Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Portret śmierci - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 maja 2026
3112 pkt
punktów Virtualo

Portret śmierci - ebook

Kiedy morderca traktuje zbrodnię jak sztukę, każdy szczegół staje się zaszyfrowaną, śmiertelną wiadomością.

Eve Dallas przywykła do zbrodni. Ale tym razem morderca nie tylko odbiera życie – on tworzy makabryczne dzieła sztuki.

Kiedy w Nowym Jorku zostaje odnalezione ciało młodej kobiety upozowane jak na portrecie, porucznik Dallas rozpoczyna pościg za kimś, kto traktuje śmierć jak artystyczną ekspresję. Każda kolejna ofiara to starannie zaplanowana kompozycja, a każdy szczegół jest wiadomością rzuconą prosto w twarz policji.

W świecie, gdzie technologia i obsesja splatają się w śmiertelnym tańcu, Eve musi dotrzeć do mordercy, zanim powstanie kolejne makabryczne dzieło.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-73-2
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Nowy Testa­ment, Mt 6,22

Samuel Cole­ridge

Zaczy­namy umie­rać wraz z pierw­szym odde­chem. Śmierć jest w nas, przy­bliża się z każ­dym ude­rze­niem naszego serca. W końcu nie ma już moż­li­wo­ści ucieczki. A jed­nak trzy­mamy się życia, sła­wimy je mimo jego prze­mi­jal­no­ści, a może wła­śnie dla­tego?

Nie­ustan­nie zasta­na­wiamy się nad śmier­cią, wzno­simy jej pomniki, oswa­jamy ją za pomocą róż­nych obrzę­dów. Myślimy o tym, jaka będzie nasza śmierć – czy nagła i szybka, czy też będziemy odcho­dzić długo i powoli? Czy będziemy wtedy odczu­wać ból? Czy śmierć nadej­dzie po dłu­gim, inten­syw­nym życiu, czy zosta­niemy zabrani z tego świata gwał­tow­nie, nie­spo­dzie­wa­nie, w pełni sił?

Kiedy przy­pad­nie nasz czas? Wiemy prze­cież, że śmierć może nadejść w każ­dym okre­sie naszego życia.

Stwa­rzamy wyobra­że­nia życia po życiu, ponie­waż nie potra­fimy spo­koj­nie egzy­sto­wać, nękani przez widmo nie­uchron­nego końca. Wymy­ślamy bogów, któ­rzy kie­rują naszymi poczy­na­niami i będą nas ocze­ki­wać u zło­tych bram, by zapro­wa­dzić do kra­iny mle­kiem i mio­dem pły­ną­cej.

Jeste­śmy dziećmi, pozo­sta­ją­cymi w oko­wach wyobra­żeń dobra jako życia wiecz­nego i zła jako wie­ku­istego potę­pie­niem. Dla­tego też ni­gdy nie żyjemy naprawdę i ni­gdy nie jeste­śmy wolni.

Od dawna stu­diuję życie i śmierć.

Ist­nieje tylko jeden cel: życie. Musimy żyć, cie­sząc się wol­no­ścią, z każ­dym odde­chem zysku­jąc świa­do­mość, że jeste­śmy czymś wię­cej niż tylko cie­niem. Jeste­śmy bowiem świa­tłem, a świa­tło musi być zasi­lane, pozy­ski­wane z wszyst­kich moż­li­wych źró­deł. Wtedy koniec nie będzie ozna­czał śmierci, a u kresu wszy­scy sta­niemy się świa­tłem.

Być może zostanę posą­dzony o sza­leń­stwo, jed­nak wiem, że odna­la­złem zdro­wie. Zna­la­złem Prawdę i Zba­wie­nie. Kiedy stanę się tym, kim jestem, to, czego doko­nam, co stwo­rzę, będzie wiel­kie i wspa­niałe.

A wtedy wszy­scy będziemy żyć wiecz­nie.1

Eve dusz­kiem wypiła kawę i się­gnęła do szafy. Zde­cy­do­wała się na cienką koszulkę na ramiącz­kach, jako że lato 2059 roku trzy­mało Nowy Jork i całe Wschod­nie Wybrzeże w moc­nym, duszą­cym uści­sku.

Z dwojga złego wolała jed­nak upał niż zimno.

Pomy­ślała, że nie pozwoli na to, by coś zepsuło jej ten dzień.

Wło­żyła koszulkę, spoj­rzała na drzwi, a gdy upew­niła się, że jest sama, rzu­ciła się do auto­ku­cha­rza po drugi kubek kawy. Zer­k­nęła na zega­rek. Widząc, że ma mnó­stwo czasu na śnia­da­nie, zapro­gra­mo­wała jesz­cze auto­mat na dwa nale­śniki z jago­dami.

Wró­ciła do szafy po buty. Wysoka i szczu­pła, dosko­nale pre­zen­to­wała się w spodniach koloru khaki i nie­bie­skim pod­ko­szulku. Miała krót­kie, ciem­no­brą­zowe włosy z jaśniej­szymi pasmami wypa­lo­nymi przez bez­li­to­sne słońce. Ta fry­zurka paso­wała do jej wyra­zi­stej twa­rzy o sze­roko roz­sta­wio­nych brą­zo­wych oczach i peł­nych war­gach. Na pod­bródku wid­niał płytki dołe­czek. Mąż Eve lubił go doty­kać koniusz­kiem palca.

Mimo że po wyj­ściu z olbrzy­miej sypialni w ogrom­nym, cudow­nie chłod­nym domu cze­kał ją potworny upał, się­gnęła po lekki żakiet i rzu­ciła go na broń, leżącą na kana­pie.

Odznakę miała już w kie­szeni.

Porucz­nik Eve Dal­las wyjęła kubek z kawą i nale­śniki z auto­ku­cha­rza i opa­dła na kanapę, zamie­rza­jąc roz­ko­szo­wać się wspa­nia­łym śnia­da­niem przed pod­ję­ciem obo­wiąz­ków poli­cjantki z wydziału zabójstw.

Gala­had, tłu­sty kocur, bez­błęd­nie wyczu­wa­jący jedze­nie zwie­rzę­cym szó­stym zmy­słem, wyrósł jak spod ziemi, wsko­czył na kanapę i zaczął wpa­try­wać się w talerz pani.

– To moje. – Nabiła nale­śnika na wide­lec i popa­trzyła na kota. – Wiem, że Roarke cię roz­pusz­cza, ale ze mną nie pój­dzie ci tak łatwo jak z moim mężem. Jestem pewna, że już dosta­łeś śnia­da­nie – dodała, kła­dąc nogi na stół. – Założę się, że od świtu urzę­do­wa­łeś w kuchni i łasi­łeś się do Sum­mer­seta.

Pochy­liła się tak, że nie­mal zetknęli się nosami.

– No, przez naj­bliż­sze trzy tygo­dnie nie będziesz miał na to szans. To będą trzy piękne, wspa­niałe, odjaz­dowe tygo­dnie. A wiesz, dla­czego? Wiesz?

Zado­wo­lona, dała kotu kawa­łek nale­śnika.

– Bo ten ponury, kości­sty sukin­syn wyjeż­dża na waka­cje! Daleko stąd! – Miała ochotę śpie­wać z rado­ści, że kamer­dy­ner Roarke’a, prze­kleń­stwo jej życia, nie będzie jej iry­to­wał tego wie­czoru, a także przez wiele następ­nych. – Mam przed sobą dwa­dzie­ścia jeden dni wol­nych od Sum­mer­seta i wprost nie mogę się tym nacie­szyć!

– Nie jestem pewien, czy kot podziela twoją radość. – Roarke już od pew­nego czasu stał w drzwiach, oparty o fra­mugę, i obser­wo­wał żonę.

– Na pewno. – Zja­dła nale­śnika, zanim Gala­had zdą­żył dobrać się do tale­rza. – Tylko że on przyj­muje to ze spo­ko­jem. Myśla­łam, że dzi­siaj rano będziesz zajęty prze­ka­zem sate­li­tar­nym.

– Już skoń­czy­łem.

Wszedł do kuchni. Eve patrzyła na męża z wyraźną przy­jem­no­ścią. Szczu­pły, dłu­go­nogi, zgrabny – był wręcz nie­bez­piecz­nie męski.

Pomy­ślała, że kot mógłby brać u niego lek­cje zwin­no­ści. Uśmiech­nęła się do męża, prze­ko­nana, że nie ma chyba na świe­cie kobiety, która nie cie­szy­łaby się z moż­li­wo­ści oglą­da­nia przy śnia­da­niu tak uro­dzi­wej męskiej twa­rzy.

W przy­padku Roarke’a była ona ist­nym dzie­łem sztuki, stwo­rzo­nym w dniu wiel­kiej hoj­no­ści Pana Boga. Szczu­pła, o wyraź­nie zary­so­wa­nych kościach policz­ko­wych, peł­nych war­gach wyra­ża­ją­cych zde­cy­do­wa­nie – ta twarz wpra­wiała Eve w stan pod­nie­ce­nia. Roarke miał jasne nie­bie­skie oczy i błysz­czące czarne włosy.

Trudno byłoby też zarzu­cić cokol­wiek jego zgrab­nej, musku­lar­nej syl­wetce.

– Chodź tu, przy­stoj­niaku. – Wymie­rzyła mu żar­to­bli­wego kuk­sańca, po czym z lubo­ścią przy­gry­zła jego dolną wargę i leni­wie prze­cią­gnęła po niej języ­kiem. – Sma­ku­jesz jesz­cze lepiej niż nale­śniki.

– Jesteś dziś weso­lutka jak szczy­gie­łek.

– Zga­dza się. Mam ochotę podzie­lić się swoją rado­ścią z całym świa­tem.

– Miła odmiana – odparł wesoło. W jego gło­sie pobrzmie­wał cha­rak­te­ry­styczny irlandzki akcent. – W takim razie możemy zacząć od odpro­wa­dze­nia Sum­mer­seta.

Skrzy­wiła się.

– To może zepsuć mi ape­tyt. – Skoń­czyła posi­łek i dodała: – Nie, nie. Widzę, że wszystko jest w porządku. Mogę poma­chać mu na do widze­nia.

Wymie­rzył jej żar­to­bli­wego kuk­sańca.

– Cie­szę się.

– Zatań­czę z rado­ści dopiero wtedy, kiedy znik­nie mi z oczu. Trzy tygo­dnie. – Prze­cią­gnęła się roz­kosz­nie, wstała i odsu­nęła talerz tak, że stał się nie­do­stępny dla kota. – Nie będę musiała oglą­dać jego szpet­nej twa­rzy i słu­chać jego skrzy­pią­cego głosu przez trzy cudowne tygo­dnie.

– Odno­szę wra­że­nie, że on podob­nie myśli o tobie. – Roarke pod­niósł się z wes­tchnie­niem. – Jestem tego pewien, ale dał­bym sobie rękę uciąć, że będzie wam bra­ko­wać tego ska­ka­nia sobie do oczu.

– Na pewno nie. – Przy­pa­sała broń. – Dzi­siaj wie­czo­rem mam zamiar świę­to­wać. Nie żar­tuję. Będę prze­cha­dzać się nago po salo­nie, zaja­da­jąc pizzę.

Roarke uniósł brwi.

– O! Ten pomysł bar­dzo mi się podoba.

– Zamów pizzę – pole­ciła, wkła­da­jąc żakiet. – Muszę już iść. Cze­kają na mnie w cen­trali.

– Naj­pierw powtórz za mną weso­łym tonem: „Życzę ci przy­jem­nej podróży i miłego wypo­czynku”. – Poło­żył ręce na ramio­nach żony.

– Nie uprze­dzi­łeś mnie, że mam z nim roz­ma­wiać. – Wes­tchnęła, patrząc Roarke’owi w oczy. – No, dobrze. Wiem, że ta sprawa jest warta wiel­kiego poświę­ce­nia. „Życzę ci przy­jem­nej podróży… gnido”. Oczy­wi­ście daruję sobie tę „gnidę”, po pro­stu chcia­łam sobie teraz pofol­go­wać.

– Rozu­miem. – Prze­su­nął dłońmi wzdłuż jej ramion i wziął ją za ręce. Kot wybiegł z pokoju. – Sum­mer­set też cie­szy się z tego wyjazdu. Przez ostat­nie kilka lat nie miał wiele czasu dla sie­bie.

– Bo nie chciał dać mi ani chwili spo­koju. Ale już dobrze, w porządku – powie­działa wesoło. – W końcu teraz przede wszyst­kim liczy się to, że naresz­cie wyjeż­dża.

Z dołu dobiegł prze­raź­liwy pisk kota, siar­czy­ste prze­kleń­stwo, a potem cała seria głu­chych łomo­tów. Eve natych­miast rzu­ciła się w stronę, z któ­rej docho­dziły odgłosy, ale Roarke pierw­szy dopadł scho­dów i zbiegł z nich do Sum­mer­seta, który leżał wśród stosu poroz­rzu­ca­nej bie­li­zny.

– A niech to szlag! – zaklęła Eve, patrząc na scenkę roz­gry­wa­jącą się u stóp scho­dów.

– Nie ruszaj się – pole­cił cicho Roarke, bada­jąc Sum­mer­seta.

Eve zbie­gła na dół i przy­klę­kła. Zlana potem twarz kamer­dy­nera była kre­do­wo­biała. W jego oczach malo­wało się prze­ra­że­nie. Było widać, że bar­dzo cierpi.

– Moja noga – powie­dział sła­bym gło­sem. – Oba­wiam się, że jest zła­mana.

Eve była już tego pewna, widząc nogę Sum­mer­seta dziw­nie zgiętą pod kola­nem.

– Przy­nieś koc – pole­ciła mężowi, wyj­mu­jąc tele­fon komór­kowy. – Jest w szoku. Zawo­łam służby medyczne.

– Nie pozwól mu się ruszać. – Roarke zła­pał z pod­łogi i narzu­cił na Sum­mer­seta prze­ście­ra­dło, po czym wbiegł na schody. – Może mieć jesz­cze inne obra­że­nia.

– To tylko noga. I ramię. – Kamer­dy­ner zamknął oczy, sły­sząc, że Eve dzwoni po pomoc. – Potkną­łem się o tego cho­ler­nego kota. – Otwo­rzył oczy i usi­ło­wał zło­śli­wie uśmiech­nąć się do Eve. Naj­wy­raź­niej szok po upadku ustę­po­wał, choć poja­wiły się dresz­cze, przy­pra­wia­jące go o szczę­ka­nie zębami. – Pew­nie żału­jesz, że nie skrę­ci­łem sobie karku.

– Przy­znaję, że przy­szło mi to do głowy. – Na szczę­ście zacho­wał jasność umy­słu, pomy­ślała z ulgą. Nie stra­cił przy­tom­no­ści, tylko oczy dziw­nie mu błysz­czą. Unio­sła wzrok na Roarke’a, który przy­niósł koc. – Już jadą. Jest przy­tomny i zgryź­liwy. Myślę, że z jego głową wszystko jest w porządku, ale zle­ciał ze scho­dów z takim impe­tem, że omal nie roz­bił posadzki. Potknął się o kota.

– Boże!

Eve patrzyła, jak Roarke ujmuje dłoń Sum­mer­seta. Mimo że szcze­rze nie cier­piała tego kości­stego pawiana, wie­działa, że mąż trak­tuje go jak rodzo­nego ojca.

– Otwo­rzę bramę dla służb medycz­nych.

Pode­szła do tablicy kon­tro­l­nej, by otwo­rzyć furtę, odgra­dza­jącą od mia­sta dom oto­czony wypie­lę­gno­wa­nymi traw­ni­kami – świat stwo­rzony przez Roarke’a. Ni­gdzie nie było śladu Gala­hada. Zapewne nie będzie poka­zy­wać się przez dłuż­szy czas, pomy­ślała kwa­śno.

Cho­lerny kot musiał zro­bić to spe­cjal­nie, chcąc zepsuć jej dosko­nały nastrój, a wszystko dla­tego, że nie dała mu wystar­cza­jąco dużej por­cji nale­śni­ków.

Wie­dząc, że lada chwila usły­szy dźwięk syren, otwo­rzyła drzwi fron­towe i omal się nie prze­wró­ciła, ude­rzona falą upału. Cho­ciaż dopiero docho­dziła ósma, żar był już taki, że laso­wał się mózg. Niebo miało barwę zsia­dłego mleka, a powie­trze kon­sy­sten­cję syropu, któ­rego sma­kiem tak się roz­ko­szo­wała, kiedy jesz­cze miała radość w sercu.

Miłej podróży, pomy­ślała. Sukin­syn.

Wide­ofon zapisz­czał w chwili, gdy zawyły syreny.

– Już tu są! – krzyk­nęła do Roarke’a, po czym ode­szła na bok, by ode­brać połą­cze­nie. – Tu Dal­las. Cho­lera, Nad­ine – powie­działa, gdy na ekra­nie zoba­czyła twarz głów­nej repor­terki Kanału 75. – Dzwo­nisz w fatal­nym momen­cie.

– Mam dla cie­bie wia­do­mość. Wygląda poważ­nie. Spo­tkajmy się na rogu Delan­cey i Ave­nue D. Już jadę.

– Nie roz­łą­czaj się. Nie pojadę na Lower East Side tylko dla­tego, że ty…

– Chyba ktoś nie żyje. – Nad­ine prze­su­nęła się tak, że odsło­niła wydruki zaście­la­jące biurko. – Tak, ta dziew­czyna nie żyje.

Zdję­cia przed­sta­wiały młodą bru­netkę. Jedne były nie­upo­zo­wane, inne ofi­cjalne.

– Dla­czego myślisz, że nie żyje?

– Wszystko ci powiem, gdy się spo­tkamy. Teraz tylko nie­po­trzeb­nie tra­cimy czas.

Eve wpu­ściła służby medyczne i skrzy­wiła się w stronę wide­ofonu.

– Wyślę tam poli­cjanta.

– Nie po to daję ci gorące wia­do­mo­ści, żebyś je lek­ce­wa­żyła i zle­cała sprawę zwy­kłym służ­bom. Dal­las, naprawdę mam coś waż­nego. Spo­tkaj się ze mną albo spraw­dzę to sama i pusz­czę w świat to, co odkry­łam.

– Co za cho­lerny dzień. No dobrze. Stań na rogu i zacze­kaj. Niczego nie ruszaj, dopóki nie przy­jadę. Muszę naj­pierw jakoś upo­rać się z tym, co mam tutaj. – Wes­tchnęła ciężko i spoj­rzała na medy­ków bada­ją­cych Sum­mer­seta. – Przyjdę naj­szyb­ciej, jak będę mogła.

Roz­łą­czyła się, scho­wała komu­ni­ka­tor do kie­szeni, po czym pode­szła do Roarke’a i pokle­pała go po ramie­niu.

– Otrzy­ma­łam ważną wia­do­mość. Myślę, że powin­nam to spraw­dzić.

– Nie pamię­tam, ile on ma lat, zupeł­nie wyle­ciało mi to z głowy.

– Spo­koj­nie. Jest zbyt podły na to, żeby naprawdę mogło mu się coś stać. Słu­chaj, jeśli chcesz, żebym tu została, to odwo­łam spo­tka­nie.

– Nie, jedź. – Potrzą­snął głową. – Bie­dak potknął się o kota. Mógł się zabić. – Odwró­cił się i poca­ło­wał Eve w czoło. – Życie jest pełne paskud­nych nie­spo­dzia­nek. Niech pani uważa na sie­bie, pani porucz­nik. Nie życzę sobie już dzi­siaj żad­nych złych wia­do­mo­ści.

Na uli­cach pano­wał potworny chaos, co dosko­nale kore­spon­do­wało z nastro­jem Eve. Awa­ria mak­si­busa na Lexing­ton Ave­nue spra­wiła, że wokół, jak okiem się­gnąć, samo­chody wyle­wały się z 75 na połu­dnie. Wyły klak­sony. Nad gło­wami war­czały heli­kop­tery służb dro­go­wych. Wyda­wało się, że za chwilę doj­dzie do zakor­ko­wa­nia szla­ków powietrz­nych.

Znie­cier­pli­wiona przy­mu­so­wym posto­jem wśród morza ludzi jadą­cych do pracy, Eve włą­czyła syrenę i spryt­nie przedarta się w kie­runku wschod­nim, gdzie wypa­trzyła nie­za­tło­czoną ulicę.

Połą­czyw­szy się z dys­po­zy­tor­nią, poin­for­mo­wała, że potrze­buje teraz godziny dla sie­bie. Mówie­nie o tym, że podąża w kie­runku wska­za­nym przez nawie­dzoną repor­terkę, bez żad­nego powodu ani zezwo­le­nia prze­ło­żo­nych, mijało się z celem, miała jed­nak zaufa­nie do jej instynktu. Nad­ine już nie­raz wyka­zała się węchem psa myśliw­skiego w tro­pie­niu sen­sa­cyj­nych histo­rii, więc Eve naka­zała swej asy­stentce, by sta­wiła się na Delan­cey.

* * *

Na ulicy pano­wał wielki ruch. W oko­licy znaj­do­wały się nie­zli­czone sklepy i kawiar­nie, zaj­mu­jące pomiesz­cze­nia na par­te­rze budyn­ków i słu­żące głów­nie miesz­kań­com apar­ta­men­tów na pię­trach. W pie­karni reali­zo­wano zamó­wie­nia męż­czy­zny pro­wa­dzą­cego warsz­tat napraw w sąsied­niej pose­sji. Z kolei szef warsz­tatu pro­gra­mo­wał domo­wego andro­ida dla wła­ści­cielki sklepu z ubra­niami, która zaopa­try­wała się w owoce na stra­ga­nie po dru­giej stro­nie ulicy.

Eve pomy­ślała, że wszystko toczy się tutaj według odwiecz­nego sche­matu wza­jem­nych powią­zań. Po usta­niu zamie­szek w mie­ście dziel­nica została odbu­do­wana, cho­ciaż tu i ówdzie nosiła jesz­cze ślady znisz­czeń.

Nie był to teren chęt­nie wybie­rany na wie­czorne spa­cery, a kilka kwar­ta­łów dalej w kie­runku połu­dnio­wym i zachod­nim można było się natknąć na gro­mady nie­chluj­nych włó­czę­gów i nar­ko­ma­nów, sypia­ją­cych pod gołym nie­bem. Jed­nak w ten letni, parny dzień Delan­cey spra­wiała wra­że­nie dziel­nicy wyłącz­nie tęt­nią­cej han­dlem.

Eve zatrzy­mała samo­chód za fur­go­netką i wysta­wiła na dach sygna­li­za­tor świetlny.

Nie­chęt­nie wyszła z chłod­nego wnę­trza wozu na roz­pa­lony chod­nik. Od razu w noz­drza ude­rzyła ją ostra woń solanki, kawy i potu. Znacz­nie przy­jem­niej­szy zapach melo­nów ze stra­ganu został natych­miast wyparty przez stru­mień duszą­cej smro­dli­wej pary, wydo­by­wa­ją­cej się z obwoź­nej budki, w któ­rej sprze­da­wano zapie­kanki ze sztucz­nymi jajami i cebulą.

Wstrzy­mu­jąc oddech, pomy­ślała, że trzeba być bar­dzo odważ­nym, by jeść te świń­stwa. Przy­sta­nęła na rogu ulicy i zba­dała wzro­kiem oko­licę.

Nie dostrze­gła Nad­ine ani Peabody, jej uwagę przy­cią­gnęli nato­miast czte­rej męż­czyźni – wła­ści­ciele skle­pów i straż­nik miej­ski zawzię­cie kłó­cili się o coś przy zie­lo­nym pojem­niku na surowce wtórne.

Miała ochotę skon­tak­to­wać się z Roar­kiem i zapy­tać o zdro­wie Sum­mer­seta, w nadziei, że stał się cud i służby medyczne skle­iły kość tak, że kamer­dy­ner jest w sta­nie odbyć podróż, a po wstrzą­sie, jaki prze­żył tego ranka, zde­cy­do­wał się solid­nie wypo­cząć i prze­dłu­żył waka­cje do czte­rech tygo­dni.

Wyobra­ziła sobie z roz­ma­rze­niem, że w cza­sie urlopu Sum­mer­set zako­cha się w swej płat­nej opie­kunce – jaka inna kobieta zgo­dzi­łaby się na upra­wia­nie seksu z tym potwo­rem? – i posta­nowi osie­dlić się z nią gdzieś w Euro­pie.

Po chwili namy­słu uznała, że Europa jest za bli­sko. Powinni zamiesz­kać w kolo­nii Alfa w gwiaz­do­zbio­rze Byka i ni­gdy już nie powró­cić na pla­netę Zie­mię.

Dobrze zda­wała sobie sprawę, że może kar­mić się tymi złu­dze­niami tylko do czasu, gdy zadzwoni do domu, przy­po­mniała sobie jed­nak ból w oczach Sum­mer­seta i spo­sób, w jaki Roarke trzy­mał sta­rego kamer­dy­nera za rękę, i z cięż­kim wes­tchnie­niem się­gnęła po komu­ni­ka­tor.

Zanim zdą­żyła z niego sko­rzy­stać, jakiś wła­ści­ciel sklepu ode­pchnął straż­nika miej­skiego, który zato­czył się, a po chwili upadł po zada­nym pię­ścią cio­sie.

Eve wepchnęła komu­ni­ka­tor do kie­szeni i pobie­gła w stronę męż­czyzn. Nie zdą­żyła jesz­cze do nich dotrzeć, kiedy poczuła cha­rak­te­ry­styczny zapach. Nie mogła się mylić. Zbyt wiele razy miała do czy­nie­nia ze śmier­cią.

Prze­chod­nie i ludzie, któ­rzy wyle­gli ze skle­pów i oto­czyli wal­czą­cych, zwar­tych teraz w zapa­śni­czym uści­sku na chod­niku, zagrze­wali ich do boju, nie szczę­dząc obraź­li­wych wyzwisk. Tłum gapiów gęst­niał z każdą chwilą.

Bez się­ga­nia po odznakę Eve unio­sła za koszulę męż­czy­znę znaj­du­ją­cego się na górze i posta­wiła stopę na leżą­cym.

– Spo­kój!

Wła­ści­ciel sklepu był niskim, żyla­stym męż­czy­zną. Szarp­nął się gwał­tow­nie, zosta­wia­jąc kawa­łek prze­po­co­nej koszuli w dłoni Eve. Miał oczy czer­wone od gniewu, a z warg kapała mu praw­dziwa krew.

– To nie twój inte­res, paniu­siu, więc spa­daj, bo możesz obe­rwać.

– To jest pani porucz­nik. – Męż­czy­zna leżący na ziemi wyda­wał się zado­wo­lony ze swego miej­sca. Miał wydatny brzuch, był zdy­szany, a lewe oko zni­kało mu pod opu­chli­zną. Jed­nak Eve nie darzyła straż­ni­ków miej­skich sym­pa­tią, więc nie unio­sła nogi z jego torsu. Wycią­gnęła odznakę i obda­rzyła wła­ści­ciela sklepu sze­ro­kim uśmie­chem.

– Chcesz się zało­żyć o to, kto tu obe­rwie? Cof­nij się i gęba na kłódkę.

– O, glina. Powinna pani zamknąć go w pudle. Ja regu­lar­nie płacę podatki. – Męż­czy­zna uniósł ręce i zwró­cił się w stronę tłumu, jak bok­ser okrą­ża­jący ring pomię­dzy run­dami. – Pła­cimy wszystko, jak trzeba, a te gnidy wciąż nie dają nam spo­koju.

– Znie­wa­żył mnie. Chcę wnieść skargę.

Eve popa­trzyła na leżą­cego straż­nika.

– Zamknij się! Nazwi­sko! – zażą­dała, wska­zu­jąc wła­ści­ciela sklepu.

– Remke. Waldo Remke. – Oparł posi­nia­czone dło­nie na wąskich bio­drach. – To ja chcę wnieść oskar­że­nie.

– Dobrze, dobrze. To pań­ski sklep? – Wycią­gnęła rękę w stronę deli­ka­te­sów.

– Od osiem­na­stu lat. Wcze­śniej nale­żał do mojego ojca. Pła­cimy podatki…

– To już wiem. To pań­ski pojem­nik?

– Zapła­ci­li­śmy już za niego chyba ze sto razy. Ja, Costello i Mintz. – Kciu­kiem wska­zał dwóch sto­ją­cych za nim męż­czyzn. – A przez więk­szość czasu i tak jest uszko­dzony. Czuje pani ten wstrętny zapach? Ten ohydny smród? Kto przyj­dzie tu na zakupy, jeżeli tak będzie śmier­dzieć? W ciągu ostat­nich sze­ściu tygo­dni już trzy razy pro­si­li­śmy o naprawę, ale nikt nawet nie kiw­nął pal­cem.

W tłu­mie gapiów roz­le­gły się jakieś pomruki, wyra­ża­jące popar­cie. Jakiś dow­cip­niś krzyk­nął:

– Śmierć faszy­stom!

Eve była świa­doma tego, że w tym upale i smro­dzie oko­liczni gapie na widok krwi w każ­dej chwili mogą prze­obra­zić się we wrogi tłum.

– Panie Remke, chcia­ła­bym, żeby pan, pan Costello i pan Mintz odsu­nęli się tro­chę. Pro­szę się rozejść! – zwró­ciła się do zgro­ma­dzo­nych.

Usły­szała za sobą szybki stu­kot poli­cyj­nych butów. To mogły być tylko kroki jej asy­stentki.

– Peabody – powie­działa, nie odwra­ca­jąc się. – Zrób coś z tymi ludźmi, zanim doj­dzie do lin­czu.

Lekko zdy­szana asy­stentka pode­szła do Eve.

– Tak jest! Pro­szę się rozejść!

Na widok poli­cyj­nego mun­duru, nawet tro­chę już zmię­tego od upału, więk­szość gapiów ode­szła. Peabody popra­wiła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i kape­lusz, który prze­chy­lił się w cza­sie biegu.

Jej kwa­dra­towa twarz lśniła od potu, ale oczy ukryte za przy­dy­mio­nymi oku­la­rami pozo­sta­wały czujne. Popa­trzyła na pojem­nik, a potem na Eve.

– Pani porucz­nik?

– Tak. Nazwi­sko – Eve zwró­ciła się do straż­nika miej­skiego, pokle­pu­jąc stopą jego tors.

– Larry Poole. Pani porucz­nik, ja tylko wyko­ny­wa­łem swoje obo­wiązki. Przy­je­cha­łem tu z powodu inter­wen­cji w spra­wie naprawy pojem­nika, a ten facet mnie napadł.

– Kiedy pan tu przy­je­chał?

– Jakieś dzie­sięć minut temu. Sukin­syn nawet nie dał mi obej­rzeć tego śmiet­nika, tylko od razu sko­czył mi do gar­dła.

– Teraz go pan obej­rzy. Nie chcę mieć żad­nych kło­po­tów ze strony wła­ści­ciela sklepu – powie­działa Eve, spo­glą­da­jąc na Rem­kego.

– Chcę wnieść skargę. – Remke zło­żył ramiona na pier­siach i wydął wargi.

Eve pomo­gła Poole’owi wstać.

– Wrzu­cają tu wszyst­kie moż­liwe świń­stwa – narze­kał Poole. – I stąd cały pro­blem. Nie segre­gują śmieci. Potra­fią wrzu­cić jakieś szczątki orga­niczne do otworu na two­rzywa sztuczne, a potem dzi­wią się, że mają smród. – Kuś­ty­ka­jąc, pod­szedł do pojem­nika. Zanim zaj­rzał do środka, wło­żył na twarz maskę z fil­trem. – Wystar­czy­łoby prze­strze­gać instruk­cji, ale oni wolą co pięć minut wno­sić skargi.

– Jak działa zamek?

– Ma spe­cjalny kod. Wypo­ży­czają pojem­nik od mia­sta, ale kod znają tylko służby miej­skie. Mój ska­ner czyta kod, a potem… Cho­lera, ten zamek jest uszko­dzony.

– Mówi­łem, że jest uszko­dzony.

Poole wypro­sto­wał się z god­no­ścią i popa­trzył na Rem­kego spod zmru­żo­nych powiek.

– Zamek i pie­częć są uszko­dzone. Dzie­ciaki cza­sem to robią. To nie moja wina. Kto to wie, skąd dzie­cia­kom przy­cho­dzą do głowy takie pomy­sły? Pew­nie zepsuły go wczo­raj w nocy i wepchnęły do środka jakie­goś zde­chłego kota, sądząc po zapa­chu.

– Nie mam zamiaru pła­cić za wasze zepsute zamki – zło­ścił się Remke.

– Panie Remke, niech pan da spo­kój – ostrze­gła Eve i zwró­ciła się do Poole’a: – Jest otwarty i ma zerwaną pie­częć?

– Tak. Teraz będę musiał wezwać ekipę, żeby opróż­niła pojem­nik. Nie­zno­śne dzie­ciaki. – Zamie­rzał unieść klapę, lecz Eve przy­trzy­mała go za rękę.

– Pro­szę się odsu­nąć. Peabody?

Peabody dobrze zda­wała sobie sprawę, że odór, który przy­pra­wia ją o mdło­ści, za chwilę sta­nie się nie do znie­sie­nia.

– Żałuję, że po dro­dze zja­dłam kro­kieta z jaj­kiem.

Eve z nie­do­wie­rza­niem popa­trzyła na asy­stentkę.

– To ty jadasz takie paskudz­twa? Co się z tobą dzieje?

– Te kro­kiety są cał­kiem smaczne. A poza tym można szybko się najeść. – Wstrzy­mała oddech.

Po chwili obie unio­sły ciężką pokrywę.

Z pojem­nika buch­nął odór roz­kła­da­ją­cego się ciała.

Dziew­czyna została wepchnięta do prze­grody na szczątki orga­niczne. Było widać tylko połowę jej twa­rzy. Eve zauwa­żyła, że denatka ma oczy zie­lo­nego, butel­ko­wego koloru. Za życia była praw­do­po­dob­nie bar­dzo ładna.

Śmierć i gorąco spra­wiły, że obrzmiałe ciało wyglą­dało teraz wręcz obsce­nicz­nie.

– Co też, do cho­lery, tam wło­żyli? – zaczął Poole, zaj­rzał do pojem­nika, po czym natych­miast odwró­cił się, żeby zwy­mio­to­wać.

– Peabody. Zaraz będzie tu Nad­ine. Pew­nie ugrzę­zła w kor­kach, bo powinna już tu być. Zatrzy­maj ją i nie dopuść jej tu z kamerą. Będzie nale­gać, ale musisz być sta­now­cza.

– Ktoś tam jest? – Z twa­rzy Rem­kego natych­miast znik­nął gniew. Prze­ra­żo­nym wzro­kiem wpa­try­wał się w Eve. – Czło­wiek?

– Chcia­ła­bym, żeby wszedł pan do sklepu, panie Remke. Wszy­scy pano­wie. Nie­długo przyjdę, żeby z panami poroz­ma­wiać.

– Niech no spoj­rzę. – Odchrząk­nął. – Może… jeśli to jest ktoś z sąsiedz­twa, może będę wie­dział. Jeśli to w czym­kol­wiek pomoże, zaj­rzę tam.

– To mocne prze­ży­cie – ostrze­gła, ale dała mu ręką znak zachęty.

Ze zbie­lałą twa­rzą pod­szedł do pojem­nika. Przez chwilę nie otwie­rał oczu, po czym zaci­snął zęby i uniósł powieki.

– Rachel. – Usi­łu­jąc powstrzy­mać odruch wymiotny, cof­nął się o parę kro­ków. – O, Boże! Boże! To Rachel, nie znam nazwi­ska. Pra­co­wała, o, Boże, pra­co­wała w 24/7 po dru­giej stro­nie ulicy. To jesz­cze dzie­ciak. – Po jego pra­wie zupeł­nie bia­łej twa­rzy spły­nęły łzy. Odwró­cił głowę. – Miała naj­wy­żej dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia jeden lat. Stu­dentka. Cią­gle się cze­goś uczyła.

– Pro­szę wejść do sklepu, panie Remke. Zajmę się nią.

– To jesz­cze dzie­ciak. – Otarł twarz. – Co za bestia zro­biła coś takiego tej dziew­czy­nie?

Mogła mu powie­dzieć, że na świe­cie nie bra­kuje róż­nego rodzaju bestii, nie­okieł­zna­nych i okrut­nych, groź­niej­szych niż cokol­wiek innego na świe­cie, jed­nak posta­no­wiła się nie odzy­wać.

Remke pod­szedł do Poole’a.

– Niech pan też wej­dzie do sklepu. – Poło­żył rękę na ramie­niu straż­nika. – W środku jest chłod­niej. Przy­niosę panu wody.

– Peabody, w samo­cho­dzie mam zestaw polowy.

Odwró­ciw­szy się w stronę ciała, wpięła w klapę mikro­fon rekor­dera.

– No, Rachel – mruk­nęła. – Trzeba zabrać się do roboty. Nagry­wam. Ofiarą jest kobieta, rasy kau­ka­skiej, w wieku około dwu­dzie­stu jeden lat.

Teren został odgro­dzony taśmą, a umun­du­ro­wani poli­cjanci utwo­rzyli zwarty kor­don, by powstrzy­mać cie­kaw­skich. Po zare­je­stro­wa­niu danych Eve zamie­rzała wejść do pojem­nika.

Spo­strze­gła fur­go­netkę Kanału 75 na końcu kwar­tału. Pomy­ślała, że Nad­ine pew­nie cała gotuje się w środku, by­naj­mniej nie tylko z gorąca. Cóż, musi pocze­kać na swoją kolej.

Następne dwa­dzie­ścia minut były po pro­stu kosz­marne.

– Pro­szę. – Gdy Eve wynu­rzyła się z pojem­nika, Peabody podała jej butelkę z wodą.

– Dzięki. – Wypiła dusz­kiem zawar­tość butelki i dopiero potem wzięła głę­boki oddech. Miała wra­że­nie, że ni­gdy nie zdoła pozbyć się tego okrop­nego smaku w ustach. Woda z dru­giej butelki posłu­żyła jej do obmy­cia rąk. – Tych face­tów zosta­wimy sobie na póź­niej. – Wska­zała wej­ście do deli­ka­te­sów. – Naj­pierw muszę zoba­czyć się z Nad­ine.

– Masz już dane?

– Tak. Na pod­sta­wie odci­sków pal­ców. Rachel Howard, zaoczna stu­dentka Uni­wer­sy­tetu Colum­bia. – Otarła pot z twa­rzy. – Remke nie mylił się co do wieku. Miała dwa­dzie­ścia lat. Już można ją zabrać. Nie potra­fię podać przy­czyny ani czasu śmierci, bo ciało znaj­duje się w fatal­nym sta­nie.

Popa­trzyła na pojem­nik.

– Zoba­czymy, co znajdą nasi ludzie, a potem niech się nią zajmą medycy.

– Chcesz zacząć prze­słu­cha­nia?

– Zacze­kaj, muszę naj­pierw poroz­ma­wiać z Nad­ine. – Oddała Peabody pustą butelkę i ruszyła w stronę fur­go­netki. Któ­ryś z gapiów coś zawo­łał, ale kiedy zoba­czył wyraz twa­rzy Eve, słowa zamarły mu na ustach.

Nad­ine wyszła z samo­chodu, świeża jak do występu przed kamerą i wście­kła na cały świat.

– Do cho­lery, Dal­las, jak długo zamie­rzasz mnie blo­ko­wać?

– Tak długo, jak będzie trzeba. Muszę zoba­czyć te zdję­cia, a potem będziesz mi potrzebna w Cen­trali. Muszę ci zadać parę pytań.

– Musisz? Myślisz, że obcho­dzi mnie to, co ty musisz?

To był okropny pora­nek. Eve aż dusiła się z upału, śmier­działa, a śnia­da­nie, które zja­dła z takim ape­ty­tem, leżało jej w żołądku jak kamień. Para bijąca z budki, któ­rej wła­ści­ciel dwoił się i troił, by obsłu­żyć nie­zwy­kle licz­nych tego dnia klien­tów, pra­gną­cych z bli­ska przyj­rzeć się czy­jejś śmierci, zatru­wała tłusz­czem i tak już cięż­kie powie­trze.

Patrząc na Nad­ine, świeżą jak wio­senny pora­nek, z kub­kiem kawy z lodem w wypie­lę­gno­wa­nej dłoni. Eve poczuła, że nie ma ochoty ukry­wać swego humoru.

– W porządku. Masz prawo mil­czeć.

– Co jest, do dia­bła?

– Przy­po­mi­nam ci twoje prawa. Jesteś świad­kiem zabój­stwa. – Ski­nęła na poli­cjanta. – Pro­szę odczy­tać pani Furst jej prawa i odwieźć ją do Cen­trali, gdzie zosta­nie pod­dana prze­słu­cha­niu.

– Podła z cie­bie suka!

– Gadaj sobie do woli. – Eve odwró­ciła się na pię­cie i pode­szła do koro­nera.3

Winda otwo­rzyła się na czter­na­stym pię­trze, gdzie cze­kał już domowy android. Jego czarne włosy były zacze­sane do góry, a górną wargę zdo­bił ciemny wąsik. Miał na sobie dziwny strój w rodzaju tych, które Eve widy­wała na sta­rych nagra­niach wideo: czarny, o połach z przodu obcię­tych, a z tyłu wydłu­żo­nych. Znaj­du­jąca się pod nim koszula spra­wiała wra­że­nie sztyw­nej i była wprost nie­wia­ry­god­nie biała.

– Porucz­nik Dal­las i asy­stentka – ode­zwał się dono­śnym gło­sem z wyraź­nym bry­tyj­skim akcen­tem. – Czy mogłyby się panie wyle­gi­ty­mo­wać?

– Oczy­wi­ście. – Gdy Eve wycią­gnęła odznakę, mię­dzy oczami andro­ida prze­sko­czyła cienka czer­wona linia. – Jesteś sze­fem ochrony?

– Peł­nię bar­dzo wiele róż­nych funk­cji, pani porucz­nik. – Nie­znacz­nie się skło­niw­szy, podał jej odznakę. – Pro­szę za mną.

Cof­nął się, umoż­li­wia­jąc im wyj­ście z windy. Przed ich oczami roz­to­czyło się ogromne foyer z mar­mu­rową posadzką i lśnią­cymi antycz­nymi meblami, na któ­rych stały wazony z arty­stycz­nie uło­żo­nymi bukie­tami kwia­tów.

W tym olbrzy­mim pomiesz­cze­niu znaj­do­wał się rów­nież oka­zały posąg nagiej kobiety, z głową odrzu­coną do tyłu i dłońmi wsu­nię­tymi we włosy. U stóp rzeźby leżały kwiaty.

Na ścia­nach wisiały pięk­nie opra­wione obrazy, a także foto­gra­fie i dzieła mul­ti­me­dialne. Eve zauwa­żyła akty utrzy­mane w stylu roman­tycz­nym, z roz­pro­szo­nym świa­tłem i widocz­nymi w tle zasło­nami cien­kimi jak mgiełka.

Android otwo­rzył kolejne drzwi i wpro­wa­dził poli­cjantki do apar­ta­mentu.

Eve pomy­ślała, że nazwa apar­ta­ment jest eufe­mi­zmem na okre­śle­nie ogrom­nego miesz­ka­nia, peł­nego barw, kwia­tów i mięk­kich dra­pe­rii. Tutaj także na ścia­nach znaj­do­wało się wiele dzieł sztuki.

Patrząc na sze­ro­kie drzwi po pra­wej i lewej stro­nie, oraz jesz­cze jedne, pro­wa­dzące na kory­tarz bie­gnący wzdłuż pokoju, docho­dziła do wnio­sku, że Brow­ning i Bri­ght­star nie tylko miesz­kają na czter­na­stym pię­trze, ale wręcz sta­no­wią jego istotę.

– Pro­szę spo­cząć – ode­zwał się android. – Pro­fe­sor Brow­ning zaraz przyj­dzie. Czy mogę zapro­po­no­wać coś do picia?

– Nie, dzię­ku­jemy.

– Rodzinny mają­tek – powie­działa szep­tem Peabody, kiedy zostały same. – Obie nie mogą narze­kać na brak gotówki, ale nadziana jest przede wszyst­kim Bri­ght­star. No, nie tak jak Roarke, ale i ona śpi na pie­nią­dzach. Angela Bri­ght­star pocho­dzi z tych Bri­ght­starów z Bri­ght­star Gal­lery na Madi­son. Szpa­ner­skie miej­sce. Kie­dyś byłam tam z Char­le­sem na wer­ni­sażu.

Eve pode­szła do malo­wi­dła, na które skła­dały się barwne plamy i grudki farby.

– Jak to się dzieje, że ludzie nie malują już domów i tym podob­nych rze­czy? Cho­dzi mi o odwzo­ro­wa­nie rze­czywistości.

– Każdy ina­czej odbiera rze­czy­wi­stość.

Do pokoju wkro­czyła Leeanne Brow­ning. Słowo „weszła” byłoby tu zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu, pomy­ślała Eve. Kobieta, licząca ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, o buj­nych kształ­tach, ubrana w błysz­czącą sre­brzy­stą suk­nię, mogła jedy­nie wkra­czać.

Włosy opa­dały jej sło­neczną kaskadą aż do pasa. Miała przy tym nie­zwy­kle wyra­zi­stą twarz o sze­ro­kich ustach z cof­niętą górną wargą. Długi nos był leciutko zadarty, a sze­roko roz­sta­wione oczy pod­kre­ślał maki­jaż w żywym odcie­niu pur­pury.

Eve natych­miast roz­po­znała modelkę, która pozo­wała do bia­łej rzeźby w foyer.

– Pro­szę mi wyba­czyć mój wygląd. – Gospo­dyni uśmiech­nęła się jak kobieta, która dosko­nale zdaje sobie sprawę, że wywarła ogromne wra­że­nie na zgro­ma­dzo­nych. – Wła­śnie pozo­wa­łam mojej przy­ja­ciółce. Pro­po­nuję, żeby­śmy usia­dły, napiły się cze­goś zim­nego, a potem panie powie­dzą mi, co spro­wa­dza poli­cję w moje progi.

– Czy ma pani stu­dentkę Rachel Howard?

– Mam wielu stu­den­tów. – Usia­dła na sofie w kolo­rze soczy­stej czer­wieni płat­ków maku, z ostroż­no­ścią i pre­cy­zją dorów­nu­jącą aran­ża­cji dzieł sztuki na ścia­nach. – Ale tak – cią­gnęła – znam Rachel. Takich stu­den­tów łatwo się nie zapo­mina. Jest bar­dzo bystra i aż rwie się do nauki. Dosko­nale sobie radzi na moich zaję­ciach, mimo że wybrała je jako dodat­kowe.

Na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech.

– Mam nadzieję, że nie ma żad­nych kło­po­tów. Cho­ciaż oso­bi­ście uwa­żam, że młoda dziew­czyna od czasu do czasu powinna wpa­dać w jakieś tara­paty.

– Nie­stety, ma bar­dzo duży kło­pot, pani pro­fe­sor. Nie żyje.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Leeanne. Wypro­sto­wała się.

– Nie żyje? Co się stało? Prze­cież to bar­dzo młoda osoba. Czyżby miała wypa­dek?

– Nie. Kiedy widziała ją pani po raz ostatni?

– Na zaję­ciach, wczo­raj wie­czo­rem. Boże, nie jestem w sta­nie zebrać myśli. – Przy­ło­żyła palce do skroni. – Rod­ney! Rod­ney, przy­nieś nam coś… coś zim­nego. Jest mi bar­dzo przy­kro to sły­szeć.

Porzu­ciła ton flirtu i pozę zado­wo­lo­nej z sie­bie kobiety. Opu­ściła rękę, a po chwili unio­sła ją w geście bez­rad­no­ści.

– Nie mogę w to uwie­rzyć, naprawdę nie mogę. Są panie pewne, że cho­dzi o Rachel Howard?

– Tak. Co panią z nią łączyło?

– Była stu­dentką. Widy­wa­łam ją raz w tygo­dniu, uczęsz­czała też na warsz­taty, które pro­wa­dzę w dru­gie soboty mie­siąca. Lubi­łam ją. Była, jak już powie­dzia­łam, zdolna i chętna do nauki. Młoda, ładna dziew­czyna, która miała życie przed sobą. W kam­pu­sie widuje się ich całe mro­wie każ­dego roku, ale Rachel wyróż­niała się zdol­no­ściami, była pełna zapału i rado­ści życia. Boże, to straszne. Czy to był napad? Jej chło­pak?

– Miała chło­paka?

– Nie wiem. W ogóle nie­wiele wiem na temat jej pry­wat­nego życia. Przy­po­mi­nam sobie teraz, że kie­dyś po zaję­ciach przy­je­chał po nią jakiś młody męż­czy­zna. Czę­sto była oto­czona przy­ja­ciółmi. Była typem osoby, która przy­ciąga ludzi. Parę razy widzia­łam ją też w kam­pu­sie z innym chło­pa­kiem. Zapa­mię­ta­łam to, gdyż tak pięk­nie razem wyglą­dali. Mogli być żywą ilu­stra­cją hasła „Mło­dzi przy­szło­ścią Ame­ryki”. Dzię­kuję, Rod­ney – zwró­ciła się do andro­ida, który posta­wił na sto­liku tacę z trzema szklan­kami musu­ją­cego różo­wego napoju.

– Czy ma jesz­cze pani dla mnie jakieś pole­ce­nia?

– Tak, powiedz pani Bri­ght­star, że chcia­ła­bym się z nią zoba­czyć.

– Tak jest.

– Czy może wspo­mi­nała kogoś o imie­niu Diego?

– Nie. Naprawdę, nie zwie­rzała mi się ze swo­ich spraw. Była dla mnie tylko stu­dentką, którą dobrze zapa­mię­ta­łam ze względu na jej wygląd i ema­nu­jącą z niej radość życia. Nie mam poję­cia, co robiła poza zaję­ciami.

– Pani pro­fe­sor, czy mogłaby mi pani powie­dzieć, co robiła pani wczo­raj wie­czo­rem po zaję­ciach?

Po chwili waha­nia pro­fe­sor Brow­ning wes­tchnęła z rezy­gna­cją.

– Przy­pusz­czam, że musi pani zadać to pyta­nie. – Unio­sła szklankę. – Po zaję­ciach poszłam pro­sto do domu, tak że przy­szłam tu jakieś dwa­dzie­ścia po dzie­wią­tej. Razem z Angie zja­dły­śmy późną kola­cję, roz­ma­wia­ły­śmy o pracy. Nie mam dzi­siaj zajęć, więc sie­dzia­ły­śmy do pierw­szej w nocy. Słu­cha­ły­śmy muzyki, kocha­ły­śmy się, potem poszły­śmy spać. Dzi­siaj wsta­ły­śmy dopiero około dzie­sią­tej. Żadna z nas jesz­cze nie wycho­dziła z domu. Jest potworny upał, a Angie pra­cuje w swoim stu­diu.

Poru­szyła się i wycią­gnęła rękę, widząc wcho­dzącą do pokoju Angelę Bri­ght­star. Współ­miesz­kanka miała na sobie nie­bie­ski far­tuch do pół łydki, poma­zany far­bami we wszyst­kich moż­li­wych kolo­rach. Burza krę­co­nych wło­sów w kolo­rze wina była zwią­zana na czubku głowy szarfą, któ­rej końce opa­dały na plecy.

Angela Bri­ght­star miała twarz o deli­kat­nych rysach, różowe usteczka lalki i zamglone szare oczy. Drobna figurka wyda­wała się jakby zagu­biona w ogrom­nym, wor­ko­wa­tym far­tu­chu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij