-
nowość
Porto Venere. Nowe życie - ebook
Porto Venere. Nowe życie - ebook
Nie ma silniejszego pragnienia niż życie w miłości. I większego bólu od jej braku.
Ana to wrażliwa dziewczyna, która właśnie rozpoczyna dorosłe życie. Pragnąc zostawić za sobą bolesne wspomnienia nastoletnich lat, ucieka do malowniczego Porto Venere we Włoszech. W nowej pracy w restauracji odnajduje spokój, a w uporządkowanej codzienności – nadzieję na nowy początek.
Niespodziewane spotkanie z Filipem, dawnym znajomym z internatu, budzi w niej emocje, jakie przez długi czas uznawała za wymarłe. Pasja, z jaką chłopak podchodzi do fotografii, jego ciepło i czułość przypominają jej o tym, jak może wyglądać szczęście.
Wkrótce jednak na drodze Any pojawiają się osoby, przez które wracają wspomnienia o jej dawnym, pełnym rozczarowań i cierpienia życiu.
Włoski azyl staje się miejscem próby. Przestrzenią, w której dziewczyna będzie musiała zadecydować, czy ma odwagę znów otworzyć swoje serce… i ponieść ewentualne konsekwencje.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-379-5 |
| Rozmiar pliku: | 861 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
TAM, GDZIE WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO
„Całe jej życie było pasmem cichych rozczarowań i niedopowiedzianych emocji”.
To zdanie krążyło w mojej głowie od lat. Brzmiało jak zaklęcie, którego nie potrafiłam odczarować. Ludzie przychodzili i odchodzili. Zostawiali po sobie niedokończone rozmowy, spojrzenia odwracane w połowie drogi, półsłówka, które zamiast koić, raniły.
Nie wiem, dlaczego tak było. Może się mnie bali. Może nie potrafili mnie zrozumieć. A może po prostu nie wiedzieli, jak radzić sobie z kimś, kto uparcie nie chciał się poddać.
Byłam inna.
Silna.
Za silna – jak mówili niektórzy. A ludzie nie lubią siły, której nie mogą kontrolować.
Szkoła podstawowa minęła jak zdmuchnięta przez wiatr. Zimne poranki pachnące mrozem. Kreda skrzypiąca na tablicy. Dźwięk dzwonka, który zawsze przychodził za późno albo za wcześnie. Byłam tam. Wśród innych. Ale zawsze o krok za szybą.
Obserwatorka.
Taka, której nikt nie zapraszał do środka.
Ale potem… Potem wszystko się zmieniło.
Pojawił się on.
Był bratem mojej najlepszej przyjaciółki Roxy. Starszy ode mnie o kilka lat. Nie mieszkał już z rodzicami – studiował i pracował w innym mieście. Przyjeżdżał rzadko, ale każda jego wizyta była dla mnie świętem. Dni, kiedy miał być w domu, zaczynały się od tego samego. Siadałam przy oknie w kuchni, ukryta za cienką firanką i czekałam. Czas wtedy płynął inaczej. Słońce przesuwało się leniwie po niebie. Cienie drzew tańczyły na białych ścianach. Mama krzątała się w kuchni. Zegar na ścianie tykał jednostajnym rytmem. A ja czekałam.
Gdy w końcu pojawiał się na ścieżce – wysoki, pewny siebie – świat zamierał.
Każdy jego krok, każde skinienie głowy, każde spojrzenie były dla mnie czymś więcej niż zwykłym gestem. Nie wiedział o tym. Nikt nie wiedział. Tęsknota, którą nosiłam sobie, była moją najpilniej strzeżoną tajemnicą.
Któregoś popołudnia zebrałam się na odwagę. Siedziałyśmy z Roxy w jej pokoju. Za oknem ciepły sierpniowy wiatr wprawiał firankę w lekki taniec. Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając pokój miękkim złotem. Muzyka sączyła się z radia. Siedziałyśmy na podłodze, przeglądając zdjęcia z wakacji. Wtedy słowa same wypłynęły mi z ust:
– Wiesz… twój brat… bardzo mi się podoba.
Roxy uniosła brwi zaskoczona. Potem uśmiechnęła się szeroko.
– No proszę! A ja myślałam, że tylko udajesz, że go nie zauważasz.
Nie udawałam. Nie umiałam już dłużej udawać.
Tamten wieczór pamiętam do dziś, bo od tamtej chwili każdy jego przyjazd był jeszcze ważniejszy. Jeszcze bardziej wyczekiwany.
Pewnego dnia tata powiedział coś, co sprawiło, że z trudem powstrzymałam okrzyk radości.
– Ana, poprosiłem Daniela, żeby pomógł mi przy komputerze. Przyjdzie jutro.
Tego wieczoru nie zmrużyłam oka. W pokoju było duszno. Siedziałam na łóżku wpatrzona w sufit, słuchając tykania zegara.
Jak się ubrać? Co powiedzieć? Jak się zachować?
Rano szykowałam się jak na najważniejsze spotkanie w życiu. Za oknem niebo było bezchmurne, powietrze świeże i rześkie. Włożyłam bladoróżowy sweter, ulubione jeansy. Na nadgarstek założyłam srebrną bransoletkę, którą lubiłam nosić, gdy chciałam dodać sobie odwagi.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, serce niemal wyskoczyło mi z piersi. Stanęłam w kuchni, udając, że układam przyprawy.
Słyszałam ich kroki. Słyszałam jego głos – ciepły, spokojny.
Po chwili zebrałam się na odwagę i weszłam do pokoju.
Daniel siedział z tatą przy komputerze. Światło lampy padało na jego ramiona, podkreślając każdy ruch.
– Cześć, Ana – uśmiechnął się.
– Cześć… – odpowiedziałam cicho.
Usiadłam w rogu pokoju z książką. Nie czytałam jej. Czułam, jak żołądek zaciska mi się z nerwów, a palce kurczowo trzymają okładkę. Był dla mnie światem, którego nie potrafiłam pojąć, ale którego chciałam dotknąć.
W pewnym momencie tata wstał.
– Pójdę po śrubokręt. Zaraz wracam.
Zostaliśmy sami. Daniel spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko.
– Interesujesz się komputerami?
Pokręciłam głową.
– Nie bardzo… Ale może zacznę.
Zaśmiał się cicho.
– Jakby co, to służę pomocą.
Skinęłam głową, czując, jak policzki mi płoną. Tamten moment – choć krótki – zostawił ślad w moim sercu na długo. Potem przyszedł dzień, który zmienił wszystko.
Roxy zadzwoniła podekscytowana.
– Jest! Wrócił!
Nie czekałam ani chwili.
Założyłam ulubiony T-shirt – bladoróżowy, z przetartym napisem – i wsunęłam na nogi rolki. Za oknem niebo było zasnute delikatnymi chmurami. Chłodne, przejrzyste powietrze pachniało suchymi liśćmi. Mijając znajome ulice, czułam, jak wiatr rozwiewa mi włosy, a dłonie zaciskają się na paskach plecaka.
Tylko się nie wygłup… – powtarzałam sobie w myślach.
Kiedy dotarłam, zobaczyłam jego auto. Serce waliło mi jak szalone.
Roxy uśmiechnęła się tajemniczo.
– Chodź, coś ci pokażę.
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju, a tam… Daniel.
Siedział przy oknie, z głośników płynęła znajoma melodia. To była ta piosenka. Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Znasz ten utwór?
– Tak… Bardzo go lubię.
Zaczęłam cicho nucić melodię. Patrzyłam w okno, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Za szybą niebo było matowe, pokryte cienką warstwą chmur. Między gałęziami drzew przelatywał chłodny wiatr, strącając pierwsze jesienne liście.
Piosenka płynęła cicho z głośników. Nuciłam ją pod nosem, starając się uspokoić drżące dłonie. Nagle usłyszałam jego kroki. Powolne, ciche. Poczułam dłoń na ramieniu. Odwrócił mnie delikatnie. Nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegłam. Ciekawość? Zainteresowanie? A może… coś więcej?
Nie powiedział ani słowa.
Zbliżył się powoli.
Czułam jego oddech.
Wtedy… pocałował mnie. Delikatnie. Niepewnie. Dla mnie to był jednak cały świat.
Zatrzymałam oddech. Czas stanął w miejscu.
Nie pamiętam, ile to trwało. Sekundę? Dwie? Całą wieczność? Kiedy się odsunął, serce waliło mi jak oszalałe. Spojrzał na mnie z lekko zmieszanym uśmiechem. Ja nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, do pokoju weszła Roxy. Popatrzyła na nas uważnie, ale nic nie skomentowała. Uciekłam wzrokiem w stronę okna.
Tamtego wieczoru nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku wpatrzona w sufit. Palcami dotykałam warg, które jeszcze kilka godzin wcześniej czuły jego dotyk.
To się wydarzyło. Naprawdę.
Po raz pierwszy od dawna czułam się… szczęśliwa, a jednocześnie byłam przerażona.
Co to teraz znaczy?
Czy coś się zmieni?
Czy on będzie mnie teraz inaczej traktował?
Z tymi pytaniami zasnęłam nad ranem.
Daniel wrócił do swojego internatu. Pożegnał się z Roxy i ze mną. Rzucił tylko krótkie:
– Do zobaczenia, Ana.
Nie wiedziałam, co myśleć. Nie wiedziałam, co czuć. Każdego dnia wypatrywałam wiadomości od Roxy. Może wróci? Może napisze? Może powie coś więcej?
Dni mijały. Cisza bolała bardziej niż wszystko inne.
Mama widziała, co się ze mną dzieje. Byłam jak cień samej siebie. Chodziłam po domu bez celu. Nie potrafiłam na niczym się skupić. Wieczorami siedziałam w pokoju, słuchając tej samej piosenki – tej, którą nuciłam tamtego dnia.
Pewnego wieczoru mama weszła do pokoju i usiadła obok mnie na łóżku.
– Nie musisz nic mówić – powiedziała. – Widzę to i chcę ci pomóc.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Mama ujęła moją dłoń.
– Jest szkoła w jego mieście. Prywatna, ale dobra. Mogłabyś tam pójść i… być bliżej niego.
Patrzyłam na nią, nie wierząc, że to mówi.
– Naprawdę? – wyszeptałam.
– Tak. Rozmawiałam już z tatą. Zorganizujemy to jakoś, jeśli tego chcesz.
Objęłam ją mocno.
Tamtej nocy po raz pierwszy od dawna poczułam coś, co przypominało nadzieję.
Pakowanie było dla mnie niemal rytuałem. Każda koszulka, każdy zeszyt, każde zdjęcie lądowały w walizce z myślą: może on to zobaczy. Może on to zapamięta. Wszystko było ważne. Każdy drobiazg.
W pokoju pachniało świeżym praniem i moimi ulubionymi perfumami, które specjalnie kupiłam na tę okazję.
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Co chwilę wstawałam, sprawdzając, czy wszystko spakowałam. W głowie układałam rozmowy, które mogłyby się wydarzyć.
Co powiem, gdy go zobaczę? Jak się zachowam?
Serce waliło mi jak oszalałe.
Rano rodzice zawieźli mnie do nowego miasta. Podróż była cicha. Patrzyłam za okno, śledząc mijające przed moimi oczami pola i lasy. Liście drżały na wietrze, zwiastując nadchodzącą jesień. W głowie wciąż brzmiało mi jedno zdanie: W tym mieście jest on. I to mi wystarczało.
Pierwszy dzień w internacie był jak z innego świata. Gwar, walizki, nowi ludzie. Dla mnie liczyło się tylko jedno.
Czy go zobaczę?
Czy wyjdzie na korytarz?
Czy uśmiechnie się na mój widok?
Każdy krok na korytarzu sprawiał, że serce mi przyspieszało. Każde otwarcie drzwi było jak istny dreszcz emocji. I wtedy…
Pewnego dnia zobaczyłam go naprawdę. Nie z oddali. Nie przez okno. Nie w wyobraźni. Po prostu stał na korytarzu internatu. Wysoki, pewny siebie. Uśmiechał się, rozmawiając z kolegami.
Zatrzymałam się jak sparaliżowana. Serce biło mi tak mocno, że niemal słyszałam ten dźwięk w uszach. Dłonie zaczęły mi się pocić. Tysiące myśli przewijały się w mojej głowie.
Czy podejdzie? Czy jeszcze pamięta?
Patrzyłam na niego, jakbym widziała kogoś z innego świata. Kogoś, kto jeszcze niedawno był moim światem, teraz… stał tu. Blisko, realny, ale jednocześnie tak bardzo odległy.
I wtedy spojrzał. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się lekko.
– Cześć, Ana – powiedział i… odszedł, kontynuując rozmowę z kolegami.
Zostałam w miejscu z bijącym sercem. Nie umiałam oddychać.
Dlaczego tylko „cześć”? Dlaczego… tak?
Mimo to w tamtej chwili byłam szczęśliwa, bo choć przez moment znów na mnie spojrzał.
Nie wiedziałam, co mnie czeka, ale jednego byłam pewna: przyjechałam tam dla niego. Byłam gotowa zrobić wszystko, by znów go zobaczyć.ROZDZIAŁ 2
NOWA SZKOŁA, NOWE NADZIEJE
Pierwsze dni w internacie były jak zanurzenie w inny świat. Nowe miejsce. Nowe twarze. Nowe rytmy dnia, które dopiero musiałam poznać. Wśród tego wszystkiego jedna myśl nie dawała mi spokoju: on był tu gdzieś. Może w sąsiednim skrzydle. Może na tym samym korytarzu. Może właśnie mnie mijał, kiedy wychodziłam do stołówki. Każdy krok na korytarzu sprawiał, że serce przyspieszało. Każde otwarcie drzwi było jak istny dreszcz emocji. Czekałam.
Internet pachniał wilgocią starych murów i świeżo parzoną kawą, którą ktoś zawsze przygotowywał w kuchni na parterze. Ściany były wytarte przez lata. Okna w moim pokoju wychodziły na dziedziniec. Po zmroku lubiłam tam siadać i patrzeć na lampy, których żółte światło tańczyło wśród opadających liści. Nie znałam tu nikogo, ale to nie było ważne. Liczyło się tylko jedno. Czy go zobaczę?
To właśnie wtedy poznałam ją.
Monic.
Wpadłyśmy na siebie na korytarzu. Miała burzę ciemnych włosów i uśmiech, który przyciągał spojrzenia.
– Hej, jesteś nowa? – zagadnęła bez cienia nieśmiałości.
– Tak – odpowiedziałam.
– Monic. Mieszkam piętro wyżej. Jakby co, pomogę ci się tu ogarnąć. – Uśmiechnęła się szeroko i tak się zaczęło.
Monic szybko stała się kimś, kogo można było nazwać przyjaciółką. Wprowadziła mnie w świat nowej szkoły i internatu. Znała wszystkich. Wiedziała, kto z kim się przyjaźni, kto kogo unika, gdzie warto jadać, a gdzie lepiej się nie zapuszczać. Spędzałyśmy ze sobą coraz więcej czasu. Była żywiołowa, pełna energii, miała ten rodzaj charyzmy, który przyciągał ludzi. Wieczorami siadałyśmy na podłodze w moim pokoju, słuchając muzyki i rozmawiając.
To właśnie wtedy jej się zwierzyłam.
Tamtego wieczoru za oknem padał deszcz. Krople bębniły w szybę, a my siedziałyśmy zawinięte w koce, z kubkami herbaty w dłoniach.
– Mogłam iść do szkoły bliżej domu… – zaczęłam cicho, bawiąc się brzegiem koca.
Monic spojrzała na mnie uważnie.
– To czemu tu?
Wzięłam głęboki oddech.
– Jest tu ktoś… kogo kocham.
Oczy Monic rozbłysły.
– Kto? – zapytała z uśmiechem.
I wtedy wszystko jej powiedziałam.
O Danielu.
O pocałunku.
O tym, jak bardzo mi na nim zależy.
Słuchała uważnie, kiwając głową.
– To piękne – powiedziała cicho – naprawdę piękne, Ana.
Uwierzyłam jej. Ufałam. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo się mylę. Dopiero z czasem zauważałam drobne rzeczy. Monic szybko znalazła sobie miejsce w nowym środowisku. Była wszędzie. Śmiała się ze wszystkimi, bez skrępowania flirtowała. Umiała zjednać sobie ludzi. Może dlatego, że niosła ze sobą historię, która wzbudzała współczucie.
Pochodziła z rodziny alkoholików. Jej matka zostawiła ją ciotce, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Ciotka się nią zajmowała, ale nigdy nie mówiła o tym głośno, za to Monic sama opowiadała o tym bez wstydu, jakby była już do tego przyzwycza-
jona.
– Miałam ciężko. Ale daję sobie radę – tłumaczyła z uśmiechem.
I wszyscy ją za to podziwiali. Wszyscy… oprócz mnie.
Nie dlatego, że jej nie współczułam, ale dlatego, że widziałam też drugą stronę. Tę, której inni nie chcieli dostrzec.
Monic szybko poznała Daniela.
Na początku nie widziałam w tym nic złego. Często widywałam ich razem na korytarzu, jak siedzieli na parapecie, śmiejąc się i rozmawiając.
To tylko znajomość. To nic nie znaczy.
Ale z każdym dniem czułam coraz większy niepokój. Wieczorami siedziałam w lobby, udając, że czytam książkę, a tak naprawdę czekałam.
Może przejdzie. Może spojrzy. Może się zatrzyma.
Każde jego „cześć” było dla mnie jak dar. Każde zignorowanie jak pchnięcie nożem.
Monic wiedziała, co czuję, a jednak coraz częściej widywałam ją w jego towarzystwie. Coraz częściej słyszałam jej śmiech, gdy siedziała w jego pokoju. I ten błysk w jej oczach… Błysk triumfu.
Pewnego dnia wróciłam wcześniej do pokoju. Drzwi były uchylone. W środku zobaczyłam Monic grzebiącą w rzeczach naszej współlokatorki.
– Co ty robisz? – zapytałam ostro.
Podskoczyła.
– Szukam bluzki. Pożyczyła mi ją ostatnio – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.
Nie uwierzyłam. Coś we mnie pękło. Pokłóciłyśmy się. Powiedziałam, że przeszukiwanie czyichś rzeczy to brak szacunku, że każda z nas powinna mieć swoją przestrzeń. Potem było tylko gorzej. Zaczęły znikać pieniądze. Najpierw drobne kwoty, z czasem coraz większe. Wtedy przyszło coś, czego się nie spodziewałam.
Któregoś dnia zostałam wezwana do gabinetu opiekuna. Weszłam tam pewna, że chodzi o coś formalnego, ale już po pierwszych słowach zrozumiałam, że dzieje się coś poważnego.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.