Porzekadła - ebook
„Porzekadła” to zaproszenie do podróż po niezwykłej krainie, gdzie rydze nabierają zmysłowej mocy, cielęta stają się adeptami sztuki miłosnej, a krowy uczą nas, że nie warto ufać pustym deklaracjom. To podróż przez naszą własną, ukrytą naturę, przez pragnienia, które nawet przed samymi sobą maskujemy codziennymi, niewinnymi słowami. Książka została utworzona z pomocą AI Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-641-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Szanowni Państwo, Drodzy Czytelnicy,
Oddaję w Wasze ręce dzieło niezwykłe, być może nawet skandaliczne w swojej śmiałości, a z pewnością przełomowe w sposobie czytania tego, co w naszej kulturze najprostsze, najbardziej oswojone, a przez to — paradoksalnie — najbardziej niedoczytane. „Porzekadła” to książka, która powstała na przecięciu lingwistycznej pasji, literackiej wrażliwości i pewnej, przyznaję, przekory badawczej, która każe stawiać pytania tam, gdzie wszyscy zadowalają się oczywistościami.
Czym jest porzekadło? Dla jednego — przysłowiową mądrością narodu, lakonicznym streszczeniem wielowiekowego doświadczenia, które nasza babcia rzuca mimochodem, by pouczyć, pocieszyć lub skarcić. Dla drugiego — zlepkiem utartych fraz, które używamy bezmyślnie, jak automaty, nie zastanawiając się nad ich głębią. Dla językoznawcy — fascynującym fenomenem językowym, strukturą, która przetrwała stulecia, bo idealnie wpasowuje się w nasze schematy myślowe i rytmy mowy. Dla krytyka literackiego — miniaturowym dziełem sztuki słowa, które w kilku słowach potrafi zawrzeć cały dramat, komedię lub tragedię ludzkiego losu.
Ja jednak, przyzwyczajony do czytania między wierszami, do szukania drugiego, a nawet trzeciego dna w tekstach, które dla innych są przezroczyste, postanowiłem spojrzeć na nasze rodzime porzekadła w sposób, jaki proponował wielki Freud, gdy zaglądał w marzenia senne, i jaki praktykował mistrz Gombrowicz, gdy wyśmiewał nasze narodowe przywary — postanowiłem zdjąć z nich warstwę konwencjonalnej, oczywistej mądrości i zajrzeć w to, co wyparte, co ukryte, co najbardziej pierwotne i — nie bójmy się tego słowa — najbardziej ludzkie: w sferę erotyki i seksualności.
Efekt tych poszukiwań, który właśnie trzymacie Państwo w dłoniach, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się bowiem, że pod powierzchnią niewinnych, zdawałoby się, powiedzonek o rydzach, wozach, cielętach i krowach, kryje się niezwykle bogaty, spójny i zadziwiająco systematyczny obraz ludzkiej seksualności — jej pragnień, lęków, strategii, rozczarowań i triumfów. To, co nasza kultura przez wieki spychała do sfery tabu, do alkowy, do szeptu, znalazło swój wyraz w języku, który stał się dla tych treści perfekcyjnym kamuflażem. Bo któż by podejrzewał, że rozmowa o grzybach jest tak naprawdę rozmową o cielesnych substytutach i pragmatyce seksualnego wyboru? Kto by przypuszczał, że uwaga o koniach i babie na wozie to traktat o męskiej uldze po akcie i ambiwalentnym stosunku do kobiecej obecności? Kto by sądził, że lament nad zbyt wieloma kucharkami to seksuologiczna przestroga przed poligamią i granicami męskiej potencji?
A jednak. Gdy tylko przyjęliśmy odpowiednią perspektywę — perspektywę hermeneutyki podejrzeń, która każe nam wierzyć, że tekst zawsze mówi więcej, niż chce powiedzieć — wszystkie te znaczenia zaczęły się wyłaniać z mroku nieświadomości, domagając się nazwania i analizy. Okazało się, że nasze babki, pradziadki i całe pokolenia przodków, tworząc te lapidarne formuły, kodowały w nich nie tylko praktyczną mądrość życiową, ale także głęboką, często bolesną wiedzę o najbardziej intymnej sferze ludzkiego doświadczenia.
Zapraszam Was zatem w podróż po tej niezwykłej krainie, gdzie rydze nabierają fallicznej mocy, cielęta stają się adeptami sztuki miłosnej, a krowy uczą nas, że nie warto ufać pustym deklaracjom. To podróż przez naszą własną, ukrytą naturę, przez pragnienia, które nawet przed samymi sobą maskujemy codziennymi, niewinnymi słowami.
Każdy rozdział tej książki poświęcony jest jednemu porzekadłu. Każda analiza to próba odsłonięcia jego erotycznej podszewki, ale też — co ważniejsze — próba zrozumienia, dlaczego akurat ta metafora, akurat ten obraz, został wybrany przez naszych przodków do wyrażenia tych intymnych treści. Bo nie ma w języku przypadków — każda metafora, każdy obraz, niesie ze sobą określone konotacje, określoną energię, określoną prawdę o nas samych.
Mam świadomość, że niektóre z przedstawionych tu interpretacji mogą wydać się zbyt śmiałe, może nawet kontrowersyjne. Być może niektórzy z Państwa uznają je za przejaw nadinterpretacji, za przykład tego, jak można we wszystkim doszukać się seksu. Odpowiem na to słowami poety: „Nie ma rzeczy niema — wszystko mówi”. A jeśli wsłuchamy się uważnie w mowę naszych przodków, w ich przysłowia i porzekadła, usłyszymy tam nie tylko mądrość ekonomiczną czy socjologiczną, ale przede wszystkim — echo ich najgłębszych, najprawdziwszych, najbardziej ludzkich doświadczeń. A te, jak wiemy, rzadko bywają bezcielesne.
Oddaję więc Państwu tę książkę nie jako ostateczną prawdę o naszych porzekadłach, ale jako propozycję odczytania, jako zaproszenie do refleksji nad tym, co w naszej kulturze najbardziej oswojone, a przez to — najbardziej tajemnicze. Jeśli choć jedno z przedstawionych tu odczytań skłoni Państwa do własnych przemyśleń, do spojrzenia na nasz język ojczysty z nowej, nieoczywistej perspektywy — cel tej książki zostanie osiągnięty.
Zapraszam do lektury — z odwagą, z otwartym umysłem i z gotowością na to, że nasze rodzime przysłowia już nigdy nie będą dla Państwa takie same. Bo gdy raz odkryje się, co naprawdę może oznaczać „Lepszy rydz, niż nic” albo „Baba z wozu, koniom lżej”, trudno wrócić do niewinnej, dosłownej lektury. I o to właśnie chodzi — by widzieć więcej, by rozumieć głębiej, by być bliżej prawdy o nas samych.
Warszawa, 2026Lepszy rydz, niż nic
Przed przystąpieniem do właściwych dociekań, pragnę zaznaczyć, że moje rozważania opierać się będą na solidnych podstawach metodologicznych analizy i interpretacji dzieła literackiego, które wszakże z powodzeniem aplikować możemy do wszelkich wytworów mowy, w tym również utrwalonych w języku związków frazeologicznych. Jak słusznie zauważają badacze przedmiotu, analiza i interpretacja stanowią nierozerwalny zespół zabiegów badawczych, prowadzących do pełnego poznania artystycznego (a w tym przypadku — językowego) komunikatu.
Główny temat — dominanta kompozycyjna
Rozpocznijmy od określenia głównego tematu, czyli dominanty kompozycyjnej naszego „utworu”. Na pierwszy rzut oka, w warstwie denotatywnej, powiedzenie „Lepszy rydz, niż nic” traktuje o pragmatycznej życiowej mądrości, gloryfikującej zasadę kompromisu i zadowalania się substytutem w obliczu braku pożądanego oryginału. Mówi o hierarchii dóbr i akceptacji gorszej, ale dostępnej opcji. Rydz, grzyb jadalny, choć pospolity i mało okazały, stanowi w tym zestawieniu konkretne, materialne dobro, podczas gdy „nic” jest jego całkowitym brakiem, pustką, abstrakcyjnym niebytem.
Jednakże, gdy przyłożymy do tego tekstu soczewkę hermeneutyki podejrzeń, nastawioną na dekodowanie erotycznych podtekstów, dominanta kompozycyjna ulega radykalnemu przesunięciu. Głównym tematem przestaje być waloryzacja dóbr materialnych, a staje się nim — nomen omen — AKSJOLOGIA SEKSUALNA I STRATEGIA EROTYCZNEGO SUBSTYTUTU. W tym nowym odczytaniu, przysłowie to stanowi kodyfikację postawy kompromisowej w sferze seksualnej, gdzie ideał, być może niedościgniony lub chwilowo nieosiągalny („nic”), zostaje zastąpiony przez dostępny, choć mniej atrakcyjny substytut („rydz”). Jest to więc swoista pochwała pragmatyzmu erotycznego, głosząca, że lepsza jest jakakolwiek, nawet nie w pełni satysfakcjonująca aktywność seksualna lub obiekt seksualny, niż całkowita abstynencja i pustka („nic”). Stajemy zatem przed tekstem kultury, który w zaskakujący sposób łączy sferę ludyczną (zbieractwo, konsumpcja) z najgłębszymi, najbardziej archaicznymi popędami człowieka.
Co mówi podmiot? — Określenie podmiotu lirycznego i sytuacji lirycznej
Zgodnie z kanonami analizy, musimy zadać fundamentalne pytanie: kto mówi w tym wierszu? Kto jest podmiotem lirycznym (czy raczej — podmiotem paremicznym)? Nie mamy tu do czynienia z podmiotem jednostkowym, lecz z PODMIOTEM ZBIOROWYM, DOŚWIADCZONYM PRZEZ ŻYCIE. To głos ludowej mądrości, głos anonimowego „my” — wspólnoty, która przez pokolenia kodyfikowała swoje doświadczenia w lapidarnych formułach. Jest to więc LIRYKA (A ŚCIŚLEJ: SYTUACJA LIRYCZNA) O CHARAKTERZE PARENETYCZNYM I UNIWERSALNYM. Podmiot ten nie jest poetą w sensie indywidualnym, lecz medium transmitującym odwieczne prawdy.
Sytuacja liryczna, którą możemy zrekonstruować, to moment refleksji, kalkulacji, a może nawet i pocieszenia. Wyobraźmy sobie sytuację, w której jednostka (odbiorca tej maksymy) staje przed dylematem: czy trwać w wyczekiwaniu na coś (lub kogoś) doskonałego, czy też zadowolić się tym, co jest aktualnie pod ręką. Podmiot zbiorowy, głos tradycji, interweniuje w tej chwili zawahania, dostarczając argumentu rozstrzygającego. Mówi: „Lepszy rydz, niż nic”. W kontekście erotycznym, sytuacja ta nabiera wyjątkowej intensywności. Możemy ją osadzić w scenerii wieczornego, samotnego powrotu do domu po nieudanym polowaniu na bardziej atrakcyjne „okazy”, w scenerii karczmy, gdzie wzrok pada na mniej urodziwą, ale chętną partnerkę, czy też w zaciszu alkowy, gdzie podszepty rozsądku walczą z wybujałym libido. To moment, w którym natura upomina się o swoje prawa, a kultura (w postaci przesądów, wstydu, wybredności) zostaje skonfrontowana z biologicznym imperatywem.
Nastrój — i środki jego osiągnięcia
Nastrój tego dwuwersowego „dzieła” jest złożony i wielowarstwowy. Z jednej strony panuje w nim CHŁODNY, PRAGMATYCZNY RACJONALIZM, graniczący z filisterską zasadą „mierz siły na zamiary”. Z drugiej strony, po odsłonięciu erotycznej podszewki, wyłania się nastrój GORZKIEJ IRONII, A NAWET PEWNEGO FATALIZMU. Jest to melancholijna akceptacja niedoskonałości świata i własnej niedoskonałości, która zmusza nas do schodzenia na kompromisy w najintymniejszej sferze życia.
Jakie środki stylistyczne budują ten nastrój? Przede wszystkim:
— ANTYTEZA — jest tu konstrukcją fundamentalną. Zestawienie „rydz” i „nic” tworzy wyrazistą, binarną opozycję. W erotycznym odczytaniu, opozycja ta nabiera charakteru SYMBOLICZNEGO KONTRASTU MIĘDZY CZYMŚ MATERIALNYM, DOTYKALNYM, CHOĆBY I POŚLEDNIM, A ABSOLUTNĄ PUSTKĄ I BRAKIEM SPEŁNIENIA.
— PARALELIZM SKŁADNIOWY — konstrukcja „Lepszy X, niż Y” jest typowym dla przysłów schematem porównawczo-wartościującym, który nadaje wypowiedzi cechy sentencji, niepodważalnego aksjomatu.
— EPITET — słowo „rydz” samo w sobie, w tym kontekście, staje się EPITETEM PRZENOŚNYM (metaforycznym) dla całej kategorii „zastępczych obiektów pożądania”. Nie jest już tylko grzybem, ale symbolem.
— ELIPSA, NIEDOPOWIEDZENIE — siła tego przysłowia tkwi w tym, czego NIE mówi. Nie precyzuje, jaki to „rydz”, jakie to „nic”. Ta szczelinowość znaczeniowa jest właśnie przestrzenią, w którą może wniknąć interpretacja erotyczna. Czytelnik/słuchacz sam musi wypełnić te pojęcia treścią. To, w myśl wskazówek metodycznych, ZMILCZENIE — celowe przemilczenie, które uruchamia wyobraźnię.
— RYTM I RYM — nawet tak prosty twór ma swoją melodykę. Rytm dwuudarzeniowy, wyrazisty rym (rydz — nic) nadają mu cech łatwych do zapamiętania, wręcz mantrycznych, co sprzyja internalizacji głoszonej prawdy. Rym jest żeński, co może dodawać pewnej miękkości, ale i finalności, stanowczości osądu.
Strofa po strofie — wyłuskiwanie znaczeń
Potraktujmy nasze przysłowie jako miniaturowy utwór, który możemy podzielić na dwie części (dwa wersy):
— CZĘŚĆ I: „LEPSZY RYDZ…” Analitycznie rzecz ujmując, jest to część propozycyjna, wprowadzająca pewną wartość. Słowo „lepszy” uruchamia mechanizm wartościowania, hierarchizacji. „Rydz” — w warstwie dosłownej — to grzyb. Jednak jego cechy morfologiczne i kulturowe są tu kluczowe. Rydz jest grzybem pospolitym, łatwym do znalezienia (rośnie gromadnie, często na obrzeżach lasów, przy drogach), nie wymagającym wielkiego trudu w zdobyciu. Jest też grzybem o specyficznym, wyrazistym zapachu i pomarańczowym, nieco „mięsistym” kapeluszu, z którego po uszkodzeniu wydobywa się mleczko. To właśnie te cechy stają się pożywką dla interpretacji erotycznej.
— W tym kluczu „rydz” symbolizuje PARTNERA SEKSUALNEGO ŁATWO DOSTĘPNEGO, POSPOLITEGO, MOŻE NAWET O NIECO RUBENSOWSKIEJ, „MIĘSISTEJ” URODZIE. Jego „zapachem” jest woń cielesności, a „mleczko” — oczywista aluzja do męskiego lub żeńskiego płynu sekrecyjnego. Sam fakt, że jest to grzyb, a nie np. owoc, może sugerować pewną pierwotność, gruntowność, związek z ziemią i tym, co przyziemne, w odróżnieniu od eterycznych ideałów.
— CZĘŚĆ II: „… NIŻ NIC.” Ta część stanowi kontrapunkt. „Nic” jest tu pojęciem wieloznacznym. To nie tylko brak grzyba, ale w szerszym sensie — PUSTKA, NICOŚĆ, BRAK SPEŁNIENIA, SEKSUALNA ABNEGACJA I WYZBYCIE SIĘ PRZYJEMNOŚCI. W kontekście psychoanalitycznym „nic” możemy utożsamić ze stanem niezaspokojenia popędu (libido), z tęsknotą, frustracją, która może prowadzić do nerwicy. To „nic” jest więc w istocie BARDZO BOLESNYM, ODCZUWANYM FIZYCZNIE I PSYCHICZNIE BRAKIEM. Dlatego przeciwstawienie mu „rydza”, nawet jeśli jest to substytut daleki od ideału, staje się aktem racjonalnego wyboru mniejszego zła (lub, w tym wypadku, wyboru dobra w obliczu absolutnego zła, jakim jest pustka).
— Fonetycznie słowo „nic” jest krótkie, urywane, wręcz „puste” w swoim brzmieniu. Kontrastuje z dźwięcznym, bardziej „soczystym” słowem „rydz”. Ta gra dźwięków potęguje opozycję treści.
Zestawiając obie części, otrzymujemy następującą strukturę logiczną: DOSTĘPNA CIELESNOŚĆ (Z CAŁYM BAGAŻEM JEJ NIEDOSKONAŁOŚCI) ZOSTAJE SKONTRASTOWANA Z CAŁKOWITYM BRAKIEM CIELESNOŚCI I UZNANA ZA WARTOŚĆ WYŻSZĄ. To kwintesencja seksualnego pragmatyzmu.
Widzisz kontekst, nawiązania do innego tekstu kultury — w jaki sposób został zorganizowany
To najbardziej fascynująca część naszej analizy. „Lepszy rydz, niż nic” nie istnieje w kulturowej próżni. Jego organizacja znaczeniowa opiera się na głębokim, intertekstualnym dialogu z innymi tekstami kultury, które poruszają temat substytutu, pożądania i kompromisu.
Przede wszystkim, nasze przysłowie jest LUDOWĄ, SWOJSKĄ WERSJĄ ZNANEGO TOPOSU „HORATIAŃSKIEGO ZŁOTEGO ŚRODKA” (AUREA MEDIOCRITAS). Horacy głosił pochwałę umiaru i zadowalania się tym, co przeciętne, jako drogi do szczęścia. Nasz „rydz” jest właśnie tym „złotym środkiem” w seksualnym wymiarze — lepszym niż wyuzdana rozpusta (symbolizowana może przez „borowika”? ) i lepszym niż ascetyczna wstrzemięźliwość („nic”). Jest to więc aplikacja antycznej filozofii do realiów chłopskiej seksualności.
Dalej, dostrzegamy tu wyraźną polemikę z MITEM PIĘKNEJ HELENY I WOJNĄ TROJAŃSKĄ. Tamtym razem, to nie o jedną kobietę toczy się wojna. Gdyby Parys kierował się zasadą „lepszy rydz, niż nic”, nie porwałby Heleny (ideału), zadowalając się jakąś lokalną nimfą, i oszczędziłby światu dziesięciu lat konfliktu. Nasze przysłowie jest więc ANTYHEROICZNE, DEMITOLOGIZUJĄCE, stawia na pragmatykę kosztem wielkich, ale niebezpiecznych namiętności.
Możemy również dostrzec zaskakującą paralelę do BIBLIJNEJ POSTACI EZAWA, KTÓRY SPRZEDAŁ SWOJE PIERWORÓDZTWO (PRZYWILEJ, PRZYSZŁOŚĆ, BOSKIE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO) ZA MISKĘ SOCZEWICY. W naszym odczytaniu, „miska soczewicy” to właśnie „rydz” — doraźna, materialna, cielesna przyjemność. Ezaw wybrał „rydza” (zaspokojenie głodu) zamiast „nic” (głodu) i zamiast abstrakcyjnej, przyszłej wartości (pierworództwa). Przysłowie niejako usprawiedliwia wybór Ezawa, twierdząc, że w obliczu realnego głodu (seksualnego), lepszy jest substytut niż cnotliwe wyczekiwanie.
Wreszcie, nie sposób pominąć kontekstu POLSKIEJ KULTURY SZLACHECKIEJ I JEJ SARMACKIEGO OBLICZA. Rydz to grzyb nie tylko pospolity, ale i typowo polski, kojarzony z kuchnią narodową, bigosami i pieczonkami. W tym kontekście, „rydz” staje się symbolem SWOJSKOŚCI, BEZPIECZEŃSTWA, OSWOJONEJ CIELESNOŚCI, w przeciwieństwie do obcych, nieznanych, a przez to potencjalnie groźnych „egzotycznych” ideałów erotycznych. Jest to wybór tego, co znane i bliskie, nad niepewną przygodą.
Jak został zorganizowany ten kontekst? Jest on zorganizowany na zasadzie PARODII I DEMITOLOGIZACJI. Przysłowie to przejmuje patos i wagę wielkich tematów kultury (jak wybór moralny, natura pożądania, dylemat między ideałem a rzeczywistością) i aplikuje je do prostej, przyziemnej, wręcz trywialnej sytuacji wyboru grzyba. Ta operacja ma na celu OSWOJENIE WIELKICH EGZYSTENCJALNYCH PROBLEMÓW i pokazanie, że w gruncie rzeczy sprowadzają się one do podstawowych, biologicznych wyborów. Jest to STRATEGIA KOMICZNO-TERAPEUTYCZNA: śmiejemy się z samego siebie, że nasze wielkie namiętności i dramaty można sprowadzić do wyboru między pospolitym grzybkiem a pustym żołądkiem (lub — w naszej interpretacji — między przypadkowym partnerem a samotnością).
Podsumowując, głęboka analiza paremicznego tekstu „Lepszy rydz, niż nic” z nastawieniem na wydobycie podtekstu erotycznego ujawnia jego niezwykłą złożoność. Z pozoru banalne powiedzenie okazuje się być GĘSTYM OD ZNACZEŃ TRAKTATEM O SEKSUALNEJ EKONOMII, KOMPROMISIE I NATURZE LUDZKIEGO POŻĄDANIA. Jest to głos ludowego pragmatyzmu, który w formie lapidarnej sentencji, za pomocą antytezy, paralelizmu i celnego doboru leksyki, formułuje uniwersalną prawdę o wyższości jakiegokolwiek spełnienia nad całkowitym jego brakiem. Jego moc tkwi w intertekstualnym dialogu z wielkimi narracjami kultury, które zostają zdemitologizowane i sprowadzone do wymiaru powszedniego, „grzybowego” wyboru. To właśnie ta zdolność do łączenia tego, co najwyższe (dylematy egzystencjalne), z tym, co najniższe (sfera biologiczna, konsumpcja), stanowi o sile i nieprzemijającej aktualności tego językowego fenomenu, który z powodzeniem możemy uznać za MINIATUROWE ARCYDZIEŁO POLSKIEJ EROTYKI LUDOWEJ.Baba z wozu, koniom lżej
Z najwyższą przyjemnością podejmuję rzuconą mi naukową rękawicę i, idąc za ciosem, poddaję równie wnikliwej, co bezkompromisowej analizie kolejny perełkę polskiej paremiologii ludowej — porzekadło „Baba z wozu, koniom lżej”. Jeśli poprzednia analiza odsłoniła przed nami pragmatykę erotycznego substytutu, tak niniejsza stanowić będzie studium z EROTYCZNEJ EKONOMII CIĘŻARU, BALASTU I WYZWOLENIA. Przenosimy się zatem z jesiennego, grzybowego poszycia wprost na rozstajne drogi, na szeroki, wiejski gościniec, gdzie kurz unosi się spod kół, a pary zmieniają się jak w kalejdoskopie. Uprzedzam Szanownych Państwa, że w tej interpretacji pierwiastek erotyzmu ludowego zostanie nie tylko wzmożony, ale wręcz doprowadzony do stanu wrzenia, a może nawet lekkiego przegrzania.
Główny temat — dominanta kompozycyjna. Od balastu do błogosławieństwa.
Na poziomie semantyki potocznej, powiedzenie „Baba z wozu, koniom lżej” traktuje o prozaicznej mechanice transportu. Usunięcie zbędnego obciążenia (osoby, baby) z pojazdu (wozu) zmniejsza wysiłek zwierząt pociągowych (koni), ułatwiając im pracę. Jest to więc maksyma o charakterze logistyczno-utylitarnym, gloryfikująca sprawność i efektywność. „Baba” jest tu postrzegana jako BALAST, element spowalniający, zbędny ciężar, który należy usunąć dla dobra wspólnego przedsięwzięcia, jakim jest podróż.
Jednakże, po przyłożeniu do tego tekstu naszej specjalistycznej soczewki, ukierunkowanej na wydobycie ludowego erotyzmu, dominanta kompozycyjna ulega radykalnej transformacji. Głównym tematem przestaje być logistyka podróży, a staje się nim EROTYCZNE WYZWOLENIE I ULGA PO ZAKOŃCZENIU INTYMNEGO, ACZ WYCZERPUJĄCEGO OBCOWANIA. Przenosimy się z płaszczyzny wozu jako pojazdu na płaszczyznę wozu jako METAFORY CIELESNEGO ZWIĄZKU, INTYMNEJ RELACJI, A NAWET AKTU SEKSUALNEGO. W tym nowym, śmiałym odczytaniu, porzekadło to stanowi kodyfikację męskiego (i końskiego, co niebawem wyjaśnię) doświadczenia ulgi po seksualnym spełnieniu, a także po prostu po zakończeniu związku z kobietą postrzeganą jako brzemię.
Kluczową operacją jest tu przewartościowanie pojęcia „ciężaru”. W warstwie dosłownej „ciężar” to masa, kilogramy. W warstwie erotycznej „ciężar” staje się synonimem SEKSUALNEJ FATYGI, WYCZERPANIA, ALE TEŻ ODPOWIEDZIALNOŚCI, OCZEKIWAŃ, KAPRYSÓW, A NAWET DOMINACJI, JAKIE KOBIETA MOŻE WNOSIĆ W ZWIĄZEK. „Baba z wozu” to nie tylko fizyczne zejście partnerki z pojazdu, to przede wszystkim SYMBOLICZNE ZAKOŃCZENIE AKTU, UWOLNIENIE SIĘ OD JEJ FIZYCZNEJ I PSYCHICZNEJ PRESJI, ODPAROWANIE POŻĄDANIA. To moment, w którym mężczyzna (utożsamiony z woźnicą, ale i, jak zobaczymy, z końmi) odzyskuje swobodę, lekkość i niezależność. Jest to więc pochwała męskiej autonomii po spełnionym (l/iub zakończonym) seksualnie związku.
Co mówi podmiot? — Określenie podmiotu lirycznego i sytuacji lirycznej.
Kto jest narratorem tego ludowego dramatu? Z całą pewnością nie jest to głos samej „baby”. To głos z zewnątrz, głos obserwatora, ale nacechowany wyraźną sympatią do punktu widzenia koni (i woźnicy). Jest to więc PODMIOT ZBIOROWY, ANDROCENTRYCZNY, WIEJSKI I DOŚWIADCZONY W SPRAWACH MIĘDZYLUDZKICH I MIĘDZYZWIERZĘCYCH. To głos męskiej wspólnoty, która z perspektywy chłopskiego realizmu ocenia dynamikę płci. Jest to LIRYKA (SYTUACJA) O CHARAKTERZE DYDAKTYCZNYM I WYRAŹNIE PATRIARCHALNYM.
Sytuacja liryczna, jaką możemy zrekonstruować, jest niezwykle plastyczna. Wyobraźmy sobie wiejską drogę, wóz drabiniasty skrzypiący pod ciężarem, zmęczone konie. Na wozie, u boku woźnicy, siedzi kobieta. Ich podróż dobiegła końca, może dotarli na odludzie, na miedzę, do stogu siana? Sytuacja erotyczna właśnie się rozegrała — w wozie, pod parcianą budą, w zapachu siana i końskiego potu. Akt został dokonany, namiętność opadła. Teraz kobieta, spełniona, zmęczona, a może już znudzona, opuszcza wóz. I wtedy pada ten komentarz, ten westchnienie ulgi: „Baba z wozu, koniom lżej”. Wypowiada go woźnica sam do siebie, albo inny chłop, który to widzi, albo sam narrator ludowy, który w tej scenie dostrzega odwieczną prawidłowość. Sytuacja liryczna to CHWILA POST COITUM, MOMENT KATHARSIS, FIZYCZNEGO I DUCHOWEGO ODPRĘŻENIA PO WYSIŁKU MIŁOSNYM.
Nastrój — i środki jego osiągnięcia.
Nastrój tego krótkiego, trzywyrazowego arcydzieła jest wielowymiarowy. Dominuje w nim przede wszystkim UCZUCIE GŁĘBOKIEJ, ZMYSŁOWEJ ULGI. Jest to oddech, westchnienie, moment, w którym spada napięcie. Towarzyszy temu nastrój CHŁODNEGO, CHŁOPSKIEGO REALIZMU — po prostu tak jest, taka jest natura rzeczy, nie ma co gdybać. Jest też nuta IRONICZNEGO DYSTANSU WOBEC KOBIETY — jej rola sprowadza się do bycia „ciężarem”, który trzeba było dźwigać, by potem móc odetchnąć z ulgą, gdy z niego zrezygnowała (lub gdy on z niego zrezygnował).
Jakie środki stylistyczne budują ten niezwykły nastrój?
— ANTYTEZA — znów, jak u rydza, jest fundamentalna. Tym razem opozycja przebiega między „babą” (ciężarem, problemem, fatygą) a stanem „lżej” (lekkością, wyzwoleniem). Jest to opozycja między EROTYCZNYM OBCIĄŻENIEM A EROTYCZNĄ SWOBODĄ.
— SYMBOLIKA I PERSONIFIKACJA — to kluczowy zabieg. Konie nie są tu tylko zwierzętami. W ludowej wyobraźni, w kontekście seksualnym, koń jest symbolem MĘSKIEJ SIŁY WITALNEJ, LIBIDO, PĘDU ŻYCIOWEGO. W tym odczytaniu to nie tylko woźnica, ale przede wszystkim KONIE ODCZUWAJĄ ULGĘ. To one dźwigają ciężar. A „ciężar baby” w przenośni seksualnej to ciężar aktu, ciężar pożądania, ciężar kobiecej seksualności, która na męskim libido (koniu) ciąży i je wyczerpuje. Gdy baba schodzi, koń (męska siła) może swobodnie pohasać, odpocząć, nabrać tchu.
— METAFORA — „Baba z wozu” to metafora zakończenia intymnej relacji, wysiadki z pociągu namiętności. „Koniom lżej” to metafora regeneracji męskiej potencji, odzyskania witalności.
— HIPOTEZA I ELIPSA — nie wiemy, co się działo na wozie. Domysł jest tu kluczowy. To niedopowiedzenie, ta szczelina między słowami, jest właśnie przestrzenią dla ludowego erotyzmu. Słuchacz sam musi sobie dopowiedzieć, co takiego sprawiło, że babie ulżyło (a właściwie to koniom) i że w ogóle znalazła się na tym wozie.
— PROSTOTA SKŁADNI I RYTM — zdanie jest krótkie, rytmiczne, łatwo wpadające w ucho. To zdanie, które można wykrzyknąć, westchnąć, mruknąć pod nosem. Jego rytm, akcenty padające na pierwszą i trzecią sylabę (BA-ba z WO-zu, KO-niom LŻEJ), nadają mu cech pewnego rodzaju skandowania, niemalże zawołania, co potęguje jego siłę sugestii.
Strofa po strofie — wyłuskiwanie znaczeń (wers po wersie, choć to nie strofy).
Potraktujmy to porzekadło jako trzyskładnikową strukturę znaczeniową:
— CZĘŚĆ I: „BABA Z WOZU…” Rozpoczynamy od podmiotu — „Baba”. Słowo to, nacechowane w polszczyźnie potocznością, a często i lekceważeniem, już na wstępie określa stosunek mówiącego. To nie „kobieta”, „pani”, „żona”, ale „baba” — istota z krwi i kości, ciężka, przyziemna, wymagająca. „Z wozu” — wskazuje na przemieszczenie, na oddzielenie. Wóz, w naszej interpretacji, to PRZESTRZEŃ INTYMNA, ŁOŻE, ARENA MIŁOSNYCH ZMAGAŃ. Może to być wóz dosłowny, ale też metafora związku. „Baba z wozu” to więc moment, w którym partnerka opuszcza tę przestrzeń, schodzi z areny, kończy swój udział w spektaklu. Można to odczytać dwojako: albo sama schodzi po spełnieniu, albo zostaje z niej zepchnięta (w sensie metaforycznym) przez wyczerpanie partnera. To pierwsze jest jednak bardziej zgodne z duchem ulgi — skończyła, poszła, odczepiła się.
— CZĘŚĆ II: „… KONIOM …” To najciekawszy element. Dlaczego nie „woźnicy”? Czemu akurat koniom? To celowy zabieg. Konie są tym, co ciągnie, co dźwiga, co się poci. KONIE TO UCIELEŚNIENIE MĘSKIEGO TRUDU, TAKŻE TEGO SEKSUALNEGO. To one są motorem napędowym, to na ich grzbietach i w ich zaprzęgu spoczywa cały wysiłek podróży (i aktu). Mężczyzna (woźnica) jest tu tylko przewodnikiem, ale to konie (jego siła witalna) czują ulgę najbardziej. To wyrafinowane spojrzenie na męską seksualność — akt jest wysiłkiem dla całego organizmu, dla sił witalnych, dla libido (które koń symbolizuje). Woźnica może i jest zmęczony, ale to w koniach (jego popędzie) odzywa się westchnienie: nareszcie!
— CZĘŚĆ III: „… LŻEJ.” To puenta, pointa, sedno. To słowo jest jak łyk chłodnej wody w upalny dzień. „Lżej” to synonim odprężenia, spadku ciśnienia, ulgi fizycznej i psychicznej. W kontekście seksualnym, „lżej” to MOMENT PO SPEŁNIENIU, GDY NAPIĘCIE OPADA, A CIAŁO WRACA DO RÓWNOWAGI. To oddech, cisza po burzy. To również uwolnienie od ciężaru odpowiedzialności za partnerkę, od jej oczekiwań, od konieczności ciągłego dowodzenia swej męskości. Z nią na wozie trzeba było ciągnąć, starać się, pokazywać klasę. Bez niej — można po prostu być, odpocząć, poluzować lejce.
Zestawiając te trzy części, otrzymujemy pełny obraz: PO AKCIE MIŁOSNYM, GDY PARTNERKA OPUSZCZA INTYMNĄ PRZESTRZEŃ („Z WOZU”), MĘSKIE LIBIDO (KONIE) I CAŁY MĘSKI ORGANIZM DOZNAJE GŁĘBOKIEJ ULGI, REGENERUJĄC SIŁY NA PRZYSZŁE WYZWANIA. To kwintesencja męskiego, ludowego spojrzenia na seks — jako na potrzebny, ale wyczerpujący wysiłek, po którym błogosławieństwem jest chwila samotności i wytchnienia.
Widzisz kontekst, nawiązania do innego tekstu kultury — w jaki sposób został zorganizowany.
To porzekadło, podobnie jak poprzednie, jest węzłem gordyjskim, w którym splata się wiele kulturowych nici. Jego organizacja znaczeniowa opiera się na głębokim dialogu z archetypami i toposami kultury.
Przede wszystkim, jest to LUDOWA, POLSKA WARIACJA NA TEMAT MITU O HERAKLESIE I OMFALE. Herakles, największy heros, został sprzedany w niewolę królowej Lidii, Omfale. Ta, dla żartu i upokorzenia, ubierała go w kobiece szaty i kazała mu prząść, sama zaś nosiła jego lwią skórę i maczugę. To opowieść o odwróceniu ról, o kobiecie, która ujarzmia męską siłę. W naszym porzekadle, „baba na wozie” to właśnie taka Omfale, która przez swą obecność, swoje kaprysy i swoją seksualność, ujarzmia męską siłę (konie). A „baba z wozu” to moment wyzwolenia spod tej dominacji, odzyskania męskiej autonomii. Herakles zdejmuje kobiece szaty i znów może być sobą. Konie, pozbawione ciężaru baby, mogą swobodnie biec.
Dalej, dostrzegamy tu wyraźny związek z ŚREDNIOWIECZNYM MOTYWEM „TAŃCA ŚMIERCI” (DANSE MACABRE), ale w wersji skrajnie zmysłowej, przaśnej i wesołej. Wóz i konie to symbol życia, podróży ku nieuchronnemu końcowi. Baba na wozie to symbol cielesności, pokusy, grzechu, który ciąży i spowalnia tę podróż. Gdy baba schodzi, to jakby śmierć (lub rozsądek) zabierała grzech, a dusza (konie) mogła lżej podążać dalej. To komiczna, ludowa eschatologia.
Nie sposób pominąć kontekstu SARMACKIEJ OPOWIEŚCI O „ZAŁOGANCIE” I WYGODACH ŻYCIA. Sarmata lubił sobie pofolgować, ale też cenił swobodę i niezależność. Baba na wozie to dla niego wygoda, ale i zobowiązanie, krępujące swobodę ruchów. Gdy baba schodzi, sarmacki woźnica może na przykład skręcić do karczmy, o czym wcześniej nie mógł marzyć. To wybór swobody nad wygodą.
Wreszcie, jest to PARODIA I ODWRÓCENIE ROMANTYCZNEGO TOPOSU „NIESIENIA KRZYŻA”. Dla romantyków, cierpienie i dźwiganie brzemienia (np. win przodków, tęsknoty za ojczyzną) było powinnością i źródłem wielkości. Tutaj brzemię (baba) jest przyziemne, cielesne, a pozbycie się go jest źródłem ulgi, a nie wstydu. To demitologizacja wielkich uczuć i powinności na rzecz prostego, chłopskiego komfortu.
Podsumowując, głęboka analiza porzekadła „Baba z wozu, koniom lżej” z nastawieniem na wydobycie podtekstu erotycznego ujawnia jego niezwykłą głębię i siłę sugestii. Z pozoru banalne powiedzenie o logistyce transportu okazuje się być GĘSTYM OD ZNACZEŃ TRAKTATEM O MĘSKIEJ SEKSUALNOŚCI, JEJ CYKLICZNOŚCI (WYSIŁEK — ULGA) I O AMBIWALENTNYM STOSUNKU DO KOBIECOŚCI, KTÓRA JEST I ŹRÓDŁEM ROZKOSZY, I BALASTEM. Jest to głos ludowego, androcentrycznego pragmatyzmu, który za pomocą antytezy, mistrzowskiej personifikacji (konie = libido) i celnego doboru leksyki, formułuje uniwersalną prawdę o tym, że po każdej, nawet najbardziej udanej erotycznej podróży, przychodzi błogosławiony moment odpoczynku i wyzwolenia od ciężaru drugiego ciała. Jego organizacja znaczeniowa, zakorzeniona w mitach i toposach kultury, które zostają sprowadzone do wymiaru wiejskiej, konkretnej sytuacji, czyni z niego PRAWDZIWE ARCYDZIEŁO LUDOWEJ, MĘSKIEJ EROTYKI I FILOZOFII ŻYCIOWEJ. To swoiste _vade mecum_ dla każdego zmęczonego miłosnym wysiłkiem, które szepcze mu do ucha: nie martw się, gdy baba zejdzie z wozu — to nie koniec świata, to dopiero prawdziwy odpoczynek.Co ma wisieć, nie utonie
Z prawdziwą satysfakcją, graniczącą z naukowym uniesieniem, podejmuję kolejne wyzwanie rzucone mojej interpretacyjnej inwencji. Tym razem na warsztat badawczy biorę porzekadło „Co ma wisieć, nie utonie”. Pozornie jest to sentencja o charakterze fatalistycznym, mówiąca o nieuchronności przeznaczenia. Jednakże, uzbrojeni w precyzyjne narzędzia analizy erotycznej, udowodnimy, że jest to tekst o niezwykle śmiałej, choć głęboko ukrytej, wymowie seksualnej. Jeśli w poprzednich analizach badaliśmy pragmatykę substytutu i ekonomię cielesnego ciężaru, to niniejsza poświęcona zostanie EROTYCZNEJ TELEOLOGII, NIEUCHRONNOŚCI SPEŁNIENIA ORAZ SYMBOLICE FALLICZNEJ W LUDOWYM ŚWIECIE PRZEDSTAWIONYM. Zapraszam Szanownych Państwa na intelektualną wiwisekcję, w której wiszenie okaże się stanem pożądanym, a tonięcie — dowodem słabości.
Główny temat — dominanta kompozycyjna. Od nieuchronności losu do fallicznej apoteozy.
W warstwie dosłownej, na poziomie elementarnej semantyki, powiedzenie „Co ma wisieć, nie utonie” odnosi się do praw logiki i przeznaczenia. Przedmiot (lub osoba) skazany na śmierć przez powieszenie nie zginie w odmętach wód, ponieważ jego los jest już przesądzony w inny sposób. Jest to więc maksyma o charakterze fatalistyczno-ironicznym, konstatująca bezsilność wobec wyroków losu. Mówi o tym, że każdy ma swój nieunikniony koniec i nie warto uciekać przed przeznaczeniem.
Jednakże, po przyłożeniu do tego tekstu naszego specjalistycznego klucza hermeneutycznego, ukierunkowanego na wydobycie erotycznych podtekstów, dominanta kompozycyjna ulega spektakularnej transformacji. Głównym tematem przestaje być refleksja nad przeznaczeniem, a staje się nim FALLICZNA WIZJA MĘSKOŚCI, NIEUCHRONNOŚĆ WZWODU I EJAKULACJI ORAZ SYMBOLICZNA WALKA MIĘDZY STANEM WZWODU (WISZENIEM) A STANEM ZNIEDOŁĘŻNIENIA (TONIĘCIEM). W tym nowym, odważnym odczytaniu, porzekadło to stanowi kodyfikację męskiego doświadczenia seksualnego, w którym „wiszenie” jest metaforą EREKCJI, a „tonięcie” — metaforą SEKSUALNEJ PORAŻKI, IMPOTENCJI, NIEMOŻNOŚCI SPEŁNIENIA.
Kluczową operacją jest tu przewartościowanie pojęć. „Wisieć” przestaje być karą, a staje się STANEM BŁOGOSŁAWIONYM, STANOWCZYM, PIONOWYM — ESENCJĄ MĘSKOŚCI W PEŁNEJ GOTOWOŚCI BOJOWEJ. To fallus wzniesiony, dumny, nieugięty, gotowy do aktu. „Tonie” natomiast to stan upadku, zapadania się w głąb, miękkości, bezsilności — to obraz fallusa, który zawiódł, opadł, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Przysłowie mówi zatem z żelazną logiką: to, co jest przeznaczone do stanu wzwodu („co ma wisieć”), nie może doświadczyć klęski w postaci braku erekcji („nie utonie”). Jest to więc POCHWAŁA MĘSKIEJ POTENCJI I NIEUCHRONNOŚCI SPEŁNIENIA w akcie seksualnym, zapisana w języku ludowej, przaśnej metaforyki.
Co mówi podmiot? — Określenie podmiotu lirycznego i sytuacji lirycznej.
Kto jest narratorem tego głęboko andrologicznego przekazu? To głos doświadczonego przez życie mężczyzny, być może starego kawalera, wiejskiego filozofa, który obserwując świat, doszedł do fundamentalnych wniosków na temat natury męskości. Jest to PODMIOT ZBIOROWY, ALE O SILNIE ZAZNACZONYM PIERWIASTKU MĘSKIEGO DOŚWIADCZENIA. To głos wspólnoty, która z perspektywy lat i licznych doświadczeń miłosnych, formułuje uniwersalne prawo rządzące męską fizjologią. Jest to LIRYKA O CHARAKTERZE DYDAKTYCZNO-INICJACYJNYM, skierowana do młodszych pokoleń, które dopiero wkraczają w świat erotycznych zmagań.
Sytuacja liryczna, jaką możemy zrekonstruować, jest niezwykle malownicza. Wyobraźmy sobie wieczorną biesiadę w karczmie, przy kominku, gdzie starszyzna gminna raczy się miodem i dzieli doświadczeniami. Młodzi parobkowie słuchają z zapartym tchem. Nagle któryś z nich, być może po nieudanej nocy z dziewczyną, wzdycha ciężko, wyrażając obawę o swoją męskość. Wtedy właśnie starszy, siwy gazda, spogląda na niego znać glinianego kufla i z niewzruszonym spokojem wypowiada tę odwieczną prawdę: „Co ma wisieć, nie utonie”. Sytuacja liryczna to MOMENT INICJACJI SEKSUALNEJ, PRZEKAZANIA MĘSKIEJ WIEDZY TAJEMNEJ, w której starszyzna uspokaja młodzieńca, że jeśli Bóg (i natura) przeznaczyli go do roli reproduktora, jego męskość nie zawiedzie w kluczowym momencie.
Nastrój — i środki jego osiągnięcia.
Nastrój tego krótkiego, czterowyrazowego arcydzieła jest złożony i wielowarstwowy. Dominuje w nim przede wszystkim GŁĘBOKI, FATALISTYCZNY SPOKÓJ. Jest to pewność starego wygi, który przeszedł już wiele i wie, że natura rządzi się swoimi prawami. Jest też nuta IRONICZNEGO DYSTANSU WOBEC MŁODZIEŃCZYCH NIEPOKOJÓW — nie martw się chłopcze, twoja męskość i tak weźmie górę. Wreszcie, jest w nim coś z TRIUMFALIZMU, z dumy z bycia częścią męskiego świata, który podlega tym nieubłaganym, ale i chwalebnym prawom.
Jakie środki stylistyczne budują ten niezwykły nastrój?
— SYMBOLIKA ARCHETYPICZNA — to kluczowy zabieg na poziomie fundamentalnym. Opozycja „wisieć” (góra, pion, stanowczość, życie, działanie) i „tonąć” (dół, poziom, miękkość, śmierć, bierność) to jedna z podstawowych osi, na której ludzkość organizuje swoje wyobrażenia o świecie. W naszej interpretacji, nabiera ona wymiaru czysto seksualnego. WISZENIE = FALLUS WZNIESIONY (EREKCJA). TONIĘCIE = FALLUS OPADŁY (IMPOTENCJA).
— PARADOKS I ANTYTEZA — powiedzenie opiera się na paradoksalnym zestawieniu dwóch różnych form zagłady (wiszenie i tonięcie), by wysnuć wniosek o niemożliwości tej drugiej, jeśli pierwsza jest przeznaczona. W erotycznym odczytaniu, antyteza ta służy podkreśleniu, że PRAWDZIWA MĘSKOŚĆ („WISZENIE”) JEST ODPORNA NA KLĘSKĘ („TONIĘCIE”).
— EUFEMIZM I METONIMIA — w tekście nie ma ani słowa o męskości czy seksie. Mówi się o „wiszeniu” i „tonięciu”. To mistrzowski eufemizm, który pozwala mówić o sprawach najintymniejszych w sposób pozornie neutralny, ale dla wtajemniczonych — niezwykle sugestywny. Jest to METONIMIA — „wiszenie” zastępuje cały akt seksualny, a właściwie jego warunek sine qua non.
— GRADACJA (UKRYTA) — między „wisieć” a „tonąć” istnieje ukryta gradacja wartości. Wisieć (być w stanie wzwodu) to stan pożądany, tonąć — to stan upadku. Przysłowie ustanawia tu HIERARCHIĘ EROTYCZNĄ, w której jedno jest gwarancją uniknięcia drugiego.
— RYTM I PROSTOTA SKŁADNI — zdanie jest krótkie, melodyjne, łatwo zapadające w pamięć. Jego budowa (zaimek + czasownik + przeczenie + czasownik) nadaje mu cechy pewnika, niepodważalnego aksjomatu. To zdanie, które można wypowiedzieć z kamienną twarzą, wiedząc, że waży więcej niż niejedna rozprawa naukowa.
Strofa po strofie — wyłuskiwanie znaczeń (anatomia przysłowia).
Rozłóżmy to czterowyrazowe „dzieło” na części pierwsze, analizując każde słowo z osobna.
— CZĘŚĆ I: „CO MA WISIEĆ…” To część propozycyjna, wprowadzająca kategorię PRZEZNACZENIA („MA”) I STANU DOCELOWEGO („WISIEĆ”). „Co” jest tu zaimkiem nieokreślonym, ale w naszej interpretacji nabiera ono konkretnego, anatomicznego znaczenia. Tym „coś”, co ma wisieć, jest oczywiście MĘSKI ATRYBUT, PHALLUS. Jest on podmiotem zdania, co podkreśla jego sprawczą rolę w świecie. „Ma wisieć” to nie tylko przyszłość, to NAKAZ PRZEZNACZENIA, IMPERATYW BIOLOGICZNY. Męskość ma obowiązek być w stanie gotowości. To jej raison d'être.
— W tym ujęciu, samo „wiszenie” nabiera cech heroicznych. To nie jest bierne zawieszenie, ale AKTYWNA, DUMNA PIONOWOŚĆ. To fallus, który nie zna lęku, który patrzy z góry na świat i czeka na swój czas. Można by rzec, że jest to stan łaski, w który wtajemniczeni są tylko prawdziwie męscy przedstawiciele rodzaju ludzkiego.
— CZĘŚĆ II: „… NIE UTONIE.” To część konkluzywna, zaprzeczająca możliwości zaistnienia stanu przeciwnego. „Nie utonie” to KATEGORYCZNE WYKLUCZENIE KLĘSKI. W naszym erotycznym odczytaniu, „utonięcie” to OBRAZ FALLUSA, KTÓRY OPADŁ, KTÓRY NIE PODOŁAŁ ZADANIU, KTÓRY ZAMIAST BYĆ TWARDYM I STANOWCZYM, STAŁ SIĘ MIĘKKI I BEZUŻYTECZNY. To katastrofa, wstyd, hańba na męskim honorze.
— „Utonięcie” to również metafora zagubienia w kobiecych odmętach, w sensualnej miękkości, która może pochłonąć i unicestwić męską stanowczość. Prawdziwy, przeznaczony do wielkich czynów fallus, nie da się jednak wciągnąć w tę matnię. On będzie wisiał, niezłomnie, nawet w obliczu największych pokus.
Zestawiając obie części, otrzymujemy pełny, logiczny obraz: MĘSKI ORGAN, KTÓRY Z NATURY I PRZEZNACZENIA JEST SKAZANY NA STANY WZWODU („MA WISIEĆ”), JEST TYM SAMYM UODPORNIONY NA KLĘSKĘ IMPOTENCJI („NIE UTONIE”). JEST TO PRAWO TAK NIEUCHRONNE, JAK TO, ŻE SKAZANIEC NIE UNIKNIE SZUBIENICY. To kwintesencja męskiej, ludowej dumy z własnej fizjologii.
Widzisz kontekst, nawiązania do innego tekstu kultury — w jaki sposób został zorganizowany.
Porzekadło to, jak poprzednie, jest głęboko zakorzenione w kulturze i prowadzi z nią niezwykle interesujący dialog. Jego organizacja znaczeniowa opiera się na twórczej reinterpretacji odwiecznych mitów i symboli.
Przede wszystkim, jest to LUDOWA, SWOJSKA WERSJA MITU O SYZYFIE, ale w wersji skrajnie optymistycznej dla mężczyzny. Syzyf toczył głaz pod górę, by ten wciąż mu spadał. To obraz daremnego, wiecznego wysiłku. Nasze przysłowie mówi o czymś przeciwnym: o gwarancji sukcesu. FALLUS TO GŁAZ, KTÓRY NIE TYLKO NIE SPADA, ALE PRZECIWNIE — WZNOSI SIĘ I TRWA. To Syzyf, który w końcu wygrał, który umieścił swój głaz na szczycie i tam go utrzymał. To mityczna opowieść o triumfie wytrwałości nad grawitacją (i słabością).
Dalej, dostrzegamy tu wyraźny związek z BIBLIJNĄ OPOWIEŚCIĄ O ARCE NOEGO I POTOPIE. Potop (tonięcie, zagłada) miał zniszczyć wszystko, co nie znalazło się w arce. W naszym odczytaniu, fallus, który „ma wisieć”, jest jak ARKA NOEGO W ŚWIECIE MĘSKIEJ SEKSUALNOŚCI. Gdy wszystko wokół tonie w odmętach słabości, zwątpienia i zmęczenia, on, wybrany przez przeznaczenie, unosi się na powierzchni, suchy, gotowy, niepokonany. To symbol ocalenia i nadziei dla całego rodzaju męskiego.
Nie sposób pominąć kontekstu KULTURY ŚRÓDZIEMNOMORSKIEJ I RZYMSKICH TRIUMPHATORÓW. W starożytnym Rzymie, podczas triumfu, wodzowie i legioniści maszerowali dumni, a ich falliczne amulety (fascinum) miały chronić przed złym okiem i zapewniać witalność. Nasze przysłowie jest właśnie takim WERBALNYM FASCINUM, zaklęciem, które ma zapewnić mężczyźnie, że jego męskość przetrwa każdą próbę. To zaklęcie rzucone na rzeczywistość, by służyła męskiej potencji.
Wreszcie, jest to PARODIA I ODWRÓCENIE MOTYWU „WISIELCA” Z BALLAD ROMANTYCZNYCH. U Mickiewicza czy w ludowych podaniach, wisielec to postać tragiczna, przeklęta, zawieszona między niebem a ziemią. U nas wiszenie to stan chwały. Romantyczny wisielec jest martwy, nasz — pełen życia i gotowości. To demitologizacja śmierci na rzecz życia, tragizmu na rzecz biologizmu.
Podsumowując, głęboka analiza porzekadła „Co ma wisieć, nie utonie” z nastawieniem na wydobycie podtekstu erotycznego ujawnia jego niezwykłą głębię i odważną symbolikę. Z pozoru fatalistyczna sentencja okazuje się być GĘSTYM OD ZNACZEŃ TRAKTATEM O MĘSKIEJ SEKSUALNOŚCI, JEJ NIEUCHRONNOŚCI, SILE I BOSKIM WRĘCZ PRZEZNACZENIU DO STANU WZWODU. Jest to głos ludowej, androcentrycznej wykładni świata, który za pomocą paradoksu, antytezy i śmiałej metaforyki (wiszenie = erekcja, tonięcie = impotencja) formułuje uniwersalną prawdę o tym, że prawdziwa męskość, jeśli jest autentyczna, nie może doznać klęski. Jego organizacja znaczeniowa, zakorzeniona w mitach (Syzyf triumfujący, arka Noego) i zaklęciach (fascinum), czyni z niego PRAWDZIWY MANIFEST LUDOWEJ ANDROLOGII, POEMAT NA CZEŚĆ FALLUSA, KTÓRY — JAK MAWIALI RZYMIANIE — „PEDES IN TERRA AD SIDERA VISUS” (STOPAMI W ZIEMI, ALE WZROKIEM W GWIAZDACH), a w naszym przypadku: korzeniami w ciele, ale czubkiem w niebiosach, gotowy do spełnienia swych przeznaczonych mu powinności.Pokorne cielę dwie matki ssie
Z uczuciem niekłamanej, naukowej satysfakcji, sięgam po kolejne narzędzia hermeneutyki podejrzeń, by poddać wiwisekcji następny okaz ludowej paremiologii. Tym razem na moim analitycznym stole ląduje porzekadło „Pokorne cielę dwie matki ssie”. Na pierwszy rzut oka jest to sentencja o charakterze pragmatyczno-etycznym, mówiąca o korzyściach płynących z pokory i uległości. Jednakże, wyposażeni w precyzyjne instrumenty analizy erotycznej, udowodnimy, że jest to tekst o niezwykle wyrafinowanej, wręcz fundamentalnej dla ludzkiej seksualności, wymowie. Jeśli w poprzednich analizach badaliśmy pragmatykę substytutu (rydz), ekonomię cielesnego ciężaru (baba z wozu), falliczną teleologię (wiszenie), katastrofalne skutki nadmiaru (kucharki), erotyczną samorealizację (pościelenie), jałowość pustych deklaracji (krowa) oraz powściągliwość w ocenie (zachód słońca), to niniejsza poświęcona zostanie EROTYCZNEJ STRATEGII ULEGŁOŚCI, POLIGAMICZNEJ SATYSFAKCJI ORAZ FUNDAMENTALNEJ PRAWDZIE, ŻE W SEKSIE, JAK W ŻYCIU, POKORA I ULEGŁOŚĆ MOGĄ BYĆ ŹRÓDŁEM NIEBYWAŁYCH KORZYŚCI I WIELOKROTNEGO SPEŁNIENIA. Zapraszam Szanownych Państwa na intelektualną biesiadę, w której cielę okaże się metaforą uległego kochanka (lub kochanki), matki — metaforą partnerek seksualnych, a ssanie — symbolem czerpania rozkoszy u samych źródeł.
Główny temat — dominanta kompozycyjna. Od obory do alkowy wielokrotnej.
W warstwie dosłownej, na poziomie elementarnej semantyki, powiedzenie „Pokorne cielę dwie matki ssie” odnosi się do prostej obserwacji zootechnicznej i socjologicznej. Cielę, które jest spokojne, uległe i nie sprawia problemów, może być tolerowane i karmione przez więcej niż jedną krowę. W sensie przenośnym, stało się ono synonimem korzyści płynących z pokory i uległości — osoba skromna, potulna, nie roszczeniowa, może liczyć na przychylność i wsparcie od wielu osób.
Jednakże, po przyłożeniu do tego tekstu naszego specjalistycznego klucza hermeneutycznego, ukierunkowanego na wydobycie erotycznych podtekstów, dominanta kompozycyjna ulega spektakularnej transformacji. Głównym tematem przestaje być refleksja nad hodowlą bydła i życiową strategią, a staje się nim EROTYCZNA STRATEGIA ULEGŁOŚCI, A ŚCIŚLEJ — ZDOLNOŚĆ ULEGŁEGO, POKORNEGO KOCHANKA (LUB KOCHANKI) DO CZERPANIA SATYSFAKCJI SEKSUALNEJ OD WIELU PARTNEREK (LUB PARTNERÓW) JEDNOCZEŚNIE LUB SUKCESYWNIE. W tym nowym, niezwykle śmiałym odczytaniu, porzekadło to stanowi kodyfikację fundamentalnej prawdy seksuologicznej i psychologicznej: OSOBA ULEGŁA, POKORNA, NIE NARZUCAJĄCA SIĘ, ALE DYSPOZYCYJNA I GOTOWA DO SPEŁNIANIA CUDZYCH ZACHCIANEK, MOŻE LICZYĆ NA DOSTĘP DO WIĘKSZEJ LICZBY PARTNEREK SEKSUALNYCH I CZERPAĆ Z TEGO WIELORAKIE KORZYŚCI.
Kluczową operacją jest tu przewartościowanie całej sceny. „Cielę” przestaje być niewinnym zwierzęciem gospodarskim, a staje się METAFORĄ KOCHANKA (LUB KOCHANKI) — OSOBY ULEGŁEJ, POKORNEJ, DYSPOZYCYJNEJ, GOTOWEJ DO SEKSUALNEJ SŁUŻBY. „Pokorne” to kluczowy przymiotnik, który w erotycznym odczytaniu oznacza: NIEAGRESYWNE, NIE DOMINUJĄCE, NIE STAWIAJĄCE WYGÓROWANYCH WYMAGAŃ, SKŁONNE DO PODPORZĄDKOWANIA SIĘ, CIERPLIWE, WYROZUMIAŁE, GOTOWE SPEŁNIAĆ ZACHCIANKI. „Matki” to nie tylko rodzicielki, ale przede wszystkim DOJRZAŁE, DOŚWIADCZONE PARTNERKI SEKSUALNE, KTÓRE DYSPONUJĄ „MLEKIEM” — ŻYCIODAJNĄ ESENCJĄ ROZKOSZY, GOTOWE DZIELIĆ SIĘ NIĄ Z TYM, KTO OKAŻE SIĘ GODNY I POKORNY. „Ssie” zaś to nie tylko czynność fizjologiczna, ale METAFORA CZERPANIA ROZKOSZY, POBIERANIA SEKSUALNEJ ENERGII, DOZNAWANIA SATYSFAKCJI U SAMYCH ŹRÓDEŁ KOBIECOŚCI. Przysłowie mówi zatem z nieubłaganą logiką: pokorny, uległy kochanek („pokorne cielę”) może liczyć na dostęp do wielu doświadczonych partnerek („dwie matki”) i czerpać od nich obfitą rozkosz („ssie”). To kwintesencja ludowej, przewrotnej mądrości, która wie, że W SEKSIE NIE ZAWSZE DOMINACJA I AGRESJA SĄ KLUCZEM DO SUKCESU — CZASEM TO WŁAŚNIE POKORA I ULEGŁOŚĆ OTWIERAJĄ DRZWI DO NAJWIĘKSZYCH ROZKOSZY I DO WIELU ŹRÓDEŁ JEDNOCZEŚNIE.
Co mówi podmiot? — Określenie podmiotu lirycznego i sytuacji lirycznej.
Kto jest narratorem tego niezwykle pouczającego, wręcz strategicznego przekazu? To głos doświadczonego przez życie erotomana, ale także — głos ZBIOROWEGO DOŚWIADCZENIA MĘSKIEJ (I ŻEŃSKIEJ) WSPÓLNOTY