Popioły - ebook
Zdradzona. Spalona na stosie. Wskrzeszona, by dokonać zemsty.
Życie Mirry od początku było naznaczone cierpieniem. Jako dziecko została okrutnie pozbawiona matki, jako młoda dziewczyna – zdradzona przez najbliższą osobę, oskarżona o czary i skazana na spalenie na stosie.
Kiedy jednak staje twarzą w twarz ze śmiercią, nie odchodzi z nią na dobre.
Odradza się z popiołów.
Wszystko za sprawą kontraktu, który lata wcześniej zawarła z tajemniczym Sytrim. Ten gardzący ludźmi mężczyzna pomaga jej wrócić na ziemię i dokonać zemsty na oprawcach. Nie spodziewa się jednak, że Mirra rozbudzi w nim uczucia, które uznawał za dawno wymarłe.
Już wkrótce opętana pragnieniem sprawiedliwości kobieta i jej sarkastyczny towarzysz, lubujący się w manipulacji, zgotują mieszkańcom Tyb prawdziwe piekło… Pytanie tylko, czy cena, którą zapłacą za rewanż, okaże się tego warta.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8373-854-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tobias
Początek roku 1490 dodał nadziei mieszkańcom małego nadbrzeżnego miasteczka w Królestwie Cabanel. Król umarł. Wreszcie mają być wolni. Oznaczało to koniec wyzysku, tyranii i wszechobecnego okrucieństwa. Syn zmarłego władcy, dziś książę, a jutro król Pius, jest przecież dobrotliwym i mądrym człowiekiem. Ma wielką wiedzę i ponad wszystko ceni sobie dobro podstawy tego społeczeństwa – prostych ludzi. Tak samo miłuje swoją żonę Leonię, jak i brudnego wieśniaka, który ścina zboże na jego chleb. To najlepszy człowiek na najwłaściwszym miejscu, a do tego ma usunąć wszelkie podatki. Tak przynajmniej mówił pijany podróżnik, który zatoczył się właśnie przy barze i głośno beknął. Tobias spojrzał z pogardą na tego upodlonego człowieka. Sam nie był w lepszym stanie, jednak on był miejscowy. Jemu wolno było się schlać i zapomnieć o całym bożym świecie.
Przez panujący w karczmie półmrok nie widział dobrze, jak obcy wygląda, tylko błyszczące klamry jego pasa kusząco mieniły się od płomienia świec i latarenek. Podróżnik raz po raz wygłaszał kolejne bełkotliwe oracje polityczne, ale nikt spośród kilku drobnych pijaczynów nie zdawał się go słuchać. Tylko barman, zwany przez wszystkich Jorem, co było skrótem od imienia Jorthehim, sporadycznie uciszał drącego się obcego. Miejscowy obserwator złapał prawie pusty kufel i przechylił, by wypić resztki napoju. Jeszcze – przemknęło mu przez głowę. Sięgnął swoją pokrytą bliznami dłonią do kieszeni pocerowanych spodni. Pusto.
– Kurwa – zaklął pod lichym wąsem.
Już godzinę temu głowa zaczęła mu ciążyć, lecz teraz, gdy był już mniej pijany, poczuł się naprawdę źle. Wstał i podparł się o ciężki, bardzo zniszczony stół. Machnął ręką tak nieporadnie, że prawie przewrócił latarnię, która stała na środku wysłużonego czasem mebla. W głowie zaczęło mu szumieć, jak tylko wykonał pierwszy krok. Zakołysał się i jęknął. Kurwa – pomyślał i postawił kilka kolejnych ciężkich kroków w stronę baru.
Podeszwa jego prawego, starego skórzanego buta była dziurawa, dlatego gdy wdepnął w coś, co było prawdopodobnie piwem, płyn natychmiast dosięgnął jego gołej, chudej stopy. Nie przejął się tym, prawdę mówiąc, nawet nie poczuł, że coś się stało. W głowie, oprócz szumu, odczuwał jedną myśl – chciał się znów napić.
Miał wrażenie, że droga do karczmarza zajęła mu całą wieczność. Kiedy dotarł do upragnionego celu, oparł się o brudny blat i skierował mętne spojrzenie na właściciela karczmy. Tobias nie wiedział, czy to przez alkohol, czy późną, prawie poranną godzinę, ale odniósł wrażenie, że twarz i tak już grubego łysego mężczyzny zrobiła się jeszcze większa i okrąglejsza. Gruby przyglądał mu się przez dłuższą chwilę i z westchnieniem złapał za szmatę wiszącą na pobliskim haku.
– Podnieś się – rozkazał pijanemu.
Tobias po krótkiej chwili wstał i opadł ciężko na drewniane krzesło stojące przy blacie. Karczmarz zaczął gorączkowo wycierać ochlapany bar, jednak ścierka, której używał, była tak brudna, że gdy skończył to niby-czyszczenie, było jeszcze gorzej.
– Co podać? – zapytał Jor.
Przy pierwszej próbie udzielenia odpowiedzi zamiast słów Tobias wydał z siebie niezrozumiały bulgot. Karczmarz westchnął ciężko, wdychając przy tym odór strawionego alkoholu, i splunął przez ramię. Zdawał się zniecierpliwiony, gdy czekał na odpowiedź pijanego.
– Co podać? – powtórzył, a w jego głosie zabrzmiała nuta złości.
– Na krkre… – wybełkotał Tobias i z wysiłku znowu opadł na lepki blat baru.
Jeden z trzeźwiejszych klientów pojawił się po drugiej stronie blatu i krzyknął do Jora, że chce piwo. Gruby obrócił się jak bączek i rzucił przez ramię:
– Jak pijany, to wypierdalaj.
Tobias, gdyby był trzeźwiejszy, uznałby to za obelgę i na pewno nie puściłby mu tego płazem. Pomyślał, że gruby ma szczęście, bo jakby zaczęła się bitka, to zostałaby z niego miazga. Dodał w myślach, że lepiej dla tego bydlaka, że świat mu się kołysze.
Kiedy Jor znowu pojawił się przy pijanym Tobiasie, pewnie by go na dobre wyrzucić, wychudzony szewc zebrał w sobie całą siłę i jednym tchem wypalił:
– Nakredytpiwo… albo… gorz… gorzałkę…
– Co? – warknął Jor, którego cierpliwość była na wykończeniu.
Tobias znowu westchnął i czuł, że mu się zbiera, ale po raz kolejny spróbował zamówić trunek:
– Na kreedyt… – zabełkotał.
Jor zaśmiał się cicho pod nosem i pokręcił głową z dezaprobatą.
– Na kredyt to też wypierdalaj – odpowiedział mu i otworzył płotek oddzielający go od klientów, po czym złapał Tobiasa za fraki i wyrzucił ze swojej karczmy wprost na chłodną, wydeptaną ziemię.2.
Helena
Helena nie potrafiła zliczyć, ile modlitw zmówiła. Minęła cała noc, zaczęło już świtać, a jego nadal nie było. Nigdy nie był odpowiedzialny, lecz teraz chodziło o sprawę wielkiej wagi. Zanim wyszedł, wyjęła sakiewkę spod siennika i oddała mu ostatnie pieniądze. „Błagam, mężu, sprowadź medyka” – poleciła. Kiedy wyruszył, weszła do izby, w której leżały dzieci. Mirra spała mocno, oddychała miarowo. Wyglądała dobrze. Dziewczynka była opatulona ciepłym, wełnianym kocem, który Helena dostała w posagu pięć lat temu. Mysie loczki małej były rozczochrane i poplątane. Kobieta była pewna, że gdyby dobrze poszukać, toby i ptasie gniazdo znalazła w jej włosach. Mimo wszystko uśmiechnęła się z czułością. Kiedy sprawdzała, czy mała jest dobrze okryta, znalazła w jej łóżku swoje stare korale, które wyraźnie zabroniła jej zabierać. W innych okolicznościach zdenerwowałaby się, jednak tym razem miała większe zmartwienia niż wybryki Mirry.
Are, jej ukochany syn. Jedyny. Jej Are. Podobno wszystkie dzieci rodzic kocha tak samo, lecz Helena wiedziała, że miłość do Mirry była zupełnie inna od miłości, jaką darzyła małego, swoje drugie dziecko. Jej córka była skryta, samowolna i co najważniejsze – matka wiedziała, że kiedyś odejdzie z domu, do swojego męża, i ją zostawi. To Are w przyszłości miał o nią zadbać, zresztą już to robił. Mimo wieku był niezwykle odważny i jak tylko mógł, chronił bezradną matkę przed ojcem, samemu się narażając. Przyszło jej do głowy, że źle, że to syna spotkała ta tragedia, a nie córkę. Szybko jednak odgoniła tę myśl i klęknęła przy łóżeczku dwulatka. Dziecko było rozpalone, oddech miało przyspieszony i płytki.
– Proszę cię, Jedyny… – szeptała. – Weź mnie… Jego zostaw. Błagam.
Nie płakała, nie miała już czym. Ręce jej drżały, a serce biło tak mocno, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Kiedy Are jęknął, Helena od razu podniosła głowę. Spał. Przyłożyła swoją wątłą dłoń do policzków malucha, po czym natychmiast ją cofnęła. Kosmyki jego blond, prawie złotych loczków były pozlepiane od potu. Helena resztkami sił podniosła się i zapaliła stojącą na stołku obok łóżka Arego niemal wypaloną świecę. Wątły płomień nie rozproszył ciemności panującej w izbie, ale pozwolił odnaleźć miskę z zimną wodą i szmatką. Helena wycisnęła wodę z materiału i położyła na czole swojego syna. Zimno, jakie Are odczuł, zbudziło go ze snu. Nie miał siły płakać, zakwilił jedynie cicho i przewrócił się na bok. Matka dotknęła jego koszuli, która ociekała potem.
– Kochany, musimy się przebrać – powiedziała czule.
– Ma-ma… – wyjęczał.
Helena poczuła, że zaraz osłabnie. Wiedziała, że musi być silna, jednak nie miała nieskończonych zasobów tej siły. Najpierw nieplanowana ciąża i śmierć ukochanej siostry, potem mąż pijak, a na koniec rozpadająca w środku się chałupa i krowa, co nie daje mleka. Do tego ta okropna bieda. Tylko Are był jej promyczkiem, złotym dzieckiem. Od razu nauczył się mówić, jadł wszystko, co mu dała, i nie sprawiał absolutnie żadnych kłopotów. Kiedy mąż wracał pijany i się awanturował, to właśnie Are przychodził i najpierw próbował ją obronić, a potem przytulał się do jej nóg, gdy płakała przy stole kuchennym. „Kocham, mama” – szeptał wtedy, jakby wiedział, że miłość to to, czego ona najbardziej w takim momencie potrzebuje. A potem wydarzyła się tragedia. Tego rześkiego poranka malec poszedł wraz z ojcem do stodoły. Do tej przeklętej stodoły – pomyślała Helena, zaciskając zęby. Kiedy Tobias zajmował się piciem ukrytego wśród siana bimbru, Are podszedł zbyt blisko do łaciatej krowy, która spokojnie żuła siano, i radośnie złapał ją za tylne kopyto, co wystraszyło krasulę. Zwierzę kopnęło i trafiło małego prosto w brzuszek, a dziecko poleciało i wpadło na ścianę obory. Tego przeklętego poranka wiatr przyniósł Helenie do domu przeraźliwy krzyk jej syna. Wrzask był wręcz demoniczny, zjeżył liche mysie włosy na głowie kobiety, która natychmiast poleciała za jego źródłem.
Wtedy nie zdawała sobie sprawy z tego, że wybiegając z domu, wywróciła gar z zupą. Dostała potem od Tobiasa porządne lanie za marnowanie jego pieniędzy, jednak to nie miało znaczenia. Odniosła wrażenie, że przestała żyć, gdy tylko zobaczyła zapłakanego malca. To właśnie wtedy, pięć dni temu, jej serce stanęło i nigdy nie zabiło ponownie. Od tego czasu Are łapał się za brzuch i piszczał, wrzeszczał, nie pozwalał się dotykać. Tobias wydawał się z początku przejęty, ale wycie malca szybko zaczęło go denerwować. Na jego płacz reagował złością, a tę złość wylewał na żonę. Tym razem Helena nie zważała na agresję Tobiasa. Mogłaby przyjąć i sto batów, mogłaby spłonąć żywcem, byle tylko ocalić ukochanego syna.
Zmieniła mu koszulkę i pogłaskała go po głowie. Znowu zasnął. Patrzyła na jego klatkę piersiową, która opadała ciężko i wznosiła się z wielkim trudem. Brzuszek dziecka był czerwony, podbiegnięty krwią i opuchnięty. Helena dostawała ciarek, jak tylko skierowała wzrok na tułów syna, więc z rzadka zaglądała mu pod koszulkę. Po raz kolejny przeklęła męża i wróciła do odmawiania modlitwy.
Nie skończyła nawet dziesiątej, kiedy Are otworzył oczy. Jego buzia przestała być taka czerwona, teraz przestała mieć jakikolwiek kolor poza białym.
– Mama… – wyszeptał i wyciągnął małą rączkę do Heleny. – Mama, ja… boję…
– Are, synku – powiedziała matka drżącym głosem. – Ojciec sprowadzi medyka. Już idą… Synku, słyszysz mnie?
Are jednak nie odpowiedział. Jego niebieskie oczy zastygły w przerażeniu, a drobna rączka opadła bezradnie. Helena zaczęła potrząsać dzieckiem, wykrzykiwać jego imię. Jej wrzask złamałby niejedno serce. Kiedy potrząsanie nie przyniosło skutków, przytuliła ciałko syna do piersi i kołysała go. Zaczęła mu śpiewać, lecz śpiew szybko przerodził się w płacz, a płacz w rozpacz. Mirra przestraszona przytuliła się do ściany i narzuciła koc na głowę. Zatkała sobie uszy, żeby nie słyszeć matki. Niewiele to dało. Cała wioska ją usłyszała.
Kiedy rosa otuliła źdźbła traw i kiedy ptaki rozpoczęły swój piękny śpiew, liche brzozowe drzwi domostwa się otworzyły. Tobias zatoczył się w wejściu i oparł o zimny piec, który stał obok. Helena zwabiona hałasem prędko się podniosła i podwijając cienką lnianą koszulę nocną, pobiegła do głównej izby. Zobaczyła męża, który ledwo stał na nogach i wgapiał się w nią tępym wzrokiem. Kiedyś była nawet ładna – pomyślał – a teraz to zwykła chuda szkapa. To prawda, czas i zmagania z życiem działały na niekorzyść Heleny, ale nadal była całkiem zgrabna, mimo przeraźliwie chudej sylwetki. Kiedyś można było ją nazwać jedną z ładniejszych panien w wiosce. Potem poślubiła Tobiasa.
Usta Heleny zadrżały. Patrzyła na brudnego, obsikanego męża, który zdawał się nie wiedzieć, gdzie się znajduje. Poczuła, że zaraz wybuchnie w przypływie furii. W amoku rzuciła się w kierunku pijanego męża i powaliła go na ziemię.
– TY BYDLAKU! – wrzasnęła. – TY ŚWINIO!
Tobias był w szoku. Helena nigdy nie oddawała mu ciosów, a to, że mogłaby się na niego rzucić, nawet nie przyszło mu do głowy. Kobieta okładała go małymi piąstkami. Nie mogła mu zrobić krzywdy, była na to zbyt słaba. Kiedy Tobias oprzytomniał, ogarnęła go złość. Odepchnął żonę, a ta poleciała jak szmaciana lalka i wpadła na stojący pośrodku izby brzozowy stary stół. Helena nie czuła bólu. Wstała i ponownie ruszyła na męża. Znów go okładała i cedziła przez zęby:
– Nie da-ru-ję ci!!! – krzyczała. – Mój syn… Mój syn…
Tobias zabełkotał coś i uderzył kobietę pięścią w twarz. Potem drugi raz. I trzeci. Bił tak mocno i długo, aż zabrakło mu sił, a twarz Heleny nie przypominała już oblicza człowieka, lecz krwawą miazgę. Kiedy obudził się z amoku, spojrzał na swoje pokryte krwią ręce. Czerwona ciecz była wszędzie, powoli wsiąkała w stare deski pokrywające podłogę. Jego oddech przyśpieszył, zrobiło mu się niedobrze.
– H… Hela? – wyszeptał do niej.
Helena już nie odpowiedziała. Kałuża krwi wylewająca się z jej głowy robiła się coraz większa. Lichy warkocz stał się jednym wielkim ulepem, a jej lniana koszula przybrała szkarłatny kolor. Tobias przeraził się i potrząsnął żoną.
– Helena! Wstawaj! Przestań już! Wstawaj!!! – wrzasnął.
Tobias nigdy się nie dowiedział, że ostatnia myśl jego żony była radosna. Ucieszyła się, że wejdzie w bramy raju, trzymając swojego synka za rączkę. Z każdym kolejnym ciosem czuła coraz mniej bólu i coraz większą radość. Jej rozłąka nie trwała długo. Już za chwilę ukocha swoje dziecko, zaopiekuje się nim, tak jak powinna była to zrobić od początku. Z dala od bólu, z dala od biedy i z dala od męża, w końcu ogarnęło ją szczęście.3.
Mirra
Tragedia, która wydarzyła się w domu szewca, sprowadziła samego barona wraz z żoną. Był on właścicielem wioski Tyb, pobierał na rzecz królestwa należne podatki od jej mieszkańców, dbał o ochronę (głównie swoich włości) i pełnił funkcję sędziego. Tytuł odziedziczył z dziada pradziada, a we wiosce mówiło się, że jego korzenie sięgają rodziny królewskiej. Jeśli sama pozycja barona by nie wystarczyła, żeby okazywać mu należny szacunek, to ta plotka była na pewno przekonująca.
Kiedy miejscowy prawie monarcha dotarł do starej, ale nadal mocnej, drewnianej chaty, na miejscu było już sporo osób. Pojawił się również wójt, który mimo podeszłego wieku nadal stał prosto i dumnie. Oprócz barona i jego żony był zdecydowanie najlepiej ubrany ze wszystkich. Miał na sobie nieco wytarte buty z brązowej skóry, na które opadały nogawki ciemnych materiałowych spodni. Nosił też koszulę w kolorze głębokiej zieleni i lekką skórzaną kamizelkę robione na wymiar, idealnie wpasowujące się w jego chudą sylwetkę. Do cyrulika chodził raz w miesiącu, zawsze w ostatnią sobotę, żeby przyciął i ułożył mu jego nadal zadziwiająco gęste siwe włosy i rudego wąsa, którego układał na pastę ze smalcu. Przy szewcach, rolnikach i rybakach prezentował się naprawdę dobrze. Co prawda nie tak dobrze jak baron, który w drogocennych, sprowadzanych prosto ze stolicy szatach, podobnie jak jego otulona ciemnym jedwabiem żona, epatował przepychem. Jednak oprócz nich był tu zdecydowanie najbogaciej ubranym człowiekiem.
Kiedy wójt wszedł do domostwa, od razu przyłożył do nosa chustkę. Cuchnęło w nim bowiem przetrawionym alkoholem i krwią. Helena została już zabrana, aby przygotować jej ciało do pochówku. Ostatnie dni były wyjątkowo ciepłe, dlatego nie można było z tym zwlekać. W głównej izbie przebywało kilku mężczyzn. Kobiety również się pojawiły, ale zostały szybko wygonione, ponieważ „to nie było miejsce dla bab”.
Lutna, miejscowa krawcowa, zanim wyszła, dostrzegła przez otwarte drzwi wielkie przerażone brązowe oczy i rozczochraną fryzurę. To Mirra wyściubiła swój zadarty nos spod koca, pod którym było jej zdecydowanie za gorąco.
– Najwyższy… – szepnęła czarnowłosa kobieta i weszła do drugiego pokoju. – Mirra, skarbie…
Wiedziała, że jest jeszcze młodszy syn, dlatego spojrzała na jego część pokoju. Kobiecie wnet zrobiło się słabo, gdy ujrzała odkryte ciałko, od wielu godzin już martwe. Jego bezustannie już mętne spojrzenie skierowane było w nieokreśloną dal, a usta rozchylone, jakby chłopiec zmarł, nie ukończywszy wypowiadać swego ostatniego zdania. Lutna czuła, że robi jej się niedobrze. Wzięła gwałtownie Mirrę na ręce i szybko wyszła z chaty. Mała zaczęła płakać, jednak kobieta na to nie zważała. Postawiła bose dziecko na wilgotnej i chłodnej trawie, po czym zwymiotowała. W tym samym momencie do domu dotarli baronowie. Baronowa od razu uklęknęła przy czarnowłosej i podała jej jedwabną chusteczkę. Lutna wzięła ją, wytarła swoje czerwone usta i szepnęła coś do starszej o kilka lat kobiety. Baronowa pobladła i wstała powoli z klęczek, po czym podeszła dostojnym krokiem do męża. Mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą:
– Mówiłem, że to nie miejsce dla…
– Ona mówi… – przerwała mu. – Ona mówi, że jeszcze dziecko… Bez ducha… – powiedziała przerażona.
Baron przeklął siarczyście i wszedł do domostwa, prosto w kałużę krwi. Znów zaklął i zwrócił się do siedzącego przy stole Tobiasa, który zdawał się nie mieć kontaktu z rzeczywistością.
– Co tu się stało?! – zagrzmiał.
Nie otrzymał odpowiedzi, dlatego spojrzał ze złością na wójta, który stał obok wraz z dwoma innymi mężczyznami i zadał to samo pytanie.
– Tobias… znaczy, ten, o tu. – Wskazał wójt. – On ma krew na rękach. Zabił babę swoją, Helenę to znaczy. Ona młoda nie była, znaczy, stara też nie, i pewnie za mocno uderzył, i no, umarła… – odpowiedział.
– A dziecko? – Baron wykonał kilka kroków do pokoju dziecięcego i zobaczył to samo, co przed chwilą ujrzała Lutna.
– Jakie dziecko? – zapytał któryś z mężczyzn.
Baron był wściekły i wskazał swoim tłuściutkim palcem ozdobionym złotem na zakrwawionego skacowanego szewca.
– Jakie dziecko?! – krzyknął mężczyzna znowu. – Jakie dziecko?!
Pulchny mężczyzna w bogatych szatach podszedł szybko do Tobiasa i złapał go za fraki. Morderca nie przeraził się, nie czuł w tamtym momencie nic. Sprać żonę to jedno, przecież każdy tu tak robi. Co innego, jak się żonę ubije. Pewnie go za to powieszą, a jeśli nie, to i tak żadna już za niego nie wyjdzie.
– Dziecko… – powtórzył tępo Tobias.
Pozostała trójka mężczyzn weszła do izby dziecięcej i od razu zaczęła nerwową rozmowę. W końcu najbardziej spolegliwy z nich wziął ciało chłopca i ruszył do piwnic świątyni, gdzie już czekała na syna jego matka.
– Musimy przeprowadzić sąd… Znaczy, ten… – powiedział nieśmiało wójt.
– Ty mi nie mów, do jasnej cholery… – Baron nabrał powietrza i kaszlnął. – Nie mów mi, co mam robić!
Wójt nie odpowiedział.
– Ale tak, trzeba ten sąd przeprowadzić – powiedział baron, jakby to był jego pomysł. I rozkazał wójtowi: – Zbierz wszystkich w sanktuarium. A tego tu – wskazał na Tobiasa – skuć i też przyprowadzić. Sąd zaczniemy w południe.
Zanim ta decyzja została podjęta, Mirra już siedziała przy jasnym stole w kuchni Lutny. Po jego drugiej stronie siedział ośmioletni syn kobiety – Pirys. Miał tak samo czarne kręcone włosy jak matka, ciemne szmaragdowe oczy po ojcu i piękny, szeroki uśmiech. Swoim urokiem czarował każdego, a i mamę nieraz udało mu się urobić. Siedział i spokojnie pił kubek ciepłego mleka. Z niewiadomych mu przyczyn ojciec z rana nie popłynął na ryby i tym samym nie zabrał go ze sobą. Chłopiec dostał zakaz wychodzenia z domu i, broń Jedyny, nie mógł się zapuszczać w stronę gaju oliwnego. To właśnie tam był domek Mirry. I tak Pirys planował niedługo czmychnąć na plażę, ale dopiero gdy matka zajmie się sobą lub córką szewca, która, ku zaskoczeniu Pirysa, pojawiła się tego dnia z wizytą. Mała siedziała przy stole z opuszczoną głową i nie odpowiadała na żadną z zaczepek chłopca. Trochę go to zirytowało, więc wziął kawałek chleba i ulepił z niego kulkę, po czym rzucił w dziewczynkę, która się wzdrygnęła.
– Pirys! – krzyknęła matka. – Zostaw Mirrę w spokoju. Bo jak ojciec wróci…
– Dobra! Przepraszam, mamo! Przepraszam! – przerwał jej chłopiec i posłał jej swój najpiękniejszy uśmiech.
Lutna kątem oka dostrzegła, że Mirra dyskretnie podniosła ulepioną kulkę z chleba i ją zjadła.
– Szanuj chleb, bo inaczej ci go zabraknie – ostrzegła syna.
– Przeprosiłem! – odpowiedział.
Nigdy nie brał na poważnie gróźb swojej matki. Prawda, bywała surowa, ale nikogo nie kochała tak bardzo jak swoich dzieci. Nawet o jego bracie, którego pochowali dwie wiosny temu, mówiła, jakby wciąż kręcił się między izbami. Jednak jego już od dawna nie było. Chłopiec został jedynym synem i dobrze o tym wiedział.
Pirys był śniady i miał dużo piegów. Przed każdym wyjściem z ojcem na ryby matka całowała go w oba policzki. Odnosił wtedy wrażenie, że całuje go w każdego jednego piega, bo tak długo to trwało. To zachowanie nasiliło się, odkąd jego brata bliźniaka spotkała ta tragedia. Od czasu, gdy Tariki utonął, matka żegnała Pirysa tak, jakby widziała go po raz ostatni. Z tego samego powodu serce Lutny rozdzierało się, gdy patrzyła na dziewczynkę, która jednocześnie straciła i matkę, i brata.
– Mirra, skarbie… – Czarnowłosa kobieta kucnęła przy krześle, na którym siedziała dziewczynka. – Zjesz chleba? Mam powidła.
Córka szewca mimowolnie podniosła głowę. Chleb… to dziwne słowo zabrzmiało w jej głowie. Dawno nie jadła niczego, co nie jest kaszą. Smak zjedzonej kulki chlebowej wciąż tańczył na jej języku i sprawiał, że kiszki bolały jeszcze bardziej. W domu było coraz gorzej, matka ostatnio zrobiła nawet zupę z trawy i korzonków. Dziewczynka o chlebie nawet nie marzyła. Wstyd ustąpił przed głodem, który usilnie czuła, więc kiwnęła niepewnie głową. Lutna uśmiechnęła się i pogłaskała dziecko po głowie, po czym zatrzymała na niej rękę.
– Będziemy musiały to rozczesać. Żebyś ładnie się prezentowała na… – Kobieta zawiesiła głos.
Właśnie, na czym? Na pogrzebie? Na sądzie? Żadne z tych wydarzeń nie jest dla dziecka. Do Lutny powróciły obrazy, które dziś zobaczyła. Znów poczuła dziwne ukłucie w żołądku, więc szybko odgoniła myśli i zaczęła kroić chleb. Położyła dwie kromki przed dziewczynką i dodała:
– Zaraz poszukam powideł… I mleka ci zagotuję – oznajmiła.
Pochyliła się i zaczęła przeszukiwać półki w poszukiwaniu słodkiego smarowidła. Po kilku chwilach znalazła naczynie, otworzyła je, wsadziła drewniany nożyk do środka i postawiła przed Mirrą. Ku jej zaskoczeniu jedna kromka z talerza zniknęła, łącznie z okruszkami.
– Zjadła na sucho… – powiedział Pirys i dopił ostatnie krople mleka.
– Ciii. – Lutna wymownie położyła palec na usta. – Dobrze wiesz, że tak komentować to…
– Nie wypada… – Pirys znowu przerwał matce i dokończył za nią. – Mogę iść się pobawić? – zmienił temat.
– Idź. Tylko przed domem. – Czarnowłosa machnęła ręką, a syn na ten znak odbiegł radośnie od stołu.
– Mirra, skarbie… – powiedziała Lutna, smarując drugą kromkę powidłami. – Chcesz jeszcze?
Mała kiwnęła głową. Łącznie spałaszowała cztery grube kromki, z tego trzy z bogato posmarowanymi powidłami. Kobieta postawiła ciepłe mleko obok dziecka i usiadła na sąsiednim krześle.
– Lubię mleko – powiedziała niespodziewanie mała. – Zapomniałam, że jest takie dobre.
Lutna zdziwiła się.
– Nie macie krowy? – zapytała.
– Jest, ale mama mówi, że trzeba dobić. Nie daje mleka. I kopnęła braciszka. – Mała wzruszyła ramionami i wzięła kolejny łyk.
Lutna zaniemówiła. Siedziała tak przez chwilę i wpatrywała się w dziewczynkę, która wypiła cały kubek i chętnie poprosiłaby o jeszcze, jednak się wstydziła.
Lutna podniosła się ostrożnie i poszła do sypialni, skąd wzięła drewniany grzebień z szerokim zębem. Podeszła do Mirry i położyła jej rękę na głowie.
– Robimy warkocza – zarządziła.
Mirra grzecznie poddała się rozczesywaniu włosów. Gdyby robiła to Helena, mała darłaby się wniebogłosy, przy matce w końcu czuła się swobodnie. Lutna zaś była dla niej obca, inna. Wyglądała inaczej, była też spokojniejsza i pogodniejsza niż jej matka. Helena była znerwicowana wieczną biedą i przemocą. Kobieta, która ją czesała, miała szczęście. Jej mąż szanował ją i dzieci, zarabiał dobrze, a jeśli się zezłościł, to najwyżej na nią nakrzyczał. Nie musiała się martwić o krowę, co nie daje mleka, ani o to, co wrzucić każdego dnia do gara. Mirrze wydawało się, że kiedyś nawet widziała, jak małżeństwo się kłóci. Lutna wtedy krzyczała na męża. W domu dziewczynki nie było możliwe, by matka odpowiedziała Tobiasowi. Jeśli Helena chociażby mrugnęła nie tak, jak mu się podobało, wtedy dostawała lanie jeszcze gorsze niż zwykle.
Kiedy grzebień zaczepił się o kołtun, mała pisnęła cicho. Czarnowłosa przeprosiła i sięgnęła do maselniczki, po czym wmasowała trochę tłuszczu w najgorsze kłębowisko.
– Teraz będzie lepiej – podsumowała kobieta.
Można powiedzieć, że włosy Mirry wreszcie przestały przypominać jeden wielki ul.
– Teraz trochę umyjemy i potem zrobię ci warkocz. Masz już długie te locz… – powiedziała, ale przerwał jej trzask otwieranych drzwi.
Do izby wszedł mąż Lutny Otto. Wyglądał na zmęczonego, co nie zdziwiło żony – w końcu był jednym z mężczyzn w izbie Tobiasa. Spojrzał smutno na dziewczynkę.
– Pogrzeby będą… – zaczął mówić.
– Oszalałeś?! Nie przy niej! – Lutna przerwała wypowiedź męża, a ten skinął głową na znak zgody.
– W południe proces… Chyba trza ją wziąć. Mogła coś widzieć – oznajmił.
Lutnie nie spodobał się ten pomysł, ale wiedziała, że mąż ma rację. Otrzepała swoją lekką bawełnianą sukienkę i przeczesała grzebieniem włosy dziewczynki.
– Mira… – zagaił Otto.
– Mirra – poprawiła go Lutna.
– Mirra… – powtórzył. – Powiem ci w sekrecie, że moja żona robi najpiękniejsze fryzury w całym Cabanelu! – powiedział, starając się brzmieć radośnie. – Ale ze mną nie ma za dużo roboty… – Pochylił się i ukazał jej łysą głowę, a dziewczynka się zaśmiała.
Lutna uśmiechnęła się czule i pocałowała męża.
– Wydałam dwie córki – stwierdziła. – Co nieco umiem…
Mirra przebierała z radości nogami. Czarnowłosa postanowiła, że jej młodszy syn powinien trochę pomóc dziewczynce w myciu włosów, podczas gdy ona porozmawia z mężem.
– Pirys! – zawołała Lutna, jednak nie otrzymała odpowiedzi. – Pirys!
– Widziałem, jak się wymyka na plażę… – powiedział niechętnie Otto, bo wiedział, że nie spodoba się to jego żonie. Nie mylił się. Lutna skrzyżowała ręce na swoich dużych piersiach i powiedziała zirytowana:
– Przecież mu zabroniliśmy.
– Żono, ja to wiem. – Otto starał się ją ugłaskać. – Ale to dziecko. Nie przywiążesz konia na długo do słupa.
– Wczoraj zabił kaczkę! – krzyknęła. – Nie mam do niego cierpliwości, Otto, musisz z nim porozmawiać!
– Ale to jutro – mruknął i wskazał gestem głowy na dziecko.
Miał rację. Nie powinna się złościć, nie przy małej, która nieco się skuliła, gdy usłyszała podniesiony ton Lutny. Ponownie kucnęła przy dziecku, tak że ich twarze znalazły się naprzeciw siebie. Mirra mogła zobaczyć piegowatą ciemną buzię kobiety, jej piękne rzęsy, gęste brwi i czerwone usta. Lutna miała w czarnych oczach jakiś błysk, jakby ukryła tam setki gwiazd. Dziewczynka stwierdziła, że to najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziała. Mimowolnie wyciągnęła rączkę i pogłaskała ją po jej długich włosach. Mirra kiedyś otarła się o suknię baronowej, zachwyciła ją wtedy ta miękkość. A włosy Lutny były jeszcze gładsze i miększe!
– Myłaś już sama głowę? – zapytała kobieta, a Mirra kiwnęła potwierdzająco głową.
– Tam, w drugiej izbie… – Lutna wskazała palcem drugi pokój. – Tam masz balię z wodą, obok na stołku jest mydło i ściereczka. Idź, zacznij myć, a ja niedługo do ciebie przyjdę.
Mirra posłusznie wykonała polecenie i udała się do drugiego pokoju. Kiedy małżeństwo usłyszało chlapanie, Lutna oparła się o blat koło pieca i zaczęła:
– Ona nie wie, że Hela i mały nie żyją – powiedziała, a jej głos lekko się załamał, gdy to mówiła.
Otto przytulił żonę i pocałował ją w czubek głowy. Kobieta odwzajemniła uścisk i westchnęła. Nie wiedziała, co powinna zrobić. To kwestia czasu, jak mała zacznie pytać o rodzinę. Czarnowłosa miała w głowie setki rozwiązań, jednak żadne nie było choćby w połowie dobre.
– Musimy jej powiedzieć przed sądem. Zara najlepiej. Żeby się uspokoiła – stwierdził Otto, a Lutna przytaknęła.
Kobieta nalała sobie i mężowi po kielichu rozcieńczonego wina i wypiła duszkiem, po czym ruszyła do izby, gdzie Mirra myła włosy. Dziewczynka zdążyła już porządnie nachlapać, ale to nie stanowiło problemu dla Lutny. Pomogła małej domyć loki i ponownie je rozczesać, po czym osuszyła je wysłużonym już ręczniczkiem. Kiedy wróciły do głównej izby, Otto kończył jeść pajdę ze smalcem. Oblizał ze smakiem każdy palec, co sprawiło, że jego żona wywróciła oczami, jednak nic nie powiedziała. Usiadła przy mężu i wzięła dziecko na kolana.
– Mirra, skarbie… – zaczęła i głos po raz kolejny jej się załamał. Poczuła, że po policzku leci jej łza za łzą. Otto wyjął z kieszeni szmatkę i podał żonie. Ta jej nie użyła, bo wiedziała, że mężczyzna czyści nią nóż po rybach. Odstawiła materiał na stół i twarz wytarła się rękawem.
– Dziękuję… – szepnęła, chciała, żeby wiedział, że docenia ten rybi gest.
– Czemu pani płacze? – zapytało dziecko.
– Mirra… – tym razem zaczął Otto. – Wiesz, co to raj?
Mirra kiwnęła głową, na znak, że wie.
– Twoja mama i twój mały braciszek… – zaczął i zamilknął na chwilę.
– Oni właśnie poszli do raju – powiedziała cicho Lutna.
– Mama zawsze mówiła, że to dobre miejsce – odpowiedziała Mirra poważnie, po czym dodała: – A kiedy wrócą?
Otto i Lutna wymienili smutne spojrzenia. Kobieta pogłaskała dziecko po głowie i dała buziaka w sam jej czubek.
– Nie wrócą. Ty kiedyś pójdziesz do nich… – powiedział nieporadnie Otto.
Mirra nie do końca zrozumiała. Przecież miała z mamą iść nad morze szukać muszli, a potem do lasu na korzonki. Nie mówiła, że idzie z Arem do jakiegoś raju. Dziewczynkę to zezłościło. Dlaczego mnie nie zabrała? – pomyślała.
– Mamy już nie będzie… – szepnęła smutno Lutna. – I Arego też. Umarli.
Śmierć. Ten temat często się w domu przewijał. Stanowiła niejako nadzieję na wyjście z biedy. Helena opowiadała dzieciom o duchach i o dobrym Najwyższym. Że jak będzie stara i odejdzie, to właśnie przy nim na nich zaczeka. Mirra wyobrażała sobie wtedy mamę, która siedzi na pięknej polanie i wypatruje jej i Arego. Dla dziewczynki było to miejsce, w którym nie musiałaby czesać włosów i jeść zupy z korzonków. Miałaby dużo przyjaciół i bawiłaby się z nimi do nocy, a mama i tak by się nie złościła. Mirra uśmiechnęła się rozmarzona.
– Chcę do mamy i Arego, do raju – oznajmiła, a Lutna oparła się bezsilna o blat stołu.
Tylko tego by brakowało. Ku swej rozpaczy oboje dorosłych uznało, że muszą być bardziej dosadni względem dziecka. Otto postanowił przejąć to brzemię.
– Nie zobaczysz mamy bardzo długo. Minie wiele zim, będziesz rosła i rosła, aż będziesz stara… i umrzesz.
Lutna westchnęła nad prostolinijnością męża, jednak wiedziała, że sama lepiej by tego nie wytłumaczyła pięciolatce.
– Mamę i Arego musimy oddać morzu… – kontynuowała Lutna. – Tak jak wrzucają skrzynki z kwiatami, kiedy dziękujemy Najwyższemu za dary. To mamę damy do skrzynki… razem z Arem… – Kobieta nie mogła dokończyć, bo ogarnęła ją tak wielka rozpacz, że ledwo mogła wykrztusić słowo. Nawet Otto uronił kilka dyskretnych łez, mimo że podobno mężczyźnie nie wypada. Mirra również się rozpłakała. Niedługo minęło, jak dziewczynka zeskoczyła z kolan kobiety i ruszyła w stronę drzwi.
– Do mamy! Mama! – krzyczała we łzach.
Lutna podbiegła do dziecka i przytuliła je mocno do piersi. Z początku Mirra się wyrywała, jednak z czasem poddała się uściskowi. Klęczały tak wtulone i wspólnie wypłakiwały wszystkie łzy.