Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Popioły ziemi: Koniec lata - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 sierpnia 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

Popioły ziemi: Koniec lata - ebook

Druga połowa XI wieku. W średniowiecznej Europie o potędze królestw nie decydują armie, lecz smoki. Rządzone przez rody jeźdźców zasiadających na ich grzbietach. Colan ma wszystko: turniejowe tytuły, najszybszego smoka w kraju i przydomek Nadziei Królestwa. Jego młodszy brat Rhodri nie ma nic prócz cienia, który brat rzuca na jego życie. Gdy krwawe wydarzenia rozrywają ich świat i ciskają braci na przeciwne krańce ziemi — jednego za ocean… drugiego w sam środek cudzej wojny — obaj odkrywają, że najcięższe bitwy nie rozgrywają się na niebie. Stoczą walki o miasta, korony i sojusze. Ale najgroźniejszego wroga każdy z nich nosi we własnej głowie. „Popioły Ziemi. Koniec lata"" to pierwszy tom epickiej sagi fantasy o braterstwie, wojnie i cywilizacjach, które płoną od środka. Opowieść dla czytelników, którzy szukają rozległego świata, politycznych intryg i smoków, jakich jeszcze nie było — nie cudownych bestii z legend, lecz oręża, za który płaci się najwyższą cenę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ II – PO CO NAM TA CAŁA HISTORIA?

Odgłosy stali uderzanej o stal roznosiły się po całym dziedzińcu. Colan stał mocno na nogach, trzymając w dłoniach oburęczny, długi miecz treningowy. Oddychał ciężko, wyraźnie zmęczony, kiedy trzech przeciwników ruszyło do kolejnego ataku, krzycząc głośno. Pierwszy z prawej próbował ciąć go na wysokości tętnicy udowej, drugi – atakujący z lewej – celował w głowę, a trzeci, który ruszył ze środka, zamachnął się mieczem w kierunku jego klatki piersiowej.

Colan bez problemu zrobił unik przed ostatnim, odbił wrogi miecz atakujący z prawej i złapał napastnika za rękę. Pchnął go na drugiego, który próbował dosięgnąć jego głowy. Odwracając się zablokował uderzenie trzeciego z nich, wysokiego chłopaka o lisiej urodzie, a następnie wytrącił mu treningowy miecz sprytnym ruchem własnego oręża. W ciągu kilku sekund cała trójka została odparta. Dwóch z nich leżało na bruku dziedzińca, dysząc ciężko. Podszedł do powalonej dwójki i pomógł im wstać. Jeden z nich był w jego wieku, chociaż znacznie niższy i mniej barczysty, za to zbudowany z samych mięśni.

– Prawie cię miałem. Gdyby Noel nie ciął jak ostatni idiota nad kolanem, a zaatakowałby cię w kierunku łba, to byśmy dorwali cię w końcu. Tak to jest, jak się ma brata idiotę.

– Coś ty powiedział?! – Noel ruszył w kierunku brata. Był rudy i przysadzisty. Brakowało mu jednego zęba, przez co świszczał, mówiąc. – Liam, przecież to było oczywiste, że zaatakujesz mu głowę. Zawsze tak robisz, durniu!

Odepchnął brata, dając początek kolejnej awanturze, która w ich przypadku była równie przewidywalna, co częsta zmiana pogody. Wszyscy mieszkańcy twierdzy zdążyli się przyzwyczaić do takich scen i traktowali je jak element codzienności. Pochodzili z małej wsi w okolicach Manchesteru w północno-zachodniej Anglii i byli znani ze swoich licznych kłótni i sprzeczek. Żaden nigdy nie odpuszczał drugiemu. Jeden próbował udowodnić, że jego smok jest piękniejszy, silniejszy, szybszy – czy to bordowa bestia Liama, czy błękitny smok Noela. Colan nie sprzyjał nigdy żadnemu z nich bardziej. Uważał, że nie mają talentu do szermierki, co jednak nadrabiali z nawiązką w siodłach. O dziwo, obydwaj mieli też talent do śpiewu i gry na lutni, czego Colan był świadkiem któregoś lata w czasie pobytu w gospodzie w miasteczku Trapp.

Nie zamierzał jednak marnować czasu na słuchanie sprzeczek i oszczerstw groteskowego rodzeństwa. Podszedł do trzeciego napastnika, którego uderzenie odepchnął, wytrącając mu z dłoni miecz.

– Musisz mocniej trzymać oręż w dłoni, Nicolausie. Miałeś dobre wyczucie i gdybyś włożył więcej siły w pchnięcie, to pewnie ja bym leżał na bruku dziedzińca, a nie tamtych dwóch – wskazał na tłuczących się po zabłoconym bruku braci.

– Na innych tyle zazwyczaj wystarcza – odpowiedział Nicolaus, wyraźnie zrezygnowany. – Ostatnio nawet pokonałem mistrza Flaviusa. Pojedynek trwał długo, ale udało mi się go zmęczyć. Na ciebie jednak te sztuczki nie działają.

– Próbuj dalej. Masz jeszcze czas, aby mi dorównać. – Colan wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, chowając miecz za plecy. – Jutro o tej samej porze?

– Nie powinieneś szykować się do drogi? – Nicolas posłał mu pełne niedowierzania spojrzenie. – Naprawdę chcesz jeszcze tracić czas, żeby spuścić mi łomot? Chłopak najwyraźniej nie zakładał, że tuż przed wylotem Colan zechce poświęcać resztki wolnego czasu na z góry przesądzone starcia.

Colan wzruszył ramionami.

– Dni ci się pomyliły. Ruszam pojutrze, czas znajdzie się zawsze. Zwłaszcza na coś, co naprawdę warto robić.

W tle słychać było trzask drewna. Liam i Noel przewrócili stojak na broń, obijając się nawzajem jak para rozwścieczonych kogutów. Kilku kadetów przystanęło, śmiejąc się z ich wyczynów, a jeden z mistrzów nadzorujących codzienne ćwiczenia westchnął głośno, przewracając oczami.

Colan uśmiechnął się jeszcze raz pod nosem, ale jego spojrzenie na moment stwardniało. Poczuł kolejne ukłucie żalu na myśl, że jego codzienność bezpowrotnie ulegnie zmianie.

– Muszę jeszcze sprać cię ostatni raz na odchodne – powiedział przez ramię, wspinając się po zewnętrznych, skrzypiących drewnianych schodach prowadzących na górne piętro zamku. – Do jutra! – krzyknął jeszcze i z impetem otworzył stare, zbutwiałe drzwi, które zaskrzypiały cicho, jakby w geście sprzeciwu.

Korytarz, którym ruszył, był długi i lekko zakrzywiony, jakby sam zamek przez lata uginał się pod własnym ciężarem. Lewa ściana pełna była podłużnych, wąskich okien o nieregularnych szybach, przez które wpadało szare światło pochmurnego poranka. Za oknami rozciągał się widok na główny dziedziniec – kwadratowy plac brukowany ciemnym kamieniem, otoczony krużgankami, po których snuli się uczniowie, żołnierze i służący. W oddali majaczyły stajnie i kuźnia, z której dobiegały rytmiczne uderzenia młotów.

Po prawej stronie ciągnęły się masywne dębowe drzwi, za którymi kryły się komnaty mieszkalne, uczelniane biblioteki i sale wykładowe. Przeszedł obok dwóch dziewczyn w uczniowskich tunikach; ich warkocze zdobiły kolorowe sznurki: zielony oznaczał początkujących, żółty – adeptów, a czerwony należał do tych, którzy nie mieli już daleko do rycerskiego pasowania. Jedna z nich, wysoka brunetka z czerwonym sznurkiem, posłała mu zalotne spojrzenie i uśmiechnęła się z nieukrywanym podziwem. Wieści o jego bohaterskiej, udanej próbie ratowania Owaina rozeszły się po zamku lotem błyskawicy – od kuchni po najwyższe komnaty dowódców i nauczycieli.

Colan nie miał nic przeciwko sławie, a wręcz był na nią łasy. Komplementy i podziw nie krępowały go wcale, często dodając mu skrzydeł. Uśmiechnął się do dziewczyny i mrugnął porozumiewawczo, po czym ruszył dalej.

Na końcu korytarza znajdowały się pojedyncze drzwi, ciężkie i stare jak sam zamek, okute żelazem i pachnące wilgocią. Pchnął je i wszedł do zatłoczonej sali wykładowej. Pomieszczenie było duszne, oświetlone tylko przez kilka wysokich okien i dziesiątki świec ustawionych w świecznikach pod ścianami. Wnętrze pachniało kurzem, pergaminem i woskiem. Na środku sali ustawiono długie, masywne drewniane ławy – zbyt ciasno, by wygodnie usiąść i łatwo się między nimi przecisnąć. Uczniowie tłoczyli się wokół; niektórzy siedzieli, inni stali, opierając się o ściany. Te ozdobione były starymi, pożółkłymi mapami Europy, krain na południu i Dalekiego Wschodu. Obok nich wisiały malowidła przedstawiające historyczne bitwy, sylwetki znanych smoków i ich jeźdźców, a także herby dawnych królestw i imperiów.

Za mównicą, na niewielkim podwyższeniu, krzątał się magister Octavius. Niski, łysawy mężczyzna o przenikliwych oczach, ubrany w ciemną togę z czerwonymi lamówkami. Przybył do Carregu z Italii ponad dwadzieścia lat wcześniej, jeszcze jako młody uczony. Przejął obowiązki po śmierci magistra Krasusa, wieloletniego nauczyciela historii, i od tej pory nieprzerwanie wykładał zarówno geografię, jak i dzieje znanego świata. Był jedną z tych osób, które wszyscy szanowali, nawet jeśli czasem zdarzyło im się przysnąć na jego wykładach.

Colan dostrzegł, że Pedr siedzi pod ścianą z nieco znudzoną miną. Lawirując pomiędzy ławami i uczniami stojącymi w przejściach, zbliżył się do przyjaciela. Czuł na sobie spojrzenia, słyszał urywane szepty. Był do tego przyzwyczajony i nie przeszkadzało mu to ani trochę. Nieważne, co mówili – ważne, by robić takie rzeczy, by mówiono o nim dobrze.

– Pedr, znajdzie się dla mnie kawałek miejsca? – zapytał z uśmiechem.

– No, skoro musisz, to chodź. – Brunet odsunął się niechętnie, robiąc mu miejsce, i podał mu aksamitną, trochę już wysłużoną poduszkę wypchaną pierzem. – Siadaj, żebyś wilka nie dostał zanim opuścimy zamek.

– Dzięki. Jeszcze nie zaczął? – Colan rozejrzał się po sali.

Z przodu dostrzegł młodego Owaina. Chłopak siedział w pierwszym rzędzie z ręką w temblaku; zwichnięty bark wciąż wymagał odpoczynku. Właśnie odwracał się do kolegi, gdy jego wzrok padł na Colana. Kiwnął mu niepewnie głową. Colan uśmiechnął się i pomachał. U chłopca widać było wyraźną ulgę, tak jakby obecność starszego kolegi przywróciła dzieciakowi spokój.

– Krząta się tam od kilku minut – mruknął Pedr, ziewając ukradkiem. – Wykład będzie pewnie ciekawy jak zawsze…

Zgiełk w sali urwał się gwałtownie, gdy magister Octavius wszedł na mównicę. Jego postawa, mimo niskiego wzrostu, budziła respekt. Miał donośny głos, który nie wymagał podnoszenia, by przyciągnąć uwagę.

– Witajcie na dzisiejszym wykładzie – powiedział z uśmiechem. – Cieszę się, że widzę tutaj także tych, którzy już wkrótce opuszczą mury tego zagrzybionego zamczyska. Nie widziałem was od miesięcy na moich zajęciach. Co? Machanie mieczami się znudziło?

Pomachał w kierunku Colana i Pedra. Młodzi mężczyźni odpowiedzieli mu uśmiechem. Bywali na tych wykładach setki razy, ale Colan wciąż lubił słuchać opowieści magistra, chociaż faktycznie od dawna nie miał na nie czasu. Magister posiadał dar snucia historii tak, że człowiek zapominał, gdzie jest. Pedr natomiast najczęściej traktował te lekcje jako okazję do chwili odpoczynku. Czasem nawet drzemał, lecz kiedy tylko mógł, nigdy nie opuszczał zajęć – bardziej z szacunku niż z ciekawości.

– Od czego by tu zacząć… – Magister zawiesił głos, przechadzając się powoli przed mapą rozciągniętą na drewnianym stelażu. – Mógłbym wam powiedzieć, że pewnego dnia Bóg stworzył świat. Jednak ani ja, ani nikt inny nie wie, który to był Bóg… albo może nawet bogowie. Jak świat długi i szeroki, ludzkość wykształciła setki wierzeń. Rozumiecie, wierzeń w istoty potężne, wszechmocne, niepojęte. Jedni mówili, że to oni stworzyli morza, lasy, rzeki, góry, doliny… a także ludzi i zwierzęta. A może również stworzyli i coś więcej? Coś ponad nami?

Magister spojrzał po zgromadzonych.

– Osobiście uważam, że każdy ma prawo do własnego osądu co do tego, od czego zaczął się świat i czyja to była sprawka. I to samo pozostawiam wam. Ja swoją opowieść oprę na zapiskach z dziejów ludzkości i wiedzy, jaką posiedliśmy przez setki lat badań jeszcze z czasów imperialnych. Tych mniej i bardziej znanych. Pamiętajcie jednak, że będzie to tylko zarys, zaledwie cień historii. Gdybyśmy mieli szczegółowo opisywać każdą cywilizację, każdy wzlot i każdy upadek, nie starczyłoby nam czasu do końca następnego lata. Proszę więc o zapisywanie pytań. Postaram się odpowiedzieć na nie po wykładzie.

Podszedł do mapy i uniósł długi, drewniany wskaźnik.

– Wracając do faktów: znana nam cywilizacja sięga czasów pierwszych królestw daleko na południe stąd. Na południowy wschód od brzegów Morza Śródziemnego powstały dwie krainy, w których ludzie zaczęli uprawiać ziemię i udomawiać zwierzęta. Mowa oczywiście o Egipcie i Mezopotamii. Egipt, jak wiecie, leży o tutaj. – Wskazał miejsce na mapie, zataczając koło w okolicach Nilu. – Mezopotamia znajdowała się dalej na wschód. Cywilizacje powstałe między rzekami Tygrys i Eufrat korzystały z urodzajnych ziem, które dawały plony, jakich ówczesny świat nie znał nigdzie indziej. I to tam, według kronik, po raz pierwszy pojawiły się wzmianki o… smokach.

Uczniowie na tę wzmiankę nagle stali się bardziej czujni. Wlepili wzrok w nauczyciela, wyraźnie zainteresowani. Magister mówił dalej spokojnie, jakby opowiadał coś całkiem naturalnego.

– Egipscy skrybowie twierdzili, że smoki przybyły z Dalekiego Wschodu, z krain za piaskami i górami, gdzie kończy się znany świat. W kolejnych wiekach inne ludy miały swoje własne teorie. Grecy sądzili, że smoki zrodziły się z sił przyrody. Persowie – że to dzieci gwiazd. Ale w każdym przypadku po prostu nagle się zjawiły. Sami nie wiemy, czy ludzkości nie było znane wcześniej pismo, czy po prostu te latające, ziejące ogniem bestie zjawiły się od tak na ziemiach zamieszkałych przez ludzi. I nie dowiemy się tego nigdy. Czas jest jak zamknięta skrzynia, pełna tajemnic, do której zgubiono klucz.

Magister zrobił pauzę.

– Potem, jak wiecie, tereny Grecji podzieliły się na dziesiątki polis. Państw-miast, z których każde miało własne prawa, własnych bogów, a nierzadko własne smoki. Achajowie byli żeglarzami, jakich nie znała wcześniej Europa. Zakładali kolonie od Gibraltaru po Morze Czarne. Ale nie tylko oni sięgali po skrzydlate bestie. Ich najwięksi wrogowie, czyli Persowie, również zaczęli je udomawiać.

Kilka rąk nerwowo powędrowało w górę. Dziewczynka o kruczoczarnych włosach wyrywała się, by o coś zapytać.

– Tak, tak – kontynuował, unosząc palec. – To królowie starożytnego Egiptu jako pierwsi wykorzystali smoki w działaniach wojennych. Ale na niewielką skalę, bo było to kilka, może kilkanaście osobników, głównie do odstraszania wrogów i obrony granic. Grecy i Persowie poszli dalej, ale przez wiele lat nikt nie miał więcej niż kilkudziesięciu smoków naraz. Powód? Trudności z rozmnażaniem. Smoki są wybredne, skryte i dzikie. – Uniósł brwi i spojrzał poważnie. – Dopiero Imperium, które przyszło później, dokonało przełomu. Mowa oczywiście o Imperium Rzymskim.

Na te słowa część uczniów podniosła z dumą głowy. Colan to zauważył i prychnął w myślach.

_Dzieciaki wciąż są karmione złudzeniem, że Brytania odziedziczyła nieśmiertelną chwałę Imperium. To mrzonka, z której w końcu się wyrasta._

– Według legend początki Rzymu sięgają czasów wojny trojańskiej. Troja była wtedy najpiękniejszym i najpotężniejszym miastem, jakie znał świat. Dwa państwa Achajów, Sparta i Kreta, zawiązały sojusz, by zniszczyć konkurencję. Miasto broniło się blisko dziesięć lat.

Magister podniósł dłoń i teatralnym gestem wskazał mapę.

– Herodot twierdził, że Troja została zdradzona od środka. Że mieszkańcy, zmęczeni wojną, otruli wodę w lochach, gdzie trzymano smoki, a kreteńscy napastnicy uderzyli z powietrza na bezbronne miasto. Trzy wyszkolone bestie wystarczyły, by obrócić je w popiół.

Rozłożył ręce.

– Tukidydes pisał, że nie było tam żadnych smoków. Że był tylko ogromny koń z jodłowego drewna, zostawiony przed bramą, i wojownicy w jego brzuchu. – Uśmiechnął się cierpko. – Dwaj ludzie, którzy żyli w tym samym stuleciu, opisali tę samą noc, a jeden z nich musiał kłamać. Zapamiętajcie to sobie, kiedy będziecie czytać kroniki o wojnach, w których sami weźmiecie udział.

Kilku uczniów poruszyło się niespokojnie.

– Tak czy inaczej, kilkudziesięciu uciekinierom udało się ocaleć. Przez wiele miesięcy wędrowali, aż dotarli do środkowej Italii. Osiedlili się na wzgórzu Palatyn. I tak rozpoczęła się historia Rzymu.

Magister zrobił krótką pauzę. Sięgnął po kubek z wodą, upił kilka łyków i uśmiechnął się przepraszająco.

– Przepraszam… zaschło mi w gardle. Kontynuujmy. – Rozejrzał się po sali i zadał pytanie, na które spodziewał się oczywistej odpowiedzi: – Jak to się stało, że z prostych hodowców bydła i pasterzy Rzymianie stali się najpotężniejszym imperium w dziejach?

– Dzięki smokom? – odpowiedziała ruda nastolatka z głębi sali.

– Cóż, na pewno były wielce pomocne, ale odpowiedź jest nieco trudniejsza. Stało się to dzięki odpowiedniemu położeniu geograficznemu. Otóż, jak wcześniej wspomniałem, poprzednie wielkie cywilizacje – czy to Egipcjanie, czy mieszkańcy krain Mezopotamii, a także Grecy – także posiadały smoki w swoich siłach zbrojnych. Ze starożytnych kronik wiemy jednak, że były to nieliczne gady. Wszystko spowodowane było rzadkością występowania tych stworzeń. Smoki nie były często spotykane na świecie, a te już udomowione nie rozmnażały się zbyt często. Jak wiecie, smoki to ziejące ogniem, przerażające bestie. Tak się złożyło, że na terenie Półwyspu Apenińskiego oraz na pobliskiej wyspie Sycylii znajdują się dwa potężne wulkany: Wezuwiusz i Etna. Można jeszcze wspomnieć o mniejszym na wyspie Stromboli. Nie wiedzieć czemu, warunki panujące na zboczach tych plujących ogniem gór sprzyjały prokreacji smoków oraz ich lęgom. Z biegiem czasu zauważono, że samice składały więcej jaj właśnie w pobliżu tych wulkanów, a młode wykluwające się tam były znacznie większe i silniejsze.

– Państwo rzymskie podbiło najpierw wszystkie tereny półwyspu na południe od Rzymu, a następnie zaczęło przygotowania do dalszej ekspansji. Kilka wieków wcześniej u stóp Wezuwiusza założono miasto Pompeje. Rzymianie po zdobyciu tych terenów szybko stworzyli wspaniałe ośrodki do hodowli smoków. Bestie w sprzyjających okołowulkanicznych warunkach wykluwały się na potęgę i rosły szybko jak nigdy wcześniej. Wkrótce wokół Pompejów i Katanii powstały całe kompleksy smoczych ferm, strzeżone i zarządzane przez specjalnie wyszkolonych opiekunów – herpetologów imperium. Wkrótce powołano do służby Smocze Legiony. Zaczęto szkolić legionistów oraz ich smoki do walki ku chwale Rzymu. W ciągu kilku stuleci Rzym stał się cesarstwem, podbijając resztę Italii, a następnie cały basen Morza Śródziemnego.

– Jednak marzenia cesarzy rzymskich sięgały dalej. Nieco ponad dziesięć wieków temu cesarskie smoki pojawiły się na brytyjskim niebie. W ciągu kilku lat cała wyspa należała do Rzymian. Żyjące na tych terenach ludy celtyckie oraz Brytowie i Piktowie szybko zasymilowali się z napływającą ludnością z innych terenów cesarstwa. W okresie swojej największej świetności Rzym obejmował Italię, Galię – teraz zwaną Królestwem Franków – a także południe Germanii, wyspę Brytanię i Irlandię. Dodatkowo Azję Mniejszą oraz tereny na wschód od Morza Adriatyckiego, wliczając w to Macedonię i Grecję. Wpływy Rzymu sięgały aż do Bałtyku. Handlowano z innymi znanymi cywilizacjami na dalekiej północy Europy, a także na bardzo dalekim wschodzie.

Octavius przesuwał wskaźnikiem po mapie, pokazując wymieniane przez niego tereny. Uczniowie siedzieli w ciszy, słuchając opowieści nauczyciela. Colan, śledząc ruch wskaźnika, nie mógł oprzeć się jednemu wrażeniu.

_To były za wielkie tereny do ich wiecznego utrzymania._

Octavius opuścił wskaźnik i przez chwilę patrzył na mapę w milczeniu, jakby sam widział na niej coś, czego nie pokazał uczniom.

– I na tym dzisiaj skończymy – powiedział wreszcie.

Po sali przeszedł szmer zawodu. Ktoś z tylnych ław zawołał, że przecież nie powiedział, jak to wszystko się skończyło.

– Nie powiedziałem – przyznał magister. – Bo to opowieść na cały dzień, a po niej żadnemu z was nie chciałoby się studiować zagadnień bojowych – Zszedł z podestu i oparł się o krawędź katedry. – Powiem wam tylko tyle: wszystko, co przed chwilą usłyszeliście, zbudowali ludzie przekonani, że budują na wieczność. Nie mieli racji. Jak zawsze.

Zamilkł. W sali było słychać skrzypnięcie ławy i czyjś przytłumiony kaszel.

– Kiedy przyjdzie na to pora, opowiem wam, ile czasu zajęło im dowiedzenie się o tym.

Kilka rąk powędrowało w górę, zanim jeszcze zdążył zejść z podestu. Nauczyciel zaczął odpowiadać na pytania płynące z sali. Wyjaśnił, który cesarz Rzymu zdecydował o podbiciu Brytanii, wymienił imiona pierwszych bestii przywiezionych na wyspy i cierpliwie sprostował dwie legendy, które ktoś zasłyszał w karczmie. Komuś z pierwszego rzędu wytłumaczył jeszcze, czym właściwie jest Smocza Rzymska Unia – że to sojusz militarny i gospodarczy powołany dwieście lat temu podczas zjazdu w Reims, i że dziś należy do niego pół Europy, z królestwem Polan na wschodnim krańcu. Skąd się wziął i jaką cenę za niego zapłacono, nie powiedział ani słowa.

– Magistrze Octaviusie, mam zasadnicze pytanie. Po co nam to wszystko? Dlaczego spędzamy godziny, ucząc się o historii ludzi, którzy dawno już nie żyją, kiedy możliwe, że nasi wrogowie daleko stąd rosną w siłę? Nie byłoby lepiej, gdybyśmy ten czas poświęcili na ćwiczenia walki powietrznej i fechtunku? – zapytał jeden ze słuchaczy, na oko kilka lat młodszy od Colana.

Oblicze pogodnego nauczyciela w jednej chwili się zachmurzyło i zaczęło przypominać wzburzone morze.

– Przedstaw się, chłopcze. Nie kojarzę cię z wcześniejszych zajęć – poprosił chłodno.

– Na imię mi Alpin. Przybyłem tutaj przed kilkoma tygodniami z akademii Trimontium w południowej Szkocji – odparł chłopak, wstając. Był wysoki i barczysty, a jego głowę zdobiły krótko ścięte rude włosy.

– Otóż, drogi Alpinie, oczywiście masz rację. W przypadku wojny twoim najważniejszym zadaniem będzie machanie mieczem i ścinanie głów naszych wrogów. Jednak w czasie pokoju smoczy rycerze mają być elitą zarówno naszego wojska, jak i społeczeństwa. Co by to mówiło o państwie, którego elita jest pozbawiona wiedzy i jedyne, co potrafi, to walić mieczem w słomiane kukły albo latać na przerośniętych jaszczurach? Uczymy się o przeszłości, by ją zrozumieć i wyciągnąć z niej wnioski: dlaczego wybuchały wojny, gdzie popełniono błędy i jak można je naprawić. Nauka nazw geograficznych czy nazw miast naszego kontynentu poprawia pamięć. Pamiętaj, że mózg może być równie skutecznym orężem jak miecz. Nawet dla takich pyszałkowatych Szkotów jak ty – magister przemówił chłodno, intonując ostro każde słowo i patrząc z góry na ucznia.

Colan widział, jak dumna postawa Szkota marnieje z każdym kolejnym słowem Octaviusa. Po odpowiedzi magistra Alpin spłonął rumieńcem, który idealnie komponował się z jego rudymi włosami.

– Ciekawe, czy tam na północy uczą ich chociaż mówić po łacinie, czy tylko wyją w tej dziwnej mowie do księżyca – rzucił półgłosem jeden z uczniów z przednich rzędów.

– Albo może w Trimontium zamiast sal wykładowych mają tylko obory dla bydła? – dodał drugi, nieco głośniej, wywołując pierwsze chichoty.

– Uważajcie, bo jeszcze zaraz wyciągnie glinianą pałkę zza pazuchy i zacznie nią wymachiwać – dorzucił trzeci, sprawiając, że większość sali wybuchła śmiechem.

Colan pozostał niewzruszony, czujnie obserwując reakcję każdego ucznia, o którym wiedział, że pochodzi zza wału Hadriana. Pedr nie krył rozbawienia. Klaskał tym, którzy najbardziej szydzili ze Szkota, jakby nagradzając ich za celne docinki pod adresem rudzielca. Było w tym coś beztroskiego, wręcz prowokacyjnego, tak jakby chciał jeszcze mocniej podsycić salowe rozbawienie. Colan uważał, że dokładnie tak było. Znał go bardzo dobrze i wiedział, że Pedr żyje dla takich sytuacji.

Wzburzony Alpin zrobił krok do przodu i odwrócił się w stronę sali.

– Lepiej milczcie, słabe dzieciaki z południa. Tam, skąd pochodzę, ludzi poznaje się po czynach, a nie po dziecinnym skomleniu! – syknął, napinając mięśnie.

Śmiech przycichł, zastąpiony szmerem pełnym napięcia. Colanowi nie spodobał się ton Szkota. Od razu przystąpił do szacowania, w jaki sposób powalić chłopaka, gdyby doszło do bójki.

– Uspokójcie się! – podniósł głos Octavius, ale nikt go nie posłuchał.

Kolejne głosy zaczęły pojawiać się z różnych stron sali:

– Szkot się unosi! Lepiej go nie denerwować, bo rzuci się jak zwierzę.

– Oni wszyscy są tam tacy głupi?

– Kto w ogóle wpuścił tych dzikusów pomiędzy nas? Ojciec zawsze mówił, że głupotą było łączyć się państwowo z hołotą.

Magister próbował jeszcze raz uciszyć wzburzony tłum pełen nastoletniego testosteronu.

– Dość tego! Jesteście rycerzami, nie przekupkami z targu!

Bez skutku. Przez chwilę wyglądało to, jakby cała aula zamieniła się w kipiący kocioł. Śmiech, przekleństwa, szyderstwa, groźby Alpina, do którego dołączyło kilku innych uczniów. Ktoś nawet tupnął w ławę. Wtedy Colan wstał. Powoli, aby nie nadepnąć nikomu siedzącemu na ziemi na dłoń. Oparł ręce na ławie przed sobą, a potem ryknął przeciągle, tak jakby na chwilę zamienił się ciałami z Crafancem:

– MILCZEĆ!

Głos odbił się echem od kamiennych ścian sali. Nawet dźwięk kropli spadającej z przysufitowej rynny za oknem był teraz głośny. Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Rozejrzał się po sali. Ich spojrzenia spoczywały na nim z oczekiwaniem i niepokojem, ale w większości z szacunkiem.

W głębi duszy poczuł znajome ukłucie ciężaru, którego kiedyś nie chciał, a teraz nie potrafił odrzucić. Był najbardziej uznany w tej grupie. Młodsi patrzyli na niego jak na wzór – było to łatwo dostrzegalne w ich oczach. Nie mógł milczeć, gdy sala pogrążała się w chaosie. Nawet nie z powodu tego, że Octavius nie radził sobie w próbach jej uspokojenia. Zaprowadził porządek, bo tego od niego wymagał Antonius. Od lat był szkolony na tego, który na każdym kroku będzie wzorem dla innych w Carregu.

Chwilę później rozległ się cichy głos pod ścianą za nim:

– No tak. Colan znowu w centrum uwagi. Gdyby cisza miała brodę, to i tak by ją przyciął, żeby lepiej wyglądać na jej tle – wymamrotał znudzony Pedr.

Kilku uczniów zachichotało pod nosem, ale atmosfera pozostawała napięta. Colan nie odpowiedział. Wiedział, że Pedr zawsze musi dorzucić swoje trzy grosze.

_Nie byłbym sobą, gdybym był inny_ – powtarzał mu często.

Octavius spojrzał na Colana spod zmarszczonych brwi, po czym subtelnie skinął głową z lekkim uśmiechem. W ten sposób podziękował za przywrócenie porządku. Następnie magister spojrzał surowo po zgromadzonych. Chwilę czekał, aż ostatnie szepty ucichną. Kiedy nastała cisza, splótł dłonie za plecami i rzucił chłodno:

– Skoro już przestaliście zachowywać się jak zwierzęta, to pozwolę sobie kontynuować. – Przeszedł powoli kilka kroków po podwyższeniu. – Od dziesiątek lat, tutaj w sercu Brytanii, staramy się wpajać nowym uczniom te same wartości i nauki, którymi kierowała się ludność oraz elita Cesarstwa Rzymskiego. Kiedyś każdy z was opuści mury zamku i wyruszy w świat, służąc Koronie. Od was zależy, z jakim bagażem wiedzy wylecicie na swoich ognistych bestiach w świat.

Na te słowa nikt się nie zaśmiał. Nawet Pedr milczał. Z drugiej strony, słyszał to wiele razy. Octavius zakończył i odwrócił się od zgromadzonych.

– Wykład skończony, możecie się rozejść – ogłosił, ściągając ze ściany mapę przedstawiającą odległe ziemie za zachodnim Morzem Ciemności.

W sali momentalnie znowu zapanował harmider, kiedy uczniowie zaczęli zbierać swoje rzeczy i powoli kierować się ku wyjściu. Stworzyli mały korek, próbując wydostać się przez ciężkie drzwi prowadzące na długi korytarz.

Colan, przechodząc przez próg, obejrzał się w kierunku nauczyciela. Octavius stał w półcieniu i zwijał swoje pergaminy. Kiwnął ponownie głową w jego stronę i machnął prawą ręką. To było pożegnanie. Twarz magistra pozostała niewzruszona, kamienna, jak zwykle. Ale oczy… Te oczy mówiły wszystko. Z jego wzroku bił przejmujący smutek. Colan znał to spojrzenie. Widocznie zbyt dobrze. Widział je co roku, odkąd Carreg stał się jego domem. Magister cierpiał za każdym razem, gdy musiał pożegnać uczniów.

Początkowo Colan myślał, że chodzi o przywiązanie. O ten dziwny rodzaj więzi, który tworzył się między nauczycielem a adeptem. Albo że martwił się o to, co czeka ich po opuszczeniu zamkowych murów, wtedy gdy staną się żołnierzami, narzędziami wojny. Te myśli sprawiły, że Octavius szybko stał się jego ulubionym nauczycielem. Kimś, kto naprawdę przejmował się losem swoich podopiecznych.

Dopiero po latach zrozumiał, że to nie był smutek. To była zazdrość.

Kilka lat wcześniej, gdy Colan miał trzynaście lat, spóźnił się na wykład magistra dotyczący odległych terenów leżących daleko na wschód od Europy – tysiące kilometrów za ziemiami królestwa Polan, które stanowiły wschodnią granicę Unii. Znalazł miejsce w rogu sali, tuż za ostatnim rzędem ław. Zmęczony porannym treningiem i wcześniejszą, dwudniową eskapadą na północ kraju, zwyczajnie zasnął.

Pedr, chcąc zrobić mu kawał, przykrył go kocami i wyszedł z sali wraz z innymi uczniami po zakończonym wykładzie. Colan obudził się kilka godzin później. Podłoga była zimna, słońce dawno już zaszło, a jedynym źródłem światła były grube świece palące się na pulpicie nauczyciela. Nie był sam. Octavius nadal siedział przy katedrze, pochylony nad notatkami.

Colan miał już wstać i ujawnić swoją obecność, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Wstrzymał oddech. Ogarnęła go ciekawość.

_Kto o tej porze przyszedł do magistra?_

Zsunął się niżej, upewniając się, że pozostaje niewidoczny, i zaczął nasłuchiwać. Octavius otworzył drzwi, a po chwili zamknął je za gościem. Rozmówcy przeszli w głąb sali, tak że Colan nie mógł ich już dostrzec, ale słyszał ich wyraźnie.

– Co ty tutaj robisz? Czy ktoś cię widział? Na Marsa! Byliśmy umówieni za godzinę w sadzie – powiedział magister wystraszonym tonem.

– Chyba nie myślisz, że jedną z ostatnich nocy spędziłabym jak kurwa z karczmy na zimnej, mokrej trawie – odpowiedział mu głos kobiety, wyraźnie poirytowany.

– Tullio, mówiłem ci, że to musi się skończyć. Ja… ja jestem nauczycielem. Gdyby ktoś się dowiedział, odesłaliby mnie z powrotem do Piemontu. Albo co gorsza – wylądowałbym w jakiejś zatęchłej akademii w Szkocji, pośród tych dzikusów.

– Mówiłeś też wiele innych rzeczy. Mówiłeś, że jak tylko stąd odejdę, to udasz się za mną. O tym już zapomniałeś? Co się zmieniło?

Zapadła chwila ciszy. Po niej Colan usłyszał dźwięk przewracających się świeczników i ksiąg spadających z pulpitu magistra. Przez chwilę trwała krótka szamotanina.

– Nie, nie… ja nie mogę. Nie dzisiaj. Nie tym razem. Lepiej się zakryj. No już… ubierz się, proszę – głos magistra przybrał ton zrozpaczonego człowieka, niemal błagalny.

Po chwili odgłos kroków odbił się od zimnej, kamiennej posadzki i zaczął zmierzać w stronę drzwi. Kobieta najwyraźniej postanowiła opuścić komnatę.

– Tullio, poczekaj. Należy ci się wyjaśnienie… zanim jutro wyruszysz do stolicy.

Colan, mocno zaciekawiony, zdecydował się zaryzykować. Ostrożnie, niemal niezauważalnie, wysunął się zza ławy niczym dżdżownica. Upewnił się, że wciąż pozostaje w cieniu, poza zasięgiem światła bijącego od świec. Z tego miejsca widział drzwi oraz kobietę stojącą tuż przy nich.

Znał ją. Była jedną ze starszych uczennic. Zapadła mu w pamięci od czasu ostatniego zgromadzenia, podczas którego, jak co roku, ogłoszono listę uczniów mających udać się do Cardiff pod koniec miesiąca. Wyróżniała się spośród innych nie tylko inteligencją, lecz także urodą. Była wysoką, młodą kobietą o długich kasztanowych włosach i szczupłej twarzy o delikatnych, niemal szlacheckich rysach. Jej imię wyczytano jako pierwsze. Z tamtego dnia zapamiętał ją jako promienną i szczęśliwą dziewczynę. Teraz jednak stała oparta o drzwi komnaty Octaviusa, z rękami założonymi na piersi, nerwowo poruszając nogą.

– Słucham – rzuciła cicho.

Magister podszedł do niej bliżej, tak że Colan mógł zobaczyć jego twarz. Wzrok miał spuszczony, dłonie zaciśnięte w pięści.

– Nie mogę podążyć za tobą. Nie z braku uczucia. Co to, to nie. – Jego głos był przytłumiony, a postawa zrezygnowana. – Otóż… zanim zostałem magistrem i wysłano mnie tutaj, próbowałem dostać się do Mediolańskiej Akademii Smoczych Jeźdźców. Niestety, już w czasie rekrutacji odrzucono moją kandydaturę. Powód? Chłopskie pochodzenie. A potem – jak się dowiedziałem – także mój wygląd. Powiedzieli, że mam aparycję niedojdy. Taką informację przekazał mi mój druh, który tę akademię ukończył. Rekrutowaliśmy się razem, ale jego dziad służył kiedyś papiestwu… Wiesz, jak jest. Gdzie nie spojrzysz, tam wszystko opiera się na koneksjach i nazwiskach.

Zamilkł na moment, jakby powstrzymując gorzki śmiech.

– Nie chciałem wracać do wioski i całe życie zajmować się hodowlą bydła i uprawą zbóż. Dlatego udałem się do Turynu. Tam zatrudniłem się jako sprzątacz w nowo powstałym uniwersytecie. Myłem na kolanach kamienne posadzki, płacąc w ten sposób za miejsce wśród studentów. Z czasem zdobyłem sympatię nauczycieli, potem tytuł, aż w końcu przysłano mnie tutaj.

– Dość – przerwała dziewczyna. Jej głos był chłodny jak stal. – Co to ma wspólnego z nami? Dlaczego od kilku dni widzę w twoich oczach odrazę i zawiść?

– Czy muszę mówić wszystko dobitnie? – syknął Octavius. – Przez ostatnie miesiące uważałem cię za inteligentną dziewczynę. Może jednak jesteś głupsza, niż ci się zdaje?

Głos mu zadrżał, a potem magister nagle się wyprostował i zacisnął szczęki. W jego oczach pojawił się cień, którego Colan nigdy wcześniej nie widział.

– Moim marzeniem było dosiadać smoka. Latać na nim do bitwy. Walczyć w czasie wojny i pomagać słabszym w czasie pokoju. Strzec mojego kraju. – Głos magistra drżał, a każde słowo było bolesnym wyznaniem. – Co mi zostało? Lata upokorzeń, sprzątania nieczystości, a potem długie lata wykładania historii świata dla coraz to nowej bandy gnojków… pośrodku niczego.

Octavius zrobił krok w stronę świec, jakby chciał się rozgrzać ich światłem. Wosk kapał cicho na blat biurka.

– Tak, gdyby nie my, gdyby nie Cesarstwo Rzymskie, dalej byście mieszkali w swoich drewnianych chatach i biegali w skórach! – wykrzyknął, po czym dodał już ciszej: – Za każdym razem, gdy widzę, jakie tępe osiłki opuszczają ten zamek na swoich bestiach… rośnie we mnie frustracja i zazdrość.

Zamilkł na chwilę, jakby zdziwiony własnymi słowami.

– Zazdrość… to jest dobre słowo. Poczuj się wyjątkowo. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem. Bo też nigdy dotąd nie czułem naraz miłości i… nienawiści. Nienawiści wywołanej przez zazdrość.

Zamilkł, odwracając się do niej plecami. Colan mógłby przysiąc, że usłyszał ciche łkanie. A może to tylko krople wody spadały gdzieś zza parapetu?

Tullia wyprostowała się powoli. Jej spojrzenie, jeszcze niedawno czułe, teraz przepełnione było pogardą. Patrzyła na człowieka, który kilka godzin wcześniej wydawał się miłością jej krótkiego życia.

– Bywaj, nieudaczniku – powiedziała zimno i bezlitośnie, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając drzwiami.

Podmuch zgasił kilka świec na biurku magistra. W półmroku jego sylwetka wyglądała, jakby zgasło w nim życie. Jakby zamknięcie drzwi zgasiło także coś w jego wnętrzu.

Kilka godzin później, gdy wzeszło słońce, Tullia opuściła zamek wraz z ośmiorgiem innych uczniów. Ani Octavius, ani Colan nigdy więcej jej nie zobaczyli, mimo że chłopak brał udział w tej samej wojnie. Oblężenie Malagi przez kalifat kairski miało miejsce trzy lata temu. To była pierwsza misja wojskowa, w której Colan miał – jak wtedy jeszcze naiwnie sądził – szczęście uczestniczyć. Nie udało mu się jednak spotkać z obiecującą młodą jeźdźczynią. Kilka dni przed przybyciem jego oddziału zginęła. Postrzelił ją w szyję egipski łucznik podczas ataku na morską flotę napastników. Z opowieści, jakie dotarły do Colana, wynikało, że chwilę po śmierci Tullii jej wściekła, czarna jak smoła smoczyca została rozerwana przez bestie kalifatu. Ich szczątki zniknęły w wodach Morza Śródziemnego.

Wspominając kłótnię kochanków oraz swoją pierwszą wojnę, Colan udał się wprost do groty Crafanca.

Resztę dnia spędził, szybując wysoko w chmurach na grzbiecie smoka i rozmyślając o czasie, jaki spędził w tej okolicy. Crafanc z każdym uderzeniem potężnych skrzydeł wznosił się wyżej, zostawiając za sobą bezkresne połacie zielonych łąk oraz kręte, leśne ścieżki, którymi Colan chodził jako dzieciak. Smocze skrzydła przecinały niebo, które powróciło do błękitnej barwy po porannej ulewie. Ich cień kładł się na malowniczych dolinach, jakby przypominał ziemi, że ktoś jeszcze nad nią czuwa. Było lato – prawdziwe, lecz krótkie walijskie lato. Soczyste odcienie zieleni pokrywały pagórki niczym aksamitne koce. W oddali widniały żółte pola przytulii, a na nich pasły się owce – jak białe kropki rzucone przez malarza niedbale na płótno. Powietrze pachniało ziołami i odległym dymem z osad ludzkich. Przez chwilę Colan pozwolił sobie zapomnieć, że już niedługo wszystko to zostawi za sobą.

Kiedy zbliżał się zmierzch, wylądował na pobliskim wzgórzu, jeszcze raz podziwiając zachodzące słońce. Niebo powoli stawało się płonącym morzem – od ognistej czerwieni po głęboki fiolet, który przesiąkał przez horyzont. Crafanc złożył skrzydła i ciężko położył się na trawie, łagodnie warcząc, jakby także wyczuwał zmiany, które ich czekały. Colan miał wrażenie, że smok wiedział, że to jeden z ich ostatnich wspólnych wieczorów tutaj. Pojutrze wyruszał do Cardiff i nie wiedział, kiedy będzie mu dane tutaj wrócić.

_Jeśli w ogóle._

Były w nim przysłowiowe dwa wilki. Jeden z nich czuł ekscytację nowym życiem i służbą dla Korony, a drugi lamentował nad minionym już dzieciństwem i opuszczeniem miejsca, które od lat nazywał domem. Nie wiedział jeszcze, który z nich wygra, ale miał przeczucie, że walka między nimi nigdy nie przestanie się toczyć, nieważne jak daleko stąd będzie.

Stłumił w sobie wszelkie emocje, tak jak potrafił najlepiej, i gdy słońce schowało się za horyzontem, odprowadził smoka do jego jaskini. Potężny czerwony stwór podszedł do wejścia, zatrzymał się na chwilę i spojrzał na Colana. W jego oczach kryło się coś więcej niż instynkt – coś, co przypominało pełne zrozumienie i inteligencję. W kolejnych latach jaskinia miała służyć innemu smokowi, ale Colan wiedział, że to miejsce zawsze będzie należeć w jego sercu do niego i Crafanca.

Po posiłku pożegnał się z młodszymi uczniami. Dla wielu z nich był wzorem, bohaterem, prawie że żywą legendą chodzącą po dziedzińcu. Uśmiechał się, żartował, odpowiadał, a w środku czuł, że coś kończy się bezpowrotnie.

Udał się do swojego pokoju na spoczynek. Nie mogąc zasnąć, leżał na plecach z rękami skrzyżowanymi pod głową. Wspominał wszystkie dotychczasowe wyprawy poza Brytanię, ogniem i krwią znaczoną kampanię w Andaluzji, a także towarzyszy, którzy nie wrócili ze swoich misji. I powoli wilk oznaczający ekscytację zaczął zagryzać tego sentymentalnego. Z każdą myślą o obowiązku i przyszłości przeszłość oddalała się jak krajobraz z wysokości smoczego grzbietu.

Kiedy w końcu poczuł znużenie i zaczął odpływać, ktoś zapukał do drzwi jego komnaty.

– Kto tam? – Odpowiedziało mu milczenie i szum wiatru rozchodzącego się po pustym korytarzu.

Zapalił świecę na małym stoliku i podszedł do drzwi. Gdy je otworzył, stała w nich ta sama młoda brunetka, którą minął przed południem, spiesząc się na wykład.

– Co tu robisz o tej porze? Zresztą, przypomnij mi, proszę, swo…

– Seren – powiedziała, opierając się o framugę i posyłając mu to samo spojrzenie co w ciągu dnia.

Na twarzy Colana pojawił się półuśmiech. Nie był zaskoczony, może raczej… zaintrygowany. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, jakby próbował rozczytać coś więcej poza tym spojrzeniem. Wpuścił gościa do środka i zamknął drzwi. Nie przespał za wiele godzin w ciągu swojej przedostatniej nocy w akademii.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij