-
nowość
-
promocja
Posłuszna - ebook
Posłuszna - ebook
Czy w świecie rządzonym przez mężczyzn można jeszcze wymierzyć sprawiedliwość?
Mroczny, intensywny thriller psychologiczny, który bezlitośnie demaskuje mechanizmy władzy, manipulacji i przemocy systemowej wobec kobiet. Autorka bestselleru „W snach to ja trzymam nóż” sięga po konwencję true crime, by stworzyć zaangażowany społecznie, feministyczny thriller o mizoginii, podporządkowaniu i cenie kobiecego wyzwolenia.
Współczesne Stany Zjednoczone, zamożne przedmieścia Teksasu. Shay Evans prowadzi spokojne, starannie poukładane życie. Wszystko zmienia się, gdy dociera do niej wiadomość o śmierci dawnej przyjaciółki. W czasach studiów obie kobiety należały do sekty, w której charyzmatyczny przywódca wymuszał na kobietach bezwzględne posłuszeństwo, narzucał tradycyjne role płciowe i odbierał im niezależność. Ucieczka z tego świata miała oznaczać koniec koszmaru. Tymczasem powrót do tamtych wydarzeń zmusza Shay do konfrontacji nie tylko z doznaną przemocą, lecz także z fundamentalnym pytaniem: czy w systemie zbudowanym przez mężczyzn sprawiedliwość w ogóle jest możliwa.
„Posłuszna” to thriller o kobiecej sile i cenie milczenia. O tym, jak daleko można się posunąć, gdy instytucje zawodzą, a przeszłość wciąż rzuca cień na teraźniejszość. To powieść, która nie tylko trzyma w napięciu, lecz także prowokuje do refleksji nad tym, jak łatwo władza potrafi się ukryć — i jak trudno ją obalić.
„Uzależniająca, mroczna lektura, od której nie sposób się oderwać”– „The Washington Post”
„Oszałamiający i niepokojący thriller, który zapiera dech”– Samantha Downing
„Wstrząsający, bezkompromisowy thriller”– „Seattle Times”
„Mroczna, prowokująca i przerażająco aktualna”– Julie Clark
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8417-658-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
POSŁUSZNEJ
Mroczna, pokrętna opowieść o feminizmie i patriarchacie. Ashley Winstead dała nam wciągającą historię o kulcie i o tym, w jaki sposób kobiety dają się psychologicznie spętać; a równocześnie zanalizowała tematy władzy i odkupienia. Ta będąca na czasie, zatrważająca książka będzie do ciebie wracać w snach i zmieni twój sposób patrzenia na świat.
– Julie Clark, autorka bestsellerów „New York Timesa”: _Ostatni lot_ i _The Lies I Tell_
Niecodziennie po skończeniu lektury stwierdzam, że książki autorki będę kupować automatycznie. Spodziewałam się po Winstead świetnej historii, ale nie przypuszczałam, że przeczytam ją z zapartym tchem od deski do deski. _Posłuszna_ to samonapędzający się, niedający się odłożyć thriller o mrocznym, pulsującym sercu. Wstrząsnął mną na wskroś. Wciąż dochodzę do siebie. Pokłony dla Ashley Winstead.
– Jennifer Hillier, autorka _Małych sekretów_
Prowokacyjna i na wskroś przerażająca historia w _Posłusznej_ wydaje się wyrwana z pierwszych stron gazet, gdy analizuje brutalny, mizoginiczny kult w miasteczku akademickim w Nowym Jorku. Poznajmy historię oczami Shay Evans, która powraca, by pomścić śmierć dwóch przyjaciółek i uratować życie kobiet, które nadal są w niebezpieczeństwie. Winstead zręcznie zajmuje się skomplikowanymi kwestiami płci psychologicznej, przymusu i wywierania wpływu, pisząc mistrzowski, trzymający w napięciu i obfitujący w akcję thriller!
– Wendy Walker, autorka międzynarodowych bestsellerów _Nie wszystko zostało zapomniane_ i _Don’t Look for Me_
Ashley Winstead zabiera czytelnika w serce mroku – i genialnie odsłania delikatną, ludzką część kryjącą się w owym cieniu. Wciągająca, bystra, zatrważająca _Posłuszna_ potwierdza to, co _W snach to ja trzymam nóż_ obiecywała: nikt nie pisze takich thrillerów, jak Ashley Winstead.
– Alison Wisdom, autorka _The Burning Season_
Pełny pakiet – nieustraszona, niepokojąca i wciągająca. Ashely Winstead ma zdumiewający talent. To jedna z najlepszych książek, które czytałam w tym roku.
– Eliza Jane Brazier, autorka _Good Rich People_
Tylko pięćdziesiąt odcieni szarości? Proszę. _Posłuszna_ to tęcza w technikolorze, prowokacyjna i bezkompromisowa w genialnym przedstawieniu kobiecego pożądania, męskiej przemocy i ich intrygującego połączenia. Niepokojąco seksowna jazda z więcej niż jednym „zwrotem” – prawdziwa eksplozja, konfrontacja z mroczną prawdą o kobietach w patriarchacie i kuciu narzędzi oporu. _Posłusznej_ nie czyta się po prostu. Czytelnik siłuje się z tą książką.
– Amy Gentry, autorka bestsellerów _Stracona, Kto się śmieje ostatni_ oraz _Bad Habits_
_Posłuszna_ to literatura uwodzicielska, prowokacyjna, przesycona tajemnicą, która kazała mi przerzucać kolejne kartki. Opowieść dotyka tematu lojalności w przyjaźni, determinacji w dążeniu do odkrycia prawdy, nieważne jak trudnej, i potęgi kobiety w obliczu nieustającego zagrożenia i całkowicie niesprzyjającego układu kart. Już nie mogę się doczekać kolejnej książki Ashley Winstead.
– Yasmin Angoe, autorka cieszącej się uznaniem krytyków książki _Her Name Is Knight_
Zaskakujący, niepokojący thriller, przez który serce zabije ci szybciej. _Posłuszna_ to mądra, kręta, wytrącająca z równowagi podróż przez feminizm, patriarchat i władzę, przez którą wciągałam głośno powietrze.
– Samantha Downing, autorka międzynarodowego bestsellera _For Your Own Good_CZĘŚĆ I
SZEHERAZADO, TY OSTROŻNA AKTORKO
Opowiem Ci te historie, by ratować własne życie.
Jestem z natury gładka, liźnięta słońcem i mam mięsiste wargi, tak jak lubisz. (Wyobrażaj mnie sobie w ten sposób, drogi mężu, gdy do Ciebie mówię).
Mogłeś mieć każdą z nas. Mogłeś mieć nas wiele, jedną po drugiej. Jesteś do tego stworzony; dla mężczyzny takiego jak Ty najnaturalniejszą rzeczą jest wziąć nas, zaorać, wyrzucić. Mam szczęście, że postanowiłeś mnie zatrzymać.
Dbasz, abyśmy miały więcej niż strawę i schronienie, abyśmy były bogate i beztroskie, za co jestem Ci wdzięczna. Gdy na mnie napierasz, docierasz do miejsca w głębi mnie, do którego sama nigdy bym nie dotarła.
W Twoich ramionach jestem bezpieczna i spokojna.
W Twoich ramionach jestem dobrą córką i dobrą żoną. Która nigdy nie zdradziła, nigdy nie ukradła, nigdy nie oddała się bóstwu grzechu za jedną chwilę przyjemności. Która nigdy nie pragnęła czegoś chorego i niepokojącego, która nigdy nie wyciągała rąk ku światłu i nie patrzyła, jak napełniają się ciemną, gorącą krwią, czując przebiegający po plecach dreszcz podniecenia. Kto by tego chciał? Możesz to sobie wyobrazić?
To są historie, które opowiadam Ci, aby oddalać noc, w którą spojrzysz wreszcie na mnie z drugiego końca pokoju i ujrzysz fikcją kobietę – knującą, knującą wściekle – a potem odetniesz jej głowę.ROZDZIAŁ 1
OD MŁODOŚCI CZUŁAM, JAK MI SIĘ PRZYGLĄDAJĄ. Czułam ciężar ich spojrzeń i głód naciskający na moją skórę niczym palce kochanka albo rzeczoznawcy przeciągającego dłonią po kościach rzadkiego znaleziska. Jak większość kobiet dorastałam w otoczeniu spojrzeń, oswoiłam się z nimi. Do tego stopnia, że nawet dzisiaj, kiedy przebywam sama na podwórku za domem, nadal je sobie wyobrażam i przybieram pozy z myślą o publice. Poruszam się tak, by je zadowolić, przeciągam się wdzięcznie nad basenem, prężę się i mrużę oczy przed słońcem jak kobieta w filmie, ikona tajemniczości i elegancji, delikatna i niezgłębiona niczym dziewica Keatsa z greckiej urny.
Wcześniej wydawało się oczywiste, że patrzą: na ulicy, w sklepie spożywczym, znad stolików w restauracjach. Ostatnio jednak, zbliżając się do trzydziestki i nieoczekiwanie czując się najczęściej samotną, zaczęłam się mierzyć z pewnymi faktami. Zastanawiać się, czy spojrzenia tamtych mężczyzn nie paliły mnie w młodości na tyle głęboko, że blizny po nich wciąż się iskrzyły po latach jak oparzenie przy gotowaniu, które się odczuwa żywo przez wiele dni. A może pochwyciłam te spojrzenia w ramach samoobrony, zagrzebałam je głęboko pod skórą, by teraz móc obserwować siebie. Jako pisarka feministyczna – przynajmniej była – wiedziałam, że takie opcje należy wziąć pod rozwagę.
Szczerze mówiąc, niewiele się ostatnio zastanawiałam nad czymkolwiek. Sześć miesięcy temu odeszłam z pracy dla „The Slice” i zamieniłam pisanie mających objętość tysiąca słów artykułów pod takimi tytułami jak _Dlaczego wycięte szorty i mówienie jak dziecko stały się zaskakującymi trendami wśród feministek_ na szansę napisania swojej pierwszej powieści. Na własną książkę czekałam całe życie – był to rzekomo projekt z pasji – ale kiedy znalazłam czas i środki, żeby to naprawdę robić, odkryłam w sobie brak entuzjazmu. Można by powiedzieć, że brakuje mi słów. Problemem okazało się zakończenie: nie umiałam go sobie wyobrazić, a bez niego słowa nie chciały płynąć.
Dlatego zamiast pisać, popadałam powoli w codzienną rutynę znaną innym żonom na nowym osiedlu Highland Park: bezglutenowe śniadanie, potem joga lub pilates, lunch z dziewczynami, zakupy (poza domem lub online), obiad z mężem po jego powrocie z pracy, później wino i seks – może. I zawsze, zawsze, wielki finał w postaci cichej kontemplacji przy zgaszonym świetle i zastanawiania się, jakim cudem dni tego nowego bezużytecznego życia mogą płynąć tak szybko, jak ziarenka piasku w klepsydrze. Jakim ironicznym zbiegiem okoliczności ktoś może stać się raczej dziełem sztuki, a nie artystą?
Dzisiaj byłam obrazem Hockneya zalanym nieruchomą, błękitną nudą, basenem na podwórku, spokojna niczym tafla wody. Domem za mną – naszym, jak sądzę – wielkim i kanciastym, w stylu kalifornijskim, tak popularnym tutaj w Dallas, z teatralnymi schodami biegnącymi symetrycznie od balkonu, pod ostrym kątem, jakby ten dom był osobą na ugiętych kolanach, błagającą o miłość. Mój mąż, Cal, powiedział kiedyś, że ten dom kojarzy mu się ze mną. Myślał, że mnie uszczęśliwi.
Wyglądasz na szczęśliwą, upomniałam się. Zwłaszcza z daleka. Podkreśliłam to, wyrównując słonecznie żółty lakier na paznokciach stóp i opierając podbródek na kolanie, jak dziecko. Uznałam, że ta chwila nadaje się świetnie do tego, bym oddała się swojej ulubionej w ciągu tych sześciu miesięcy rozrywce.
Niestety – lecz chyba należało się tego spodziewać – jak każda kobieta w moim wieku, uzależniłam się od podcastów o prawdziwych zbrodniach. Ich atrakcyjność była oczywista: zaspokajają makabryczną fascynację własną śmiertelnością. W moim przypadku chodziło też o to, że gospodarzem jednego z nich jest Jamie Knight, mój przyjaciel z dzieciństwa. Od lat z nim nie rozmawiałam i chociaż wiedziałam, że zostanie dziennikarzem – nigdy nie interesował się niczym innym – jego nazwisko w opisie podcastu bardzo mnie zaskoczyło. Z nieoczekiwanym wybuchem uczuć wcisnęłam odtwarzanie i do moich uszu dotarł głos, ciepły i łamiący się. Poruszył we mnie coś głębszego niż nostalgia i chociaż nie potrafiłam nazwać tego uczucia, wiedziałam, że powinnam zachować zainteresowanie _Transgresjami_ w sekrecie przed innymi żonami i przed Calem.
Nałożyłam lakier na paznokieć małego palca i włączyłam najnowszy odcinek, który opublikowano tego ranka. Głos Jamiego wił się w moich uszach, jego wznoszenie się i opadanie podczas modulacji były mi znane jak plan domu.
– Witajcie w _Transgresjach_, przyjaciele. Mówi Jamie Knigh, wasz gospodarz.
Przemknęło mi przez głowę wspomnienie jego jako siedemnastolatka, od niedawna mężczyzny, z cieniem zarostu na policzkach, uśmiechającego się filuternie zza kierownicy, kiedy wiózł mnie ze szkoły do domu.
– Morderstwo tego tygodnia… – Jamie zawiesił głos, a ja natychmiast się wyprostowałam. Chrząknął. – Porusza mnie osobiście. W zasadzie z tego właśnie względu o nim opowiem. Policja jeszcze nie zdecydowała, czy uznać to zdarzenie za zabójstwo czy samobójstwo. Mam swoje podejrzenia i do tego dojdziemy, ale zacznijmy od faktów. Dwa tygodnie temu trzydziestoletnią Laurel Hargrove znaleziono wiszącą na drzewie na skraju De Young Performing Arts Center na terenie kampusu Whitney College. To była uczelnia, na której niegdyś studiowała.
W jednej chwili muskałam paznokieć pędzelkiem od lakieru, nanosząc odrobinę słońca na skórki wokół, a w następnej butelka wysunęła mi się z dłoni i wpadła do basenu, brocząc złocistożółtą krwią do wody.
Laurel Hargrove. Whitney College. To niemożliwe. Laurel Hargrove była moją najlepszą przyjaciółką na studiach. Rozmawiałyśmy ze sobą ostatnio przed ośmioma laty, ale przysięgłyśmy sobie wtedy uciec jak najdalej od Whitney, Westchster, całego stanu Nowy Jork.
I ja tak zrobiłam. Ciężko pracowałam na to, by zamknąć za sobą drzwi przeszłości na wszystkie spusty. Nie dopuszczaj jej, ostrzegłam się odruchowo. Moją spokojną, błękitną nudę, luksusowe znużenie, zastąpił w jednej chwili intuicyjny strach, zęby wbiły się w rzepkę w kolanie, jakby to był kawałek skóry, który miałam zagryźć dla stłumienia krzyku.
– Śmierć Laurel nosi wszelkie znamiona samobójstwa – kontynuował Jamie, wypowiadając słowa szybciej. – Jak napisano w raporcie policyjnym, do którego, przyznaję, nie powinienem mieć dostępu, powiesiła się na linie, którą można kupić w dowolnym sklepie z narzędziami. Pętla odcisnęła na szyi skośną, pionową bruzdę i spowodowała pęknięcie kości gnykowej oraz tkanki chrzęstnej. Chociaż niektórzy lekarze twierdzili, że urazy takie jak u Laurel mogą powstać przy okazji uduszenia – pamiętacie pewnie medialny cyrk wokół śmierci Jeffrey’a Epsteina – to większość zgadza się, że częściej powstają w sytuacji samobójstwa przez powieszenie.
Przed laty przysięgłam chronić Laurel. Ile razy w ciągu jednego życia można zawieść? Miałam wrażenie, jakbym wpadła do basenu za lakierem do paznokci i teraz tkwiła pod wodą, miażdżona z każdej strony jej ciśnieniem.
I nie kto inny, tylko Jamie Knight recytował zimne fakty dotyczące śmierci Laurel, szczegóły tak kliniczne, tak… znane.
Zerwałam się na równe nogi, zasłaniając usta dłonią. Śmierć Laurel wyglądała jak śmierć Clementine, naszej najlepszej przyjaciółki ze studiów, której krwi nigdy nie zmyjemy z dłoni. Najpierw Clem, teraz Laurel. Obie powieszone, na terenie kampusu, w odstępie ośmiu lat.
Trudno mi było oddychać. Lecz mimo że znajdowałam się w głębokim szoku, pomyślałam o tym, jak mogę się prezentować w oczach obserwatora. Scena: _Piękna kobieta pogrążona w smutku._ Albo: _Portret paniki, cały w błękicie._
– Performing Arts Center było dla Laurel miejscem znaczącym – ciągnął Jamie, mówiąc coś, co już wiedziałam. – Jak wynika z rozmowy policji hrabstwa Westchester z jej matką, Laurel miała bzika na punkcie teatru i na studiach skupiała się na kostiumach. Performming Arts Center było ulubionym miejscem Laurel w całym kampusie. W trakcie studiów starała się mieszkać jak najbliżej ośrodka, aby jak najmniej czasu marnować na dojścia na próby.
Owszem, ciężko pracowałyśmy, by mieszkać w Rothschild. Laurel była nieśmiałą dziewczyną, która wielbiła teatr i która żyła dla tworzenia kostiumów dla wydziału teatralnego w Whitney. Robiłyśmy dla niej wszystko, co mogłyśmy, Clem i ja, bo ją kochałyśmy, a także dlatego, że ten, kto ją poznał, chciał ją chronić. Aby móc mieszkać w czteroosobowym apartamencie w Rothschild, potrzebowałyśmy znaleźć kogoś do naszej trójosobowej załogi. Konsekwencje tych prostych decyzji – uszczęśliwić Laurel, znaleźć czwartą, dać dziewczynie szansę – będą się odbijały echem po wsze czasy.
– Jeżeli połączymy te wszystkie elementy, uzyskamy obraz kobiety, która odebrała sobie życie w miejscu dla niej ważnym – powiedział Jamie. – Matka Laurel wspominała, że uczelnia była ostatnim miejscem, w którym Laurel była szczęśliwa. Dlaczego zatem chcę omawiać samobójstwo Laurel Hargrove w podcaście poświęconym nierozwiązanym zabójstwom?
Pochyliłam się i chwyciłam telefon, żałując, że nie mogę odpowiedzieć Jamiemu, krzyknąć do niego na odległość. Co z tobą, Jamie? Clem popełniła samobójstwo i to było tak wyraźnie, tak nieodwracalnie naszą winą. A teraz Laurel. Co to znaczy? Co ty wygadujesz?
– Moją uwagę przykuł jeden szczegół z policyjnego raportu – powiedział Jamie, jakby mi odpowiadał. – I tak, pakuję się w tarapaty, mówiąc wam o tym. Laurel znaleziono z nacięciami na dłoniach i rękach, zrobionymi mniej więcej w czasie jej śmierci. Żadne z nacięć nie zagrażało życiu, lecz zrobiono je w różnych miejscach i było ich w sumie czternaście. W raporcie nie zamieszczono zdjęć, które by je przedstawiały, co jest, tak na marginesie, dziwne. Policjant, który przybył na miejsce jako pierwszy, zwrócił uwagę, że nacięcia były cienkie, jakby zrobione brzytwą. I pojawiły się w miejscach, które mogą sugerować samoobronę. W raporcie policji znajduje się pytanie zamieszczone w notatkach owego policjanta, które on lub ktoś inny usiłował później wydrapać. Funkcjonariusz napisał: „Rany świadczące o samoobronie? Ale dlaczego, skoro to samobójstwo?”. No właśnie, dlaczego?
Cienkie nacięcia jakby zrobione brzytwą. Tego było za wiele. Popędziłam przez trawnik, a źdźbła trawy pod moimi stopami były jędrne i sztywne pomimo sierpniowego upału. Przyciskając telefon do piersi, dostrzegłam swoje odbicie w szybie tylnych drzwi – szał w oczach, przygarbione ramiona – które otworzyłam energicznie.
Chłód klimatyzacji wyssał z mojej skóry letnie ciepło. Weszłam do środka, by poczuć się bezpiecznie, opanować się. Wystarczyło jednak, że powiodłam wzrokiem po białych sufitach, lśniącej kuchni, eleganckich nowoczesnych meblach – wybranych bez wyjątku przeze mnie – a poczułam się nagle nie na miejscu. Jakbym weszła nie do domu, tylko do muzeum, do mauzoleum. Zimnego, pięknego miejsca, w którym odkłada się rzeczy, by zalegały.
– I jeszcze jedno – odezwał się Jamie ze środka mojej klatki piersiowej. – Powiedziałem, że śmierć Laurel Hargrove dotknęła mnie osobiście. Już tłumaczę dlaczego. Otóż poznałem ją przed laty.
Odsunęłam telefon od ciała i wpatrywałam się w wyświetlacz, jakby to Jamie osobiście stał przede mną.
– Gdy byłem młodszy, przyjaźniłem się z dziewczyną, która poszła na studia w Whitney w tym samym czasie, gdy ja wyjechałem do Columbii. Uczelnie dzieli godzina drogi, więc spotykaliśmy się od czasu do czasu, zwykle po tym, gdy udało mi się ją nakłonić powtarzającymi się błaganiami, żeby mnie odwiedziła. I łączyła nas… skomplikowana relacja, delikatnie mówiąc. Ona zaś przyjaźniła się z Laurel.
To ja. Jamie Knight mówił o mnie.ROZDZIAŁ 2
– I TO JEST COŚ, O CZYM NIE MOGĘ PRZESTAĆ MYŚLEĆ. – Jamie zamilkł na chwilę. – Tego samego dnia, w którym poznałem Laurel Hargrove, poznałem też inną dziewczynę, która odebrała sobie później życie… Ale znacznie wcześniej, bo przed końcem ostatniego roku studiów. – Znowu zawiesił głos. – Nazywała się Clementine Jones.
To jasne, że pamiętał Clementine. Za nic nie mógłby jej zapomnieć, zważywszy na okoliczności.
– Prawdę powiedziawszy – kontynuował Jamie – to pierwsze spotkanie wypadło kiepsko. Zdarzyło się wam uczestniczyć w spotkaniu tak złym, że nie mogliście potem spać przez całą noc, wracając do niego w myślach? Wiele miesięcy później, gdy dowiedziałem się o samobójstwie Clementine, nie mogłem się skontaktować ze swoją przyjaciółką ani poznać żadnych szczegółów z prasy. Sprawę szybko zamieciono pod dywan, co wydawało się wówczas rozsądne. Tragiczne, prawda? Ktoś tak młody, bliski ukończenia studiów i wejścia w życie. Uzyskania wolności.
Wolność. Odnosiłam wrażenie, jakby Jamie mówił do mnie szyfrem. Pomyślałam o tym, jak poznał Clem i Laurel – czego był świadkiem – i przycisnęłam dłoń do oczu, jakbym nie patrząc, mogła zablokować wspomnienia.
Jak wiele o nas Jamie się domyślił?
– To się działo wiele lat temu – rzekł – niemniej wciąż pamiętam, że Clementine Jones się powiesiła. To we mnie zostało. Odcisnęło się piętnem. Dlatego gdy uświadomiłem sobie, że poznałem też Laurel, i to tego samego dnia, co Clementine, zacząłem się zastanawiać, jakie jest prawdopodobieństwo, że dwie z trzech znanych mi dziewcząt z Whitney się powiesiły. Zacząłem szperać w aktach dotyczących śmierci Clementine i szukać szczegółów. Niewiele zdołałem znaleźć, tylko stary, skąpy raport policyjny z informacją, że jej ciało znaleziono na terenie kampusu. Ale, i tu sprawy zaczynają wyglądać dziwnie, nie w jej akademiku, tylko w Cargill Sports Center, wielkim ośrodku sportowym Whitney. Innymi słowy, tę dziewczynę znaleziono, podobnie jak Laurel, w potwornie publicznym miejscu.
Wisiała pod prysznicem. W pełni ubrana, z brodą przyciśniętą do klatki piersiowej, krucha i wiotka jak złamany kwiat mniszka. Ta delikatność po śmierci nie spodobałaby się jej za życia. Clem była niegdyś gwiazdą damskiej drużyny piłkarskiej Whitney, a ośrodek Cargill był jej domem tak jak Performing Arts Center dla Laurel. Zawsze myślałam, że zrobiła to tam, dlatego że to było ostatnie miejsce, w którym się czuła bezpiecznie.
– Drodzy słuchacze, mamy do czynienia z pewnym wzorcem. Usiłowałem odnaleźć swoją dawną przyjaciółkę, tę, która znała Clementine i Laurel, bo byłem ciekaw, co mogłaby mi powiedzieć. Tyle że ta przyjaciółka zniknęła z powierzchni ziemi.
Próbował mnie odszukać. Tylko ze względu na program, ale jednak. I to prawda: po ukończeniu studiów zmieniłam dane kontaktowe, artykuły w „The Slice” wydawałam pod pseudonimem, e-mail z pracy dawno już nie był aktywny. Nie korzystałam z mediów społecznościowych i byłam teraz Shay Deroy, a nie Shay Evans. Założę się, że Jamie kontaktował się z matką, a to znaczyło, że mnie chroniła, uszanowała moje życzenie prywatności. To było do niej zupełnie niepodobne.
Po studiach uciekłam. Nie oglądałam się za siebie. A i tak to mnie znalazło. Wcisnęłam przycisk odtwarzania odcinka Jamiego, jak Kleopatra, która odsunęła wieko plecionego kosza, nie wiedząc o zwiniętej w środku żmii.
– Dwie przyjaciółki – mówił Jamie – zginęły w niepokojąco podobny sposób. Owszem, to może być zbieg okoliczności. Samobójstwa zdarzają się o wiele częściej, niż się wydaje, zwłaszcza wśród studentów. I może fakt, że Laurel i Clementine się znały, uprawdopodobnia to, że śmierć Laurel była samobójcza. Taki efekt wpływu o opóźnionym działaniu. Sam nie wiem… Ale mam przeczucie, że te śmierci mają wspólny mianownik, którego nie dostrzegam.
Łączył elementy układanki, niemniej nadal wielu rzeczy nie wiedział. Nie miał na przykład pojęcia o drobnym, bolesnym detalu, o którym wiedzieli tylko ci, którzy Clem tamtego dnia znaleźli, i ci z nas na tyle jej bliscy, że poznali szczegóły jej śmierci. Na samo wspomnienie skóra zaczęła mnie palić pomimo klimatyzacji – rozpoznałam w tym doznaniu rodzącą się panikę.
Na przedramieniu Clem znaleziono cienkie, krwawe litery układające się w napis PRZEPRASZAM. Narzędzia nigdy nie znaleziono, ale drobne nacięcia na czubkach palców jej prawej dłoni sugerowały, że ściskała nimi brzytwę lub nóż. Jasne było, że wycięła to słowo sama.
Co oznaczało, że popełniła samobójstwo. Prawda? Przed ośmioma laty, gdy zobaczyłam, co zrobiła, natychmiast zaakceptowałam prawdę – dostrzegłam, że to miało głęboki, ohydny sens. Doznanie było na tyle przejmujące, że przebiło się przez mgłę w moim mózgu, było jak koło ratunkowe rzucone w morze mojego chaotycznego myślenia. Jej śmierć wstrząsnęła mną, sprawiła, że znowu myślałam przenikliwie i jasno. I to stanowiło najgorszą ironię – samobójstwo Clem oddało mi moje życie.
Lecz oto teraz życie straciła Laurel, według tego samego wzorca. Z nacięciami na rękach, ale nietworzącymi słów.
Głos Jamiego wrócił do kuchni, kontrastująco ciepły w jej chłodzie.
– Przed przerwą powiem jeszcze, że w obliczu braku informacji dotyczących Laurel i Clementine, bo jak mówiłem, raporty policyjne są skąpe i o żadnej z tych śmierci nie pisano w mediach, postanowiłem poszerzyć zakres poszukiwań i przyjrzeć się śmierciom innych kobiet w dolinie rzeki Hudson, które straciły życie po Clementine. Wiecie, że zawsze szukam wzorców i umiem być uparty. A to, co znalazłem, jest niepokojące. Na przestrzeni ostatnich ośmiu lat doszło do zaginięcia wielu, nietypowo wielu, kobiet w wieku od osiemnastu do trzydziestu pięciu lat.
Ściskałam telefon tak mocno, że przez moment wydawało mi się, że go zgniotę.
– Dlaczego w tym rejonie Ameryki prawdopodobieństwo zaginięcia kobiety jest o jedenaście procent wyższe niż w innych częściach kraju? Może się wydawać, że jedenaście procent to niewiele, ale jednak. Pod względem statystycznym region ten jest anomalią. Gdzie znikają te kobiety i dlaczego nikt nie zwraca na to uwagi? Mówimy o nierozwiązanej zagadce na moim terenie, o której aż do tej pory nie miałem pojęcia. Z mojego rozeznania wynika, że jedyną wysoko postawioną osobą, która zainteresowała się zniknięciami, jest gubernator Alec Barry, który dwa lata temu nawoływał do zbadania sprawy w swoim dorocznym wystąpieniu. Lecz jego dochodzenie nie przyniosło istotnych rezultatów. Gdy nasi producenci rozmawiali z rodzinami niektórych kobiet, najczęściej słyszeli, że one uciekły lub popełniły samobójstwo. I tak dochodzimy do mojego transgresywnego wniosku wyrażonej w formie pytania. Laurel i Clementine pasują do wspomnianej grupy wiekowej, a ich „samobójstwa”, zaznaczam cudzysłów, wytyczają granice okresu, w którym ginęły inne kobiety. Z akt Clementine wynika, że jej rodzice dzwonili na policję z domu w Wisconsin kilka miesięcy przed jej śmiercią i próbowali zgłosić jej zaginięcie. Policja umorzyła sprawę, potwierdziwszy, że Clementine uczęszcza na zajęcia. Matka Laurel poinformowała policję, że nie rozmawiała z córką od lat. Zaginiona, znaleziona martwa; zaginiona, znaleziona martwa. Czy może istnieć związek między zgonami Laurel, Clementine i tych innych kobiet?
Znowu odniosłam wrażenie, że Jamie Knight wysyła do mnie prywatną wiadomość ukrytą w odcinku podcastu.
Tyle że nie była już prywatna.
– Jeżeli ktokolwiek dysponuje jakimiś informacjami, istotnymi lub drobnymi, proszę o e-mail do producentów. – Kolejna pauza, tym razem dłuższa. – A jeśli moja przyjaciółka z dawnych czasów to słyszy, ta, po której ślad zaginął… zadzwoń do mnie. Proszę. Numer mam cały czas ten sam.
Głos Jamiego zastąpiło radosne pienie kobiety polecającej body, które na pewno wyszczupli twoją talię. Wyłączyłam podcast.
Stałam nieruchomo w bikini, otoczona lśniącą bielą kuchni, i wiedziałam, że prezentuję się niewłaściwie. Byłam aberracją w tym domu, pomniku wzniesionym przeze mnie, żeby iść dalej. Czułam jego niezadowolenie. Pragnął mnie spokojnej i potulnej, a ja, panikując, nie słuchałam go.
Nie myśl w ten sposób, upomniałam się. Nie wszystko jest złowrogie. Nie każdy ma złe intencje.
Lecz i tak uciekłam z kuchni, popędziłam na górę do głównej sypialni, prosto do garderoby i zamknęłam drzwi ciasnej, bezpiecznej przestrzeni. Zerwałam z siebie kostium kąpielowy, wciągnęłam elastyczne spodnie i bluzę, by otulić się czymś wygodnym, ukryć się. Te zdradzieckie myśli pojawiały się częściej, za każdym razem, gdy Cal wyjeżdżał służbowo. Pod jego nieobecność w głowie miałam mętlik, moje życie jawiło mi się jako bardziej niepokojący obraz. Przecież dom nie chciał, abym była potulna. To niedorzeczność. Musiałam zachować spokój i myśleć.
Telefon leżący na podłodze zaczął wibrować i nagle ujrzałam uśmiechniętą twarz Cala. Podskoczyłam z walącym sercem. Przycisnęłam dłoń do klatki piersiowej i czekałam, aż Cal się rozłączy. Zerknęłam na wiadomość na wyświetlaczu:
Pojechałaś do Houdstooth beze mnie! Co za zdrada…
Głupi dowcip, tak nieprzystający do wiadomości o śmierci Laurel, że prawie parsknęłam śmiechem z powodu tej sprzeczności – tylko że stanął mi przed oczami pewien obraz: Cal siedzi w swoim pokoju hotelowym, przy laptopie i analizuje wyciąg z karty kredytowej. Sprawdza moje wydatki, jakbym była dzieckiem. Wie, gdzie piłam rano kawę, chociaż dzielą nas setki kilometrów.
Przecież tylko postępował odpowiedzialnie. Utrzymywanie porządku w naszym życiu było formą intymności, czyż nie? Wielu mężów z Highland Park zarządzało finansami swoich żon. Zmusiłam się, by wyjść z garderoby i udać się na dół, ale dotyk zimnej podłogi pod stopami nie wystarczył, by zagłuszyć głoś Jamiego, informację o śmierci Laurel, wspomnienie Clem. Duchy wyrwały się na wolność i nie mogłam przestać patrzeć na swoje życie ich oczami, nie mogłam uciec od przypuszczenia, że gdyby mnie ujrzały tutaj, w tej zimnej, pustej przestrzeni, chwyciłyby mnie za ramiona, żeby mną potrząsnąć.
Pobraliśmy się z Calem przed rokiem i wszystko było w porządku do czasu, aż rzuciłam pracę sześć miesięcy temu. Wtedy zmieniła się równowaga sił. Cal odmawiał nawet przyznania, że coś takiego jak równowaga sił między nami istniało. Według niego udane małżeństwa nie funkcjonują w ten sposób. I może miał rację, może byłam zbyt drażliwa przez to, jak się wychowywałam, jak obserwowałam mamę, która się uginała, by utrzymać mężczyzn przy sobie; albo może miałam paranoję przez to, co się wydarzyło na studiach. Za każdym razem bowiem, gdy widziałam dwoje ludzi, widziałam też wagę, która przechylała się na którąś stronę. Ta nasza od dawna przechylała się na stronę Cala. Och, on by temu zaprzeczył, ale teraz to on pociągał za sznurki; podjęcie każdej ważnej decyzji należało do niego. To było sześć miesięcy kontrolowanych wydatków, uczestniczenia w eleganckich przyjęciach w Highland Park u jego boku, nudnych plotek i dotkliwej samotności, wgapiania się w migający kursor na pustym ekranie mojego laptopa.
Po sześciu miesiącach stanęłam w obliczu prawdy: nie byłam pisarką. Zamieniłam się w panią domu.
Co Laurel by na to powiedziała? I, dobry Boże, Clem?
Podniosłam wzrok i ujrzałam swoje odbicie w oknie nad zlewem. Przytknęłam palce do policzków. Płakałam. Łagodne łzy spływały mi po twarzy. Nawet nie poczułam, kiedy się pojawiły. Nauczyłam się tego przed laty: płakać bez wysiłku, elegancko, jak aktorka niemego kina. Lecz teraz, gdy byłam starsza, łzy nabrały zwyczaju dopadać mnie niepostrzeżenie i pojawiać się w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Może grałam tak długo, że nie potrafiłam rozpoznawać realnych uczuć? Czy coś takiego w ogóle istniało, czy może każdy reagował w sposób, w jaki według niego powinien? Kiedy to przedstawienie się kończyło?
Spoliczkowałam się mentalnie i ugryzłam w język, żeby się ukarać. Przecież to się kończyło wraz ze śmiercią, do cholery. Gdy twoje ciało znajdowano wiszące na drzewie lub pod prysznicem w miejscu, które kochałaś najbardziej, w którym przesiadywałaś godzinami, czytając scenariusze, albo w którym byłaś gwiazdą i mknęłaś silna i zwycięska po murawie. Kończyło się, kiedy się zabiłaś albo ktoś zabił ciebie i wszelka szansa, żebyś się obudziła, oddychała, płakała, została ci ukradziona na zawsze. Gdy każdy, kto powinien cię kochać, odsuwał twoją śmierć na bok i jedyną osobą, której zależało, by zajrzeć głębiej, był nieznajomy. Gospodarz podcastu o prawdziwych zabójstwach.
Mnie również zależało. To była prawda, której nie mogłam się pozbyć, która podążała za mną wszędzie, gdziekolwiek się ukrywałam, patrzyła na mnie z każdego lustra, ekranu i okna. Odizolowałam się w bezpiecznym, odległym miejscu, ale przeszłość i tak mnie znalazła.
I teraz miałam wybór.
Niemalże widziałam, jak podejmuję decyzję, jakbym opuściła własne ciało. Nie pozwolę, by Laurel i Clem zniknęły we mgle zapomnianych ludzi. Powiedziałam Laurel, że będę ją chronić, a zamiast tego uciekłam. Obiecałam Clem, że będę przy niej, lecz w chwili, gdy to miało znaczenie, dokonałam złego wyboru. Zawiodłam zbyt wiele kobiet.
Nie zostawię tego Jamiemu Knightowi, nawet jeśli miał lepsze kwalifikacje. Wrócę do Nowego Jorku i dowiem się, co się stało Laurel. Prześledzę kontury jej życia, bo nie mogę już wziąć jej za ręce. Pochwycę jej wspomnienie i przytulę. Wyszepczę swoje przeprosiny; padnę na dłonie i kolana w miejscu, w którym umarła, i okażę skruchę. Jeśli to prawda, że ktoś ją skrzywdził – jeżeli ktoś ją zabił – dowiem się kto i będę ją chronić, o wiele lat za późno, w jedyny możliwy sposób.
Ściskając telefon, pobiegłam na górę przez sypialnię do garderoby, gdzie wciśnięta w kąt stała i czekała na mnie walizka.ROZDZIAŁ 4
POZNAŁAM LAUREL PRZED DWUNASTOMA LATY, kilka tygodni po rozpoczęciu pierwszego roku studiów. Wtedy mieszkałam po drugiej stronie kampusu, w McClellan. Zajęcia dopiero się zaczęły. Znajdowałam na nich tymczasowe przyjaźnie – dziewczyny proponowały, żebym chodziła z nimi na imprezy, aby nie musiały chodzić same. Część imprez odbywała się w Sussman Woods, inne w Pinehall, ale najlepsze poza terenem kampusu, w zatłoczonych domach wynajmowanych na spółkę przez pół tuzina studentów albo kupowanych przez zamożnych rodziców dla ich dzieci, by mogły mieszkać same jak młodzi milionerzy.
Tamta sobotnia impreza odbywała się w jednym z tych zatłoczonych domów. Gdy dotarłam tam z grupą dziewczyn z historii sztuki, przedstawiono nam co najmniej pięciu chłopaków, którzy tam mieszkali i z których każdy zajmował inną pozycję na skali bycia studentem Whitney, niechlujności i intelektualizmu, ale żaden nie był dość interesujący, abym chciała być z nim sam na sam. Impreza zamieniła się w popijawę i dziewczyny, z którymi przyszłam, upiły się tanim piwem. Śpiewaliśmy kawałki Arcade Fire, potykaliśmy się o stoły i tłukliśmy butelki na tarasie zawładniętym przez palaczy. Na koniec wieczoru udaliśmy się do domów, podtrzymując się nawzajem.
Gdy obudziłam się następnego dnia w swoim pokoju, z kapciem w ustach, zaczęłam szukać telefonu – dwukrotnie przekopałam cały pokój, zanim przyznałam, że zostawiłam go na imprezie i będę musiała tam wrócić. Już jako osiemnastolatka wiedziałam, że ostatnią rzeczą, jakiej się chce po imprezie, to zobaczyć jej skutki w świetle dnia.
Otworzył mi chłopak bez koszulki, z włosami do ramion, których wzruszeniem skwitował moje pytanie, czy mogę się rozejrzeć. Szybko poszedł na górę i zostawił mnie samą. W domu panował bałagan i upiorna cisza, jak na polu walki po bitwie – wszyscy mieszkający tu chłopcy albo byli poza domem, albo dogorywali. I kiedy znalazłam telefon wciśnięty między poduchy kanapy – cud nad cudami – usłyszałam to: pojedyncze, rozdzierające łkanie.
Zamarłam. Znowu – odgłos bólu podszytego strachem. Dostałam gęsiej skórki na rękach. Płacz brzmiał, jakby dobiegał spod podłogi. Chodziłam po domu, aż znalazłam schody w kącie kuchni.
Tam, dokąd prowadziły, panowały atramentowe ciemności. W Teksasie nieczęsto miewaliśmy piwnice, dlatego obecność podziemnego poziomu od razu wydała mi się złowroga.
– Halo? – zawołałam cicho.
Łkanie ustało. Zdecydowanie dobiegało stamtąd. Nie mogłam, jak Boga kocham, wyjść, nie sprawdziwszy tego, chociaż wiedziałam, że właśnie w ten sposób dziewczyny giną w horrorach. Wbrew rozsądkowi zeszłam po schodach, przytrzymując się niewykończonej balustrady, pewna, że drzazgi wbiją mi się w dłoń.
Dotarłam na dół. Oczy oswajały mi się z ciemnością, a gdy to zrobiły, zobaczyłam ją.
Była tak blada, że niemal świeciła. Jej blond włosy, posklejane w strąki, sięgały jej poniżej ramion. Miała na sobie tylko koszulkę na cienkich ramiączkach, dolna część ciała była naga. Kucała na futonie i próbowała zasłonić się rękami. Oczy miała wielkie, źrenice rozszerzone. Wyrwał się z niej odgłos, mimowolny, coś pomiędzy szlochem a czkawką.
Zatrzymałam się w pół kroku.
– Co się stało?
Później pomyślałam, że to dziwne, że się jej nie przedstawiłam, nie zapytałam jej o imię, nie uczłowieczyłam tej sytuacji. Lecz jakaś część mnie rozpoznała tę scenę – kobieta w niebezpieczeństwie – i odruchowo przystąpiłam do działania: najpierw zidentyfikuj zagrożenie.
Próbowała wziąć głęboki oddech, ale z jej gardła wydobył się urywany odgłos. To brzmiało jak: „on”. Wciąż obejmowała rękami dolną partię ciała. Nie potrafiłam stwierdzić, jakiego koloru miała oczy – były tak przekrwione, tak bardzo mnie rozpraszały mgliste plamy rozmazanego tuszu pod nimi.
– On? Kto?
– Przyszliśmy tu się napić – mówiła błagalnym tonem, jakby chciała, żebym coś zrozumiała. – Powiedział, że pokaże mi sztuczkę, w której ma ogień w ustach, ale tylko z amaretto. Przez jakiś czas było fajnie, zabawnie, ale potem zrobiło mi się niedobrze. I podłoga… – Zacisnęła powieki.
Serce biło mi tak szybko, jak szybki był rytm jej tętna widoczny w pulsowaniu jej szyi.
– Przechyliła się. Leżałam tutaj. – Spojrzała na futon. – I chyba zasnęłam. A potem… – Zamilkła. Nie chciała powiedzieć, co było potem.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Panował tu taki sam bałagan jak na górze. Widziałam płaski telewizor i konsolę do gier wideo. W kącie, w pobliżu minilodówki, ujrzałam jasnoniebieską spódnicę splątaną z majtkami. Podniosłam je i podałam dziewczynie. Zacisnęła palce na materiale.
– Odwrócę się – zaproponowałam szybko.
Stojąc do niej plecami, słyszałam, że się porusza, ostrożnie i powoli, jakby nadal zgrywała się ze swoim ciałem.
– Ocknęłam się, a on leżał na mnie – mówiła cicho. – W pierwszej chwili byłam zdezorientowana. Napierał na mnie, dotykał mnie i nie rozumiałam, co się dzieje. Dlatego się nie poruszyłam. Nie pojmowałam sytuacji.
Zaczęłam się odwracać.
– Nie. Proszę – powstrzymała mnie.
Zagryzłam język i potaknęłam ruchem głowy.
– Błagałam, żeby ze mnie zszedł. Ale on tylko mnie uciszał. – Znowu ten dźwięk, jakby szloch, którego nie zdołała powstrzymać. – A gdy skończył, siedział tu i pił piwo.
Zamknęłam oczy.
– Za bardzo się bałam, żeby się odezwać. Bałam się, że zrobi to znowu, a wciąż kręciło mi się w głowie. Nogi miałam zbyt ciężkie, abym mogła się ruszyć.
Teraz rozpoznałam jej ton. Usprawiedliwiała się. Tłumaczyła, dlaczego nie uciekła, nie krzyczała – strach w połączeniu z alkoholem sparaliżował ją, uczynił potulną. Już przewidywała, jakie argumenty zostaną wytoczone przeciwko niej. Zapragnęłam się odwrócić i powiedzieć jej, że nie musi tego robić, że ją rozumiem.
– Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi – ciągnęła.
– Co się stało potem?
– Wyszedł. A ja chyba w pewnym momencie znowu zasnęłam.
Tym razem się odwróciłam.
– I właśnie się obudziłaś?
Dziewczyna przytaknęła, przecierając oczy. Kiedy się ubrała, mogłam stwierdzić, że miała idealnie dobrane top i spódnicę, w ładnym odcieniu błękitu – przypominały zestaw dla lalki.
– Nie mogę się zmusić, żeby iść na górę. – W jej głosie wybrzmiała nuta rozpaczy. – Wolę umrzeć, niż znowu na niego spojrzeć.
Zastanawiałam się, co ja bym chciała usłyszeć.
– Nie musisz robić nic, czego nie chcesz. Ale ja chcę cię stąd zabrać. – Chwila ciszy. – Jak masz na imię?
Objęła się rękami, jakby było je zimno, mimo że w piwnicy panował zaduch.
– Laurel – szepnęła.
– Laurel. Jestem Shay. Zaufaj mi, rozumiem, co czujesz. Powiesz mi, jak ma na imię ten chłopak?
– Andrew – odpowiedziała cicho. – Nie znam jego nazwiska. Przykro mi. On tutaj mieszka.
Kiwnęłam potakująco głową.
– Dobrze. A co myślisz o rozmowie z policją? Mogę iść z tobą. – Wskazałam na schody. – Byłam przed chwilą na górze. Nikogo nie ma. Jeśli się zgodzisz, pójdę pierwsza. Wymkniemy się drzwiami frontowymi i pójdziemy prosto na komisariat.
Popatrzyła na mnie z nadzieją i bojaźnią.
– Okej – szepnęła.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_