, że będą jeszcze bardziej prawdziwe. – Chciałabym spędzić z nią jeszcze jeden dzień. Albo nawet godzinę. Żeby móc jej powiedzieć, że ją kocham. Że pamiętam wszystko, czego mnie nauczyła. Że to, co mi dawała, naprawdę we mnie zostało.
Objąłem ją ramieniem, nie mówiąc już nic. Czułem, jak oddycha ciężko, jak próbuje się nie rozkleić, ale z marnym skutkiem. Może to i lepiej. Nie każdy ból trzeba ukrywać.
Po chwili Dakota sięgnęła za siebie i z pliku leżących na podłodze rzeczy wyciągnęła kopertę. Była zgięta w rogu, lekko wilgotna, jakby ktoś niósł ją w deszczu bez osłony.
– Przyszedł dziś rano – powiedziała, podając mi list. – Listonosz, który dostarcza przesyłki do Windermore, przyniósł mi go osobiście. Mówił, że był zaadresowany na adres starego domu.
Spojrzałem na kopertę. Była z grubego kremowego papieru, zaadresowanego odręcznie: „Dakota Winter”. Adres zwrotny wskazywał dom w Winchester.
– Kto go przysłał? – zapytałem, kiedy Dakota otworzyła list i rzuciłem okiem na podpis.
– Nie znam tej kobiety, ale przedstawia się jako Margaret – odparła. – Pisała, że znała moją mamę. Możliwe, że była jej przyjaciółką. W końcu pisze o niej w taki sposób, jakby znała ją od lat.
– Co dokładnie napisała?
Dakota przeczytała na głos fragment:
_Nie potrafię wyrazić, jak bardzo mnie poruszyła wiadomość o śmierci Helen. Byłyśmy sobie kiedyś bardzo bliskie. Potem wydarzyło się coś, co nas rozdzieliło. Nie umiem o tym pisać w liście. Do końca życia będę nosić ciężar tego, że nie pogodziłyśmy się przed jej śmiercią_.
Jej głos nie zadrżał, ale palce ścisnęły papier mocniej, niemal nieświadomie.
– Muszę ją znaleźć. Może powie mi coś, czego sama nigdy się nie dowiedziałam. Muszę wiedzieć, dlaczego mama nigdy o niej nie wspomniała.
– Jesteś pewna, że to dobry pomysł?
– Nie. Ale i tak zamierzam to zrobić – odpowiedziała. – Jutro rano planuję się do niej wybrać.
– Sama?
– Właśnie dlatego chciałam najpierw z tobą porozmawiać. Może… pojedziesz ze mną?
– Oczywiście, że pojadę – odpowiedziałem bez chwili wahania. – Jeśli to ma pomóc ci zrozumieć, kim była twoja matka… to chcę tam być.
Dakota przytaknęła, spuszczając wzrok na zdjęcia. Między fotografiami leżała przeszłość, której nie dało się już cofnąć, ale może jeszcze dało się ją zrozumieć.Za kurtyną
ERIN
Plakat przy wejściu do teatru Rafaela lśnił w świetle latarni, przyciągając wzrok przechodniów złotymi literami, które obwieszczały, że dziś odbędzie się wieczór ze sztuką współczesną. Atmosfera wokół budynku była pełna ekscytacji – elegancko ubrani goście wchodzili do środka, ich śmiechy i rozmowy odbijały się echem od kamiennych ścian.
Zatrzymałam się, nerwowo zaciągając szal na ramiona. Nim zdążyłam wtopić się w tłum, obok mnie pojawił się Ambrose – jak zawsze nieskazitelnie ubrany, nonszalancki, z lekko ironicznym błyskiem w oku.
– Spóźniłaś się pięć minut – mruknął, nie patrząc na mnie. – To w tym świecie niemal nietakt.
– Ciebie też miło widzieć – odparłam szeptem.
Nie odpowiedział, tylko ujął mnie pod ramię tak swobodnym gestem, jakbyśmy byli parą od lat. Poprowadził mnie w stronę wejścia.
– Ona jest ze mną – powiedział do bramkarza, zanim ten zdążył zapytać mnie o nazwisko. Ton jego głosu był spokojny, ale nosił w sobie nutę, której nikt nie ośmielał się kwestionować.
Bramkarz spojrzał na mnie, potem na Ambrose’a, skinął głową i cofnął się o krok.
– W porządku. Miłego wieczoru.
Zamrugałam z zaskoczenia, ale nie powiedziałam nic. Ambrose tylko uśmiechnął się lekko, po czym wsunął ręce do kieszeni płaszcza i ruszył pierwszy.
Wzięłam głęboki wdech i weszłam za nim.
Od razu uderzył mnie blichtr teatru. Nawet jeśli byłam tu już kilka razy, to miejsce wciąż mnie przytłaczało. Nie chodziło o sam rozmiar, choć teatr był ogromny, ani o wysoki sufit z ciężkimi żyrandolami, korytarze wyłożone szkarłatnym dywanem, kręte schody, które prowadziły donikąd i wszędzie zarazem. Chodziło o to, że każdy szczegół krzyczał o bogactwie. O tym, że to miejsce zostało stworzone po to, żeby przypominać, kto tu naprawdę rządzi.
Złoto na balustradach było nie tyle dekoracją, co deklaracją. Kryształowe kinkiety, teatralnie rozświetlające ściany, rzucały zbyt ostre cienie. Powietrze natomiast mimo klimatyzacji było ciężkie od zapachów, w tym drogich perfum, krwi czy kadzideł.
– Nie mam pojęcia, dlaczego się na to zgodziłem – mruknął Ambrose, kręcąc głową. – To może się dla mnie skończyć naprawdę źle.
Poprawił mankiet płaszcza, jakby to miało mu dodać otuchy, ale nie przestawał rozglądać się z nieufnością. Jego spojrzenie omiatało loże, balkony, strażników rozmieszczonych w cieniu. Miał rację. Tutaj każdy ruch mógł zostać zauważony, każdy błąd wykorzystany.
– Jeszcze możesz się wycofać – szepnęłam bez przekonania.
– Skarbie, nie po to wszedłem na scenę w środku aktu, żeby teraz zejść za kulisy – odparł z cieniem uśmiechu, ale w jego oczach czaiła się czujność. – Po prostu chciałbym wiedzieć, dlaczego za każdym razem, gdy cię spotykam, kończę w jakiejś absurdalnie ryzykownej sytuacji.
Wzruszyłam ramionami. Słyszałam to pytanie już zbyt wiele razy, żeby jeszcze brać je na serio.
– Może po prostu lubisz odrobinę adrenaliny – odparłam, zerkając na niego kątem oka.
Ambrose prychnął pod nosem, ale nie wyglądał na rozbawionego. Jego spojrzenie powędrowało w stronę korytarza prowadzącego na wyższe piętra.
– Rafael wejdzie za chwilę na scenę – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od korytarza. – Inauguracja wieczoru ze sztuką. Jego wielki moment.
– Ile mamy czasu?
– Dziesięć minut, może dwanaście, jeśli się rozgada. – Odwrócił się do mnie i uniósł brew.
– To teraz albo nigdy – szepnęłam.
Ambrose poprawił kołnierz, jakby przygotowywał się do spektaklu, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę bocznych schodów. Podążyłam za nim bez słowa, czując, jak napięcie zaczyna mnie ściskać za żebra.
Wspinaczka po bocznych schodach zdawała się trwać wieczność. Na każdym piętrze mijaliśmy grupki wampirów. Niektóre rozmawiały, inne były pochłonięte przeglądaniem katalogów sztuki albo popijaniem z kieliszków, których zawartość miała metaliczny aromat. Ambrose nie zwalniał kroku, poruszał się z naturalną gracją, jakby wtapiał się w ten świat, do którego ja nigdy tak naprawdę nie należałam w pełni.
Mijaliśmy ciężkie kotary, połyskujące ornamenty, ściany wytłumione aksamitnymi panelami. Na zakręcie Ambrose zerknął przez ramię. W odpowiedzi skinęłam lekko głową. Nie było odwrotu.
Weszliśmy w długi korytarz na najwyższym piętrze. Tutaj nie było już tłumów. Tylko nieliczni goście przechadzający się w niespiesznym tempie. Ambrose ruszył pewnym krokiem, jakby miał pełne prawo tu być. Ja trzymałam się tuż za nim, skupiona na każdym oddechu, na każdym dźwięku.
I wtedy po kolejnym zakręcie zobaczyliśmy ich.
Dwóch strażników stało tuż przy wejściu do biura Rafaela. Byli ubrani w ciemne garnitury, z komunikatorami w uszach. Nie rozmawiali, nie poruszali się, tylko stali w napięciu, jakby ich ciała znały już wszystkie możliwe scenariusze i były gotowe na każdy z nich.
Miejmy nadzieję, że nie były gotowe na nas.
Zatrzymaliśmy się jak na komendę. Na sekundę nasze spojrzenia się spotkały. Nie było potrzeby nic mówić.
Strażnik po mojej stronie zdążył jedynie zmarszczyć brwi na mój widok – zakłopotanej, uśmiechającej się nieśmiało wampirzycy, która chciała poprosić o pomoc. Nie zdążył odpowiedzieć, gdy doskoczyłam do niego. Chwyciłam go za przód garnituru i pociągnęłam z impetem, jednocześnie uderzając kolanem w brzuch. Powietrze z sykiem opuściło jego płuca. Nim zdołał złapać oddech, wykonałam obrót i uderzyłam łokciem w jego krtań. Poczułam pod skórą chrupnięcie chrząstki. Zadrżał, zachłysnął się powietrzem, ale już go nie złapał. Wciągnęłam go do wnęki przy drzwiach, po czym zgięłam mu kolano i powaliłam go. Osunął się na ziemię bezgłośnie, ledwie zipiąc.
W tym samym czasie Ambrose był po drugiej stronie. Pojawił się za plecami swojego przeciwnika niczym cień. Nie mógł pokazać mu twarzy, żeby później go nie zdemaskowano. Jego ramię objęło strażnika w pół obrotu – nie jak w szarpaninie, ale jak w tańcu – i zanim mężczyzna zdążył choćby sięgnąć po komunikator, Ambrose przechylił go do tyłu, odsłaniając szyję. Dwa szybkie ciosy – jeden w podstawę czaszki, drugi w splot słoneczny – i przeciwnik osunął się w jego ramiona jak bezwładna lalka. Ambrose pochylił się, złapał strażnika pod pachami i również wciągnął go do wnęki, żeby nikt nie natknął się na mężczyzn leżących na korytarzu.
Poprawił mankiet płaszcza i spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek.
– Mamy pięć minut – powiedział cicho, zerkając na nieprzytomnych strażników. – Może sześć, jeśli będziemy mieć szczęście. Po tym czasie ich ciała zdążą się zregenerować.
– Wystarczy – odparłam.
– Mam nadzieję, że dokładnie wiesz, czego szukasz – dodał jeszcze półszeptem, z nutą niepokoju w głosie.
Przekręcił gałkę z wyczuciem, niemal z czułością, i wślizgnął się do środka bezszelestnie. Podążyłam za nim, zamykając drzwi za sobą możliwie najciszej.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_