Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Porto Venere. Nowe życie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 marca 2026
2789 pkt
punktów Virtualo

Porto Venere. Nowe życie - ebook

Nie ma silniejszego pragnienia niż życie w miłości. I większego bólu od jej braku.

Ana to wrażliwa dziewczyna, która właśnie rozpoczyna dorosłe życie. Pragnąc zostawić za sobą bolesne wspomnienia nastoletnich lat, ucieka do malowniczego Porto Venere we Włoszech. W nowej pracy w restauracji odnajduje spokój, a w uporządkowanej codzienności – nadzieję na nowy początek.

Niespodziewane spotkanie z Filipem, dawnym znajomym z internatu, budzi w niej emocje, jakie przez długi czas uznawała za wymarłe. Pasja, z jaką chłopak podchodzi do fotografii, jego ciepło i czułość przypominają jej o tym, jak może wyglądać szczęście.

Wkrótce jednak na drodze Any pojawiają się osoby, przez które wracają wspomnienia o jej dawnym, pełnym rozczarowań i cierpienia życiu.

Włoski azyl staje się miejscem próby. Przestrzenią, w której dziewczyna będzie musiała zadecydować, czy ma odwagę znów otworzyć swoje serce… i ponieść ewentualne konsekwencje.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-379-5
Rozmiar pliku: 861 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
TAM, GDZIE WSZYST­KO SIĘ ZA­CZĘ­ŁO

„Całe jej ży­cie było pa­smem ci­chych roz­cza­ro­wań i nie­do­po­wie­dzia­nych emo­cji”.

To zda­nie krą­ży­ło w mo­jej gło­wie od lat. Brzmia­ło jak za­klę­cie, któ­re­go nie po­tra­fi­łam od­cza­ro­wać. Lu­dzie przy­cho­dzi­li i od­cho­dzi­li. Zo­sta­wia­li po so­bie nie­do­koń­czo­ne roz­mo­wy, spoj­rze­nia od­wra­ca­ne w po­ło­wie dro­gi, pół­słów­ka, któ­re za­miast koić, ra­ni­ły.

Nie wiem, dla­cze­go tak było. Może się mnie bali. Może nie po­tra­fi­li mnie zro­zu­mieć. A może po pro­stu nie wie­dzie­li, jak ra­dzić so­bie z kimś, kto upar­cie nie chciał się pod­dać.

By­łam inna.

Sil­na.

Za sil­na – jak mó­wi­li nie­któ­rzy. A lu­dzie nie lu­bią siły, któ­rej nie mogą kon­tro­lo­wać.

Szko­ła pod­sta­wo­wa mi­nę­ła jak zdmuch­nię­ta przez wiatr. Zim­ne po­ran­ki pach­ną­ce mro­zem. Kre­da skrzy­pią­ca na ta­bli­cy. Dźwięk dzwon­ka, któ­ry za­wsze przy­cho­dził za póź­no albo za wcze­śnie. By­łam tam. Wśród in­nych. Ale za­wsze o krok za szy­bą.

Ob­ser­wa­tor­ka.

Taka, któ­rej nikt nie za­pra­szał do środ­ka.

Ale po­tem… Po­tem wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Po­ja­wił się on.

Był bra­tem mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki Roxy. Star­szy ode mnie o kil­ka lat. Nie miesz­kał już z ro­dzi­ca­mi – stu­dio­wał i pra­co­wał w in­nym mie­ście. Przy­jeż­dżał rzad­ko, ale każ­da jego wi­zy­ta była dla mnie świę­tem. Dni, kie­dy miał być w domu, za­czy­na­ły się od tego sa­me­go. Sia­da­łam przy oknie w kuch­ni, ukry­ta za cien­ką fi­ran­ką i cze­ka­łam. Czas wte­dy pły­nął ina­czej. Słoń­ce prze­su­wa­ło się le­ni­wie po nie­bie. Cie­nie drzew tań­czy­ły na bia­łych ścia­nach. Mama krzą­ta­ła się w kuch­ni. Ze­gar na ścia­nie ty­kał jed­no­staj­nym ryt­mem. A ja cze­ka­łam.

Gdy w koń­cu po­ja­wiał się na ścież­ce – wy­so­ki, pew­ny sie­bie – świat za­mie­rał.

Każ­dy jego krok, każ­de ski­nie­nie gło­wy, każ­de spoj­rze­nie były dla mnie czymś wię­cej niż zwy­kłym ge­stem. Nie wie­dział o tym. Nikt nie wie­dział. Tę­sk­no­ta, któ­rą no­si­łam so­bie, była moją naj­pil­niej strze­żo­ną ta­jem­ni­cą.

Któ­re­goś po­po­łu­dnia ze­bra­łam się na od­wa­gę. Sie­dzia­ły­śmy z Roxy w jej po­ko­ju. Za oknem cie­pły sierp­nio­wy wiatr wpra­wiał fi­ran­kę w lek­ki ta­niec. Słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, za­le­wa­jąc po­kój mięk­kim zło­tem. Mu­zy­ka są­czy­ła się z ra­dia. Sie­dzia­ły­śmy na pod­ło­dze, prze­glą­da­jąc zdję­cia z wa­ka­cji. Wte­dy sło­wa same wy­pły­nę­ły mi z ust:

– Wiesz… twój brat… bar­dzo mi się po­do­ba.

Roxy unio­sła brwi za­sko­czo­na. Po­tem uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– No pro­szę! A ja my­śla­łam, że tyl­ko uda­jesz, że go nie za­uwa­żasz.

Nie uda­wa­łam. Nie umia­łam już dłu­żej uda­wać.

Tam­ten wie­czór pa­mię­tam do dziś, bo od tam­tej chwi­li każ­dy jego przy­jazd był jesz­cze waż­niej­szy. Jesz­cze bar­dziej wy­cze­ki­wa­ny.

Pew­ne­go dnia tata po­wie­dział coś, co spra­wi­ło, że z tru­dem po­wstrzy­ma­łam okrzyk ra­do­ści.

– Ana, po­pro­si­łem Da­nie­la, żeby po­mógł mi przy kom­pu­te­rze. Przyj­dzie ju­tro.

Tego wie­czo­ru nie zmru­ży­łam oka. W po­ko­ju było dusz­no. Sie­dzia­łam na łóż­ku wpa­trzo­na w su­fit, słu­cha­jąc ty­ka­nia ze­ga­ra.

Jak się ubrać? Co po­wie­dzieć? Jak się za­cho­wać?

Rano szy­ko­wa­łam się jak na naj­waż­niej­sze spo­tka­nie w ży­ciu. Za oknem nie­bo było bez­chmur­ne, po­wie­trze świe­że i rześ­kie. Wło­ży­łam bla­do­ró­żo­wy swe­ter, ulu­bio­ne je­an­sy. Na nad­gar­stek za­ło­ży­łam srebr­ną bran­so­let­kę, któ­rą lu­bi­łam no­sić, gdy chcia­łam do­dać so­bie od­wa­gi.

Gdy za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi, ser­ce nie­mal wy­sko­czy­ło mi z pier­si. Sta­nę­łam w kuch­ni, uda­jąc, że ukła­dam przy­pra­wy.

Sły­sza­łam ich kro­ki. Sły­sza­łam jego głos – cie­pły, spo­koj­ny.

Po chwi­li ze­bra­łam się na od­wa­gę i we­szłam do po­ko­ju.

Da­niel sie­dział z tatą przy kom­pu­te­rze. Świa­tło lam­py pa­da­ło na jego ra­mio­na, pod­kre­śla­jąc każ­dy ruch.

– Cześć, Ana – uśmiech­nął się.

– Cześć… – od­po­wie­dzia­łam ci­cho.

Usia­dłam w rogu po­ko­ju z książ­ką. Nie czy­ta­łam jej. Czu­łam, jak żo­łą­dek za­ci­ska mi się z ner­wów, a pal­ce kur­czo­wo trzy­ma­ją okład­kę. Był dla mnie świa­tem, któ­re­go nie po­tra­fi­łam po­jąć, ale któ­re­go chcia­łam do­tknąć.

W pew­nym mo­men­cie tata wstał.

– Pój­dę po śru­bo­kręt. Za­raz wra­cam.

Zo­sta­li­śmy sami. Da­niel spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się lek­ko.

– In­te­re­su­jesz się kom­pu­te­ra­mi?

Po­krę­ci­łam gło­wą.

– Nie bar­dzo… Ale może za­cznę.

Za­śmiał się ci­cho.

– Jak­by co, to słu­żę po­mo­cą.

Ski­nę­łam gło­wą, czu­jąc, jak po­licz­ki mi pło­ną. Tam­ten mo­ment – choć krót­ki – zo­sta­wił ślad w moim ser­cu na dłu­go. Po­tem przy­szedł dzień, któ­ry zmie­nił wszyst­ko.

Roxy za­dzwo­ni­ła pod­eks­cy­to­wa­na.

– Jest! Wró­cił!

Nie cze­ka­łam ani chwi­li.

Za­ło­ży­łam ulu­bio­ny T-shirt – bla­do­ró­żo­wy, z prze­tar­tym na­pi­sem – i wsu­nę­łam na nogi rol­ki. Za oknem nie­bo było za­snu­te de­li­kat­ny­mi chmu­ra­mi. Chłod­ne, przej­rzy­ste po­wie­trze pach­nia­ło su­chy­mi li­ść­mi. Mi­ja­jąc zna­jo­me uli­ce, czu­łam, jak wiatr roz­wie­wa mi wło­sy, a dło­nie za­ci­ska­ją się na pa­skach ple­ca­ka.

Tyl­ko się nie wy­głup… – po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach.

Kie­dy do­tar­łam, zo­ba­czy­łam jego auto. Ser­ce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne.

Roxy uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo.

– Chodź, coś ci po­ka­żę.

Za­pro­wa­dzi­ła mnie do swo­je­go po­ko­ju, a tam… Da­niel.

Sie­dział przy oknie, z gło­śni­ków pły­nę­ła zna­jo­ma me­lo­dia. To była ta pio­sen­ka. Spoj­rzał na mnie zdzi­wio­ny.

– Znasz ten utwór?

– Tak… Bar­dzo go lu­bię.

Za­czę­łam ci­cho nu­cić me­lo­dię. Pa­trzy­łam w okno, nie ma­jąc od­wa­gi spoj­rzeć mu w oczy. Za szy­bą nie­bo było ma­to­we, po­kry­te cien­ką war­stwą chmur. Mię­dzy ga­łę­zia­mi drzew prze­la­ty­wał chłod­ny wiatr, strą­ca­jąc pierw­sze je­sien­ne li­ście.

Pio­sen­ka pły­nę­ła ci­cho z gło­śni­ków. Nu­ci­łam ją pod no­sem, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić drżą­ce dło­nie. Na­gle usły­sza­łam jego kro­ki. Po­wol­ne, ci­che. Po­czu­łam dłoń na ra­mie­niu. Od­wró­cił mnie de­li­kat­nie. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. W jego oczach zo­ba­czy­łam coś, cze­go wcze­śniej nie do­strze­głam. Cie­ka­wość? Za­in­te­re­so­wa­nie? A może… coś wię­cej?

Nie po­wie­dział ani sło­wa.

Zbli­żył się po­wo­li.

Czu­łam jego od­dech.

Wte­dy… po­ca­ło­wał mnie. De­li­kat­nie. Nie­pew­nie. Dla mnie to był jed­nak cały świat.

Za­trzy­ma­łam od­dech. Czas sta­nął w miej­scu.

Nie pa­mię­tam, ile to trwa­ło. Se­kun­dę? Dwie? Całą wiecz­ność? Kie­dy się od­su­nął, ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe. Spoj­rzał na mnie z lek­ko zmie­sza­nym uśmie­chem. Ja nie po­tra­fi­łam wy­do­być z sie­bie gło­su. Za­nim zdą­ży­łam co­kol­wiek po­wie­dzieć, do po­ko­ju we­szła Roxy. Po­pa­trzy­ła na nas uważ­nie, ale nic nie sko­men­to­wa­ła. Ucie­kłam wzro­kiem w stro­nę okna.

Tam­te­go wie­czo­ru nie mo­głam za­snąć. Le­ża­łam w łóż­ku wpa­trzo­na w su­fit. Pal­ca­mi do­ty­ka­łam warg, któ­re jesz­cze kil­ka go­dzin wcze­śniej czu­ły jego do­tyk.

To się wy­da­rzy­ło. Na­praw­dę.

Po raz pierw­szy od daw­na czu­łam się… szczę­śli­wa, a jed­no­cze­śnie by­łam prze­ra­żo­na.

Co to te­raz zna­czy?

Czy coś się zmie­ni?

Czy on bę­dzie mnie te­raz ina­czej trak­to­wał?

Z tymi py­ta­nia­mi za­snę­łam nad ra­nem.

Da­niel wró­cił do swo­je­go in­ter­na­tu. Po­że­gnał się z Roxy i ze mną. Rzu­cił tyl­ko krót­kie:

– Do zo­ba­cze­nia, Ana.

Nie wie­dzia­łam, co my­śleć. Nie wie­dzia­łam, co czuć. Każ­de­go dnia wy­pa­try­wa­łam wia­do­mo­ści od Roxy. Może wró­ci? Może na­pi­sze? Może po­wie coś wię­cej?

Dni mi­ja­ły. Ci­sza bo­la­ła bar­dziej niż wszyst­ko inne.

Mama wi­dzia­ła, co się ze mną dzie­je. By­łam jak cień sa­mej sie­bie. Cho­dzi­łam po domu bez celu. Nie po­tra­fi­łam na ni­czym się sku­pić. Wie­czo­ra­mi sie­dzia­łam w po­ko­ju, słu­cha­jąc tej sa­mej pio­sen­ki – tej, któ­rą nu­ci­łam tam­te­go dnia.

Pew­ne­go wie­czo­ru mama we­szła do po­ko­ju i usia­dła obok mnie na łóż­ku.

– Nie mu­sisz nic mó­wić – po­wie­dzia­ła. – Wi­dzę to i chcę ci po­móc.

Po­czu­łam, jak łzy na­pły­wa­ją mi do oczu. Mama uję­ła moją dłoń.

– Jest szko­ła w jego mie­ście. Pry­wat­na, ale do­bra. Mo­gła­byś tam pójść i… być bli­żej nie­go.

Pa­trzy­łam na nią, nie wie­rząc, że to mówi.

– Na­praw­dę? – wy­szep­ta­łam.

– Tak. Roz­ma­wia­łam już z tatą. Zor­ga­ni­zu­je­my to ja­koś, je­śli tego chcesz.

Ob­ję­łam ją moc­no.

Tam­tej nocy po raz pierw­szy od daw­na po­czu­łam coś, co przy­po­mi­na­ło na­dzie­ję.

Pa­ko­wa­nie było dla mnie nie­mal ry­tu­ałem. Każ­da ko­szul­ka, każ­dy ze­szyt, każ­de zdję­cie lą­do­wa­ły w wa­liz­ce z my­ślą: może on to zo­ba­czy. Może on to za­pa­mię­ta. Wszyst­ko było waż­ne. Każ­dy dro­biazg.

W po­ko­ju pach­nia­ło świe­żym pra­niem i mo­imi ulu­bio­ny­mi per­fu­ma­mi, któ­re spe­cjal­nie ku­pi­łam na tę oka­zję.

Wie­czo­rem nie mo­głam za­snąć. Co chwi­lę wsta­wa­łam, spraw­dza­jąc, czy wszyst­ko spa­ko­wa­łam. W gło­wie ukła­da­łam roz­mo­wy, któ­re mo­gły­by się wy­da­rzyć.

Co po­wiem, gdy go zo­ba­czę? Jak się za­cho­wam?

Ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe.

Rano ro­dzi­ce za­wieź­li mnie do no­we­go mia­sta. Po­dróż była ci­cha. Pa­trzy­łam za okno, śle­dząc mi­ja­ją­ce przed mo­imi ocza­mi pola i lasy. Li­ście drża­ły na wie­trze, zwia­stu­jąc nad­cho­dzą­cą je­sień. W gło­wie wciąż brzmia­ło mi jed­no zda­nie: W tym mie­ście jest on. I to mi wy­star­cza­ło.

Pierw­szy dzień w in­ter­na­cie był jak z in­ne­go świa­ta. Gwar, wa­liz­ki, nowi lu­dzie. Dla mnie li­czy­ło się tyl­ko jed­no.

Czy go zo­ba­czę?

Czy wyj­dzie na ko­ry­tarz?

Czy uśmiech­nie się na mój wi­dok?

Każ­dy krok na ko­ry­ta­rzu spra­wiał, że ser­ce mi przy­spie­sza­ło. Każ­de otwar­cie drzwi było jak ist­ny dreszcz emo­cji. I wte­dy…

Pew­ne­go dnia zo­ba­czy­łam go na­praw­dę. Nie z od­da­li. Nie przez okno. Nie w wy­obraź­ni. Po pro­stu stał na ko­ry­ta­rzu in­ter­na­tu. Wy­so­ki, pew­ny sie­bie. Uśmie­chał się, roz­ma­wia­jąc z ko­le­ga­mi.

Za­trzy­ma­łam się jak spa­ra­li­żo­wa­na. Ser­ce biło mi tak moc­no, że nie­mal sły­sza­łam ten dźwięk w uszach. Dło­nie za­czę­ły mi się po­cić. Ty­sią­ce my­śli prze­wi­ja­ły się w mo­jej gło­wie.

Czy po­dej­dzie? Czy jesz­cze pa­mię­ta?

Pa­trzy­łam na nie­go, jak­bym wi­dzia­ła ko­goś z in­ne­go świa­ta. Ko­goś, kto jesz­cze nie­daw­no był moim świa­tem, te­raz… stał tu. Bli­sko, re­al­ny, ale jed­no­cze­śnie tak bar­dzo od­le­gły.

I wte­dy spoj­rzał. Przez uła­mek se­kun­dy na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Uśmiech­nął się lek­ko.

– Cześć, Ana – po­wie­dział i… od­szedł, kon­ty­nu­ując roz­mo­wę z ko­le­ga­mi.

Zo­sta­łam w miej­scu z bi­ją­cym ser­cem. Nie umia­łam od­dy­chać.

Dla­cze­go tyl­ko „cześć”? Dla­cze­go… tak?

Mimo to w tam­tej chwi­li by­łam szczę­śli­wa, bo choć przez mo­ment znów na mnie spoj­rzał.

Nie wie­dzia­łam, co mnie cze­ka, ale jed­ne­go by­łam pew­na: przy­je­cha­łam tam dla nie­go. By­łam go­to­wa zro­bić wszyst­ko, by znów go zo­ba­czyć.ROZDZIAŁ 2
NOWA SZKO­ŁA, NOWE NA­DZIE­JE

Pierw­sze dni w in­ter­na­cie były jak za­nu­rze­nie w inny świat. Nowe miej­sce. Nowe twa­rze. Nowe ryt­my dnia, któ­re do­pie­ro mu­sia­łam po­znać. Wśród tego wszyst­kie­go jed­na myśl nie da­wa­ła mi spo­ko­ju: on był tu gdzieś. Może w są­sied­nim skrzy­dle. Może na tym sa­mym ko­ry­ta­rzu. Może wła­śnie mnie mi­jał, kie­dy wy­cho­dzi­łam do sto­łów­ki. Każ­dy krok na ko­ry­ta­rzu spra­wiał, że ser­ce przy­spie­sza­ło. Każ­de otwar­cie drzwi było jak ist­ny dreszcz emo­cji. Cze­ka­łam.

In­ter­net pach­niał wil­go­cią sta­rych mu­rów i świe­żo pa­rzo­ną kawą, któ­rą ktoś za­wsze przy­go­to­wy­wał w kuch­ni na par­te­rze. Ścia­ny były wy­tar­te przez lata. Okna w moim po­ko­ju wy­cho­dzi­ły na dzie­dzi­niec. Po zmro­ku lu­bi­łam tam sia­dać i pa­trzeć na lam­py, któ­rych żół­te świa­tło tań­czy­ło wśród opa­da­ją­cych li­ści. Nie zna­łam tu ni­ko­go, ale to nie było waż­ne. Li­czy­ło się tyl­ko jed­no. Czy go zo­ba­czę?

To wła­śnie wte­dy po­zna­łam ją.

Mo­nic.

Wpa­dły­śmy na sie­bie na ko­ry­ta­rzu. Mia­ła bu­rzę ciem­nych wło­sów i uśmiech, któ­ry przy­cią­gał spoj­rze­nia.

– Hej, je­steś nowa? – za­gad­nę­ła bez cie­nia nie­śmia­ło­ści.

– Tak – od­po­wie­dzia­łam.

– Mo­nic. Miesz­kam pię­tro wy­żej. Jak­by co, po­mo­gę ci się tu ogar­nąć. – Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i tak się za­czę­ło.

Mo­nic szyb­ko sta­ła się kimś, kogo moż­na było na­zwać przy­ja­ciół­ką. Wpro­wa­dzi­ła mnie w świat no­wej szko­ły i in­ter­na­tu. Zna­ła wszyst­kich. Wie­dzia­ła, kto z kim się przy­jaź­ni, kto kogo uni­ka, gdzie war­to ja­dać, a gdzie le­piej się nie za­pusz­czać. Spę­dza­ły­śmy ze sobą co­raz wię­cej cza­su. Była ży­wio­ło­wa, peł­na ener­gii, mia­ła ten ro­dzaj cha­ry­zmy, któ­ry przy­cią­gał lu­dzi. Wie­czo­ra­mi sia­da­ły­śmy na pod­ło­dze w moim po­ko­ju, słu­cha­jąc mu­zy­ki i roz­ma­wia­jąc.

To wła­śnie wte­dy jej się zwie­rzy­łam.

Tam­te­go wie­czo­ru za oknem pa­dał deszcz. Kro­ple bęb­ni­ły w szy­bę, a my sie­dzia­ły­śmy za­wi­nię­te w koce, z kub­ka­mi her­ba­ty w dło­niach.

– Mo­głam iść do szko­ły bli­żej domu… – za­czę­łam ci­cho, ba­wiąc się brze­giem koca.

Mo­nic spoj­rza­ła na mnie uważ­nie.

– To cze­mu tu?

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech.

– Jest tu ktoś… kogo ko­cham.

Oczy Mo­nic roz­bły­sły.

– Kto? – za­py­ta­ła z uśmie­chem.

I wte­dy wszyst­ko jej po­wie­dzia­łam.

O Da­nie­lu.

O po­ca­łun­ku.

O tym, jak bar­dzo mi na nim za­le­ży.

Słu­cha­ła uważ­nie, ki­wa­jąc gło­wą.

– To pięk­ne – po­wie­dzia­ła ci­cho – na­praw­dę pięk­ne, Ana.

Uwie­rzy­łam jej. Ufa­łam. Jesz­cze wte­dy nie wie­dzia­łam, jak bar­dzo się mylę. Do­pie­ro z cza­sem za­uwa­ża­łam drob­ne rze­czy. Mo­nic szyb­ko zna­la­zła so­bie miej­sce w no­wym śro­do­wi­sku. Była wszę­dzie. Śmia­ła się ze wszyst­ki­mi, bez skrę­po­wa­nia flir­to­wa­ła. Umia­ła zjed­nać so­bie lu­dzi. Może dla­te­go, że nio­sła ze sobą hi­sto­rię, któ­ra wzbu­dza­ła współ­czu­cie.

Po­cho­dzi­ła z ro­dzi­ny al­ko­ho­li­ków. Jej mat­ka zo­sta­wi­ła ją ciot­ce, kie­dy była jesz­cze małą dziew­czyn­ką. Ciot­ka się nią zaj­mo­wa­ła, ale ni­g­dy nie mó­wi­ła o tym gło­śno, za to Mo­nic sama opo­wia­da­ła o tym bez wsty­du, jak­by była już do tego przy­zwy­cza-
jona.

– Mia­łam cięż­ko. Ale daję so­bie radę – tłu­ma­czy­ła z uśmie­chem.

I wszy­scy ją za to po­dzi­wia­li. Wszy­scy… oprócz mnie.

Nie dla­te­go, że jej nie współ­czu­łam, ale dla­te­go, że wi­dzia­łam też dru­gą stro­nę. Tę, któ­rej inni nie chcie­li do­strzec.

Mo­nic szyb­ko po­zna­ła Da­nie­la.

Na po­cząt­ku nie wi­dzia­łam w tym nic złe­go. Czę­sto wi­dy­wa­łam ich ra­zem na ko­ry­ta­rzu, jak sie­dzie­li na pa­ra­pe­cie, śmie­jąc się i roz­ma­wia­jąc.

To tyl­ko zna­jo­mość. To nic nie zna­czy.

Ale z każ­dym dniem czu­łam co­raz więk­szy nie­po­kój. Wie­czo­ra­mi sie­dzia­łam w lob­by, uda­jąc, że czy­tam książ­kę, a tak na­praw­dę cze­ka­łam.

Może przej­dzie. Może spoj­rzy. Może się za­trzy­ma.

Każ­de jego „cześć” było dla mnie jak dar. Każ­de zi­gno­ro­wa­nie jak pchnię­cie no­żem.

Mo­nic wie­dzia­ła, co czu­ję, a jed­nak co­raz czę­ściej wi­dy­wa­łam ją w jego to­wa­rzy­stwie. Co­raz czę­ściej sły­sza­łam jej śmiech, gdy sie­dzia­ła w jego po­ko­ju. I ten błysk w jej oczach… Błysk trium­fu.

Pew­ne­go dnia wró­ci­łam wcze­śniej do po­ko­ju. Drzwi były uchy­lo­ne. W środ­ku zo­ba­czy­łam Mo­nic grze­bią­cą w rze­czach na­szej współ­lo­ka­tor­ki.

– Co ty ro­bisz? – za­py­ta­łam ostro.

Pod­sko­czy­ła.

– Szu­kam bluz­ki. Po­ży­czy­ła mi ją ostat­nio – od­po­wie­dzia­ła bez mru­gnię­cia okiem.

Nie uwie­rzy­łam. Coś we mnie pę­kło. Po­kłó­ci­ły­śmy się. Po­wie­dzia­łam, że prze­szu­ki­wa­nie czy­ichś rze­czy to brak sza­cun­ku, że każ­da z nas po­win­na mieć swo­ją prze­strzeń. Po­tem było tyl­ko go­rzej. Za­czę­ły zni­kać pie­nią­dze. Naj­pierw drob­ne kwo­ty, z cza­sem co­raz więk­sze. Wte­dy przy­szło coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­łam.

Któ­re­goś dnia zo­sta­łam we­zwa­na do ga­bi­ne­tu opie­ku­na. We­szłam tam pew­na, że cho­dzi o coś for­mal­ne­go, ale już po pierw­szych sło­wach zro­zu­mia­łam, że dzie­je się coś po­waż­ne­go.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij